Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Reminiscencje przy kopiowaniu bloga

Prowadziłam kiedyś bloga na innej platformie (wp). Z czasem zaginął on w czeluści internetu. Pomyślałam, że nie chciałabym kiedyś i tego bloga gdzieś zagubić; szkoda mi tych minionych zdarzeń, przeżyć, wspomnień, które tak prędko ulatują z pamięci. Mam słabość do starych wpisów; począwszy od tych infantylnych, pełnych zachwytów, do nieco bardziej przemyślanych, a wszystkie są zapisem autentycznych przeżyć.
Śladami profesora Langdona w Paryżu

Robienie kopii całości za pomocą narzędzi informatycznych wychodzi mi słabo, pojawiają się jakieś dziwne znaczki, jakiś chiński szyfr, stąd zabrałam się za żmudne kopiowanie wpisów, wpis po wpisie, wraz z komentarzami (usuwając zdjęcia, bo zabierają zbyt wiele miejsca). Zajęcie jest żmudne i pracochłonne, ale jakże przyjemne. Nie czytam wszystkiego, bo jest tego średnio pół tysiąca stron rocznie, a lat pisania już czternaście. Nie mniej czytam sobie wybiórczo wpisy i pojawiające się pod nimi komentarze. Przypominam pierwszych komentatorów oraz trafiam na pierwsze komentarze osób, które pozostały wiernymi czytelnikami do dzisiaj. Ileż książek mi polecono, o których zapomniałam, ile miejsc do odwiedzenia zasugerowano, których jeszcze nie odwiedziłam,  ile osób przestało się odzywać, a których mi bardzo żal. Tych dyskusji, które się nie odbyły, tej wymiany zdań, o którą dziś coraz trudniej. Ogarnia mnie sentyment. 

Ekstaza Św. Teresy Berniniego w kościele Santa Maria della Victoria (Rzym)

Kopiowanie jest zajęciem inspirującym. Dotarłam do wpisu na temat książki W ogrodzie pamięci Joanny Olczak - Ronikier i postanowiłam wypożyczyć kolejną książkę pisarki, w której historie tak miło było się zagłębić. Wypożyczyłam historię Piwnicy pod baranami. To chyba Piotr (bardzo zacofany w lekturze) mi zasugerował, Piotr, który nie odzywa się u mnie od lat, ale zawsze lajkuje nowe wpis na fb 😊 Nawiasem mówiąc Piwnicę pod baranami odwiedziłam po raz pierwszy już w okresie blogowym. Poznałam wówczas to kultowe zjawisko. Poznałam i przepadłam. Każda wizyta w Krakowie skutkuje nabyciem nowej płyty jednego z piwnicznych artystów. Nawiasem mówiąc, czy dziś jeszcze ktoś kupuje płyty, skoro tyle muzyki można pozyskać z internetu. Sama robię to coraz rzadziej, ale ten rodzaj muzyki trudno pozyskać z internetu. W samej Piwnicy przy krakowskim rynku byłam dwukrotnie. Jest to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym koncertem piwnicznych artystów, bo stłoczeni na małej powierzchni piwnicznej izdebki stajemy się jakby piwniczną rodziną, która znalazła się na tej wysepce normalności. Ale też jest tam dla starszej pani bardzo niewygodnie. Siedzenie na desce czy twardym krześle przez ponad dwie godziny to spore wyzwanie dla naszych obolałych kości ogonowych, wiekowych kręgosłupów, drętwiejących nóg czy złaknionych powietrza astmatyków. Dlatego doświadczywszy zjawiska Piwnicy kolejne wystąpienia oglądam bądź to w Teatrze Słowackiego (jubileusze) bądź na występach gościnnych w Filharmonii Bałtyckiej. Ostatnio miałyśmy okazję po raz kolejny wraz z moją przyjaciółką Magdą doświadczyć tego niezwykłego katharsis w zeszłym miesiącu, kiedy to Piwnica wystąpiła ze swymi najlepszymi utworami w Gdańsku. Choć w przypadku Piwnicy trudno mówić o utworach słabszych. Niezmiernie nas cieszy fakt, iż do Piwnicy przybywają nowi, młodzi artyści. Będzie komu przejąć pałeczkę i poprowadzić Piwnicę dalej prze kolejne lata.

Londyn Temple Church
Swoją drogą widuję wielu blogerów, którzy bądź to zaprzestali prowadzenia blogów, bądź robią to sporadycznie, a którzy dość aktywnie udzielają się na f-b (jak choćby nieodżałowana Ada z krakowskiego bloga. Nieodżałowana – dlatego, iż nie mogę odżałować, iż zaprzestała prowadzenia bloga, Każdy wpis to było małe dzieło sztuki)

Ale wracając do procesu kopiowani - przypadkiem trafiłam na pierwszy komentarz Alicji. Alicji, czyli ardioli, którą poznałam osobiście w czerwcu podczas wycieczki do Wrocławia. A kilka dni temu Alicja odwiedziła mnie w Gdańsku. I znowuż koincydencja. Tym pierwszym skomentowanym postem był post o polskiej tradycji spędzania Świąt Bożego Narodzenia (musi być rodzinnie, przy suto zastawionym stole, z telewizją w tle, politycznymi dyskusjami i skłóconą rodziną, udajemy że się kochamy, kiedy tak naprawdę niemal każdy marzy, aby znaleźć się w tym czasie w zupełnie innym miejscu). I tym razem nasza rozmowa zahaczyła o temat rodzinnego spędzania świąt. Nic w tym dziwnego, wszak zbliża się czas świętowania. I choć nasze rodziny nie są ani patologiczne, ani skłócone to chyba każda z nas wolałaby ten czas spędzić inaczej, po swojemu.

Trafiłam na wpisy z serii Hugo na dobry początek tygodnia. Nowszych czytelników informuję, iż mam fioła na punkcie prozy Wiktora Hugo. Jeszcze do niedawna myślałam, iż jest to czas przeszły dokonany, iż proza Hugo jako nieprzystawalna do współczesności musiała się zestarzeć i „zramoleć” nawet w moich oczach, uszach i sercu. I wtedy sięgnęłam po audiobooka Nędznicy. Wysłuchałam w przeciągu kilku dni powieści o ponad tysiąc sześciuset stronach. Wprost nie mogłam się oderwać od słuchania, choć przecież doskonale znałam fabułę, a nawet niektóre cytaty, którymi raczyłam czytelników bloga, chyba do znudzenia. Spłakałam się okrutnie (może to efekt nadchodzącej, czy też posuwającej się wielkimi krokami starości) i doszłam do wniosku, że ten Hugo jednak umiał pisać, a choć czasy się zmieniły, okoliczności mamy inne, styl pisania także to jednak zachowania ludzkie i pewne zjawiska są nadal niezmienne. 

Kaplica Rosslyn w Szkocji
Przypomniałam też sobie blogerkę - trolla, która pod różnymi nickami występowała w blogosferze zamieszczając obraźliwe komentarze u osób, których poglądy jej nie odpowiadały. Pisywała też pochlebne komentarze sama u siebie. Nie wiem, czy teraz można to zweryfikować, pewnie jacyś bardziej doświadczeni blogerzy potrafią, w każdym razie wówczas było widać, iż osoba o kilku nickach jest jedną i tą samą osobą. Kiedy owa blogerka zaczęła obrażać inną osobę zamieszczającą u mnie komentarze wprowadziłam funkcję moderowania- czyli zatwierdzania komentarzy. A osobniczka usunęła wówczas wszystkie komentarze wcześniej u mnie zamieszczone. 

Jakże często trafiam na wpisy, iż po przeczytaniu któregoś z pisarzy zaraz sięgnę po kolejną jego książkę, a potem nie sięgam po żadną, bo coś innego wpada mi w ręce. Życie. Obietnice złożone samemu sobie nie zawsze bywają skuteczne. Może trzeba je składać innym. Swego czasu, kiedy przełożona oceniając moją pracę obniżyła mi ocenę za to, że pracuję po godzinach, co oznacza, iż nie potrafię zorganizować sobie pracy - obiecałam jej, iż nigdy więcej po godzinach nie będę pracować i słowa dotrzymałam. Z czego o dziwo, wcale nie była zadowolona. I jak tu ludziom dogodzić.

Zdarzył mi się też zabawny komentarz pod wpisem o biografii Dantego, w którym nieznany komentator zaklinał mnie, aby nie kupowała kolejnej powieści Dana Browna Inferno, a zamiast tego kupiła Wieczory florenckie pana Juliana Klaczko. Bo podobno jestem inteligentną osobą. No chyba się bloger pomylił, bowiem swego czasu zaczytywałam się w powieściach Dana Browna i choć właśnie na Infernie moja fascynacja autorem się zakończyła, to jednak zawdzięczam pisarzowi wiele pięknych podróży śladami jego bohatera po Rzymie, Paryżu, Londynie i Rosslyn. Nie mniej potraktowałam komentatora chyba trochę niesprawiedliwie, jak kogoś w rodzaju moherowego beretu, a tymczasem Wieczory florenckie pana Klaczki mogą być całkiem pouczającą lekturą. Aż mnie korci, aby po nie sięgnąć.  

Takie reminiscencje mnie naszły podczas kopiowania bloga. Wiele jeszcze pracy przede mną, bo nadal tkwię w roku 2013. Zatem być może pojawią się kolejne za jakiś czas wspomnienia.

Poza ostatnim zdjęciem nawiązującym do tytułu poleconej mi lektury pozostałe są ilustracją moich podróży śladami bohatera Dana Browna.

Jeden z wieczorów florenckich na Piazza Signoria
Dopisane po przeczytaniu wpisu u Małgosi Sztuka w papilotach.

Tak sobie pomyślałam, że choć piszę o sobie poprzez opisywanie tego, co mnie interesuje, to nie piszę o każdej swojej aktywności, każdym koncercie, wystawie, książce, podróży, o wykładach to już chyba wcale. Nie wspominam o rodzinie czy znajomych (no sporadycznie i trochę mimochodem). Nie czuję takiej potrzeby. Nie muszę się dzielić wszystkim, w czym uczestniczę. Nie robię tego, dla zaznaczenia ilości, a raczej utrwalenia jakości. Co też nie oznacza, iż te nieopisane aktywności są gorsze, czy mniej ważne. Jest to sztuka wyboru i potrzeba chwili. Bardzo rzadko zamieszczam tu moje zdjęcia. Nie mam nic przeciwko temu, że inni to robią, na pewno ciekawie jest zobaczyć, jak wygląda ktoś kogo znamy wirtualnie, ale nie jest to dla mnie niezbędne do wymiany myśli. Nie pisuję też recenzji (w zasadzie te moje wrażenia z lektur trudno nazwać recenzją) książek moich znajomych, przyjaciół, rodziny. To zapewne nieprofesjonalne, ale obawiam się bądź to braku obiektywizmu, bądź sprawienia komuś przykrości. 

niedziela, 5 marca 2023

Z widokiem na Notre Dame


Kolejnym etapem mojej podróży na nowe życie był Paryż. Miasto, w którym nie byłam od dziewięciu lat.
Podobnie, jak dawno temu, kiedy podczas jednego z pierwszych pobytów w Wenecji wyszłam z dworca Santa Lucia wprost na Canal Grande i zatraciłam się w pięknie miasta, tak teraz, kiedy ze stacji metra Saint Michelle Notre Dame wyszłam wprost na katedrę odczułam ten dziwny skurcz serca i olśnienie, że już zawsze na wspomnienie miasta będę miała przed oczami „moją katedrę” i to pierwsze po latach spotkanie.
I choć wiedziałam, że hotel w Dzielnicy Łacińskiej oznacza bliskość i Katedry i Ogrodu Luksemburskiego i Placu de Greve (czyli spotkanie z bohaterami pana Hugo) to zupełnie się tego nie spodziewałam.
Widok to przepiękny i zarazem niezwykle smutny, bowiem po pożarze w 2019 roku świątynia otoczona jest niemal w całości rusztowaniami i trwa jej odbudowa. Widok smutny, ale dający nadzieję, że będzie cieszyła oczy kilku następnych pokoleń mieszkańców i przybyszów. Planowana na 2024 roku data oddania jej do użytku wydaje mi się datą nierealną, ale trzymam kciuki za jej dotrzymanie. Mam też nadzieję, że przy okazji odbudowy wnętrze świątyni nie zostanie za bardzo unowocześnione.
  Plac budowy widoczny lepiej od strony Sekwany.

Katedra Notre Dame to dla mnie jeden z ważniejszych symboli miasta, a jednocześnie obiekt do którego czuję duży  sentyment. Od czasu przeczytania powieści Les Miserables oraz Notre Dame de Paris, a potem wysłuchania ich muzycznej adaptacji, kiedy jestem w pobliżu katedry to zawsze gdzieś obok mnie krąży Quasimodo w poszukiwaniu Esmeraldy. Kiedy miałam szczęście być wewnątrz świątyni przytulałam policzek do zimnego chłodu kolumny i słuchałam, jak garbus zapewniał swą wybrankę, iż jego dom jest też jej domem. A spacerując po Ogrodach Luksemburskich widzę Mariusa podnoszącego upuszczoną przez Kozetę chusteczkę. Na placu de Greve zaś w mej wyobraźni stoi szubienica, na której zawiśnie Esmeralda. No tak, ale co to może obchodzić kogoś, kto nie czytał prozy Hugo, dziś staromodnej i może nawet naiwnej. Teraz też katedra kojarzy mi się z koncertem J.M.Jarre jej zadedykowanym. Nadal mam ciary, jak go słucham. Poniżej mały fragmencik.

    W każdym razie, kiedy pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po przyjeździe była katedra wiedziałam już, że ten pobyt będzie udany, wiedziałam, że nie potrzebuję żadnych nowych doznań, żadnych ekscytujących wydarzeń, bo już jestem szczęśliwa, bo jestem świadkiem historii odbudowy, nawet jeśli w wymiarze mikro.  Oczywiście Paryż oferuje nam tyle atrakcji i raduje oczy niemal na każdym kroku, a to oznaczało, że moje poczucie radości (uszczęśliwienia) z dnia na dzień się potęgowało.

Jak wspomniałam przy okazji pobytu w W. po raz pierwszy miałam ten komfort, że nie musiałam nigdzie się spieszyć, nie musiałam niczego zaliczać. Nie potrafię zliczyć, ile razy byłam w tym mieście, ale na tyle dużo, że zdążyłam odwiedzić jego główne turystyczne atrakcje, a teraz mogłam jedynie radować się byciem tutaj niespiesznym i bez celu. Kilkudniowy bilet na środki komunikacji umożliwił mi wysiadanie z metra, czy z autobusu w każdym miejscu, w którym tego zapragnęłam. Starałam się przez kilka dni pobyć paryżanką, i to paryżanką w komfortowej sytuacji, kiedy nie musi ona pracować. Sercem byłam ze strajkującymi i demonstrującymi paryżanami, choć formy ich protestu omal nie spowodowały perturbacji w moim przylocie i wylocie (strajk kontrolerów lotów dzień przed przylotem na Orly oraz strajk w metrze w dzień wylotu, który spowodował, że musiałam część drogi przebyć pieszo nie dysponując nadmiarem czasu).
Na polach Elizejskich Vuitton


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła paru galerii malarskich, ale dlaczego miałabym sobie tego odmawiać, skoro sprawia mi to taką przyjemność. Na Luwr i Orsay, które dotychczas odwiedzałam prawie za każdym pobytem, tym razem nie miałam szans (kilometrowe kolejki skutecznie zniechęcały nawet takiego zapaleńca jak ja na kolejną wizytę). Choć raczej nie zajmuję się na tym blogu udzielaniem porad, to tym razem zrobię mały wyjątek. Jeśli zależy wam na odwiedzeniu tych miejsc, a kto nie był ani razu, a interesuje się sztuką powinien koniecznie, należy dokonać wcześniejszej rezerwacji (zakupu) biletów przez internet. Głupio byłoby pokonać tyle kilometrów i nie zobaczyć tego, co jest esencją Paryża.

Po prawdziwie wiosennym spacerze po Tuleriach doszłam do Oranżerii i widząc brak kolejek przed drzwiami - skorzystałam z okazji, aby popatrzeć sobie na Nenufary z metra, jak nazywam wiszące w tej galerii obrazy. I nie ma w tym nic obraźliwego. Monet był jednym z pierwszych impresjonistów, który skradł moje serce, te jego uwieczniane po wielokroć widoki katedr, mostków, stawów, fragmentów ogrodów, kobiet z parasolkami zawsze sprawiały mi estetyczną przyjemność. A im dłużej przypatruję się czterem płótnom Nenufarów w pierwszej rotundowej sali i czterem kolejnym w drugiej tym bardziej jestem nimi zafascynowana. Tutaj czuję to, czego nie odczuwam na wystawie obrazów impresjonistów w 3 D (chyba tylko ja tego nie odczuwam, bo niemal wszyscy odwiedzający ową wystawę są zachwyceni) – czuję się otulona obrazami, mam wrażenie, że jestem wewnątrz tego pejzażu, w dodatku jestem tam o różnych porach dnia i różnych porach roku.
Ponieważ ważną rolę w moim postrzeganiu świata stanowią skojarzenia to przypomina mi się scena z filmu O północy w Paryżu, kiedy to główny bohater tłumaczy znajomym intencje, jakie przyświecały Pablo Picasso, kiedy malował swą muzę i kochankę Arianę. Obrazu tym razem nie wystawiano w Oranżerii, czym byłam nieco zawiedziona, choć muszę przyznać, że z Picassem nam nie po drodze. Znajduję za to obrazy Mauricio Utrillo, tego samego malarza, o którym opowiadała mi Czara (blogerka mieszkająca w P.). I znowu skojarzenia. Pamiętam, jak byłyśmy z Czarą na Montmartrze, a ona snuła historię Suzzane Valadon muzy malarzy i matki Mauricia. Sporo tu obrazów impresjonistów; Renoir, Monet, Degas, Cezanne. Chyba po raz pierwszy doświadczam zauroczenia płótnami Cezanne, do tej pory nie zachwycały mnie jego martwe natury, teraz przemówiły do mnie jego pejzaże. Jest też parę płócien Rousseau, o którym mówiła mi Justyna podczas ostatnich urodzin. Tak, nie miałam pojęcia, że był prymitywistą, zawsze kojarzyłam tego malarza-celnika z jego obrazami fauny i flory wiszącymi w Orsay`u. Ja to miło dowiedzieć się czegoś nowego.
Rousseau Henri

Utrillo Maurice

                                                                                                                   Snucie się po Paryżu to wędrówki po Ogrodach, gdzie już czuć wiosnę. Kwitną bratki, prymulki, żonkile. Przebiśniegi już chyba przekwitły. Jest słonecznie i dość ciepło, temperatura w połowie lutego wynosi średnio około 14 stopni. Lubię paryskie ogrody, bo są połączeniem natury ze sztuką nie tylko nowoczesną, choć i ta wkomponowuje się całkiem nieźle w krajobraz obok tej klasycznej, akwenów wodnych (stawy i fontanny) i ogromnej ilości zielonych krzesełek, które zapraszają przechodniów do spoczynku. Jest tak ciepło, że wielu z tego zaproszenia skwapliwie korzysta. W ogrodach Luksemburskich koncert muzyki na żywo. W Ogrodach obok Pałacu Roayl młoda para robi sesję fotograficzną.
Tuileries
Tuileries


Na Montmartre - znowu mylę drogę wychodząc z metra i zamiast kierować się do windy pokonuję ślimakowate schody na wysokość szóstego piętra, przy czym się tak zasapię, że nie mogę złapać tchu. Dla dopełnienia tej wędrówki gps, który miał mnie doprowadzić do kolejki wjazdowej na wzgórze prowadzi mnie prosto na jego szczyt. Ilość schodów, które pokonałam tego dnia jest chyba większa niż ilość schodów, jakie pokonuję w ciągu miesiąca. Bardzo nie lubię wchodzić pod górę. Za to przecudnej urody widoki ze wzgórza wynagradzają trudy wspinaczki.
Sacre Couer
Tam, w tej enklawie artystów ulicznych i galerii malarskich kupuję reprodukcję malarza, za którym nie przepadam, natomiast przepadam za jego Dziewczyną w oknie (bo namalowana od tyłu, bo nostalgia, bo tajemniczość, bo dominuje mój ulubiony kolor niebieski). Kiedy opuszczam wzgórze tym razem kolejką upieram się, aby zrobić zdjęcie młyna (Moulin Rouge), jest to jakieś dwie, a może trzy stacje metra dalej, ale co zrobić, kiedy zupełnie zapominam, że mogłabym podjechać metrem i idę z buta. Tego dnia mam w nogach prawie dwadzieścia kilometrów, czyli, jak na mnie, całkiem sporo.
 Moulin La Galette

Jadam w dzielnicy Łacińskiej, bowiem tak już mam, że jak raz mi coś posmakuje to lubię wracać, a ponieważ pierwszego wieczoru trafiłam na przepyszną pierś z kaczki z konfiturą z figi jeszcze dwukrotnie próbuję tam się stołować ze zmiennym powodzeniem. Paryż kusi słodkościami, chyba jak każde miasto, które odwiedzamy podczas podróży. Mnie przynajmniej kusił. Trudno się oprzeć tym kolorowym, fikuśnym ciasteczkom, które sprawiają wrażenie ambrozji, choć nie zawsze nimi są. Natomiast świeża bagietka z masełkiem i kawałkiem serka pleśniowego, popita kieliszkiem czerwonego wina zawsze smakuje wyśmienicie i z powodzeniem zastąpi obiad, czy kolację.
Jednym z miejsc, które odwiedzam po raz pierwszy jest Muzeum Rodina. I tu znowu przypomina się scena z filmu O północy w Paryżu, kiedy zarozumiały i pedantyczny przyjaciel Inez kłóci się z przewodniczką opowiadając o muzie rzeźbiarza. I tu kolejny Ogród, tym razem zachwycający ilością rzeźb Rodina. Można też obejrzeć kilka rzeźb wykonanych przez jego muzę.
Pocałunek Rodina
Myśliciel Rodina

 
Przez przypadek wchodzę do Petit Palace znajdującego się na przedłużeniu Mostu Aleksandra (tego najbardziej okazałego i dekoracyjnego z mostów na Sekwanie). Moim ulubionym jest jednak Pont Neuf – może dlatego, iż tak wielu malarzy brało go za obiekt swej pracy. Choćby nasz rodak Gierymski. W Galerii Petit Palace poza przepięknym wystrojem pałacowym i niezwykle urokliwym tarasem-dziedzińcem znajduje się też sala poświęcona impresjonistom, a to już wystarczy, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Pont Neuf
                                                                        
W Muzeum Marmottan (Moneta) kolekcjonuję kolejne płótna z Nenufarami, sama już nie wiedząc, które podoba mi się najbardziej, a zatem wybieram róże. Nie przypominam sobie, abym wcześniej je widziała, a nawet jeśli Monet i róże jakoś mi do siebie nie pasowali. Zapewne wiem jeszcze zbyt mało na temat jednego z pierwszych moich odkryć. Ponownie też zachwycam się obrazami Berthie Morrisot. Kiedy byłam tam kilka tat temu wystawiano jej obrazy z cyklu macierzyństwo, tym razem były to pejzaże. Nie potrafię ocenić, które były ładniejsze.
Berhie Morrisot

Róże Moneta

Większość moich zdjęć to zdjęcia obrazów i rzeźb. A zatem zdjęcia, których o wiele lepsze wersje można by ściągnąć z internetu, tyle, że te własnoręcznie zrobione są nie tylko odbiciem rzeczywistości, ale i sumą emocji, jakie towarzyszyły ich oglądaniu, dlatego wolę je od najlepszych reprodukcji. W każdej galerii kupuję reprodukcję paru obrazów, ulubionych, albo takich, które stanowią tegoroczne odkrycie. W zasadzie nie muszę przywozić innych pamiątek; zdjęcia i widokówki to dla mnie najwspanialsza pamiątka. 
Kolejka do wjazdu na Wieżę Eiffela to kolejna kolejka, którą udaje mi się ominąć. Tę atrakcję zaliczyłam kilkanaście lat temu podczas pierwszej, jeszcze zorganizowanej wyprawy do Paryża, spędzając cztery godziny w kolejce do wjazdu windą. Można sobie wyobrazić, ile znaczy cztery godziny czasu, kiedy jest się w mieście 2 i pół dnia. Tyle, że jak już wjechaliśmy na punkt widokowy zapomnieliśmy o nerwach i pretensjach do przewodniczki. Na przeciwko Wieży Eiffela znajduje się Wieża Montparnasse. Jej taras widokowy mieści się pomiędzy drugim, a trzecim (ostatnim) poziomem Wieży Eiffela, a kolejki do wjazdu windą są o niebo mniejsze.
Na Polach Elizejskich

To oczywiście nie wszystkie miejsca, które odwiedziłam tym razem w P. ale nie liczy się ich ilość, ale nastrój jaki towarzyszył tym wszystkim spacerom, tym chwilom relaksu w ogrodach, tym emocjom w galeriach, temu smakowaniu w knajpkach. A nastrój był fantastyczny, bo po raz pierwszy miałam poczucie, że nic nie muszę, że nie stanie się nic strasznego, jeśli nie wejdę do jakiejś galerii, bo albo w niej już byłam, albo kiedyś do niej dotrę. To pogodzenie związane też z wiekiem, że poznawanie jest też sztuką wyboru. A też poczucie, że ja nic już nie muszę, i jak podróż się skończy ja nadal nie będę nic musiała. A na tę myśl buzia uśmiecha się od ucha do ucha i na sercu czuję lekkość.

I jak zawsze mam nadzieję, że wrócę do bardziej dogłębnego opisu miejsc, choć plany są tak rozległe, że nadzieje mogą okazać się płonne.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Chwile zatrzymane w czasie

zegar w dawnym budynku dworcowym
Czas to towar deficytowy, są jednak chwile, kiedy wlecze się on niemiłosiernie i mimo, iż co chwila spoglądamy na zegarek ma się wrażenie, że stanął w miejscu. Dzisiaj, kiedy bardzo bym chciała znaleźć się w pojutrze, aby zająć myśli czymś innym niż śledzenie wskazówek zegara postanowiłam odbyć retrospektywną wycieczkę poza czasem, wycieczkę nie wymagającą środków finansowych, a jedynie zajrzenia na zewnętrzny dysk pamięci, czyli do archiwum zdjęć. Kiedy tęsknota za minionymi chwilami zżera a otaczająca rzeczywistość doskwiera zawsze jest wyjście - ucieczka we wspomnienia. Największe zaciekawienie wzbudzają nie te obrazy, które pojawiają się na dźwięk lub wspomnienia nazwy, ale te, które wywołują lawinę wspomnień, choć  nie są tak rozpoznawalne,
bez chwili na kawę wizyta nie ma sensu
jak te pierwsze.  Jeśli macie ochotę zabawić się w odgadywanie nazw miejsc na zdjęciach proszę bardzo, uprzedzam tylko, iż jedyną nagrodą będzie satysfakcja.

Budowli, której obraz wywołuje w pamięci przepiękny, bogato zdobiony zegar nie sposób zapomnieć. W najśmielszych snach nie marzyłam, że będę miała okazję zobaczyć to miejsce, dotknąć wzrokiem przepięknych obrazów, których reprodukcje oglądałam w albumach sztuki. Teraz eksploracja galerii stanowi stały punkt każdych odwiedzin w mieście. Takiej feerii barw, takiej radości życia, gry świateł, wyobraźni twórców nie spotka się w żadnym z muzeów sztuki. Tutaj czas się zatrzymał (choć to nie najtrafniejsze sformułowanie, bo przecież czas nie płynie, to my przemijamy). A zatem to my tutaj możemy zatrzymać chwilę, albo przywołać wspomnienie przeszłości. 

kiedyś atrakcją była figura olbrzymiego słonia
To wzgórze to obowiązkowy punkt odwiedzin każdego podróżnika, choć tak naprawdę nie można go poznać podczas choćby godzinnego spaceru główną ulicą dzielnicy, pełną jarmarcznych sklepików z pamiątkami oraz kilkuminutowym pobytem na targu z rozłożonymi sztalugami i wystawionymi płótnami. Trzeba tu wdrapać się nie raz i nie dwa schodkami w górę i dół, trzeba przemierzyć krętymi uliczkami wszystkie zakątki, aby dotrzeć do jądra tego artystycznego światka. Trzeba zanurzyć się w czas i dać mu swobodnie przepływać popijając cafe creme, zajadając serowe fondue bądź delektując się podrobami w musztardowym sosie. Tutaj uśmiech w stronę Czary. To miejsce przywodzi na myśl tak wiele skojarzeń, ze trudno byłoby wybrać jedno z nich. Najmniej oczywiste z nich to scena z trylogii o miastach Emila Zoli, kiedy to jeden z bohaterów planuje w akcie buntu wysadzić w powietrze znajdującą się tu świątynię z białego trawertynu.

uskrzydlonej muzie przyglądałabym się bez końca
Uskrzydlona muza jest uosobieniem moich wariackich marzeń o przeniesieniu się do świata wyobraźni. Budowlę, której jest zwieńczeniem mogę oglądać ze wszystkich czterech stron, łącznie z panoramą widzianą z dachu jednej z Galerii handlowych. Bogactwo posągów, muz, popiersi, rzeźb, maszkaronów i architektonicznych detali bije po oczach, jak odbijający się w słońcu złoty odcień dachowych posągów. Budowla zarówno w całości, jak i detalach stanowi chyba najczęściej przeze mnie fotografowany obiekt. W jej pobliżu nic nie wydaje się irracjonalne. Zdaję sobie sprawę, iż budowla nie musi się podobać wszystkim (powstała dla zaspokojenia próżności rządzących, w jej zdobieniach brak umiaru, estetyka pozostawia pewnie wiele do życzenia), nie ma ona dużej wartości historycznej (liczy niecałe sto pięćdziesiąt lat), a historia związanych z nią zdarzeń uległa zapomnieniu (rozstrzelanie paru osób w jej wnętrzach, czy upadek żyrandola na publikę w trakcie przedstawienia). Dla mnie ma ona ogromną wartość sentymentalną, jest jak urzeczywistnienie baśni na jawie. I co tu dużo mówić zaspokaja moje poczucie próżności. 
trwaj chwilo jesteś piękna
Ogromnie wiele czasu spędzam w podróży aktywnie, przemierzając kilometry galerii, odwiedzając kolejne świątynie, wspinając się na wzgórza i punkty panoramiczne, szare komórki pracują bez chwili wytchnienia rejestrując coraz to nowe obrazy. A jednak nie wyobrażam sobie mojego podróżowania bez tych chwil spędzanych w ogrodach, parkach, lasach (a jest ich w mieście Paryżu, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, o jakim mieście piszę niezliczona ilość). Charakterystyczne zielone krzesełka umożliwiają wypoczynek zmęczonym nogom. W cieniu drzew, przy szumie wody z fontanny, w towarzystwie książki lub znajomych, podgryzając bagietkę czy croissanta oddaję się po prostu byciu tu i teraz. I to także są najmilsze chwile. 

niedziela, 30 listopada 2014

Igor Mitoraj moje antidotum na nieprzystawalność do współczesnej sztuki


W paryskiej dzielnicy nowoczesnych biurowców La Defense gościłam kilkakrotnie. Nie wywarła on na mnie większego wrażenia. Grande Arche będący celem odwiedzin nie zachwycił, a szklane drapacze chmur niosły skojarzenia z Ameryką. Domy z betonu i szkła sprawiają na mnie wrażenie bezdusznych korporacyjnych boksów, w którym zamknięto człowieka, aby wycisnąć wszystkie jego soki. Właściwie to nic nowego, historia ludzkości jest historią panowania jednego człowieka bądź grupki ludzi nad całą resztą społeczeństwa. 
Podczas ostatniego (październikowego) pobytu w Paryżu miałam okazję mieszkać w pobliżu La Defense. Idąc w kierunku metra zastanawiałam się, czy architektura XXI wieku będzie tym dla potomnych, czym dla nas jest architektura zeszłych stuleci. Czy ten brak zdobień, prostota formy i funkcjonalność uzyska uznanie ludzi, którym przyjdzie żyć po nas. Kiedy tak wędrowałam esplanadami, a myśli krążyły wokół nieprzystawalności własnej osoby do dzisiejszego świata (typowej rozterki osoby wchodzącej w wiek dojrzały) zauważałam najpierw Jego a potem Ją. A może odwrotnie. 

Ikar i Ikaria Igora Mitoraja. Na tle biurowców, odbijające się w szkle ogromne, masywne postaci ludzkie sprawiające wrażenie niezwykle lekkich. Z jednej strony okaleczone, ułomne, słabe, a z drugiej silne, zwycięskie, wielkie. Współczesne, a jednak klasyczne rzeźby polskiego artysty z jednej strony jakoś tu dziwnie nie pasują, a z drugiej świetnie wpisują się w tę odhumanizowaną rzeczywistość i współczesne formy. Z rzeźbami Mitoraja zetknęłam się wcześniej w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Rzymie. Wszędzie zaskakują, pierwsze wrażenie wywołuje coś w rodzaju konsternacji. Jak dotąd chyba najbardziej nieprzystawalnym miejscem, w którym oglądałam dzieło tego rzeźbiarza był Poznański Stary Browar. Teraz dołączyła do tego La Defence. Stałam zahipnotyzowana i rzeźbami; klasyka wśród architektury przyszłości, i ich umiejscowieniem. Niewiarygodnym wydawało mi się, iż artysta wyraził zgodę na takie ich usytuowanie, a może zresztą to on sam zaproponował takie miejsce ich ekspozycji. Choć z drugiej strony esplanada prowadzi do Uniwersytetu, a to chyba dobre otoczenie dla dzieł sztuki. 

Po namyśle doszłam do wniosku, że te rzeźby „uczłowieczają” otoczenie. Zatrzymują przechodnia w biegu, spowalniają jego ruchy, zmuszają do zastanowienia się nad kondycją człowieka. I za chwilę to współistnienie wydaje się jak najbardziej harmonijne. Jego Ikar wraz ze swą partnerką Ikarią to ludzie okaleczeni doświadczeniem wojen i śmierci, a jednak zwycięscy. Nie podejmę się analizy dzieł, bo nie mam ku temu wystarczającej wiedzy. Na rzeźbie nie znam się wcale. Gdyby nie Michał Anioł, Bernini, Canova moja znajomość tej dziedziny sztuki była by bliska zeru. 
Zaskakuje mnie natomiast klasyczne piękno ciała w rzeźbach pana 
Mitoraja w zderzeniu z ich oszpeceniem (okaleczeniem). Jego posągi są wielkie i ułomne zarazem. Jest w nich i smutek i nadzieja, świadomość przemijania i jednocześnie wiara w przetrwanie. Wzloty i upadki, jak u Ikara. Raz chcemy dorównać Bogom, a za chwilę zostajemy ukarani za swoją pychę. 
I to one przyciągają wzrok bardziej niż otaczające je budynki. Mimo, że nieprzystępne i obce, tajemnicze, są fascynująco piękne i melancholijne. Są symbolem waleczności i wielkości człowieka. I za to cenię rzeźby zmarłego niedawno polskiego artysty.

Zdjęcie nr 1 Ikaria w paryskiej La Defense, zdjęcia nr 3 i 4 Ikar w paryskiej La Defense, zdjęcie nr 2 Blask księżyca w Starym Browarze w Poznaniu


Fragment drzwi świątyni Santa Maria degli Angeli w Rzymie (dwa pierwsze zdjęcia) oraz fragment drzwi świątyni Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (dwa kolejne zdjęcia)

Moim zdaniem rzeźby tego wielkiego, niedawno zmarłego polskiego artysty mają coś wspólnego z rzeźbami mojego ulubieńca Michała Anioła. Te uwięzione w drzwiach świątyń fragmenty ciał przypominają Niewolników Michała Anioła. 

wtorek, 28 października 2014

Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte

W słoneczny wrześniowy dzień wybrałam się na leżącą na Sekwanie wyspę Grande Jatte, aby pospacerować utrwalonymi na XIX wiecznych płótnach nabrzeżami i alejkami. Właściwie przyszłam tu w poszukiwaniu konkretnego miejsca; rozświetlonego skrawka zieleni, na którym przedstawił przechadzających się paryżan Georges Seurat. Przebyłam długą drogę, zanim odkryłam ten obraz; począwszy od szwajcarskiego muzeum w Martigny, gdzie dowiedziałam się o nurcie zwanym puentylizmem (na wystawie obrazów młodszego kolegi Georgesa – Paula Signaca) poprzez lekturę biografii Pissarro (Bezmiar sławy) aż po odwiedziny w kolejnych galeriach.
O tym, jak ciężko jest odnaleźć po ponad stu latach uchwyconą na płótnie chwilę wiedzą wszyscy, którzy prowadzili poszukiwania. Trzeba połączyć wiedzę, wyobraźnię i pragnienie, aby na ułamek sekundy znaleźć się w miejscu, w którym mogło powstać dzieło i co ważniejsze przenieść się w czasie. Moje poszukiwania przyniosły niespodziewany efekt, poza odnalezieniem tego, czego poszukiwałam znalazłam coś ponadto. Szukając tła obrazu Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte 

odnalazłam ukrytą wśród zarośli nabrzeża restaurację Le Petit Poucet. Mogłaby ona posłużyć jako uwspółcześnione tło dla jednego z najbardziej znanych płócien Renoira Śniadanie wioślarzy. Jest jasna, kolorowa, posiada drewniane elementy wykończeniowe, do tego duża ilość zieleni, nakryte obrusami stoliki oraz taras z widokiem na cumujące na rzece łodzie. Muszę się przyznać, iż pewna cząstka mojej osoby miewa drobnomieszczańskie upodobania, stąd niezwykle lubię tego rodzaju knajpki. Lubię, jak jest jasno, czystko i ładnie nakryte, a do tego knajpa ma klimat.  Klientelę stanowili co prawda średniozamożni biznesmeni, a nie wioślarze czy artyści, ale i tak pozostawało bogate pole do imaginacji. Było tu coś z klimatu impresjonizmu; prosta radość życia polegająca na czerpaniu przyjemności z rzeczy pogodnych i niewyszukanych. Uległam chwili i zamówiłam małe co nieco, aby bez przeszkód móc delektować się odbitym w wodzie widokiem łodzi, zieleni, promieni słońca, widokiem mieniących się od wodnych i świetlnych refleksów kieliszków oraz smakiem nieznanej mi ryby z warzywami. Na poręczy tarasu i  opuszczonym przez gości stoliku ucztę sprawiły sobie skubiące okruchy bagietki ptaszki. 

Posilona spaceruję nabrzeżem i co chwila trafiam na miejsca, w których jak informują tabliczki z reprodukcjami obrazów tworzyli Seurat, Monet, Gleizes (wiki podaje, że malował tam również Van Gogh). Nie miałam pojęcia, iż wyspa była tematem tylu płócien. Miejsce którego szukałam - tło Niedzielnego popołudnia na wyspie Grande Jatte (tak przynajmniej informuje tabliczka) znajduję po długim poszukiwaniu. Okazało się, iż zaczęłam wędrówkę od strony Neuilly, kiedy tymczasem znajduje się ono od strony mostu Levallois, jednak gdyby nie ta omyłka nie miałabym okazji odbycia spaceru nabrzeżem, przy którym cumują malownicze łodzie-mieszkania, nie odnalazłabym klimatycznej restauracji ani informacji na temat portretujących wyspę impresjonistów.
Dzisiaj wyspa (licząca około 2 kilometrów długości i  200 metrów w najszerszym miejscu, zamieszkana przez prawie 4000 mieszkańców) należy do jednej z bogatszych i nowocześniejszych dzielnic miasta, gdzie poza biurowcami i domami mieszkalnymi znajdują się liczne obiekty sportowe (korty i boiska), no i jak w każdym miejscu zielonym w Paryżu spotyka się tu uprawiających jogging.               W XIX wieku wyspa była dla Paryża tym, czym dziś jest Lasek Buloński. Ponoć Maupassant miał powiedzieć, że nie sposób przejść przez Grande Jatte nie natykając się na kochającą się parę.
Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte - 1884-1886 (Art Institute Washington)

Na obrazie Seurata jest tłoczno; doliczono się tu 48 postaci, ośmiu łódek, trzech psów i małpki. Poza małą dziewczynką w białej sukience (niewinność) żadna z postaci nie patrzy widzowi w oczy. Wszystkie osoby są dość sztywne, upozowane, sprawiają wrażenie, jakby były modelami na wybiegu. Nie ma w ich zachowaniu swobody, a jest pozowanie. Obraz stanowi karykaturę mieszkańców przedmieść, którzy spędzali czas wolny pokazując się - prezentując nowe toalety na wyspie, na którą jechało się w niedzielę specjalnie w tym celu. Jest tu cały zestaw oficjalnie ubranych mieszczańskich typów. Może dlatego modele nie patrzą nam w oczy, bo jest w nich jakiś rodzaj nieszczerości. 

Obraz jest niezwykle kolorowy (pomarańcz, żółć, zieleń, mocno nasycone barwy). Obraz jest też tajemniczy. Brak tu zachowania zasad proporcji, brak logiki. Pierwsze może być efektem pracy w niewielkiej pracowni, co zaburzyło perspektywę obrazu.
W tym miejscu powstawał obraz
Co do drugiego wystarczy wymienić choćby takie elementy jak kobietę z małpką na spacerze, czy kobietę łowiącą ryby (zjawiska raczej nieczęsto spotykane wówczas w Paryżu) czy drzewo rzucające dwa cienie, niezidentyfikowane białe elementy. Obraz dające spore pole do wyobraźni. Ponieważ wyspa w czasach, kiedy Seurat ją malował cieszyła się złą sławą  zarówno w kobiecie łowiącej ryby, jak i w małpce doszukuje się analogii do łowienia klientów i ulegania popędom, małpowania strojów i chęci bycia wyrocznią w sprawach mody, za jakie uchodziły kokoty (zbieżność nazw w języku francuskim). Być może obraz jest rodzajem żartu. Oglądając obraz przeciętny odbiorca nie doszukuje się dziś ukrytych przesłań czy symboli. Dziś oglądanie przywołuje na myśl ciepły, letni dzień, kiedy ludzie się relaksują na świeżym powietrzu, przywołuje radość, rozświetlenie, lśnienie, żart i chęć wejścia w jego ramy i znalezienia się wśród spacerujących tu ludzi. Chyba najbardziej frapującą jest metoda malowania obrazu-puentylizm. Obraz o wielkości ponad dwa na trzy metry składa się z niezliczonej ilości kropek, kresek, punkcików, które oglądane z bliska stanowią zlepek drobnych elementów, pstrokaciznę. Wystarczy jednak odejść nieco dalej od płótna, aby nic nie znaczące skupisko punkcików nabrało wyrazu i kształtów. Tego nie sposób opowiedzieć, to trzeba zobaczyć. Nie miałam okazji oglądać Niedzielnego popołudnia na Grande Jatte Seurata, ale oglądałam sporo innych płócien malowanych metodą puentylizmu. Jeszcze ciekawszym jest fakt, iż obraz powstał w technice impresjonistycznej, a dopiero później malarz naniósł na olbrzymią powierzchnię obrazu drobne punkciki. Można podziwiać cierpliwość.



środa, 22 października 2014

Bal wampirów w reż. Polańskiego

O Tańcu Wampirów, który jest przeróbką filmu Romana Polańskiego na musical pisałam tutaj. W czasie, kiedy wystawiano go w warszawskiej Romie nie miałam ochoty go oglądać, nie wiedziałam wówczas, że za kilka lat stanie się on obiektem moich westchnień. 

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam na Festiwalu Duetów Musicalowych i Operetkowych w Poznaniu amatorskie wykonanie utworu Na orbicie serc stałam się zaprzeczeniem tezy prezentowanej przez inżyniera Mamonia (w filmie Rejs), iż najlepiej podobają nam się piosenki, które już znamy. Utwór „chodził” za mną tak długo, aż wyszukałam wszystko na jego temat. Wtedy dopiero skojarzyłam Na orbicie serc ze śpiewanym wcześniej przez Bonnie Taylor Total Elipse of the heart. Bez powodzenia szukałam teatru, w którym mogłabym przedstawienie obejrzeć. Większe rezultaty przyniosło poszukiwanie płyty z nagraniem muzyki ze spektaklu. Podczas pobytu w Romie (trzeci raz na Kotach) trafiłam na wznowienie sprzedaży płyty. Kilkakrotnie podczas różnych musicalowych składanek miałam okazję wysłuchać na żywo paru utworów ze spektaklu, ale w zasadzie pogodziłam się z faktem, iż obejrzenie przedstawienia pozostanie poza moim zasięgiem. 
Na kolejną wycieczkę do Paryża zdecydowałam się dzięki korzystnej ofercie cen biletów samolotowych, nie mając pojęcia o tym, iż w tym samym czasie odbędzie się premiera francuskiej wersji musicalu w reżyserii Romana Polańskiego. Kiedy holly wspomniała o przedstawieniu nie mogłam uwierzyć w szczęśliwy zbieg okoliczności. Kiedy wchodziłam na stronę teatru Mogador i kiedy okazało się, iż na drugi dzień po premierze jest jeszcze kilka biletów, a cena jest w granicach możliwości finansowych ręce drżały mi ze emocji. Ze zdenerwowania zaczęłam proces zakupu biletów po francusku, zapominając, iż nie znam tego języka. No i stałam się szczęśliwą posiadaczką biletu na Le Bal des Vampires.
Taniec wampirów należy do tego rodzaju musicali, które nie wymagają od widza wysiłku, słucha i ogląda się je dla samej przyjemności słuchania i oglądania. W ucho wpadają harmonijne dźwięki, nogi podrygują w rytm energetycznej muzyki, a oko cieszy ciekawa scenografia. Sporo tu  komediowych gagów, które wprawiają w dobry humor. To jeden z niewielu musicali o wydźwięku komediowym, który przypadł mi do gustu. Z reguły lubię się na przedstawieniu wzruszyć. Na Tańcu wampirów można się co prawda wzruszyć losem biednego Von Krolocka (wampira-przywódcy), który skazany jest na wieczne niespełnienie i niszczenie tego, co pokocha, ale jest to wzruszenie krótkotrwałe i szybko zamienia się w rozbawienie, bo w końcu trudno traktować serio wampira. 
Czytałam, iż recenzent Le Figaro zarzucił Polańskiemu odejście od dowcipu i ducha komedii i pójście w stronę sentymentalizmu (dla schlebienia gustom Francuzów). Nie oglądałam filmu, więc nie mam skali porównawczej, jednak według mnie musical ma zdecydowanie charakter komediowy, a pewne elementy sentymentalizmu (wyrażone między innymi w utworze Niespełniony głód) przydają mu uroku. Może więc odpowiadam typowemu odbiorcy francuskiemu, bowiem szalenie lubię ten musical z jego nieskomplikowaną fabułą, energicznymi, wpadającym w ucho utworami, charakterystycznym troszkę niepokojącym, troszkę demonicznym i niezwykle sensualnym motywem przewodnim.
Przedstawienie zostało zrobione z wykorzystaniem efektów specjalnych i osiągnięć technicznych (nakładające się obrazy, szybkie zmiany scenografii; bogatej, nieco upiornej, mocne efekty akustyczne). Całość uzupełniają ciekawe kostiumy, jak na wampiry przystało mocno poszarpane. Muszę przyznać, że zadziwiły mnie długie czerwone botki Sary, będące ilustracją do utworu Czerwone trzewiki (tak bardzo przyzwyczajona byłam do szpilek w tej scenie). 
Wokalnie przedstawienie zostało wykonane bardzo dobrze. I choć nie mam uwag do poszczególnych wykonawców, to największe wrażenie wywarły na mnie utwory wykonywane zbiorowo. Bardzo podobały mi się także wykonania utworu Sara przez odtwórcę roli Alfreda, czy Na orbicie serc w wykonaniu odtwórczyni roli Sary. Świetnie brzmiała pani występująca w roli Magdy w utworze Zgon to niezła farsa. Niezwykłymi umiejętnościami popisał się odtwórca roli profesora Abronsiusa - pogromcy wampirów. 



Troszeczkę zawiodłam się na wykonaniu kilku utworów przez odtwórcę roli Von Krolocka (Stefane Metro), zwłaszcza utworów solowych. Być może na mojej ocenie zaważył fakt, iż wykonanie partii Von Krolocka przez Łukasza Dziedzica tak mocno wryło się w moją pamięć i wywarło tak duże wrażenie, a może też to, że jego partie lepiej brzmią po polsku. Teraz, kiedy po czasie przesłuchuję te wykonania na you-tubie nie jestem pewna, dlaczego podczas przedstawienia poczułam leciutkie uczucie niedosytu słuchając  np. utworu Nienasycony głód. Może potrzebuję więcej czasu, aby przekonać się do odtwórcy Von Krolocka. 
Fantastyczna choreografia, ze wspaniałym tańcem finałowym, można powiedzieć, że wampiry weszły w XXI wiek.
Co do samego przedstawienia miałam obawy związane z językiem. Znam dość dobrze treść utworów oraz fabułę, która jak to w musicalach bywa, jest nieskomplikowana, ale jednak znam Taniec wampirów głównie po polsku. Jeśli już po kilku piosenkach zapomniałam, iż słucham wykonania w obcym języku to świadczy to dobrze o przedstawieniu. 

Przedstawienie bardzo dynamiczne, energetyczne i odświeżające. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, iż z chęcią obejrzałabym je ponownie.
I tylko jeszcze na marginesie chciałam wspomnieć, iż podobnie, jak w Londynie, tak i w Paryżu zauważyłam, iż bardzo mało osób korzysta w teatrze z szatni. Kiedy po spektaklu odbierałam kurtkę, wisiało tam zaledwie kilkanaście płaszczy (sporo osób wchodziło na salę z kurtkami i płaszczami). Natomiast w przeciwieństwie do londyńskiego przedstawienia stroje na widowni były mocno zróżnicowane; od sukni koktajlowych, poprzez eleganckie kostiumiki, aż do stroju niezobowiązującego na pograniczu sportowego z codziennym. 
A widownia, odniosłam wrażenie, bardzo dobrze się na przedstawieniu bawiła.
Jeszcze wczoraj widziałam całkiem sporo utworów na y-t. Dziś zostały usunięte. 

niedziela, 12 października 2014

Paryż i Edynburg w nie byle jakim towarzystwie


Paryż i Edynburg – to miasta o tak różnych obliczach, że mogłyby obrazować historię życia kobiety, której losy są z nimi nierozerwalnie związane. Miasta te były celem wrześniowej eskapady. Chcąc być w zgodzie z historią powinnam była odbyć tę podróż nieco inną trasą, jednak szczupłość czasu i środków zdeterminowały taki, a nie jej inny przebieg. Tym razem moją przewodniczką była niezwykła kobieta. Zweig napisał o niej, że nie znajdzie się chyba druga kobieta, której sylwetka byłaby odmalowana w tak rozmaity sposób: już to jako morderczyni, już to jako męczennica, raz jako wściekła intrygantka, kiedy indziej jako anielska święta.
Niewątpliwie była kobietą, którą życie obdarzyło tyleż hojnie, co tragicznie. Paryż przywitał ją, jako pięcioletnie dziecko, koronowaną królową Szkocji i przyszłą królową Francji. Maria Stuart, bo o niej mowa, przeżyła tutaj swoje, jeśli nie najszczęśliwsze, to najspokojniejsze lata. Wywieziona ze Szkocji w obawie przed wojskami Henryka VIII, oddana została pod opiekę przyszłego teścia Henryka II Walezjusza. Kształciła się na
Notre Dame -jeden z filarów

królewskim dworze, tam też doświadczyła monarszego przepychu otoczona świtą dam dworu i liczną służbą. Rozpieszczana, wynoszona na piedestał, muza poetów, wykształcona młoda kobieta miała wszystko, o czym mogła zamarzyć. Mając szesnaście lat poślubiła w katedrze Notre Dame delfina Francji Franciszka II.                       Gdyby Notre Dame potrafiła mówić, powstałaby jedna z najwspanialszych ksiąg dokumentujących życie Paryżan na przestrzeni wieków. Nie będzie dla nikogo nowiną, iż katedra stanowi stały punkt programu każdego pobytu w tym mieście. Kamień węgielny położono równo osiemset lat przed moim urodzeniem, co wywołuje dodatkowy dreszczyk emocji, kiedy o niej myślę.
Była świadkiem tak wielu wydarzeń, że wchodząc do jej wnętrza czuję przepływające przeze mnie wieki, a przed oczyma przesuwający się pochód pokoleń. Uroczyste kładzenie kamienie węgielnego, na którym nie mogło zabraknąć inicjatora jej budowy biskupa Maurice de Sully, Ludwika VII i papieża Aleksandra III, poświęcenie świątyni dwa wieki później, a potem chrzty, zaślubiny, koronacje w otoczeniu monarchów i dostojnych gości. Tutaj 24 kwietnia 1558 r. Maria Stuart poślubiła chorowitego następcę tronu Francji, syna Henryka II i Katarzyny Medycejskiej.
Tutaj za każdym razem siadam pod jednym z filarów i zapominam o otaczającym mnie świecie (o pracy, zmartwieniach, bólu, obawach).
Rozeta północna
Przykładam ciepły policzek do chłodnego kamienia i zespalam się z otoczeniem. Z bezpiecznej pozycji obserwuję cienie przeszłości; rozjuszony tłum wdzierający się do środka, aby zamienić tę "ostoję zacofania" w Świątynię Rozumu, spadające głowy biblijnych królów Izraela i Judei zdobiące królewską galerię, uczestników koronacji Napoleona i szkicującego swój wielki obraz J.Luisa Davida.
Będąc admiratorką prozy Hugo nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż dostrzegam przemykającego chyłkiem Quasimodo oraz dumnie kroczącego kanonika Frollo. Słoneczne promienie odbijają się kolorowymi refleksami poprzez północną rozetę. Czy młodziutka oblubienica delfina; beztroska i radosna, zachwycona przepychem uroczystości, przekonana, iż świat należy do niej, bo do posiadanej już korony Szkocji dołączy wkrótce koronę Francji, a kiedyś może i Anglii dostrzegała padające na jej suknię kolorowe, migotliwe promyki słońca. Młode, stawiane na piedestał przez poetów, otoczone miłością, nieco rozkapryszone powodzeniem dziewczę czekało już niedługo bolesne rozczarowanie. Staram się zatem zatrzymać czas, aby dać jej jeszcze chwilę cieszyć się pięknem tego dnia, ale historia jest nieubłagana.
Franciszek II nie panował długo, całe życie chorowity, po niespełna
Zamek Edynburski
półtora roku zmarł na banalne zapalenie ucha. Młoda wdowa po kilku miesiącach pobytu we Francji zmuszona była wrócić do swojej ojczyzny. Na dworze, na którym panowała  Medyceuszka nie było miejsca dla Marii Stuart. Po długim wahaniu (rokowaniach w sprawie objęcia tronu Anglii) wracała, aby objąć panowanie nad swoim dziedzictwem. Z kraju bogatego o bujnej kulturze przybywa do świata ciasnego, ciemnego i tragicznego pisze Zweig. Z kraju, gdzie była hołubiona, żegnana w blasku i wspaniałości wracała do kraju niemal dzikiego, surowego, gdzie nikt nie witał jej z otwartymi ramionami. Wracała, aby doświadczyć, o ile mniej jest być królową Szkocji niż królową Francji i o ile trudniej.

Port w Leith
Pierwsze co zobaczyłam był to wyłaniający się zza mgły Edynburski Zamek. Kiedy go ujrzałam zrozumiałam stan ducha królowej. Paryż jawi mi się jako miasto pogodne nawet w niepogodę, Edynburg ujrzałam pogrążony w oparach mgły, ponury i tajemniczy. Istna sceneria dramatów Szekspira. Leżący na wysokiej nagiej skale, otoczony fosą wydaje się twierdzą nie do zdobycia. Patrząc na leżące u jego podnóża góry miałam nieodparte wrażenie, iż tak musiała wyglądać posiadłość Makbeta i tylko patrzeć, jak pobliski las podejdzie pod jego mury. Po raz pierwszy miałam okazję doświadczyć tego, co nazywamy typowo angielską pogodą. Wilgotno, mglisto i ponuro. Zastanawiałam się, jak ludzie tutaj mogą żyć. 

Marię powracającą po kilkunastu latach do domu powitał spowity w gęstej mgle port w Leith z pustym nabrzeżem i paroma
Zamek Edynburski
gapiami. Nie mogła pamiętać Szkocji, którą opuściła, jako mała dziewczynka. Po życiu w przepychu i blasku paryskiego dworu, otoczona ceremoniałem i ubóstwiana przybyła do kraju, w którym nikt jej nie witał, przybyła do miasta splądrowanego przez Anglików, miasta, w którym nie było pałacu, który mógłby ją godnie przyjąć, bo pałac w Holyrood wiał chłodem i pustką. Zweig pisze, iż przybywając z Francji do Szkocji Maria cofnęła się o całe stulecie. Katoliczka do kraju, w którym przeważał protestantyzm. I tak, jak mnie po dwóch dniach pobytu, kiedy zaświeciło słońce i ujrzałam Edynburg w pełnym blasku poprawił się humor, tak i Maria niebawem odzyskała chęć do życia. Była osobą kierującą się w życiu emocjami, a nie rozsądkiem. Kiedy się zakochała nie zważała na nic, co nie było głosem serca. Z jej osobą związane są zarówno Pałac w Holyrood, jak i Zamek Edynburski. Pierwszy był świadkiem jej dwukrotnych zaślubin oraz morderstwa na  sekretarzu królowej Dawidzie Rizzio. Morderstwa  popełnionego na oczach ciężarnej królowej i którego inspiratorem był jej awanturniczy i zazdrosny małżonek. Drugi był miejscem narodzin jedynego potomka Jakuba I - następcy tronu Szkocji i Anglii. Za panowania Jakuba tworzył Wiliam Szekspir. Nie wiem, czy Szekspir odwiedził kiedyś Edynburski Zamek, ale właśnie tak wyobrażam sobie miejsce akcji jego największych dramatów.
Czasami i tu świeci słońce
I prawdę mówiąc cały Edynburg sprawia wrażenie miasta surowego, ponurego i tajemniczego. Jednak kiedy wyjdzie słońce, a jego mieszkańcy wylegną na skwerki, parki i trawniki  natychmiast zapomina się o jego mrocznej aurze.
Za dosłowność cytatów ze Zweiga nie ręczę, książkę poznałam w formie audiobooka.