niedziela, 16 maja 2021

Dzień muzeów czyli kobieta zmienną bywa (wystawa Włodzimierza Szpingera w Ratuszu Gdańskim)

Mądrość i głupota
Kilka dni temu pisałam, że nie zwykłam uczestniczyć w impresach typu Noc Muzeów. Z powodu pandemii tegoroczna edycja miała nieco inny charakter i często zamiast Nocy Muzeów występował weekend muzeów, a odwiedzanie galerii rozłożono na dwa dni. Ponieważ zbiegło się to z pierwszym bezmaseczkowym weekendem nie mogłam odmówić sobie spaceru, choć pogoda do spaceru nie zachęcała. Padało, było zimno, wietrznie i pochmurnie w przeciwieństwie do facjat przechodniów, które były niezwykle pogodne, niemal rozanielone. Ludzie uśmiechali się do siebie. Nie bacząc na pogodę coraz liczniej wychodzili z domów. Przechodząc obok Ratusza - postanowiłam sprawdzić, czy dużo jest ludzi przy kasach. To był impuls, bowiem przy kasie nie było nikogo. Co prawda później nie było już tak sielsko, wejście na każdą z sal poprzedzało kilku (2-3 minutowe) oczekiwanie, ale nie czułam dyskomfortu. Tradycyjnie byłam dość wcześnie rano. Ostatnio w Ratuszu byłam jakieś trzydzieści lat temu na ślubie koleżanki. Zwiedzałam jego wnętrza jeszcze dawniej. Z przyjemnością obejrzałam siedzibę Rajców, Czerwoną Salę zdobioną niczym sale obrad w Pałacu Dożów w Wenecji, stare meble, biurko Prezydenta Adamowicza, obrazy i srebro, "Wielkiego Krzysztofa", ale o tym innym razem. W Ratuszu odbywała się wystawa obrazów pana Włodzimierza Szpingera, absolwenta Gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Nawet nie będę udawać, że znałam to nazwisko wcześniej. Jestem prawie pewna, że nie spotkałam się wcześniej z jego obrazami, są one bowiem tak charakterystyczne i tak wyraziste, że nie sposób byłoby ich zapomnieć. Rzadko nowo poznany twórca zyskuje moją sympatię tak od razu, od pierwszego spojrzenia. Te obrazy mogą się podobać, albo nie, ale myślę, że nie pozostawią widza obojętnym. One przykuwają wzrok, jednemu, aby wyrazić zachwyt, innemu, aby się skrzywić. Tak wiele się na nich dzieje, jest tłoczno, gwarno, kolorowo. Obrazy są baśniowe, tajemnicze, wydaje się, ze każdy z nich ma mnóstwo znaczeń, które chciałoby się odszyfrować. Są groteskowe, intrygujące. Ich antropomorficzne postacie są dziwaczne, ale sympatyczne (połączenie błazna z trollem o tułowiu zwierzęcia). Panujący na obrazach chaos jest harmonijny, co jest o tyle dziwne, że pojęcia te wykluczają się wzajemnie. Artysta na jednej z wystaw wspominał, że część obrazów powstała z miłości do podróży i nurkowania. Podróże i morski świat zajmują sporą część twórczości pana Szpingera. Nie jestem znawcą, więc poprzestanę na zaprezentowaniu kilku zdjęć z wystawy. Mam nadzieję, że was zainteresują.
W pracowni malarza


Post i karnawał

fragment obrazu Cyrk

Cyrk

Odkrycie Ameryki



W tych obrazach jest według mnie coś z Bruegla i coś z Boscha, coś z 200 tysięcy mil podmorskiej żeglugi Verne`a i coś z skandynawskich mitów, no i na pewno jest w nich też coś z twórcy, co dołożył od siebie. Jak będziecie mieli okazję obejrzyjcie.

                                                                 Arka Noaha
Przepraszam artystę, jeśli przekręciłam tytuł któregoś z obrazów.
Post scriptum Co do obrazu Mądrość i głupota nadal zastanawiam się, czy Błazen jest głupcem, czy raczej mędrcem?



niedziela, 9 maja 2021

Dzień Muzeów w opozycji do Nocy Muzeów

Niedługo Noc muzeów, impreza w której nigdy nie uczestniczyłam. Nie dlatego, żebym nie lubiła odwiedzać muzeów, ani też nie dlatego, abym uważała, że nocne zwiedzanie niczym nie różni się od tego za dnia. Myślę, że mogłoby ono mieć zupełnie inny klimat, coś z tajemniczości, coś z impresji. Inne światło, inne spojrzenie na eksponaty. Oczywiście pod jednym warunkiem, aby nie towarzyszyły mu tłumy zwiedzających. Niestety obrazki, jakie dotychczas oglądałam z nocnego muzeów zwiedzania nie były zachęcające. Kolejki ludzi do wejścia i tłumy w środku. Czyli coś, czego unikam, nawet  kosztem zarwanego snu i pobudki  przed świtem. A to przypomina mi otoczkę zwiedzania wystawy Fra Angelico w Paryżu. Tamta przechadzka pogrążonymi w ciemności uliczkami miasta miała swój urok. W pamięci pozostała nie tylko bajecznie kolorowa wystawa, ale także oświetlony budynek Opery (niczym na obrazie Gierymskiego Paryska Opera nocą), rozładunek  towarów do sklepików,  pachnąca kawa i chrupiący rogalik w znajdującej się po drodze kawiarence i to wrażenie lekkości bytu, o jakim wspomina koleżanka na jednym z zaprzyjaźnionych blogów. Wrażenie, o które trudno w tłumie.

Wróciwszy zziębnięta ze spaceru postanowiłam zrobić sobie Dzień Muzeów przeglądając katalog zdjęć zrobionych podczas wizyt w galeriach sztuki. Zdjęcia są kiepskiej jakości, co nie umniejsza sentymentu, z jakim je oglądam.

Hotel de l`Union

Jako pierwsza przypomniała mi się wystawa Fleur de Paris. Obrazy z kolekcji Villa La Fleur w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, jaka miała miejsce bodajże w 2017 roku. Wśród moich malarskich zainteresowań dominował do tej pory impresjonizm i malarstwo renesansowe. Jednak im więcej oglądam, im więcej czytam tym obszar poszukiwań staje się coraz większy. Staram się do każdej wizyty w galerii choć troszkę przygotować. Przynajmniej na tyle, aby wiedzieć, czego mogę się na niej spodziewać. Z reguły każde odwiedziny sprawiają iż do kolekcji malarzy, którymi pragnę się zainteresować, trafia kolejne nazwisko. Tym razem zainspirował mnie Natan Grunsweig urodzony w 1880 roku w Krakowie malarz żydowskiego pochodzenia. Najprawdopodobniej przed wybuchem I wojny światowej przeniósł się do Paryża, gdzie uczestniczył w kolejnych paryskich salonach. Paryż początku XX wieku przyciągał artystów z całego świata. Często byli to obywatele Europy środkowej żydowskiego pochodzenia, którzy tworzyli tam artystyczne kolonie na Montmartre a potem na Montparnassie. Natan przyjaźnił się z innym żydowskim malarzem  Chaimem Soutinem. Zauroczeni urodą Paryża,  pięknem jego architektury, swobodą życia bohemy przelewali swe wrażenia na płótno. Obrazy, które miałam okazje obejrzeć na sopockiej wystawie (widoki paryskich uliczek) miały charakter postimpresjonistyczny. Spodobały mi się ich kolory i mimo wyrazistych konturów jakiś posmak impresji.

Uliczka w Paryżu

Kolejnym odkryciem był Witold Wojtkiewicz na wystawie Kraków 1900, jaka miała miejsce na przełomie 2018 i 2019 roku w Kamienicy Szołayskich. Nawiasem mówiąc Kamienica to jedno z tych miejsc, które odwiedzam podczas każdej wizyty w Krakowie, bowiem poza tym, że znajdują się tam bogate zbiory malarstwa i pamiątek po Stanisławie Wyspiańskim odbywają się niezwykle interesujące wystawy czasowe. Nie pamiętam, czy na wystawie Kraków 1900 znalazło się więcej obrazów Wojtkiewicza – mój wzrok przyciągnął obraz zatytułowany Medytacje. Ten urodzony w 1879 roku artysta uważany był za przedstawiciela symbolizmu. Studiował w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, był uczniem Leona Wyczółkowskiego. Wojtkiewicz był nie tylko malarzem, był także ilustratorem w tygodniku Liberum Veto (nawiasem mówiąc, ciekawa jestem, czy dziś zatrudnia się ilustratorów w czasopismach), współpracował z kabaretem Zielony Balonik, dla którego stworzył cykl akwarel i rysunków, które zdobią ściany kawiarni Jama Michalika, projektował zaproszenia, winiety do książek a także kartki pocztowe. Przyjaźnił się z Boyem Żeleńskim i Romanem Jaworskim (pisarzem, do którego opowiadań tworzył ilustracje). Tworzył litografie przedstawiające aktorów Teatru Miejskiego w Krakowie. Ponadto pisał satyryczne teksty pod pseudonimem Witwoj. Jego prace na wystawie w Berlinie zachwyciły Andre Gide na tyle, że ten zorganizował wystawę jego prac w Paryżu oraz napisał wstęp do jej katalogu. Nie wiadomo czego jeszcze dokonałby Wojtkiewicz, gdyby nie ciężka nieuleczalna choroba, która zabrała go w 29 roku życia.

Medytacje.Popielec 1908

Medytacje. Popielec 1908 przyciągnęły uwagę melancholią, jaką nasycony jest obraz. Posypywanie głowy popiołem kontrastuje z ceremonialnością strojów uczestników obrzędu znajdujących się po jego prawej stronie. Dysonans pomiędzy radością życia tutaj połączoną z nudą a smutkiem połączonym z powagą, pomiędzy bielą i czernią, celebrą i spokojem. Postacie z prawej strony obrazu  mają coś wspólnego z Izabelą Łęcką kwestującą na grobach. Medytację odczytuję, jako rozważanie nad ceremonialnością Wielkiego Postu. Znajdująca się na pierwszym planie postać kobieca jest na pograniczu obu światów, jej spokój, skupienie w modlitwie (albo medytowanie) łączy ją z grupą żałobników, bogactwo stroju zaś z grupą celebrytek.

Kolejny malarz, którego obraz skradł moje serce to Ludwik de
Laveaux,
mimo francuskiego nazwiska
urodził się w Polsce w 1868 roku. Studiował podobnie jak Wojtkiewicz w Krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, tyle, że w pracowni Józefa Mehoffera. Studiował także w Monachium u Otto Seitza. W 1890 roku wyjechał do Paryża, podróżował po Bretanii, do Londynu i Oksfordu. Trudne warunki materialne, ubóstwo sprawiły, że zachorował na gruźlicę i zmarł w wieku zaledwie 25 lat. Stanisław Wyspiański na jego postaci wzorował Widmo, które ukazuje się w Weselu siostrze panny młodej. Maria Mikołajczykówna, siostra panny młodej była jego narzeczoną. Sam Ludwik znany był z licznych romansów. Pierwszym obrazem tego malarza, obrazem, który przykuł moją uwagę było Kawiarnia paryska w nocy znajdująca się w zbiorach stołecznej Galerii Narodowej. Niezwykle lubię nokturny. Ludwika podobnie, jak wcześniej wielu innych malarzy (jak choćby Van Gogh, Gierymski) interesowało, jak namalować noc. Wynalezione niedawni sztuczne oświetlenie było wyzwaniem dla artystów, dawało im zupełnie inne możliwości pracy, uzyskanie ciekawych efektów, pokazanie gry świateł, a jednocześnie takie nocne przedstawienia niosły za sobą tajemniczość. Często bardziej interesuje nas to czego nie widać, niż to co widzimy na pierwszym planie.

Kawiarnia paryska w nocy podobnie, jak inne nokturny to połączenie jasnego, punktowego światła nocnych latarni i oświetlonego pawilonu z postaciami eleganckich gości przy stolikach kawiarni. Granat nocy skrywa jej tajemnicę, a zgromadzone wokół światła postacie niczym ćmy garną się do światła. Ilekroć patrzę na ten obraz chciałabym znaleźć się nad Sekwaną w objęciach nocy z lampką wina lub kieliszkiem calvadosu, są to bowiem wspomnienia czasu beztroski, swobody i radości. Jednak patrząc na ten obraz należy uświadomić sobie, iż dla żyjącego w ubóstwie, ciężko chorego malarza nie był to czas radości, raczej jakaś zachłanna chęć utrwalenia chwili, niepokój wiążący się z tym, co nieuchronne i tak bliskie.

Ludwik nie został dobrze przyjęty w Paryżu, mimo francuskiego nazwiska słabo znał język przodków. Jego nocne wędrówki po mieście i szkicowanie budziły politowanie obserwatorów. Był na ulicach Paryża niczym widmo z Wesela, którego Marysia pytała:

Ka ty mieszkasz, kaś ty jest?
Jechałeś do obcych miest,
czekałam cie długo, długo
i nie doczekałam sie.
Kaś ty jest, kajś ty jest,
gdzie ty mieszkasz, gdzie?

Gdańsk w XVII wieku Gerson Wojciech
Kolejne podczas mojego Dnia Muzeów odkrycie to Wojciech Gerson przedstawiciel akademizmu i realizmu, czyli kierunków, które nie są mi szczególnie bliskie. Zapewne dlatego nie budził dotąd mojego zainteresowania. W przeciwieństwie do dwóch wspomnianych wyżej artystów żył dłużej, dożył siedemdziesiątki. Studiował na Oddziale Architektury Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Doskonalił swój warsztat także w Paryżu. Był jednym z członków założycieli warszawskiej Zachęty. Uczyli się u niego między innymi Chełmoński, Okuń, Pankiewicz, Podkowiński, Stanisławski i Wyczółkowski. Ciekawostką jest to, iż od 1867 roku nauczał prywatnie w swej pracowni także studentki i amatorów. Kładł nacisk na studium z natury i warsztat rysunkowy, odrzucał nowe prądy artystyczne (jak impresjonizm, symbolizm), najwyżej cenił malarstwo historyczne w patriotyczno-dydaktycznej oprawie. Uczestniczył w licznych wystawach, był artystą docenianym i poważanym, miał wiele osiągnięć. Generalnie parał się tego rodzaju sztuką, która nie wywołuje moich emocji. Kompozycje historyczne, alegoryczne i religijne. Aspirował do bycia drugim Matejko.

Wojciech Gerson pozostałby dla mnie tylko nazwiskiem, którego dzieł nie potrafiłabym wymienić, gdyby nie dostrzeżony w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu obraz Gdańsk w XVII wieku. Moje miasto jest tak fotogeniczne, że uwielbiam oglądać je w każdej postaci, a szczególnie interesują mnie obrazy Gdańska sprzed wieków. Widok Żurawia i  pobrzeża z perspektywy Wyspy Spichrzów to widok, na jaki mogłabym patrzeć bez końca. Zapewne w XVII wieku mniej było amatorów na takie nad miastem zachwyty. To mam wydaje się, że życie toczyło się wolniej i spokojniej, tymczasem tygiel językowo - kulturowo- religijny jego mieszkańców i przybyszy nie miał czasu na podziwianie pejzaży. Do portu przypływały wciąż nowe statki z towarem. Trzeba było się zająć  rozładunkiem,  kupcy musieli wynegocjować cenę, urzędnicy naliczyć cło, a marynarze zasięgnąć języka, gdzie najlepiej wydać ciężko zarobiony grosz. Jakaś kobieta sprzedaje ryby, dziewczyna szuka okazji do zarobku.

A ja z przyjemnością oglądam tę chwilę sprzed wieków tak inną od dzisiejszej codzienności umieszczoną na doskonale znanym tle portowego dźwigu i kamieniczek przy nabrzeżu. I pojawia się inna tęsknota – tęsknota wycieczki tym razem nie w przestrzeni, ale w czasie. 

Na zakończenie jeszcze jedno odkrycie z Galerii Narodowej w Warszawie Claude Joseph Vernet i jego widok portu o poranku. Niewiele wiem o tym urodzonym w 1714 roku w Awinionie maryniście, pejzażyście, ale ten obraz przykuwa uwagę za każdą wizytą w Muzeum.

Nie miałabym nic przeciwko temu, aby zawisł w moim mieszkanku. Podoba mi się nostalgia za utraconą Arkadią, jaką prezentuje ten sielski widoczek. W dodatku jest tu morze, moje ukochane morze i statek symbolizujący zapowiedź podróży. 

Oczywiście takich odkryć mam całą kolekcję. Może kiedyś do niej jeszcze wrócę. 

poniedziałek, 3 maja 2021

Dziesięć lat pisania i … co dalej?

Dekadę temu założyłam bloga Moje podróże. Wcześniej prowadziłam go na innej platformie i nosił nazwę  Z dziennika grafomanki w średnim wieku. Wydaje mi się, iż była ona bardziej adekwatna do jego treści. Dziś pochlebstwem byłoby zaliczanie się do grupy wiekowej średniaków. Pierwszy wpis powstał w lipcu i dotyczył książki, której treści nie pamiętam. Ale już kolejne wpisy to cykl wspomnień z włoskich podróży. Początek  zachwytów i radości z odkrywania nowych lądów, pierwsze samodzielne podróże.   

Chyba każdy z blogowych dinozaurów zastanawia się po dekadzie pisania czy jest sens kontynuowania tej przygody.  

Moim zdaniem,  dopóki pisanie sprawia nam przyjemność (choć czasami sam proces „twórczy” bywa drogą przez mękę, do czego doszłam po latach) i dopóty jest choć jedna osoba, która od czasu do czasu u nas zagości warto to robić. No i,  o zgrozo, coraz częściej robię to dla siebie, traktuję bloga, jako dysk zapasowy pamięci, do którego z przyjemnością wracam. Jeszcze kilka lat temu byłam oburzona stwierdzeniem pewnej pisarki, iż pisze ona dla siebie. Wydawało mi się wówczas, iż pisać powinno się dla czytelników. Dziś uśmiecham się do własnych sądów.    

Zamierzam dalej się w to bawić i wbrew temu co napisałam wyżej jest mi niezmiernie miło, jeśli jest jakaś reakcja na to moje pisanie.  

Przez te lata zdążyłam zawrzeć kilka wirtualnych znajomości z osobami o pokrewnych zainteresowaniach i osobami o pokrewnych duszach. Z paroma osobami udało mi się spotkać i były to bardzo miłe spotkania (z Gosią vel Czarą, z Joasią vel Holly, które pokazały mi swój Paryż, z Dorotą, vel Bee, która oprowadziła mnie po Wrocławiu, z Ewą, wychodzącą  codziennie naprzeciw szczęściu, która  pokazała mi Białystok i Supraśl, z Iwoną vel Kaye, z którą rozmawiałyśmy przy kawce i małym co nieco w Gdańsku i Warszawie. Do dziś aktywne są trzy dziewczyny; dwie paryskie koleżanki ku mojemu zasmuceniu przestały nadawać. Holly jakże tęsknię za twoimi relacjami kulturalnymi, zapowiedziami wystaw, lub reportażami z tychże, Czaro, jakże mi brak twojego rozcinania pomarańczy, błyskotliwych miniaturek, których tak ci zazdrościłam.

Nie miałam okazji poznać osobiście Lirael, poznałam natomiast kilkanaście poleconych przez nią książek, które stały mi się bardzo bliskie. Przez jakiś czas gościła w moim życiu Ada z bloga Kraków i okolice, której wpisy o młodopolskich artystach przeplatane cytatami z Marka Aureliusza czytałam po kilka razy (i choć to byłoby naganne, żałuję, że sobie ich nie skopiowałam), jej  śladami wędrowałam po Krakowie (szukając pamiątek po Wyspiańskich czy Mehofferze). Takich osób które w jakimś momencie przygody z prowadzeniem bloga były mi bliskie było dużo więcej. Szkoda, że zaprzestały pisania. Na szczęście są inni wierni towarzysze tej wędrówki, których blogi z przyjemnością odwiedzam (lista po lewej stronie).

Miałam też okazję poznać Renię vel Paren, która zaprosiła mnie do klimatycznej poznańskiej knajpki na sympatyczną pogawędkę i której zawdzięczam dzisiejszy obrazek.

Nie będę pisała, ile powstało wpisów, ile osób zajrzała, część pewnie zabłądziła, ile było komentarzy. Wszystkim zaglądających i komentującym dziękuję i zapraszam nadal mimo pandemii bez limitów odwiedzin. 

A kto już zaszczepiony  zapraszam pod stół  z książkami na herbatkę z ciasteczkami. Dopisane po komentarzu Mo- aby nie było że wykluczam, czy łamię konstytucyjne prawa, to niezaszczepionych zapraszam na krzesełko, trzeba tylko zdjąć zeń książki.

I życzę wszystkim ciągłej radości z pisania.

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Klucze Maria Kuncewiczowa

Poetycki dziennik  tułaczki po Europie, którą autorka obyła z powodu wybuchu wojny. Klucze to opisy wędrówki przeplatane ze wspomnieniami; momentami pięknymi, momentami bolesnymi, ale zawsze nostalgicznymi. Fragmentaryczne obrazy świata, z których każdy wart jest utrwalenia tworzą złożoną kompozycyjną całość ilustrującą pewien wycinek dziejów.  Można odnieść wrażenie, iż pisarka będąc w środku wydarzeń jest jednocześnie obok nich, może dzięki temu dostrzega to co niedostrzegalne dla innych, a może sprawia to jej wrażliwość. Rozczarowany będzie czytelnik szukający w lekturze reporterskiego zapisu faktów. 

Dlaczego zostawiali mieszkania, domy, wspomnienia, rodziny i znajomych i jechali w niepewne... Czy bezpieczniej było wyjechać, czy zostać i czy robiło się to dla zapewnienia poczucia bezpieczeństwa. Pytania bez odpowiedzi.

Niekoniecznie najpodlejsi uciekali - czasami uciekali najczulsi. Ci którym sufit nigdy nieba nie zastępował. Którzy leżąc wieczorem w łóżku, słyszeli rytm ciał niebieskich i wtedy zapominali o gotówkowym obrocie. Ci którym niebo, wolne od nienawiści, potrzebne było do życia. (str.27)

Czy jest to pewnego rodzaju usprawiedliwienie? A może próba odpowiedzi tym, którzy wywodzili swą wyższość z samego faktu pozostania.

Po lekturze zostają obrazki.

Bukareszt – kolejki w ambasadzie i stosunek mieszkańców do przybyszów.

To, że teatr Wielki i Zamek, i Zachęta leżały w gruzach, że spod płyt chodników warszawskich ciągnęło trupami, że Polska znowu zniknęła z mamy,  nie mogło jeszcze w październiki 1939 roku dezorganizować herbat w Bukareszcie. Ich teatry, zamki, wystawy funkcjonowały, romanse, choroby szły normalnym trybem, dzieci wracały z wakacji, nieboszczyków grzebano wśród chryzantem i pieśni. Rumuni mieli sobie mnóstwo do powiedzenia po wyjątkowo pięknym lecie, u progu zimowego sezonu (str.67)

Patrzyli na nas z nabożeństwem, jak na wypróbowanych aktorów tej samej tragedii, której bali się zostać prowincjonalnymi komparsami. […] Proponowali adopcję naszych dzieci. Jedyna słabostka na jaką sobie pozwalali, to nadzieja, że i tym razem podejmiemy się na wschodzie Europy wszystkich ról tragicznych. (str. 68)  

Paryż – matura, którą polecono zdawać młodzieży nierzadko mającej już zdane świadectwo dojrzałości w boju.

We wrześniu katastrofa narodu pochłonęła osobiste dzieje i wielu uczniów przemieniło się wtedy w żołnierzy. Zimą we Francji niektórych odesłano z obozów wojskowych do liceum. […] W polskim ministerstwie oświecenia gestapo założyło swój sztab. Szczury, nietoperze i pająki kształciły się w warszawskich szkołach. A oni, na Quai d`Orleans, siadywali zatopieni w romantykach i w Małym roczniku statystycznym, równie nieaktualnym jak „Promethidion” Cypriana Kamila. Podręcznikowa historia zatrzymała się na datach sprzed Września, geografia szkolna nie znała miejsc, które dzienniki drukowały tłustym drukiem, spory Gwelfów z Gibellinami oraz logarytmy zachowały ważność, bohaterowie tragedii klasycznych teraz  właśnie odsłaniali swoje sekrety. Młodzież – ćwicząc mózgi na te lata, kiedy wyobraźnia miała stanowić jedyną broń wobec tyranii  narodów i społeczeństw – bardziej współczuła Antygonie czy Konradowi niż Weygandowi, Starzyńskiemu czy Wilhelminie Holenderskiej (str. 111/112) 

Paryż to oczywiście nadzieja i śmierć nadziei na braterstwo broni.

Londyn - gdzie za dnia o wojnie przypominały jedynie tabliczki z informacją o nalocie powietrznym, a noce spędzano w podziemiach metra.

Po restauracjach orkiestry nie przestawały grać, kelnerzy krążyć z tacami. Kapelmistrz, czasami piccolo, prezentował publiczności tablicę z napisem „Air raid” kłaniając się, jak gdyby te słowa były nazwą popularnego szlagieru- nikt oczywiście nie wychodził. Na seansach codziennych w kinie te słowa zjawiały się pośród ekranu, przecinając akcję, jak pomylony komentarz. I uwaga publiczności, niecierpliwie wracała do akcji. Goście nie przerywali wizyt, lekarze auskultacji, księża nabożeństw, nauczyciele lekcji, zakochani transu. Wyglądało na to, że życie, które ma się do stracenia w dzień, nie jest warte obrony ani żalu. (str. 130).

Angielska herbatka- której nie powinno zakłócać się rozmowami o wojnie.

Zobaczyłam ten moment, kiedy na stoliczku przede mną roztoczona zostanie wytworność angielskiej herbaty, na którą złożą się posagi babek, łupy kolonizatorów i obrzędowe gesty pani domu. Zobaczyłam staranny uśmiech wdowy i jej gorliwą chęć przyjęcia gościa, poczułam zapach róż i usłyszałam pytanie; Czy była pani w tym tygodniu w Londynie?” Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że tych pytań będzie dużo, że będą następowały po odpowiedziach bardzo szybko …..bo wdowa będzie się śmiertelnie bać, żebym nie zaczęła mówić o tej strasznej Warszawie; i swego strachu będzie się mężnie zarzekała. Aż wreszcie – kiedy wypijemy po dwie filiżanki angielskiej herbaty, kiedy wypróbuję wszystkie gatunki ciast i zbiorę się do wyjścia- jej napięte rysy zelżeją, czoło się wygładzi, pierś swobodnie odetchnie. (str. 168)

I wreszcie obrazek starej Angielki - monografistki polskich romantyków, która dzień w dzień, za grubą kotarą oddawała się studiom Homera, Wergilego i Dantego, Mickiewicza, Słowackiego, Krasickiego, Norwida (pracy odkrywania i powiększania świata, kiedy niemieccy lotnicy co dzień ten świat pomniejszali o kilka dusz i skrawek zniszczonej ziemi). Jej życie pięknie spuentowała pisarka -  z sumiennością odrabiała zadania, których jej nikt nie powierzał, a sytość duszy uważała za dobrą zapłatę (nieco zmodyfikowany cytat ze strony 139).

A pomiędzy tymi podróżami wspomnienia warszawskiego mieszkania i kazimierskiego domu. 

Książka napisana przepięknym językiem, z licznymi odniesieniami literackimi i historycznymi. Opowiada o sprawach bolesnych w sposób lekki, bez niepotrzebnego epatowania dosłownością i bez patosu.  Jedyny mankament to częste wtrącenia w obcych językach bez odniesień do ich tłumaczenia. Dla mnie dodatkową zaletą jest wspominanie miejsc, które znam i historii, które są mi bliskie.

A kiedy mowa o nostalgii to wspominam z tęsknotą czas, kiedy brałam udział w wyzwaniu czytelniczym miesiąc z Marią które wymyśliła Lirael, autorka cudownego, niestety nieaktywnego już bloga Lektury Lirael To jej zawdzięczam odkrycie Cudzoziemki, którą zaliczam do jednej z najlepszych powieści, jakie czytałam.

niedziela, 18 kwietnia 2021

Rozwód w Budzie Sandor Marai

Wydawnictwo Czytelnik 2019 rok

Rozwód w Budzie, choć zdecydowanie mniej esencjonalny przypomina Żar Maraia. Podobnie jak tam cała akcja dzieje się podczas jednego spotkania odbywającego się w trakcie jednej nocy. Do sędziego Krisfofera Komives przychodzi jego dawny kolega szkolny – doktor Greiner. Następnego dnia sędzia ma go rozwieść. Podobnie, jak w Żarze i tutaj mało znaczące zdarzenie z przeszłości wywrze skutek na życie kilku osób. Ustabilizowany zawodowo sędzia, przykładny mąż i ojciec, wspinający się powoli, ale mozolnie na szczebelkach urzędniczej kariery, pogodzony z otaczającym go światem, który może nie jest najlepszy, ale którego zamierza bronić, bo tylko on daje mu poczucie bezpieczeństwa i stabilizację poddany zostaje próbie. Wysłuchanie spowiedzi dawnego kolegi sprowokuje go do przewartościowania swojego życia.

Węgry u progu XX wieku. Z jednej strony mamy konserwatywne społeczeństwo (nazywane przez bohatera rodziną), mające swe wielopokoleniowe zwyczaje. Z drugiej strony pojawia się jakaś nerwowość, powstają nowe ruchy, które dążą do zburzenia starego porządku.

Bo na samym dnie, w samoświadomości rodziny, w nowym pokoleniu już coś dojrzewało-niezadowolenie, które szukało nowych haseł, by móc się wyrazić. Młodzi szykowali się do czegoś, zarówno na dole, jak i na piętrach, gdzie znajdowały się mieszczańskie apartamenty! Komives każdym nerwem wyłapywał owo szykowanie się, ale wyczuwał i to, że już nie należy do grupy tych młodych (str. 27).

Komives, choć nie uświadamia sobie tego, nie czuje się zbyt dobrze w tym świecie. Irytują go własne słabości, bunt organizmu, tycie i zawroty głowy. Nie lubi wieczornych spotkań ze znajomymi i niechętnie opuszcza miejsce pracy, w którym czuje się względnie bezpiecznie. Wychodząc z biura wpada w panikę z obawy przed otaczającym go światem.

Sędzia urodził się na granicy dwóch światów, denerwują go obyczaje przodków, konwenanse, brak okazywania uczuć, a jednocześnie nie potrafił się pogodzić z ideą burzenia starego porządku.

Życie to obowiązek, któremu trzeba uczynić zadość, oczywiście to ciężki i skomplikowany obowiązek, niekiedy trzeba go wypełnić z samo poświęceniem, jakoś znieść. … Umiał ludziom współczuć i ich żałować, nie umiał ich rozgrzeszyć. Wierzył w wolę; wola jest wszystkim głosił, wola i dobrowolne posłuszeństwo, a mówiąc łagodniejszymi słowami: tylko pokora, chrześcijańska pokora mogła pomóc miotającemu się człowiekowi przetrwać nieznośne…. trudne do wytrzymania życiowe kryzysy (str. 21)

Jeśli wszyscy pozostaną na swoich miejscach …. Jeśli wszyscy będą wypełniali swoje obowiązki, to może da się ocalić rodzinę, do której przynależał, na którą złożył przysięgę, na tę wielką, wielką rodzinę. (str. 27)

… żył w taktownym i ukrywanym ubóstwie, w kręgu rodzinnym, dokładnie i sumiennie wypełniał swój urząd, unikał krętych dróg labiryntu bieżącej polityki i stykał się tylko z ludźmi pochodzącymi z tego samego świata co on, jego własne życie, każdego dnia, o każdej godzinie, mogła poddać badaniu jakaś oficjalna władza…. Miał wrażenie, że jest pożytecznym i porządnym członkiem społeczeństwa. (str. 51).

Rozwód w Budzie to kolejne u Maraia wspaniałe studium psychologiczne. To także studium wpływu zimnego wychowania na całe późniejsze, dorosłe życie. Te niespełna dwieście stron tekstu kryje niezwykłe bogactwo treści. Jest tu mowa o tęsknocie, rezygnacji, pogodzeniu, obojętności, przemijaniu, o nie zagojonych ranach z przeszłości, o  a także o życiu pojmowanym, jako egzystowanie i o uczuciach, które z tej egzystencji mogę uczynić coś więcej. 

Rozwód w Budzie przy Żarze wypada nieco słabiej, ale jest pozycją wartą lektury dla osób, którym nie straszne psychologiczne rozważania. 

Marai jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

Książka przeczytana w ramach losowania u Anny