Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 1 września 2026

Lekko spóźniony sierpień z Bitwą pod Grunwaldem Matejki

 



Chyba nie ma osoby, która nie znałaby Bitwy pod Grunwaldem. Nawet jeśli nie mieliście okazji oglądać jej w sali matejkowskiej Warszawskiego Muzeum Narodowego znacie go z licznych reprodukcji. Natomiast czy znacie jego losy wojenne?

Wojna to ogromne zagrożenie dla dzieł sztuki,  nie tylko z powodu działań wojennych, ale też jako pokusa dla pragnących się wzbogacić. Czy można by jednak Bitwę pod Grunwaldem spieniężyć? Okazuje się, że tak. Hitlerowscy okupanci w trakcie działań wojennych wyznaczyli ogromną nagrodę za wskazanie miejsca jej ukrycia. A wszystko z powodu przedstawionego tu tematu. Ale o tym za chwilę. 


Historia obrazu do wybuchu II wojny światowej
Pierwsza publiczna prezentacja miała miejsce 29 października 1878 r. W okresie, kiedy kraj był pod zaborami obraz stanowiący lekcję patriotyzmu był tak ważny dla Polaków, iż urządzono publiczne uroczyste obchody dla uczczenia malarza. Dzieło zaprezentowano w krakowskiej Sali Ratusza, a samemu mistrzowi wręczono berło, jako symbol panowania w dziedzinie sztuki. Żaden polski malarz nie dostąpił takiego zaszczytu. Dzieło nie było już własnością Matejki. Jeszcze we wrześniu zakupił je warszawski bankier Dawid Rosenblum. Kwotę 40 tysięcy rubli potraktował jako inwestycję. Obraz był odwożony po miastach polskich i stolicach europejskich i pokazywany za pieniądze. Po jego śmierci spadkobiercy sprzedali obraz Towarzystwu Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie i tam pozostał do września 1939 r. 

Co Niemcom do Bitwy pod Grunwaldem? 

Klęska wojsk krzyżackich z 1440 r. była dla nacjonalistów głoszących chwalę wielkiego narodu niemieckiego niezabliźnioną nawet po pięciu wiekach raną. Już w trakcie rozbiorów zdobyty przez Polaków w bitwie pod Grunwaldem ołtarzyk polowy Jagiełły ofiarowany kapitule gnieźnieńskiej wywieziono do Berlina. W czasie pierwszej wojny światowej feldmarszałek Hindeburg tak zaplanował bitwę z nacierającymi Rosjanami, by stoczyć ją możliwie najbliżej Tannenbergu czyli polskiego Grunwaldu. Niemcy nazwali ją drugą bitwą pod Tannenbergiem, gdzie wzięli rewanż za tę pierwszą. Gdy w 1938 roku Poczta Polska wydała znaczki upamiętniające zwycięstwo Jagiełły Berlin złożył protest, a polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie chcąc zadrażniać stosunków z sąsiadem poleciło wstrzymać emisję znaczków.
Skoro mały znaczek pocztowy mógł wywołać protest dyplomatyczny to co dopiero olbrzymi obraz nie dość, że przedstawiający klęskę, o której Rzesza nie chciała pamiętać, to jeszcze przedstawiający ją w sposób upokarzający dla pokonanych.

Wg niemieckich kronik wielki mistrz krzyżacki von Jungingen zginął z rąk jednego z dowódców tatarskich, co było śmiercią chwalebną, jako, że zginął z ręki wielkiego wojownika w dodatku niechrześcijanina (a zatem zginął za wiarę). Matejko zaś przedstawił półnagiego chłopa, który włócznią Św. Maurycego przebija mistrza krzyżackiego. Nie dziwi zatem upór z jakim naziści usiłowali wytropić obraz (aby zapewne go zniszczyć).

Bitwa pod Grunwaldem w czasie II wojny

Pakowanie zbiorów Zachęty rozpoczęto dopiero 30 sierpnia. O ile inne obrazy zdołano zdjąć ze ścian i zapakować w skrzyniach o tyle starsi pracownicy muzeum (których ominęło powołanie do wojska) nie byli w stanie zdjąć kilkuset kilogramowego obrazu o wymiarach ponad cztery metry na niemal dziesięć metrów. Na pomoc wezwano przechodniów. I choć omal nie zakończyło się to tragicznie przygnieceniem wicedyrektora Muzeum udało się obraz zdjąć ze ściany i nawinąć płótno na cztero i pół metrowy drewniany walec. Wraz z Bitwą umieszczono na wale też matejkowskie Kazanie Skargi. Wał umieszczono w solidnej drewnianej skrzyni wyłożonej azbestem. Kilka dni czekano na środek transportu, aby wreszcie pięciometrową ważącą półtorej tony skrzynię przewieźć na platformie konnej do Lublina. Skrzynię wypakowano na wewnętrznym dziedzińcu lubelskiego muzeum, a parę godzin później miasto zostało zbombardowane. Jedno ze skrzydeł Muzeum zostało zniszczone, zginęło paru pracowników muzealnych. Jednak skrzynia cudem ocalała. Była jednak tak ciężka, że nie dało się jej przesunąć. W desperacji rozbito ją siekierami, a obrazy na walcu wstawiono do Sali wystawowej zastawiając je skrzyniami ze zbiorami rzemiosła ludowego. Ponieważ obawiano się iż zbyt wiele osób wiedziało o ukryciu obrazów w Sali muzeum Lubelskiego dla niepoznaki naprawioną skrzynię załadowano z wielkim i udawanym wysiłkiem na wojskową podwodę i wywieziono za miasto. Mieszkańcy sądzili, że obraz wojsko wywiozło do Rumunii. Takie też wieści rozpowszechniało później  londyńskie radio. Kiedy Niemcy wkroczyli do Lublina dyrektor muzeum polecił zaufanym pracownikom zbudować wielką drewnianą ladę, do której schowano obrazy, a na wierzchu ustawiono książki, w ten sposób sporządzono atrapę biblioteki. Do wiosny 1941 roku obrazy bezpiecznie przeleżały w tej zaimprowizowanej bibliotece. Niemcy cały czas prowadzili intensywne poszukiwania obrazu wyznaczając ogromną nagrodę za wskazanie miejsca jego przechowywania. Bez rezultatu.  Kiedy ogłoszono przejęcie gmachu muzeum na germańskie centrum kultury pozostało kwestią dni znalezienie schowka. Kierownictwo muzeum z narażeniem życia zorganizowało wywiezienie obrazu. Na drabiniastym wozie udało się pod nosem Niemców przewieźć zamaskowany rupieciami walec. Wykorzystano masową wywózkę Polaków, jako pretekst rzekomej przeprowadzki mieszkańców. Walec ponownie włożono do skrzyni i przewieziono do szopy w siedzibie Taborów Miejskich. obrazy owinięto papą, uszczelniono sianem. Na skrzynią po kilku dniach ułożono i zabetonowano kliner, a stodołę odwodniono. Tak Bitwa pod Grunwaldem przetrwała wojnę pod ziemią.  Obraz wydobyto z kryjówki w październiku 1944 r. 
Taką to ciekawą historię obrazu przedstawiają w I tomie Sztuki zagrabionej Uprowadzenie Madonny Włodzimierz Kalicki i Monika Kuhnke.
Matejko nie należy do moich ulubionych malarzy, co potwierdza też to, iż w swoich bogatych zbiorach zdjęć z MNW mam tylko jeden obraz Bitwy pod Grunwaldem. 
Macie swoje skojarzenia związane z obrazem, udało się wam go obejrzeć w Warszawskim Muzeum Narodowym, do którego trafiło po przejściu konserwacji, a może macie inne ulubione obrazy Matejki?

Jest tak duży, iż trudno zrobić mu dobre zdjęcie, należałoby fotografować fragmentami. 

czwartek, 20 sierpnia 2026

Arboretum w Kórniku ma już dwieście lat

Zamek Kórnicki oglądany z Ogrodu

Od dawna zazdrościłam moim koleżankom i kolegom, którzy odwiedzali wspaniałe ogrody dendrologiczne. W tym roku odpowiednio wcześnie sprawdziłam czas kwitnienia różaneczników i w połowie maja wybrałam się do Kórnika. Ku ścisłości to wybrałam się do Poznania, z którego zrobiłam wycieczkę do Kórnika. Dwa lata temu udało mi się odwiedzić kórnicki zamek, tym razem moim celem były kwitnące krzewy. Prognozy pogody zapowiadały na poniedziałek fantastyczną ciepłą, słoneczną aurę. Poniedziałek zaś miał zapewnić mniejszą ilość odwiedzających. W tym roku jednak pogoda nie po raz pierwszy sprawiła mi psikusa. Kiedy wysiadłam z autobusu w Kórniku było pochmurnie i zaczynał kropić deszczyk.
Na szczęście przestał, kiedy tylko przekroczyłam bramę ogrodu. Miało to też swoje dobre strony, przy tak pochmurnej pogodzie gości było niewielu, mogłam więc poczuć się chwilami jedyną posiadaczką tego fantastycznego przybytku.
Zawsze zachwycałam się zdjęciami koleżeństwa blogowego, ale zobaczenie tego bogactwo kolorów i rodzajów daje nieporównanie większe i silniejsze doznania. Buzia się śmieje mimo braku słoneczka.
Ogród jest ogromny i ponoć zawiera największą w Polsce i czwartą w Europie ilość gatunków zbiorów (drzew i krzewów). Ja skupiłam się na różanecznikach i co chwila odkrywałam ich nowy odcień, nowy kolor, a nawet nowy kształt.
Zapraszam do zaczarowanego ogrodu.










Oczywiście moim celem były różaneczniki bo to czas ich kwitnienia, ale zachwyciła mnie soczysta zieleń drzew a także zakątek poezji poświęcony urodzonej w pobliżu Kórnika Wisławie Szymborskiej, w którym odnalazłam mój wielokrotnie cytowany na blogu wiersz Muzeum.

Ten któremu Kórnik zawdzięcza arboretum, czyli Tytus Działyński

Co do mnie żyję proszę wierzyć, mój wyścig z suknią nadal trwa, a jaki ona upór ma (tak mogłabym dziś o sobie napisać, pogrążona w depresji, pod wpływem ciężaru opieki, którego nie mogę udźwignąć).

Moje zmagania z depresją spowodowały rzadsze odwiedziny w blogosferze. Ale nadal się nie poddaję, walczę.

 

piątek, 31 lipca 2026

Lipiec z Widokiem portu o poranku Claude Josepha Verneta

 

Widok portu o poranku Vernet


W ostatni lipcowy dzień przypomniałam sobie o moim cyklu malarskim. Dziś będzie króciutko, gdyż informacji o tym malarzu mam niewiele. Jeśli ktoś coś wie proszę o komentarz. Będę wdzięczna. Temat morski wydał mi się odpowiedni dla ochłody w ten upalny dzień. Odkąd prowadzę blog kilkakrotnie wspominałam o obrazie Widok portu o poranku. Spodobał mi się o pierwszego ujrzenia go w Sali Muzeum Narodowego w Warszawie. Nazwisko malarza nie mówiło mi absolutnie nic.

C.J. Vernet był francuskim marynistą, pejzażystą i miedziorytnikiem. Urodzony na początku XVIII wieku był synem i uczniem malarza, znanego dekoratora. To ojcu zawdzięcza skierowanie na nauki do doświadczonych malarzy, a następnie wysłanie na studia do Rzymu. Po ich ukończeniu podróżował po Włoszech i doskonalił się w sztuce malowania pejzaży morskich i wedut. Tematy marynistyczne były wówczas modne i cieszyły się dużym zainteresowaniem. Po powrocie do ojczyzny został członkiem Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby. Na zlecenie króla Ludwika XV namalował cykl 24 obrazów przedstawiający porty morskie. 
Zlecenie miało charakter propagandowy, gdyż obrazy miały sławić potęgę morską Francji. Kiedy patrzę na jedyny znany mi obraz Verneta Widok portu o poranku nie widzę tu nic co by mogło się kojarzyć z propagandową działalnością państwa. Być może ten obraz nie należał do zamówionego przez Ludwika XV cyklu. Widzę romantyczny, nostalgiczny obrazek przedstawiający świat beztroski i piękny. Nawet pracujący tu ludzie sprawiają wrażenie zadowolonych, jakby przebywali w krainie wiecznej szczęśliwości, mitycznej Arkadii. Ten sielski widoczek uspakaja i odpręża. Nie wiadomo gdzie został namalowany, gdyż malarz często w realistyczne pejzaże wplatał fikcyjne obiekty architektoniczne, komponował sobie przestrzeń wg własnego pomysłu. Trudno mi oceniać jego walory malarskie nie mniej wizualnie bardzo wpasował się w mój gust. Coś jakby David Fridrich Caspar, choć obrazy Niemca są bardziej niepokojące, tajemnicze, nie tak relaksujące. U Fridricha człowiek jest samotny, tutaj ludzie są w grupie. 
Powtórzę to, co już kiedyś napisałam- taki obraz mógłby wisieć w mojej sypialni, gdyż miło byłoby budzić się z takim widokiem. 

Obraz nabył król Stanisław Poniatowski do swojej kolekcji. Nie wiadomo, czy kierował się jedynie nazwiskiem znanego i popularnego francuskiego malarza, czy i jemu spodobał się widoczek. Obraz posiadał pendant zatytułowany Widok portu nocą. Niestety zaginął on podczas II wojny światowej.

O samym artyście niewiele można się dowiedzieć, poza tym że pochodził z rodziny artystycznej, malarzem był nie tylko jego ojciec, ale też i syn oraz wnuk.

piątek, 10 lipca 2026

Praga trochę słońca, trochę deszczu


Jan Hus na rynku staromiejskim w Pradze

Na pomysł z odwiedzeniem Pragi wpadłam, kiedy usłyszałam o połączeniu kolejowym. Zanim się tam wybrałam postanowiłam choć trochę liznąć czeskiej kultury i historii. Z czeskich pisarzy do gustu przypadł mi jedynie Kafka, którego przeczytałam Proces, z Kunderą jakoś nam nie po drodze, choć nadal próbuję. Zapoznałam się ponownie z reportażami Mariusza Szczygła Zrób sobie raj. Wg mojej wiedzy to jeden z największych polskich czechofilów. W książce Zrób sobie raj wymienia wielu artystów, ale w moją pamięć zapadł najbardziej David Cerny- rzeźbiarz. Wysłuchałam też Gotland Szczygła, co nieco przybliżyło mi najnowszą (XX wieczną historię) naszego południowego sąsiada i pozwoliło poznać charakter jego mieszkańców, jakże różny od naszego rodzimego. Dla rozrywki zaś przeczytałam Tajemnicę tajemnic Dana Browna, której akcja rozgrywa się w Pradze. I choć mój zachwyt książkami tego autora dawno ostygł słuchało się bez znudzenia. Tak uzbrojona w minimalną dawkę wiedzy wybrałam się do stolicy Czech. Dwa dni pobytu to niewiele czasu, aby poznać miasto, ale wystarczająco dużo, aby zrobić rekonesans i zdecydować, czy chce się tam wracać. Ja zdecydowanie chciałabym powrócić, nie tylko z powodu niesprzyjającej (albo częściowo niesprzyjającej pogody). Wszelkie prognozy pogodowe od tych długoterminowych po sprawdzane na dzień przed wyjazdem zapewniały piękną, słoneczną, bezdeszczową i nie nazbyt upalną pogodę. Prognozy okazały są zwodnicze, było wietrzne, kropiło, jednego popołudnia lunęło i tylko drugie popołudnie zapewniło słoneczną aurą. No ale wiadomo, że coś takiego jak pogoda nie może nam pokrzyżować planów.
Praski zegar astronomiczny
Postanowiłam zobaczyć to, co wydawało mi się koniecznym do obejrzenia dla nowicjusza oraz powędrować szlakiem rzeźb Cernego i poznać malarstwo Alfonsa Muchy. Tych must see było sporo, wybrałam kilka miejsc, a dziś wspomnę jedynie o kompleksie zamkowym. Cernego miałam okazję oglądać jedynie znajdującego się w Poznaniu Golema. Swoją drogą Golem to też postać związana z czeską kulturą (figurkę człowieka z gliny miał stworzyć praski rabin).

Dzieł Alfonsa Muchy nie oglądałam dotąd prawie wcale, poza dwoma grafikami na wystawie we Florencji, więc byłam ich bardzo ciekawa. Oczywiście znam jego styl malowania nie mniej nie potrafiłabym wymienić żadnego z tytułów jego dzieł.
Most Karola i Praski Zamek w tle


Zamek i Katedra Św. Wita

Z zamkowego kompleksu najbardziej byłam ciekawa Katedry Św. Witta. Położony na wzgórzu Zamek wyróżnia się na tle krajobrazu miasta. Stanowi dekoracyjne tło fotografii zwłaszcza robionej z drugiej strony Wełtawy. Wzgórze, na którym się znajduje sprawiło, iż ledwie żywa podeszłam pod górę. Nie raz wspominałam, iż nie lubię się wspinać. A zatem kiedy dotarłam pod Zamek wiedziałam, że muszę obejrzeć wszystko, co miałam w planie, bo więcej tej wspinaczki nie powtórzę. Zamek praski jest podobno największym pod względem obszaru zamkiem na świecie. Jego kompleks obejmuje poza samym zamkiem składającym się z czterech pałaców (starego, nowego, Lobkovitza i Belwederu Królowej Anny także trzy świątynie Katedrę Św. Wita, Bazylikę Św. Jerzego i Kaplicę Św. Krzyża). Ale większość turystów wspina się tam, aby zobaczyć słynną Złotą uliczkę.
Katedra Św. Wita 
Zamek założony przez dynastię Przemyślidów w II połowie IX wieku był wielokrotnie przebudowywany, stąd dziś mamy konglomerat wielu stylów, epok historycznych i kultur. Z całego kompleksu zamkowego tak jak przewidywałam najbardziej spodobała mi się Katedra Św. Wita. Co prawda swój obecny kształt zyskała jakieś sto lat temu, niemniej jej początki sięgają X wieku, kiedy to Wacław I Święty zbudował w tym miejscu Rotundę Św. Wita. Jako ciekawostkę dla mnie pomorzanki wyczytałam iż patronuje on między innymi Pomorzu, o czym nie miałam pojęcia. Powszechnie jego patronat jest kojarzony z epileptykami (stąd mamy chorobę Św. Wita). Pierwotną Rotundę zastąpiła sto lat później romańska bazylika, na fundamentach której wyrosła w połowie XIV wieku gotycka katedra. Projekt był dziełem francuskiego architekta M.D Arrasa, który opracował go na wzór katedr w Tuluzie i Narbonne. Konsekracja katedry miała miejsce w 1929 r. dokładnie tysiąc lat po śmierci Wacława I Świętego. Katedra była najważniejszą świątynią czeską; tu dokonywano koronacji władców i ich pochówków. Tu też znajdują się sanktuaria świętych patronów czeskich (Wita, Wacława, Wojciecha, Zygmunta czy najbardziej okazałe sanktuarium Nepomucena)
Katedra Św. Witta (fragment)


Gdybym miała wymienić tylko jedną rzecz znajdującą się w katedrze która zrobiła na mnie największe wrażenie byłyby to witraże. Gotyckie świątynie zawsze olśniewają ogromnymi oknami zdobionymi puzzlami z kolorowych szkiełek tworzących obrazy (historie świętych). Te z praskiej świątyni zajmą poczesne miejsce w mej pamięci, nie tylko jako zestawienie kolorowych plam, którym trudno przypisać obrazy, gdyż z uwagi na ich nagromadzenie mogą być nieczytelne oglądane z poziomu posadzki, ale jako przepięknie na szkle malowane historie i postacie. Witraże pochodzą z XIX i XX wieku i stworzone zostały przez znanych czeskich artystów. Oczywiście najbardziej znanym jest ten zaprojektowany przez Alfonsa Muchę a przedstawiający Historię chrześcijaństwa na ziemiach czeskich. Czesi przyjęli chrzest wcześniej niż Polacy. Przyszło ono do naszego kraju wraz z czeską księżniczką Dobrawą, żoną Mieszka I i matką Bolka Chrobrego.
Witraż Alfreda Muchy Historia chrześcijaństwa


detal



detal

Na witrażu Muchy przedstawiono młodego świętego Wacława i jago babkę Ludmiłę, która wbrew woli matki wychowała chłopca w wierze chrześcijańskiej. U góry przedstawiono Cyryla i Metodego chrzczących młodego Czecha, a na dole dwie postacie kobiece wraz z logo banku sponsorującego dzieło. I choć wszystkie witraże są niezwykle dekoracyjne, ten właśnie zwraca największą uwagę. Jest zdecydowanie nowoczesny w stylu art deco. Kolejnym dziełem, na które zwróciłam uwagę był srebrny sarkofag Jana Nepomucena- czeskiego męczennika. Być może zachwycił mnie zastosowany tu kruszec, bo o ile nie przepadam za złotem, bardzo lubię srebro. Sarkofag pochodzi z początków XVIII wieku i jest przykładem późnobarokowego dzieła austriackiego architekta i rzeźbiarza, syna bardziej znanego architekta, twórcy między innymi Katedry Św. Karola w Wiedniu. Dzieło nie jest może tak piękne jak srebrna trumna ze szczątkami Św. Wojciecha w katedrze Gnieźnieńskiej ale równie imponujące rozmachem. Postać Świętego Męczennika stoi na trumnie podtrzymywanej przez anioły, nad nimi rozpościera się zamówiony przez cesarzową Marię Teresę baldachim. Przyciąga wzrok. Zresztą nie tylko ten sarkofag, katedra posiada wiele pięknych dzieł, którym można się bez końca przypatrywać. Wspomnę jedynie o oratorium królewskim pochodzącym z końca XV wieku a powstałym na zlecenie Kazimierza Jagiellończyka.
Sarkofag Jana Nepomucena


fragment Królewskiego oratorium z XV wieku

Złota uliczka zwana też Zaułkiem Alchemików to miejsce, gdzie wg legendy miano prowadzić poszukiwania kamienia filozoficznego i odkryć złoto. De facto powstałe pod koniec XVI wieku kamieniczki stanowiły mieszkania dla straży przybocznej Rudolfa II, a jubilerzy i złotnicy osiedlili się tam o wiele później. Dziś znajdują się sklepiki z pamiątkami oraz dziełami sztuki, w kilku z nich odtworzono autentyczne wyposażenie wnętrz. Pod numerem 22 mieszkał przez dwa lata Franz Kafka. Uliczka jest malutka i przyciąga tłumy turystów, jest chyba najbardziej zatłoczonym miejscem na terenie całego kompleksu zamkowego. Jest klimatyczna z uwagi na kolorowe, pastelowe domki, niczym dla liliputów i towarzyszącą jej legendę, wg której, jak powiedział jeden z przewodników środkiem ulicy płynęła rzeka złota. Rozpala to wyobraźnię.
Złota uliczka



Dawne mieszkanie Kafki miało się mieścić pod nr 22


Bilet łączony na zwiedzenie Katedry, Złotej Uliczki obejmuje też wejście do starego pałacu oraz bazyliki św. Jerzego. Bazylika jest jednym z najlepiej zachowanych czeskich zabytków romańskich. Trudno się tego domyśleć patrząc na jej barokową fasadę, dopiero widoczne z pewnego oddalenia dwie wieże wskazują na romański charakter. Świątynia została ufundowana na początku X wieku. Dziś po wielu przebudowach najwięcej cech architektury X - XII wieku zachowała nawa główna. Zachwycające są pochodzące z XIII wieku freski sufitowe.
W Bazylice św. Jerzego XIII wieczne treski sufitowe

detal


Na zwiedzenie kompleksu zamkowego należałoby przeznaczyć przynajmniej pół dnia.

Szlakiem dzieł Davida Cernego

Święty Wacław na koniu Cerny

Oczywiście najchętniej obejrzałabym wszystkie rzeźby tego artysty, ale mając do dyspozycji dwa dni, podczas których zaplanowałam zobaczenie przynajmniej kilku najbardziej znanych praskich miejsc, odwiedzenie Galerii w Pałacu Targowym oraz Muzeum Alfonsa Muchy trzeba było dokonać selekcji. Stąd na pierwszym miejscu znalazł się Święty Wacław na koniu. Trzeba wiedzieć, że św. Wacław był dla Czechów tym, czym był dla Polaków Św. Wojciech. Z naciskiem na był, gdyż dziś Czechy są krajem zdecydowanie laickim. Katolicyzm deklaruje około dziesięć procent mieszkańców, a wiele czeskich świątyń zostało po 1950 roku znacjonalizowanych. Czechom katolicyzm kojarzy się z Habsburskim uciskiem i kontrreformacją. Czeskim bohaterem narodowym był Jan Hus, który jako jeden z pierwszych przeciwstawiał się dominacji katolicyzmu. Wyprzedził on Marcina Lutra o sto lat. Nie dziwi jego monumentalny pomnik na Rynku Staromiejskim w Pradze. Ale wracając do rzeźby Wacława na koniu. Wacław I Święty, który obok Jana Husa, Karola IV i prezydenta Masaryka należy do panteonu czeskich bohaterów został przedstawiony na koniu wiszącym pod sklepieniem Pasażu Lucerna. Koń wisi do góry nogami, jest martwy, a Święty siedzi na jego brzuchu. Rzeźba to pozostaje w opozycji do stojącego nieopodal na Placu Wacława pomnika Św. Wacława na koniu (w tradycyjnym ujęciu). Ironiczne nawiązanie, szarganie świętości, czy czeskie poczucie humoru i czeski brak zadęcia i tego, co charakteryzuje Polaków - dumy narodowej i martyrologii. Bardzo mi się ten pomnik spodobał. A propos dumy narodowej Mariusz Szczygieł pisze, iż Czesi są dumni jedynie ze swych osiągnięć w hokeju, wszystko inne może być przedmiotem żartu.
Tradycyjny Święty Wacław na Placu Wacława


Kolejna ciekawa instalacja to ruchoma głowa Kafki, składająca się z kilkudziesięciu paneli ze stali nierdzewnej, która pięknie odbija światło i co godzinę wszystkie jej elementy obracają się wokół własnej osi, jak szalone myśli w głowie artysty. Troszkę w charakterze podobna do poznańskiego Golema, choć ten jest nieruchomy i dużo mniejszy. Głowa liczy ponad dziesięć metrów i daje ciekawe show, kiedy tak przemieszcza się ucho, oko, nos nadając rzeźbie coraz to inny kształt. Z wrażenie chcąc nakręcić filmik nie włączyłam aparatu gapiąc się przez parę minut na to widowisko.
Ruchoma głowa Kafki Cerny



Olewający naród politycy to chyba jedna z bardziej znanych rzeźb, dwóch panów sikających do basenu w kształcie państwa czeskiego. No wyobraźmy sobie taką rzeźbę z basenem w kształcie państwa polskiego. Obraza uczuć murowana – zresztą podobnie, jak Św. Wojciech na martwym koniu. Podobno ta instalacja powstała ku uczczeniu wejścia Czech do Unii Europejskiej. Każdy może to sobie zinterpretować na własny użytek.
Sikający politycy Cerny


Olbrzymie niemowlęta stojące vis a vis wejścia do Muzeum Kampa. Niemowlęta są ogromne, raczkują, a zamiast twarzy mają jakby dziurę do wrzucenia monety- satyra na społeczeństwo konsumpcyjne?
Raczkujące niemowlaki Cerny


I ostatnia rzeźba, jaką udało mi się zobaczyć to wiszący Freud. Wisielec ma ponoć symbolizować sytuację intelektualistów na początku XXI wieku. Rzeźba wisi dość wysoko i mało kto zwraca na nią uwagę.
Wisielec (Freud) Cerny


Muzeum Alfonsa Muchy

Muzeum jest niewielkie, ale można w nim poznać dobrze styl czeskiego malarza i grafika. To jeden z najbardziej znanych przedstawicieli secesji. Jego styl jest rozpoznawalny, malował wyidealizowane kobiety otoczone motywami roślinnymi, symbolami i arabeskami. Malował niemal wyłącznie kobiety, często w parach lub większej ilości. Jego modelki symbolizowały np. pory roku, pory dnia, miesiące, postacie z mitologii.



Pory dnia Mucha


Kamienie szlachetne Mucha


Plakat reklamowy wydawnictwa Champenois Mucha

Zodiak Mucha

Job Mucha (cały cykl Job ma przedstawiać biblijną postać Hioba cierpliwego mężczyznę. Ja widzę jednak w tych przedstawieniach kobietę)

niedziela, 28 czerwca 2026

Czerwiec z Susan Valandon i jej obrazem Kwiaty przed oknem

Kwiaty przed oknem Susan Valandon


Wybierając obraz do comiesięcznego cyklu uświadomiłam sobie, iż proporcja obrazów panów i pań zaczyna wyglądać u mnie, jak w większości muzeów. Dlatego na czerwiec wybrałam obraz francuskiej malarki Susan Valandon.

Usłyszałam o niej po raz pierwszy będąc w Paryżu oprowadzana po Montrmartrze przez Czarę (blogerka, która zaprzestała prowadzenia bloga kilkanaście lat temu). Opowiadała tak ciekawie, że zapamiętałam sobie nazwisko i natychmiast po powrocie do domu zaczęłam wertować zasoby internetowe w poszukiwaniu obrazów Susan. Kiedy podaje się hasło Valandon często jako pierwszy pojawia się obraz Touluose Lautreca zatytułowany Pijaczka (Kac lub Susan Valandon). Przedstawia on znużoną kobietę przy stole z głową podpartą na dłoni i butelką absyntu na stole. Kobieta jest zmęczona, wzrok ma nieobecny, jakby zamroczony.
Susan Valandon na obrazie Toulouse Lautrec Pijaczka ze strony


Susan przyszła na świat, jako nieślubne dziecko praczki bielizny. Kiedy matka z prowincji przeniosła się do Paryża, dziewczyna pozostawiona samopas wychowywała się na ulicy. Od najmłodszych lat odznaczała się uporem i odwagą. Matka posłała ją na naukę czytania, pisania i szycia do sióstr, jednak dziewczyna często uciekała z lekcji nie mając cierpliwości do nauki. Za to chętnie rysowała, na chodniku, na murku, czy na skrawkach papieru. Od dziesiątego roku życia pracowała, jako dziewczyna do wszystkiego; niańka, praczka, pomywaczka, prasowaczka, sprzedawczyni. Przez jakiś czas pracowała w trupie cyrkowej, co bardzo odpowiadało jej charakterowi; lubiła, jak coś się działo i było wesołe. Niestety upadek z trapezu sprawił, iż musiała zrezygnować z pracy na arenie.

Jak wiele młodych bezpruderyjnych dziewcząt przechadzała się po Montrmartrze z nadzieją, że wpadnie w oko jakiemuś malarzowi. Tak też się stało. Pierwszym malarzem, którego modelką została był Pierre Puvis de Chavannes. Jednak to nie jemu zawdzięcza sławę modelki. To Pierre Renoir uwiecznił ją na wielu swoich obrazach (Parasolki, Taniec w Bougival, Taniec w mieście czy cyklu obrazów o kąpiących się. Susan liczyła na poważny związek z malarzem, on jednak wybrał Alice Charigat, która pozowała do Śniadania wioślarzy.
Taniec w mieście Renoire - wystawa w Pałacyku Luksemburskim 12 lat temu


Susan chętnie pozowała do aktów rozumiejąc, iż na tym polega praca malarki. Od najmłodszych lat sama też próbowała malować, choć nigdy się w tym kierunku nie kształciła. Jako pierwszy jej rysunki docenił Toulouse Lautrec, który skontaktował ją z Degasem. Środowisko malarzy, jak pewnie każde artystyczne środowisko, było zawistne, Susan sama wspominała historię, jak Van Gogh przyszedł z nowym obrazem i czekał, aż ktoś go zauważy, a nikt nie zwrócił nań najmniejszej uwagi. Tym bardziej trzeba docenić postawę Degasa, który pochwalił obrazy Susan, zauważył jej talent a nawet poprosił o jeden z jej obrazów. Potem przez lata skupował jej obrazy u handlarzy sztuką. Dzięki jego staraniom po raz pierwszy pokazano publicznie jej obrazy w Galerii Vollarda. Tak zaczęła się kariera jednaj z największych malarek Francji.
Susan na obrazie Parasolki Renoire ze strony


Susan malowała naturalistycznie, bez upiększeń, jej postacie nie mają być ładne, nie mają cieszyć oka, a mają być prawdziwe, czasem brzydkie, czasem grube, czasem znudzone. Nie malowała pod publiczkę.

Kwiaty przed oknem 

Mimo, iż widziałam wiele obrazów Susan a także wiele ją przedstawiających nigdy wcześniej nie trafiłam na obraz Susan na żywo. W tym roku w Pałacu Targowym w Pradze udało mi się obejrzeć Kwiaty przed oknem. Nie jest to najbardziej reprezentatywny dla jej twórczości obraz, ale myślę, że pozostaje bardzo w stylu malarki. Bukiet kwiatów na tle okna, przez które widać wiejski pejzaż to postimpresjonistyczne malarstwo; odwaga w doborze kolorów, operowania przestrzenią, budowania głębi. Mnie troszkę przypomina to pewne obrazy Cezanne`a, przy czym widzę tu podobieństwo, ale nie naśladownictwo.
Kwiaty przed oknem Susan Valandon


Susan matka i żona

Kiedy mowa o Susan osoby bardziej obeznane z jej twórczością pomyślą o Maurice Utrillo jej nieślubnym synu, znanym malarzu. Jego życiorys jest równie ciekawy, jak życiorys samej Susan. Była młodą kobietą, kiedy urodziła syna, ojciec chłopca nie był znany. Nazwisko Utrillo dał chłopcu kataloński krytyk sztuki. Susan bardziej zainteresowaną sobą, niż byciem matką pozostawiła dziecko pod opieką babki. Ta nie mogąc sobie poradzić z niesfornym chłopcem, który często miewał napady złości, agresji i destrukcji karmiła go mieszanką rosołu połączoną z alkoholem. To nieco wyciszało chłopca, jednak spowodowało jego uzależnienie od alkoholu na całe życie. Liczne terapie i pobyty w szpitalach dla umysłowo chorych nie przynosiły rezultatu. Wówczas Susan wymyśliła, aby skierować uwagę chłopca na malowanie. Okazało się to wyjściem skutecznym, aczkolwiek krótkotrwałym. Chłopiec zaczął malować, ale natychmiast po ukończeniu obrazu sięgał po alkohol.
Susan Valandon Portret syna ze strony Niezła sztuka

To Maurice przedstawił matce malarza Andre Utter, który okazał się jej największą miłością. Miała czterdzieści trzy lata, kiedy pobrali się z młodszym od niej o ponad dwadzieścia lat kolegą syna. Małżeństwo było początkowo udane, jednak z czasem rosnące powodzenie obrazów Susan i brak sukcesów na polu malarskim jej męża, duża różnica wieku oraz ciągłe kłopoty z alkoholizmem Maurice`a doprowadziły do rozpadu związku. Pod koniec życia Susan znajdowała radość w swej pracy, zmarła na udar mózgu podczas malowania.

Ironiczne podsumowanie

Kiedy zmarła w Le Figaro pojawiła się notka iż zmarła Susan Valandon, żona malarza Andre Utter i matka malarza Maurice Utrillo, o jej twórczości ani słowa.

O mnie

Miałam ostatnio ciężki okres, nie wchodząc w szczegóły wykończyła mnie opieka nad osobą chorą. Opieka nadal trwa, ale mam nadzieję, że powoli wychodzę ze stanu załamania. I wrócę do pisania, bo to też forma terapii. 

Większość informacji na temat Susan zaczerpnęłam z książki Kobiety z obrazów Małgorzaty Czyńskiej