Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 3 marca 2026

Gdynia miasto z morza


Dar Pomorza

Gdynia towarzyszy mi od dziecka i o ile w latach młodości uważałam ją za niezwykle nowoczesne miasto do niedawna traktowałam nieco po macoszemu uważając, iż zastygła w wieku XX. Powstało wiele nowoczesnych dzielnic mieszkaniowych, a w okolicy skweru Kościuszki wyrosły szklane biurowce, jednak główna arteria – ulica Świętojańska sprawia wrażenie niezmiennej od lat pięćdziesięciu. Tyle, że pięćdziesiąt lat temu była ona synonimem luksusu. Marynarzowe, peweksy, baltona, cinkciarze, okno na świat. Stąd  z Gdyni wypływały statki na zachód, między innymi najbardziej znany pasażerski statek pływający do Ameryki – tss Stefan Batory (transatlantyk - następca ms Batorego).
Dziś marynarzowa nie budzi zazdrości, peweksów, balton i cinkciarzy już nie ma, a na zachód lata się samolotami.

Fontanna na skwerze Kościuszki

Pamiętam znajdujący się na początku ulicy Świętojańskiej sklep obuwniczy, w którym na wystawie stał ogromny but, Był tak duży, że mogłabym się w nim schować. Nie zrobiło by tego jednak wówczas żadne dziecko, bo wychowywało się je w systemie zakazów i nakazów, większa była dyscyplina.

Przechodzenie obok tego sklepu zawsze było (dla nas dzieciaków) sporą atrakcją. W czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych, a w telewizji jeden lub dwa kanały, dzieci bawiły się na podwórku grając w gumę (dziewczyny) i kopiąc piłkę (chłopcy), albo jedni i drudzy grając w palanta lub w noża - wówczas but o długości metra na sklepowej wystawie był nie lada atrakcją, rozwijał naszą wyobraźnię. Dzisiejsze dzieci nie mają wyobraźni, bo nie trzeba niczego sobie wyobrażać, wszystko wymyśli za nie AI.
Inną atrakcją była wizyta w Delicji, jednaj z najstarszych gdyńskich cukierni znajdującej się na ulicy 10 lutego. Na tej ulicy mieściła się też siedziba PLO (Polskich Linii Oceanicznych, czyli przedsiębiorstwa zatrudniającego marynarzy), a to nadawało prestiż ulicy. Otarcie się o pływających to otarcie się o wielki świat. Modne ciuchy, fryzury, wyższy status materialny dawał się tu wyczuć.

spacery po Bulwarze Nadmorskim

W Delicji sprzedawano na pewno wiele słodkości, ale najlepiej pamiętam galaretkę z bitą śmietaną i rodzynkami. W czasach sporej mizerii w strefie gastronomii do dobrego tonu należało wybranie się na krem sułtański, cytrynowy czy czekoladowy. Dziś można się tylko uśmiechać pod nosem na takie delicje w Delicji (mając piętnaście rodzajów serników, trzydzieści rodzajów eklerów, kilkanaście rodzajów pączków i …. można by tu wymieniać w nieskończoność komu dziś zaimponuje bita śmietana w pucharku).

A wtedy pięćdziesiąt lat temu odświętna kiecka u matki i u córki, galowy mundur u ojca i rodzina świętowała wizytę w modnej kawiarni. High life. Potem obowiązkowy spacer przez Skwer Kościuszki. Takie mam wspomnienia z okresu dzieciństwa.
Orłowo - plaża w drodze na Orłowski Klif

Potem były lata młodości i moje wizyty w Gdyni odbywały się głównie przy Dworcu Morskim, gdzie albo żegnałyśmy ojca wypływającego w morze albo towarzyszyłam tacie podczas wacht na statku. Dziś zapewne było by to nie do pomyślenia, wówczas nie było problemu z wprowadzeniem na statek osoby nie będącej członkiem załogi. Ależ byłam wtedy dumna, chodziłam z tatą mierzyć poziom oleju i zapisywałam go w notesie (nie pytajcie po co😊, a w domu opowiadałam, … u nas na statku (identyfikując się z miejscem pracy taty). Najmilej wspominałam dzień, kiedy po obiedzie na deser podano wiaderko z lodami i każdy mógł sobie nałożyć ile chciał. Taka góra lodów to była radocha. 

Kilka lat później ciotka Wanda po raz pierwszy zabrała mnie do teatru muzycznego. Będę jej za to wdzięczna do końca życia, bo wówczas narodziła się we mnie pasja (opętanie musicalowe), a życie stało się dzięki temu barwniejsze i bogatsze. Nie pamiętam, jaki to był ten pierwszy musical, ale załapałam bakcyla i tak mi zostało. Jak mi się coś spodoba to potrafię iść nawet kilkanaście razy na przedstawienie. Tak więc Gdynia dzisiaj kojarzy mi się głównie z Teatrem Muzycznym im. Baduszkowej. Przepięknie zmodernizowanym, z dużą ilością miejsca dla publiczności.


Orłowski klif

Potem na jakiś czas zamieszkałam w Gdyni przy ulicy Szczecińskiej. Mile wspominam ten czas, było to samodzielne mieszkanie (poczucie wolności i swobody, świetny czas, prywatki, czy jak się potem mawiało domówki, wspólna nauka do egzaminów, muzyczne wieczorki z widokiem na las. Pamiętam taki psychodeliczny nastrój, kiedy przy dźwiękach muzyki do filmu Twain Peaks patrzyliśmy na szumiący za oknem las, gałęzie drzew poruszane wiatrem współgrały z niepokojącą muzyką). 
Od niedawna do skojarzeń musicalowych doszły filmowe. Znajdujące się obok Teatru Gdyńskie Centrum Filmowe kusi mnie i moje koleżanki filmami z cyklu Sztuka na ekranie. A każdy seans poprzedza wizyta w kawiarni i ploteczki.
Po seansie przy ładnej pogodzie lubimy przejść się nadmorskim bulwarem do Wzgórza Św. Maksymiliana (dawniej Nowotki).

Ms Batory (zezłomowany w 1967 r.)- wystawa fotografii p. Zdanowskich

Z okazji stulecia miasta postanowiłam uczcić jubilatkę wizytą w Muzeum Miasta Gdyni a także spektaklem muzycznym Wanożnice (będącym częścią programu uświetniającego obchody miasta). W Muzeum obejrzałam wystawę fotografii Światło Gdyni Bolesławy i Edmunda Zdanowskich przedstawiające miasto w latach 1945-1970 (od czasu odbudowy poprzez pierwsze lata powojenne, aż do lat, kiedy Gdynia stała się jednym z najnowocześniejszym miast w Polsce). Oglądając zdjęcia z ówczesnej plaży czy z Dni święta morza nie mogłam się nadziwić ilości znajdujących się tam ludzi. Narzekamy dzisiaj na zatłoczone aglomeracje, a wówczas wcale nie wyglądało to lepiej. Prawdę mówiąc nigdy nie odwiedzałam gdyńskiej plaży (było to dla mnie za daleko, my jeździliśmy na plażę gdańską na Stogach), ale w mojej pamięci nie ma takich tłumów. 
Gdynia plaża -lata 50-te -wystawa fotografii p. Zdanowskich

Te tłumy na zdjęciu wyglądają na większe niż na współczesnych obrazkach z plaży we  Władysławowie, tyle, że nie ma na nim parawanów. Sporo osób znajduje się też na zdjęciach z pierwszomajowego święta, choć to już nie dziwi; po pierwsze wiele osób wówczas wierzyło w nowo budowany ustrój, po drugie podpisywało się listę obecności ze swoich zakładów pracy, więc nie można było sobie tak zwyczajnie nie przyjść, po trzecie rozdawano tam z tego co pamiętam kiełbasę i oranżadę, co mogło niektórych skusić. Zdjęcia przypomniały mi też Dni święta morza, jakie kiedyś obchodzono huczniej niż dzisiaj (choć tu mogę się mylić, bo dawno z tej okazji nie byłam na nabrzeżu i nie obserwowałam imprez towarzyszących). Pamiętam Dni Morza odbywające się w Ustce, bo najczęściej w tym czasie (29 czerwca początek wakacji) tam przebywałam. W tamtym czasie (lata 70 te) fajerwerki były wydarzeniem sezonu, a defilady statków na redzie wspaniałym widowiskiem.
Pożegnanie Daru Pomorza - rok 1946 (zaskoczyła mnie obecność duchowieństwa na pokładzie w nowym socjalistycznym państwie. Ale to był początek transformacji ustrojowej, więc jeszcze duchowieństwo było akceptowane) - wystawa fotografii p. Zdanowskich

Po obejrzeniu wystawy udałam się do mojego ulubionego Teatru Muzycznego na dyplomowy spektakl studentów Studium Wokalnego – Wanożnice, czyli po kaszubsku Wędrowcy. Spektakl oparty jest na utworach Ola Walickiego z dwóch płyt Kaszebe I i Kaszebe II i opowiada o spotkaniu teraźniejszości z przeszłością podczas wędrówki po Kaszubskim lesie i wpływie historii na nasze życie. Część utworów wykonywana jest w języku kaszubskim. Przyznam, że zaskoczyłam sama siebie tym wyborem. Nigdy nie interesowałam się zagadnieniem regionalizmów, nie pasjonowały mnie Kaszuby jako takie z ich językiem, kulturą, tradycjami. Spektakl był ciekawy, a młodzi wykonawcy zapowiadają się na godnych następców dzisiejszych wokalistów Teatru Muzycznego. A ja poszerzyłam nieco swoje widzenie otoczenia i jego historii.
Najbardziej romantyczne widoki Gdyni kojarzymy z Orłowem i Klifem Orłowskim. Lubię spacery po molo czy brzegiem morza, zwłaszcza w dzień powszedni i poza sezonem, kiedy zdarzają się dni spokojne i niemal bezludne. Tam też znajduje się Domek Żeromskiego, w którym podobno pisał Wiatr od morza. Jakoś nie udało mi się przebrnąć przez tę książkę, ale może teraz po doświadczeniu z Wanożnicami sięgnę ponownie.

Przez fontannę (skwer Kościuszki lata 1955-1960)- wystawa fotografii p. Zdanowskich
Jeszcze z pomnikiem Wdzięczności Armii Radzieckiej zwanym Nataszą zdemontowanym w 1990 r.

Uroczyste obchody stulecia miasta Gdyni trwają cały rok, a najbardziej widowiskowa ich część miała miejsce 10 lutego, tego dnia otrzymała ona prawa miejskie, a senat rzeczpospolitej ogłosił rok 2026 rokiem Gdyni.

sobota, 28 lutego 2026

Luty z Marianem Mokwą i jego Pracami w porcie

 

Prace w porcie (W porcie Gdynia)

Mokwa jest najwybitniejszym polskim malarzem marynistycznym. O jego obrazach mówiło się w domu, choć rodzice nigdy nie interesowali się sztuką. Nie mniej, tata (będąc absolwentem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej), który większość życia spędził na morzu bardzo lubił obrazy o tematyce marynistycznej.

Nazwisko malarza przypomniało mi się w zeszłym roku podczas odwiedzin Muzeum Morskiego w Gdańsku, gdzie zobaczyłam kilka jego obrazów.

Urodził się pod koniec XIX wieku (1889 r.) w zamożnej rodzinie chłopskiej. Studia artystyczne odbywał w Norymberdze, Monachium i Berlinie. Jako wysłannik Gazety Grudziądzkiej został wysłany na Bałkany i Bliski Wschód. Podróżował po Turcji, Rosji, Azji Środkowej (Samarkanda, Taszkient, Tybet). Podczas I wojny światowej złożył przyrzeczenie, że jeśli Polska odzyska niepodległość on poświęci życie na malowanie polskiego morza. Słowa dotrzymał. Studiował morską historię polski i pomagał pozyskiwać materiały świadczące o polskości Pomorza potrzebne polskiej delegacji na konferencji paryskiej. Malował cykl historyczny Apoteoza Polski Morskiej, opowiadający dzieje Polski nad Bałtykiem począwszy od Piastów aż do budowy portu morskiego w Gdyni.

Stworzył Galerię Morską przeznaczoną do ekspozycji prac o tematyce marynistycznej, nie tylko własnych. To kosztowne przedsięwzięcie umożliwiła wysoka pozycja finansowa i sukces komercyjny jego malarstwa. W czasie II wojny Galeria została przez Niemców podpalona a większość obrazów zniszczona. Po wojnie na podstawie zachowanych szkiców próbował odtworzyć obrazy z cyklu Apoteoza Polski Morskiej. Współpracował z przedsiębiorstwami zajmującymi się gospodarką morską (PLO, Dalmor, Centromor), a także malował na zamówienie Marynarki Wojennej i Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Malował głównie morze, ale był też dobrym portrecistą. Dożył sędziwego wieku 98 lat. Jego prace cieszyły się sporą popularnością.

Na lutowy obraz wybrałam Prace w porcie (W porcie Gdynia). Obraz z 1950 r. przedstawia prace rozbiórkowe na wraku pancernika Gneisenau, który Niemcy wycofując się w 1945 r. zatopili u wejścia do gdyńskiego portu. Podniesienie go i usunięcie z dna portowego było niezbędne do udrożnienia drogi do portu. Było to jedno z pierwszych zadań nowo powstałego Polskiego Ratownictwa Okrętowego. Kiedy spojrzałam na ten obraz na myśl przyszło mi 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi Juliusza Verne`a. Chyba z powodu znajdującej się na pierwszym planie grupy nurków, która to scena przypomina mi ilustrację do książki, a może kadr z filmu ze stającą grupą nurków (w kombinezonach) tyle, że w książce/filmie znajdującą się pod pokładem Nautilusa


fragment powyższego obrazu

Temat niezwykle prozaiczny obraz być może został stworzony na zamówienie PRO. A jednak jest tu klimat romantyzmu, jaki tworzy otoczenie, spokojna tafla wody, statki, holowniki, czy nawet portowe dźwigi. Miał ukazywać ciężką pracę portowych robotników. Jest tu etos pracy. Nawet tak prozaiczne zajęcia ratowników, jak odpompowywanie wody, wydobywanie części, cięcie elementów kadłuba, czy wytaczanie beczek - cały nieład towarzyszący pracy w porcie czy na stoczni zostały przedstawione w sposób artystyczny. Nie jest to reklamowy plakat, a obraz który z przyjemnością powiesiłabym sobie w pokoju.

Kutry wychodzące w morze

Być może ma na to wpływ moje dzieciństwo, profesja taty albo praca na stoczni w studenckiej spółdzielni (często oglądałam takie widoki i mimo, iż ta praca wydawała się nie mieć końca miała dla mnie większy sens, niż praca, którą wykonywałam później). Ale żebyście nie kojarzyli Mokwy z pracami wyłącznie na zamówienie państwowych przedsiębiorstw obraz przedwojenny o zdecydowanie bardziej romantycznym charakterze Kutry wychodzące w morze. Jak mawia stare powiedzonko kobieta w tańcu, koń w galopie i żaglowiec pod pełnymi żaglami to najpiękniejsze rzeczy na świecie. Tytuł sugeruje kutry, ale mnie owe pływające jednostki przypominają bardziej małe żaglówki. Jest w tych obrazach coś z impresji, a jednocześnie są utrzymane w jednolitej, monochromatycznej kolorystyce; troszkę smutnej, troszkę smętnej, a troszkę tajemniczej. Podczas ostatniej wizyty w Muzeum Morskim zakupiłam album z pracami Mariana Mokwy i była to bardzo dobra decyzja, bo oglądanie zdjęć jego obrazów sprawia mi dużą przyjemność.

fragment powyższego obrazu

Pierwsze zdjęcia robione w Muzeum, drugie z albumu- a jaka różnica w kolorystyce (w muzeum wiszą w sali bez okien, dość ciemnej, album zaś leży pod oknem przez które dziś świeci słońce).

sobota, 21 lutego 2026

Tamara Łempicka Projekt artystka Kizette de Lempicka - Foxhall


Autoportret w zielonym bugatti (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)

Książka jest wydana niezwykle ładnie i dekoracyjnie. Kredowy papier, sztywna okładka z reprodukcją Portretu Iry P., wewnątrz duża ilość niezwykle kolorowych, wyrazistych zdjęć obrazów i czarno-białe fotografie z rodzinnych archiwów. Eleganckie wydanie przyciąga wzrok zupełnie jak obrazy z jej najlepszego twórczo okresu (lat dwudziestych i trzydziestych). Obrazy Tamary są nasycone barwami, połyskujące, z wyraźnymi konturami, dopracowane do ostatniego szczegółu. Jak sama twierdziła, nie cierpiała malarstwa rozmytego, nieczystego (a za takie uważała impresjonizm).


Koszyk winogron (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)


Malowanie wrażeń, impresji było jej obce, sama doceniała malarstwo ostre i czyste (wyraziste). „Cezanne narysował kilka jabłek, ale te jabłka były źle narysowane. A kolory- dlaczego to wszystko jest takie brudne? Gdy pojechałam do Włoch, we wszystkich muzeach ujrzałam obrazy namalowane w XV wieku przez Włochów. Uwielbiałam je. Pomyślałam; dlaczego mi się spodobały? Ponieważ były takie wyraźne, tak schludne. Kolory były wyraźne, czyste, impresjoniści malowali bardziej z wyobraźni niż z natury, nie malowali dobrze, nie dbali o technikę. Pomyślałam: ich malarstwo jest brudne. Nie jest precyzyjne. Pamiętaj o precyzji. Obraz musi być schludny i czysty” (str. 67). Swoje obrazy uważała za precyzyjne i skończone. I takie niewątpliwie były. Piękne, wycyzelowane, doprecyzowane, przykuwające uwagę. I choć podobają mi się ogromnie, mam wrażenie, że są trochę powierzchowne, na pokaz, niczym wyretuszowane zdjęcie celebrytki, ładne opakowanie, wystylizowana postać, sztuczność. Nawet ich zamyślenia są wyreżyserowane, dziś byłyby to wydęte usteczka i wysunięta nóżka. Może dlatego nie lubię zdjęć pozowanych. Nie ma w nich prawdy. One krzyczą patrzcie i podziwiajcie. I ja podziwiam.

Tamara kochała się w pozorach, w gestach, kreowała siebie na filmową gwiazdę, tak często zmieniała opowiadane historie, że trudno dziś wyłuskać, co z jej biografii jest prawdziwe, a co kolejną z wersji, które na różne potrzeby tworzyła.


Muzykantka (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Tamara, jaka wyłania się z kart książki jest postacią na pokaz, albo grała tak często, że nikt nie poznał prawdziwej Tamary, albo z powodu ciągłego kreowania własnego wizerunku sama uwierzyła w tę Tamarę, doskonałą, utalentowaną, którą nie obowiązują żadne reguły, czy normy. Jedno trzeba jej przyznać, była niezwykle pracowita i miała talent.

Jej obrazy są niezwykle dekoracyjne, jak sama nazwa wskazuje art. deco. Są wyrazem tęsknoty bycia perfekcyjnym, niezależnym, wolnym, niezwyciężonym. Jej kobiety są jak ze stali, ich ciała otulone zwiewnymi szatami pod spodem noszą zbroję. Nawet, jeśli ich wolność jest pozorna, bo wymagająca nieustannego bywania, pokazywania się, udawania.

Może łatwiej będzie zrozumieć Tamarę, kiedy uświadomi się otoczenie, w jakim żyła. Otarła się o rewolucję w Rosji, cena, jaką zapłaciła za uwolnienie męża z rosyjskiej niewoli była ceną, którą tylko kobieta może zapłacić, żyła w powojennej Europie, w której ludzie chcieli odreagować ciężkie czasy wojny i powojennej biedy, jednocześnie obawiając się kolejnej wojny. Stąd zapewne ta ucieczka od rzeczywistości w świat ułudy i pozorów.


Dziewczyna w rękawiczkach (wystawa w MNK 2022 r.)

Artyści … żyli tak, jakby istnieli w dziele sztuki i tworzyli dzieła sztuki, o tym, jak żyli. Rezultatem było życie, pełne póz, w którym bawili się formami, podbijali stawkę, każdym gestem, każdą kupowaną kreacją, każdym wydanym przyjęciem, każdym romansem, każdą książką, którą napisali, każdym namalowanym portretem. Napełniała ich czysta energia, przeciwstawiali się czasowi i historii, próbując wykorzystać swoją sztukę do wykreowania chwili, doświadczeń, aby stała się ponadczasowym wyrazem ich epoki. Krótko mówiąc żyli niebezpiecznie- tak, jak wyobrażano sobie, że żyje kobieta ze słynnego autoportretu Łempickiej, znanego pod tytułem Autoportret w zielonym bugatti” (str. 88).

Nie na darmo nazywano ich straconym pokoleniem.

Książkę odbieram tak jak samą malarkę, jako piękną okładkę z kolorowymi ilustracjami, spośród których trudno dostrzec bohaterkę. Nie dowiedziałam się z niej wiele nowego, ponad to co już wiedziałam z wcześniejszych lektur.

Autorką jest córka Kizette - dlatego najciekawszy jest wątek dotyczący wzajemnych relacji córki z matką. Od dzieciństwa była jedynie dekoracyjnym dodatkiem dla kariery Tamary. Miała się dobrze komponować na zdjęciach z matką, ona anielsko niewinna, dziecięca i mama wytworna, elegancka, wyzywająca. Miała grać jej młodszą siostrę. Potem przez lata niepotrzebna; oddana pod opiekę babki, opiekunki, czy szkół. Na starość miała być uległą pomocnicą, służącą, sekretarką, szoferem, pielęgniarką, zrezygnować z rodziny, z siebie, aby poświęcić się zaspakajaniu zachcianek matki.

Przyznam, że o ile mało mnie wzruszało życie Tamary, jej liczne romanse, kochankowie, czy kochanki, złe traktowanie ludzi, o tyle terroryzowanie córki jest dla mnie nie do wybaczenia.


Kobieta z gołębiem (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Czy książkę warto przeczytać? Tak, jeśli ktoś interesuje się sztuką, Tamarą, art. deco, a nie czytał nic wcześniej na ten temat. Jeśli zna się biografię warto książkę obejrzeć z uwagi na doskonałą jakość ilustracji (część dotyczy obrazów znajdujących się w prywatnych zbiorach) i dużą ilość zdjęć archiwalnych. Czytanie niewiele wniesie nowego do stanu wiedzy na temat malarki.

No może jedynie taka refleksja, mnie naszła, że choć Kizette starała się zachować obiektywizm i pisząc w trzeciej osobie pisała, że mimo wszystko bardzo była przywiązana do matki i nie potrafiła bez niej żyć, podziwiała ją i dla niej chciałaby przechować pamięć o malarce - to może książka została napisana dla opisanej poniżej historii (jako swego rodzaju mała zemsta na matce)

Potrzeba dominowania nad otoczeniem rosła do rozmiarów obsesji, w miarę jak coraz bardziej traciła kontrolę nad zdolnością do malowania. …Mąż Kizette zachorował śmiertelnie na raka płuc i Kizette nie mogła już sobie pozwolić na priorytetowe traktowanie żądań matki, które stawały się coraz bardziej nieracjonalne. Tamara poinformowała Kizette o zmianie testamentu. Zapisała w nim, iż Kizette musi być z nią w ostatnich chwilach jej życia, aby w ogóle otrzymać coś z jej majątku. Wydzwaniała z Meksyku do Kizette, żądając informacji, dlaczego jej jedyna córka ją zaniedbuje. Gdy Kizette była w szpitalu, Tamara telefonowała do pokoju Foxy`ego (umierającego zięcia). Mówiła, że tego nie rozumie. Również była chora. Ona także potrzebowała opieki. „Skoro twój mąż jest w szpitalu’ -powiedziała Tamara- „wynajmij pielęgniarkę do opieki nad nim i przyjedź do mnie na trzy dni” (str. 169-170).

Przyznam się, że gdyby tak było nie miałabym Kizette tego za złe (od miłości do nienawiści droga jest całkiem bliska).

Kobieta w polskim stroju ludowym (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)


Zdjęcia wybrałam nieco tendencyjnie (te bardzo dekoracyjne) pomijając takie, jak Starzec, Matka przełożona, Żebrak z mandoliną, Uchodźcy czy mój ulubiony Ucieczka (jako wyjątki potwierdzające regułę)

wtorek, 10 lutego 2026

Galeria Uffizi- duchowa uczta


Galeria Uffizi z widokiem na Palazzo Vecchio i kopułę katedry
Dziś zabieram was na krótką wizytę w Uffizi.
Florencja była głównym, choć niespodziewanym punktem włoskiej wyprawy.
Z Rzymu miałam jechać w zupełnie innym kierunku, ale plany pokrzyżował zimowy rozkład jazdy pociągów. I tak zamiast w Perugii i Asyżu wylądowałam w Arezzo i Florencji. A tu nie mogłam sobie odmówić kolejnej wizyty w Uffizi. Ostatnie lata odwiedzałam Galerię dell` Accademia, Bargello, Klasztor San Marco, liczne świątynie. Dawno nie byłam w tej najwspanialszej galerii malarstwa (i nie tylko malarstwa, korytarze pełne są rzeźby). Mnie przyzywają głównie obrazy renesansowych mistrzów. Pewnie niewielu mnie zrozumie, ten zachłanny pęd do oglądania wspaniałych obrazów. Pocieszam się, że zrozumiałby mnie Iwaszkiewicz, którego Podróże do Włoch czytam. Właściwie dawkuję sobie po troszeczkę. On, który ubolewał nad tym, iż dwie jego wizyty w Sienie były niepełne, bo nie udało mu się odwiedzić galerii malarstwa, co zubożyło wrażenia. On, który w Galerii Florenckiej zachwycał się wspaniałym dziedzictwem przyrównując znajdujące się tam dzieła do komunii, a wizytę do zjednoczenia z geniuszami – twórcami, których czucie i talent tu spotykamy. I zrozumiałoby kilku innych. I może na jakiś inny sposób (sobie wiadomy) rozumieją to ci, którzy stoją w długich kolejkach do kas muzealnych.

Opowiem krótko o tylko sześciu, które spośród dużej ilości obejrzanych obrazów wyróżniły się tym czymś, co sprawiło, że zatrzymałam się przy nich chwilę dłużej.

Hołd trzech króli Durera

Żeby pozostać jeszcze w temacie Hołdu Trzech Króli (o którym pisałam tu i tu) tym razem wizja Albrechta Durera. Zwróciłam na nią uwagę z powodu zupełnie odmiennego potraktowania tematu. U Gentile da Fabriano czy u Benozzo Gozzoli kłębiło się od ludzi, jakby całe miasteczko wyległo zobaczyć nowonarodzonego. Może bardziej, niż dzieciątko zainteresowali ich pyszniący się bogactwem monarchowie. U Durera jest niemal pusto. Przed stajenką siedzi Matka Boska z dzieciątkiem, stoją trzej królowie i giermek, dalej stoi parę osób zajętych swoimi sprawami. Żadna nie zwraca uwagi na rozgrywającą się na pierwszym planie scenę. Królowie ubrani, jak na monarchów przystało bardzo dostojnie i bogato, ale nie jest to przepych jaki widzimy u Gentile, nie ma koron czy diademów. Na obrazie nie ma też zleceniodawcy. A w tym przypadku jest to Fryderyk III Mądry. Nie widzę jego rysów twarzy w twarzach monarchów, chyba nie wymagał od malarza tego rodzaju uwiecznienia. Przydomek zyskał dzięki roztropnej polityce, dyplomacji i trosce o rozwój kultury i nauki w swych dobrach.

Brak tłumów (na obrazie, choć i przed też pusto) sprawia, że obraz ma bardziej intymny charakter. Klęczący przed Jezuskiem najstarszy z mędrców wygląda jakby bawił się z dzieckiem, a nie uniżenie bił pokłony. Oczywiście znałam autoportret Durera, w wiedeńskim muzeum poznałam Portret młodej kobiety, ale jego obraz o treści religijnej miałam okazję oglądać po raz pierwszy.

Bitwa pod San Romano Ucello

Bitwa pod San Romano Paulo Uccello to jeden z niewielu obrazów batalistycznych, który mnie zainteresował. Nie przepadam za tego typu obrazami, wszelkie bitwy, raczej mnie nużą i przechodzę obojętnie. Ujmowanie bitwy, jako odświętnego widowiska, lekcji patriotyzmu kłóci się z moim pacyfistycznym nastawieniem. W tym obrazie coś sprawiło, że potraktowałam go inaczej. Być może niezgodnie z zamysłem malarza. Bitwa pod San Romano była bitwą pomiędzy Sieneńczykami a Florentyńczykami. Dowódcą Florentyńczyków był kondotier Niccolo da Tolentino. Skąd ja znam to nazwisko? Już wiem, to fresk jego pomnika konnego znajduje się we florenckiej katedrze. Pamiętam go doskonale, bo nie ma znowu tak wiele fresków w katedrze.
Uccello (co po włoski oznacza ptak) namalował cykl trzech obrazów przedstawiających bitwę pod San Romano (dwa pozostałe znajdują się w zacnych lokalizacjach NG Londyn oraz Luwr Paryż). Część w zbiorach Uffizi przedstawia decydujący moment bitwy. Dlaczego zwróciłam nań uwagę? Może dlatego, że moim zdaniem przedstawia nie tyle bohaterstwo walczących co okrucieństwo walki, odziera bitwę z elementów patetycznych. Nie widzę tu wyprężonych z wyciągniętymi do góry mieczami walczących, jest pobojowisko; poprzewracane konie, koń stojący dęba i drugi z wyrzuconymi do góry tylnymi nogami, rycerz bez głowy leżący na koniu, połamane piki, porzucone na ziemi elementy uzbrojenia. Nie ma krwi, nie ma wyprutych wnętrzności, ale widać że to nie zabawa w wojsko. Nie odświętne stroje, czy przepiękne chorągwie. Ale jest też nowatorstwo przedstawienia tematu, coś z surrealizmu XX wiecznych obrazów. I te monochromatyczne ziemiste kolory bardzo mi tu pasują.
Specjalnie dla Wkraja, choć dużo lepsze zdjęcia znajdzie w internecie; Madonna ze szczygłem Rafaela i Wenus z Urbino Tycjana

Madonna ze szczygłem Rafael

Madonna ze szczygłem czyli Matka Boska z dzieciątkiem i Św. Janem Rafaela jest pięknym obrazem, choć nie należy do moich ulubionych dzieł Rafaela. Każdy interesujący się sztuką ma swoje typy, koleżanka, z którą byłam w Dreźnie najbardziej lubi Madonnę sykstyńską, moja ciotka Wanda Szkołę Ateńską a ja Złożenie do grobu (obraz tak piękny, że wykradziony z kaplicy do której był przeznaczony przez ludzi papieża Pawła V). Madonna ze szczygłem była prezentem ślubnym dla przyjaciela artysty. Matka z czułością patrzy na małego Jana Chrzciciela, który pokazuje Jezusowi szczygła (symbol męczeństwa). Kobieta jest wcieleniem pobożności i oddania (napisałabym nawet poddania się woli Bożej- niech mi się stanie podług woli twojej). Jest w tym obrazie delikatność i urok. Z obrazem wiąże się tragiczna historia, otóż kilkadziesiąt lat po namalowaniu uległ on poważnemu zniszczeniu podczas zawalenia się domu, w którym się znajdował. Syn obdarowanego wydobył zniszczone fragmenty obrazu i dał je do sklejenia. W albumie Wielkie muzea wydanym przez Rzeczpospolitą zauważyłam delikatne ślady klejenia. Na zdjęciu z Uffizi ich nie dostrzegam, być może ostatnia renowacja (przeprowadzona w latach 1998-2008) była na tyle dobra, że zlikwidowała ślady ingerencji w obraz. Jakże mozolna jest praca konserwatorów sztuki, skoro renowacja obrazu trwała dziesięć lat. A zdarzają się zniszczenia, których skutki usuwane są kilkadziesiąt lat (jak te spowodowane przez powódź z 1966 r., w czasie której wysoka fala wraz z błotem i ropą naftową pokryła wiele dzieł sztuki ze zbiorów Uffizi, świątyń i bibliotek. Siła żywiołu była tak ogromna, że wyrwała złote drzwi do Raju z Baptysterium.
I taka myśl mnie naszła, że o ile madonny na obrazach renesansowych twórców mają piękne lub przynajmniej szlachetne oblicza, o tyle dzieciaczki są … delikatnie mówiąc mało urodziwe. Mówi się, że to w sztuce średniowiecznej dzieci mają brzydkie twarze starych mężczyzn, ale i na renesansowych obrazach dziecięce buzie trudno nazwać uroczymi. A może tylko ja tak to widzę.

Wenus z Urbino Tycjan

Wenus z Urbino Tycjana Ze wszystkich oglądanych dotąd obrazów Tycjana moje serce skradła Assunta w kościele Santa Maria Gloriosa dei Frari w Wenecji (pisałam o nim tutaj). Ale najbardziej znanym z jego obrazów jest Wenus z Urbino. Obraz nagiej kobiety tak spodobał się Guidobaldo della Rovere, że długo prosił matkę o pożyczkę, a kiedy ta odmówiła obiecał sam zdobyć pieniądze, aby tylko malarz nie sprzedał go komu innemu. Rodzina della Rovere była znaną we Włoszech arystokratyczną rodziną panującą w księstwie Urbino (wywodziło się z niej wielu dostojników kościelnych i dwaj papieże Sykstus IV czy Juliusz II). Guidobaldo zdobył pieniądze i obraz stał się jego własnością. Stąd nazwa obrazu przypisująca pochodzenie Wenus z Urbino.

Modelka prawdopodobnie była kobietą lekkich obyczajów (na początku XVI wieku żadna inna raczej by się nie odważyła pozować do aktu). Kobieta śmiało patrzy na widza, co prawda zakrywa ręką swe wdzięki, ale tak jakby od niechcenia. Spogląda też lekko znudzona, ale nie speszona. Jej spojrzenie jest wyzywające. Znajdujący się nieco dalej biały pies to symbol wierności małżeńskiej, a zatem miałażby to być pod postacią Wenus Penelopa czekająca na małżonka? Podkreślałby to też stojący na oknie krzew mirtu (symbol wiecznego oddania) oraz trzymane w dłoni różyczki (także symbol wiernej miłości).

Mitologiczny temat wykorzystał malarz, jako pretekst do ukazania śmiałej (jak na owe czasy) sceny erotycznej. Kobieta ubrana tylko w biżuterię kusi widza. A tak naprawdę z mitologii pozostała jedynie nazwa, bo kobieta nie ma boskich atrybutów, znajduje się we wnętrzu ówczesnego pałacu, z dwoma służącymi wyjmującymi ze skrzyni stój dla swej pani. Wenus z Urbino była inspiracją dla Olimpii Maneta.


Zwiastowanie Lorenzo di Credi


Zwiastowanie Lorenzo di Credi
Lorenzo di Credi nie jest tak dobrze znany, jak inni malarze doby renesansu, a był on uczniem Verocchia (podobno ulubionym), uczęszczał do jego warsztatu wraz z Peruginem (nauczyciel Rafaela) i Leonardem da Vici. We trójkę byli i kompanami i rywalami jednocześnie.

Pewnie widziałam parę jego obrazów, ale żaden z nich tak mnie nie zauroczył, jak to Zwiastowanie. Słodycz twarzyczki Marii jest dla mnie zniewalająca. Oderwana od lektury panienka odpowiada na pozdrowienie Anioła. Anioł jest taki bardzo ziemski, pucołowaty i zaokrąglony w przeciwieństwie do wiotkiej, eterycznej dziewczyny. Jakby oderwany od zabawy, albo od spożywania boskiego nektaru. Maria w cudownej błękitnej sukni sprawia wrażenie, jakby już chciała wrócić do lektury mówiąc a ty mój anielski chłopcze wracaj na niebiańskie pastwiska. Anioł i dziewczyna znajdują się z daleko od siebie, jakby centrum opowieści stanowił odległy pejzaż liryczny. Zachwyca mnie też dekoracja architektoniczna w postaci predelli pod ołtarzem z monochromatycznym przedstawieniem scen, których bohaterami są Adam i Ewa. Są tam stworzenia Ewy z żebra Adama, grzech pierworodny oraz wygnanie z raju - taka krótka księga Genezis, z Ewą w roli głównej. Ewą, której nowym wcieleniem ma być Maria, jedna ludzkość zgubiła, druga ją wybawi. A wszyscy niczym hipisi z pięknymi długimi włosami (od Stwórcy po Adama).


w powiększeniu

Trzy archanioły z Tobiaszem Francesco Botticini
O ile o di Credim słyszałam/ czytałam, o tyle Botticini to całkiem mi obce nazwisko. A okazuje się on kolejnym z uczniów Verrocchia. Założył własny warsztat i zyskał sporą popularność we Florencji, do czasu, aż na scenę weszli Lippi (Filipino) i Botticelli.

Trzy archanioły z Tobiaszem Botticini

Wspominałam już kiedyś o kolejnej z moich słabość do przedstawień Archanioła Rafaela z Tobiaszem. Od czasu, kiedy przeczytałam książkę Anioł panny Garnet, w której przedstawiona została apokryficzna historia archanioła i Tobiasza, który wraz z wiernym psem w anielskim towarzystwie podróżuje, aby znaleźć lekarstwo na ślepotę ojca, a tym lekarstwem okaże się olej z rybich wnętrzności. Od tego czasu kolekcjonuję wszelkie obrazy przedstawiające tę podróż. Łatwo je rozpoznać, bo zawsze chłopcu towarzyszy wierny pies a w ręku niesie ogromną rybę. Jednak najczęściej Tobiaszowi towarzyszy jeden archanioł. Tutaj mamy aż trzech; Michał (ten w zbroi), Gabriel (z lilią) i Rafał (z naczynkiem zawierającym olej do namaszczenia). Oczywiście moją uwagę zwrócił temat, ale też wzrok przyciągnęła liliowa szata archanioła Rafała. Być może nie trafiłam wcześniej albo przeoczyłam ten barwnik na obrazach renesansowych, bo wydał mi się on tutaj niespotykany, albo rzadko spotykany (może niemodny). I Gabriel i Rafał mają cechy androginiczne. Bardzo też spodobały mi się botki Tobiasza, choć na długą podróż zapewne mało wygodne z uwagi na cienką podeszwę. Obraz był przeznaczony do ołtarza głównego kościoła Santo Spirito.

detal z rybą i botkami Tobiasza

Inne obrazy z Uffizi, o których pisałam:
Lorenzo Medici Vasariego,
Narodziny Wenus Botticelli,
Zwiastowanie Simone Martini i Lippo Memmi
Może były jeszcze inne, ale ich już nie pamiętam.

Mam fioła na punkcie justowania tekstu oraz ujednolicania czcionki i wielkości liter, niestety tym razem muszę się poddać, poprawiałam kilkanaście razy i co wejdę ponownie czcionka i wielkość liter żyją swoim życiem. 
O filmie Za drzwiami Galerii Uffizi pisałam tu
Poniekąd o Uffizi pisałam też tu

sobota, 7 lutego 2026

Tratwa z pomarańczami Maciej Hen (wspomnienia z dzieciństwa autora przeplatane moimi)


Bardzo lubię prozę Józefa Hena, natomiast twórczości  Macieja nie miałam okazji poznać. Często śmiejemy się ze znajomymi próbując określać panów seniorem i juniorem, przy czym junior ma lat ponad siedemdziesiąt. Tratwa z pomarańczami to taka wspomnieniowa książka dotycząca najwcześniejszego okresu życia pisarza.
Lata dzieciństwa i wczesnej młodości autora nie do końca pokrywają się z moimi (jednak te osiem lat różnicy to nie tak wiele, aby nasze wspomnienia były skrajnie różne). Zawsze z ciekawością czyta się o zdarzeniach znanych, z jeszcze większą, o tych których nie doświadczyło się samemu. Momentami jednak można dziękować opatrzności, iż nie doświadczyło się tego, co było udziałem autora - ostracyzmu (w tym przypadku wynikającego z żydowskiego pochodzenia). Takie książki mają tę cechę, iż wywołują falę wspomnień na temat własnych zapamiętanych fragmentów zdarzeń,  przedmiotów, które miały dla nas znaczenie, potraw, których smaku nie zapomnieliśmy, czy psot, których się dopuściliśmy, a także dawno zapomnianych krewnych majaczących w pamięci.

„Jednak głównym celem naszych wycieczek wzdłuż Dąbrowskiego były Delikatesy na rogu alei Niepodległości, których nazwę tata objaśniał mi wciąż na nowo, za każdym razem przywołując przedwojenne powiedzonko: „mydło, powidło i inne delikatesy”. Kiedy się tam wchodziło, natychmiast uderzał w nozdrza przyjemny aromat kawy mielonej na miejscu w wielkim elektrycznym młynku z przezroczystym kielichem pełnym ziaren osuwających się z wolna w głąb mechanizmu. Stawaliśmy w kolejce po różne frykasy; krojoną w plastry faszerowaną gęś, cukierki kukułki, kilka plasterków salami albo wędzonego łososia, a czasem parę deko chleba świętojańskiego, który nie był żadnym chlebem, tylko garścią suchych strąków śliwkowego koloru, z brunatnymi fasolkami w środku, dającymi się gryźć i mających słodkawy smak. Raz kiedy byłem z tatą w Delikatesach, jemu aż oczy zabłysły na widok wystawionych tego dnia konserw z ukośnym napisem Karp na czerwonym tle. Tata kupił kilka puszek i zaraz po przyjściu do domu bez słowa jedną z nich otworzył, zawartość przeniósł delikatnie na talerzyk, z chytrą miną postawił przed mamą- i czekał na jej reakcję. …. Nawet dobre-orzekła po chwili, na co tata rozpromienił się triumfalnie” (str. 50-51)

Tu jednak, albo odmienność miejsc zamieszkania, albo owe osiem lat różnicy sprawiło, iż ze wspominanych wiktuałów znałam w okresie dzieciństwa jedynie kukułki. Faszerowanej gęsi nie jadłam nigdy, salami poznałam dopiero w latach osiemdziesiątych w czasie wycieczki na Węgry, wędzony czy świeży łosoś zaczął bywać u nas jeszcze później, mimo, iż mieszkaliśmy całe życie na wybrzeżu, a o chlebie świętojańskim w takiej wersji, jak opisuje go autor słyszę po raz pierwszy. Konserwy rybne bywały, ale w postaci szprotek, makreli bądź śledzi w sosie pomidorowym czy oleju.

Na początku autor zastanawia się co było najstarszym z jego wspomnień. „szczerze mówiąc, nie mam co do tego całkowitej pewności, bo kiedy usiłuję sobie coś przypomnieć z tego najwcześniejszego dzieciństwa, majaczą mi przed powiekami tylko jakieś ciemne, niewyraźne kształty. A wtedy wyobraźnia sprytnie podsuwa zapach gotowanego przez mamę krupniku z mięsem z kury, fasolą i suszonymi grzybami albo dobiegające gdzieś z drugiego pokoju trajkotanie mojej starszej siostry Madzi i stukot taty maszyny do pisania.” (str. 9).

Kiedy myślę o swoim najwcześniejszym wspomnieniu pamięć podsuwa mi taki obraz, jest sobota, dzień pastowania podłogi, dywan zwinięty leży na stole, rodzice na klęczkach szorują podłogę, a ja siedzę cichutko pod stołem i oglądam film. Cichutko, aby rodzice się nie zorientowali, bo być może nie pozwolili by mi go obejrzeć. Były dwa rodzaje filmów, których nie wolno mi było oglądać (te z przemocą i te z golizną. I chyba do dziś został mi jakiś awers co do tego rodzaju scen, zwłaszcza w teatrze ich nie lubię). Film opowiadał o dziadku i wnuczku, którzy w wyniku wypadku autobusu trafiają na Sąd Ostateczny, a tam oglądają na ekranie swoje złe uczynki, Trzeba osądzić, kto trafi do piekła, a kto do nieba. Sprawdziłam, iż film nazywał się Piekło i niebo i powstał w roku 1966. Miałam wówczas trzy lata, ale chyba oglądałam go ze dwa, może trzy lata później. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To, że chłopczyk sądzony był za zjedzenie kiełbasy w piątek i za to miał zostać ukarany (czy został nie jestem pewna, bo o wiele ważniejsze było dla mnie to, że tak błahe przewinienie było w ogóle rozpatrywane na sądzie ostatecznym. Było to tak niesprawiedliwe, a ja film utożsamiłam z religią, która każe niewinne dzieci za takie głupstwo. Swoją drogą, czy dziś ktoś jeszcze przestrzega postu w piątki - nie wiem, nie mam w swoim otoczeniu gorliwych katolików. Czy to jest jeszcze naruszeniem kościelnych reguł? Rodzice nieświadomi wpływu telewizji na ich pierworodną nieletnią córeczkę w najlepsze froterowali podłogę filcowymi szmatami pod stopami. Zapach pasty do podłogi tak mi się wówczas podobał, ponieważ kojarzył się z poczuciem bezpieczeństwa, z domem, sobotą – dniem, w którym tata był w domu. A w filmie grała cała plejada wspaniałych aktorów. Swoją drogą chętnie bym go dziś obejrzała.

Maciej nie był narażony na wpływ telewizji na światopogląd, bowiem tata nie wyraził zgody na zakup telewizora. W domu za to było dużo prasy i to obcojęzycznej, mieli zatem szersze pole widzenia i ojciec i syn, jak troszkę dorósł. W domu (jak to w domu pisarza) było sporo książek, a młody Maciek sięgał po literaturę nie zawsze adekwatną do swojego wieku. Zanim jeszcze poszedł do szkoły czytał Szekspira Sen nocy letniej czy Wesołe kumoszki z Windsoru. Ja zaś kiedy nauczyłam się czytać przeżywałam katusze w związku z czytaniem na czas (wprowadzono taki eksperyment, kiedy byłam bodajże w drugiej klasie- liczono ile słów przeczyta dziecko w ciągu trzech minut. Pamiętam traumę wynikającą z tego, że wzorowa uczennica nagle dostała tróję za zbyt wolne czytanie. A moją lekturą były wówczas Na jagody, czy Bajka o sierotce Marysi. Płynnie czytać zaczęłam w okolicy trzeciej klasy podstawówki, a za Szekspira zabrałam się dopiero w ósmej klasie.

Autor pisze o tajnym znaczeniu pierwszej litery drugiego imienia członków rodziny. Dla mnie przez wiele lat takim tajnym znakiem była liczba czterdzieści i cztery. Wówczas wszyscy moi koledzy i koleżanki doskonale wiedzieli, co oznacza owo czterdzieści i cztery, była w tym jakaś magia, poczucie jedności niedostępnej tym, którzy nie znali znaczenia liczby. Coś co nas wyróżniało, wiara w martyrologię, jako naznaczenie wybranych. Dziś niewiarygodne, jak niewiele osób z niższym ode mnie peselem wie, co oznacza liczba 40 i 4

W kulturze kamuflażu, którą przesiąkli moi rodzice, taka jedna literka M czy S wystarczała dla zaspokojenia potrzeby zachowania pamięci. Po swoim pierwszym ślubie postanowiłem urzędowo potwierdzić to, że wszyscy znają mnie, jako Maćka, ale chcąc jednak zachować sobie tego Mariana jako drugie imię, bez zastanowienia pozbyłem się dotychczasowego drugiego – Ryszard- które wydawało mi się zupełnie nieistotnym dodatkiem. I okazało się, że sprawiłem tym przykrość tacie, który dowiedziawszy się o zmianie już po fakcie, zdradził mi, że ten Ryszard miał upamiętnić jego ojca, Rubina. (str. 103). Swoją drogę – czy ktoś dziś używa drugiego imienia, pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu podawało się w urzędowych dokumentach, dziś coraz rzadziej. Mam co prawda drugie imię w dowodzie, ale już w rozliczeniach podatkowych ich brak. A pamiętam jak mocno zastanawiałam się nad trzecim imieniem przyjmowanym podczas bierzmowania. Wtedy było dla mnie istotne, a dziś gdyby nie było imieniem mojej siostry nie pamiętałabym go wcale.

Wiele podobieństw we wspomnieniach i jedna zasadnicza różnica - pochodzenie, które u pana Macieja determinowało wiele, znosić musiał wiele nieprzyjemności, a jako chłopak wiele razy obrywał od chłopców, którzy tak wówczas, jak i dziś uważali (uważają) się za prawdziwych patriotów.

Dobrze się to czytało i miło przy okazji wspominało własne doświadczenia z czasów dzieciństwa. Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny