Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuncewiczowa Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuncewiczowa Maria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 maja 2023

Po Kazimierzu Dolnym z Kuncewiczami


Willa pod Wiewiórką (Dom Kuncewiczów)
Bardzo lubię odwiedzać miejsca przesiąknięte atmosferą literackich spotkań. Wyobraźnia tworzy obrazy pochylonej nad maszyną do pisania autorki czy autora, a ja imaginuję sobie, że przenosząc się w czasie współuczestniczę w procesie twórczym. A jeśli już nie współtworzę to chociaż mam szansę porozmawiać z twórcą.

Wąwóz Małachowskiego

Dom państwa Kuncewiczów mieści się przy ulicy Małachowskiego 19 w Kazimierzu Dolnym i żeby do niego dotrzeć trzeba pokonać spore wzniesienie. Idzie się ulicą otoczoną z obu stron drzewami, mijając po drodze jeden z licznych tutaj wąwozów (Małachowskiego). Śpiew ptaków, szum drzew, zapach lasu - wymarzone miejsce dla artystycznej duszy. Cisza, spokój, natura. Podczas piętnastominutowej wędrówki pod górę nie minął mnie ani jeden samochód, a ponad dziewięćdziesiąt lat temu, kiedy auta były rzadkością i luksusem musiało to być zupełne pustkowie. Oczywiście nie licząc licznych literatów odwiedzających gościnne progi domostwa.

Przepiękny dom z podmurówką z białego kamienia i dwoma pięterkami z drewna to dzieło Karola Sicińskiego powstałe w 1936 roku. Tego samego architekta, który był twórcą odbudowy Kazimierza Dolnego po I wojnie światowej. Dom powstał, jako letnia rezydencja państwa Kuncewiczów i mieszkali tu do początku II wojny. Było to centrum życia kulturalnego w Kazimierzu, dokąd zjeżdżali się Tuwim, Gałczyński, Iwaszkiewicz. Jeszcze we wrześniu skrywali się tutaj z właścicielami i Tuwimem Słonimski, Grydzewski czy Wierzyński. Kuncewiczowie szybko uznali, iż Kazimierz nie jest bezpiecznym schronieniem i wyemigrowali; najpierw do Francji, a potem dalej do Wielkiej Brytanii i do Stanów. Willa w trakcie wojny została zajęta przez Niemców, potem przez wojska radzieckie, a po wojnie mieścił się tu dom wypoczynkowy Urzędu Bezpieczeństwa. W czasie wojny wyposażenie domu zostało całkowicie zniszczone. Właściciele wrócili tutaj dopiero w 1962 r. Po wyremontowaniu i wyposażeniu Dom Kuncewiczów nadal tworzył centrum kultury goszcząc wielu artystów i poetów. Po śmierci pana Jerzego pani Maria zamieszkała tu na stałe i mieszkała aż do śmierci. Syn właścicieli założył fundację Kuncewiczów. Obecnie mieści się tu muzeum. Zwiedzać można pomieszczenia prywatne znajdujące się na piętrze (kuchnia, gabinet, sypialnia z garderobą) oraz reprezentacyjne pomieszczenia na parterze (hol, salon, pokój z kominkiem).

W kuchni

W gabinecie

Kiedy pani kustosz zachęciła do odwiedzin na piętrze mówiąc proszę iść i sobie pomyszkować w prywatnej przestrzeni państwa Kuncewiczów poczułam się troszkę niepewnie. Cóż to znaczy myszkować po czyimś domu. W dodatku domu tak znakomitych gospodarzy. Szybko jednak zrozumiałam, iż mogę sobie spokojnie przez chwilę pokręcić się po mieszkanku na pięterku. Weszłam jak to się mówi - od kuchni, bo przez kuchnię właśnie.

Na stole stały porozstawiane talerze, na stoliczku czajnik, garnki, a na półeczkach nieopodal proszek do prania, kawa, herbata i inne kuchenne akcesoria. Świeże kwiaty, porcelana z Włocławka, niciane siatki i szydełkowe serwetki. Przedmioty pochodzące z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przypominały mi dzieciństwo i wczesną młodość. Najbardziej wzruszyła mnie metalowa okrągła puszka, stojąca na stole. W takiej samej moja mama przechowywała guziki i nici, a wcześniej zapewne mieściły się tam landrynki albo inny łakoć czasów PRL-u.
W gabineciku na biurku otwarta szuflada z listem do pani Marii z 1955 roku, stary aparat telefoniczny, łóżko nakryte ręcznie robioną kapą i kilimek nad łóżkiem. A wszędzie pełno obrazów (w tym portrety właścicieli pędzla przyjaciela domu pana Antoniego Michalaka), zdjęć, figurek, pamiątek z podróży, porcelany i szkła. Białe ściany i drewniane wykończenia, belki sufitowe, piece kaflowe nadawały przytulny klimat domostwu.
Ilekroć odwiedzam cudze domy, zwłaszcza domy znanych osób, najbardziej interesujące poza biblioteką i kuchnią są dla mnie sypialnie. Są to miejsca niezwykle intymne, do których rzadko miewamy dostęp, może właśnie dlatego bywają tak interesujące.



A może dlatego, że mnie kojarzą się nie tylko ze spaniem, nie tylko z miłością, ale i z czytaniem. Odwieczny rytuał każdego dnia to choćby parę stron przed zaśnięciem.
Sypialnia z nakrytym zieloną, aksamitną kapą łożem w drewnianej wnęce pod małym półokrągłym okienkiem na poddaszu w Wilii pod Wiewiórką to bardzo przytulne miejsce.


Salon

Salonik z kominkiem

Mieszkanko na piętrze zdecydowanie bardziej mi się podobało z uwagi na swój nieoficjalny charakter niż reprezentacyjne gabinety i salon na parterze. Po obejrzeniu wilii miałam możliwość porozmawiania z panią kustosz, która wyczerpująco odpowiedziała na moje pytania dotyczące pana Jerzego. Okazało się, iż był niezwykle interesującą osobą, prawnikiem, politykiem, a raczej społecznikiem-ideowcem, związanym z ruchem ludowym. Był też autorem swoistej autobiografii Wyspy pamięci.No i przede wszystkim był oparciem i podporą dla swojej żony.

Jadąc do Kazimierza zabrałam ze sobą Dwa księżyce. Zostały one napisane i opublikowane w 1933 r. więc na długo przed zamieszkaniem w Willi pod Wiewiórką. Są jednak poświęcone miasteczku i jego mieszkańcom. Dwa księżyce to obraz smutnego polsko-żydowskiego miasteczka z jego nędzą, szarością, codziennością w połączeniu w barwnym światkiem artystycznym, piękną naturą, śladami przeszłości. Dwoistość do której odnosi się tytuł opowiadań. Dwa księżyce; inny dla nas, inny dla nich.

Mena odezwała się: – Księżyc był czerwony, kiedy tamci ludzie szli spać... Teraz jest biały. Zupełnie inny. Czy też tamci wiedzą, jak wygląda biały księżyc? Jeremi odpowiedział: – Może w ogóle są dwa księżyce... Jeden dla tamtych, drugi – tylko dla nas
. (str.9)

Nad Wisłą przed zachodem słońca

Na uliczkach i placykach stała nędza po pas. Ludzie brodzili w niej jak w czystej wodzie. Kobiety cały dzień nawoływały jedną kurę albo płukały jedną koszulę, albo pytały o jedno zdarzenie. Mężczyźni ziewali zginając grzbiet i pluli prostując. Dzieci było więcej niż godzin we wszystkich nocach. Wszędzie leżały nie dotknięte roboty i słowa spleśniałe bez echa. Ale zamek jaśniał w słońcu niemal alabastrowo, rzeka pod nim niosła z polnej oddali gęstą zieleń, płową żółtość, jedwabne szafiry. Przerośnięta skrzepami mielizn, zżarta przez piasek, niby przez złoty liszaj, skręcała się w liniach bogatych. Zza spróchniałych budek przeglądały renesansowe attyki, aż szalone od kamiennego przepychu. Kościół broczył różowo w oplocie akacji, wygiętych jak święci baroku, studnie miały pozór kapliczek, wieśniacy chodzili w szatach i wielkich płaskich kapeluszach ze słomy. W wieczory piątkowe okna drżały od ciepła świeczników, od szaleństwa bród, tałesów i korzennego zapachu. (str. 17)

Fara (na pierwszym planie studzienka na rynku)

Tymczasem malarz krążył po zaułkach, upatrując tematu. (…) Gapił się z podziwem na flaszki-zaśniedziałe i przydymione- opalizujące w niskich oknach jak zjawy...Na suknie kobiet, na gałgany dziewczynek, podobne do ekspresji ubrań teatralnych… Zachwyt nie opuszczał go ani u brzegu gnojówki, gdzie staruchy, rozsiadłe na kulawych stołkach, zażywały wczasu, ani pośród śmietnisk, z których dzieci wygrzebywały- by je tulić do siebie- jakieś przedmioty, które w nursery brano by przez szczypce. Ze szczególną ciekawością oglądał strumień, płynący wzdłuż głównej ulicy. Natura wody była tam odmieniona; ta ciecz migotała tęczowo i tłusto, jak nafta. Picie jej groziło chyba śmiercią. Jednak-zamiast zasypać strugę- opinano ją koślawymi mostkami… A kozy stawały nad nią rozmarzone. (str.49)


Dziś Kazimierz to już zupełnie inne miasteczko, ale nadal jak echo odbijają się w nim ślady przeszłości. Ruiny zamku, targowisko na rynku, studnia, Fara górująca nad miastem, wstęga rzeki, wąwozy lessowe, galerie malarskie, pensjonaty i knajpki.


Ulica Krakowska

I jeśli odwiedziny to koniecznie poza sezonem i poza weekendem.

Bloger dziś dla mnie wyjątkowo mało łaskawy, przemieszcza mi zdjęcia, nie formatuje, zmienia czcionkę. Usuwa tekst. Może to znak. Nic to nie mam już ani siły ani czasu dokonywać zmian, walizka już czeka a na horyzoncie kolejne miasto.


poniedziałek, 24 stycznia 2022

Cudzoziemka Maria Kuncewiczowa, czyli zmobilizowana przez Bazyla

Niemal dziesięć lat od pierwszej lektury Cudzoziemki moja opinia nadal jest identyczna. Fabuła zatarła się nieco w pamięci, ale postać Róży - jednej z najbardziej irytujących postaci kobiecych w literaturze, a zarazem świetne studium psychologiczne pozostało w pamięci na tyle mocno, że postanowiłam do Cudzoziemki wrócić.  Uważam ją za jedną z lepszych książek, jakie czytałam. Nie będę się powtarzać po wrażenia z lektury odsyłam do wpisu z maja 2012 r. 

Podobnie, jak i podczas pierwszej lektury miałam nadzieję, że znajdę dla Róży jeśli nie usprawiedliwienie to chociaż zrozumienie. Nie znalazłam. Jej przemiana wydaje mi się wyrazem życzeniowej postawy jej autorki, która pisząc książkę, której bohaterka wzorowana jest na jej matce próbowała wyzwolić się spod obrazu kobiety unieszczęśliwiającej siebie i swoich bliskich. Może była to próba ocieplenia wizerunku Róży, ale w mojej ocenie próba nieprzekonująca.   

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Cudzoziemki może tych kilka zdań zachęci go do lektury.

Urodą operowała mistrzowsko. Ponieważ w erotycznych okolicznościach nie bywała wzruszona, nie zabrakło jej nigdy okazji, by zaobserwować w lustrze, który uśmiech, wyraz, jaka poza są najbardziej korzystne. Zauważyła, że przy uśmiechu nieb szerokim mięśnie twarzy układają się niesfornie, kryjąc oczy, co nie jest okupione błyskiem zębów. Zatem ilekroć wypadało mdło się roześmiać opuszczała głowę i dłonią przesłaniała twarz- wtedy nie kompromitowała oczu i nadawała śmiechowi pozory ładnej melancholii. … Wiele w tym znajdowała pociechy, że tak prostymi środkami można było osiągnąć zemstę nad rodem męskim, nad Polską, nad Rosją i nad własnym życiem. [Ona] wiedziała, że zemsta niczego nie uleczy[…]. mściciel ostrze kary sam przeciw sobie obraca. (str. 19) Wiedziała, ale czuła inaczej.

Władysław [syn] przekonał się, że za nic na świecie nie może Róży przebłagać, że nie ma takiego miejsca, które by chciała uznać za szczęśliwe, ani takiego czasu, który by ją uspokoił. Widział siebie czystym w sumieniu; uczyniwszy wszystko na co go było stać, wykreślił z życia Różę; pozostawił już tylko matkę. Matkę często niepoczytalną, groźną  dla otoczenia, o którą trzeba dbać, którą jednak przede wszystkim należy izolować. .. Władysław skrzętnie nadsyłał sumy, zapewniające matce dostatek i kurację. Na terenie zaś własnego domu ograniczał tak ściśle jej zasięg, że wszelkie ekscesy stawały się niemożliwe. (str. 110).

Dlaczego? Matka najpierw przyczyniła się do zniszczenia pierwszego związku syna, potem doprowadziła do depresji synowej, a zapraszana do jego domu niszczyła wszelkie kontakty towarzyskie i relacje zawodowe syna. Zapraszana zaś przez niego na wycieczki szybko się nudziła i nie znajdowała niczego godnego uwagi.

Dlaczego Cudzoziemka? bowiem Róża wszędzie czuła się obco, w kraju, w którym się urodziła, w kraju, w którym zamieszkała, w kraju który odwiedzała, w domu, w rodzinie, a chyba także ze sobą samą.

Róża zyskała moje współczucie tylko raz, kiedy uświadomiła sobie, że tak naprawdę wcale nie żyła. A to dlatego, że zabrzmiało to ludzko i szczerze. Trudno nie współczuć osobie, która zniszczyła to co mamy jedyne i najcenniejsze.

Myślałam, że w cudownym takim kraju, gdzie w końcu października wieczory lipcowe, gdzie na grobach siedzą i całują się,  a w grobach- werbena… ja myślałam, że tutaj śmierć nie straszna! Ach Władyś ty mój- straszna, wszędzie zawsze straszna dla człowieka, który urodził się i  nie żył. Nie żył wcale…[…] Władyś jakże będę umierać, kiedy nie żyłam ja wcale? (str. 109)

Ciężko było mi się zabrać za ten wpis, pisałam, skreślałam, odkładałam ad acta, ale kiedy wczoraj przeczytałam u Bazyla, jak ciężko mu wrócić do pisania  usiadłam i naskrobałam kilka zdań. 

Bazyl teraz twoja kolej. 


poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Klucze Maria Kuncewiczowa

Poetycki dziennik  tułaczki po Europie, którą autorka obyła z powodu wybuchu wojny. Klucze to opisy wędrówki przeplatane ze wspomnieniami; momentami pięknymi, momentami bolesnymi, ale zawsze nostalgicznymi. Fragmentaryczne obrazy świata, z których każdy wart jest utrwalenia tworzą złożoną kompozycyjną całość ilustrującą pewien wycinek dziejów.  Można odnieść wrażenie, iż pisarka będąc w środku wydarzeń jest jednocześnie obok nich, może dzięki temu dostrzega to co niedostrzegalne dla innych, a może sprawia to jej wrażliwość. Rozczarowany będzie czytelnik szukający w lekturze reporterskiego zapisu faktów. 

Dlaczego zostawiali mieszkania, domy, wspomnienia, rodziny i znajomych i jechali w niepewne... Czy bezpieczniej było wyjechać, czy zostać i czy robiło się to dla zapewnienia poczucia bezpieczeństwa. Pytania bez odpowiedzi.

Niekoniecznie najpodlejsi uciekali - czasami uciekali najczulsi. Ci którym sufit nigdy nieba nie zastępował. Którzy leżąc wieczorem w łóżku, słyszeli rytm ciał niebieskich i wtedy zapominali o gotówkowym obrocie. Ci którym niebo, wolne od nienawiści, potrzebne było do życia. (str.27)

Czy jest to pewnego rodzaju usprawiedliwienie? A może próba odpowiedzi tym, którzy wywodzili swą wyższość z samego faktu pozostania.

Po lekturze zostają obrazki.

Bukareszt – kolejki w ambasadzie i stosunek mieszkańców do przybyszów.

To, że teatr Wielki i Zamek, i Zachęta leżały w gruzach, że spod płyt chodników warszawskich ciągnęło trupami, że Polska znowu zniknęła z mamy,  nie mogło jeszcze w październiki 1939 roku dezorganizować herbat w Bukareszcie. Ich teatry, zamki, wystawy funkcjonowały, romanse, choroby szły normalnym trybem, dzieci wracały z wakacji, nieboszczyków grzebano wśród chryzantem i pieśni. Rumuni mieli sobie mnóstwo do powiedzenia po wyjątkowo pięknym lecie, u progu zimowego sezonu (str.67)

Patrzyli na nas z nabożeństwem, jak na wypróbowanych aktorów tej samej tragedii, której bali się zostać prowincjonalnymi komparsami. […] Proponowali adopcję naszych dzieci. Jedyna słabostka na jaką sobie pozwalali, to nadzieja, że i tym razem podejmiemy się na wschodzie Europy wszystkich ról tragicznych. (str. 68)  

Paryż – matura, którą polecono zdawać młodzieży nierzadko mającej już zdane świadectwo dojrzałości w boju.

We wrześniu katastrofa narodu pochłonęła osobiste dzieje i wielu uczniów przemieniło się wtedy w żołnierzy. Zimą we Francji niektórych odesłano z obozów wojskowych do liceum. […] W polskim ministerstwie oświecenia gestapo założyło swój sztab. Szczury, nietoperze i pająki kształciły się w warszawskich szkołach. A oni, na Quai d`Orleans, siadywali zatopieni w romantykach i w Małym roczniku statystycznym, równie nieaktualnym jak „Promethidion” Cypriana Kamila. Podręcznikowa historia zatrzymała się na datach sprzed Września, geografia szkolna nie znała miejsc, które dzienniki drukowały tłustym drukiem, spory Gwelfów z Gibellinami oraz logarytmy zachowały ważność, bohaterowie tragedii klasycznych teraz  właśnie odsłaniali swoje sekrety. Młodzież – ćwicząc mózgi na te lata, kiedy wyobraźnia miała stanowić jedyną broń wobec tyranii  narodów i społeczeństw – bardziej współczuła Antygonie czy Konradowi niż Weygandowi, Starzyńskiemu czy Wilhelminie Holenderskiej (str. 111/112) 

Paryż to oczywiście nadzieja i śmierć nadziei na braterstwo broni.

Londyn - gdzie za dnia o wojnie przypominały jedynie tabliczki z informacją o nalocie powietrznym, a noce spędzano w podziemiach metra.

Po restauracjach orkiestry nie przestawały grać, kelnerzy krążyć z tacami. Kapelmistrz, czasami piccolo, prezentował publiczności tablicę z napisem „Air raid” kłaniając się, jak gdyby te słowa były nazwą popularnego szlagieru- nikt oczywiście nie wychodził. Na seansach codziennych w kinie te słowa zjawiały się pośród ekranu, przecinając akcję, jak pomylony komentarz. I uwaga publiczności, niecierpliwie wracała do akcji. Goście nie przerywali wizyt, lekarze auskultacji, księża nabożeństw, nauczyciele lekcji, zakochani transu. Wyglądało na to, że życie, które ma się do stracenia w dzień, nie jest warte obrony ani żalu. (str. 130).

Angielska herbatka- której nie powinno zakłócać się rozmowami o wojnie.

Zobaczyłam ten moment, kiedy na stoliczku przede mną roztoczona zostanie wytworność angielskiej herbaty, na którą złożą się posagi babek, łupy kolonizatorów i obrzędowe gesty pani domu. Zobaczyłam staranny uśmiech wdowy i jej gorliwą chęć przyjęcia gościa, poczułam zapach róż i usłyszałam pytanie; Czy była pani w tym tygodniu w Londynie?” Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że tych pytań będzie dużo, że będą następowały po odpowiedziach bardzo szybko …..bo wdowa będzie się śmiertelnie bać, żebym nie zaczęła mówić o tej strasznej Warszawie; i swego strachu będzie się mężnie zarzekała. Aż wreszcie – kiedy wypijemy po dwie filiżanki angielskiej herbaty, kiedy wypróbuję wszystkie gatunki ciast i zbiorę się do wyjścia- jej napięte rysy zelżeją, czoło się wygładzi, pierś swobodnie odetchnie. (str. 168)

I wreszcie obrazek starej Angielki - monografistki polskich romantyków, która dzień w dzień, za grubą kotarą oddawała się studiom Homera, Wergilego i Dantego, Mickiewicza, Słowackiego, Krasickiego, Norwida (pracy odkrywania i powiększania świata, kiedy niemieccy lotnicy co dzień ten świat pomniejszali o kilka dusz i skrawek zniszczonej ziemi). Jej życie pięknie spuentowała pisarka -  z sumiennością odrabiała zadania, których jej nikt nie powierzał, a sytość duszy uważała za dobrą zapłatę (nieco zmodyfikowany cytat ze strony 139).

A pomiędzy tymi podróżami wspomnienia warszawskiego mieszkania i kazimierskiego domu. 

Książka napisana przepięknym językiem, z licznymi odniesieniami literackimi i historycznymi. Opowiada o sprawach bolesnych w sposób lekki, bez niepotrzebnego epatowania dosłownością i bez patosu.  Jedyny mankament to częste wtrącenia w obcych językach bez odniesień do ich tłumaczenia. Dla mnie dodatkową zaletą jest wspominanie miejsc, które znam i historii, które są mi bliskie.

A kiedy mowa o nostalgii to wspominam z tęsknotą czas, kiedy brałam udział w wyzwaniu czytelniczym miesiąc z Marią które wymyśliła Lirael, autorka cudownego, niestety nieaktywnego już bloga Lektury Lirael To jej zawdzięczam odkrycie Cudzoziemki, którą zaliczam do jednej z najlepszych powieści, jakie czytałam.

poniedziałek, 21 maja 2012

Przezrocza Maria Kuncewiczowa, czyli włoskie reminiscencje

Wydawnictwo Lubelskie, Rok wydania 1997. Stron 175
Książeczkę przeczytałam dzięki uprzejmości Lirael.
Przezrocza nazwała Kuncewiczowa „podróżą przez miejsca i czasy”. Ale jakie to miejsca i jakie to czasy chciałoby się powiedzieć. W okresie od 1970 do 1983 roku Włochy były areną niecodziennych wydarzeń (od porwania Aldo Moro przez Czerwone Brygady po wybór Karola Wojtyły na papieża). Przezrocza to zbiór wspomnień, z pobytów we Włoszech. Jak w kalejdoskopie przewijają się tutaj obrazki (przezrocza), w których bohaterami są ludzie, zdarzenia, natura. A wszystko to okraszone refleksją autorki na temat sytuacji społeczno-politycznej, wiary, przemijania. Pisane przez osobę stojącą u kresu drogi pełne są melancholijnej zadumy.
Obrazki Włoch, jakie wyłaniają się z kart wspomnień niewiele mają wspólnego z utrwalonym w powszechnej świadomości wizerunkiem Italii, wizerunkiem, jaki prezentują „turystom” biura podróży. Obrazki Włoch tu prezentowane są taką małą impresją na temat doświadczeń, doznań, wzruszeń, przeżyć religijnych, na temat chwil zatrzymanych w czasie, na temat ludzi żyjących we wspomnieniu, na temat wielkich zdarzeń postrzeganych przez wnikliwego obserwatora. Wnikliwego i niezwykle wrażliwego.
Przezrocza to wspomnienia niezwykle osobiste, a jednak pomimo całej melancholii i pewnego rodzaju smutku, jaki zawsze towarzyszy wspomnieniom, nie można mieć wątpliwości co do temperatury uczuć, jakie żywiła do tego niezwykłego kraju autorka. Dostrzegając absurdy życia polityczno-społecznego zachwyca się architekturą, krajobrazem, aurą i klimatem.
Jej wspomnienia koncentrują się głównie na Rzymie, bo tam spędziła gro czasu. Mnie natomiast w pamięci zapadł szczególnie pewien obrazek z Amalfi.

„W rynku wznosi się niestosowna katedra, należna jakiemuś wielkiemu placowi. Staje się przed katedrą i wzdycha; Memento Mori. Promenada nad morzem jest długa, wąska, ze skrętami na dwa mola, o które – zima była- roztrącają się z hukiem grzywiaste fale. Słodyczy szukać trzeba w prostopadłych ogródkach za murami. Do nich prowadzą serpentyny i stamtąd im wyżej- można ogląda coraz dalszy teatr morza i Czu coraz bliższy zapach wiosny. […] Szliśmy na płaską promenadę, biegnącą wzdłuż jezdni. Przed zachodem Jerzy nieodmiennie skręcał na molo, to dalsze. Tak jak ja szukałam słodyczy, tak on zdawał się szukać dramatu. Stawaliśmy na cyplu wysuniętym w żywioł, bryzgi oblewały twarze, kamienny wał pod nogami robił się wątły, prawie niematerialny, nad głowami zaczepnie krzyczały mewy, wiatr porywał czapki i włosy. Coś napastliwego zbliżało się i cofało. Teatr morza podpływał pod stopy i kusił w głąb sceny. To co się na niej działo, było większe od przyrody. Ściany, przepaście i smugi światła pod rozdartym niebem ziały przestrzenią międzyludzką. Także takich ciemnych filetów, takich płomiennych cynobrów, takich stężałych od gęstości farb, nie było mi dane nigdzie indziej oglądać. Chwilami blask wody i blask powietrza zlewały się w kipiel oderwaną od samego początku: ciemniała, rosła i stawała się chmurą.”

I muszę tu napisać, że generalnie nie jestem zwolenniczką opisów przyrody w literaturze. Zdecydowanie bardziej wolę ją w naturze, albo w malarstwie, ale czyż ten opis ustępuje najlepszym malarskim dziełom? Dla mnie to majstersztyk, jest tak plastyczny, że wyobraźnia bez trudu pozwala przenieść się do Amalfi i do tej niezapomnianej atmosfery, jaka była udziałem autorki.
Nie znalazłam w internecie dorównującej pięknem powyższemu opisowi fotografii.
Był piękny opis przyrody, a zatem dla równowagi coś z architektury:
„Barokowy kościół Jezuitów w Rzymie, jest chyba najbogatszym, jaki widziałam. Znajduje się tam, pod bocznym ołtarzem, zdobnym w oślepiające klejnoty, urna złocona Az prochami założyciela zakonu, Św. Ignacego Loyoli. Na stropie są bezcenne malowidła sławiące tryumf Jezusa. Podłoga z najdelikatniejszej mozaiki, statua św. Ignacego cała pokryta srebrem. Człowiek się czuje we wnętrzu fantastycznego pałacu, pełnego blasku i tęczy, strach zbiera czynie naruszyło się jakiegoś prześwietnego ceremoniału. Strach i dziw, że taka pyszna świątynia została ofiarowana bosonogiemu Synowi Boga i jego misjonarzowi, Ignacemu, który nauczał, pielgrzymując o żebraczym chlebie”.
To co w książce Kuncewiczowej najpiękniejsze wymyka się opisom, takie jest ulotne i nieuchwytne.
Moja ocena 5/6

niedziela, 6 maja 2012

Cudzoziemka Maria Kuncewiczowa

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Rok wydania 2005, ilość stron 224
Od chwili przystąpienia do Wyzwania Marzec z Marią i przeczytania u Lirael jej zachwytów nad twórczością Kuncewiczowej i ja poszukiwałam takiej książki, która poruszy we mnie jakieś czułe struny, która porwie tak bezwarunkowo i do końca, która sprawi, że powiem to jest TO. Po nazbyt moim zdaniem metaforycznej Twarzy mężczyzny, po ciekawym Tristanie 1946, po dobrych Przezroczach trafiłam w końcu na Moją Kuncewiczową. Ta książka wciągnęła mnie od pierwszej strony i myślę, że zapadnie w mojej pamięci na długo.
A wszystko to za sprawę głównej bohaterki - Róży. Cóż to za wyśmienity portret psychologiczny kobiety nieszczęśliwej, niespełnionej, zawiedzionej, kobiety niekochanej i niepotrafiącej kochać, kobiety irytującej, ziejącej jadem nienawiści do wszystkich i wszystkiego poza muzyką.
Róża nie wzbudza uczucia sympatii, przeciwnie Róża irytuje. Zawsze interesowało mnie skąd się bierze taka zajadłość i nienawiść do życia w tych pozornie miłych i cudownych kobietach. Jakie nieszczęście sprawia, że wrażliwa kobieta (w tym przypadku utalentowana artystka, kobieta wielu zalet i umiejętności) zamienia w piekło życie męża, dzieci i swoje własne.
Czy coś usprawiedliwia Różę w jej nienawiści do męża, że okazał się nie być NIM (wyidealizowanym niedoszłym kochankiem), do dzieci, że nie są JEGO dziećmi (i tak bardzo przypominają ojca), do ludzi wokół, że nie potrafią zrozumieć kobiety, artystki, cudzoziemki, do świata wreszcie, że nie tańczy tak, jak mu ona zagra. Róża, jako młoda dziewczyna przeżyła trzy „tragedie”. Musiała opuścić ziemię, na której się urodziła i gdzie spędziła młode lata, została opuszczona przez młodzieńca, w którym ulokowała pierwsze uczucia, została zawiedziona przez nieodpowiedzialnego nauczyciela muzyki, który złamał jej artystyczną karierę. Czy to dużo? Dla młodej, wrażliwej osoby niemało. Ale czy to powód, dla którego można by zamienić życie w piekło? Róża postanawia odtąd żyć zemstą. Za swoje „zmarnowane życie”, za brak uczucia, za złamaną karierę dręczy wszystkich wokół, a skoro najłatwiej skrzywdzić najbliższych to oni stają się jej ofiarami.
Adam dobry, kochający, troszkę niezaradny życiowo człowiek żyje w ciągłym strachu przed każdym nowym dniem, przed gniewem, histerią, irytacją, złością, napastliwością żony, której ulubionym zajęciem wydaje się dręczenie męża, wyśmiewanie go, pogardzanie nim. Dzieci wychowywane w poczuciu winy nie potrafią wyzwolić się spod dyktatury i terroru matki. Z jednej strony się jej boją, a z drugiej pragną zasłużyć na jej aprobatę, jej miłość, Róża je zarówno przeraża, jak i fascynuje. Róża, jest jak tornado, które niszy wszystko co spotka na swojej drodze. A jej niszczycielska siła polega na tym, że najbliżsi nie są w stanie wyzwolić się spod jej wpływu nawet, jeśli zdołali założyć własne rodziny i ograniczyć kontakty do minimum. Najbardziej dramatycznym wydaje się to, iż „pozorna przemiana Róży” (uświadomienie sobie, jak bardzo skrzywdziła swoich bliskich) bardziej ich przeraża niż uspokaja. To przypomina mi strach człowieka ciężko chorego przed myślą, że mógłby wyzdrowieć, kiedy on już pogodził się z tym, że nie ma nadziei na jakąkolwiek zmianę. W tym przejawia się cały paradoks sytuacji szantażu w rodzinie; ofiary nie pragną niczego więcej, jak wyzwolenia, ale kiedy pojawia się nadzieja, że mogłoby do niego dojść one nie potrafią w to uwierzyć.
Największe wrażenie zrobiło na mnie stwierdzenie Róży „jak ja mogę umrzeć, skoro wcale jeszcze nie żyłam”. Jeśli Róża naprawdę uświadomiłaby sobie do czego doprowadziło jej postępowanie, może zrobiłoby mi się jej troszkę żal. Jednak trochę mało wiarygodne wydaje mi się zakończenie powieści.
Pomimo to książka moim zdaniem wspaniała i obok Gron gniewu Steinbecka najlepsza, jaką w tym roku przeczytałam.
Moja ocena 6/6


piątek, 30 marca 2012

Tristan 1946 (audiobook) Maria Kuncewiczowa

Po książkę sięgnęłam dzięki wyzwaniu Miesiąc z Marią. Wyzwanie spowodowało wysyp recenzji książek jednej z ulubionych pisarek Lirael, dlatego, aby się nie powtarzać dziś jedynie parę refleksji, które przyniosła lektura.
Zanim przeczytałam (wysłuchała) „Tristana” Marii Kuncewiczowej nie znałam starej celtyckiej legendy. Nie przeszkadzało to jednak w odnalezieniu stycznych pomiędzy powieściowymi wątkami i tragiczną historią kochanków.
W rok po wojnie, mieszkająca w Anglii Wanda oczekuje przybycia z Polski swego dorosłego syna Michała. Wanda jest pełna obaw, czy uda jej się nawiązać kontakt z młodym mężczyzną, który przeżył piekło wojny, powstania, obozu. Wanda nigdy nie umiała zaprzyjaźnić się z synem, nie potrafiła mu wybaczyć, tego, że wiele lat temu opowiedział się w konflikcie pomiędzy rodzicami po stronie ojca. Nie potrafiła zrozumieć, jak mógł wybrać zamiast bezpiecznej emigracji z matką niebezpieczne życie w kraju. Michał - Tristan, schorowany, wyniszczony psychicznie dwudziestodwulatek poznaje w Kornwalii Kasię – Izoldę i chcąc ratować dziewczynę (studentkę psychologii) przed beznadzieją i pustką życia zawozi ją do starego profesora Bradleya – króla Marka. Młodzi zakochują się w sobie, lecz, jak chce legenda nad ich losem ciąży jakieś fatum. A może to nie fatum, tylko strach, obawa, niedowierzanie, iż to im mogła się przydarzyć miłość, że to oni mogliby normalnie, szczęśliwie żyć. „Tristan” to przede wszystkim powieść psychologiczna o skomplikowanych losach ludzi doświadczonych przez hekatombę II wojny światowej, ludzi okaleczonych nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, ludzi, którzy próbują „normalnie” żyć. Tyle, że po takich doświadczeniach nie można żyć normalnie. Toteż trudno nazwać normalnymi zachowania bohaterów. Są rozchwiani emocjonalnie, niestabilni psychicznie, miotają się i nie potrafią uwierzyć, że to co się im przytrafiło może trwać nadal, że nikt im tego nie odbierze. Może dlatego ich zachowania są tak irracjonalne i dziwaczne. Powroty i ucieczki, próby samounicestwienia, walka, poddanie i bunt, apatia i agresja. Bohaterowie, których trudno zrozumieć, a jeszcze trudniej polubić, ale bohaterowie wyraziści i nieszablonowi, bohaterowie o skomplikowanym życiu wewnętrznym.
Powieść w swej warstwie fabularnej trochę przypomina mi powieść Singera Cienie nad rzeką Hudson. W przeciwieństwie do Przymierza z dzieckiem (mojej pierwszej książki M.K) w Tristanie spodobał mi się język powieści, poetycki, ale nie nadmiernie metaforyczny. To właśnie ten poetycki język nadaje lekkości ciężkiej w swym wydźwięku fabule.
Mnie się książka bardzo podobała. I jeszcze jedno a propos wydania. Książki wysłuchałam (w może właściwiej byłoby napisać słuchowiska wysłuchałam) w formie audiobooka. Wiele już na blogach padło argumentów za, a chyba jeszcze więcej przeciw audiobookom, że to nie prawdziwe książki, że nie pachną farbą drukarską, że nie szeleszczą papierem, że nie uczulają kurzem, że wysłuchanie nie umywa się do przeczytania. Nie mam zamiaru nikogo ani przekonywać, ani odwodzić, chcę jedynie napisać, że czasami audiobook może podnieść wartość książki, a to za sprawą osoby lub osób czytających a także za sprawą możliwości, jakie daje technika.
Słuchanie audiobooka Tristan 1946 mnie sprawiło mi dużą przyjemność, gdyż poza warstwą literacką miałam możność poznania pięknej interpretacji powieści Elżbiety Kijowskiej i Mariusza Benoit. Dodatkową zaletą audiobooka był podkład muzyczny (klasyka).
Moja ocena powieści 5/6.

wtorek, 28 lutego 2012

Twarz mężczyzny Marii Kuncewiczowej, czyli kilka słów o dojrzewaniu do macierzyństwa i nie tylko

Twarz mężczyzny to zbiór trzech opowiadań oraz dwóch nowelek (220 stron).
W skład zbioru wchodzi stanowiące debiut literacki Przymierze z dzieckiem. Wydany w 1927 roku utwór wywołał skandal z powodu poruszenia - stanowiącego do tej pory tabu - tematu ciąży i porodu oraz trudnego okresu rodzenia się uczuć macierzyńskich. Do tej pory ciąża określana mianem stanu błogosławionego, tak też była traktowana, jako najszczęśliwszy okres w życiu kobiety, a miłość macierzyńska pojawiała się jeśli nie w okresie prenatalnym, to najpóźniej wraz z pierwszym krzykiem dziecięcia. Tymczasem Kuncewiczowa przelała na papier własne doświadczenia pokazując, iż uczucia macierzyńskie rodzą się czasami w większym bólu niż dziecko i nie każda kobieta stworzona jest do rodzenia dzieci.
Dobrze jest poprzedzić lekturę Przymierza lekturą Twarzy mężczyzny. Bohaterką obu opowiastek jest Tereska. W pierwszym opowiadaniu poznajemy nieco egzaltowanego podlotka, który odkrywa swoją seksualność i którego zainteresowania zaczynają i kończą się na chłopcach, miłosnych wzdychaniach i podobaniu się. Typowa nastolatka, tyle, że sprzed wieku.
„Terenia popadła w ciężkie wątpliwości. Czy jej nogi całkiem są jak należy? Czy ramiona mają tę długość i przepisową rozpiętość? Czy nie za szerokie są dłonie? I czy w tych wszystkich wiązaniach i płaskich miejscach nie przywarowało ziarno brzydoty, grożące lada moment rozrostem… Ustawiała tak lustra, aby od razu móc widzieć i piersi i profil…”
W drugim opowiadaniu Tereska jest już mężatką. Nadal jest pustą, głupiutką kobietką, która interesuje się wyłącznie strojami, bywaniem w kawiarniach i na dansingach. Kiedy zachodzi w ciążę oczekuje wybuchu uczuć nieziemskich, tymczasem zamiast fajerwerków, eksplozji radości i szczęścia, pojawiają się obrzęknięte nogi, bolesne piersi, ociężałość i zmęczenie. „Długie miesiące rządziło się w niej cudze życie”.
Poród opisany jest niemal, jako apokalipsa, koniec świata. Dla osoby beztroskiej i skoncentrowanej wyłącznie na sobie był to koniec świata.
„Kiedy zdyszana na śmierć zaszczuta do plugawego obłędu, potworna i ślepa ze strachu, chciała spłynąć z łoża tortur na kształt strumienia, co bez pamięci pada w przepaść – wychynęły z brzasku żelazne paszczęki, kleszcze złowrogie i opasłe butle jodyny.. Tłuszcza oprawców przywarowała w ciszy, by na dane hasło dziesiątkiem zębów szarpnąć łono i rozedrzeć je na dymiące ochłapy…”
Czyż nie brzmi, jak opis średniowiecznych tortur?
Instynkt macierzyński nie pojawia się także, kiedy na świat przechodzi strzyga, ssak, nowy twór. Dziecko sprowadziło Tereskę do roli karmicielki, opiekunki, niewolnicy, tymczasem ona chce być kobietą, kochanką, człowiekiem. Długi czas po porodzie Tereska nie nadaje dziecku imienia, jest ono tylko żarłocznym ssakiem, krzykiem/wrzaskiem z kosza, prześladowcą.
"Teraz ciało matki było zahukane, do cna wyzute z pewności siebie, całe nasiąknięte jeszcze pamięcią o ranach. […] Piersi ciążyły i rozpierały stanik. Prześliczne piersi, stokrotki wdzięczne – tak upragnione oczom i ustom mężczyzny, tak beztroskie – piersi Teresy stały się łupem ssaka. Wiadomo było, że kiedy wrzask z kosza bucha szczególnie natarczywy, trzeba ująć w dłonie różowe czarki i pozwolić wargom żarłoka, by niezdarnie szarpały to, co nie zaznało innego dotknięcia prócz pieszczoty. Zresztą nowe to już były piersi – nie te sny opalowe, ledwie znaczne wśród falistości ramion; raczej krzyczące magnolie, nalane pychą i mlekiem. Wszystkie suknie zostały poszerzone i Teresa – ze śmiercią w duszy – obnosiła po świecie nienawistny przepych swego ciała."
Akceptacja przychodzi dopiero wówczas, kiedy dziecko nie potrzebuje już tak intensywnej opieki matki, wówczas Teresa nawiązuje przymierze. Tylko pojawia się pytanie. Z nim? Czy z sobą samą? Czy to narodziny uczucia, czy odzyskanie panowania nad własnym życiem powoduje to przymierze?
Dawno już nie czytało mi się książki z tak mieszanymi uczuciami. W szerokiej gamie tychże na pierwsze miejsce wychodziły zachwyt i utrudzenie.
Pierwsze wrażenia z lektury to język. Poetycko-metaforyczny. Przywodzi na myśl inne dziedziny sztuki. Gdybym miała zobrazować opowiadania wybrałabym któryś z obrazów Alfreda Muchy.
… Któregoś ranka w lipcu było tak prawdziwe, że czuła na piersiach, na ustach twarde i gorące dotyki. Zamknęła oczy – a wtedy Ono legło na niej, całe włochate i lśniące, jak nieziemski zwierz. Gęsta słodycz zalepiła usta, nie chciało się śliny połykać, a kolana drżały coraz słabsze i słabsze. …
To było o słońcu.
We wstępie czytam, że nadmierne metaforyzowanie zarzucali młodej debiutantce Irena Krzywicka i Antoni Słonimski. A Zofia Nałkowska – stwierdziła – „Pisarz musi mieć z czego wyrastać. Jeśli autor debiutuje jako artysta bez nadmiarów, natomiast z aptekarską wagą, należy się spodziewać, że jego styl dojrzały będzie scenografią”.
Zdecydowanie podpisuję się pod tą opinią. Nadmiar metafor powoduje, iż to, co początkowo zachwyca, z czasem zaczyna męczyć.
Najpierw smakowałam te literackie porównania, delektowałam się nimi. Taki np. zwrot „Wydaje mi się wtedy, że nie ma rzeczy, której bym nie nauczył… [kobiety]. Nawet milczenia w osiemnastu językach” powalił mnie na kolana.
Czy też „W październiku Bóg pokarał drzewa nagością za ich pychę sierpniową”.
Jednak w miarę czytania zagęszczenie metafor powoduje przesyt i zaczyna nużyć. Zgodnie z powiedzeniem, co za dużo to nie zdrowo. Poza nadmiarem metafor jest tu sporo egzaltacji.
Przez dwieście dwadzieścia stron lektury brnę cały tydzień. Równocześnie pochłaniając Królową Margot Dumasa (496 str.).
Jest jednak w tym języku, w tej poetyce coś co wciąga, nawet pomimo znużenia, coś, co daje obietnicę dobrych kolejnych utworów, utworów, w których mam nadzieję autorka przyjmie krytyczne rady kolegów po piórze i zapanuje równowaga pomiędzy ozdobnikami a poetyką.
Naprawdę bardzo jestem ciekawa, jak sprawa przedstawia się w dojrzalszych dziełach pisarki.
Kolejna sprawa to postać bohaterki. Z jednej strony pięknie odmalowane, pogłębione studium psychologiczne, z drugiej taż właśnie bohaterka szalenie mnie irytuje swoją powierzchownością. No bo niby oczytana, niby bywalczyni teatru, a jednak to przedkładanie swojego wyglądu i swoich przyjemności nade wszystko jakoś nie zjednuje mojej sympatii.
Nowatorstwo tematu - na pewno miało duże znaczenie w momencie wydania, świadczyło o odwadze i pewnym pójściu pod prąd. Wywołało ono oburzenie i falę listów protestacyjnych do publikującego Przymierze z dzieckiem kobiecego czasopisma „Bluszcz”. Dzisiaj temat nie wywoła takich emocji, zwłaszcza, kiedy o depresji poporodowej wiedzą już prawie wszyscy, a kobieta bezdzietna (z wyboru) nie jest wytykana palcami, jako egoistka i dziwadło.
Dla mnie zbiór opowiadań, jak na debiut jest całkiem niezły. Jednak czytanie go, jako lekturę pierwszego kontaktu jest ryzykowne, gdyż to co we mnie wywoływało mieszane uczucia innych może zniechęcić do dalszej znajomości z pisarką. Polecałam na kolejną lekturę.
Osobiście jestem bardzo ciekawa Dwóch księżyców. Oglądałam ekranizację i chętnie sięgnę po książkę.
Dziękuję Lirael za pomysł, bo zapewne gdyby nie ona nie przypomniałabym sobie o tej autorce.
Iza podesłała link do wypowiedzi współczesnej matki, której słowa brzmią bardzo podobnie do wypowiedzi Tereski choć mniej metaforycznie, a którą zapewne wszyscy znacie choćby z piosenki A jak powiem sobie dość. I jeśli nie dziwiły w ustach młodej mężatki z lat trzydziestych to w ustach gwiazdki pop brzmią jak kolejny chwyt marketingowy; nie ważne co piszą, ważne aby pisali.