Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 10 maja 2022

Galeria Sztuki Nowożytnej i Współczesnej, czy odkrywania Rzymu i siebie ciąg dalszy

Klimt Trzy etapy życia kobiety
Wspomniałam już w poprzednim wpisie, że gdyby nie lektura Albumu Arcydzieła Malarstwa Galerie Rzymu nie wybrałabym się do Rzymskiej Galerii Sztuki Nowożytnej i Współczesnej (Galleria Nazionale d`Arte Moderna, czyli GNAM). Znajduje się ona nieopodal Parku Borghese. A zatem po odwiedzeniu ulubionej Galerii Borghese (Bernini, Caravaggio, Santi - sama śmietanka artystyczna) i spacerku ukwieconymi alejkami dotarłam do kolejnej galerii, w której mieszczą się zbiory malarstwa i rzeźby z XIX i XX wieku. Poza obrazami włoskich malarzy są tu także obrazy Van Gogha, Degasa, Renoire‘a, Moneta, Cezanne`a, a także Kandinsky, Miro, Pollock, Klimt. To oczywiście ogromna przyjemność oglądać obrazy tak wielkich artystów, w miejscu w którym zupełnie się tego nie spodziewa. Nie jest to do końca prawdą, bowiem dzięki lekturze Albumu wiedziałam, czego mogę się tutaj spodziewać, niemniej wrażenia były spore. Zawsze chętnie chłonę kolejnych impresjonistów i dołączam ich zbiory do kolekcji obejrzanych. Tym razem jednak największe wrażenie zrobił na mnie obraz Klimta Trzy etapy życia kobiety. Może dlatego, że Klimta miałam możliwość oglądania po raz pierwszy. Był to, jak mi się wydaje bardzo dla tego artysty charakterystyczny obraz. Wydaje mi się, bowiem twórczości tego malarza nie znam zupełnie. Kiedy myślę Klimt na myśl przychodzi Pocałunek oraz Judyta z głową Holofernesa. A kiedy myślę chwilę dłużej pojawia się jeszcze Danae, z tym charakterystycznym masywnym udem kobiecym. Trzy etapy życia ukazują dziecko, dziewczynę i dojrzałą kobietę. Gdyby nie było tam tej ostatniej; pomarszczonej, z dużym brzuchem i obwisłymi piersiami obraz można by nazwać macierzyństwo lub studium matki z dzieckiem. Byłaby to pogodna, sielankowa scenka, ale jest ta trzecia, ta w którą czas przeistoczy każdą z nas nie dając zapomnieć o przemijalności człowieka. Kontrast spokoju, bezpieczeństwa i radości życia przeciwstawiony jest rezygnacji, chęci ucieczki, wyczuwalnemu niepokojowi. To ciekawy obraz, który chętnie dodaję do swoich zbiorów. 
Od niedawna zaczęłam też z ciekawością przyglądać się niektórym obrazom surrealistów czy abstrakcjonistów, a zamieszczone poniżej wydały mi się interesujące. Miła dla oka odmiana będąca połączeniem form geometrycznych. Ot sztuka dla sztuki, coś co nie służy niczemu poza przyjemnością oglądającego. Nie wiem, jak u was, u mnie wywołują one uśmiech w przeciwieństwie do "sztuki" Duchampa.
Kandinsky


Miro

Choć już zamieszczona poniżej plątanina linii, plam, supłów, jako bardziej niepokojąca forma wyrazu nie sprawia mi przyjemności. Mam wrażenie, że stworzyłam setki podobnych dzieł podczas nudnawych szkoleń. Może dlatego nie doceniłam obrazu Pollocka, choć niektóre jego dzieła są interesujące.

 
 
 
                             
Pollock

Wracając do sztuki bardziej klasycznej spośród włoskich artystów zwróciłam uwagę na malarza, którego reprodukcja Sogni (Marzenia) zainteresowała mnie  podczas oglądania albumu poświęconego galerii. Vitorrio Corcos namalował swoją kochankę we wdzięcznej, melancholijnej pozie. Kobieta siedząca na ławce zapatrzona gdzieś przed siebie, wzrokiem rozmarzonym i nieobecnym przykuwa spojrzenie widza, trudno oderwać od niej wzrok. Jest tu to co ogromnie lubię, pastele, delikatność, zamyślenie, rozmarzenie, czar, dziewczęcość, towarzystwo książek i takie nienachalne szczęście. Obraz powstał pod koniec XIX wieku. Jako że zrobił na mnie pozytywne wrażenie chciałam poznać inne dzieła  malarza. Niestety w czeluściach Internetu udało mi się znaleźć jedynie obraz zwany Zwiastowaniem. W przeciwieństwie do Sogni wydał mi się mało zajmujący.
Marzenia Corcos
Natomiast obraz innego malarza Telemaco Signorini Sobborgo di Porta Adriana a Ravenna skierował uwagę na malarza, który uwieczniał scenki rodzajowe oraz fragmenty architektoniczne włoskich miast drugiej połowy XIX wieku. A takie obrazy szczególnie lubię. Idąc tym tropem trafiłam na parę ciekawych obrazków z Florencji i okolic.


W Galerii odbywała się także interesująca wystawa fotografii Gohar Dashti irańskiej fotografki Today`s Life and war, która myślę prowokacyjnie zestawiła dwie nieprzystające do siebie scenerie, tę codzienną, zwyczajną z tą wojenną. Są np. suszące się na drutach kolczastych pieluchy, para młodych ludzi popijająca herbatę pod lufą czołgu, czy kobieta leżąca w łóżku a w tle idący z broną żołnierze. 
Port w Ravennie Telemaco Signori
To zaledwie kilka obrazów z niezwykle bogatych zbiorów Galerii, wśród których wiele było takich, który nie były w stanie zatrzymać na dłużej mego wzroku, ale też całkiem sporo dołączyło do osobistej galerii obrazów autorki bloga. 
Na zakończenie kilka zdjęć z wystawy Życie i wojna (wystawa z 2008 roku)



Ale żeby nie kończyć obrazami które przywodzą na myśl wydarzenia, jakich nigdy nie chcielibyśmy oglądać, a jakich widujemy ostatnio sporo inny obrazek.
 
Otóż będąc pod fontanną di Trevi otoczoną tłumami turystów, których ku memu zaskoczeniu w kwietniu było w Rzymie multum (naiwnie liczyłam na ich mniejszą ilość), postanowiłam zrobić zdjęcie znajdującym się przed fontanną ludziom. Kiedy patrzyłam w obiektyw aparatu zdziwiły mnie gromkie oklaski i krzyki radości. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wraz z kilkoma setkami osób byłam świadkiem oświadczyn, które udało mi się uwiecznić na zdjęciu.


Nie wiem, czy wybranka marzyła o tak mało intymnej scenerii, ale wyglądała na szczęśliwą. Oby ten ważny dla nich dzień przyniósł im więcej dni pogodnych niż pochmurnych. I pewnie niejedna zazdrościła dziewczynie.

wtorek, 3 maja 2022

Rzym storożytny (Muzeum Massimo i Termy Dioclezjana)

Mozaiki w Muzeum Massimo
Poza powrotem do miejsc, które lubię bardzo odwiedzać i których nigdy nie mam dość, udało się tym razem dotrzeć także do miejsc, które pozostawały dotąd nieznane. Odwiedzone miejsca znajdowały się na dwóch przeciwstawnych biegunach. Pierwsze z nich to pozostałości starożytnego Rzymu i okolic, drugie to Muzeum Sztuki Współczesnej, czyli obiekt, który ominęłabym szerokim łukiem, gdyby nie lektura albumu Arcydzieła Malarstwa Arkad Galerie Rzymu, podczas której okazało się, że współczesność w Rzymie niekoniecznie oznacza to, co było współczesnością w moim rozumieniu tego słowa (ale o tym innym razem).
Pierwszą niedzielę po powrocie z Florencji spędziłam razem z Edytą (dla niewtajemniczonych moją gospodynią) w mieszczących się obok siebie Muzeum Starożytności (Massimo) oraz Termach Dioklecjana. Wbrew obawom, iż bezpłatny wstęp (była pierwsza niedziela miesiąca) oznacza tłumy, okazało się, że ilość odwiedzających była akceptowalna. O muzeum ciekawie opowiadał  Olaf Kwapis w audycji mojej ulubionej stacji radiowej. Jest to drugi pod względem wielkości zbiorów starożytnych po Muzeach Watykańskich obiekt. Nie jestem szczególną admiratorką starożytności i nie potrafię docenić wagi znajdujących się tu eksponatów, ale muszę przyznać że robią wrażenie. Podobnie, jak większość muzealnych skarbów, które uświadamia naszą przemijalność, a zarazem wielkość, bo to przecież człowiek tworzy owe dzieła, które przetrwały stulecia, a nawet tysiąclecia.
Podobnie, jak Edycie niezwykle spodobały mi się mozaiki zdobiące niegdyś ściany willi zamożnych obywateli, a także takich obiektów, jak biblioteki, łaźnie, świątynie, a nawet sklepy czy jadłodajnie (to sugerowałyby przedstawione nań treści w postaci owoców, warzyw, ryb, mięsiwa). Zdumiewające, jaką cierpliwością musieli wykazać się ich twórcy. Składające się z setek czy tysięcy mikroskopijnej wielkości kolorowych „kafelek” obrazki przypominają nasze puzzle, tyle, że są trwalsze, no i ładniejsze
fragment niebieskiego salonu
. Niektóre mozaiki przedstawiają „zwykłe” geometryczne wzory, inne motywy kwiatowe czy zwierzęce, a jeszcze inne całe scenki obyczajowe lub historie z życia bóstw.
Nie mniejsze od mozaik wrażenie robią freski. Przepięknie pomalowane ściany domostw pokazują talent i wyobraźnię ówczesnych mistrzów. Mieszkając w takim otoczeniu trudno było się nudzić. Nam szczególnie spodobała się sala, którą nazwałam niebieskim salonem, albo starożytnym impresjonizmem. Czy Monet widział ten salon zanim namalował swoje nenufary (eksponowane w paryskiej Oranżerii). Mo
że troszkę przytłaczające tło do codziennej egzystencji, ale jeśli miałby to być pokój przyjęć to cóż za przyjemne otoczenie dla ucztujących.

Pośród wielu znajdujących się rzeźb najbardziej znany jest Siedzący pięściarz – rzeźba z I wieku przed naszą erą. Ten siedzący atleta ze śladami stoczonej niedawno walki (podbite oko, parę wybitych zębów, naderwane uszy, zadrapania) siedzi zasłuchany w odgłos oklasków. Rzemienie owinięte wokół rąk to jedyne przybranie pięściarza, który mimo otrzymanych ciosów, sprawia wrażenie niepokonanego. Wyróżnia się spośród pozostałych brązowych rzeźb połyskiem, jakby całe ciało zostało natarte oliwą.
Mnie znajomym wydał się marmurowy posąg Cesarza Augusta składającego ofiarę. Być może widziałam wcześniej jego reprodukcję w albumach lub podręcznikach sztuki, a może to popularny sposób przedstawienia Cesarza z tamtego okresu w todze i z nakrytą głową. Posąg pochodzi z I wieku przed naszą erą. Wyczytałam gdzieś, iż toga pierwotnie pomalowana była w kolorze purpury, a w dłoni trzymał naczynie ofiarne. Tu sprawia wrażenie pobożnego i niemal pokornego człowieka.


Sporo w muzeum było masek, maski pośmiertne, maski teatralne, maski zdobiące sarkofagi (bardziej
maszkarony niż maski), ale i tak najbardziej upiorne wrażenie zrobiła na mnie maska na zdjęciu poniżej (prezentowana w gablocie na tle czarnego sukna biała maska mogła wystraszyć).
Hermafrodyta chyba w każdym wydaniu ciekawi odwiedzających; jego jędrne kobiecie pośladki, gładkie obojnacze lico i męskie klejnoty pobudzają wyobraźnię. Był to dość często wykorzystywany motyw rzeźbiarski, bowiem z rzeźbą Hermafrodyty spotkałam się także w Galerii Borghesee.

 
Niemal naprzeciwko Muzeum Starożytności znajdują się pozostałości Term Dioklecjana, czyli starożytnych łaźni publicznych. Wybudowane przez cesarza Maksymiliana na przełomie II i III wieku naszej ery nazwane zostały na cześć cesarza Dioklecjana. Maksymilian był jego adoptowanym synem. Znajdowały się tutaj nie tylko, co zrozumiałe baseny z zimną, ciepła i gorącą wodą, nie tylko place ćwiczeń i szatnia, ale również sale do wypoczynku, masażu, gier, sale muzyczne, biblioteka i audytoria. Termy były pierwotnie  miejscem wymiany myśli, ale już za czasów Seneki zaczęły tracić swój intelektualny wymiar. Kiedy niemal zazdrościłam takiego miejsca starożytnym znalazłam ciekawy fragment z Listów Seneki do przyjaciela brzmiący jakże swojsko:
„Mieszkam tuż obok term. Wyobraź sobie więc te najprzeróżniejsze głosy, których już uszy ścierpieć niemogą. Siłacze ćwiczą i wyrzucają w górę ręce obciążone ciężarami [...]; kiedy trafi się jakiś próżniak, któremu sprawiają przyjemność pospolite masaże, słyszę klaskanie dłoni o ciało [...] A jak się zjawi sędzia sportowy i zacznie liczyć piłki - to już koniec [...] Masz dalej tych, co skaczą do wody z impetem, rozbijając ją, [...] wyobraź sobie piszczący i skrzekliwy głos niewolnika - depilatora [...] Dodaj najprzeróżniejsze nawoływania sprzedających ciastka i masarza i cukiernika, z których każdy na swój sposób ale zawsze głośny, reklamuje swój towar.” (nie mogę odnaleźć źródła)

Od przerwania dopływu wody do miasta z podmiejskich akweduktów po wojnach VI wieku

termy zaczęły popadać w ruinę. W XVI wieku część kompleksu przekazano zakonowi kartuzów, a Michałowi Aniołowi zlecono zaprojektowanie Świątyni Santa Maria degli Angeli (pisałam o niej tutaj). To także Buonarroti zaprojektował krużganki wokół zakonu kartuzów, a jak twierdzi Edyta przechadzać musiał się pod znajdującym się na placu ponad pięćsetletnim drzewem. Czy to drzewo rzeczywiście pamięta okres renesansu?

Mozaikowa posadzka w Termach

Na dziedzińcu zakonu kartuzów z widokiem na Krużganki Michała Anioła

Wanienka do kąpieli

Moje zamiłowanie do krągłości nie ma końca

Przed wejściem do Term wita przecudnej urody roślinność
Podsumowując to była bardzo miła niedziela w jeszcze milszym towarzystwie i nie mam na myśli li tylko panów z przetrąconym nosem (pięściarza w Massimo i Michała Anioła przechadzającego się po krużgankach), ale i moją przesympatyczną gospodynię. Spacer zakończony prawdziwym włoskim cappuccino. Już tęsknię. 

niedziela, 1 maja 2022

Historie florenckie Ewa Bieńkowska


Zanim napiszę parę słów o samej książce chcę zaznaczyć, iż jej zdobycie w wersji papierowej jest niezwykle trudne. Książkę można nabyć w paru internetowych księgarniach w wersji ebooka. Nie ma nawet na allegro, gdzie dotąd znajdowałam niemal każdą z poszukiwanych książek, niestety czasami w cenach zaporowych). W końcu dostałam w bibliotece wojewódzkiej rezerwując ją z dużym wyprzedzeniem. Książka wydana została przez Wydawnictwo Zeszyty Literackie, co rekomenduje dobrą lekturę.
Autorka niewątpliwie kocha Florencję i kocha jej mistrzów, przy czym ten emocjonalny stosunek do przedmiotu opowieści w niczym nie umniejsza jego wartości poznawczej. Pani Bieńkowska ma bowiem sporą wiedzę zarówno w temacie sztuki jak i historii miasta. Historie florenckie są dla mnie rodzajem najwspanialszego przewodnika po mieście, takiego, który nie prowadzi nas wyłącznie do miejsc najmocniej obleganych turystycznie, ale prowadzi do miejsc dla autorki szczególnie bliskich, których opis bądź historia sprawia, że miejsca te stają się bliskie także czytelnikowi. W każdym razie mnie takimi się stały.

Książkę rozpoczyna opis wielkiej powodzi, jaka nawiedziła Florencję w 1966 roku. Doskonale rozumiem, a nawet współodczuwam słowa o ogromnym smutku, żalu, trwodze, jaką sprawiło uświadomienie sobie zagrożenia, jakim była i jakim nadal jest niszczycielska siła przyrody. Chyba mało kto zdaje sobie sprawę, jak katastrofalne skutki może nieść za sobą wydawałoby się zwykły wylew rzeki z jej koryta. O wiele prostszym jest uświadomienie sobie zagrożeń, jakie niosą za sobą działania wojenne. Pamiętam emocje towarzyszące mi podczas lektury książki o ratowaniu dzieł sztuki we Włoszech podczas II wojny światowej. Czytając o wielkiej wodzie wróciły one ponownie, zwłaszcza, iż autorka wspomina jednego z bohaterów tamtej książki, który podobnie, jak ratował zabytki podczas wojny, robił to i po powodzi. A straty były niewyobrażalne. Woda przerwała nie tylko ludzkie istnienia, zniszczyła nie tylko ich dobytek, ale dokonała zniszczeń w dziedzictwie kulturowym pokoleń. Niestety niektóre okazały się nieodwracalne.
Drzwi Baptysterium podczas powodzi wyrwane z zawiasów

Woda, która sięgała w kulminacyjnym momencie od dwóch do sześciu metrów przyniosła do miasta pięćset ton błota zmieszanego z ropą naftową, które na ulicach miasta zalegało do wysokości dwóch metrów przez długie tygodnie. Bilans strat kultury wynosił jedenaście tysięcy dzieł –ruchomych -uszkodzonych, co nie obejmuje fresków ani płaskorzeźb na murach, filarach i odrzwiach. Oraz milion trzysta tysięcy tomów i osiem milionów kart katalogowych Biblioteki Narodowej przy klasztorze Santa Croche. (str. 15). Wartość materialna zniszczeń jest nie oceniona, bo żadne pieniądze nie są w stanie wycenić zniszczeń w dziedzinie kultury. Renowacja ocalałych dzieł, które ucierpiały wskutek powodzi pochłonęła miliardy, ale pieniądze nie były w stanie naprawić strat, nawet największe. Niektóre dzieła zostały zniszczone bezpowrotnie, inne potrzebowały czterech dziesięcioleci na renowację. Kilkanaście lat trwało osuszanie uratowanych zbiorów, w czym pomagały rzesze wolontariuszy (tzw. Aniołów od błota).

Autorka zadaje sobie pytanie, czy to co dziś z takim mozołem uratowane od zniszczenia oglądamy w galeriach jest tym co powstało setki lat temu. Jest w nas pragnienie oglądania dzieła, takim, jakie stworzył je twórca. Dotrzeć do źródła, zanurzyć się w nim to odruch w poszukiwaniu sztuki mistycznej, uświęconej pierwszym kontaktem z ludźmi. Czy można na tym budować historię sztuki, do której należy nie tylko moment, gdy dzieła powstają, lecz również cały ciąg lat, gdy były oglądane, przeżywane, opisywane? Czy trwanie i recepcja malowidła jest czymś względem niego zewnętrznym, czy może stanowi jego składnik? Czym jest gęstość ludzkiego czasu? (str. 37)
Dla mnie dzieło jest syntezą tego wszystkiego po trochu, chwil, w których twórca tworzył, dnia pierwszego pokazania, zachwytów i krytyk, przemierzających salę wystawową pokoleń, oddziaływania czasu, pracy konserwatorów.
Fragment Ostatniej wieczerzy Castagno

Kolejny rozdział to Uczta ziemska, czyli rzecz o Ostatniej wieczerzy w malarstwie florenckim. Oczywiście, kiedy pada hasło Ostatnia wieczerza, niemal każdy ma przed oczyma mediolański fresk Leonardo da Vinci. Tymczasem Ultima cena była przedstawiana przez wielu malarzy. W samej Florencji można obejrzeć jej wyobrażenia Fra Angelico, Tadeo Gaddi, Ghirlandaio, Perugino czy Castagno. Przyznam, że tego ostatniego nazwiska nie znałam, choć powinnam chociażby z jego dialogu we florenckiej katedrze Matki Boskiej Kwietnej, gdzie namalował Portret konny Niccola da Tolentino (nawiązujący do innego portretu konnego Uccella). Obejrzawszy w Internecie zdjęcie Ostatniej Wieczerzy Castagny (bowiem wadą – zresztą jedyną, jaką w niej znajduję jest brak reprodukcji) zapragnęłam obejrzeć oryginał znajdujący się w refektarzu Klasztoru Świętej Apolonii, gdzie namalowana uczta przebywała przez pięćset lat nie oglądana ludzkim okiem (poza siostrami bernardynkami. Do klasztoru o ścisłej klauzurze nie miał dostępu nikt obcy). Najbardziej charakterystycznym elementem obrazu jest śnieżnobiały obrus, który dzieli scenerię na dwa pola; to bliżej nas z Judaszem (jakby niegodnym zajęcia miejsca razem z Chrystusem i apostołami) i to dalsze zajmowane przez godniejszych uczestników uczty.
Osobie, która interesuje się rodem Medyceuszy bardzo przypadł do gustu rozdział O Medyceuszach można bez końca (zgadzam się w stu procentach z takim stwierdzeniem), w którym poza wieloma innymi cennymi informacjami znajdują się odwołania do obrazów przedstawiających Medyceuszy. Poza moim ukochanym pokłonem Trzech króli Benozza Gozzoli jest także odwołanie do Kaplicy Sassettich w Kościela Santa Trinita, gdzie możemy obejrzeć Lorenzo di Medici, jego przyjaciela i nauczyciela synów Medyceusza Poliziano, a także małego Piero (zwanego Nieszczęśliwym, tu jeszcze z dziecięco anielską buzią młodego cherubina).

Kaplica Sacchetti w Santa Trinita
Książka kończy się refleksją nad przemijalnością i kruchością rzeczy, nawet tych, które są trwalsze od ludzkiej egzystencji. Nad dramatem zniszczenia. Przechodząc obok brunatnych kresek na murach wskazujących poziom ostatniej powodzi powracam do dramatu roku 1966. Do myśli o zagrożeniu rzeczy tak ważnych, że mieszają się z naszym poczuciem tożsamości. I o nieustannej pracy chronienia, odnawiania. Florencja nie jest nam dana przez historię, raz na zawsze. Jesteśmy wezwani do utrzymania jej w istnieniu (str.201).
Jedynym mankamentem książki jest brak ilustracji, nawet najbujniejsza wyobraźnia nie zastąpi obrazu. W dzisiejszych czasach możemy sięgnąć do internetu, który nam to zadanie ułatwi. Mnie opisy zainteresowały na tyle, że wybrałam się również obejrzeć niektóre z opisywanych fresków w miejscach ich tworzenia. I nie były to miejsca szczególnie oblężone. Kiedy większość turystów tłoczy się w Uffiziach, w Gallerii dell Accademia czy w Pallazo Piti w Galerii Palatina do wspomnianych wyżej świątyń czy do Pałacu Medyceuszy zagląda niewielu, a ci którzy tam trafiają wiedzą, czego mogą się spodziewać.


Fragment Pochodu Trzech króli Gozzoli w Pałacu Medycejskim w wizerunkiem małoletniego Giuliano i jego sióstr w tle.

Lektura ze wszech miar godna polecenia. Pani Ewa Bieńkowska wie o czym pisze i pisze o tym niezwykle zajmująco. Szkoda, że książka jest tak trudno dostępna.

niedziela, 24 kwietnia 2022

Boska Florencja

Zdjęcie zrobione z tarasu kawiarni Caffe La Terrazza

Nie jest to co prawda najlepszy czas na podróżowanie, ale dokonując rezerwacji w listopadzie nie przewidziałam wybuchu wojny. Radość z pobytu przytłumiła obawa o jutro i przerażenie tym, co dziś. Mimo wszystko starałam się żyć tu i teraz czy raczej tam i wówczas przez te parę dni pobytu.

Zawsze podziwiałam relacje osób, które mimo trwającej wokół hekatomby wojennej potrafiły odizolować się i przenieść w inny świat. Nie jest to łatwe, ale próbowałam i ja.

Tytuł Boska Florencja pożyczyłam sobie od koleżanki, która tym mianem nazwała jedno z najbliższych mi duchowo miast. I rzeczywiście jest ona boska, przynajmniej dla nas i zapewne paru jeszcze osób, którym ze sztuką po drodze. Do Florencji pojechałam szybkim pociągiem z Rzymu. Niecałe dwie godziny jazdy, a jaka różnica  pomiędzy monumentalnym Caput Mundi, a „przytulną” Florencją. Choć przytulność nie jest tu najwłaściwszym określeniem. Florencja robi wrażenie mniejszej od Rzymu aglomeracji, bo i jest zdecydowanie mniejsza (ponad dziesięciokrotnie), a jednak i tu daje się odczuć manię wielkości. Wystarczy spojrzeć na nagrobki Medyceuszy w Kaplicy ich imienia przy bazylice San Lorenzo, na nagrobki znanych florentyńczyków w Kościele Santa Croce, czy na palle (sześć kul – symbol Medyceuszy, który do dziś zdobi większość budowli w mieście). Są ogromniaste. 

W kaplicy Medyceuszy przy kościele San Lorenzo

Florencja to miasto muzeum, a zatem nie spodoba się tym, którzy lubią nowoczesną architekturę, a których odstręcza muzealny look. W mieszczących się tutaj galeriach, pałacach i świątyniach znajduje się tak duże bogactwo spuścizny kulturowej, że obejrzenie całości zajęłoby miesiące, a może nawet lata. Nie trzeba jednak nawet wchodzić do wnętrz budowli, aby odczuć charakter miasta. Wystarczy stanąć na Placu katedralnym i spróbować objąć wzrokiem trzy jego cuda, pójść kawałek dalej w kierunku Arno i stanąć na Placu Signorii spoglądając na Loggię dei Lanzi (wspaniałą galerię rzeźby na świeżym powietrzu), wejść na dziedziniec Starego Pałacu albo przejść się pod arkadami Galerii Uffizi. Nie będę wymieniać wszystkich ciekawych miejsc we Florencji, każdy z przewodników wymienia ich kilkadziesiąt. Dlatego zainteresowany powinien sam zdecydować, co chciałby obejrzeć i w gąszczu rzeczy ciekawych i ciekawszych dokonać wyboru, bo zwiedzanie jest sztuką wyboru, ale też sztuką rezygnacji. Wspominając zaledwie kilka najbardziej znanych florenckich obiektów chciałam wskazać, że nawet nie ponosząc dodatkowych kosztów (biletów wstępu) można zobaczyć bardzo wiele i poczuć klimat miasta i albo się w nim rozkochać, albo znudzić, a są i takie osoby, które Florencja przytłacza nadmiarem.

Nowoczesna instalacja na tle Bargello (rzadki widok w mieście)
Ja nie umiem się we Florencji nudzić; mam problem z wyborem, bo w zasadzie za każdym razem chciałbym obejrzeć coś nowego i wszystko to co już widziałam obejrzeć ponownie. Dopada mnie syndrom nienasycenia będący pewnego rodzaju przeciwieństwem syndromu Sthendala (który dla uproszczenia nazwę syndromem przesycenia - czy też ogłupienia z nadmiaru piękna zgromadzonego na niewielkiej przestrzeni).

Jednym z takich miejsc, gdzie dostaję oczopląsu jest wybudowany w XIII wieku, pierwotnie przeznaczony na siedzibę trybuna ludowego, następnie rady sądowniczej i podesty (naczelnika administracji i wojska), później szefa policji pałac Bargello. To ponoć tutaj, na jednym z okien pałacu powieszono ostatniego z pojmanych spiskowców (spisku Pazzich, który zakończył się zamordowaniem Giuliano Medici w katedrze Matki Boskiej Kwietnej. Miało to miejsce na mszy, podczas podniesienia, w obecności wiernych, niektóre źródła podają nawet, iż była to niedziela Wielkanocna. A jednym ze zleceniodawców był papież Sykstus IV - ten papież od kaplicy Sykstyńskiej. Zaś jednym z uczestników spisku był arcybiskup. Nie dziwię się wściekłości Wawrzyńca i krwawej zemście, zamordowanie ukochanego brata nie mogło pozostać bezkarne. Pozostali uczestnicy spisku schwytani niemal od razu po zabójstwie zakończyli swe życie wywieszeni z okien Pallazo Vecchio. Cóż to musiał być za straszny widok - taka publiczna egzekucja. A pomysł uwiecznienia wisielców na murach miejskich przez najlepszych wówczas malarzy (zaangażowano Botticellego i Leonardo da Vinci) to kolejny koszmar dla człowieka współczesnego, a wówczas zapewne niezła rozrywka). Dziś w Bargello znajduje się galeria zbiorów średniowiecznych obrazów, naczyń, zbroi, kosztowności, ale to co najbardziej przyciąga to rzeźba; sala Donatella oraz sala z rzeźbami Michała Anioła, Berniniego, Gianbologny, Celliniego i paru innych super rzeźbiarzy, których nazwiska większości już dziś nic nie mówią. Te rzeźby są tak piękne, że potrafią zauroczyć nawet laików. Ich nagromadzenie sprawia, że są niczym celebryci fotografowani ze wszystkich stron. Możliwość fotografowania jest tym, co niezwykle mnie cieszy, bowiem dzięki temu moje wspomnienia stają się o bogatsze. Tym razem we Florencji nigdzie nie spotkałam się z zakazem robienia zdjęć (poza wystawą o której mowa niżej). 

Skąd się w Bargello wzięła Madonna della scale (Madonna przy schodach) nie mam pojęcia. Oglądałam ją kiedyś w Casa Buonarotti. 

Lubię takie niespodzianki, ten relief to jedna z pierwszych prac młodego Michała  Anioła, powstała na krótko po opuszczeniu przezeń pracowni Ghirlandaio i przeniesienia się do Ogrodów Sztuki Medyceusza. Znajdujący się także w Bargello Bachus nie jest tak urokliwy choć jest zdecydowanie lepiej rozpoznawalny. 
 
Kolejnym zaskoczeniem było znajdujące się tutaj popiersie kochanki Berniniego Constanzy Bonarelli.  Spodziewałam się jej raczej w Villa Borghese w Rzymie. Nie wiem, czy jest to popiersie, które ucierpiało podczas ataku furii Gianlorenzo, który przyłapał kochankę in flagranti ze swoim bratem. Być może tylko ja doszukuję się blizny na twarzy niewiernej kochanki, którą zlecił mistrz swemu słudze oszpecić i w ten sposób ukarać.  Popiersie podobne jest w wydźwięku do Ekstazy Św. Teresy w kościele Santa Maria della Victoria. Ukazuje kobietę w miłosnej ekstazie, te rozchylone usta, obnażony niemal biust, zamglone spojrzenie. Ciekawostką jest to, iż po zleceniu oszpecenia kobiety protektor rzeźbiarza papież Urban VIII poradził mu (a wydaje się, że była to rada, której nie sposób zlekceważyć ożenek wyznaczając kandydatkę. Mistrz z rady skorzystał i przeżył z żoną trzydzieści cztery lata doczekawszy się jedenaściorga dzieci. 

Popiersie Constanzy Bonarelli
Czytając nie tak dawno temu o konkursie z 1400 roku na drzwi do Baptysterium zastanawiałam się jak wyglądał projekt, który rywalizował ze zwycięskim. Jak to często we Włoszech bywało rywalizowało ze sobą dwóch geniuszy; Bruneleschi i Ghiberti. O wyborze zadecydowały koszty, projekt zwycięski okazał się tańszy w wykonaniu. W Bargello znajdują się chyba repliki (z tego co wiem oryginały przechowywane są w Muzeum Katedralnym) obu konkursowych projektów. Długo im się przyglądałam nie mogąc się zdecydować, który podoba mi się bardziej. Tak więc, gdyby Rada Miejska była bogatsza dziś może oglądalibyśmy Drzwi projektu Bruneleschiego, tyle, że wówczas mogłaby nie powstać kopuła Florenckiej Katedry w znanej nam postaci.  
Przed wejściem do Bargello znajduje się nowoczesna rzeźba ze stali nierdzewnej albańskiego artysty o trudnym do wymówienia nazwisku Helidon Xhixha. Rzeźba ta skojarzyła mi się z wykonaną we Wrocławiu instalacją Oskara Zięty Nawa, chyba wyłącznie z uwagi na rodzaj zastosowanego materiału. Wpisała się ona doskonale w krajobraz renesansowej zabudowy; intryguje i zastanawia i cieszy oko. Fakt, iż spodobała się mnie, osobie, która niemal od zawsze była konserwatywną w swych upodobaniach świadczy - mam nadzieję, o poszerzaniu horyzontów. 
Jadąc do Florencji spodziewałam się zasłoniętego 
Projekty konkursowe na drzwi Baptysterium
posągu Dawida. W geście protestu przeciwko agresji Rosji na Ukrainę dzieło Michała Anioła stojące na Placu Signorii zostało okryte czarnym suknem. Niestety, nie było nim okryte zbyt długo, bowiem już 11 marca jakiś Czech (celowo pomijam nazwisko) podpalił sukno i być może tylko dzięki błyskawicznej reakcji strażników z pobliskiej Loggi kopia posągu nie została uszkodzona. Takie zdarzenia potwierdzają zasadność przeniesienia oryginału do Galerii dell Academia. Zresztą opakowanie Dawida w czarne sukno było mocno krytykowane zarówno przez Florentyńczyków, którym nie podobał się pomysł i chyba jeszcze bardziej przez turystów, dla których obejrzenie Dawida było jednym z celów podróży. Na placu znajduje się rzeźba Pieta Francesso Vezoli przedstawiająca rozwścieczonego lwa, który w pysku trzyma 
głowę antycznego posągu leżącego u jego stóp. Podobno ten sam człowiek, który podpalił sukno okrywające Dawida pomalował leżący u stóp lwa posąg w żółto-niebieską kolorystykę ukraińskiej flagi. Nie popieram aktów wandalizmu. Okazuje się jednak, iż pomalowany częściowo posąg spodobał się turystom, którzy tłumnie ustawiają się pod nim robiąc sobie zdjęcia. Gdybym nie znała całej otoczki sprawy uznałabym, że to niezły pomysł artystycznej wypowiedzi. 
Moim kolejnym florenckim odkryciem była rzeźba polskiego artysty Igora Mitoraja stojąca w Ogrodach Boboli. Głowa - maska nawiązuje do całego szeregu rzeźb stworzonych przez Polaka, w których przedstawia okaleczone a jednak heroiczne ludzie postaci lub fragmenty ciał. Z ogromną przyjemnością dołączam do osobistej kolekcji rzeźb kolejną.
Głowa-maska Mitoraja
Na krótko przed wyjazdem przeczytałam Historie Florenckie Ewy Bieńkowskiej, z której to książki poza całą masą interesujących informacji dowiedziałam się o sporej ilości obrazów i fresków przedstawiających Ostatnią wieczerzę, jakie znajdują się w samej Florencji. Zaciekawiła mnie w szczególności Ostatnia wieczerza namalowana przez Andreę Castagno. Przyznam, że nie znałam tego nazwiska, a miał człowiek pecha. Namalowana przezeń wieczerza w refektarzu klasztoru żeńskiego przy kościele Świętej Apolonii nie miała szansy ujrzenia światła dziennego przez około pięć stuleci. Z uwagi na klauzurę  przybytku podziwiać ją mogły jedynie siostry zakonne, które jak sądzę większą wagę przykładały do klepania pacierzy niż kontemplowania sztuki. A jest to obraz ciekawy i przez swój układ i rozłożenie akcentów. W mojej amatorskiej interpretacji dzieli scenerię na część świętą i grzeszną, na sacrum i profanum, na dobrych i złego. Sami zobaczcie poniżej. Judasz został odgrodzony białym pasem obrusu od pozostałych uczestników wieczerzy, aż mi się go zrobiło żal. Bo w końcu, czy mógł odegrać inną rolę, niż tę która została mu przypisana i przeznaczona, czy mógł sprzeciwić się boskim wyrokom. Zawsze wzruszał mnie los odrzuconych.
Ostatnia wieczerza Andrea Castagno
Innym moim odkryciem była kaplica Saschetich w kościele Santa Trinita. Kto zna moją obsesję na tle Medyceuszy ten zrozumie, iż od dawno poszukiwałam najbardziej wiarygodnych malarskich wizerunków przedstawicieli rodu, a zwłaszcza Wawrzyńca. Z bogatej lektury wiem, iż był to człowiek brzydki, choć jego brzydota miała jakiś zniewalający urok, który sprawiał, iż cieszył się zainteresowaniem płci przeciwnej. I mam nadzieję nie był to urok władzy i pieniądza. Wiadomym jest, że każdy z dostępujących zaszczytu uwiecznienia jego wizerunku idealizował go, wielu malowało go kilkanaście lub kilkadziesiąt lat po śmierci. Dlatego ciekawił mnie wizerunek przedstawiony przez  Ghirlandaio (współczesnego mu malarza). Niestety jakość zdjęć jest kiepska, bowiem wizerunek został zamieszczony wysoko nad poziomem posadzki. 
Wawrzyniec to ten mężczyzna w czerwonej szacie, z kruczoczarnymi włosami i dość długim, orlim nosem po prawej stronie.  


W przybliżeniu zdjęcie z internetu.
O innych moich florenckich odkryciach, które odwiedziłam ponownie, jak Pochód trzech króli Gozzoli, Kaplicy Medyceuszy, Zwiastowaniu Fra Angelico , Drzwiach do Raju pisałam wcześniej.  W Galerii del Academia poza tym co w niej najważniejsze i najcenniejsze (Dawidem oraz Jeńcami Michała Anioła) mogłam przekonać się, iż rację miała Łucja-Maria, która wskazała mi autora obrazu ilustrującego historię Anioła Rafała i Tobiasza. Rzeczywiście był nim Domenico di Michelino. Mogłam także obejrzeć osiem popiersi Michała Anioła wyrzeźbionych przez jego ucznia i przyjaciela Daniele da Volterra, którego pogardliwie nazwano majtkarzem, po tym jak domalował biodrowe przepaski postaciom z Sądu Ostatecznego w Kaplicy Sykstyńskiej. Część z tych popiersi miałam okazję oglądać już wcześniej w innych galeriach, lecz ich zgromadzenie w jednym miejscu robi wrażenie. Była to jedyna kolekcja, której nie można było sfotografować, nad czym oczywiście ubolewam.

Podsumowując mój pobyt we Florencji był niezwykle bogaty we wrażenia i bardzo intensywny. Intensywność tę spowodowały zarówno pandemia, która na dwa lata zamknęła nas w domach, jak i wojna, która sprawiła, że jedni pogrążają się w depresji, a inni żyją dniem dzisiejszym, jakby tych dni zostało coraz mniej. 

Cokolwiek się stanie, dla wielu z nas droga, która przed nami jest krótsza od tej, która za nami, więc może nie powinniśmy odkładać niczego na jutro.

czwartek, 17 lutego 2022

Anioł Panny Garnet Salley Vickers

Mam do tej książki szczególny sentyment. Pierwszy kontakt z debiutancką opowieścią Salley Vickers wywołał pozytywne wrażenia i choć zdaję sobie sprawę, że powieść nie należy do odkrywczych można ją zaliczyć do przyjemnych czytadeł. Tytułowa bohaterka jest emerytowaną nauczycielką historii, która po śmierci jedynej przyjaciółki postanawia spędzić pół roku w Wenecji. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że decyzja wyjazdu jest pierwszą zaskakującą decyzją w dotychczas uporządkowanym i nudnym życiu wypełnionym obowiązkami zawodowymi oraz partyjnymi spotkaniami. Julia sympatyzuje z komunistami. Jako dziecko Julia została nauczona, by jak najbardziej upragnione przyjemności zostawiać sobie na potem, do chwili aż wszystkie obowiązki zostaną spełnione.(str. 86)

Purytańskie wychowanie przez despotycznego ojca oraz wrodzona nieśmiałość spowodowały, iż Julia zamknęła się przed życiem na samym jego początku. Życie było dla niej jedynie spełnianiem obowiązków, pełno w nim było nakazów, zakazów i rygorów, które sama sobie narzuciła. Wyglądało tak, jakby przyświecała jej dewiza, im mniej od życia oczekujesz (im mniejsze są twoje pragnienia), tym mniejsze będzie rozczarowanie i gorycz z powodu niespełnienia. W obawie przed wyszydzeniem, czy zranieniem Julia była zawsze ostrożna w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich.

Ale  kiedy tylko przylatuje do Wenecji jej życie toczy się innym torem, zupełnie, jakby to miasto wyzwoliło Julię z kokonu, w jakim tkwiła mieszkając całe życie w Londynie. Od pierwszego dnia pobytu nawiązuje znajomości, niektóre z nich przekształcą się z czasem w przyjaźnie. Pomyślała o tych wszystkich latach, w czasie których nikogo na nic nie zaprosiła (za wyjątkiem Hariet…). Obawiając się odmowy, pokazywała światu twarz niezależności, a były o pozory. Gdyby była zdolna do sformułowania takich stwierdzeń i przyznania się sama przed sobą w tamtym monotonnych latach, prawdopodobnie zawyrokowałaby wtedy, że była zbyt mało atrakcyjna, by ktokolwiek chciał się z nią zaprzyjaźnić. (str. 60)

Całe życie upłynęło jej na unikaniu ludzi, gdyż obawiała się, jak to teraz zrozumiała, że jej nie polubią,

 Anioł z Tobiaszem nad portalem Kościoła Saint Rafaello

lub nie zaakceptują.
(str. 69)

I nawet, jeśli niektóre zranią to Julia dopiero teraz poznaje smak życia, z jego blaskami i cieniami. Czerpie radość zarówno ze zwykłych codziennych przyjemności, jak i pogłębiania wiedzy. Od pierwszego spotkania z kamiennym aniołem w Chiesa Saint Rafaello (do którego od dzieciństwa czuła sentyment mimo swych komunistycznych przekonań) zostaje owładnięta pragnieniem poznania jego biblijnej historii.

Narracja przebiega dwutorowo; jeden nurt opowieści to historia pobytu Julii w Wenecji, drugi to apokryficzna wersja biblijnej Księgi Tobiasza. Oba nurty są jednakowo interesujące, oba się przeplatają i zazębiają między sobą. Historia miesza się z teraźniejszością, postaci realne mają swoje odniesienia w mitycznej opowieści, a cała powieść pełna jest symboliki i alegorii. Apokryficzny mit o losach Tobiasza i wspomagającego go anioła Rafała staje się kluczem do rozwiązania współczesnych problemów.

A wszystko to na tle Wenecji, do której Julia przybyła poza sezonem, dzięki czemu poznaje jej inne oblicze; zamglone, deszczowe, pełne wilgoci i przede wszystkim pozbawione tłumu turystów, bardziej codzienne.

Cztery lata temu będąc w Wenecji udało mi się odwiedzić kościół odgrywający tak dużą rolę w powieści, przechadzałam się uliczkami, którymi wędrowała Julia z swym cicerone.

Historia Tobiasza prowadzonego przez anioła Rafała zainspirowała wielu malarzy. Jednym z najbardziej znanych jest obraz "Tobiasz i anioł" namalowany przez Andreę Verocchio przy współuczestnictwie Leonarda da Vinci. 

Lubię książki, które żyją we mnie swoim własnym życiem, tak jak Annioł panny Garnet, który zaowocował kolekcją obrazów ilustrujących historię Tobiasza i Anioła Rafaela. Poniżej te, które udało mi się obejrzeć dotychczas:

Verrocchio w National Gallery w Londynie

Tycjan  w Galleria dell` Accademia w Wenecji

Nie pamiętam nazwiska malarza  w Galleria dell` Accademia we Florencji

Nie pamiętam, czy w Galeriach londyńskiej i weneckiej można było robić zdjęcia, chyba nie, skoro nie mam ani jednego. 

Z ogromną chęcią obejrzałabym rzeźbę autorstwa Wita Stwosza, która znajduje się w zbiorach  Muzeum w Norymberdze