Łączna liczba wyświetleń

piątek, 29 maja 2026

Maj z Sofonisbą Anguissolą i jej Grą w szachy

Gra w szachy Sofonisba Anguissola MNPoznań

Kobiety w malarstwie przed wiekiem XIX
Do niedawna mówiono, iż nie było malarek w sztuce przed wiekiem XIX. Dziś o nierównym dostępie kobiet do sztuki malarskiej wiemy dużo więcej, nie mniej mam wrażenie, że nawet wykształcone koleżanki powtarzają od lat prezentowany pogląd, iż w dziedzinie malarstwa kobiety były mniej uzdolnione od panów. Temat jest teraz na czasie, więc nie będę się weń zagłębiać (wystarczy sięgnąć choćby po którąś z czytanych przeze mnie ostatnio książek jak Histeria sztuki Soni Kisza czy Suknia i sztalugi Piotra Oczko), aby poznać powody tak nikłej obecności kobiecego malarstwa w galeriach sztuki.

Jak mowa o malarkach sprzed XIX wieku na myśl przychodzą mi cztery nazwiska. Tylko cztery, a uważam się za amatora sztuki (od amare, czyli kochać/wielbić). A wy, znacie więcej malarek sprzed wieku pary i elektryczności?

Sofonisba Anguissola
Dziś przyjrzyjmy się Sofonisbie Anguissola. To trudne do wymówienia nazwisko i dość nietypowe imię nosiła żyjąca na przełomie XVI i XVII wieku włoska malarka, córka Amilcare Anguissoli. Ojciec pochodził ze zubożałej, ale szlacheckiej rodziny, imię zawdzięczał kartagińskiemu przywódcy. Był tylko jeden szkopuł, może ważniejszy od zubożenia rodu, Amilcare był nieślubnym dzieckiem. Choć na szczęście dla niego wychowywanym w rodzinie swego ojca przez jego prawowitą żonę. Matka malarki Blanka pochodziła z zamożnego rodu patrycjuszowskiego, ale związek z Amilcare był traktowany, jako mezalians (zubożały bękart to nie najlepsza rekomendacja). Amilcare imał się różnych zajęć, ale bez większego powodzenia. Sofonisba była jego najstarszą córką, a po niej miał jeszcze sześcioro dzieci, w tym pięć córek (Elena, Lucia, Minerva, Europa i Anna Maria). Miał tatuś fantazję. Safonisba otrzymała imię na cześć córki kartagińskiego wodza. Oznacza to, że tatuś albo interesował się historią, albo imponowało mu to, że on sam też otrzymał imię na cześć kartagińskiego wodza Harbubara (Amilcare to zwłoszczona wersja imienia). Ojciec interesował się też sztuką, może dlatego łatwiej rozumiał i akceptował zainteresowania córek.

Zdawał sobie sprawę, iż mając sześć córek nie jest w stanie zapewnić im posagów, jakie pozwoliłyby na dobry ożenek. Widząc uzdolnienia córek zapewnił im wykształcenie (rzecz rzadko spotykana w XVI wieku). Dziewczęta otrzymały edukację humanistyczną, uczyły się języków obcych oraz muzyki. Ponieważ Sofonisba i Elena miały talent plastyczny pozwolił im się uczyć malarstwa. Czy była to jego inicjatywa czy uległ prośbom córek- to bez znaczenia, ważne, że pozwolono im brać lekcje malarstwa w czasach, kiedy uchodziło za niemoralne, aby niezamężna kobieta uczęszczała do pracowni, w której przebywali mężczyźni. Być może fakt, iż były we dwie ułatwił przyjęcie ich do pracowni Bernardina Campiego i zamieszkania w jego domu. Jednak kiedy Elena przerwała po roku naukę aby wstąpić do zakonu, Sofonisba zaczęła się kształcić u kolejnego mistrza Bernardina Gattiego, dodatkowo zaczęła uczyć malarstwa młodsze siostry, ujawniając swój talent pedagogiczny.

Dzięki ojcu, który stał się promotorem jej prac zaczęła zdobywać rozpoznawalność. Amilcare wysyłał obrazy córki oraz listy zachwalające jej prace na dwory arystokratyczne. Malująca kobieta była postrzegana jako ciekawostka, czy atrakcja, co przekładało się na pozyskiwanie zamówień. Jeden z listów ojca trafił do Michała Anioła, co rozpoczęło ich kilkuletnią korespondencję i wymianę doświadczeń (Michał Anioł wysyłał jej swoje szkice, które ona przerabiała i odsyłała uzyskując rady i uwagi do swojej pracy). Jako kobieta maluje głównie portrety lub scenki rodzajowe przedstawiające portretowane osoby. Często tematem jej prac (przynajmniej początkowo) są członkowie rodziny.
Ten sam obraz ze strony wikipedii (lepsza jakość)


Gra w szachy
Najsłynniejszym obrazem Sofonisby jest Gra w szachy. Obraz znajduje się w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Pochodzi on z ok 1555 r. i został namalowany przez 23 letnią malarkę.
Przedstawia trzy młodsze siostry Sofonisby i ich piastunkę. Lucia i Minerva grają w szachy, a Europa wraz z opiekunką przypatrują się grze. Na obrazie przedstawiono moment ukończenia gry. Starsza siostra trzyma pionka i patrzy (dziś powiedzielibyśmy w obiektyw) na malarkę albo na widza, młodsza patrząc na starszą unosi dłoń w geście pokonanej. Najmłodsza tu Europa patrzy na pokonaną ze śmiechem. Jedynie opiekunka nie uczestniczy w tej wymianie spojrzeń patrząc na szachownicę, jakby chciała się przekonać czy nie doszło tu do oszustwa, a może zrozumieć zasady gry. Zwyciężczyni, pokonana i dwie obserwatorki. Siostry podobne do siebie, a jednak każda z innym wyrazem twarzy; od spokojnego tryumfu, poprzez zdziwienie, może niezgodę, po rozbawienie. Panny są starannie uczesane i pięknie ubrane w stroje nie pasujące do codziennej zabawy. Suknie są z kosztownej materii, a panny noszą sznury korali i ozdobne przepaski we włosach. Rozgrywka odbywa się na świeżym powietrzu, pod dębem- symbolem więzi rodzinnych. Wzrok najstarszej z sióstr spotykający się ze wzrokiem widza zdaje się nieprzenikniony, jaką prawdę chce nam przekazać młoda kobieta. Gra w szachy stwarza pole do wielorakiej interpretacji, ponieważ szachy można traktować jako metaforę. Jako jedną z interpretacji przedstawia się obraz jako metaforę zmienności i ulotności życia. Jak odkryto podczas prac badawczych w miejscu w którym dziś widzimy dąb znajdowała się jakaś postać. Być może był to ojciec.

Ten piękny obraz możemy obejrzeć u siebie w kraju, bez konieczności wyjazdu za granicę, płacenia dużych pieniędzy, a jednak jeszcze ani razu będąc w poznańskim muzeum nie widziałam przed nim wielu oglądających. Co powinno mnie cieszyć, bowiem miałam go wyłącznie dla siebie. A jednak nasuwa się taka refleksja, iż nie doceniamy tego, co posiadamy.

Dalsze dzieje Sofonisby

Ku zaskoczeniu otoczenia w niespełna dziesięć lat po namalowaniu Gry w szachy malarka została zaproszona na hiszpański dwór króla Filipa II, aby zostać nauczycielką królowej Elżbiety de Valois. Z tego okresu pochodzą liczne portrety członków dworu madryckiego. Po śmierci swej protektorki opuściła dwór w Madrycie. Była dwukrotnie zamężna (z sycylijczykiem, a potem genueńczykiem). Obaj panowie wspierali ją w malowaniu. Dożyła 92 lat, a w ostatnim okresie życia straciła wzrok. Pod koniec życia odwiedził ją Anton van Dyck i namalował jej portret.

Informacje na temat Sofonisby pochodzą z książki Suknia i sztalugi. Historie dawnych malarek pana Piotra Oczko.

sobota, 23 maja 2026

Legnickie spacery



Dom pod przepiórczym jajem


Zanim zajrzę do Palazzo Mafei w Weronie dla zmiany klimatu parę refleksji z Legnicy.
Najczęściej wybór destynacji jest spełnianiem podróżniczych marzeń, myślę o konkretnym miejscu, chcę tam coś zobaczyć, bo zainspirowały mnie wspomnienia innych, czasami podążam za dziełem sztuki, czasem mam literackie albo historyczne skojarzenia.
A bywa, że jest to całkowity przypadek.
Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że pojadę do Legnicy roześmiałabym się mu w nos. Zdjęcia miasta (choć wnętrze kościoła Marii Panny niezwykle kusiło) nie były dostatecznym argumentem, aby pokonać kilkaset kilometrów. Nie miałam żadnych skojarzeń literackich czy malarskich. Jedynie gdzieś tam w zakamarkach pamięci majaczyła mi śmierć polskiego księcia Henryka II Pobożnego na legnickich polach, tyle, że wiek XIII nie należy do moich ulubionych epok, stąd i historyczna wiedza w tym temacie mizerna.
Rok temu Magda zaproponowała wspólny wypad na Dolny Śląsk, w tym do Legnicy, z uwagi na swe literackie spotkania związane z promocją książki. Przyznam, że pomysł mnie nie zachwycił. Jechać, aby spędzać czas na spotkaniach literackich nie bardzo mi się uśmiechało, a tak to sobie początkowo wyobrażałam. Oczywiście chadzam na spotkania literackie z moją przyjaciółką, ale podróżowanie wolałabym spędzić bardziej poznawczo.
Katedra Piotra i Pawła w Legnicy

Na początku roku Beata zaproponowała wspólny wyjazd do Wrocławia. Początkowo odmówiłam. Przez kilka ostatnich lat odwiedzałam miasto rok rocznie i chciałam odmiany. Wrocław jest piękny, bardzo go lubię, dobrze się tam czuję, uwielbiam jego zielone parki i ogrody. Ale Wrocław jest też dużą aglomeracją, a zatem jest tam tłoczno i gwarno, a ja z wiekiem coraz bardziej łaknę ciszy i spokoju, nie bawią mnie koncerty na rynku, eventy w parkach, kolejki do muzeów, jazda w korkach.
A jednak po przemyśleniu sprawy i sprawdzeniu repertuaru teatrów muzycznych w całym kraju, okazało się, iż dwa musicale, które chętnie bym obejrzała odbędą się właśnie we Wrocławiu w odległości pięciu dni od siebie, a mało mi znana Legnica leży w odległości czterdziestu minut jazdy pociągiem od Wrocławia i akurat w tym samym czasie będzie w niej przebywała Magda.
Mural z Mikołajem Kopernikiem u wylotu uliczki Partyzantów z kościołem Św. Jana Chrzciciela w tle
Przy tej ulicy mieści się Muzeum Miedzi

Postanowiłam zrobić przyjaciółce niespodziankę i powiedziałam o moich planach dopiero po zarezerwowaniu hotelu. Legnica nie jest duża, więc nie zdziwiłam się, że mamy nocleg w tym samym budynku, na tym samym piętrze. Co więcej nasze pokoje sąsiadowały ze sobą.
Beata co prawda do Wrocławia się nie wybrała, ale to w zasadzie ona była impulsem do tej podróży. Dzięki kochana, jeśli to czytasz.
Legnica okazała się idealnym przerywnikiem w podróży. Jest niewielka (ok 90 tys. mieszkańców), kwiecień nie jest tu szczytem turystycznego sezonu, a najbardziej uczęszczana ulica Najświętszej Marii Panny pozwalała spokojnie pokonywać trasę od kościoła Mariackiego do katedry Piotra i Pawła.
Główna uliczka miasta- legnicki deptak jak widać nie jest zatłoczona

Nie będę się rozpisywać o zabytkach, bardziej chciałabym się skupić na wrażeniach. Choć miałam być w Legnicy cztery dni nie zakładałam obejrzenia każdego ciekawego budynku, czy każdej wystawy. To był czas przeznaczony na wspólne spacery, rozmowy, posiłki, kawki. Czas, którego tak nam brakuje na co dzień. Jak to możliwe, że dwie seniorki mają kalendarze wypełnione co najmniej miesiąc naprzód, a plan wyjazdów opracowany nawet trzy miesiące wcześniej. Legnica była tym razem jedynie tłem naszych spotkań, a trzeba dodać ładnym i urokliwym tłem.
Kawiarenka w centrum Witelona

Pogoda tradycyjnie w tym roku była kontrowersyjna 😊 Cieszyłyśmy się, że nie padało, ale skakać z radości nie było powodu. Na szczęście od dłuższego już czasu wyszukujemy w naszych podróżach pozytywnych stron, a na te mniej jasne patrzymy przez palce.

Jak wspominałam wcześniej z Legnicą nie miałam żadnych skojarzeń, a jednak dużą radość sprawiło mi połączenie Legnicy z Witelonem. Podczas tegorocznej wizyty na padewskim uniwersytecie, okazało się, iż jednym z czterech Polaków (studentów tamtejszej uczelni), których uhonorowano portretem w Sali prowadzącej do Magna Aula był właśnie pochodzący ze Śląska Witelon (Witelo Polacco). Był to mnich żyjący na przełomie XIII i XIV wieku, który prawdopodobnie urodził się w Legnicy, lub w jej sąsiedztwie. Był uczonym (fizyk, matematyk i filozof), prowadził pracą nad optyką i psychologią, a zatem miał bardzo rozległe zainteresowania. Pochodził z niezamożnej rodziny i pierwsze nauki pobierał w szkole klasztornej w Legnicy. Studiował w Paryżu (sztuki wyzwolone) oraz w Padwie (prawo, filozofię i nauki ścisłe). W Viterbo poznał współpracownika Tomasza z Akwinu. Napisał parę książek z dziedziny nauk ścisłych. No prawdziwy człowiek renesansu choć w dobie przed renesansowej. Na jego dzieła powoływali się Leonardo da Vinci i Mikołaj Kopernik. Przebywał w otoczeniu książąt i biskupów, był przewodnikiem duchowym księcia Władysława, często przebywał we Wrocławiu, parał się działalnością dyplomatyczną, świadcząc swe usługi zarówno na dworach książęcych i papieskich. Dobrze, że jego imieniem nazwano parę ulic, budynków, a także jeden z kraterów na księżycu, bo warto aby imię takiego uczonego było znane. Można rzec że sława jego osoby sięgnęła gwiazd.
Witelo w białej szacie Uniwersytet w Padwie

Nie wiem dlaczego, ale skojarzenie człowieka, którego portret oglądałam całkiem niedawno w Padwie z osobą pochodzącą z Legnicy (czy też jej okolic) sprawiło mi dużą przyjemność. Poczułam się, jakby wspomnienie uczonego mnicha przepłynęło przez czas i przez moje myśli i na krótką chwilę splotły się ze sobą. Pewnie piszę głupstwa, ale lubię takie powiązania zdarzeń z pozoru zupełnie odległych; moje dwie podróże tak nieodległe w czasie i to spotkanie z wielkim człowiekiem. Może dlatego tak dobrze czułam się w Centrum Witelona znajdującym się na terenie Parku Miejskiego. Nie wiem, czy to otoczenie kulturą, czy ogromne przeszklone ściany i jasność wnętrza sprawiły, że odebrałam to miejsce, jako przyjazne i klimatyczne. Bardzo dobrze mi się tam siedziało nawet przy szklance wody. Może to niewielka ilość gości i cisza, może zieleń za oknami, widok na mały ogródek z palmiarnią, a może wiszące na ścianach grafiki pana Jaśnikowskiego  (nadające pomieszczeniu wymiaru baśniowości) sprawiały, że chciało mi się tam wracać. 
Otoczenie Centrum Witelona

Centrum mieści się w miejscu, w którym dawniej znajdował się Dom Strzelecki. Bractwo Strzeleckie powstało w Legnicy w XV wieku. Wtedy też zakupiło kawałek gruntu, na którym przeprowadzano ćwiczenia strzeleckie. Było to w miejscu, w którym dziś znajduje się ulica Witelona. Na terenie ich posiadłości powstała z czasem karczma, a w pobliżu znajdowała się strzelnica. Ponad dwieście lat temu wzniesiono tu budynek będący siedzibą bractwa. Po jego strawieniu przez pożar w 1845 r. przekazano prawo własności gruntu miastu w zamian za odbudowę budynku z zachowaniem prawa do swobodnego korzystania z nowego obiektu. I tak powstał Dom Strzelecki - budynek w stylu renesansowo-klasycystycznym. Odbywały się tu różne uroczystości i spotkania, bale i koncerty. Pod koniec XIX wieku obiekt wydzierżawił znany restaurator, który słynął z wystawnych przyjęć. Dzisiejszy kształt budowli pochodzi sprzed stu lat. Obok Domu Strzeleckiego znajdowała się ekspozycja roślin tropikalnych, z czasem nazwana Gajem Tropikalnym. W początku zeszłego stulecia powstał w pobliżu Domu ogród japoński. Dziś znajduje się tam niewielka pergola, parę drzewek bonsai oraz palmiarnia.

Nie miałam okazji odwiedzić Kościoła Najświętszej Marii Panny (którego przepiękne wnętrze zaprezentował nam Wiesiu – można zajrzeć tutaj), ponieważ świątynia była niedostępna dla odwiedzających. Wg informacji uzyskanych od pani przewodnik po Mauzoleum Piastów Śląskich władze miasta postanowiły udostępniać kościół odpłatnie w związku z czym przeprowadzane są prace adaptacyjne. Żałuję, że nie udało nam się wejść, bowiem świątynia prezentuje się imponująco.

Katedra Św. Piotra i Pawła nie zrobiła na mnie dużego wrażenia (moja babcia mawiała, że piorda pełna, jak wybrzydzałyśmy podczas posiłku, czyli po naszemu, że pełne mamy cztery litery). Choć bardzo spodobała mi się ambona. 
Fragment ambony w katedrze Piotra i Pawła (kolejne skojarzenie z ołtarzem w kościele św. Jana w Gdańsku, chyba uwagi na budulec i piękno wykonania)

Odwiedziny w Mauzoleum Piastów Śląskich były marzeniem Magdy pasjonującej się historią śląskich Piastów, ja poszłam z ciekawości. Dla mnie nie znającej historii tych ludzi była to jedynie ciekawa acz nieco przeładowana (bo barokowa) kaplica z dość fantazyjnymi tumbami (na bogato). Mauzoleum było wyrazem upamiętnienia nie tylko tej gałęzi rodu ale i całej dynastii Piastów. Powstało w końcówce XVII wieku. Jedyne co zapamiętam z tej wizyty to niesamowite zimno (mróz przenikał mnie aż do kości). Jak mawiają to się widzi, co się wie. Jako, że ja niewiele wiedziałam niewiele zobaczyłam.
Mauzoleum Piastów Śląskich w Legnicy

Posąg księcia Jerzego Wilhelma

Natomiast bardzo podobało mi się w Muzeum Miedzi. Nie miałam pojęcia, iż tak wiele przedmiotów użytkowych powstało przy użyciu tego surowca. Odniosłam wrażenie, że największe zastosowanie miała przy wyrobie przedmiotów sakralnych, ale też naczyń użytkowych. Miedź wykorzystuje się też przy wytwarzaniu witraży, jako że dobrze łączy się ze szkłem, a w muzeum można obejrzeć piękne wazoniki z awenturynu miedziowego (odmiany kwarcu o pięknym miedzianym połysku). No i nie mogłam przeoczyć miedzianego plastra wydobytego z wraku statku. Statek z początku XV wieku wydobyto w zeszłym stuleciu w Zatoce Gdańskiej. A największe wrażenie robi błyszcząca niczym złotem miedziana wanna.
Miedzioryt Macierzyństwo wg Wyspiańskiego (Muzeum Miedzi Legnica) 

Obok eksponatów z miedzi w salce znajduje się kilkanaście rysunków będących podstawą tworzonych miedziorytów, między innymi Rembrandta Powrót syna marnotrawnego.
Rysunek Rembrandta do miedziorytu Powrót syna marnotrawnego Muzeum Miedzi Legnica

Miedziany samowar Muzeum Miedzi Legnica

Wazoniki z awenturynu miedziowego Muzeum Miedzi Legnica

Plaster miedzi wydobyty z wraku statku z XV wieku w Zatoce Gdańskiej Muzeum Miedzi

Chyba nie wymaga podpisu (Muzeum Miedzi)

Płyta do wypieku opłatków Muzeum Miedzi w Legnicy

W Muzeum poza ekspozycją prac pana Jarosława Jaśnikowskiego, o którym pisałam tutaj, odbywała się wystawa prac Nikifora. Po raz pierwszy mogłam obejrzeć prace tego prymitywisty, co było ciekawym doświadczeniem. Największe wrażenie zrobił na nas list proszalny skierowany do potencjalnych nabywców prac, w którym się skarży, że wszyscy tylko oglądają, a nikt nie chce kupować, a on nie ma co jeść i co ubrać. Nie powiem, aby mi się owe malunki nie podobały, ale też nie powiem, że mnie zafascynowały, w każdym razie było to nowe doświadczenie zobaczyć sporą ilość prac tego ubogiego samouka. Większość przedstawiała architekturę Krynicy, w której mieszkał (nierzadko cerkwie, biskupów i siebie samego). Podpisywał się jako Netyfor lub Matejko. Od nikomu nieznanego żyjącego w ubóstwie, a nawet w nędzy człowieka osiągnął ogromny sukces. Niewielu malarzy znanych jest bardziej z imienia (Vincent, Rafael, Nikifor. Wszak rzadko kto powie Krynicki).
list proszalny Nikifora Muzeum Miedzi Legnica
Nikifor przy ołtarzu przed urzędem Muzeum Miedzi Legnica wystawa czasowa
Kapliczka z aniołem na łodzi

Nikifor w drodze (o ile dobrze sfotografowałam tabliczkę z podpisem. Muzeum Miedzi Legnica- wystawa czasowa)


Jeśli chodzi o architekturę bardzo podobały mi się sgrafitowo zdobione kamienice, których w Legnicy spotkałam kilka (jak śledziowe na rynku, jak Kamieniczka Scholza oraz najładniejsza z kamienic Dom pod przepiórczym koszem). Mam wrażenie, że to one nadają klimat miastu. Mnie skojarzyły się z lubelskimi zdobieniami kamienic, a jest to bardzo przyjemne skojarzenie.
detal domu pod przepiórczym jajem Legnica

Kamienice śledziowe Legnica

Kamienica Scholza Legnica


Spędziłyśmy niezwykle miłe cztery dni, z czego jeden został poświęcony Złotoryi, gdzie Magda odbywała swoje spotkanie z czytelnikami, a ja dołączyłam, aby poznać jedną z czytelniczek oraz spotkać się z ardiolą (czyli Alicją).

Spotkania z ludźmi były tym razem najważniejszą wartością wycieczki na Dolny Śląsk. Oczywiście to możliwość wspólnego pobytu z Magdą w Legnicy zdominowała inne spotkania, ale nie mniej ważne były spotkanie z Alicją, Dorotą (czyli Bee) we Wrocławiu, czy nowo poznaną Ewą.





Zamek Piastów w Legnicy



przed katedrą (zamiast tradycyjnego słodkiego co nieco, bo wcięło mi zdjęcia słodkości z Legnicy)

wtorek, 5 maja 2026

Najładniejsza świątynia romańska w Weronie, czyli Bazylika San Zeno

Sama bryła Bazyliki  nie jest może imponująca, ale wystarczy stanąć pod portalem głównym, aby wpaść w zachwyt nad dziełem średniowiecznego mistrza kamieniarstwa


Do tej pory sądziłam, iż najładniejszą werońską świątynią jest kościół św. Anastazji (pisałam o nim tutaj). W tym roku w ramach karty turysty mogłam wejść doń ponownie, co utwierdziło moją opinię, ale … mogłam też wejść do kościoła św. Zenona (San Zeno). Kto słyszał o tym świętym? Ja nie, ale sprawdziłam. Był biskupem Werony, a dziś jest jej patronem, urodził się w roku 300 (łatwo zapamiętać) i żył dość długo jak na owe czasy bo ponad 70 lat, ale święcenia kapłańskie otrzymał dopiero w 62 roku życia, może stąd się wzięła jego żarliwość. Założył wiele kościołów, szerzył chrześcijaństwo i gorliwie zwalczał herezję. Zastanawia mnie, co oznacza owo gorliwie, czy wszelkie chwyty dozwolone (nawet te niechrześcijańskie?). Ponoć był świetnym mówcą i autorem najstarszych zachowanych w języku łacińskim kazań. Patronuje niemowlętom (to w związku z legendą o porwaniu go w czasach niemowlęctwa przez diabła). Patronuje też wędkarzom. W ikonografii często jest przedstawiany z wędką. Co ciekawe samo imię Zenon wywodzi się od greckiego Zenodoros, czyli syn Zeusa - tak to nam się przenikają religie (syn boga Zeusa sługą katolickiego kościoła)
Płaskorzeźby z prawej strony portalu 
W miejscu, gdzie dziś znajduje się bazylika San Zeno istniała wcześniej niewielka budowla postawiona na grobie Biskupa Werony. Z uwagi na jej małą powierzchnię zbudowano większą świątynię. Poświęcono ją w 806 r. w obecności króla Pepina (syna Karola Wielkiego władającego Italią. Tutaj zostały przeniesione relikwie świętego Zenona. Zniszczona w wyniku najazdu barbarzyńców była odbudowywana począwszy od końca X wieku. Dzisiejszy jej kształt opiera się na projekcie z wieku XI. Podobnie jak większość (jeśli nie wszystkie) świątynia była wielokrotnie odnawiana i nieco przebudowywana, jednak to co dziś oglądamy w dużej mierze pochodzi z wieku XI. 
Płaskorzeźby z lewej strony wejścia

Bazylika dziś. 
Z zewnątrz
Bazylikę uważa się za jeden z najpiękniejszych włoskich kościołów romańskich i nie bez powodu. Już podchodząc do świątyni i widząc jej przepiękny baldachimowy portal z kolumnami wspartymi na posągach lwów otoczony z dwóch stron kamiennymi płytami przedstawiającymi historie ze starego i nowego testamentu można dostać oczopląsu. Portal pochodzi z XII wieku i jest dziełem mistrza Nicolo podobnie, jak dwie ze scenek bocznych. Pozostałe scenki są dziełem jego uczniów. W tympanonie znajduje się płaskorzeźba św. Zenona pomiędzy żołnierzami i rycerzami. Kamienne płaskorzeźby to prawdziwa Biblia Pauperum. Zwróciłam uwagę na Diabelskie polowanie Teodoryka. Cesarz Teodoryk Wielki mimo iż prowadził politykę tolerancji religijnej w tradycji chrześcijańskiej uważany był za prześladowcę, stąd powstała legenda mówiąca, o tym, że po śmierci został skazany na conocne polowanie w obecności demonów i potępionych dusz. Jest też płaskorzeźba przedstawiająca pojedynek Teodoryka z Odoakerem (w rzeczywistości nie był to rycerski pojedynek jak przedstawia scenka, a polityczny mord). Ciekawostką jest iż pierwszą świątynie w tym miejscu jeszcze w V wieku wzniesiono właśnie przez Teodoryka Wielkiego. Dlaczego zatem uwieczniono go w ten sposób? 
Są oczywiście scenki, które rozpoznajemy bez wahania (narodziny Chrystusa, pokłon trzech króli czy stworzenie Adama, stworzenie Ewy, grzech pierworodny), ale są i takie które wymagają wyjaśnienia. 
Lew strzegący wejścia z kolumną na grzbiecie

Nad portalem znajduje się rozetowe okno podzielone promieniście kamiennymi mini kolumienkami. Są one ozdobione reliefami przedstawiającymi symbole człowieczej fortuny (stąd nazwa rozety- koło fortuny). Jest to  dzieło werońskiego rzeźbiarza mistrza Briolota (przełom XII i XIII w.) 
W dolnym lewym rogu diabelskie polowanie Teodoryka (tylko, gdzie te diabły?)

Teodoryk wśród rycerzy i żołnierzy nad portalem głównym (jeden portal trzy wizje cesarza, bohaterska, demoniczna, polityczna)
Wnętrze Wejście do Bazyliki jest biletowane, ja wchodziłam w ramach karty turysty i uważam, że niezależnie od ceny za wstęp warto było tu dotrzeć.
Widok na dziedziniec poprzez kamienną edykulę (niewielką kapliczkę)

Dziedziniec otoczony arkadami

Stare nagrobki w ścianach dziedzińca
Zanim wejdzie się do Bazyliki warto przejść się wewnętrznym dziedzińcem zbudowanym w X w. Aktualny stan pochodzi z wieku XIV. Otoczony arkadowymi podcieniami zielony dziedziniec był miejscem wypoczynku dla mnichów z działającego tu niegdyś zakonu. Jak wszystkie dziedzińce ściany pokrywają płyty nagrobne a także tumby z różnych świątyń.

Kiedy czyta się o Bazylice, jako pierwsza pojawia się informacja o drzwiach z brązu. Mnie od razu nasuwa się porównanie z gnieźnieńskimi Drzwiami katedry; są z podobnego okresu. Te pochodzą z XI-XIII wieku i przedstawiają podobnie jak portal zewnętrzny epizody z Nowego i Starego Testamentu, a także cztery scenki z historii Św. Zenona. Płaskorzeźby są bardziej symboliczne, bądź przedstawione w sposób odbiegający od dzisiejszych wyobrażeń, bo bez opisu rozpoznałam zaledwie kilka z 48 scenek. Choć może ten sposób przedstawienia historii był bardziej czytelny dla naszych przodków.
Brązowe drzwi Bazyliki


Czy rozpoznalibyście w tej scence Ścięcie Św. Jana? 
Tym co mnie ujęło we wnętrzu były pasiaste dekoracje ścian (nie wiedzieć czemu, ale bardzo mi one się podobają), freski oraz różnorodność kolumn; jedne masywne z bogato zdobionymi kapitelami, inne sprawiające wrażenie lekkich i giętkich niczym przewiązane ze sobą wstążeczki. Ciekawa jest też znajdująca się pod ołtarzem głównym pełna kolumn krypta z kryształową urną ze zwłokami Św. Zenona.

Nieodmiennie zachwycają mnie owe kolumienki przewiązane w połowie wysokości marmurową wstążeczką 

Wyobrażam sobie, że dla żyjących w Weronie wiernych odwiedziny w świątyni były nie tylko powinnością, ale i przyjemnością, kiedy można było oglądać takie cuda na ścianach, a ci bardziej wtajemniczeni tłumaczyli pozostałym co przedstawiają


Tu kolumienki poskręcane niczym spirala (widok z krypty na schody prowadzące pod ołtarz główny)



Krypta pod ołtarzem głównym


Kryształowa urna ze szczątkami Św. Zenona (przyznam, że te zabalsamowane zwłoki wystawione na widok publiczny robią na mnie przerażające wrażenie, dobrze, że z reguły są dość daleko od oczu odwiedzających)


Kolejne malowidła ścienne z pierwszej połowy XIV wieku


w tym jeden z moich ulubionych tematów Św. Jerzy walczący ze smokiem i księżniczka
Poniżej kolejny z tematów które lubię uwieczniać Tobiasz trzymający rybę z archaniołem Rafałem  


jeszcze wczesnośredniowieczna maniera przedstawiania świętych czy aniołów  w postaci olbrzymów i ludzi niczym liliputów.

Ołtarz główny zdobi tryptyk Andrei  Mantegny Święta Rozmowa Maryi z Piotrem, Pawłem, Janem Ewangelistą, Zenonem, Benedyktem, Wawrzyńcem, Grzegorzem i Janem Chrzcicielem (spory tłum) to już raczej nie rozmowa, panowie wyglądają bardziej zajęci sobą, niż Maryją.  Mnie ów tryptyk skojarzył się z obrazami Crivellego, który umieszczał na swych obrazach płody ziemi. Tu też mamy girlandy owoców nad uczestnikami rozmowy. Trzy znajdujące się w predelli obrazy (Modlitwa w ogrójcu, Ukrzyżowanie i Zmartwychwstanie) są kopiami skradzionych przez Napoleona obrazów (dziś przechowywanych  we Francji).
Tryptyk w ołtarzu głównym Andrei Mantegny (z kopiami w predelli)



część środkowa tryptyku

Bazylika jest pod wezwaniem św. Zenona a zatem warto wspomnieć posąg z marmuru Św. Zenon, który się śmieje. Posąg pochodzi z końca XII wieku i miał znajdować się wysoko, być może ponad zwornikiem romańskiego łuku triumfalnego. Ja co prawda nie dostrzegam, aby Święty się na nim śmiał, ale może kiedy się nie śmiał miał bardziej surowy wyraz twarzy. 
Św. Zenon, który się śmieje Na zbliżeniu zdjęcia w albumie dostrzegam uśmiech świętego

Nie wiem, czy Wam się bazylika spodobała, mnie absolutnie zachwyciła. Jeśli jeszcze raz będę w Weronie chciałabym odwiedzić ją ponownie. Bo to co opisałam to zaledwie część całości. W bazylice San Zeno podobnie, jak w innych biletowanych włoskich bazylikach można dostać w kasie ulotkę informacyjną w języku zwiedzającego (nie wiem, czy każdym, ale w polskim jest dostępna), są też słuchawki, ale tam dostępność języków jest ograniczona.
Nawa główna



Nawa główna widok od strony ołtarza z widoczną rozetą- koło fortuny i fragmentem drewnianego sklepienia w formie odwróconej nawy statku