Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hen Józef. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hen Józef. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 czerwca 2025

Hurtowo o książkach i nie tylko (Twarz pokerzysty Hen, Jądro ciemności Conrad, Victoria Hamsun i Skóra Malaparte)

Dar Pomorza (tu wystawiane jest pod pokładem Jądro ciemności)

W natłoku niecodziennej codzienności – zachwytów nad pięknem świata pisanie o książkach zeszło już na plan tak daleki, że niemal całkiem niewidoczny. I tylko co miesięczne
losowanie u Ani budzi wyrzuty sumienia, że przeczytawszy nic nie zanotowałam, a potem wrażenia umykają za horyzontem i za miesiąc, dwa, czy trzy zaczynam się zastanawiać o czym to było. Dlatego bardzo krótko sobie dla pamięci, a może komuś dla przypomnienia czy zainteresowania.
Twarz pokerzysty. Książkami Hena zachwycam się od czasu kiedy po raz pierwszy przeczytałam jego dzienniki. Bardzo lubię te notatki z codzienności, pełne zdarzeń i celnych podsumowań. Twarz pokerzysty to kryminalna zagadka, której rozwiązaniem na zlecenie urzędu bezpieczeństwa zajmował się były Ak-owiec. A wszystko na tle powojennej skomplikowanej rzeczywistości, w której nic nie jest jednoznaczne. Klimatem przypomina mi Toast Hena (zekranizowany pod tytułem Prawo i pięść). Jest tu coś z westernu, małe, prowincjonalne miasteczko, hulający po ulicach wiatr, cwaniaczki i hochsztaplerzy i ci, z pozoru trzymający pieczę nad bezpieczeństwem i sprawiedliwością społeczną przedstawiciele nowej władzy. Nie wiadomo, kto jest dobry, a kto jest zły. Krótka forma, sporo treści, świetnie się czyta. Bardzo to prawdziwe.
Jądro ciemności (książka, film, sztuka) Moje wspomnienia związane z lekturą przeplatają się trochę z filmem, a trochę z oglądaną niedawno sztuką na Darze Pomorza. Choć z fantastycznej ekranizacji z Marlonem Brando pamiętam jedną, jedyną scenę, tę w której rodzice odrąbują dzieciom ręce, aby nie mogły przyjąć szczepionki. Scena drastyczna, ale jakże wymowna (czyżby „inspiracją” [złe słowo] było obcinanie dłoni rdzennym mieszkańcom Konga przez Belgijskich kolonistów. Skojarzenie nasuwa się samo).
Narrator Marlow – wspomina swoją podróż w głąb afrykańskiej dżungli, kiedy jako kapitan małego stateczku płynął z misją odnalezienia i przywiezienia do kraju pewnego człowieka. W czasach największego rozkwitu kolonializmu w belgijskim Kongo działy się rzeczy tak okrutne, że nawet opowiadać o nich straszno. Kurtz wysłany tam w celu zorganizowania rynku handlu kością słoniową radził sobie tak dobrze, iż stał się najlepszym dostawcą towaru na europejski rynek. Przebywanie w surowych warunkach afrykańskiej dżungli wśród jej rdzennych mieszkańców sprawiło, iż ogarnięty szaleństwem stał się okrutnym tyranem niebezpiecznym nie tylko dla otoczenia, dla siebie, ale i dla swoich mocodawców. Wychodzą zeń najgorsze demony. A on roi sobie, iż jest już nie człowiekiem, ale Bogiem, panem życia i śmierci ludzi, którymi zarządza w swoim wyimaginowanym królestwie.
Marlow dociera do Kurtza i z przerażeniem obserwuje zmiany, jakie zaszły w człowieku pod wpływem okoliczności, które stały się jego udziałem. Upał, umierający w łańcuchach niewolnicy, brak kontaktu z ojczyzną, choroby sprawiają, iż z inteligentnego człowieka zamienił się w bestię.
Nie sposób odczytać Jądra ciemności w oderwaniu od znajomości historii Belgii. Leopold II, który zakupił sobie (a potem przekazał Belgii w spadku) kawałek ziemi osiemdziesiąt razy większej od jego Belgii (Kongo) miał na rękach (sumieniu) krew milionów jej rdzennych mieszkańców. Marzenia bohatera, aby posiąść skrawek ziemi na mapie świata wydają się niewinnymi, młodzieńczymi marzeniami o podróżach i ideach, a stają się koszmarną rzeczywistością okaleczanych, torturowanych, zabijanych.
Jądro ciemności na Darze Pomorza miało bardziej uniwersalny wydźwięk. Reżyser (Babicki) przy współudziale znanego gdańskiego pisarza Pawła Huelle stworzyli przedstawienie które dotyka istoty zła, narzucania człowiekowi swojej woli w imię niesienia zdobyczy cywilizacji. Okrucieństwa kolonializmu przyrównane są tutaj do starożytnego podboju krajów północnych przez Rzymian, ale przecież możemy tu sobie dopowiedzieć dziesiątki, a nawet setki podobnych barbarzyńskich zachowań ludzi (bestii) niosących zagładę jednej cywilizacji w imię ochrony innej. Przedstawienie wystawione pod pokładem żaglowca w ciasnej przestrzeni i z minimalistyczną scenografią, z postaciami Parek, które tkają człowieczy los, jak im się nitka nawinie i co rusz przecinają ową nić dodatkowo potęguje gęstą atmosferę. Owo ananke, które steruje ludzkim losem daje tu o sobie znać. Ale czy naprawdę nie mamy na nic wpływu. Czy to okrucieństwo jakiemu poddaje się człowiek to tylko wynik splotu okoliczności, czy też drzemiących w nim demonów, które pod wpływem (tychże okoliczności) wychodzą na światło dzienne. Czy naprawdę tak łatwo przeistoczyć się w bestię. Wystarczy spojrzeć na otaczający nas świat. Jądro ciemności to tylko z pozoru rzecz o okrucieństwie kolonializmu. Owo okrucieństwo pojawia się zawsze tam, gdzie pojawia się słabość jednych wobec drugich (Conrad pisał Siła zdobywców jest tylko przypadkiem biorącym się ze słabości innych). Marlow twierdził, że Zdobywanie ziemi, polegające przeważnie na tym, że się ją odbiera ludziom o odmiennej cerze lub trochę bardziej płaskich nosach, nie jest rzeczą piękną, jeśli się w nią wejrzy zbyt blisko. Odkupia ją tylko idea. Idea tkwiąca w głębi; nie sentymentalny pozór, tylko idea; i altruistyczna wiara w tę ideę — coś, co można wyznawać i bić przed tym pokłony, i składać ofiary…
Tyle, że żadna idea nie odkupi ogromu okrucieństwa zadanego drugiemu człowiekowi (zadanemu milionom ludzkich istnień) Czyżby Marlow tego nie rozumiał, czy uległ fascynacji Kurtzem. A przecież dostrzegał rozpasane niszczycielstwo. Nam wydaje się, że to wiemy, ale czy aby na pewno?
Jądro ciemności należy do tych klasyków, które mnie onieśmielają i trudno mi o nich pisać, kiedy wydaje się, że wszystko już na ten temat zostało napisane. Mogę jedynie polecić lekturę osobom, które lubią sobie stawiać pytania i zastanawiać się istotą drzemiących w człowieku demonów, które Dostojewski nazwałby biesami.
Victoria Knut Hamsun
Knut Hamsun (noblista z 1920 r.) znany jest jako autor Głodu. Victoria to nowelka. Jej bohaterów poznajemy jako kilkuletnie dzieci, a żegnamy, jako osoby dojrzałe. On syn młynarza, biedny, choć inteligentny, ona panienka z dobrego domu, niby się kochają, ale jednak nie mogą się związać. Oboje zbyt słabi, aby przeciwstawić się konwenansom i społecznym oczekiwaniom. On pełen kompleksów związanych z pochodzeniem z nizin społecznych, ona zbyt słaba, aby przeciwstawić się oczekiwaniom rodziny. Najpierw on wzdycha i cierpi, a potem ona wzdycha i płacze. Czyta się dobrze, ale dziś temat wydaje się jakby nieaktualny.
Skóra Malaparte
To książka, na której lekturze poległam. Albo nie zrozumiałam jej zamysłu (pewnie tak było), albo trafiła na niewłaściwy czas.
Włoski żołnierz po wkroczeniu aliantów zmuszony jest przywdziać mundur dotychczasowego wroga i walczyć z nim ramię w ramię. Choć może nie tyle walczyć, co stać u jego boku. Utknęłam na 75 stronie, więc wszelkie moje wrażenia dotyczą zaledwie początku książki. Opis na okładce jest zachęcający (jak to opisy na okładce) - wojna jeszcze się nie skończyła, ale jej zakończenie jest przesądzone. Wczoraj nikt nie musiał zastanawiać się, kto jest katem, a kto ofiarą, teraz dobro i zło zamieniły się twarzami. Człowiek w obliczu historii staje się bezbronny i nie ma zbyt wiele do powiedzenia, jednak bohater przechadzający się wraz z Amerykańskim towarzyszem ulicami Neapolu i obserwujący niewiarygodne upodlenie mieszkańców (głód, nędzę i upadek moralny, wszystko, aby tylko uchronić skórę) prowadzi tak zawikłane dysputy ze swym towarzyszem i samym sobą, że ja nie nadążałam. Włosi są biedni, nieszczęśliwi, głodni, ale zdecydowanie bardziej woleli ginąć za kraj, niż żyć, jako pokonani w upokorzeniu. A są upokorzeni, bo są głodni, brudni i wynędzniali. Dlatego ich kobiety, dzieci, a nawet mężczyźni zmuszeni są sprzedawać swe ciała za kilka dolarów. Narrator (Malaparte) nie może zrozumieć, jakim cudem jego amerykański towarzysz nie potrafi dostrzec tego, że oni jako wyzwoliciele przynoszą tym ludziom piekło, bo to oni sprowadzili na Neapol zarazę. Zarazę polegającą na łapczywej chęci donosu na ojca, matkę, dzieci, przyjaciół. A pierwszymi jej ofiarami padły kobiety, które chętnie rozkładały nogi przez wyzwolicielami.
W chwili, gdy dotykała ich zaraza, natychmiast tracili wszelki szacunek do siebie samych; oddawali się najbardziej ohydnym interesom, dopuszczali się najwstrętniejszych podłości, pełzali w błocie, całując buty swoich wybawców (którzy z obrzydzeniem patrzyli na tak wielkie i przez nikogo niewymuszone samoupodlenie), nie tylko po to, by przebaczono im cierpienia i poniżenie przebyte przez całe lata niewoli i wojny, lecz po to, aby dostąpić zaszczytu rozdeptania przez nowych panów, pluli na flagi własnej ojczyzny, wystawiali na publiczny przetarg własne żony, własne córki, własną matkę. A wszystko po to, jak mówili, by ratować ojczyznę. Nawet ci, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się wolni od zarazy, poddawali się przyprawiającej o mdłości chorobie, która kazała im czerwienić się na myśl, że są Włochami i że należą do ludzkiej rodziny. (str. 39).
Bohater obwinia za ten stan rzeczy aliantów, obwinia ich za to, że lud ich pokochał, za to, że nie oni nie potrafili zrozumieć tego ludu, za to, że Włosi już nie muszą walczyć z Niemcami i za to, że alianci pogardzają tymi ludźmi.
Wrócę do książki może za jakiś czas, bo dziś nie umiem solidaryzować się z tymi, którzy stanęli po stronie najeźdźców, nawet, jeśli pojedynczy człowiek nie miał na to najmniejszego wpływu, a potem ponosił konsekwencje działań rządzących. Może to wojna za wschodnią granicą determinuje moje myślenie o katach i ofiarach.
I tym sposobem prześlizgnęłam się po czterech książkach wylosowanych w okresie od marca do czerwca w stosikowym losowaniu u Ani. 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Powrót do bezsennych nocy Dzienniki Józef Hen

Pamiętam, jak dobre wrażenie zrobiły na mnie Dzienniki - Nie boję się bezsennych nocy. Kiedy zobaczyłam książkę, która w tytule nawiązuje do tamtej pozycji bez wahania ją kupiłam. 
To oczywiste, że w literaturze nie szukamy wyłącznie lustrzanego odbicia własnych myśli, czy przeżyć, ale przecież lubimy się w niej przejrzeć i znaleźć potwierdzenie tego, że nie jesteśmy osamotnieni w naszym postrzeganiu świata. Powrót do bezsennych nocy obejmuje zapiski od początku 2014 roku do pierwszych tygodni 2016 roku. Mimo braku dat opis bieżących wydarzeń politycznych pozwala na umiejscowienie ich w czasie. I choć zapiski zdominowała sytuacja polityczna to można w nich znaleźć wiele smaczków literackich, ciekawych wątków historycznych, czy zwykłych spostrzeżeń. 
Proza życia przeplata się z poezją, poszukiwanie kabla do telefonu, z udziałem w kręceniu filmu dokumentalnego, a męka samodzielnego wyjścia z domu z relacją ze spotkania z czytelnikami. I tutaj podobnie, jak we wcześniejszych Dziennikach jedno wspomnienie wywołuje łańcuch innych z nim powiązanych, jedno nazwisko, tytuł książki, jakiś obraz przenoszę w odległą przeszłość. Może to też za sprawą wieku skłonność do dygresji sprawia, że wszystko się z czymś kojarzy. Indeks nazwisk występujących we wspomnieniach jest imponujący; od znanych pisarzowi osobiście literatów, poetów, dziennikarzy, polityków, działaczy po autorów czytanych książek, filozofów, postaci historycznych, które go zafascynowały. I tak, jak przy wcześniejszej lekturze pojawiła się chęć przeczytania Pod wulkanem, tak teraz chętnie zapoznałabym się z biografiami Michała z Montaigne czy Stanisława Augusta autorstwa pana Józefa. 
I wciąż ta myśl uparta towarzysząca autorowi - Czy zdążę? Wciąż ktoś mi wykrada godziny. A tyle by się chciało odnotować na bieżąco… (str. 33) pisze 91 letni człowiek. 
Czytając słowa Ignorowany przez pewne opiniotwórcze kręgi, muszę sam siebie przekonywać (i moich czytelników), że dla pewnych ludzi jest to moje pisanie coś warte, że ma sens żałuję, iż nie mogę zapewnić autora, jak wiele ono dla mnie znaczy. Jak często w jego wspomnieniach, czy refleksjach odnajduję własne. Z jaką przyjemnością czytam jego relacje.
Obok filozoficznych rozmyślań, obok całego szeregu literackich odwołań pojawia się obserwacja i obrazki nie wymagające komentarza. Jak ta o zwiedzaniu cmentarza Monte Cassino. 
Dzieci obsiadły dużego kamiennego orła. „Zrób bardziej z profilu”. Pstryk. „Teraz tylko tata”. Pstryk. A babcia? „Zrób zamyśloną minę”. Pstryk. … Ucałowania rączek. Najlepsze są hamulce firmy tej i tej i nie pożałują Państwo.. Szczepanowski kupił opla… A państwo teraz dokąd? Na obiad do Gaety…(str. 110).
Przypomina mi to pewien letni wieczór, kiedy po niezwykle pięknym koncercie, kiedy rozedrgane emocje we mnie aż buzowały, towarzysząca mi osoba zaproponowała wstąpienie do hurtowni z odzieżą. I wstąpiła. Ona wstąpiła...
Zwróciłam uwagę na zwiedzanie przez autora Galerii Borghese w Rzymie. Może dlatego, iż mnie samą przywiodły tam rzeźby Berniniego. Pan Józef pisze o popiersiach cesarzy, które mnie zupełnie umknęły oraz rzeźbie hermafrodyty, którą ja umiejscawiam w Luwrze. 
Nie uda mi się prowadzić życia intelektualisty, pochłoniętego lekturami, gryzmolącego uwagi na marginesach książek, a tego najbardziej bym chciał. Nie nadaję się na spokojnego emeryta. (str.123). Pisarz mimo swego dostojnego wieku prowadzi bardzo aktywne życie; uczestnicząc w spotkaniach z czytelnikami, udzielając wywiadów, występując w filmie, pisząc Dzienniki. 
Jest tu jakże mi bliskie zawłaszczanie przestrzeni. Tam, gdzie byłem – notuję - gdzie przysiadłem się, napiłem się kawy, zjadłem w barze, pogadałem – po włosku, angielsku, francusku- gapiłem się - to już jest moje, nowa mała ojczyzna, coś przyswojonego, coś za czym się tęskni. Nie mogę już wybierać się za granicę, odwiedzać (nie zwiedzać), ale pospacerowałbym przez via Sistrina, Barberini, aż do via Veneto, stałbym przed Signorią we Florencji. Mój już na zawsze Paryż. I Lwów, z pasażem Mikolascha, jakże teraz inny. Wystarczy. A Samarkanda? Dzisiejsza? O nie! Tamtą naszą Samarkandę odwiedzam we śnie. (str. 125). 
Jakże niedawno pisałam do kogoś o tęsknocie, która rozdziera mi serce, tęsknocie za Wenecją, moją Wenecją, jakże chciałabym pospacerować wąziutkimi uliczkami, mostkami, zaułkami, posłuchać szumu fal Canale Grande rozpruwanych przez vaporetto.
Mimo dużego krytycyzmu do otaczającej go/nas rzeczywistości jest w pisarstwie autora wiele pogody. Jest ironia i wyszydzanie głupoty, ale nie ma chęci odwetu. Jest też szacunek względem osób, których poglądów się nie podziela i jest też przestroga. Powrót do bezsennych nocy zdominowała sytuacja polityczna. Jest to może najsłabszą literacko częścią Dzienników, ale też trudno się dziwić tak wytrawnemu obserwatorowi rzeczywistości i doświadczonemu człowiekowi, że nie może pozostawać obojętnym wobec tego, co dzieje się w naszej Ojczyźnie. Wolałbym, żeby mój »Powrót do bezsennych nocy« nie był przeciążony przez to, co się dzieje w świecie politykierskim. Ale jak się ustrzec? Jak uciec do książek, do lektur, do rozważań literackich, psychologicznych, obyczajowych? Politykierzy wtargnęli buciorami w moje życie i w życie bliskich mi osób. To klęska. Moja osobista – i Polski. Wiele tu komentarzy odnośnie bieżących wydarzeń, komentarzy, które sprawią, że zwolennicy „dobrej zmiany” nazwą pisarza zdrajcą, czy lewakiem (żeby nie cytować bardziej dosadnych określeń). 
A puentą Dziennika są dla mnie dwa cytaty;
Obudziłem się. Żyję. Trwam. Zajmuję się sobą. Żyję, aby żyć, bo wolę to od nieistnienia. Ale jaki jest sens w tym życiu? Jaka jego treść, cel, pragnienie? Jestem zabytkiem. Dla niektórych. Pocieszam się, że są jednak tacy, którzy chętnie obcują z tym, co piszę. (Str. 167).
oraz Śmiejmy się! Kto wie, czy za sto milionów lat świat będzie jeszcze istniał (str. 280).
Panie pisarzu kochany (zakładając, że nie kokietuje Pan czytelnika) - ja bardzo chętnie obcuję z Pana dziennikami i życzę dużo siły (na powstanie kolejnego tomu) i uśmiechu (mimo wszystko i wbrew wszystkiemu).
Powrót do bezsennych nocy Dzienniki. Józef Hen Wydawnictwo Sonia Draga rok wydania 2016. 
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego wyzwania u Anny. 
Coraz dłuższe przerwy w pisaniu. Coraz bardziej przytłoczona nierzeczywistością zdarzeń. Ale nadal nie tracę nadziei na cdn..  

niedziela, 3 kwietnia 2016

Boy Żeleński Błazen-wielki mąż Józefa Hena


Boya znałam przede wszystkim, jako świetnego tłumacza literatury francuskiej. I choć czytałam w jego tłumaczeniu i Balzaka i Maupassanta to pokochałam go dopiero czytając W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Choć sama nie byłam w stanie docenić tłumaczenia, mam świadomość, iż to jego przekładowi autor zawdzięcza, iż jest nie tylko strawny dla polskiego czytelnika, ale też u wielu budzi niekłamany zachwyt. Z napisanych przez Boya książek czytałam jedynie mało reprezentatywną dla jego twórczości Marysieńkę Sobieską. 
Józefa Hena miałam okazję poznać jako autora wspaniałej książki Nie boję się bezsennych nocy i nieco nudnawych Królewskich snów.
Błazen - wielki mąż przybliża Tadeusza Żeleńskiego - tłumacza, krytyka, lekarza, społecznika, satyryka, estetę, twórcę, przybliża też rys historyczny i obyczajowy przełomu wieków. 
Nazwanie się błaznem to dla Boya nie kokieteria, a wyraz dużego dystansu do własnej osoby. Uczyłem się dobrze. Ale miałem jedną właściwość, która mi została; byłem błaznem. Muszę powiedzieć, że cieszyłem się u profesorów dużą bezkarnością, podobną do tej, jakiej zażywają błazny na dworach królów str. 48.
Jestem niepoprawnym błaznem i marzycielem pisał oceniając jedną ze sztuk teatralnych (str. 177). 
Podoba mi się humor Boya, który niemal każdą poważną kwestię potrafi okrasić uśmiechem. 
Podnoszenie godności człowieka, godności wszelkiej pracy, a nie poniżanie jej sztucznymi różnicami… Jeden będzie specem od bakteriologii, drugi od malarstwa pokojowego, inny od zakładania dzwonków elektrycznych, inny od filozofii… to kwestia ich talentów, ochoty i wyboru. Ale nie ma miejsca na żadne przepaści społeczne. Światła, szacunku, chleba i mydła dla wszystkich. A z reszty można się uśmiać. (str.51)
Od najmłodszych lat pochłaniał książki, czytał Fredrę, Słowackiego, Dumasa, w oryginale Heinego, był zapalonym szekspirologiem, czytał Dostojewskiego i literaturę skandynawską. 
Po lekturze powieści francuskich –trzynastoletni smarkacz-umazane ręce i podarte spodenki- w wyobraźni mieszkałem w wykwintnych garsonierach „światowców” i w marzeniach okrywałem pocałunkami gorące i smukłe ciała czarodziejskich mężatek, które po godzinie rozkoszy wymykały się dyskretnie, zostawiając za sobą smugę perfum… odkładałem książkę z wypiekami, z daremną czułością w duszy (str.44). Jakże to odmienne od Sienkiewiczowskich marzeń o polach bitewnych i bohaterskich czynach. 
W wieku młodzieńczym zaczytywał się w skrajnie pesymistycznych dziełach Dostojewskiego i Schopenhauera oraz w mrocznej literaturze skandynawskiej, co skomentował później Od tego czasu… poznałem kilka miłych kobiet i kilkanaście ładnych książek, nie łudzę się jednak, abym szczególnie zmądrzał, ale nauczyłem się bodaj rozumieć, że prawdziwą mądrością życia może być uśmiech, a zgrzyt może być tylko jego pół i ćwierć-mądrością. Str. 45 Może to niezbyt mądre porównanie, ale przypomina mi wypisz wymaluj słowa Ani z Zielonego Wzgórza, która po skończeniu uniwersytetu mówiła, nauczono nas tej prawdy… że humor jest najwspanialszym bogactwem życia. Śmiać się ze swoich omyłek, czerpiąc z nich jednocześnie naukę. Trudności życiowe obracać w żart, ale starać się przezwyciężać je. 
Uwielbiał teatr. Chodzenie do teatru było wówczas nagrodą za dobre sprawowanie, a karą za złe jego zakaz. 
Ta miłość do teatru zaowocuje po latach, kiedy Żeleński zostanie krytykiem teatralnym. 
Przez dom rodzinny i domy znajomych przewinęło się wiele znanych postaci ówczesnej sceny kulturalnej; od Kazimierza Tetmajera, Oskara Kolberga, Władysława Mickiewicza, Aleksandra Gierymskiego, Jacka Malczewskiego, Leona Wyczółkowskiego, Jana Stanisławskiego, Feliksa Jasieńskiego po Stanisława Wyspiańskiego. 
Tadeusz Żeleński pojął za żonę Zofię Pareńską, którą Wyspiański uwiecznił najpierw w Weselu potem w przepięknym obrazie Macierzyństwo. I mimo rozlicznych miłostek i romansów (najbardziej brzemienne w skutkach zakończone podpisaniem cyrografu lekarza wojskowego na lat sześć było uczucie do żony Przybyszewskiego-Dagny) stanowili z żoną dobraną parę aż do śmierci.
Satyryczny talent Boya objawił się w pełnej krasie podczas współpracy z kabaretem Zielony Balonik. Pisał o tym, co go śmieszyło. Składałem piosenki i wiersze w wesołości ducha, bez myśli o druku… Ani mu w głowie było „chłostać biczem satyry”. Błaznował. A co go śmieszyło? Otóż to, co było karykaturą normalnego życia. Co nad tym życiem ciążyło i gniotło je. (str. 104) Tutaj po raz pierwszy występuje w obronie kobiet, ich prawa do miłości i godności, tu wyśmiewa stawianą na piedestał krakowską matronę. 
Ty, co z głębin swej kanapy
Wychylając kibić tłustą
Brzydkie swe nadstawiasz łapy
Przerażonym naszym ustom…
...
Za co stwór podeszły wiekiem
Co kobietą być już przestał,
A nigdy nie był człowiekiem
Windujemy na piedestał?
Str.106-107
Tłumacząc zaprzeczał tezie, iż przekłady są jak kobiety, albo wierne i brzydkie, albo piękne i niewierne. Chyba najlepiej (na ile znam jego prace) oddaje to tłumaczenie Prousta, nie do końca wierne, a jakże piękne. Lubił prowokować. Tłumacząc Żywoty pań swowolnych Bramtome`a w bogobojnym (dulszczyźnianym) Krakowie wiedział, iż wywoła zgorszenie. Gorszenie matrony krakowskiej zawsze należało… do jego ulubionych zajęć. Pielęgnowałem mit – zepsutego człowieka. (str. 131)                     W przedmowie do Rabelais napisze;
I nic nie pragnę, jeno byście zdrowo
Chcieli swym kuprem uczcić co najraniej
Me wdzięczne chuci
Jako recenzent teatralny nieraz naraża się autorom dzieł, nie oszczędzając nawet przyjaciół. Piętnuje patos, megalomanię, sztuczność, obłudę. Najbardziej ceni sobie szczerość, zastrzegając jednocześnie, iż nie ma monopolu na rację. Pisanie o teatrze jest dla mnie jedynie miłym wytchnieniem po innej pracy, której oddałem się cały. Na wiedzy teatralnej, w ścisłym tego słowa znaczeniu się nie znam… (str.189) W teatrze czuje się bardziej widzem, niż krytykiem. Wychodzi z niego zawsze bardziej zamyślony nad życiem, niż nad teatrem. (str.190). 
Nie przysporzyły mu sympatii liberalne poglądy, pisanie o antykoncepcji, aborcji, edukacji seksualnej (Boy sygnalizował odkrycie kalendarzyka [..] wbrew potwarcom nigdy nie propagował przerywania ciąży, które uważał za własną, dramatyczną właściwie decyzję kobiety (str. 263)), krytyka kościoła (kiedy rozważa przyczyny „błędów i wypaczeń” kleru wobec zwykłego życia, widzi je w celibacie. Przecież większość księży- to mężczyźni, jak inni” I taki mężczyzna „skazany jest przez całe życie na sytuacje nieprawidłowe” i ktoś taki, chce gwałtem być dyktatorem w sferze, która absolutnie przekracza jego kompetencję!. (str. 266), a także szarganie narodowych świętości (odbrązawianie Mickiewicza i Fredry, czy krytyka Sienkiewicza). Mierziła go obłuda i zakłamanie. 
To wszystko spowodowało, iż mimo sławy, jaką się cieszył, zyskał także liczne grono oponentów; atakują go wszyscy, którzy czują się dotknięci, prawica, kościół, konserwatyści, pisarze, którym nie podobały się recenzje sztuk, a najbardziej Karol Irzykowski w Beniaminku
A jednak wiele jego myśli pozostaje aktualne i dziasiaj, jak choćby ta poniższa (cytat z Piekła kobiet)
Uczynić biedną dziewczynę matką, pozbawić ją pracy dlatego, bo się spodziewa macierzyństwa, kopnąć ją z pogardą, zrzucić na nią cały ciężar błędu i jego skutków, i zagrozić jej latami więzienia, jeżeli, oszalała rozpaczą, chce się od tego zbyt ciężkiego na jej siły brzemienia uwolnić — oto filozofia praw, które, aż nadto znać, były przez mężczyzn pisane! Głosić wzniosłe teorie o „prawie płodu do życia”, znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć… I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka — którą jej „święte” macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa — nie ma dachu nad głową. 
Co do samej biografii to poza licznymi zaletami w postaci przybliżenia czytelnikom postaci wielkiego człowieka, sporą ilością cytatów z Boya, pomimo widocznej sympatii do bohatera, co nie przeszkadzało autorowi pisać zarówno o wielkości, jak i o małostkach człowieka (zamiłowanie do hazardu, skłonność do romansów) - raził mnie w niej pewien chaos. Biografia nie musi być pisana w układzie chronologicznym, ale w tym przypadku jej brak przeszkadzał w czytaniu. 
Poza tym Hen sporo uwagi poświęca recenzjom sztuk teatralnych, których tytuły nic mi nie mówiły. Jak pisze autor, mimo, iż dotyczyły one osób, których po latach nikt nie pamięta to miały wymiar uniwersalny, jako komentarz do rzeczywistości, w której żył i tworzył Boy. Muszę jednak przyznać, iż było to nieco nużące. 

Mimo tych drobnych uwag postać Boya jest na tyle ciekawa, że warto się z nią zapoznać, jeśli nie poprzez biografię, to choćby poprzez jego dzieła.
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny.

Znalazłam tu wiele interesujących cytatów i informacji i posłużą one do sporządzenie kilku wpisów. 

wtorek, 3 marca 2015

Nie boję się bezsennych nocy Józef Hen


Książka nosi przewrotny tytuł; któż zmuszony do codziennego wstawania o piątej rano nie boi się bezsennych nocy. Z pewnością nie należę do tego rodzaju ludzi. Zresztą sam Hen zaprzecza sobie przyznając, iż czuje lęk przed bezsennością. Książka jest zbiorem refleksji, przemyśleń, wspomnień.
W bezsenne noce, kiedy myśli rozpoczynają swoją męczącą gonitwę, zapalam lampkę i usiłuję je uchwycić. Na chwilę pierzcha udręka. Przestaję bać się bezsennych nocy. 
Chyba w każdym pisarzu (ba, w każdym myślącym człowieku) drzemie taka potrzeba przechowania fotografii zdarzeń i ludzi. Chce się pozostawić coś po sobie, jakiś ślad w pamięci potomnych. Pisze się trochę ze strachu, strachu przed przemijaniem i zapomnieniem. Pisze się też z obowiązku zaświadczenia o tym, co było naszym udziałem, albo o tym, czego byliśmy obserwatorami. Hen dochodząc do wniosku, iż aby najlepiej (najwiarygodniej) napisać o sobie, należy napisać o ludziach, z którymi zetknął go los, zdarzeniach, w których uczestniczył i refleksjach dotyczących otaczającego świata. Jakaś luźna myśl kołacząca się po głowie wywołuje lawinę innych z nią powiązanych, wystarczy rzucić nazwisko, aby przypomniały się związane z osobą wydarzenia, jakieś zdania przez nie wypowiadane, aby dokonać rozrachunku z pamięcią o postaci, której wizerunek gdzieś tam się kołacze. Ponieważ autor obracał się w kręgu postaci znanych choćby z historii literatury, czy kinematografii to wspomnienia te mają dodatkową wartość. I tak na przykład pisze o Irzykowskim (zawistnym sobku i grafomanie), Lechoniu (zarozumiałym lwie salonowym, egotyku), Prószyńskim (niezwykle przenikliwym człowieku, spadkobiercy wielkiej przeszłości Polski) i wielu innych. Pisanie o osobie, czy wydarzeniu jest pretekstem do wyrażenia opinii na temat postaw, życia, przemijania. Nie zawsze zgadzałam się z jego ocenami, niektóre opowieści nie zajmowały mnie tak, jak chciałabym, aby mnie zajęły, ale w zdecydowanej większości Nie boję się bezsennych nocy to zbiór ciekawych i celnych spostrzeżeń na temat patriotyzmu, polskiej rzeczywistości powojennej i tej nam bliższej (zapiski obejmują okres do 2000 roku), literatury i tego, co było i jest największą traumą pisarza – antysemityzmu. 
Pisarz często nawiązuje do Michała z Montaigne (którego biografię napisał) przywołując jego sądy lub polemizując z nim (jak wtedy, kiedy pisze o błędnym twierdzeniu myśliciela na temat dogłębnej znajomości własnej osoby, bo zdaniem Hena wcale nie znamy siebie lepiej niż innych). Książka jest sklejką różnych sekwencji, jest jak film stworzony z gotowych notatek. 
Ciekawe są stwierdzenia dotyczące tworzenia świata przez wyobraźnię, czy wyższości wspomnień i oczekiwań nad rzeczywistością, o pokorze (braku potrzeby udowadniania adwersarzowi własnych racji za cenę ośmieszenia go, czy zranienia), o relatywizmie zachowań w zależności od okoliczności, czy wreszcie o tym, jak trudno zachować twarz/godność, kiedy się jest zdobywcą. 
Książka ma jeszcze i tę zaletę, że stanowi drogowskaz do odkrywania kolejnych lektur. Pod jej wpływem (choć nie tylko) sięgnęłam po Pod wulkanem Lowryego (niestety książka nie trafiwszy we właściwy czas będzie musiała jeszcze trochę poczekać). 
Hen pisze odważnie, czasami pod prąd, nie zgina karku przed wielkimi nazwiskami. Często można się natknąć na myśli, które i nam kołaczą po głowie, jego rozważania prowokują do zastanowienia. 
Książkę poznałam w formie audio (z wiekiem mam coraz większe problemy z przyswajaniem sobie treści mówionych) - nie mogę zatem zacytować autora. 
Polecam także wywiad z autorem, w którym starszy już pan (ponad osiemdziesięcioletni) daje się poznać, jako pełen wigoru i radości życia człowiek.

Dałam etykietę biografie, kierując się twierdzeniem pisarza, iż pisać o sobie to pisać o ludziach, z którymi się zetknęliśmy.  
Troszkę ostatnio zaniedbałam swoje blogowe dziecko przegrywając nierówną walkę z przeciwnościami losu (małe i większe kłopoty pracowo-rodzinne). Ale, jak to mówią najważniejsze, abyśmy zdrowi byli, a że jak na razie zdrowie dopisuje więc może być tylko lepiej.