Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zweig Stefan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zweig Stefan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 stycznia 2019

Amok Stefan Zweig



Autor Dziewczyny z poczty i Niecierpliwości serca, jak dotąd, mnie nie zwiódł. Uległam czarowi jego psychologicznej prozy. Tym razem trafiłam na wydany jako zbiór czterech opowiadań Amok. Poza tytułowym opowiadaniem trzy pozostałe zostały wydane także w zbiorze 24 godziny z życia kobiety (Krajobraz i kobieta, List od nieznajomej, Ulica w świetle księżyca). Nie przepadam za krótką formą i chyba to sprawiło, iż wrażenia miały nieco chłodniejszą temperaturę, choć nie mogę napisać, aby była ona letnia. Dobrą prozę zawsze czyta się z przyjemnością. Z wiekiem coraz bardziej doceniam w literaturze jej aspekt psychologiczny. Każde z czterech opowiadań dotyczy historii bohatera, który w życiu kieruje się emocjami. Czyli tym, co jest mi szczególnie bliskie.
Bohater Amoku, ulegając czarowi despotycznej kobiety dopuszcza się malwersacji szpitalnej kasy. Dla uniknięcia skandalu i ratowania honoru wyjeżdża do holenderskiej kolonii - odludnej dziury, dwa dni jazdy od najbliższego miasta. Jego towarzystwo poza lasem i plantacjami, gąszczem i bagnami stanowi kilku nudnych, zasuszonych urzędników. Początkowo zajmuje się tysiącem drobiazgów, aby nie ulec apatii, jednakże z czasem, kiedy zapas energii przewiezionej z Europy się kurczy, odcina się od świata zewnętrznego, zamyka w sobie, zaczyna pić, a jedyną nadzieją jest upływ czasu, który przybliża go do zakończenia kontraktu i powrotu do Europy. Wówczas do jego samotni przybywa zamężna, biała kobieta, która pod nieobecność małżonka znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Kobieta żąda pomocy. To żądanie wzbudza w doktorze całą gamę złych uczuć. Zaczyna się walka na słowa. Ona jest dumna i władcza i nie ma zamiaru poprosić, on jest wściekły, że ona go nie chce prosić, że przyszła ze swym żądaniem, jak do sklepu po towar, który można kupić za odpowiednią sumę pieniędzy.
Ich dialog to wspaniała gra dwojga godnych siebie przeciwników, którzy od samego początku doskonale wiedzą o co chodzi, a żadne nie zamierza się poddać.
Naga nienawiść stanęła między nami. Wiedziałem, że ona mnie nienawidzi, bo mnie potrzebuje, a ja nienawidziłem jej, bo … nie chciała prosić. …. Nie wiem, czy byłem kiedy tak zwanym dobrym człowiekiem, ale … zdaje mi się, że byłem zawsze gotowy nieść pomoc… W tym obmierzłym życiu, jakie się tam prowadziło, to było jedynym skarbem, jaki się miało, to, że tą garścią wiedzy, którą sobie człowiek wcisnął do mózgu, mógł utrzymać oddech znikającego życia, mógł mieć wewnętrzne zadowolenie, że coś dzięki niemu powstaje… Rzeczywiście to były moje najpiękniejsze chwile, kiedy przychodził taki żółty chłopak siny ze strachu, ze spuchniętą nogą od ukąszenia żmii i już wrzeszczał, że nie chce, aby mu nogę ucięto, a ja zdążyłem go jeszcze uratować. Nie zważałem na odległości, jeżeli gdzieś, choćby o kilka godzin jazdy, jakaś kobieta leżała w gorączce- nawet i w taki sposób, jak ta kobieta tu chciała, pomagałem już dawnej w Europie, w klinice. Ale wtedy przynajmniej miałem pewność, że ratuję kogoś przed śmiercią albo rozpaczą - i to jest właśnie potrzebne, aby komuś przyjść z pomocą- to uczucie, że tamten ciebie potrzebuje (Str. 26)*
Kiedy stawka wyznaczona przez doktora okazuje się dla kobiety stawką nie do przyjęcia, i ta odjeżdża, dochodzi on do wniosku, iż musi ją odnaleźć i pomóc niezależnie od wszystkiego. Wtedy wpada w szał, amok, rodzaj wścieklizny.

Rodzaj monomanii, która nie da się porównać z żadnym innym, zwłaszcza alkoholowym odurzeniem…[..] Być może pozostaje ona w związku z klimatem, z tą duszną, ściśniętą atmosferą, która ciąży na nerwach, jak burza, aż w końcu się łamią… A więc amok.. amok objawia się tak: Malaj, taki zwyczajny dobroduszny Malaj pije swój trunek spokojny, jak zawsze… siedzi tępy, obojętny, zmęczony… podobnie, jak ja siedziałem w moim pokoju… naraz zrywa się, porywa sztylet i pędzi… pędzi przed siebie… nie wiedząc dokąd… Obala, co mu wejdzie w drogę, obojętne czy człowiek, czy zwierzę…(str. 33).
Całą historię o tragicznym w skutkach zakończeniu poznajemy z relacji doktora, który opowiada ją przypadkowemu współpasażerowi na statku. Opowiada, bo nie radzi sobie z emocjami i potrzebuje słuchacza. Nie chce pomocy, nie usprawiedliwia się, może jedynie liczy trochę  na zrozumienie.

Opowiadanie napisane zostało przystępnym językiem (czytałam opinię o chropowatości języka i ciężkim odbiorze, zupełnie tego nie odczułam), fabuła wciąga, a zachowanie bohatera intryguje. Poza Amokiem zaintrygował mnie List od nieznajomej, w którym pewien człowiek otrzymuje list od osoby, której nigdy nie poznał, choć jak się z jego treści wynika spotkał ją kilkukrotnie. 
*Opowiadania wydało wydawnictwo C&T w 2017 roku. Przełożyła Zofia Rittnerowa

sobota, 21 stycznia 2017

Świat wczorajszy Stefan Zweig

…przeżyłem już dwie wojny, największe, jakie znała ludzkość, a nawet każdą z nich na innym froncie; jedną po stronie Niemców, drugą po stronie walczącej z Niemcami. Przed wojną poznałem najwyższy stopień i najdoskonalszą postać wolności indywidualnej, a potem najniższy jej poziom od setek lat. Doświadczyłem honorów i pogardy, wolności i niewoli, bogactwa i nędzy. Wszystkie cztery rumaki Apokalipsy przecwałowały przez moje życie; rewolucja i głód, inflacja i terror, epidemia i emigracja. Widziałem jak szerzyły się wielkie ideologie masowe: faszyzm we Włoszech, hitleryzm w Niemczech, a z drugiej strony bolszewizm w Rosji - a przede wszystkim owa straszna zaraza, nacjonalizm, która zatruła kwiat naszej kultury europejskiej. Musiałem być bezbronnym i bezsilnym świadkiem cofnięcia się ludzkości do barbarzyństwa, uważanego za bezpowrotnie minione, wysuwającego świadomie i programowo dogmat antyhumanizmu (str. 8-9)*.
Im człowiek starszy tym większy ogarnia go sentyment dla lat młodości, tym chętniej wraca do wspomnień, starając się je ocalić, bo tym samym ma wrażenie, jakby jego życie miało głębszy wymiar. Zweig twierdzi, iż pisząc Świat wczorajszy chciał dać świadectwo gigantycznych przemian, które cofnęły Europę i świat cywilizacyjnie o kilka wieków wstecz. Myślę jednak, iż chciał ocalić jakąś cząstkę własnego współuczestniczenia w tych czasach, a samo pisanie mogło być rodzajem ucieczki od chaosu, w którym pogrążyła się Europa i cały świat z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej. Pisze pozbawiony dostępu do źródeł, notatek, listów, dochodząc do wniosku, iż pamięć sama dokona selekcji pozostawiając po latach to co naprawdę istotne, a zacierając to co błahe. 
Wspomnienie świata dzieciństwa i młodości ożywia dawno utracone poczucie bezpieczeństwa. Ale też czasy młodości autora były okresem stabilności i przewidywalności. Kto posiadał majątek, ten mógł dokładnie wyliczyć, ile przyniesie mu odsetek rocznie, a urzędnik czy oficer wiedział, że w kalendarzu dokładnie oznaczony jest rok, w którym otrzyma awans lub pójdzie na emeryturę. Rodzina z góry miała ustalony budżet, wiedziała ile może wydać na mieszkanie i jedzenie, na wakacje i na rozrywki… (str. 12-13) Nie bez znaczenia jest to, że autor wychowywał się w Wiedniu mieście, „którego sens i kultura opierały się na… internacjonalizmie umysłowym”. Jego mieszkańcy czuli się Europejczykami, co dawało im wolność od przesądów i poczucie braterstwa z innymi narodami. „Żyło się dobrze, łatwo i beztrosko w owym starym Wiedniu…. A tolerancji nie uważano wówczas, tak jak dziś za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną” (str. 38 i 39).
Autor dostrzega ciemne strony czasów dzieciństwa i młodości. Pierwszą była kwestia wychowania i to zarówno szkolnego - nudnego, scholastycznego polegającego na tępym wkuwaniu liczb, wzorów i dat (zresztą, czy dziś jest inaczej? Za czasów mojej młodości wyglądało to podobnie), jak i wychowania w domu. Jedno i drugie miało wpoić młodemu człowiekowi poszanowanie istniejącego porządku i całkowite podporządkowanie nauczycielom, rodzicom, starszym. Tym metodom wychowawczym (wpojenie poczucia całkowitego posłuszeństwa) zawdzięcza autor towarzyszące mu całe życie pragnienie swobody i nienawiść do wszelkich narzuconych odgórnie autorytetów. W swoistym buncie przeciwko skostniałym metodom nauczania młodzież szkolna dokonywała własnych odkryć; uczestniczyła w teatralnych premierach, czytała, dyskutowała o literaturze i sztuce. „Czytaliśmy, co tylko wpadło nam w ręce. Z każdej biblioteki publicznej przynosiliśmy książki, pożyczaliśmy sobie nawzajem wszystko, co udało nam się zdobyć.” (Str. 54). „W szkole, w drodze do szkoły i ze szkoły, w kawiarni, w teatrze, na spacerach nie robiliśmy latami całymi nic innego, tylko dyskutowaliśmy nad książkami, obrazami, muzyką, filozofią” (Str. 57).
Po latach spojrzy na te młodzieńcze pasje z krytycyzmem, ale i zdziwieniem.
Dziś zdaję sobie naturalnie sprawę, ile głupoty tkwiło w tym entuzjazmie bez wyboru, ile w nim było wzajemnego małpowania, sportowej ambicji prześcignięcia innych, dziecięcej próżności, aby dzięki sztuce wznieść się ponad przyziemny świat krewnych i nauczycieli. Ale i dziś jeszcze ogarnia mnie zdziwienie, gdy pomyślę, ile my, młodzi chłopcy, wiedzieliśmy wówczas, dzięki tej wyolbrzymionej pasji literackiej, jak wcześnie wyrobiliśmy w sobie krytycyzm dzięki nie kończącym się dyskusjom i dociekaniom” (str. 59). 
Można tylko żałować, iż dzisiaj bunt młodzieży przyjmuje zupełnie inną postać. 
Inną ciemną stroną czasów przełomu wieków było zakłamanie w sferze spraw życia seksualnego. Strach przed wszystkich co cielesne, traktowanym jako brudne, grzeszne i niemoralne, powodował rozwój instytucji, które zaspakajały naturalne potrzeby młodych panów w sposób nie zawsze bezpieczny, a na pewno mało romantyczny. „Tak jak w mieście pod brukiem czystych, schludnych ulic z pięknymi luksusowymi sklepami ciągnie się sieć podziemnych kanałów, do których spływają nieczystości kloaczne- tak samo całe życie seksualne młodzieży miało odbywać się pod moralną powierzchnią życia „towarzystwa” (str.102).
Zaciekawiły mnie zwyczaje panujące na austriackich i niemieckich uniwersytetach tych czasów. Były to miejsca, w których studentom przysługiwały szczególne prawa; rodzaj nietykalności i prawo do obrony honoru w drodze pojedynku. Przy czym poczucie honoru było pojęciem dość płynnym, często pretekst do bójki był prowokowaną przez agresora błahostką, a pokiereszowana twarz stanowiła nobilitację dla uczestnika zajścia. Istniały całe korporacje studentów, które zajmowały się bijatykami i załatwianiem korzystnych synekur. „Widok tych brutalnych, zmilitaryzowanych band, tych pokiereszowanych twarzy i bezczelnie wyzywających twarzy obrzydził mi uczęszczanie na uniwersytet” (str. 119).
Zweig wybierając kierunek studiów brał pod uwagę przede wszystkim to, aby zajęcia na uczelni pozostawiły mu czas na naukę życia, bowiem, jak pisze „doznawałem nawet skrycie- i po dzień dzisiejszy wyzbyć się nie mogę- pewnej nieufności do wiedzy akademickiej. Twierdzenie Emersona, że najlepszy uniwersytet to dobre książki, uważam za niewzruszenie prawdziwe i nadal jestem przekonany, że można być znakomitym filozofem, historykiem, filologiem, prawnikiem i Bóg wie czym nie mając doktoratu, a nawet matury. (Str. 120). Dlatego o wyborze kierunku zadecydowało nie to co odpowiadało mu najbardziej, a to co najmniej miało mu ciążyć pozostawiając jak najwięcej czasu na prawdziwe pasje. Wybrał filozofię, a pierwsze lata uniwersytetu bez uniwersytetu wspominał, jako najszczęśliwszy w życiu okres. Był młody, niezależny i całkowicie wolny. A poczucie wolności było dlań największą wartością. Dość wcześnie udało mu się zadebiutować publikując swój felieton w prestiżowym czasopiśmie. Propozycje dalszej współpracy posypały się szybko; felietony, nowelki, pierwsze próby dramatów na potrzeby sceny. Jednak z publikacją powieści wstrzymywał się długo mając świadomość niedoskonałości warsztatu. Jak wielu innych pisarzy sporo tłumaczył. Dużo podróżował wyznając teorię, iż podróżowanie to najlepsza (po książkach) szkoła życia. Szczególnie ciepło wspomina podróż do Paryża, które to miasto darzy ogromnym uczuciem. „Tu bowiem piękno kształtów, łagodność klimatu, bogactwo i tradycja stają się zadziwiającą ich afirmacją. Każdy z nas młodych, wsysał w siebie cząstkę tej lekkości, i przykładał własną cegiełkę… Nie było w niczym przymusu, każdy mógł mówić, myśleć, śmiać się, kląć, jak mu się chciało, każdy żył, jak chciał, sam lub we dwoje, rozrzutnie, lub oszczędnie, luksusowo lub po cygańsku. Tu uwzględniano każdą odrębność, przewidywano wszystkie możliwości”.(Str. 158). Jak o własnych pragnieniach czytałam o chęci poznania Paryża z czasów, w których tam przebywał, ale i Paryża czasów Henryka IV, Ludwika XIV, Napoleona i Wielkiej Rewolucji, Paryża wielkich pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, myślicieli, to szukanie ulic, postaci i wydarzeń. „Czułem tu wyraźnie, jak zawsze we Francji siłę nieśmiertelności, jaką daje swemu narodowi wielka i służąca prawdzie literatura. Nim zobaczyłem Paryż, wiedziałem właściwie o nim wszystko, co można było wiedzieć przedtem dzięki plastyce i obrazowości opisów, które wyszły spod pióra poetów, powieściopisarzy, historyków dziejów i obyczajów Francji. To wszystko nabierało życia w zetknięciu się osobistym, oglądanie na własne oczy stawało się tylko rozpoznawaniem, rozkoszą poznania…” (str. 165).
Opisów podróży zarówno po Europie, jak i poza nią (Ameryka, Azja, Afryka) jest wiele. Jako najważniejszy czynnik poznawczy wskazuje Zweig ludzi, z którym się spotykał, rozmawiał, a nierzadko zawierał przyjaźnie. Ilość literatów, ludzi sztuki, polityków, z jakimi się spotkał, jest ogromna, a opis każdego spotkania niezwykle zajmujący. Może czasami wspomina poznane osoby troszkę przez różowe szła okularów, a może takimi je wówczas odbierał, lub to pamięć zatarła to, czego pamiętać nie chciał. Trzeba wziąć pod uwagę, że kiedy pisze wspomnienia zewsząd docierają informacje o kolejnych aktach agresji, dewastacji, zezwierzęceniu oprawców i tragedii ofiar. 
Najmocniej utkwiła mi w pamięci wizyta w Rodina, podczas której rzeźbiarz dostrzegając niedoskonałość którejś z rzeźb zabrał się za jej ulepszanie z taką pasją, że zapomniał o gościu i niewiele brakowało, aby zamknął go w pracowni. 
Niezwykle sugestywny jest opis ostatnich lat przed największymi kataklizmami ubiegłego wieku. Jakże momentami wydaje się znajomy; obawy, strach, niedowierzanie, wiara, że jednak nie stanie się to, co stać się musiało, opis pewnych z pozoru nieistotnych zdarzeń, których konsekwencje okazały się tak brzemienne w skutkach. 
Czytając żałowałam, iż tak małą pojemność ma umysł czytelnika; książka jest bogatą skarbnicą wiedzy o ludziach i czasach, w dodatku napisana prostym, a zarazem pięknym językiem. Opowiada o czasach, które choć są mi dość dobrze znane, to opowiada w sposób ciekawy i wciągający. Momentami można odnieść wrażenie, że autor mógłby dalej kontynuować historię jednej czy drugiej znajomości, jednak jak sam podkreślał zawsze dążył do lapidarności opisów i nawet w najlepszej literaturze chętnie dokonałby korekty i powyrzucał z niej zbędne fragmenty tekstów. Sam pisząc najpierw przygotowywał się solidnie do poznania tła historycznego, obyczajowego i społecznego (zwłaszcza pisząc biografie), potem to opisywał, a następnie usuwał wszystko co zbędne, aby nie nużyć drobiazgowością szczegółów, nadmiarem informacji, pewnego rodzaju pychą w przekazywaniu wiedzy. 
Historia kończy się w dniu trzeciego września 1939 roku, kiedy autor wysłuchawszy (w Londynie) informacji o wypowiedzeniu wojny przez Anglię Niemcom po raz kolejny pakuje walizki, aby szukać bezpiecznej przystani. Paradoksalnie, on pacyfista, działacz na rzecz porozumienia narodów z czasów I wojny, osoba, której książki trafiły w Niemczech na indeks ksiąg zakazanych, on, który musiał uciekać z Austrii w obawie przed hitlerowskimi represjami staje się wrogiem Anglii, jako pozbawiony obywatelstwa bezpaństwowiec. 
Książka godna polecenia.
*Wydawnictwo PIW rok 1958 (wydanie pierwsze). Książka nabyta w antykwariacie za 12 złotych.
I znowu problem z klasyfikacją- nie jest to typowa biografia, aczkolwiek elementy takowej zawiera, literatura austriacka - wszak Zweig był Europejczykiem, obywatelem świata.
Inne przeczytane książki Zweiga 
Dziewczyna z poczty,
Niecierpliwość serca,
Balzac -biografia,
Maria Stuart,
Maria Antonina

niedziela, 23 sierpnia 2015

Dziewczyna z poczty Stefan Zweig


Dziewczyna z poczty to historia ubogiej austriackiej urzędniczki, której monotonną egzystencję przerywa zaproszenie od bogatych krewnych. I oto Kopciuszek na kilka dni staje się księżniczką, duszą towarzystwa, panną na wydaniu, o której względy się zabiega, a co najważniejsze osobą, która odkrywa, iż życie nie musi być szaro-bure, a świat ma mnóstwo kolorów. Piękne sukienki, nowa fryzura, delikatna bielizna, smaczne potrawy, tańce, zabawy, przejażdżki to wszystko może zawrócić w głowie. Christine zawróciło na tyle, że zatraciła się w korzystaniu z tu i teraz, zapominając, iż życie nie jest bajką i wkrótce trzeba będzie wrócić do okienka zapyziałego urzędu pocztowego gdzieś na prowincji, do brudnej i ciasnej klitki na poddaszu, do opieki nad schorowaną matką i do obywania się bez wszystkich tych pięknych rzeczy, jakimi tymczasowo obdarowała ją ciotka. Kiedy czar pryska, na jaw wychodzi prawda o pochodzeniu dziewczęcia odsuwają się od niej wszyscy. I tylko dziewczyna nie rozumie - dlaczego. Wróciwszy do swojej nędznej egzystencji nie umie już żyć tak jak dawnej, drażnią ją codzienne obowiązki, a ludzie irytują nędznym ubraniem i tym, iż sprawiają wrażenie, że takie życie, jakie prowadzą im odpowiada. Może, gdyby Christine nie zaznała swobody nietroszczenia się o środki do życia przez tych kilka dni, nie wiedziałaby nawet, że czegoś jej brakuje, że takie życie, jak wiodą jej sąsiedzi może być upokarzające, może wówczas nie zastanawiałaby się, dlaczego jedni mają niemal wszystko, a inni nie mają nic. Christine miota się pomiędzy nienawiścią do świata, który tak nierówno rozdzielił swe dobra, a chęcią ucieczki od życia, które uwiera. Próbuje coś zmienić, ale próby te kończą się fiaskiem. Pewnego dnia spotyka Ferdynanda, ale czy to spotkanie będzie zapowiedzią odmiany losu ... 
Bohaterka budziła we mnie mieszane uczucia, początkowo było mi jej żal, potem kiedy zatraciła się w zachłannym korzystaniu z życia, zapominając o realiach, oddanym przyjacielu i chorej matce, kiedy dała się uwieść pozorom zaczęła mnie irytować, aby kilka kartek dalej, gdy potraktowano ją niczym trędowatą przyznać, iż szkoda mi dziewczyny, bo w gruncie rzeczy nie popełniła żadnej zbrodni, chciała jedynie przeżyć kilka pięknych chwil, trochę się pogubiła, ale nie zasłużyła przecież na takie traktowanie (pozbycie się bez słowa wyjaśnienia). A jeszcze później, kiedy miotała się pomiędzy rutyną dnia codziennego a niezgodą na monotonię szarych dni chciałam, aby spotkało ją coś dobrego, miłego, jakaś odmiana losu, nic wielkiego, choćby etat na poczcie w Wiedniu, albo przeżycie swojego pierwszego razu w jakimś ładnym otoczeniu.  
Umiejętność wzbudzenia w czytelniku tak żywych uczuć  to spory talent.
Dziewczyna z poczty jest powieścią niedokończoną, czego bym się zapewne nie domyśliła, gdyby nie posłowie. Kończy się w momencie, który aż się prosi o kontynuację, ale można by pomyśleć, że to celowy zabieg autora, pozostawienie historii nierozstrzygniętej, nieprzesądzonej. 
Dla mnie Dziewczyna z poczty to przede wszystkim wspaniałe studium psychologiczne postaci głównej bohaterki, dla której szansą na udane/szczęśliwe życie jest osiągnięcie pewnego dostatku. I wcale nie twierdzę, że jest w tym coś złego, jedynie mam wątpliwość, czy Christine osiągnąwszy go zaznałaby radości. 
Dla tej właśnie wątpliwości, co do dalszych losów bohaterki żałuję, iż powieść nie została dokończona, a jednocześnie cieszę się, że została wydana, nawet w takiej, niepełnej formie.
Jest w Christine jakaś bezwolność, która sprawia, iż nie jest w stanie odważyć się żyć, dopiero spotkanie z Ferdynandem coś zmienia w jej egzystencji. I ta bezwolność jest nieco irytująca. 
Książka jest świetnie napisana, fabuła wciąga, postać głównej bohaterki zaciekawia, nawet jeśli czasami irytuje. Zweig nie na darmo pozostawał pod wpływem Freuda i jego prac.
Moim zdaniem Dziewczyna z poczty jest  lepsza od Niecierpliwości serca, którą i tak oceniałam wysoko. 

niedziela, 12 października 2014

Paryż i Edynburg w nie byle jakim towarzystwie


Paryż i Edynburg – to miasta o tak różnych obliczach, że mogłyby obrazować historię życia kobiety, której losy są z nimi nierozerwalnie związane. Miasta te były celem wrześniowej eskapady. Chcąc być w zgodzie z historią powinnam była odbyć tę podróż nieco inną trasą, jednak szczupłość czasu i środków zdeterminowały taki, a nie jej inny przebieg. Tym razem moją przewodniczką była niezwykła kobieta. Zweig napisał o niej, że nie znajdzie się chyba druga kobieta, której sylwetka byłaby odmalowana w tak rozmaity sposób: już to jako morderczyni, już to jako męczennica, raz jako wściekła intrygantka, kiedy indziej jako anielska święta.
Niewątpliwie była kobietą, którą życie obdarzyło tyleż hojnie, co tragicznie. Paryż przywitał ją, jako pięcioletnie dziecko, koronowaną królową Szkocji i przyszłą królową Francji. Maria Stuart, bo o niej mowa, przeżyła tutaj swoje, jeśli nie najszczęśliwsze, to najspokojniejsze lata. Wywieziona ze Szkocji w obawie przed wojskami Henryka VIII, oddana została pod opiekę przyszłego teścia Henryka II Walezjusza. Kształciła się na
Notre Dame -jeden z filarów

królewskim dworze, tam też doświadczyła monarszego przepychu otoczona świtą dam dworu i liczną służbą. Rozpieszczana, wynoszona na piedestał, muza poetów, wykształcona młoda kobieta miała wszystko, o czym mogła zamarzyć. Mając szesnaście lat poślubiła w katedrze Notre Dame delfina Francji Franciszka II.                       Gdyby Notre Dame potrafiła mówić, powstałaby jedna z najwspanialszych ksiąg dokumentujących życie Paryżan na przestrzeni wieków. Nie będzie dla nikogo nowiną, iż katedra stanowi stały punkt programu każdego pobytu w tym mieście. Kamień węgielny położono równo osiemset lat przed moim urodzeniem, co wywołuje dodatkowy dreszczyk emocji, kiedy o niej myślę.
Była świadkiem tak wielu wydarzeń, że wchodząc do jej wnętrza czuję przepływające przeze mnie wieki, a przed oczyma przesuwający się pochód pokoleń. Uroczyste kładzenie kamienie węgielnego, na którym nie mogło zabraknąć inicjatora jej budowy biskupa Maurice de Sully, Ludwika VII i papieża Aleksandra III, poświęcenie świątyni dwa wieki później, a potem chrzty, zaślubiny, koronacje w otoczeniu monarchów i dostojnych gości. Tutaj 24 kwietnia 1558 r. Maria Stuart poślubiła chorowitego następcę tronu Francji, syna Henryka II i Katarzyny Medycejskiej.
Tutaj za każdym razem siadam pod jednym z filarów i zapominam o otaczającym mnie świecie (o pracy, zmartwieniach, bólu, obawach).
Rozeta północna
Przykładam ciepły policzek do chłodnego kamienia i zespalam się z otoczeniem. Z bezpiecznej pozycji obserwuję cienie przeszłości; rozjuszony tłum wdzierający się do środka, aby zamienić tę "ostoję zacofania" w Świątynię Rozumu, spadające głowy biblijnych królów Izraela i Judei zdobiące królewską galerię, uczestników koronacji Napoleona i szkicującego swój wielki obraz J.Luisa Davida.
Będąc admiratorką prozy Hugo nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż dostrzegam przemykającego chyłkiem Quasimodo oraz dumnie kroczącego kanonika Frollo. Słoneczne promienie odbijają się kolorowymi refleksami poprzez północną rozetę. Czy młodziutka oblubienica delfina; beztroska i radosna, zachwycona przepychem uroczystości, przekonana, iż świat należy do niej, bo do posiadanej już korony Szkocji dołączy wkrótce koronę Francji, a kiedyś może i Anglii dostrzegała padające na jej suknię kolorowe, migotliwe promyki słońca. Młode, stawiane na piedestał przez poetów, otoczone miłością, nieco rozkapryszone powodzeniem dziewczę czekało już niedługo bolesne rozczarowanie. Staram się zatem zatrzymać czas, aby dać jej jeszcze chwilę cieszyć się pięknem tego dnia, ale historia jest nieubłagana.
Franciszek II nie panował długo, całe życie chorowity, po niespełna
Zamek Edynburski
półtora roku zmarł na banalne zapalenie ucha. Młoda wdowa po kilku miesiącach pobytu we Francji zmuszona była wrócić do swojej ojczyzny. Na dworze, na którym panowała  Medyceuszka nie było miejsca dla Marii Stuart. Po długim wahaniu (rokowaniach w sprawie objęcia tronu Anglii) wracała, aby objąć panowanie nad swoim dziedzictwem. Z kraju bogatego o bujnej kulturze przybywa do świata ciasnego, ciemnego i tragicznego pisze Zweig. Z kraju, gdzie była hołubiona, żegnana w blasku i wspaniałości wracała do kraju niemal dzikiego, surowego, gdzie nikt nie witał jej z otwartymi ramionami. Wracała, aby doświadczyć, o ile mniej jest być królową Szkocji niż królową Francji i o ile trudniej.

Port w Leith
Pierwsze co zobaczyłam był to wyłaniający się zza mgły Edynburski Zamek. Kiedy go ujrzałam zrozumiałam stan ducha królowej. Paryż jawi mi się jako miasto pogodne nawet w niepogodę, Edynburg ujrzałam pogrążony w oparach mgły, ponury i tajemniczy. Istna sceneria dramatów Szekspira. Leżący na wysokiej nagiej skale, otoczony fosą wydaje się twierdzą nie do zdobycia. Patrząc na leżące u jego podnóża góry miałam nieodparte wrażenie, iż tak musiała wyglądać posiadłość Makbeta i tylko patrzeć, jak pobliski las podejdzie pod jego mury. Po raz pierwszy miałam okazję doświadczyć tego, co nazywamy typowo angielską pogodą. Wilgotno, mglisto i ponuro. Zastanawiałam się, jak ludzie tutaj mogą żyć. 

Marię powracającą po kilkunastu latach do domu powitał spowity w gęstej mgle port w Leith z pustym nabrzeżem i paroma
Zamek Edynburski
gapiami. Nie mogła pamiętać Szkocji, którą opuściła, jako mała dziewczynka. Po życiu w przepychu i blasku paryskiego dworu, otoczona ceremoniałem i ubóstwiana przybyła do kraju, w którym nikt jej nie witał, przybyła do miasta splądrowanego przez Anglików, miasta, w którym nie było pałacu, który mógłby ją godnie przyjąć, bo pałac w Holyrood wiał chłodem i pustką. Zweig pisze, iż przybywając z Francji do Szkocji Maria cofnęła się o całe stulecie. Katoliczka do kraju, w którym przeważał protestantyzm. I tak, jak mnie po dwóch dniach pobytu, kiedy zaświeciło słońce i ujrzałam Edynburg w pełnym blasku poprawił się humor, tak i Maria niebawem odzyskała chęć do życia. Była osobą kierującą się w życiu emocjami, a nie rozsądkiem. Kiedy się zakochała nie zważała na nic, co nie było głosem serca. Z jej osobą związane są zarówno Pałac w Holyrood, jak i Zamek Edynburski. Pierwszy był świadkiem jej dwukrotnych zaślubin oraz morderstwa na  sekretarzu królowej Dawidzie Rizzio. Morderstwa  popełnionego na oczach ciężarnej królowej i którego inspiratorem był jej awanturniczy i zazdrosny małżonek. Drugi był miejscem narodzin jedynego potomka Jakuba I - następcy tronu Szkocji i Anglii. Za panowania Jakuba tworzył Wiliam Szekspir. Nie wiem, czy Szekspir odwiedził kiedyś Edynburski Zamek, ale właśnie tak wyobrażam sobie miejsce akcji jego największych dramatów.
Czasami i tu świeci słońce
I prawdę mówiąc cały Edynburg sprawia wrażenie miasta surowego, ponurego i tajemniczego. Jednak kiedy wyjdzie słońce, a jego mieszkańcy wylegną na skwerki, parki i trawniki  natychmiast zapomina się o jego mrocznej aurze.
Za dosłowność cytatów ze Zweiga nie ręczę, książkę poznałam w formie audiobooka.

niedziela, 5 maja 2013

Niecierpliwość serca Stefan Zweig

Zagłębiona w ciszy majowego wypoczynku odrywam się na chwilę, aby zamieścić napisaną jakiś czas temu recenzję, której nie zamieszczałam celowo, chcąc aby wpis o konkursie „wisiał” przynajmniej kilka dni.
Niecierpliwość serca to powieść psychologiczna o różnych odcieniach litości. Muszę tu przytoczyć pewien cytat, który przytaczają zapewne wszyscy piszący o książce, ale wydaje mi się, że najtrafniej oddaje on jej zamysł.


"Istnieje litość dwojakiego rodzaju: Jedna małoduszna i sentymentalna, która właściwie jest tylko niecierpliwością serca pragnącego się jak najszybciej uwolnić od przykrych wzruszeń, wywołanych przez cudze cierpienie - nie jest to wcale współczucie, lecz instynktowne odsuwanie cudzego cierpienia od własnej duszy. I ta druga - jedynie wartościowa - litość niesentymentalna ale twórcza, litość która wie, czego chce, i zdecydowana jest cierpliwie i współczująco przetrwać aż do kresu sił i nawet poza ich kres. Jedynie w wypadku, gdy idzie się z człowiekiem aż do końca, aż do ostatecznego a gorzkiego końca, jedynie wówczas, gdy się ma tę wielką cierpliwość można komuś pomóc. I tylko wtedy, gdy siebie samego przy tym poświęcamy, tylko wówczas!"
Antoni Hofmiller młody podporucznik ułanów (narrator powieści) przypadkowo nawiązuje znajomość z kaleką dziewczyną – Edytą i jej rodziną. Kontynuowanie znajomości wydaje mu się spełnieniem obowiązku, jaki nakazuje poczucie przyzwoitości. Biedna, kaleka dziewczyna nie ma za wiele radości z życia, a zatem wspólne obiadki, podwieczorki, gry towarzyskie, rozmowy w towarzystwie młodego, zdrowego człowieka powinny stanowić pewien rodzaj rekompensaty za popełnioną podczas pierwszego spotkania niezręczność – zaproszenie do tańca osoby, która ma sparaliżowane nogi. Coraz częstsze odwiedziny nieuchronnie prowadzą do oczywistych następstw. Oczywistych dla wszystkich poza samym Tonim.
Muszę przyznać, że po lekturze biografii Balzaka pióra Zweiga nie spodziewałam się tak chwytającego za serce studium uczuć. Dzięki narracji prowadzonej przez samego bohatera jego myśli, uczucia, motywy postępowania stają się bliższe i bardziej zrozumiałe. I choć Antoni często podejmuje sprzeczne ze sobą, niezrozumiałe i niewłaściwe decyzje jego postać budzi we mnie raczej sympatię niż naganę. A może budzi litość? Bo Antoni też staje się ofiarą litości. Zostaje zmuszony do podjęcia zobowiązań, które nie płyną z serca, a z poczucia obowiązku. Alternatywa przed którą został postawiony (prawda, że za sprawą własnych decyzji) sprawia, że albo postąpi zgodnie z poczuciem obowiązku i wypije piwo, którego nawarzył albo zniknie, wyjedzie i zapomni. Przy czym podjęcie zobowiązań oznacza, iż on biedny, austriacki oficer ożeni się z majętną żydowską dziewczyną, której nie kocha. A co jeszcze pogarsza sprawę dziewczyna jest niezrównoważona i despotyczna, wykorzystuje swoje kalectwo, jako broń przeciwko światu, a najbardziej rani najbliższych.
Kiedy Antoni uświadamia sobie konsekwencje własnego zachowania i próbuje naprawić błąd okazuje się, iż jest już za późno. Od konsekwencji jego spóźnionej decyzji nie uwolni go nawet udział w wojnie. Doświadczenia wojennej masakry jedynie przytłumią bolesne wspomnienia
Obciążająca sumienie śmierć człowieka nie miała dla żołnierza z wojny światowej tego znaczenia, jakie nadawał jej człowiek z czasów pokoju. Moja własna prywatna wina roztopiła się w olbrzymim, powszednim potopie krwi.ale ich nie uciszą, bo wciąż pozostają one w pamięci, tak jak poczucie winy.

Po lekturze biografii Balzaka miałam pewne obawy co do języka pisarza; obawiałam się metafor, ozdobników, rozbudowanych, wielokrotnie złożonych zdań. Moje obawy okazały się niesłuszne; Niecierpliwość serca napisana jest prostym, klarownym i pięknym językiem.
Lektura zmusza do refleksji, do zastanowienia się nad motywami i konsekwencjami własnych zachowań. Prowadzi do wniosku, iż niecierpliwość serca może przynieść więcej złego niż dobrego i to nie tylko „obdarowanym” ale i „obdarowującym”.

Książkę czyta się nadspodziewanie dobrze, mimo, iż skupia się ona głównie na warstwie psychologicznej, a nie fabularnej. Lektura wciąga i porusza.

Moja ocena 5/6

niedziela, 3 lutego 2013

Balzak- biografia Stefan Zweig


Za czytanie biografii Balzaka zabrałam się bez entuzjazmu. Bardzo lubię ten gatunek, jednak postać pisarza nie wzbudzała we mnie cieplejszych uczuć. Zapoznanie się z kilkoma (słownie pięcioma) jego utworami nie wywołało zachwytów. Ojciec Goriot oraz dwie krótkie formy Czerwona oberża i Gobsteck podobały mi się, Jaszczur z jednej strony zafascynował pomysłem, z drugiej zmęczył językiem, natomiast Kobieta trzydziestoletnia znużyła.

Biografia francuskiego pisarza napisana przez Stefana Zweiga (dokończona po jego śmierci przez Richarda Friedenthala) miała stanowić dzieło jego życia. Zweig niewątpliwie był zafascynowany postacią autora Komedii ludzkiej i mimo, iż biografia napisana została rzetelnie i wnikliwie nie jest pomnikiem wystawionym pisarzowi. Moim zdaniem jednak - widać w niej wyraźnie próbę „wytłumaczenia” pisarza i człowieka. Zweig, jako wyznawca freudowskiej psychoanalizy poszukuje motywów zachowań pisarza i usiłuje je zrozumieć, co nie jest łatwe w przypadku człowieka, dla którego życiowe credo stanowi konieczność szybkiego zdobycia majątku i uznania.
"Wcześniej, czy później zrobię majątek - jako pisarz, w polityce, w dziennikarstwie, przez bogaty ożenek lub też przez jakieś wielkie pociągnięcie handlowe – pisał do matki".
"Traktował pisarstwo tylko, jako jedną z możliwości, dzięki której będzie mógł się wybić, opanować świat, zdobyć majątek i sławę".
Zachłanne dążenie do wybicia się i uniezależnienia, zdobycia samodzielności i pokazania całemu światu, na co go stać ma swój początek zdaniem autora biografii w niezwykle ciężkim dzieciństwie i młodości pisarza. Despotyczna matka, niedbający o syna ojciec, brak zrozumienia u kolegów, nieumiejętność nawiązywania kontaktów, brak przyjaciół - to kształtuje przyszłego pisarza.
Z kart biografii wyłania się niezwykle barwna i skomplikowana osobowość. Tytan pracy, niewolnik pieniądza, snob miłujący zbytek, człowiek żyjący fikcją i ułudą w realnym świecie, znawca kobiecej duszy, czuły nie tyle na niewieście wdzięki, co na szlacheckie i arystokratyczne tytuły, wytrawny uciekinier przed wierzycielami, parweniusz, prostak, bystry obserwator życia.
Dla szybkiego zdobycia fortuny po nieudanej próbie dramaturgicznej podjął się pisania pod pseudonimem powieści schlebiającej najmniej wykwintnym gustom.
„Prostytucja - tak, a nie inaczej trzeba nazwać tę pisaninę – i to nędzna prostytucja, gdyż wykonywana bez rozkoszy, jedynie z chęci szybkich zysków. Zrazu gnała go niecierpliwość, chęć zdobycia wolności; ale skoro raz upadł i przyzwyczaił się do szybkich zarobków, zstępował coraz niżej. Obok powieści, która przynosiła wiele, kupczył sobą po wszystkich zaułkach i burdelach literatury kolportażowej- powolny sługa dwóch lub trzech literackich alfonsów. Nawet w okresie, gdy dzięki Jaszczurowi i Szuanom nazwisko jego miało już pierwszorzędne znaczenie w literaturze francuskiej, wciąż jeszcze, niby zamężna kobieta, która potajemnie odwiedza dom schadzek, aby zarobić sobie kieszonkowe – posługiwał się tylnymi schodami i za parę set franków słynny już Honore de Balzak stawał się kompanem jakiegoś obskurnego skryby. Dziś, gdy płaszcz anonimowości, pod którego osłoną dokonywał tych podejrzanych interesów, stał się dosyć przejrzysty, wiemy, że w tych latach hańby można Balzaka obwiniać o każdą nieprawość literacką; łatał cudze powieści kawałkami swoich, to znowu kradł u innych fabułę i sytuację do własnych romansideł, bezczelnie podejmował się wszelkiego rodzaju przeróbek literackich, prasował, odświeżał, nicował, farbował i modernizował obce dzieła.”
Ten dość długi cytat niech będzie zarazem próbką literackiego stylu Zweiga, który momentami zachwyca, a momentami nuży. Lubię metafory, ale ich nadmiar bywa czasami męczący.
Biografia jest przede wszystkim pochwałą talentu pisarskiego i ogromnej siły człowieka, który nie poddawał się żadnym życiowym burzom. Wydaje się, że to właśnie one, przeciwności losu powodowały, iż pisarz potrafił się zmobilizować i tworzył wówczas największe dzieła.
W godzinach najcięższych tarapatów odnajduje Balzak zawsze swoją prawdziwą odwagę, w najdotkliwszych katastrofach życiowych tworzy najbardziej osobiste i najświetniejsze dzieła.
Przez długie lata praca była dla Balzaka wszystkim; pracował po kilkanaście godzin na dobę, głównie w nocy, wspomagany hektolitrami kawy. Cechowała go niezwykła dyscyplina twórcza. Pracy oddawał się cały, traktował ją, jako swego rodzaju mistyczną działalność. Nawet liczne romanse były jedynie krótkimi godzinami wykradanymi pisaniu. A z drugiej strony był człowiekiem pozbawionym samoopanowania. Dzisiaj nazwalibyśmy go zakupoholikiem, który nie potrafił oprzeć się niczemu, co wydawało się niezbędnym dla podniesienia jego prestiżu. Literacki geniusz i życiowy bankrut. Człowiek żyjący zawsze złudzeniami.
Chyba niewielu ludzi pracowało w życiu tak ciężko, jak on, a jednocześnie, tak bezowocnie. Ilekroć udało mu się zarobić i wyjść z najpilniejszych długów, natychmiast pakował się w kolejne, jeszcze większe. Wydaje się, że największym wrogiem Balzaka był sam Balzak.
„niecierpliwy w namiętności i namiętny w niecierpliwości, za prędko nadaje wszystkiemu rozmiary niezwykłe, nie potrafi utrzymać niczego w proporcjach rozsądnych i umiarkowanych".
"Balzak nie umie zatrzymać się w połowie. Gdy podziwia popada w ekstazę, gdy pracuje odrabia pańszczyznę niczym galernik, gdy się komuś zwierza, powstaje orgia wyznań...”
I jakież było moje rozczarowanie, kiedy latami karmiona wizja wielkiej miłości do naszej rodaczki prysła, jak bańka mydlana. Dla Honore była to kolejna szansa na zdobycie fortuny, dla Eweliny Hańskiej odskocznia od nudnego życia na prowincji oraz możliwość zapewnienia sobie miejsca w historii literatury.
Dodatkową zaletą biografii jest spora ilość cytatów w świetnym tłumaczeniu Tadeusza Żeleńskiego-Boya. Muszę przyznać, że te fragmenty mogą być skuteczną zachętą, aby sięgnąć do źródeł, zostały bowiem odpowiednio użyte. Literaccy bohaterowie często są alter-ego pisarza.
Książka mimo drobnych moim zdaniem niedociągnięć (jak meandry stylistyczne, czy nadmierne psychologizowanie) jest bardzo ciekawą lekturą i przybliża postać jednego z największych pisarzy europejskich. Myślę, że jest godna polecenia nie tylko wielbicielom pisarza, ale także osobom, które nie czytały jego książek. Może właśnie dzięki niej sięgną po którąś z nich. Ja sięgnęłam po Kuzynkę Bietkę.