Łączna liczba wyświetleń

piątek, 10 lipca 2026

Praga trochę słońca, trochę deszczu


Jan Hus na rynku staromiejskim w Pradze

Na pomysł z odwiedzeniem Pragi wpadłam, kiedy usłyszałam o połączeniu kolejowym. Zanim się tam wybrałam postanowiłam choć trochę liznąć czeskiej kultury i historii. Z czeskich pisarzy do gustu przypadł mi jedynie Kafka, którego przeczytałam Proces, z Kunderą jakoś nam nie po drodze, choć nadal próbuję. Zapoznałam się ponownie z reportażami Mariusza Szczygła Zrób sobie raj. Wg mojej wiedzy to jeden z największych polskich czechofilów. W książce Zrób sobie raj wymienia wielu artystów, ale w moją pamięć zapadł najbardziej David Cerny- rzeźbiarz. Wysłuchałam też Gotland Szczygła, co nieco przybliżyło mi najnowszą (XX wieczną historię) naszego południowego sąsiada i pozwoliło poznać charakter jego mieszkańców, jakże różny od naszego rodzimego. Dla rozrywki zaś przeczytałam Tajemnicę tajemnic Dana Browna, której akcja rozgrywa się w Pradze. I choć mój zachwyt książkami tego autora dawno ostygł słuchało się bez znudzenia. Tak uzbrojona w minimalną dawkę wiedzy wybrałam się do stolicy Czech. Dwa dni pobytu to niewiele czasu, aby poznać miasto, ale wystarczająco dużo, aby zrobić rekonesans i zdecydować, czy chce się tam wracać. Ja zdecydowanie chciałabym powrócić, nie tylko z powodu niesprzyjającej (albo częściowo niesprzyjającej pogody). Wszelkie prognozy pogodowe od tych długoterminowych po sprawdzane na dzień przed wyjazdem zapewniały piękną, słoneczną, bezdeszczową i nie nazbyt upalną pogodę. Prognozy okazały są zwodnicze, było wietrzne, kropiło, jednego popołudnia lunęło i tylko drugie popołudnie zapewniło słoneczną aurą. No ale wiadomo, że coś takiego jak pogoda nie może nam pokrzyżować planów.
Praski zegar astronomiczny
Postanowiłam zobaczyć to, co wydawało mi się koniecznym do obejrzenia dla nowicjusza oraz powędrować szlakiem rzeźb Cernego i poznać malarstwo Alfonsa Muchy. Tych must see było sporo, wybrałam kilka miejsc, a dziś wspomnę jedynie o kompleksie zamkowym. Cernego miałam okazję oglądać jedynie znajdującego się w Poznaniu Golema. Swoją drogą Golem to też postać związana z czeską kulturą (figurkę człowieka z gliny miał stworzyć praski rabin).

Dzieł Alfonsa Muchy nie oglądałam dotąd prawie wcale, poza dwoma grafikami na wystawie we Florencji, więc byłam ich bardzo ciekawa. Oczywiście znam jego styl malowania nie mniej nie potrafiłabym wymienić żadnego z tytułów jego dzieł.
Most Karola i Praski Zamek w tle


Zamek i Katedra Św. Wita

Z zamkowego kompleksu najbardziej byłam ciekawa Katedry Św. Witta. Położony na wzgórzu Zamek wyróżnia się na tle krajobrazu miasta. Stanowi dekoracyjne tło fotografii zwłaszcza robionej z drugiej strony Wełtawy. Wzgórze, na którym się znajduje sprawiło, iż ledwie żywa podeszłam pod górę. Nie raz wspominałam, iż nie lubię się wspinać. A zatem kiedy dotarłam pod Zamek wiedziałam, że muszę obejrzeć wszystko, co miałam w planie, bo więcej tej wspinaczki nie powtórzę. Zamek praski jest podobno największym pod względem obszaru zamkiem na świecie. Jego kompleks obejmuje poza samym zamkiem składającym się z czterech pałaców (starego, nowego, Lobkovitza i Belwederu Królowej Anny także trzy świątynie Katedrę Św. Wita, Bazylikę Św. Jerzego i Kaplicę Św. Krzyża). Ale większość turystów wspina się tam, aby zobaczyć słynną Złotą uliczkę.
Katedra Św. Wita 
Zamek założony przez dynastię Przemyślidów w II połowie IX wieku był wielokrotnie przebudowywany, stąd dziś mamy konglomerat wielu stylów, epok historycznych i kultur. Z całego kompleksu zamkowego tak jak przewidywałam najbardziej spodobała mi się Katedra Św. Wita. Co prawda swój obecny kształt zyskała jakieś sto lat temu, niemniej jej początki sięgają X wieku, kiedy to Wacław I Święty zbudował w tym miejscu Rotundę Św. Wita. Jako ciekawostkę dla mnie pomorzanki wyczytałam iż patronuje on między innymi Pomorzu, o czym nie miałam pojęcia. Powszechnie jego patronat jest kojarzony z epileptykami (stąd mamy chorobę Św. Wita). Pierwotną Rotundę zastąpiła sto lat później romańska bazylika, na fundamentach której wyrosła w połowie XIV wieku gotycka katedra. Projekt był dziełem francuskiego architekta M.D Arrasa, który opracował go na wzór katedr w Tuluzie i Narbonne. Konsekracja katedry miała miejsce w 1929 r. dokładnie tysiąc lat po śmierci Wacława I Świętego. Katedra była najważniejszą świątynią czeską; tu dokonywano koronacji władców i ich pochówków. Tu też znajdują się sanktuaria świętych patronów czeskich (Wita, Wacława, Wojciecha, Zygmunta czy najbardziej okazałe sanktuarium Nepomucena)
Katedra Św. Witta (fragment)


Gdybym miała wymienić tylko jedną rzecz znajdującą się w katedrze która zrobiła na mnie największe wrażenie byłyby to witraże. Gotyckie świątynie zawsze olśniewają ogromnymi oknami zdobionymi puzzlami z kolorowych szkiełek tworzących obrazy (historie świętych). Te z praskiej świątyni zajmą poczesne miejsce w mej pamięci, nie tylko jako zestawienie kolorowych plam, którym trudno przypisać obrazy, gdyż z uwagi na ich nagromadzenie mogą być nieczytelne oglądane z poziomu posadzki, ale jako przepięknie na szkle malowane historie i postacie. Witraże pochodzą z XIX i XX wieku i stworzone zostały przez znanych czeskich artystów. Oczywiście najbardziej znanym jest ten zaprojektowany przez Alfonsa Muchę a przedstawiający Historię chrześcijaństwa na ziemiach czeskich. Czesi przyjęli chrzest wcześniej niż Polacy. Przyszło ono do naszego kraju wraz z czeską księżniczką Dobrawą, żoną Mieszka I i matką Bolka Chrobrego.
Witraż Alfreda Muchy Historia chrześcijaństwa


detal



detal

Na witrażu Muchy przedstawiono młodego świętego Wacława i jago babkę Ludmiłę, która wbrew woli matki wychowała chłopca w wierze chrześcijańskiej. U góry przedstawiono Cyryla i Metodego chrzczących młodego Czecha, a na dole dwie postacie kobiece wraz z logo banku sponsorującego dzieło. I choć wszystkie witraże są niezwykle dekoracyjne, ten właśnie zwraca największą uwagę. Jest zdecydowanie nowoczesny w stylu art deco. Kolejnym dziełem, na które zwróciłam uwagę był srebrny sarkofag Jana Nepomucena- czeskiego męczennika. Być może zachwycił mnie zastosowany tu kruszec, bo o ile nie przepadam za złotem, bardzo lubię srebro. Sarkofag pochodzi z początków XVIII wieku i jest przykładem późnobarokowego dzieła austriackiego architekta i rzeźbiarza, syna bardziej znanego architekta, twórcy między innymi Katedry Św. Karola w Wiedniu. Dzieło nie jest może tak piękne jak srebrna trumna ze szczątkami Św. Wojciecha w katedrze Gnieźnieńskiej ale równie imponujące rozmachem. Postać Świętego Męczennika stoi na trumnie podtrzymywanej przez anioły, nad nimi rozpościera się zamówiony przez cesarzową Marię Teresę baldachim. Przyciąga wzrok. Zresztą nie tylko ten sarkofag, katedra posiada wiele pięknych dzieł, którym można się bez końca przypatrywać. Wspomnę jedynie o oratorium królewskim pochodzącym z końca XV wieku a powstałym na zlecenie Kazimierza Jagiellończyka.
Sarkofag Jana Nepomucena


fragment Królewskiego oratorium z XV wieku

Złota uliczka zwana też Zaułkiem Alchemików to miejsce, gdzie wg legendy miano prowadzić poszukiwania kamienia filozoficznego i odkryć złoto. De facto powstałe pod koniec XVI wieku kamieniczki stanowiły mieszkania dla straży przybocznej Rudolfa II, a jubilerzy i złotnicy osiedlili się tam o wiele później. Dziś znajdują się sklepiki z pamiątkami oraz dziełami sztuki, w kilku z nich odtworzono autentyczne wyposażenie wnętrz. Pod numerem 22 mieszkał przez dwa lata Franz Kafka. Uliczka jest malutka i przyciąga tłumy turystów, jest chyba najbardziej zatłoczonym miejscem na terenie całego kompleksu zamkowego. Jest klimatyczna z uwagi na kolorowe, pastelowe domki, niczym dla liliputów i towarzyszącą jej legendę, wg której, jak powiedział jeden z przewodników środkiem ulicy płynęła rzeka złota. Rozpala to wyobraźnię.
Złota uliczka



Dawne mieszkanie Kafki miało się mieścić pod nr 22


Bilet łączony na zwiedzenie Katedry, Złotej Uliczki obejmuje też wejście do starego pałacu oraz bazyliki św. Jerzego. Bazylika jest jednym z najlepiej zachowanych czeskich zabytków romańskich. Trudno się tego domyśleć patrząc na jej barokową fasadę, dopiero widoczne z pewnego oddalenia dwie wieże wskazują na romański charakter. Świątynia została ufundowana na początku X wieku. Dziś po wielu przebudowach najwięcej cech architektury X - XII wieku zachowała nawa główna. Zachwycające są pochodzące z XIII wieku freski sufitowe.
W Bazylice św. Jerzego XIII wieczne treski sufitowe

detal


Na zwiedzenie kompleksu zamkowego należałoby przeznaczyć przynajmniej pół dnia.

Szlakiem dzieł Davida Cernego

Święty Wacław na koniu Cerny

Oczywiście najchętniej obejrzałabym wszystkie rzeźby tego artysty, ale mając do dyspozycji dwa dni, podczas których zaplanowałam zobaczenie przynajmniej kilku najbardziej znanych praskich miejsc, odwiedzenie Galerii w Pałacu Targowym oraz Muzeum Alfonsa Muchy trzeba było dokonać selekcji. Stąd na pierwszym miejscu znalazł się Święty Wacław na koniu. Trzeba wiedzieć, że św. Wacław był dla Czechów tym, czym był dla Polaków Św. Wojciech. Z naciskiem na był, gdyż dziś Czechy są krajem zdecydowanie laickim. Katolicyzm deklaruje około dziesięć procent mieszkańców, a wiele czeskich świątyń zostało po 1950 roku znacjonalizowanych. Czechom katolicyzm kojarzy się z Habsburskim uciskiem i kontrreformacją. Czeskim bohaterem narodowym był Jan Hus, który jako jeden z pierwszych przeciwstawiał się dominacji katolicyzmu. Wyprzedził on Marcina Lutra o sto lat. Nie dziwi jego monumentalny pomnik na Rynku Staromiejskim w Pradze. Ale wracając do rzeźby Wacława na koniu. Wacław I Święty, który obok Jana Husa, Karola IV i prezydenta Masaryka należy do panteonu czeskich bohaterów został przedstawiony na koniu wiszącym pod sklepieniem Pasażu Lucerna. Koń wisi do góry nogami, jest martwy, a Święty siedzi na jego brzuchu. Rzeźba to pozostaje w opozycji do stojącego nieopodal na Placu Wacława pomnika Św. Wacława na koniu (w tradycyjnym ujęciu). Ironiczne nawiązanie, szarganie świętości, czy czeskie poczucie humoru i czeski brak zadęcia i tego, co charakteryzuje Polaków - dumy narodowej i martyrologii. Bardzo mi się ten pomnik spodobał. A propos dumy narodowej Mariusz Szczygieł pisze, iż Czesi są dumni jedynie ze swych osiągnięć w hokeju, wszystko inne może być przedmiotem żartu.
Tradycyjny Święty Wacław na Placu Wacława


Kolejna ciekawa instalacja to ruchoma głowa Kafki, składająca się z kilkudziesięciu paneli ze stali nierdzewnej, która pięknie odbija światło i co godzinę wszystkie jej elementy obracają się wokół własnej osi, jak szalone myśli w głowie artysty. Troszkę w charakterze podobna do poznańskiego Golema, choć ten jest nieruchomy i dużo mniejszy. Głowa liczy ponad dziesięć metrów i daje ciekawe show, kiedy tak przemieszcza się ucho, oko, nos nadając rzeźbie coraz to inny kształt. Z wrażenie chcąc nakręcić filmik nie włączyłam aparatu gapiąc się przez parę minut na to widowisko.
Ruchoma głowa Kafki Cerny



Olewający naród politycy to chyba jedna z bardziej znanych rzeźb, dwóch panów sikających do basenu w kształcie państwa czeskiego. No wyobraźmy sobie taką rzeźbę z basenem w kształcie państwa polskiego. Obraza uczuć murowana – zresztą podobnie, jak Św. Wojciech na martwym koniu. Podobno ta instalacja powstała ku uczczeniu wejścia Czech do Unii Europejskiej. Każdy może to sobie zinterpretować na własny użytek.
Sikający politycy Cerny


Olbrzymie niemowlęta stojące vis a vis wejścia do Muzeum Kampa. Niemowlęta są ogromne, raczkują, a zamiast twarzy mają jakby dziurę do wrzucenia monety- satyra na społeczeństwo konsumpcyjne?
Raczkujące niemowlaki Cerny


I ostatnia rzeźba, jaką udało mi się zobaczyć to wiszący Freud. Wisielec ma ponoć symbolizować sytuację intelektualistów na początku XXI wieku. Rzeźba wisi dość wysoko i mało kto zwraca na nią uwagę.
Wisielec (Freud) Cerny


Muzeum Alfonsa Muchy

Muzeum jest niewielkie, ale można w nim poznać dobrze styl czeskiego malarza i grafika. To jeden z najbardziej znanych przedstawicieli secesji. Jego styl jest rozpoznawalny, malował wyidealizowane kobiety otoczone motywami roślinnymi, symbolami i arabeskami. Malował niemal wyłącznie kobiety, często w parach lub większej ilości. Jego modelki symbolizowały np. pory roku, pory dnia, miesiące, postacie z mitologii.



Pory dnia Mucha


Kamienie szlachetne Mucha


Plakat reklamowy wydawnictwa Champenois Mucha

Zodiak Mucha

Job Mucha (cały cykl Job ma przedstawiać biblijną postać Hioba cierpliwego mężczyznę. Ja widzę jednak w tych przedstawieniach kobietę)

niedziela, 28 czerwca 2026

Czerwiec z Susan Valandon i jej obrazem Kwiaty przed oknem

Kwiaty przed oknem Susan Valandon


Wybierając obraz do comiesięcznego cyklu uświadomiłam sobie, iż proporcja obrazów panów i pań zaczyna wyglądać u mnie, jak w większości muzeów. Dlatego na czerwiec wybrałam obraz francuskiej malarki Susan Valandon.

Usłyszałam o niej po raz pierwszy będąc w Paryżu oprowadzana po Montrmartrze przez Czarę (blogerka, która zaprzestała prowadzenia bloga kilkanaście lat temu). Opowiadała tak ciekawie, że zapamiętałam sobie nazwisko i natychmiast po powrocie do domu zaczęłam wertować zasoby internetowe w poszukiwaniu obrazów Susan. Kiedy podaje się hasło Valandon często jako pierwszy pojawia się obraz Touluose Lautreca zatytułowany Pijaczka (Kac lub Susan Valandon). Przedstawia on znużoną kobietę przy stole z głową podpartą na dłoni i butelką absyntu na stole. Kobieta jest zmęczona, wzrok ma nieobecny, jakby zamroczony.
Susan Valandon na obrazie Toulouse Lautrec Pijaczka ze strony


Susan przyszła na świat, jako nieślubne dziecko praczki bielizny. Kiedy matka z prowincji przeniosła się do Paryża, dziewczyna pozostawiona samopas wychowywała się na ulicy. Od najmłodszych lat odznaczała się uporem i odwagą. Matka posłała ją na naukę czytania, pisania i szycia do sióstr, jednak dziewczyna często uciekała z lekcji nie mając cierpliwości do nauki. Za to chętnie rysowała, na chodniku, na murku, czy na skrawkach papieru. Od dziesiątego roku życia pracowała, jako dziewczyna do wszystkiego; niańka, praczka, pomywaczka, prasowaczka, sprzedawczyni. Przez jakiś czas pracowała w trupie cyrkowej, co bardzo odpowiadało jej charakterowi; lubiła, jak coś się działo i było wesołe. Niestety upadek z trapezu sprawił, iż musiała zrezygnować z pracy na arenie.

Jak wiele młodych bezpruderyjnych dziewcząt przechadzała się po Montrmartrze z nadzieją, że wpadnie w oko jakiemuś malarzowi. Tak też się stało. Pierwszym malarzem, którego modelką została był Pierre Puvis de Chavannes. Jednak to nie jemu zawdzięcza sławę modelki. To Pierre Renoir uwiecznił ją na wielu swoich obrazach (Parasolki, Taniec w Bougival, Taniec w mieście czy cyklu obrazów o kąpiących się. Susan liczyła na poważny związek z malarzem, on jednak wybrał Alice Charigat, która pozowała do Śniadania wioślarzy.
Taniec w mieście Renoire - wystawa w Pałacyku Luksemburskim 12 lat temu


Susan chętnie pozowała do aktów rozumiejąc, iż na tym polega praca malarki. Od najmłodszych lat sama też próbowała malować, choć nigdy się w tym kierunku nie kształciła. Jako pierwszy jej rysunki docenił Toulouse Lautrec, który skontaktował ją z Degasem. Środowisko malarzy, jak pewnie każde artystyczne środowisko, było zawistne, Susan sama wspominała historię, jak Van Gogh przyszedł z nowym obrazem i czekał, aż ktoś go zauważy, a nikt nie zwrócił nań najmniejszej uwagi. Tym bardziej trzeba docenić postawę Degasa, który pochwalił obrazy Susan, zauważył jej talent a nawet poprosił o jeden z jej obrazów. Potem przez lata skupował jej obrazy u handlarzy sztuką. Dzięki jego staraniom po raz pierwszy pokazano publicznie jej obrazy w Galerii Vollarda. Tak zaczęła się kariera jednaj z największych malarek Francji.
Susan na obrazie Parasolki Renoire ze strony


Susan malowała naturalistycznie, bez upiększeń, jej postacie nie mają być ładne, nie mają cieszyć oka, a mają być prawdziwe, czasem brzydkie, czasem grube, czasem znudzone. Nie malowała pod publiczkę.

Kwiaty przed oknem 

Mimo, iż widziałam wiele obrazów Susan a także wiele ją przedstawiających nigdy wcześniej nie trafiłam na obraz Susan na żywo. W tym roku w Pałacu Targowym w Pradze udało mi się obejrzeć Kwiaty przed oknem. Nie jest to najbardziej reprezentatywny dla jej twórczości obraz, ale myślę, że pozostaje bardzo w stylu malarki. Bukiet kwiatów na tle okna, przez które widać wiejski pejzaż to postimpresjonistyczne malarstwo; odwaga w doborze kolorów, operowania przestrzenią, budowania głębi. Mnie troszkę przypomina to pewne obrazy Cezanne`a, przy czym widzę tu podobieństwo, ale nie naśladownictwo.
Kwiaty przed oknem Susan Valandon


Susan matka i żona

Kiedy mowa o Susan osoby bardziej obeznane z jej twórczością pomyślą o Maurice Utrillo jej nieślubnym synu, znanym malarzu. Jego życiorys jest równie ciekawy, jak życiorys samej Susan. Była młodą kobietą, kiedy urodziła syna, ojciec chłopca nie był znany. Nazwisko Utrillo dał chłopcu kataloński krytyk sztuki. Susan bardziej zainteresowaną sobą, niż byciem matką pozostawiła dziecko pod opieką babki. Ta nie mogąc sobie poradzić z niesfornym chłopcem, który często miewał napady złości, agresji i destrukcji karmiła go mieszanką rosołu połączoną z alkoholem. To nieco wyciszało chłopca, jednak spowodowało jego uzależnienie od alkoholu na całe życie. Liczne terapie i pobyty w szpitalach dla umysłowo chorych nie przynosiły rezultatu. Wówczas Susan wymyśliła, aby skierować uwagę chłopca na malowanie. Okazało się to wyjściem skutecznym, aczkolwiek krótkotrwałym. Chłopiec zaczął malować, ale natychmiast po ukończeniu obrazu sięgał po alkohol.
Susan Valandon Portret syna ze strony Niezła sztuka

To Maurice przedstawił matce malarza Andre Utter, który okazał się jej największą miłością. Miała czterdzieści trzy lata, kiedy pobrali się z młodszym od niej o ponad dwadzieścia lat kolegą syna. Małżeństwo było początkowo udane, jednak z czasem rosnące powodzenie obrazów Susan i brak sukcesów na polu malarskim jej męża, duża różnica wieku oraz ciągłe kłopoty z alkoholizmem Maurice`a doprowadziły do rozpadu związku. Pod koniec życia Susan znajdowała radość w swej pracy, zmarła na udar mózgu podczas malowania.

Ironiczne podsumowanie

Kiedy zmarła w Le Figaro pojawiła się notka iż zmarła Susan Valandon, żona malarza Andre Utter i matka malarza Maurice Utrillo, o jej twórczości ani słowa.

O mnie

Miałam ostatnio ciężki okres, nie wchodząc w szczegóły wykończyła mnie opieka nad osobą chorą. Opieka nadal trwa, ale mam nadzieję, że powoli wychodzę ze stanu załamania. I wrócę do pisania, bo to też forma terapii. 

Większość informacji na temat Susan zaczerpnęłam z książki Kobiety z obrazów Małgorzaty Czyńskiej

piątek, 29 maja 2026

Maj z Sofonisbą Anguissolą i jej Grą w szachy

Gra w szachy Sofonisba Anguissola MNPoznań

Kobiety w malarstwie przed wiekiem XIX
Do niedawna mówiono, iż nie było malarek w sztuce przed wiekiem XIX. Dziś o nierównym dostępie kobiet do sztuki malarskiej wiemy dużo więcej, nie mniej mam wrażenie, że nawet wykształcone koleżanki powtarzają od lat prezentowany pogląd, iż w dziedzinie malarstwa kobiety były mniej uzdolnione od panów. Temat jest teraz na czasie, więc nie będę się weń zagłębiać (wystarczy sięgnąć choćby po którąś z czytanych przeze mnie ostatnio książek jak Histeria sztuki Soni Kisza czy Suknia i sztalugi Piotra Oczko), aby poznać powody tak nikłej obecności kobiecego malarstwa w galeriach sztuki.

Jak mowa o malarkach sprzed XIX wieku na myśl przychodzą mi cztery nazwiska. Tylko cztery, a uważam się za amatora sztuki (od amare, czyli kochać/wielbić). A wy, znacie więcej malarek sprzed wieku pary i elektryczności?

Sofonisba Anguissola
Dziś przyjrzyjmy się Sofonisbie Anguissola. To trudne do wymówienia nazwisko i dość nietypowe imię nosiła żyjąca na przełomie XVI i XVII wieku włoska malarka, córka Amilcare Anguissoli. Ojciec pochodził ze zubożałej, ale szlacheckiej rodziny, imię zawdzięczał kartagińskiemu przywódcy. Był tylko jeden szkopuł, może ważniejszy od zubożenia rodu, Amilcare był nieślubnym dzieckiem. Choć na szczęście dla niego wychowywanym w rodzinie swego ojca przez jego prawowitą żonę. Matka malarki Blanka pochodziła z zamożnego rodu patrycjuszowskiego, ale związek z Amilcare był traktowany, jako mezalians (zubożały bękart to nie najlepsza rekomendacja). Amilcare imał się różnych zajęć, ale bez większego powodzenia. Sofonisba była jego najstarszą córką, a po niej miał jeszcze sześcioro dzieci, w tym pięć córek (Elena, Lucia, Minerva, Europa i Anna Maria). Miał tatuś fantazję. Safonisba otrzymała imię na cześć córki kartagińskiego wodza. Oznacza to, że tatuś albo interesował się historią, albo imponowało mu to, że on sam też otrzymał imię na cześć kartagińskiego wodza Harbubara (Amilcare to zwłoszczona wersja imienia). Ojciec interesował się też sztuką, może dlatego łatwiej rozumiał i akceptował zainteresowania córek.

Zdawał sobie sprawę, iż mając sześć córek nie jest w stanie zapewnić im posagów, jakie pozwoliłyby na dobry ożenek. Widząc uzdolnienia córek zapewnił im wykształcenie (rzecz rzadko spotykana w XVI wieku). Dziewczęta otrzymały edukację humanistyczną, uczyły się języków obcych oraz muzyki. Ponieważ Sofonisba i Elena miały talent plastyczny pozwolił im się uczyć malarstwa. Czy była to jego inicjatywa czy uległ prośbom córek- to bez znaczenia, ważne, że pozwolono im brać lekcje malarstwa w czasach, kiedy uchodziło za niemoralne, aby niezamężna kobieta uczęszczała do pracowni, w której przebywali mężczyźni. Być może fakt, iż były we dwie ułatwił przyjęcie ich do pracowni Bernardina Campiego i zamieszkania w jego domu. Jednak kiedy Elena przerwała po roku naukę aby wstąpić do zakonu, Sofonisba zaczęła się kształcić u kolejnego mistrza Bernardina Gattiego, dodatkowo zaczęła uczyć malarstwa młodsze siostry, ujawniając swój talent pedagogiczny.

Dzięki ojcu, który stał się promotorem jej prac zaczęła zdobywać rozpoznawalność. Amilcare wysyłał obrazy córki oraz listy zachwalające jej prace na dwory arystokratyczne. Malująca kobieta była postrzegana jako ciekawostka, czy atrakcja, co przekładało się na pozyskiwanie zamówień. Jeden z listów ojca trafił do Michała Anioła, co rozpoczęło ich kilkuletnią korespondencję i wymianę doświadczeń (Michał Anioł wysyłał jej swoje szkice, które ona przerabiała i odsyłała uzyskując rady i uwagi do swojej pracy). Jako kobieta maluje głównie portrety lub scenki rodzajowe przedstawiające portretowane osoby. Często tematem jej prac (przynajmniej początkowo) są członkowie rodziny.
Ten sam obraz ze strony wikipedii (lepsza jakość)


Gra w szachy
Najsłynniejszym obrazem Sofonisby jest Gra w szachy. Obraz znajduje się w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Pochodzi on z ok 1555 r. i został namalowany przez 23 letnią malarkę.
Przedstawia trzy młodsze siostry Sofonisby i ich piastunkę. Lucia i Minerva grają w szachy, a Europa wraz z opiekunką przypatrują się grze. Na obrazie przedstawiono moment ukończenia gry. Starsza siostra trzyma pionka i patrzy (dziś powiedzielibyśmy w obiektyw) na malarkę albo na widza, młodsza patrząc na starszą unosi dłoń w geście pokonanej. Najmłodsza tu Europa patrzy na pokonaną ze śmiechem. Jedynie opiekunka nie uczestniczy w tej wymianie spojrzeń patrząc na szachownicę, jakby chciała się przekonać czy nie doszło tu do oszustwa, a może zrozumieć zasady gry. Zwyciężczyni, pokonana i dwie obserwatorki. Siostry podobne do siebie, a jednak każda z innym wyrazem twarzy; od spokojnego tryumfu, poprzez zdziwienie, może niezgodę, po rozbawienie. Panny są starannie uczesane i pięknie ubrane w stroje nie pasujące do codziennej zabawy. Suknie są z kosztownej materii, a panny noszą sznury korali i ozdobne przepaski we włosach. Rozgrywka odbywa się na świeżym powietrzu, pod dębem- symbolem więzi rodzinnych. Wzrok najstarszej z sióstr spotykający się ze wzrokiem widza zdaje się nieprzenikniony, jaką prawdę chce nam przekazać młoda kobieta. Gra w szachy stwarza pole do wielorakiej interpretacji, ponieważ szachy można traktować jako metaforę. Jako jedną z interpretacji przedstawia się obraz jako metaforę zmienności i ulotności życia. Jak odkryto podczas prac badawczych w miejscu w którym dziś widzimy dąb znajdowała się jakaś postać. Być może był to ojciec.

Ten piękny obraz możemy obejrzeć u siebie w kraju, bez konieczności wyjazdu za granicę, płacenia dużych pieniędzy, a jednak jeszcze ani razu będąc w poznańskim muzeum nie widziałam przed nim wielu oglądających. Co powinno mnie cieszyć, bowiem miałam go wyłącznie dla siebie. A jednak nasuwa się taka refleksja, iż nie doceniamy tego, co posiadamy.

Dalsze dzieje Sofonisby

Ku zaskoczeniu otoczenia w niespełna dziesięć lat po namalowaniu Gry w szachy malarka została zaproszona na hiszpański dwór króla Filipa II, aby zostać nauczycielką królowej Elżbiety de Valois. Z tego okresu pochodzą liczne portrety członków dworu madryckiego. Po śmierci swej protektorki opuściła dwór w Madrycie. Była dwukrotnie zamężna (z sycylijczykiem, a potem genueńczykiem). Obaj panowie wspierali ją w malowaniu. Dożyła 92 lat, a w ostatnim okresie życia straciła wzrok. Pod koniec życia odwiedził ją Anton van Dyck i namalował jej portret.

Informacje na temat Sofonisby pochodzą z książki Suknia i sztalugi. Historie dawnych malarek pana Piotra Oczko.

sobota, 23 maja 2026

Legnickie spacery



Dom pod przepiórczym jajem


Zanim zajrzę do Palazzo Mafei w Weronie dla zmiany klimatu parę refleksji z Legnicy.
Najczęściej wybór destynacji jest spełnianiem podróżniczych marzeń, myślę o konkretnym miejscu, chcę tam coś zobaczyć, bo zainspirowały mnie wspomnienia innych, czasami podążam za dziełem sztuki, czasem mam literackie albo historyczne skojarzenia.
A bywa, że jest to całkowity przypadek.
Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że pojadę do Legnicy roześmiałabym się mu w nos. Zdjęcia miasta (choć wnętrze kościoła Marii Panny niezwykle kusiło) nie były dostatecznym argumentem, aby pokonać kilkaset kilometrów. Nie miałam żadnych skojarzeń literackich czy malarskich. Jedynie gdzieś tam w zakamarkach pamięci majaczyła mi śmierć polskiego księcia Henryka II Pobożnego na legnickich polach, tyle, że wiek XIII nie należy do moich ulubionych epok, stąd i historyczna wiedza w tym temacie mizerna.
Rok temu Magda zaproponowała wspólny wypad na Dolny Śląsk, w tym do Legnicy, z uwagi na swe literackie spotkania związane z promocją książki. Przyznam, że pomysł mnie nie zachwycił. Jechać, aby spędzać czas na spotkaniach literackich nie bardzo mi się uśmiechało, a tak to sobie początkowo wyobrażałam. Oczywiście chadzam na spotkania literackie z moją przyjaciółką, ale podróżowanie wolałabym spędzić bardziej poznawczo.
Katedra Piotra i Pawła w Legnicy

Na początku roku Beata zaproponowała wspólny wyjazd do Wrocławia. Początkowo odmówiłam. Przez kilka ostatnich lat odwiedzałam miasto rok rocznie i chciałam odmiany. Wrocław jest piękny, bardzo go lubię, dobrze się tam czuję, uwielbiam jego zielone parki i ogrody. Ale Wrocław jest też dużą aglomeracją, a zatem jest tam tłoczno i gwarno, a ja z wiekiem coraz bardziej łaknę ciszy i spokoju, nie bawią mnie koncerty na rynku, eventy w parkach, kolejki do muzeów, jazda w korkach.
A jednak po przemyśleniu sprawy i sprawdzeniu repertuaru teatrów muzycznych w całym kraju, okazało się, iż dwa musicale, które chętnie bym obejrzała odbędą się właśnie we Wrocławiu w odległości pięciu dni od siebie, a mało mi znana Legnica leży w odległości czterdziestu minut jazdy pociągiem od Wrocławia i akurat w tym samym czasie będzie w niej przebywała Magda.
Mural z Mikołajem Kopernikiem u wylotu uliczki Partyzantów z kościołem Św. Jana Chrzciciela w tle
Przy tej ulicy mieści się Muzeum Miedzi

Postanowiłam zrobić przyjaciółce niespodziankę i powiedziałam o moich planach dopiero po zarezerwowaniu hotelu. Legnica nie jest duża, więc nie zdziwiłam się, że mamy nocleg w tym samym budynku, na tym samym piętrze. Co więcej nasze pokoje sąsiadowały ze sobą.
Beata co prawda do Wrocławia się nie wybrała, ale to w zasadzie ona była impulsem do tej podróży. Dzięki kochana, jeśli to czytasz.
Legnica okazała się idealnym przerywnikiem w podróży. Jest niewielka (ok 90 tys. mieszkańców), kwiecień nie jest tu szczytem turystycznego sezonu, a najbardziej uczęszczana ulica Najświętszej Marii Panny pozwalała spokojnie pokonywać trasę od kościoła Mariackiego do katedry Piotra i Pawła.
Główna uliczka miasta- legnicki deptak jak widać nie jest zatłoczona

Nie będę się rozpisywać o zabytkach, bardziej chciałabym się skupić na wrażeniach. Choć miałam być w Legnicy cztery dni nie zakładałam obejrzenia każdego ciekawego budynku, czy każdej wystawy. To był czas przeznaczony na wspólne spacery, rozmowy, posiłki, kawki. Czas, którego tak nam brakuje na co dzień. Jak to możliwe, że dwie seniorki mają kalendarze wypełnione co najmniej miesiąc naprzód, a plan wyjazdów opracowany nawet trzy miesiące wcześniej. Legnica była tym razem jedynie tłem naszych spotkań, a trzeba dodać ładnym i urokliwym tłem.
Kawiarenka w centrum Witelona

Pogoda tradycyjnie w tym roku była kontrowersyjna 😊 Cieszyłyśmy się, że nie padało, ale skakać z radości nie było powodu. Na szczęście od dłuższego już czasu wyszukujemy w naszych podróżach pozytywnych stron, a na te mniej jasne patrzymy przez palce.

Jak wspominałam wcześniej z Legnicą nie miałam żadnych skojarzeń, a jednak dużą radość sprawiło mi połączenie Legnicy z Witelonem. Podczas tegorocznej wizyty na padewskim uniwersytecie, okazało się, iż jednym z czterech Polaków (studentów tamtejszej uczelni), których uhonorowano portretem w Sali prowadzącej do Magna Aula był właśnie pochodzący ze Śląska Witelon (Witelo Polacco). Był to mnich żyjący na przełomie XIII i XIV wieku, który prawdopodobnie urodził się w Legnicy, lub w jej sąsiedztwie. Był uczonym (fizyk, matematyk i filozof), prowadził pracą nad optyką i psychologią, a zatem miał bardzo rozległe zainteresowania. Pochodził z niezamożnej rodziny i pierwsze nauki pobierał w szkole klasztornej w Legnicy. Studiował w Paryżu (sztuki wyzwolone) oraz w Padwie (prawo, filozofię i nauki ścisłe). W Viterbo poznał współpracownika Tomasza z Akwinu. Napisał parę książek z dziedziny nauk ścisłych. No prawdziwy człowiek renesansu choć w dobie przed renesansowej. Na jego dzieła powoływali się Leonardo da Vinci i Mikołaj Kopernik. Przebywał w otoczeniu książąt i biskupów, był przewodnikiem duchowym księcia Władysława, często przebywał we Wrocławiu, parał się działalnością dyplomatyczną, świadcząc swe usługi zarówno na dworach książęcych i papieskich. Dobrze, że jego imieniem nazwano parę ulic, budynków, a także jeden z kraterów na księżycu, bo warto aby imię takiego uczonego było znane. Można rzec że sława jego osoby sięgnęła gwiazd.
Witelo w białej szacie Uniwersytet w Padwie

Nie wiem dlaczego, ale skojarzenie człowieka, którego portret oglądałam całkiem niedawno w Padwie z osobą pochodzącą z Legnicy (czy też jej okolic) sprawiło mi dużą przyjemność. Poczułam się, jakby wspomnienie uczonego mnicha przepłynęło przez czas i przez moje myśli i na krótką chwilę splotły się ze sobą. Pewnie piszę głupstwa, ale lubię takie powiązania zdarzeń z pozoru zupełnie odległych; moje dwie podróże tak nieodległe w czasie i to spotkanie z wielkim człowiekiem. Może dlatego tak dobrze czułam się w Centrum Witelona znajdującym się na terenie Parku Miejskiego. Nie wiem, czy to otoczenie kulturą, czy ogromne przeszklone ściany i jasność wnętrza sprawiły, że odebrałam to miejsce, jako przyjazne i klimatyczne. Bardzo dobrze mi się tam siedziało nawet przy szklance wody. Może to niewielka ilość gości i cisza, może zieleń za oknami, widok na mały ogródek z palmiarnią, a może wiszące na ścianach grafiki pana Jaśnikowskiego  (nadające pomieszczeniu wymiaru baśniowości) sprawiały, że chciało mi się tam wracać. 
Otoczenie Centrum Witelona

Centrum mieści się w miejscu, w którym dawniej znajdował się Dom Strzelecki. Bractwo Strzeleckie powstało w Legnicy w XV wieku. Wtedy też zakupiło kawałek gruntu, na którym przeprowadzano ćwiczenia strzeleckie. Było to w miejscu, w którym dziś znajduje się ulica Witelona. Na terenie ich posiadłości powstała z czasem karczma, a w pobliżu znajdowała się strzelnica. Ponad dwieście lat temu wzniesiono tu budynek będący siedzibą bractwa. Po jego strawieniu przez pożar w 1845 r. przekazano prawo własności gruntu miastu w zamian za odbudowę budynku z zachowaniem prawa do swobodnego korzystania z nowego obiektu. I tak powstał Dom Strzelecki - budynek w stylu renesansowo-klasycystycznym. Odbywały się tu różne uroczystości i spotkania, bale i koncerty. Pod koniec XIX wieku obiekt wydzierżawił znany restaurator, który słynął z wystawnych przyjęć. Dzisiejszy kształt budowli pochodzi sprzed stu lat. Obok Domu Strzeleckiego znajdowała się ekspozycja roślin tropikalnych, z czasem nazwana Gajem Tropikalnym. W początku zeszłego stulecia powstał w pobliżu Domu ogród japoński. Dziś znajduje się tam niewielka pergola, parę drzewek bonsai oraz palmiarnia.

Nie miałam okazji odwiedzić Kościoła Najświętszej Marii Panny (którego przepiękne wnętrze zaprezentował nam Wiesiu – można zajrzeć tutaj), ponieważ świątynia była niedostępna dla odwiedzających. Wg informacji uzyskanych od pani przewodnik po Mauzoleum Piastów Śląskich władze miasta postanowiły udostępniać kościół odpłatnie w związku z czym przeprowadzane są prace adaptacyjne. Żałuję, że nie udało nam się wejść, bowiem świątynia prezentuje się imponująco.

Katedra Św. Piotra i Pawła nie zrobiła na mnie dużego wrażenia (moja babcia mawiała, że piorda pełna, jak wybrzydzałyśmy podczas posiłku, czyli po naszemu, że pełne mamy cztery litery). Choć bardzo spodobała mi się ambona. 
Fragment ambony w katedrze Piotra i Pawła (kolejne skojarzenie z ołtarzem w kościele św. Jana w Gdańsku, chyba uwagi na budulec i piękno wykonania)

Odwiedziny w Mauzoleum Piastów Śląskich były marzeniem Magdy pasjonującej się historią śląskich Piastów, ja poszłam z ciekawości. Dla mnie nie znającej historii tych ludzi była to jedynie ciekawa acz nieco przeładowana (bo barokowa) kaplica z dość fantazyjnymi tumbami (na bogato). Mauzoleum było wyrazem upamiętnienia nie tylko tej gałęzi rodu ale i całej dynastii Piastów. Powstało w końcówce XVII wieku. Jedyne co zapamiętam z tej wizyty to niesamowite zimno (mróz przenikał mnie aż do kości). Jak mawiają to się widzi, co się wie. Jako, że ja niewiele wiedziałam niewiele zobaczyłam.
Mauzoleum Piastów Śląskich w Legnicy

Posąg księcia Jerzego Wilhelma

Natomiast bardzo podobało mi się w Muzeum Miedzi. Nie miałam pojęcia, iż tak wiele przedmiotów użytkowych powstało przy użyciu tego surowca. Odniosłam wrażenie, że największe zastosowanie miała przy wyrobie przedmiotów sakralnych, ale też naczyń użytkowych. Miedź wykorzystuje się też przy wytwarzaniu witraży, jako że dobrze łączy się ze szkłem, a w muzeum można obejrzeć piękne wazoniki z awenturynu miedziowego (odmiany kwarcu o pięknym miedzianym połysku). No i nie mogłam przeoczyć miedzianego plastra wydobytego z wraku statku. Statek z początku XV wieku wydobyto w zeszłym stuleciu w Zatoce Gdańskiej. A największe wrażenie robi błyszcząca niczym złotem miedziana wanna.
Miedzioryt Macierzyństwo wg Wyspiańskiego (Muzeum Miedzi Legnica) 

Obok eksponatów z miedzi w salce znajduje się kilkanaście rysunków będących podstawą tworzonych miedziorytów, między innymi Rembrandta Powrót syna marnotrawnego.
Rysunek Rembrandta do miedziorytu Powrót syna marnotrawnego Muzeum Miedzi Legnica

Miedziany samowar Muzeum Miedzi Legnica

Wazoniki z awenturynu miedziowego Muzeum Miedzi Legnica

Plaster miedzi wydobyty z wraku statku z XV wieku w Zatoce Gdańskiej Muzeum Miedzi

Chyba nie wymaga podpisu (Muzeum Miedzi)

Płyta do wypieku opłatków Muzeum Miedzi w Legnicy

W Muzeum poza ekspozycją prac pana Jarosława Jaśnikowskiego, o którym pisałam tutaj, odbywała się wystawa prac Nikifora. Po raz pierwszy mogłam obejrzeć prace tego prymitywisty, co było ciekawym doświadczeniem. Największe wrażenie zrobił na nas list proszalny skierowany do potencjalnych nabywców prac, w którym się skarży, że wszyscy tylko oglądają, a nikt nie chce kupować, a on nie ma co jeść i co ubrać. Nie powiem, aby mi się owe malunki nie podobały, ale też nie powiem, że mnie zafascynowały, w każdym razie było to nowe doświadczenie zobaczyć sporą ilość prac tego ubogiego samouka. Większość przedstawiała architekturę Krynicy, w której mieszkał (nierzadko cerkwie, biskupów i siebie samego). Podpisywał się jako Netyfor lub Matejko. Od nikomu nieznanego żyjącego w ubóstwie, a nawet w nędzy człowieka osiągnął ogromny sukces. Niewielu malarzy znanych jest bardziej z imienia (Vincent, Rafael, Nikifor. Wszak rzadko kto powie Krynicki).
list proszalny Nikifora Muzeum Miedzi Legnica
Nikifor przy ołtarzu przed urzędem Muzeum Miedzi Legnica wystawa czasowa
Kapliczka z aniołem na łodzi

Nikifor w drodze (o ile dobrze sfotografowałam tabliczkę z podpisem. Muzeum Miedzi Legnica- wystawa czasowa)


Jeśli chodzi o architekturę bardzo podobały mi się sgrafitowo zdobione kamienice, których w Legnicy spotkałam kilka (jak śledziowe na rynku, jak Kamieniczka Scholza oraz najładniejsza z kamienic Dom pod przepiórczym koszem). Mam wrażenie, że to one nadają klimat miastu. Mnie skojarzyły się z lubelskimi zdobieniami kamienic, a jest to bardzo przyjemne skojarzenie.
detal domu pod przepiórczym jajem Legnica

Kamienice śledziowe Legnica

Kamienica Scholza Legnica


Spędziłyśmy niezwykle miłe cztery dni, z czego jeden został poświęcony Złotoryi, gdzie Magda odbywała swoje spotkanie z czytelnikami, a ja dołączyłam, aby poznać jedną z czytelniczek oraz spotkać się z ardiolą (czyli Alicją).

Spotkania z ludźmi były tym razem najważniejszą wartością wycieczki na Dolny Śląsk. Oczywiście to możliwość wspólnego pobytu z Magdą w Legnicy zdominowała inne spotkania, ale nie mniej ważne były spotkanie z Alicją, Dorotą (czyli Bee) we Wrocławiu, czy nowo poznaną Ewą.





Zamek Piastów w Legnicy



przed katedrą (zamiast tradycyjnego słodkiego co nieco, bo wcięło mi zdjęcia słodkości z Legnicy)