Łączna liczba wyświetleń

piątek, 30 października 2026

Nałęczów uroki uzdrowiska



Stare Łazienki Nałęczów


Wybór tego kierunku podróży (Puławy i Nałęczów) nie był moim pomysłem. Ale jak dołożyłam do tego Kazimierz Dolny i Warszawę teatralną z wystawą w Konstancinie Jeziornej to pomyślałam czemu nie. Miło jest odkrywać nowe miejsca, a Nałęczów kojarzyłam wyłącznie z Parkiem Zdrojowym. Z wiekiem zaś parki i ogrody coraz chętniej odwiedzam. Tuż przed wyjazdem poczytałam o pięknych willach, Muzeum Prusa i wąwozach lessowych.

Tych ostatnich niestety nie udało nam się odwiedzić, gdyż zabrakło czasu, trzeba było zdążyć na przedostatni powrotny autobus (ostatni to już za duże ryzyko).

Przyjechałyśmy do Nałęczowa pociągiem bardzo wcześnie rano zachęcone krótki czasem podróży. Niestety okazało się, że pociąg zatrzymuje się pięć kilometrów dalej. Jako, że była to niedziela a miejscowe autobusy kursowały rzadko skorzystałyśmy z taksówki. Ta zawiozła nas pod samą bramę parkową i to co początkowo wydawało nam się wadą (zbyt wczesne przybycie) okazało się zaletą. Niedziela rozleniwiła kuracjuszy, a zatem miałyśmy niemal cały park dla siebie. Dzień był słoneczny i zapowiadał się ciepły. Obeszłyśmy go wzdłuż i wszerz robiąc sobie sesje zdjęciowe tudzież czyniąc rozeznanie, gdzie można będzie wrócić na obiad, a gdzie napić się kawy. Wspólne podróżowanie ma pewną wadę robimy dużo zdjęć sobie nawzajem, a mniej atrakcyjnym obiektom. Zatem będę miała kłopot z zamieszczaniem zdjęć ciekawych budowli bez naszych facjat (usuwaniem postaci).

Sanatorium Książę Józef

Nałęczowski Park spodobał mi się od pierwszego wejrzenia, jest wystarczająco rozległy, aby można było w nim spacerować bez znudzenia, jest zadbany, a wiele budowli zostało odrestaurowanych. Prace nad przywróceniem dawnego wizerunku parku nadal trwają, co oznacza, iż za rok, czy dwa będzie on jeszcze ładniejszy. Bardzo lubię rzeźbę w przestrzeni parkowej. Ładnie mi się ona komponuje wśród drzew, krzaków, czy wodnych akwenów. Nie będę oryginalna, jeśli stwierdzę, że najbardziej podobały mi się akcenty związane z Bolesławem Prusem (czyli Aleksandrem Głowackim) – autorem powieści, z których najbardziej znane są Lalka, Faraon czy Emancypantki. Był siedzący na ławeczce pisarz, a też wielki bicykl, który się z nim kojarzy, jako, że był admiratorem jazdy na prototypie roweru. Równie ładnie prezentowały się ławeczki z takimi dodatkami, jak wielki parasol, czy pochylone ku sobie latarenki imitujące parę zakochanych. Miałam wrażenie, że mogłabym tak spacerować i spacerować. Wokół domu Zdrojowego kwitły jeszcze dalie i begonie. Z ogromnej ilości domów sanatoryjnych to nie Stare Łazienki a Sanatorium Książę Józef najbardziej mnie urzekło. Miały na to zapewne wpływ drewniane balustradki zdobiące frontową część budynki tuż nad wejściem głównym. Budowę obiektu zlecił Fortunat Nowicki - dyrektor zakładu kąpielowego w Nałęczowie. Był lekarzem i społecznikiem, za udział w powstaniu styczniowym zesłany został w głąb Rosji. Po kilkunastu latach wrócił do kraju właśnie do Nałęczowa. Na zesłaniu praktykował w zakładach leczniczych, a jego dom był miejscem spotkań dla innych zesłańców. Interesował się literaturą, przyjaźnił z Lelewelem i Kraszewskim. Najpierw na zesłaniu, potem w Nałęczowie badał zawartość wód żelazistych i ich właściwości lecznicze. Ciekawostką jest, iż przyjęta na wychowanie przez Nowickiego i jego żonę Faustyna Morzycka była pierwowzorem Siłaczki w nowelce Żeromskiego. Co oznacza, iż panowie albo się znali, albo pisarz znał córkę doktora. Sanatorium otrzymało swą nazwę na część księcia Józefa Poniatowskiego. W Parku Zdrojowym znajduje się wiele ciekawych zakątków, jak również miejsc, w których można zjeść czy delektować się słodkościami. My na kawkę wstąpiłyśmy do Domu Czekolady, a na obiadek i przepyszne policzki wieprzowe oraz łososia w zielonym sosie do Restauracji Termy Pałacowe.
Za mała jestem do tego roweru (a za duża do wymazania)


Najbardziej urokliwą uliczką Nałęczowa jest ulica Lipowa, przy której znajduje się spora ilość willi, a każda z nich jest inna. Najbardziej znaną jest Willa Pod Matką Boską zwana Ewelina (od imienia kobiety, która ponad sześćdziesiąt lat temu założyła tam pensjonat). Wzniesiona pod koniec XIX wieku w stylu włoskim willa gościła Prusa, który pisał tu min fragmenty Lalki czy Palcówki. Niestety podczas naszej wizyty w Nałęczowie była pełna gości (mieści się tam restauracja, kawiarnia oraz galeria sztuki). Trudno było nie tylko wejść do środka co też zrobić w miarę dobre zdjęcie.

Księga gości zawiera nazwiska wielu znanych pisarzy, czy ludzi ze świata filmu. Mnie zaintrygowało, iż gościł w niej Wiliam Wharton - pisarz, którego książkami swego czasu się zaczytywałam (dziś może bym inaczej je odbierała, ale Wieści nadal uważam za fajne czytadło wigilijne). Zdecydowanie bardziej łaskawa okazała się Willa Nagórze (Na Górze) – nazwana przeze mnie Zieloną Willą powstała w podobnym czasie, co Willa Pod Matką Boską w stylu szwajcarskim dla ziemianina o nazwisku Nagórski. Z uwagi na swą drewnianą zabudowę i kolor fasady wyróżniała się spośród pozostałych bądź to murowanych bądź drewnianych w odcieniach brązu budowli.

Chyba z powodu tych drewnianych budowli czy też drewnianych wykończeni budowli Nałęczów przypominał mi Zakopane. Co prawda byłam tam tylko raz, ale z uwagi na wielość gości (mimo, iż było to ładnych parę lat temu) nie mam ochoty wracać.

Staw i Altana Zakochanych

Rzadko mam okazję oglądać drewniane świątynie, może dlatego bardzo zaciekawił mnie kościół pod wezwaniem Św. Boromeusza. Zbudowany jest w stylu zakopiańskim wg projektu Stanisława Witkiewicza ojca Stanisława Ignacego znanego bardziej jako Witkacy. I wstyd się przyznać, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, iż myliłam do tej pory obrazy ojca z obrazami syna, co wynikało z niewiedzy. I oglądając obrazy ojca myślałam o nich jako obrazach syna i nawet byłam zdziwiona, że są takie „normalne”. A przecież Witkacy eksperymentator malował w tak charakterystyczny sposób, że trudno jego malarstwo pomylić z jakimkolwiek innym. Kościółek wybudowano ze środków prywatnych państwa Benni (on lekarz warszawski Karol i żona Ludwika). Nie mając potomstwa a będąc ludźmi głęboko religijnymi (i zapewne zamożnymi) postanowili wybudować świątynię dla kuracjuszy i ludzi chorych. Kościółek jest mikroskopijny, choć w dziesięciu ławeczkach zapewne znajdą pociechę potrzebujący. Świątynia jest skromna, ale niezwykle klimatyczna i fotogeniczna. Naszą uwagę zwróciły metaloplastyczne dekoracje poręczy przy schodkach do kościółka.
Kościół pod wezwaniem Św. Boromeusza
No i jeden z celów naszej wyprawy, jako, że obie kochamy literaturę, a już Prusa ubóstwiamy – Muzeum pisarza. I tu wyszło nasze nieprzygotowanie – kiedy okazało się, iż muzeum, czy raczej nazwałabym to izbę pamięci mieści się w Domu który kiedyś stanowił ochronkę dla dzieci. Czytając tablicę informacyjną miałyśmy niezły mętlik w głowach, idąc do Prusa a trafiając na Żeromskiego. Okazało się, iż to Żeromski był inicjatorem budowy Ochronki dla dzieci na własnym gruncie z honorariów ze sprzedaży książek, a także datków oraz kwot z koncertów i przedstawień amatorskich. Ochronkę nazwano imieniem Adama Żeromskiego, który był przedwcześnie zmarłym (w wieku 19 lat) synem pisarza. Ochronkę wybudowano w stylu zakopiańskim – połączenie kamienia i drewna. Dziś mieszczą się tu tymczasowo pamiątki po Bolesławie Prusie; odtworzony dzięki fotografiom gabinet pisarza, replika biurka, maszyna do pisania, a także okulary pisarza. Mnie zaciekawiło i rozśmieszyło świadectwo dojrzałości zaczynające się słowami Młodzian Aleksander Głowacki obyczajami wzorowiemi zalecający się, .. po ukończeniu całkowitego kursu nauk … pragnąc przekonać nas jaką korzyść z takowych odniósł wypracował pod naszym okiem i bez obcej pomocy rozprawy w języku polskim i łacińskim na temata przez nas zadane i tak dalej… Oceny miał Aleksander w połowie celujące, w połowie dostateczne. Zadziwiło mnie dostateczne z logiki, bo to był jedyny przedmiot który zdałam bez uczenia i to na najwyższą ocenę. Do dziś nie mogę znieść braki logiki w argumentacji😊W Muzeum znajdowały się różne wydania dzieł Prusa, listy, zdjęcia, ale są też pamiątki po Stefanie Żeromskim, jak model willi Górskich, w której Żeromski był guwernerem dzieci Górskich i gdzie pisał Siłaczkę oraz Zmierzch. Są tam też stare ryciny Nałęczowa a także Puław.
Villa Ewelina (tylko z daleka, z bliska wciąż ktoś wchodził w kadr)

Villa Zielona

W Muzeum Prusa

świadectwo dojrzałości Aleksandra Głowackiego


Na koniec zafundowałyśmy sobie wycieczkę Retro meleksem. Planującym odwiedziny w Nałęczowie polecałabym taką wycieczkę na początku odwiedzin, gdyż daje dobre rozeznanie, co warto obejrzeć.

I tak wycieczka do Nałęczowa która miała być jedynie spacerkiem po parku i po Lipowej alei okazała się też spotkaniem ze światem literatury i sztuki i pyszną kuchnią. Na wystawę ilustracji i rycin Michała Elwiro Andriollego trafiłyśmy przez przypadek szukając drogi do Muzeum Prusa. Ucieszyło mnie to bardzo, bo odkąd pamiętam słyszałam o wydaniu Pana Tadeusza z ilustracjami Andriollego, a nigdy ich nie widziałam. A okazuje się, iż był on mocno związany z Nałęczowem (spędził tu ostatnie lata życia i tu został pochowany)

Z wystawy ilustracji Andriollego (ta z Pana Tadeusza)



Ilustracja do Romeo i Julia

metaloplastyka przy schodkach do kościółka Św. Karola Boromeusza



Pyszny obiadek


Ławeczka zakochanych

To była bardzo udana wycieczka i będę ją dobrze wspominać

środa, 21 października 2026

Spóźniony wrzesień z obrazem, którego nie ma i Puławy, miejsca w których kiedyś gościł


Najsłynniejszy zaginiony z polskiej kolekcji dzieł sztuki obraz to Portret młodzieńca Rafaela Santi. Zakładam, że rzeczywiście jest (a może był, jeśli prawdą jest, co twierdzą ci, którzy uważają, iż został zniszczony w pożodze wojennej) to obraz Rafaela i tak go będę nazywała w dalszej części. Istniały bowiem w XVIII wieku spore wątpliwości co do autorstwa portretu. Należał on do trzech największych w polskich zbiorach dzieł sztuki europejskiej; obok Damy z łasiczką Leonarda da Vinci i Samarytanina Rembrandta. Dla mnie, która nie jestem admiratorką ani Leonarda ani Rembrandta (choć oczywiście cenię ich twórczość) ten zaginiony był najbardziej interesującym. Wszystkie trzy znajdowały się w posiadaniu rodziny Czartoryskich. 
Zanim jednak Portret trafił w ręce Czartoryskich przebył daleką drogę.

Aż do przedwczesnej śmierci Rafaela (dla przypomnienia zmarł w wieku lat 37, a dzieł które stworzył trudno zliczyć) znajdował się w jego domu. Trafił wtedy w ręce ulubionego ucznia Giulio Romano. Ten zabrał go na dwór Gonzagów w Mantui. Oglądał go tam sto lat później Van Dyck, który wykonał w szkicowniku jego rysunek. Następnie trafił do Modeny, gdzie oglądał go Jan Bruegel II, który uwiecznił obraz w swej Alegorii malarstwa. Kolekcja księcia Modeny została w połowie XVIII w. sprzedana rodzinie Giulianich z Wenecji. To od nich na przełomie XVIII i XIX wieku zakupił obraz Adam Jerzy Czartoryski- syn Izabeli i Adama Kazimierza Czartoryskich. 
Droga Adama Jerzego do Włoch wiodła z Puław przez Petersburg. Za udział w walkach z wojskami cara w 1792 r. caryca Katarzyna nałożyła spore kontrybucje na majątek Czartoryskich, w sumie zarekwirowano ¾ rodowej fortuny. Wtedy rodzice zdecydowali się zabiegać o ugodę z Katarzyną wysyłając obu synów Izabeli (ojcostwo Adama Kazimierza jest tu wątpliwe, jak i w przypadku pozostałego potomstwa Izabeli) do Petersburga. Adam zaprzyjaźnił się tam z wnukiem carycy Katarzyny Aleksandrem (przyszłym carem), wdał się nawet w romans z jego żoną, czym tak zirytował ojca Aleksandra, że wysłano go do Włoch. Przy czym dla zachowania pozorów - oddelegowano go, jako dyplomatę carskiego na dworze króla Sardynii. Tam młodzieniec, ani myślał bawić się w dyplomację, ale z chęcią zajął się wyszukiwaniem dzieł sztuki dla swojej matki Izabeli. Przejawiała ona od jakiegoś czasu zainteresowanie dziełami sztuki, zleciła budowę Domu Gotyckiego, który obok Świątyni Sybili były pierwszymi na polskich ziemiach muzeami sztuki. Oczywiście kiedy dziś ogląda się obie budowle trudno się nie zdziwić, jak tak niewielkich rozmiarów budynki mogły stanowić zalążek galerii sztuki. Jak poinformował mnie przewodnik gromadzone tam dzieła sztuki nie były eksponowane na ścianach czy w gablotach, jak to ma miejsce dzisiaj, a były pochowane w skrzyniach i dopiero podczas wizyty znakomitych gości skrzynie ujawniały swoje zbiory. Portret był przechowywany wraz z dziełami Leonardo i Rembrandta w Domku Gotyckim, który w przeciwieństwie do Świątyni Sybili (przechowującej pamiątki z ziem polskich i wszystko co świadczyło o zaszczytnej historii kraju, w tym pamiątki po Sobieskim, czy Kościuszce) gromadził dzieła sztuki europejskiej.
Puławy Świątynia Sybili- pierwsze polskie muzeum zorganizowane przez Izabelę Czartoryską

Domek Gotycki- tu wisiał Portret młodzieńca

Około trzydziestu lat Portret wisiał bezpiecznie w Domku Gotyckim. W czasie powstania listopadowego pod Puławy jedną z głównych siedzib Czartoryskich podszedł korpus wojsk carskich dowodzony przez ks. Adama Wirtemberskiego. Ciekawostką jest to, iż był on wnukiem Izabeli i synem jej córki Marii, który po rozpadzie małżeństwa rodziców wychowywany był przez ojca (Ludwika Wirtemberskiego) w nienawiści dla Polaków i do rodziny matki. Maria rozwiodła się z Ludwikiem, kiedy ten podczas insurekcji kościuszkowskiej wystąpił przeciw Polsce. Kiedy wojska carskie podeszły pod mury posesji wnuk wypędził z Pałacu matkę i babkę i dał rozkaz plądrowania biblioteki. Już miano zacząć rabować dzieła sztuki, kiedy z odsieczą przybył były uczestnik insurekcji kościuszkowskiej pułkownik Piotr Łagowski. Jego ludzie pogonili Rosjan i uratowali wiele bezcennych dzieł sztuki. Po odwrocie Rosjan sędziwa już Izabela Czartoryska poleciła ukryć najcenniejsze dzieła w bezpiecznych kryjówkach. Ukryto je wówczas w alkowie pałacowej w Sieniawie (kolejnym z dóbr Czartoryskich). Kolejna dziejowa zawierucha przypada osiemnaście lat później. W czasie Wiosny Ludów Sieniawa znalazła się na trasie przemarszu Rosjan na Węgry. Wówczas Adam, Jerzy Czartoryski (ten który nabył obraz) wywiózł najcenniejsze dzieła do Paryża. Tam za radą Delacroix kupuje Hotel Lambert i tam umieszcza między innymi Portret młodzieńca Rafaela.
Księżna Izabela Czartoryska

Książę Adam Jerzy Czartoryski - syn Izabeli, który sprowadził dla matki Portret młodzieńca

Kiedy majątek Czartoryskich zaczął topnieć, a wydatki na działalność patriotyczną księcia w Paryżu rosły postanowił on sprzedać obrazy. Myślał o nabywcach w Londynie. Cena jaką proponowano za obraz nie satysfakcjonowała potencjalnego sprzedawcy. W czasie rejsu do Londynu obraz cudem nie zatonął podczas burzy na morzu. 
Potencjalni nabywcy podważali autorstwo dzieła, prawdopodobnie, aby zbić cenę. Książę w akcie desperacji chciał go sprzedać w Rosji, na co szczęśliwie nie wyraził zgody jego ojciec. Próbowano jeszcze sprzedaży w Berlinie, ale i to bez powodzenia. Obraz wrócił najpierw do Londynu, potem do Paryża.

Wątpliwości co do autorstwa Rafaela były silne i prawdopodobnie one spowodowały wycofanie obrazu z wystawy charytatywnej na rzecz mieszkańców Alzacji-Lotaryngii wysiedlonych po wojnie prusko-francuskiej ze swoich domów. Wskazywano na Sebastiana del Piombo -ucznia Rafaela jako autora dzieła. Dziś bez odzyskania obrazu kwestia jest nie do rozstrzygnięcia. 
Kiedy w czasie komuny Paryskiej Hotel Lambert stał się niebezpiecznym do mieszkania i przechowywania dzieł sztuki miejscem wnuk Izabeli, syn Adama Władysław Czartoryski postanowił wrócić na ziemie polskie do Krakowa. Jego siostra Izabela w tym czasie poślubiła Jana Działyńskiego z Kórnika.

Władysław Czartoryski nabył budynek po ojcach pijarach i parę kamienic w pobliżu i tam planował otworzyć galerię sztuki. Początkowo Portret wisiał w prywatnych apartamentach Władysława i dopiero z początkiem lat 90 tych XIX w. zawisł w salach muzealnych. Zastanawiano się wówczas kogo przedstawia; był pomysł, że Francesco della Rovere księcia Urbino a nawet, że Fornarinę- piekareczkę lub po prostu wyidealizowanego młodzieńca. Są te teorie, które mówią, iż był to autoportret samego Rafaela.
Budynek Muzeum Czartoryskich w Krakowie (tu też wisiał Portret młodzieńca)

Obraz od końca XIX w. przebywał w Krakowie, ale czas I wojny nie był bezpieczniejszy dla Krakowa niż dla Sieniawy, czy wcześniej ogarniętego rewolucją Paryża. Gdy w grudniu 1914 r. miasto wydawało się zagrożone przez Rosjan Maria Ludwika Czartoryska (z Krasińskich) żona ks. Adama Ludwika Czartoryskiego wysłała obraz do Drezna. Wrócił stamtąd dopiero w 1920 r., gdyż dyrektor Galerii Drezdeńskiej nie chciał się z nim rozstać.

W 1939 r. na polecenie tej samej Marii Ludwiki obrazy spakowano w cynowe skrzynie oznaczone LRR (Leonardo, Rembrandt, Rafael) i wywieziono do pałacu w Sieniawie. Tu zostały zamurowane w pałacowej oficynie. Rozmieszczeni potajemnie w pałacu pracownicy muzeum uciekli, gdy okazało się, że w okolicy ma się rozegrać wielka bitwa. Została jedynie gospodyni. Wykorzystała chwilę nieuwagi Niemców i poszła obejrzeć skrytkę. Była wybebeszona, dzieła sztuki skradzione, a obrazy oznaczone LRR porzucone na podłodze. Dama z łasiczką uszkodzona została wojskowym butem. Okazało się, że miejsca ukrycia wskazał młynarz, który podpisał volkslistę. Gospodyni uzyskała zgodę Niemców na przewiezienie obrazów do innego z pałaców Czartoryskich do Pełkini. Miało to miejsce tuż przed wejściem wojsk radzieckich do Sieniawy. Uratowane obrazy przejęło gestapo i wywiozło je do Rzeszowa. Potem w ciągu całego okresu okupacji krążyły pomiędzy wysokimi dygnitarzami niemieckimi, którzy chcieli je przejąć bądź to dla zleceniodawców (Geringa, Hitlera) bądź dla siebie. Obraz długo przebywał w posiadaniu Hansa Franka. Kiedy w 1944 r. Niemcy zaczęli się wycofywać z Polski losy Portretu młodzieńca stały się niejasne. Może zabrał go Hans Frank, może jeden z niemieckich urzędników na stanowisku pełnomocnika ds. zabezpieczenia dóbr kultury. Od tego czasu trwają poszukiwania obrazu, chodzą słuchy iż został wywieziony do Australii. Możliwe jest też, że został zniszczony w trakcie podróży. Ponoć chciał go sprzedać jakiś Amerykanin, ale się wycofał.

Chciałabym wierzyć, że obraz nie został zniszczony, że gdzieś kiedyś się odnajdzie. Czy wróci do Polski? Myślę, że będzie to niezwykle trudnym przedsięwzięciem zważywszy, na jakie trudy napotyka zwrot skradzionych, czy tylko zaginionych dzieł sztuki.

Podczas wrześniowych odwiedzin w Puławach oglądałam miejsce jego ekspozycji na początku XIX wieku. W Domku Gotyckim dziś zimnym i niemal pustym na pierwszym piętrze znajdują się kopie Leonarda i Rembrandta. Kopii Rafaela brak. Czy to brak nadziei na odzyskanie obrazu, czy brak wiedzy, na której ze ścian wisiał kiedyś młodzieniec o delikatnych rysach twarzy, troszkę może zniewieściały (dziś powiedzielibyśmy typ androgyniczny), a wówczas wizualizacja idealnego młodego człowieka.

Puławy jako miasto może mnie nie zachwyciły, ale możliwość obejrzenia miejsca związanego z tak ważnym dla polskiej sztuki jak i polskiej historii rodem Czartoryskich była kusząca. Ponadto wybrałam się z moją przyjaciółką, a Puławy były jedynie elementem bogatej we wrażenia artystyczno-przyrodnicze wyprawy. 
Informacje na temat obrazu Portret młodzieńca pochodzą z książki Sztuka Zagrabiona Uprowadzenie madonny Włodzimierz Kalicki, Monika Kuhnke, natomiast zdjęcia z wizyty w Puławach oraz Krakowie.
A ja tym wpisem mam nadzieję wracam do pisania :)

piątek, 25 września 2026

Krótka przerwa

Ostatnio rzadko udzielam się w blogosferze, co nie wynika z zawirowań zdrowotnych, a z mojego rozleniwienia, a ponieważ jutro wybywam z domu na chwilę przepraszam za dłuższą ciszę tych, którzy tu zaglądają. Udało mi się wyjść na prostą więc mam nadzieję, iż w październiku powrócę :) Wrześniowy wpis malarski też pojawi się z poślizgiem. 

pelplińskie słoneczniki 



wtorek, 1 września 2026

Lekko spóźniony sierpień z Bitwą pod Grunwaldem Matejki

 



Chyba nie ma osoby, która nie znałaby Bitwy pod Grunwaldem. Nawet jeśli nie mieliście okazji oglądać jej w sali matejkowskiej Warszawskiego Muzeum Narodowego znacie go z licznych reprodukcji. Natomiast czy znacie jego losy wojenne?

Wojna to ogromne zagrożenie dla dzieł sztuki,  nie tylko z powodu działań wojennych, ale też jako pokusa dla pragnących się wzbogacić. Czy można by jednak Bitwę pod Grunwaldem spieniężyć? Okazuje się, że tak. Hitlerowscy okupanci w trakcie działań wojennych wyznaczyli ogromną nagrodę za wskazanie miejsca jej ukrycia. A wszystko z powodu przedstawionego tu tematu. Ale o tym za chwilę. 


Historia obrazu do wybuchu II wojny światowej
Pierwsza publiczna prezentacja miała miejsce 29 października 1878 r. W okresie, kiedy kraj był pod zaborami obraz stanowiący lekcję patriotyzmu był tak ważny dla Polaków, iż urządzono publiczne uroczyste obchody dla uczczenia malarza. Dzieło zaprezentowano w krakowskiej Sali Ratusza, a samemu mistrzowi wręczono berło, jako symbol panowania w dziedzinie sztuki. Żaden polski malarz nie dostąpił takiego zaszczytu. Dzieło nie było już własnością Matejki. Jeszcze we wrześniu zakupił je warszawski bankier Dawid Rosenblum. Kwotę 40 tysięcy rubli potraktował jako inwestycję. Obraz był odwożony po miastach polskich i stolicach europejskich i pokazywany za pieniądze. Po jego śmierci spadkobiercy sprzedali obraz Towarzystwu Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie i tam pozostał do września 1939 r. 

Co Niemcom do Bitwy pod Grunwaldem? 

Klęska wojsk krzyżackich z 1410 r. była dla nacjonalistów głoszących chwalę wielkiego narodu niemieckiego niezabliźnioną nawet po pięciu wiekach raną. Już w trakcie rozbiorów zdobyty przez Polaków w bitwie pod Grunwaldem ołtarzyk polowy Jagiełły ofiarowany kapitule gnieźnieńskiej wywieziono do Berlina. W czasie pierwszej wojny światowej feldmarszałek Hindeburg tak zaplanował bitwę z nacierającymi Rosjanami, by stoczyć ją możliwie najbliżej Tannenbergu czyli polskiego Grunwaldu. Niemcy nazwali ją drugą bitwą pod Tannenbergiem, gdzie wzięli rewanż za tę pierwszą. Gdy w 1938 roku Poczta Polska wydała znaczki upamiętniające zwycięstwo Jagiełły Berlin złożył protest, a polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie chcąc zadrażniać stosunków z sąsiadem poleciło wstrzymać emisję znaczków.
Skoro mały znaczek pocztowy mógł wywołać protest dyplomatyczny to co dopiero olbrzymi obraz nie dość, że przedstawiający klęskę, o której Rzesza nie chciała pamiętać, to jeszcze przedstawiający ją w sposób upokarzający dla pokonanych.

Wg niemieckich kronik wielki mistrz krzyżacki von Jungingen zginął z rąk jednego z dowódców tatarskich, co było śmiercią chwalebną, jako, że zginął z ręki wielkiego wojownika w dodatku niechrześcijanina (a zatem zginął za wiarę). Matejko zaś przedstawił półnagiego chłopa, który włócznią Św. Maurycego przebija mistrza krzyżackiego. Nie dziwi zatem upór z jakim naziści usiłowali wytropić obraz (aby zapewne go zniszczyć).

Bitwa pod Grunwaldem w czasie II wojny

Pakowanie zbiorów Zachęty rozpoczęto dopiero 30 sierpnia. O ile inne obrazy zdołano zdjąć ze ścian i zapakować w skrzyniach o tyle starsi pracownicy muzeum (których ominęło powołanie do wojska) nie byli w stanie zdjąć kilkuset kilogramowego obrazu o wymiarach ponad cztery metry na niemal dziesięć metrów. Na pomoc wezwano przechodniów. I choć omal nie zakończyło się to tragicznie przygnieceniem wicedyrektora Muzeum udało się obraz zdjąć ze ściany i nawinąć płótno na cztero i pół metrowy drewniany walec. Wraz z Bitwą umieszczono na wale też matejkowskie Kazanie Skargi. Wał umieszczono w solidnej drewnianej skrzyni wyłożonej azbestem. Kilka dni czekano na środek transportu, aby wreszcie pięciometrową ważącą półtorej tony skrzynię przewieźć na platformie konnej do Lublina. Skrzynię wypakowano na wewnętrznym dziedzińcu lubelskiego muzeum, a parę godzin później miasto zostało zbombardowane. Jedno ze skrzydeł Muzeum zostało zniszczone, zginęło paru pracowników muzealnych. Jednak skrzynia cudem ocalała. Była jednak tak ciężka, że nie dało się jej przesunąć. W desperacji rozbito ją siekierami, a obrazy na walcu wstawiono do Sali wystawowej zastawiając je skrzyniami ze zbiorami rzemiosła ludowego. Ponieważ obawiano się iż zbyt wiele osób wiedziało o ukryciu obrazów w Sali muzeum Lubelskiego dla niepoznaki naprawioną skrzynię załadowano z wielkim i udawanym wysiłkiem na wojskową podwodę i wywieziono za miasto. Mieszkańcy sądzili, że obraz wojsko wywiozło do Rumunii. Takie też wieści rozpowszechniało później  londyńskie radio. Kiedy Niemcy wkroczyli do Lublina dyrektor muzeum polecił zaufanym pracownikom zbudować wielką drewnianą ladę, do której schowano obrazy, a na wierzchu ustawiono książki, w ten sposób sporządzono atrapę biblioteki. Do wiosny 1941 roku obrazy bezpiecznie przeleżały w tej zaimprowizowanej bibliotece. Niemcy cały czas prowadzili intensywne poszukiwania obrazu wyznaczając ogromną nagrodę za wskazanie miejsca jego przechowywania. Bez rezultatu.  Kiedy ogłoszono przejęcie gmachu muzeum na germańskie centrum kultury pozostało kwestią dni znalezienie schowka. Kierownictwo muzeum z narażeniem życia zorganizowało wywiezienie obrazu. Na drabiniastym wozie udało się pod nosem Niemców przewieźć zamaskowany rupieciami walec. Wykorzystano masową wywózkę Polaków, jako pretekst rzekomej przeprowadzki mieszkańców. Walec ponownie włożono do skrzyni i przewieziono do szopy w siedzibie Taborów Miejskich. obrazy owinięto papą, uszczelniono sianem. Na skrzynią po kilku dniach ułożono i zabetonowano kliner, a stodołę odwodniono. Tak Bitwa pod Grunwaldem przetrwała wojnę pod ziemią.  Obraz wydobyto z kryjówki w październiku 1944 r. 
Taką to ciekawą historię obrazu przedstawiają w I tomie Sztuki zagrabionej Uprowadzenie Madonny Włodzimierz Kalicki i Monika Kuhnke.
Matejko nie należy do moich ulubionych malarzy, co potwierdza też to, iż w swoich bogatych zbiorach zdjęć z MNW mam tylko jeden obraz Bitwy pod Grunwaldem. 
Macie swoje skojarzenia związane z obrazem, udało się wam go obejrzeć w Warszawskim Muzeum Narodowym, do którego trafiło po przejściu konserwacji, a może macie inne ulubione obrazy Matejki?

Jest tak duży, iż trudno zrobić mu dobre zdjęcie, należałoby fotografować fragmentami. 

czwartek, 20 sierpnia 2026

Arboretum w Kórniku ma już dwieście lat

Zamek Kórnicki oglądany z Ogrodu

Od dawna zazdrościłam moim koleżankom i kolegom, którzy odwiedzali wspaniałe ogrody dendrologiczne. W tym roku odpowiednio wcześnie sprawdziłam czas kwitnienia różaneczników i w połowie maja wybrałam się do Kórnika. Ku ścisłości to wybrałam się do Poznania, z którego zrobiłam wycieczkę do Kórnika. Dwa lata temu udało mi się odwiedzić kórnicki zamek, tym razem moim celem były kwitnące krzewy. Prognozy pogody zapowiadały na poniedziałek fantastyczną ciepłą, słoneczną aurę. Poniedziałek zaś miał zapewnić mniejszą ilość odwiedzających. W tym roku jednak pogoda nie po raz pierwszy sprawiła mi psikusa. Kiedy wysiadłam z autobusu w Kórniku było pochmurnie i zaczynał kropić deszczyk.
Na szczęście przestał, kiedy tylko przekroczyłam bramę ogrodu. Miało to też swoje dobre strony, przy tak pochmurnej pogodzie gości było niewielu, mogłam więc poczuć się chwilami jedyną posiadaczką tego fantastycznego przybytku.
Zawsze zachwycałam się zdjęciami koleżeństwa blogowego, ale zobaczenie tego bogactwo kolorów i rodzajów daje nieporównanie większe i silniejsze doznania. Buzia się śmieje mimo braku słoneczka.
Ogród jest ogromny i ponoć zawiera największą w Polsce i czwartą w Europie ilość gatunków zbiorów (drzew i krzewów). Ja skupiłam się na różanecznikach i co chwila odkrywałam ich nowy odcień, nowy kolor, a nawet nowy kształt.
Zapraszam do zaczarowanego ogrodu.










Oczywiście moim celem były różaneczniki bo to czas ich kwitnienia, ale zachwyciła mnie soczysta zieleń drzew a także zakątek poezji poświęcony urodzonej w pobliżu Kórnika Wisławie Szymborskiej, w którym odnalazłam mój wielokrotnie cytowany na blogu wiersz Muzeum.

Ten któremu Kórnik zawdzięcza arboretum, czyli Tytus Działyński

Co do mnie żyję proszę wierzyć, mój wyścig z suknią nadal trwa, a jaki ona upór ma (tak mogłabym dziś o sobie napisać, pogrążona w depresji, pod wpływem ciężaru opieki, którego nie mogę udźwignąć).

Moje zmagania z depresją spowodowały rzadsze odwiedziny w blogosferze. Ale nadal się nie poddaję, walczę.