Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 31 marca 2026

Marzec z Giotto i Pocałunkiem Judasza


Pocałunek Judasza Giotto w Kaplicy Scrovegnich w Padwie

Jeszcze kilka dni przed wyjazdem do Włoch zastanawiałam się, czy znajdę bohatera mojego co miesięcznego cyklu spotkań z jednym obrazem obejrzanym w miesiącu. Naiwnie zakładałam, iż tym razem lecę ponudzić się, poszwendać po Padwie, Vicenzy i Weronie; żadnych galerii sztuki, żadnych wystaw, dużo spacerów i zieleni. Oczywiście zarezerwowałam bilet wstępu do Kaplicy Scrovegnich w Padwie, bo być w tym mieście i nie widzieć fresków Giotta to jakby tam nie być tam wcale. Tymczasem, jak to ja obejrzałam tyle wystaw, że mam problem z nadmiarem potencjalnych bohaterów. Wybrałam Giotto - trochę na przekór samej sobie. Nie doceniałam tego malarza, tak poważanego przez współczesnych i potomnych, jako tego, który sztukę ze złej drogi zawrócił (z bizantyjskiej ścieżki na nowoczesną - łacińską). Nie dostrzegałam tej dużej zmiany w sposobie malowania, jego freski były dla mnie nadal naiwne, nieco prymitywne i wciąż bizantyjskie (niczym ikony). Dopiero porównując ten sam temat namalowany przez Giotto di Bondone z obrazem namalowanym przez bizantyjskiego artystę dostrzegłam ogromną zmianę w sposobie malowania. Owszem to malarstwo jest nadal nieporadne, dość płaskie, postacie mają rysy jeszcze trochę bizantyjskie, ale już jest w tych postaciach więcej ruchu, ekspresji, życia, postacie mają więcej ciała, nie są jedynie figurami, a ludźmi z krwi i kości. I doszłam do wniosku (no cóż nie odkryłam może Ameryki, ale dla mnie było to istotne odkrycie), że malarstwo Giotta trzeba porównywać z malarstwem jego poprzedników, a nie następców. I w tym kontekście ono rzeczywiście jest rewolucyjne, jest krokiem milowym naprzód od sztuki bizantyjskiej do sztuki nowożytnej. Oczywiście nie będę tu się wymądrzać, cytować znawców, bo piszę z pozycji laika i dla laików, więc na takich ogólnikowych spostrzeżeniach pozostanę.
Giotto był synem chłopa, uczniem Cimabuego (o którym wspominałam przy okazji wizyty w Arezzo). Jak pisze pani Bożena Fabiani był żonaty i miał ośmioro dzieci, pieniądze zarobione na malowaniu przeznaczał w wynajem warsztatów tkackich, w handel i co ciekawe trudnił się także lichwą (choć lichwiarzy zawsze w swoich obrazach wysyłał do piekła).


Kaplica Scroveglich

Kiedy weszłam do Kaplicy Scroveglich (a wchodzi się tam w niewielkiej grupie osób zaledwie na piętnaście minut) miałam wrażenie, że znalazłam się w czymś w rodzaju XIII czy XIV wiecznej kaplicy Sykstyńskiej. Całe ściany od ziemi po sklepienie pokryte zostały malowidłami, scenami począwszy od historii Joachima i Anny rodziców Marii po Sąd Ostateczny. A całość prac została wykonana w przeciągu dwóch lub trzech lat. Z 36 scen głównych wybrałam Pocałunek Judasza. Zawsze interesowała mnie postać Judasza, tego, którego przeznaczeniem była zdrada. 
Pocałunek Judasza- zbliżenie

Pocałunek Judasza jest chyba najlepiej znanym freskiem Giotta. Dwie rzeczy zwróciły  moją uwagę. Po pierwsze spojrzenia, które osadzają scenę w określonym miejscu, oni cali są tam; Judasz patrzy w oczy Jezusowi, a Jezus Judaszowi, stojący wokół kapłani patrzą na siebie i na scenę rozgrywającą się przed ich oczami. Druga - to twarz Judasza. Przepraszam, ale mnie przypomina twarz odczłowieczoną, jakąś małpę, goryla, coś człekopodobnego, ale nie człowieka. Jak pisze Łysiak w MBC "Judasz ma mordę tak odrażającą, iż wygląda jak kwintesencja nikczemności. ... W całej twórczości Giotta nie ma równie wstrętnej gęby". (str. 62 tomu I).
Kłóci się ta wizja Giottowego Judasza z moją osobistą wizją, wg której Judasz jest ofiarą boskich planów a nie jego sprawcą, narzędziem w ręku Pana. Ale może bluźnię. Nie kibicuję mu, ale współczuję roli, jaka mu przypadła. Judasz u Giotto choćbym nie wiem, jak chciała bronić się nie da, jest wstrętny, zieje nienawiścią, ohydą, złem, a Jezus jakby już mówił niech ci będzie wybaczone. Na tym fresku wiele się dzieje, żołnierze, kapłani, apostołowie i dwaj główni bohaterowie sceny, ale cała wymowa zawiera się w tym spojrzeniu wzajemnym i w twarzach będących odbiciem dobra i zła, miłości i nienawiści.

Pocałunek Judasza stał się inspiracją dla wielu dzieł sztuki. Mnie bardzo spodobał się projekt stworzony przez współczesnego włoskiego rzeźbiarza (choć nie wiem, czy można nazwać rzeźbą tego rodzaju instalacje, jakie tworzy Gianfranco Meggiato). Od 2 października 2025 r do końca marca (czyli do dzisiaj) w Padwie był realizowany projekt wystawienia w przestrzeni publicznej rzeźb, z których najważniejsza zainspirowana została Pocałunkiem Giotta.
Pocałunek Judasza Gianfranco Meggiato Padwa 2026


piątek, 13 marca 2026

Randez vous ze śmiercią Agaty Christie i Fabrykantka aniołków Camili Lackberg


W natłoku wrażeń podróżniczo - wystawienniczych nadszedł czas na kilka zdań z lektury kryminałów, jakie wylosowałam w stosikowym losowaniu u Anny. (styczeń i luty). Z marcową książką (Doktor Faustus Tomasa Manna) nie idzie mi tak łatwo.


Randez vouz ze śmiercią Agata Christie

Tak jak do niedawna zaczytywałam się kryminałami Donny Leon tak teraz wpadłam jak śliwka w kompot z czytaniem kryminałów Agaty Christie. O fabule kryminału trudno pisać, aby nie zdradzić zbyt wiele. Tu rzecz dotyczy zbrodni popełnionej na starszej pani, osobie, która czerpała satysfakcję z dręczenia całej rodziny. Nic dziwnego, że któregoś dnia syn owej despotki powiedział do siostry, iż ją trzeba zabić. Świadkiem owej rozmowy jest Herkules Poirot, więc kiedy kobieta umiera (pozornie z przyczyn naturalnych) owa zasłyszana rozmowa jest jednym z argumentów przemawiających za tym, iż śmierć nie była naturalną. Czytając miałam nieodparte skojarzenie podobieństwa z morderstwem opisanym w Orient Expresie, ba nawet w samej opowieści przywołano owo morderstwo, jednak zbieżność okazuje się pozorna i przypadkowa. Herkules Poirot jak to on ma w zwyczaju uruchamia swoje szare komórki i w ciągu doby dochodzi do ustalenia przyczyn zgonu tylko i wyłącznie rozmawiając ze świadkami. Bo jak twierdzi, świadek nawet kłamiąc i zacierając ślady mimowolnie mówi prawdę, trzeba tylko wszystko dokładnie porównać i przeanalizować. Dziś mamy monitoring, logowanie telefonów, media społecznościowe, a wiele zbrodni pozostaje nierozwiązanych. Herkules Poirot jak to ma w zwyczaju aby przedstawić wersję zdarzeń zbiera wszystkich zainteresowanych i odstawia przedstawienie, analizując po kolei każdą osobę pod kątem możliwości popełnienia przestępstwa. Zadufany w sobie narcystyczny, mały Belg i tym razem dochodzi do prawdy, bo nic nie jest mu w stanie umknąć. Uważałam i nadal uważam Agatę Christie za królową kryminałów.



Fabrykantka aniołków Camila Lackberg

Jeszcze do niedawno nazwisko Lackberg było ością niezgody pomiędzy mną, a moją przyjaciółką Magdą, która zachwycała się jej twórczością wychwalając jej książki pod niebiosa a mną, która twierdziłam, że przeczytawszy jedną z książek pisarki (Księżniczka z lodu) jestem mocno rozczarowana i nie zamierzam więcej sięgać po kolejne. Słowa dotrzymałam przez ponad dwanaście lat. Wybierając się do Rzymu nagrałam parę audiobooków dla mojej włoskiej gospodyni Edyty, a wiedząc, że lubi kryminały nagrałam też Camilę Lackberg. Audiobooki dołączyłam do listy książek do przeczytania i kiedy wylosowano mi Fabrykantkę aniołków pomyślałam, że znowu będę się zżymać podczas słuchania. Włączyłam audiobooka podczas prasowania, myśląc, że nic nie stracę, jeśli sobie będzie leciało w tle. Ponad dwanaście godzin słuchania tak mnie wciągnęło, że wysłuchałam lekturę w przeciągu dwóch dni i połowy nocy. Pisałam kiedyś, iż od kryminałów dużo nie oczekuję, ma być intrygująco, ma zaciekawić, niezbyt krwawo, nie lubię emanowania brutalnością, naiwnością, sentymentalnością i seksualnością. To co w niedużej ilości nadaje kolorytu, czy pikanterii w nadmiarze jest nudne. Tutaj zagrały wszystkie czynniki, a w dodatku poza zwykłą zbrodnią jest jeszcze wątek polityczny (jak się wydaje antycypowany przez autorkę, bowiem, wg jej słów dopiero pisząc posłowie to, co miało być fikcyjnym założeniem w książce - stało się faktem i to właśnie we Szwecji, w której dzieje się akcja kryminału). Fabuła nie toczy się linearnie, po kolei poznajemy fragmenty układanki, które niczym puzzle z początku wydają się całkiem nieprzystające do siebie, mieszają się osoby, zdarzenia, czas akcji, przeskakujemy z lat dwudziestych zeszłego stulecia do siedemdziesiątych, wracamy w lata czterdzieste, aby za chwilę znowu znaleźć się w końcówce XX wieku. A wszystko zaczyna się od przypadkowego pożaru w domu remontowanym przez młode małżeństwo. Z domem wiąże się niewyjaśnione sprzed ponad dwudziestu lat tajemnicze zniknięcie zamieszkującej posiadłość pięcioosobowej rodziny. Została tylko mała roczna dziewczynka. To właśnie ona po latach po stracie dziecka wraca z mężem, aby wyremontować dom i to ona omal nie ginie w pożarze. Zaskakujące zwroty akcji, zero zbędnych dłużyzn, ciekawi bohaterowie. Może jedynie zdeterminowanie postaw kobiet w rodzinie bohaterki przez ich przeszłość budziło trochę moją wątpliwość, ale pewnie z psychologicznego punktu widzenia jest to uzasadnione. Wydaje się, iż każda z kobiet z kolejnego pokolenia popełnia błędy, których nie potrafiła wybaczyć własnej matce, no może poza niezrównoważoną wielbicielką Hermana Goeringa, bo i wątek niemieckich faszystów się tu pojawia, choć marginalny, nie mniej mogący mieć wpływ na prawicowe sympatie Szwedzkich „patriotów” . Wysłuchawszy tej książki jestem w stanie zgodzić się z Magdą, że pani Lackberg potrafi napisać niezłą książkę. Nie wiem, czy zatem skrytykowana przeze mnie Księżniczka z lodu to był jednostkowy przypadek, czy może trafiłam na niewłaściwy dla lektury czas. Z ciekawości dołączyłam do moich lektur i zamierzam to sprawdzić.

wtorek, 3 marca 2026

Gdynia miasto z morza


Dar Pomorza

Gdynia towarzyszy mi od dziecka i o ile w latach młodości uważałam ją za niezwykle nowoczesne miasto do niedawna traktowałam nieco po macoszemu uważając, iż zastygła w wieku XX. Powstało wiele nowoczesnych dzielnic mieszkaniowych, a w okolicy skweru Kościuszki wyrosły szklane biurowce, jednak główna arteria – ulica Świętojańska sprawia wrażenie niezmiennej od lat pięćdziesięciu. Tyle, że pięćdziesiąt lat temu była ona synonimem luksusu. Marynarzowe, peweksy, baltona, cinkciarze, okno na świat. Stąd  (z Gdyni) wypływały statki na zachód, między innymi najbardziej znany pasażerski statek pływający do Ameryki – tss Stefan Batory (transatlantyk - następca ms Batorego).
Dziś marynarzowa nie budzi zazdrości, peweksów, balton i cinkciarzy już nie ma, a na zachód lata się samolotami.

Fontanna na skwerze Kościuszki

Pamiętam znajdujący się na początku ulicy Świętojańskiej sklep obuwniczy, w którym na wystawie stał ogromny but, Był tak duży, że mogłabym się w nim schować. Nie zrobiło by tego jednak wówczas żadne dziecko, bo wychowywało się nas w systemie zakazów i nakazów.
Przechodzenie obok  sklepu zawsze było (dla nas dzieciaków) sporą atrakcją. W czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych, a w telewizji jeden lub dwa kanały, dzieci bawiły się na podwórku grając w gumę (dziewczyny) i kopiąc piłkę (chłopcy), albo jedni i drudzy grając w palanta lub w noża. Wtedy but o długości metra na sklepowej wystawie pobudzał  naszą wyobraźnię. 
Inną atrakcją była wizyta w Delicji, jednaj z najstarszych gdyńskich cukierni znajdującej się na ulicy 10 lutego. Na tej ulicy mieściła się też siedziba PLO (Polskich Linii Oceanicznych, czyli przedsiębiorstwa zatrudniającego marynarzy), a to nadawało jej prestiż. Otarcie się o pływających to otarcie się o wielki świat. Modne ciuchy, fryzury, wyższy status materialny dawał się tu wyczuć.

spacery po Bulwarze Nadmorskim

W Delicji sprzedawano na pewno wiele słodkości, ale najlepiej pamiętam galaretkę z bitą śmietaną i rodzynkami. W czasach sporej mizerii w strefie gastronomii do dobrego tonu należało wybranie się na krem sułtański, cytrynowy czy czekoladowy. Dziś można się tylko uśmiechać pod nosem na takie delicje w Delicji (mając piętnaście rodzajów serników, trzydzieści rodzajów eklerów, kilkanaście rodzajów pączków i …. można by tu wymieniać w nieskończoność komu dziś zaimponuje bita śmietana w pucharku).

A wówczas pięćdziesiąt lat temu odświętna kiecka u matki i u córki, galowy mundur u ojca i rodzina świętowała wizytę w modnej kawiarni. High life. Potem obowiązkowy spacer przez Skwer Kościuszki. Takie mam wspomnienia z okresu dzieciństwa.
Orłowo - plaża w drodze na Orłowski Klif

Potem były lata młodości i moje wizyty w Gdyni odbywały się głównie przy Dworcu Morskim, gdzie albo żegnałyśmy ojca wypływającego w morze albo towarzyszyłam tacie podczas wacht na statku. Dziś zapewne było by to nie do pomyślenia, wówczas nie było problemu z wprowadzeniem na statek osoby nie będącej członkiem załogi. Ależ byłam wtedy dumna, chodziłam z tatą mierzyć poziom oleju i zapisywałam go w notesie (nie pytajcie po co😊. W domu opowiadałam podekscytowana, "u nas na statku" (identyfikując się z miejscem pracy taty). Najmilej wspominałam dzień, kiedy po obiedzie na deser podano wiaderko z lodami i każdy mógł sobie nałożyć, ile chciał. Taka góra lodów to była radocha. 

Kilka lat później ciotka Wanda po raz pierwszy zabrała mnie do teatru muzycznego. Będę jej za to wdzięczna do końca życia, bo wówczas narodziła się we mnie pasja (opętanie musicalowe), a życie stało się dzięki temu barwniejsze i bogatsze. Nie pamiętam, jaki  był ten pierwszy musical, ale załapałam bakcyla i tak mi zostało. Jak mi się coś spodoba to potrafię iść nawet kilkanaście razy na przedstawienie. Tak więc Gdynia dzisiaj kojarzy mi się głównie z Teatrem Muzycznym im. Baduszkowej. Przepięknie zmodernizowanym, z dużą ilością miejsca dla publiczności.

Orłowski klif

Potem na jakiś czas zamieszkałam w Gdyni przy ulicy Szczecińskiej. Mile wspominam ten czas, było to jedno z pierwszych samodzielnych mieszkań (poczucie wolności i swobody, świetny czas, prywatki, czy jak się potem mawiało domówki, wspólna nauka do egzaminów, muzyczne wieczorki z widokiem na las. Pamiętam taki psychodeliczny nastrój, kiedy przy dźwiękach muzyki do filmu Twain Peaks patrzyliśmy na szumiący za oknem las, gałęzie drzew poruszane wiatrem współgrały z niepokojącą muzyką). 
Od niedawna do skojarzeń musicalowych doszły filmowe. Znajdujące się obok Teatru Gdyńskie Centrum Filmowe kusi mnie i moje koleżanki filmami z cyklu Sztuka na ekranie. Każdy seans poprzedza wizyta w kawiarni i ploteczki. Po seansie przy ładnej pogodzie lubimy przejść się nadmorskim bulwarem do Wzgórza Św. Maksymiliana (dawniej Nowotki).

Ms Batory (zezłomowany w 1967 r.)- wystawa fotografii p. Zdanowskich

Z okazji stulecia miasta postanowiłam uczcić jubilatkę wizytą w Muzeum Miasta Gdyni a także spektaklem muzycznym Wanożnice (będącym częścią programu uświetniającego obchody miasta). W Muzeum obejrzałam wystawę fotografii Światło Gdyni Bolesławy i Edmunda Zdanowskich przedstawiającą miasto w latach 1945-1970 (od czasu odbudowy poprzez pierwsze lata powojenne, aż do lat, kiedy Gdynia stała się jednym z najnowocześniejszym miast w Polsce). Oglądając zdjęcia z ówczesnej plaży czy z Dni święta morza nie mogłam się nadziwić ilości znajdujących się tam ludzi. Narzekamy dzisiaj na zatłoczone aglomeracje, a wówczas wcale nie wyglądało to lepiej. Prawdę mówiąc nigdy nie odwiedzałam gdyńskiej plaży (było to dla mnie za daleko, my jeździliśmy na plażę gdańską na Stogach), ale w mojej pamięci nie ma takich tłumów. 
Gdynia plaża -lata 50-te -wystawa fotografii p. Zdanowskich

Sporo osób znajduje się też na zdjęciach z pierwszomajowego święta, choć to już nie dziwi; po pierwsze wiele osób wierzyło w nowo budowany ustrój, po drugie podpisywało się listę obecności u przedstawicieli zakładów pracy, więc nie można było sobie tak zwyczajnie nie przyjść, po trzecie rozdawano tam (z tego co pamiętam) kiełbasę i oranżadę. Zdjęcia przypomniały mi też Dni święta morza, które kiedyś obchodzono huczniej niż dzisiaj (choć tu mogę się mylić, bo dawno nie byłam na nabrzeżu i nie obserwowałam imprez towarzyszących Świętu Morza). Pamiętam Dni Morza odbywające się w Ustce, bo najczęściej w tym czasie (29 czerwca początek wakacji) tam przebywałam. W latach 70 tych fajerwerki były wydarzeniem sezonu, a defilady statków na redzie wspaniałym widowiskiem.
Pożegnanie Daru Pomorza - rok 1946 (zaskoczyła mnie obecność duchowieństwa na pokładzie w nowym socjalistycznym państwie. Ale to był początek transformacji ustrojowej, więc jeszcze duchowieństwo było akceptowane) - wystawa fotografii p. Zdanowskich

Po obejrzeniu wystawy udałam się do mojego ulubionego Teatru Muzycznego na dyplomowy spektakl studentów Studium Wokalnego – Wanożnice, czyli po kaszubsku Wędrowcy. Spektakl oparty jest na utworach Ola Walickiego z dwóch płyt Kaszebe I i Kaszebe II i opowiada o spotkaniu teraźniejszości z przeszłością podczas wędrówki po Kaszubskim lesie i wpływie historii na nasze życie. Część utworów wykonywana jest w języku kaszubskim. Przyznam, że zaskoczyłam sama siebie tym wyborem. Nigdy nie interesowałam się zagadnieniem regionalizmów, nie pasjonowały mnie Kaszuby jako takie z ich językiem, kulturą, tradycjami. Spektakl był ciekawy, a młodzi wykonawcy zapowiadają się na godnych następców dzisiejszych wokalistów Teatru Muzycznego. A ja poszerzyłam nieco swoje widzenie otoczenia i jego historii.
Najbardziej romantyczne widoki Gdyni kojarzymy z Orłowem i Klifem Orłowskim. Lubię spacery po molo czy brzegiem morza, zwłaszcza w dzień powszedni i poza sezonem, kiedy zdarzają się dni spokojne i niemal bezludne. Tam też znajduje się Domek Żeromskiego, w którym podobno pisał Wiatr od morza. Jakoś nie udało mi się przebrnąć przez tę książkę, ale może teraz po doświadczeniu z Wanożnicami sięgnę ponownie.

Przez fontannę (skwer Kościuszki lata 1955-1960)- wystawa fotografii p. Zdanowskich
Jeszcze z pomnikiem Wdzięczności Armii Radzieckiej zwanym Nataszą zdemontowanym w 1990 r.

Uroczyste obchody stulecia miasta Gdyni trwają cały rok, a najbardziej widowiskowa ich część miała miejsce 10 lutego, tj. w rocznicę otrzymania praw miejskich. Rok 2026  senat rzeczpospolitej ogłosił  rokiem Gdyni.

sobota, 28 lutego 2026

Luty z Marianem Mokwą i jego Pracami w porcie

 

Prace w porcie (W porcie Gdynia)

Mokwa jest najwybitniejszym polskim malarzem marynistycznym. O jego obrazach mówiło się w domu, choć rodzice nigdy nie interesowali się sztuką. Nie mniej, tata (będąc absolwentem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej), który większość życia spędził na morzu bardzo lubił obrazy o tematyce marynistycznej.

Nazwisko malarza przypomniało mi się w zeszłym roku podczas odwiedzin Muzeum Morskiego w Gdańsku, gdzie zobaczyłam kilka jego obrazów.

Urodził się pod koniec XIX wieku (1889 r.) w zamożnej rodzinie chłopskiej. Studia artystyczne odbywał w Norymberdze, Monachium i Berlinie. Jako wysłannik Gazety Grudziądzkiej został wysłany na Bałkany i Bliski Wschód. Podróżował po Turcji, Rosji, Azji Środkowej (Samarkanda, Taszkient, Tybet). Podczas I wojny światowej złożył przyrzeczenie, że jeśli Polska odzyska niepodległość on poświęci życie na malowanie polskiego morza. Słowa dotrzymał. Studiował morską historię polski i pomagał pozyskiwać materiały świadczące o polskości Pomorza potrzebne polskiej delegacji na konferencji paryskiej. Malował cykl historyczny Apoteoza Polski Morskiej, opowiadający dzieje Polski nad Bałtykiem począwszy od Piastów aż do budowy portu morskiego w Gdyni.

Stworzył Galerię Morską przeznaczoną do ekspozycji prac o tematyce marynistycznej, nie tylko własnych. To kosztowne przedsięwzięcie umożliwiła wysoka pozycja finansowa i sukces komercyjny jego malarstwa. W czasie II wojny Galeria została przez Niemców podpalona a większość obrazów zniszczona. Po wojnie na podstawie zachowanych szkiców próbował odtworzyć obrazy z cyklu Apoteoza Polski Morskiej. Współpracował z przedsiębiorstwami zajmującymi się gospodarką morską (PLO, Dalmor, Centromor), a także malował na zamówienie Marynarki Wojennej i Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Malował głównie morze, ale był też dobrym portrecistą. Dożył sędziwego wieku 98 lat. Jego prace cieszyły się sporą popularnością.

Na lutowy obraz wybrałam Prace w porcie (W porcie Gdynia). Obraz z 1950 r. przedstawia prace rozbiórkowe na wraku pancernika Gneisenau, który Niemcy wycofując się w 1945 r. zatopili u wejścia do gdyńskiego portu. Podniesienie go i usunięcie z dna portowego było niezbędne do udrożnienia drogi do portu. Było to jedno z pierwszych zadań nowo powstałego Polskiego Ratownictwa Okrętowego. Kiedy spojrzałam na ten obraz na myśl przyszło mi 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi Juliusza Verne`a. Chyba z powodu znajdującej się na pierwszym planie grupy nurków, która to scena przypomina mi ilustrację do książki, a może kadr z filmu ze stającą grupą nurków (w kombinezonach) tyle, że w książce/filmie znajdującą się pod pokładem Nautilusa


fragment powyższego obrazu

Temat niezwykle prozaiczny obraz być może został stworzony na zamówienie PRO. A jednak jest tu klimat romantyzmu, jaki tworzy otoczenie, spokojna tafla wody, statki, holowniki, czy nawet portowe dźwigi. Miał ukazywać ciężką pracę portowych robotników. Jest tu etos pracy. Nawet tak prozaiczne zajęcia ratowników, jak odpompowywanie wody, wydobywanie części, cięcie elementów kadłuba, czy wytaczanie beczek - cały nieład towarzyszący pracy w porcie czy na stoczni zostały przedstawione w sposób artystyczny. Nie jest to reklamowy plakat, a obraz który z przyjemnością powiesiłabym sobie w pokoju.

Kutry wychodzące w morze

Być może ma na to wpływ moje dzieciństwo, profesja taty albo praca na stoczni w studenckiej spółdzielni (często oglądałam takie widoki i mimo, iż ta praca wydawała się nie mieć końca miała dla mnie większy sens, niż praca, którą wykonywałam później). Ale żebyście nie kojarzyli Mokwy z pracami wyłącznie na zamówienie państwowych przedsiębiorstw obraz przedwojenny o zdecydowanie bardziej romantycznym charakterze Kutry wychodzące w morze. Jak mawia stare powiedzonko kobieta w tańcu, koń w galopie i żaglowiec pod pełnymi żaglami to najpiękniejsze rzeczy na świecie. Tytuł sugeruje kutry, ale mnie owe pływające jednostki przypominają bardziej małe żaglówki. Jest w tych obrazach coś z impresji, a jednocześnie są utrzymane w jednolitej, monochromatycznej kolorystyce; troszkę smutnej, troszkę smętnej, a troszkę tajemniczej. Podczas ostatniej wizyty w Muzeum Morskim zakupiłam album z pracami Mariana Mokwy i była to bardzo dobra decyzja, bo oglądanie zdjęć jego obrazów sprawia mi dużą przyjemność.

fragment powyższego obrazu

Pierwsze zdjęcia robione w Muzeum, drugie z albumu- a jaka różnica w kolorystyce (w muzeum wiszą w sali bez okien, dość ciemnej, album zaś leży pod oknem przez które dziś świeci słońce).

sobota, 21 lutego 2026

Tamara Łempicka Projekt artystka Kizette de Lempicka - Foxhall


Autoportret w zielonym bugatti (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)

Książka jest wydana niezwykle ładnie i dekoracyjnie. Kredowy papier, sztywna okładka z reprodukcją Portretu Iry P., wewnątrz duża ilość niezwykle kolorowych, wyrazistych zdjęć obrazów i czarno-białe fotografie z rodzinnych archiwów. Eleganckie wydanie przyciąga wzrok zupełnie jak obrazy z jej najlepszego twórczo okresu (lat dwudziestych i trzydziestych). Obrazy Tamary są nasycone barwami, połyskujące, z wyraźnymi konturami, dopracowane do ostatniego szczegółu. Jak sama twierdziła, nie cierpiała malarstwa rozmytego, nieczystego (a za takie uważała impresjonizm).


Koszyk winogron (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)


Malowanie wrażeń, impresji było jej obce, sama doceniała malarstwo ostre i czyste (wyraziste). „Cezanne narysował kilka jabłek, ale te jabłka były źle narysowane. A kolory- dlaczego to wszystko jest takie brudne? Gdy pojechałam do Włoch, we wszystkich muzeach ujrzałam obrazy namalowane w XV wieku przez Włochów. Uwielbiałam je. Pomyślałam; dlaczego mi się spodobały? Ponieważ były takie wyraźne, tak schludne. Kolory były wyraźne, czyste, impresjoniści malowali bardziej z wyobraźni niż z natury, nie malowali dobrze, nie dbali o technikę. Pomyślałam: ich malarstwo jest brudne. Nie jest precyzyjne. Pamiętaj o precyzji. Obraz musi być schludny i czysty” (str. 67). Swoje obrazy uważała za precyzyjne i skończone. I takie niewątpliwie były. Piękne, wycyzelowane, doprecyzowane, przykuwające uwagę. I choć podobają mi się ogromnie, mam wrażenie, że są trochę powierzchowne, na pokaz, niczym wyretuszowane zdjęcie celebrytki, ładne opakowanie, wystylizowana postać, sztuczność. Nawet ich zamyślenia są wyreżyserowane, dziś byłyby to wydęte usteczka i wysunięta nóżka. Może dlatego nie lubię zdjęć pozowanych. Nie ma w nich prawdy. One krzyczą patrzcie i podziwiajcie. I ja podziwiam.

Tamara kochała się w pozorach, w gestach, kreowała siebie na filmową gwiazdę, tak często zmieniała opowiadane historie, że trudno dziś wyłuskać, co z jej biografii jest prawdziwe, a co kolejną z wersji, które na różne potrzeby tworzyła.


Muzykantka (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Tamara, jaka wyłania się z kart książki jest postacią na pokaz, albo grała tak często, że nikt nie poznał prawdziwej Tamary, albo z powodu ciągłego kreowania własnego wizerunku sama uwierzyła w tę Tamarę, doskonałą, utalentowaną, którą nie obowiązują żadne reguły, czy normy. Jedno trzeba jej przyznać, była niezwykle pracowita i miała talent.

Jej obrazy są niezwykle dekoracyjne, jak sama nazwa wskazuje art. deco. Są wyrazem tęsknoty bycia perfekcyjnym, niezależnym, wolnym, niezwyciężonym. Jej kobiety są jak ze stali, ich ciała otulone zwiewnymi szatami pod spodem noszą zbroję. Nawet, jeśli ich wolność jest pozorna, bo wymagająca nieustannego bywania, pokazywania się, udawania.

Może łatwiej będzie zrozumieć Tamarę, kiedy uświadomi się otoczenie, w jakim żyła. Otarła się o rewolucję w Rosji, cena, jaką zapłaciła za uwolnienie męża z rosyjskiej niewoli była ceną, którą tylko kobieta może zapłacić, żyła w powojennej Europie, w której ludzie chcieli odreagować ciężkie czasy wojny i powojennej biedy, jednocześnie obawiając się kolejnej wojny. Stąd zapewne ta ucieczka od rzeczywistości w świat ułudy i pozorów.


Dziewczyna w rękawiczkach (wystawa w MNK 2022 r.)

Artyści … żyli tak, jakby istnieli w dziele sztuki i tworzyli dzieła sztuki, o tym, jak żyli. Rezultatem było życie, pełne póz, w którym bawili się formami, podbijali stawkę, każdym gestem, każdą kupowaną kreacją, każdym wydanym przyjęciem, każdym romansem, każdą książką, którą napisali, każdym namalowanym portretem. Napełniała ich czysta energia, przeciwstawiali się czasowi i historii, próbując wykorzystać swoją sztukę do wykreowania chwili, doświadczeń, aby stała się ponadczasowym wyrazem ich epoki. Krótko mówiąc żyli niebezpiecznie- tak, jak wyobrażano sobie, że żyje kobieta ze słynnego autoportretu Łempickiej, znanego pod tytułem Autoportret w zielonym bugatti” (str. 88).

Nie na darmo nazywano ich straconym pokoleniem.

Książkę odbieram tak jak samą malarkę, jako piękną okładkę z kolorowymi ilustracjami, spośród których trudno dostrzec bohaterkę. Nie dowiedziałam się z niej wiele nowego, ponad to co już wiedziałam z wcześniejszych lektur.

Autorką jest córka Kizette - dlatego najciekawszy jest wątek dotyczący wzajemnych relacji córki z matką. Od dzieciństwa była jedynie dekoracyjnym dodatkiem dla kariery Tamary. Miała się dobrze komponować na zdjęciach z matką, ona anielsko niewinna, dziecięca i mama wytworna, elegancka, wyzywająca. Miała grać jej młodszą siostrę. Potem przez lata niepotrzebna; oddana pod opiekę babki, opiekunki, czy szkół. Na starość miała być uległą pomocnicą, służącą, sekretarką, szoferem, pielęgniarką, zrezygnować z rodziny, z siebie, aby poświęcić się zaspakajaniu zachcianek matki.

Przyznam, że o ile mało mnie wzruszało życie Tamary, jej liczne romanse, kochankowie, czy kochanki, złe traktowanie ludzi, o tyle terroryzowanie córki jest dla mnie nie do wybaczenia.


Kobieta z gołębiem (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Czy książkę warto przeczytać? Tak, jeśli ktoś interesuje się sztuką, Tamarą, art. deco, a nie czytał nic wcześniej na ten temat. Jeśli zna się biografię warto książkę obejrzeć z uwagi na doskonałą jakość ilustracji (część dotyczy obrazów znajdujących się w prywatnych zbiorach) i dużą ilość zdjęć archiwalnych. Czytanie niewiele wniesie nowego do stanu wiedzy na temat malarki.

No może jedynie taka refleksja, mnie naszła, że choć Kizette starała się zachować obiektywizm i pisząc w trzeciej osobie pisała, że mimo wszystko bardzo była przywiązana do matki i nie potrafiła bez niej żyć, podziwiała ją i dla niej chciałaby przechować pamięć o malarce - to może książka została napisana dla opisanej poniżej historii (jako swego rodzaju mała zemsta na matce)

Potrzeba dominowania nad otoczeniem rosła do rozmiarów obsesji, w miarę jak coraz bardziej traciła kontrolę nad zdolnością do malowania. …Mąż Kizette zachorował śmiertelnie na raka płuc i Kizette nie mogła już sobie pozwolić na priorytetowe traktowanie żądań matki, które stawały się coraz bardziej nieracjonalne. Tamara poinformowała Kizette o zmianie testamentu. Zapisała w nim, iż Kizette musi być z nią w ostatnich chwilach jej życia, aby w ogóle otrzymać coś z jej majątku. Wydzwaniała z Meksyku do Kizette, żądając informacji, dlaczego jej jedyna córka ją zaniedbuje. Gdy Kizette była w szpitalu, Tamara telefonowała do pokoju Foxy`ego (umierającego zięcia). Mówiła, że tego nie rozumie. Również była chora. Ona także potrzebowała opieki. „Skoro twój mąż jest w szpitalu’ -powiedziała Tamara- „wynajmij pielęgniarkę do opieki nad nim i przyjedź do mnie na trzy dni” (str. 169-170).

Przyznam się, że gdyby tak było nie miałabym Kizette tego za złe (od miłości do nienawiści droga jest całkiem bliska).

Kobieta w polskim stroju ludowym (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)


Zdjęcia wybrałam nieco tendencyjnie (te bardzo dekoracyjne) pomijając takie, jak Starzec, Matka przełożona, Żebrak z mandoliną, Uchodźcy czy mój ulubiony Ucieczka (jako wyjątki potwierdzające regułę)