niedziela, 22 sierpnia 2021

Weekend (nie tylko muzyczny) w Bydgoszczy

Bydgoska Wenecja
Tym razem pretekstem odwiedzin był koncert muzyki filmowej i musicalowej. Znawcom nie trzeba przedstawiać wykonawczyń: Edyta Krzemień i Karolina Trębacz. Średnio zorientowanym wystarczy, jak napiszę, że pierwsza, wyśniła przepiękny sen w roli Fantine w Les Miserables (T.M.Roma), druga rzuciła urok na Macieja i Antka Borynów w roli Jagny w Chłopach (T.M. im. Baduszkowej w Gdyni). To zaledwie ułamek zawodowych osiągnięć wokalistek. Udział w organizowanym dwa lata temu koncercie Tribute to musical w Filharmonii Pomorskiej pozostawił mi bardzo miłe wspomnienia, dlatego bez najmniejszych obaw wybrałam się na koncert. Choć uwielbiam musical, jako gatunek muzyczny i mam od lat swoje ulubione wykonawczynie to jak dotąd dawałam się uwieść raczej śpiewającym panom (prym wiedzie tutaj często przeze mnie wspominany Janusz K.). Tym razem uległam kobietom. Obie panie są perfekcjonistkami, śpiewają innymi głosami, ale obie mają ogromny talent, nie idą utartymi ścieżkami,  szukają nowych rozwiązań. Edycie jestem wierna od lat, od chwili kiedy usłyszałam ją lata temu w warszawskiej Romie. I choć osobiście preferuję barwę głosu, jaką dysponuje Edyta nie mogę nie dostrzec umiejętności i talentu Karoliny. Zachwyciła mnie w szczególności piosenką o pewnej kobiecie po przejściach z mało znanego musicalu. I tu jedyna uwaga, jaką mam do organizatorów. Przydałby się program koncertu, zwłaszcza, iż panie zaprezentowały, poza hitami wszech czasów także parę mało znanych utworów z jeszcze mniej znanych musicali. Nawet dla osoby, która jest nieco zorientowana w tym gatunku muzycznym.  Bardzo żałuję, iż nie zapamiętałam ani tytułu utworu, ani musicalu, z którego pochodził, bowiem niezwykle mi się spodobał, zarówno sam utwór, jak i jego wykonanie, było emocjonujące, poruszające, przenikające do krwioobiegu. Bardzo spodobał mi się także kompletnie nie znany utwór z filmu o wdzięcznym tytule Dom latających sztyletów, który zaprezentowała przepięknie Edyta. Było to wykonanie niezwykle ciekawe, nie dość, że wykonane profesjonalnie to znowu poruszające i powodujące ciarki. Takich wykonań było sporo, że wspomnę choćby szlagierowy Memory z musicalu Cats, czy utwór z pandemicznej piosenki o pracy artystów stłoczonych na małej przestrzeni (jeden drugiemu przeszkadza ćwicząc wokalizy wszelkich gatunków od opery po muzykę nieco lżejszą). Takie koncerty to miód na moje serce, człowiek się zasłucha, zatapia w muzyce, odpływa i zapomina o wszystkich problemach.
Przechodzący przez rzekę i rzeka Brda

Całkiem inny rodzaj muzyki prezentowali wykonawcy uliczni, którzy w piątek i sobotę koncertowali nad Brdą, a że woda niesie wszelkie dźwięki mieli całkiem sporą publikę. Mogłam słuchać ich koncertu leżąc w hotelowym łóżku czytając jednocześnie książkę. Nie. To nie jest do końca prawdą, dzięki stoperom mogłam czytać książkę słuchając muzyki, bowiem bez nich czułam się, jakby moje łóżko stało na scenie a obok walił ktoś w perkusję. Starzeję się, bo głośna muzyka zaczyna mi przeszkadzać. 

To, że się starzeję widzę też po wadze bagażu, z wyjazdu na wyjazd zabieram coraz mniej rzeczy i z wyjazdu na wyjazd wydają się one coraz cięższe. Ale z drugiej strony, nadal potrafię zrobić dziennie po kilkanaście kilometrów, nadal cieszą mnie najdrobniejsze odkrycia, nadal czuję się dość młoda, aby radować się podróżowaniem.

Jaka to radość na przykład oglądać coś tak pogodnego i tak ładnego, jak wnętrze świątyni pod wezwaniem Św. Marcina i Św. Mikołaja. Mam

Sklepienie i polichromie prezbiterium w Bydgoskiej Katedrze
szczególny sentyment do tych świętych.  Marcin jest patronem Francji, której dzieje i bogactwo w dziedzinie zbiorów sztuki bardzo mnie interesują, a Mikołaj był takim dobrotliwym świętym, któremu radość sprawiało obdarowywanie bliźniego, że trudno go nie lubić. Świątynia, która od niedawna nosi miano Katedry pełna jest kolorów. Będąc wielbicielką wszelkiej maści niebieskości nie mogłam oczu oderwać od gotyckiego, żebrowego sklepienia koloru ciemnego nieba. Fioletowe filary, przepiękne polichromie prezbiterium, bogate ołtarze, organy i zieleń pod emporą oraz ażurowo złote kraty przy wejściu do nawy głównej to wszystko nadaje niepowtarzalny charakter świątyni. Katedra z reguły kojarzy się z ogromną, masywną bryłą architektoniczną, a tymczasem Świątynia Św. Marcina i Mikołaja sprawia wrażenie kameralnej. Miałam szczęście, że nie odbywało się nabożeństwo, dzięki czemu mogła dokładnie zwiedzić jej wnętrze. 

Widok na emporę
Kolejnym odkryciem, tegorocznego pobytu był Park Kazimierza Wielkiego z jego największą  (poza stawami) atrakcją - Fontanną Potop. Ta monumentalna rzeźba przedstawiająca scenę biblijną, w której ludzie i zwierzęta, nie mający szczęścia dostania się na Arkę Noego usiłują uchronić się przed żywiołem wdrapując na skałę. Jest to pełna dramaturgii scena, którą potęguje fakt, iż bohaterowie znajdują się w samym środku żywiołu (lejąca się woda urealnia scenę). Fontanna powstała w 1904 r. i przetrwała niecałe czterdzieści lat, kiedy to Niemcy, którym podczas wojny brakowało metalu, dokonali jej rozbiórki. W 2015 r. rzeźba - została odtworzona na podstawie kopii znajdującej się w rodzinnym mieście jej twórcy Ferdinanda Lepcke w Coburgu. Fontanna robi duże wrażenie, a ponadto pięknie komponuje się na tle bryły kościoła św. Piotra i Pawła. Sam park Kazimierza choć znacznie mniejszy niż był pierwotnie także sprawia miłe wrażenie. Dużo tu zieleni, ławeczek i pomników przyrody. 
Fontanna Potop

Park znajduje się nieopodal ulicy Gdańskiej. Jest to ciekawa ulica. Znajduje się przy niej pod nr 14 zabytkowy budynek - Hotel Pod Orłem. Jest to jeden z najstarszych obiektów hotelowych w Bydgoszczy. W takim kształcie, w jakim istnieje dzisiaj powstał pod koniec XIX wieku. Jego eklektyczny styl wyróżnia się na tle sąsiednich kamienic. A najbardziej charakterystycznym znakiem rozpoznawczym jest olbrzymia rzeźba orła znajdująca się na zwieńczeniu piątej kondygnacji budynku. Fasada hotelu jest niezwykle dekoracyjna, fryzy, rzeźby, gzymsy, balkony, attyki, loggie, atlanci. Jest co oglądać i dopiero na zdjęciach dostrzega się detale. Hotel gościł w swoich wnętrzach wiele znakomitości; między innymi Józefa Piłsudskiego, Stanisława Wojciechowskiego, czy Józefa Hallera. Nocowałam w nim dwa lata temu, jeszcze przed zeszłorocznym remontem. I choć wnętrze wymagało odświeżenia widać było, iż wyposażone jest- jak to się dziś mówi - na bogato (plusze, aksamity, złocenia, dekory). Hotel został zaprojektowany przez znanego bydgoskiego architekta Józefa Święcickiego. Był on autorem ponad 60 realizacji w Bydgoszczy, a jego kamienice choć powstałe w pod koniec XIX i na początku XX wieku miały charakter neorenesansowy i neobarokowy. Innym najbardziej rozpoznawalnym jego projektem jest kamienica mieszcząca się na na styku Placu Wolności z ulicą Gdańską.

Przy ulicy Gdańskiej 13 znajduje się lokal zupełnie innego rodzaju, niezwykle klimatyczna kawiarenka o nazwie Fanaberia. Aby wejść do środka należy skorzystać z domofonu. Dobrą kawą, pysznym ciastkiem czy lampką wina można się delektować zarówno w ogródku kawiarnianym, jak i w klimatycznym wnętrzu, pełnym lampek, roślinek, kwiatków, figurek, luster, witrynek, wazoników, zdjęć, obrazków i książek i całej tej różnorodności bibelotów, które w domu zbierają kurze, a w kawiarni robią nastrój. Odbywają się tam koncerty, spektakle, spotkania z ciekawymi ludźmi i różne wydarzenia artystyczne. Kiedy tam byłam grała cicha, stonowana muzyka stanowiąca piękny podkład zarówno do towarzyskich spotkań, jak i do odpoczynku z książką w dłoni. 

Innym ciekawym dekorum ulicy Gdańskiej jest powstała w obumarłym pniu drzewa rzeźba (róg Słowackiego i Gdańskiej). Jej autorem jest rzeźbiarz Zbyszko Piwoński. Rzeźba nosi tytuł Zaraz zagramy i przedstawia muzykantów. Prowadzi ona do dzielnicy muzycznej (z parkiem Jana Kochanowskiego pełnym rzeźb kompozytorów, Teatrem Polskim,  Filharmonią i grającą fontanną). I choć dziś tytuł rzeźby kojarzyć się może z pandemią powstała ona jedenaście lat temu. 

W Bydgoszczy znajduje się dużo ciekawych rzeźb; mnie szczególnie ujęły Trzy Gracje znajdujące się w Starym Porcie nad Brdą i Przechodzący przez rzekę (rzeźba powstała z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej). Oczywiście pobyt w Bydgoszczy nie może się obyć bez obowiązkowego spaceru po Wyspie Młyńskiej. A ja nie potrafiłam odpuścić sobie kolejnej wizyty w Muzeum Leona Wyczółkowskiego. Spędziłam bardzo miło weekend, aż się dziwię, że miałam obawy dotyczące wykorzystania czasu wolnego, a nie udało mi się zrealizować wszystkich moich planów (między innymi wycieczki do Ostromecka).

W Parku Kazimierza Wielkiego


Ten widok fotografowałam w rożnych porach dnia

Tylko dwa ujęcia

Moja impresja

Zaraz zagramy Zbyszko Piwoński

Powróćmy raz jeszcze do muzeum Wyczółkowskiego



Hotel pod Orłem




Trzy Gracje


Grające, kolorowe fontanny w dzielnicy muzycznej

Zdecydowanie w Bydgoszczy nie można się nudzić. 


wtorek, 13 lipca 2021

Spacerkiem po Poznaniu (gdzie wspomnienia mieszają się z teraźniejszością)

Fontanna Apolla na Rynku Poznańskim

Kiedy byłam mała Poznań jawił mi się najładniejszym (oczywiście poza Gdańskiem) miastem w Polsce, a może i na świecie, gdyż w tamtych czasach podróżowanie ograniczało się do granic państwa. Nadal często odwiedzam to miasto, choć dziś najchętniej spędzam czas i najlepiej czuję się w Krakowie.  Nie mniej Poznań wciąż zajmuje ważne miejsce w moim sercu i wspomnieniach.  Tutaj urodził się i spędził swe młode lata mój tata i jego młodsza siostra (moja ukochana matka chrzestna), tu spędzałam każde wakacje, dzieląc je pomiędzy Ustkę i jedną babcię, a Poznań i drugą babcię.  Z Poznaniem wiążą się wspomnienia zupełnie innego rodzaju, niż te Usteckie. Tam (w Ustce) puszczona samopas przez babcię, która dawała mi dużo swobody zaznawałam niczym nieskrępowanej wolności i uczyłam się samodzielności, tutaj (w Poznaniu) byłam częścią rodziny, u której codziennie na stole stał ugotowany przez babcię obiad, co niedzielę na podwieczorek było własnoręcznie pieczone ciasto drożdżowe, do tego podawano bitą śmietanę i lody cassate kupowane w cukierni o wdzięcznej nazwie Wisienka. To, co mogłoby się wydawać monotonią; pewna powtarzalność zdarzeń, smaków, zachowań stanowiła tradycję, którą wspominam z ogromną nostalgią za czasem i ludźmi, których już nie ma, tradycję, która sprawiała, że czułam się bezpiecznie otoczona kochającymi ludźmi. Z przyjemnością wspominam zabawy na malutkim podwóreczku wokół starej kamienicy na ulicy Czechosłowackiej, gdzie w rogu tegoż podwórka zakopywałam sekrety (srebrne papierki pod kawałkiem kolorowego szkiełka), obserwowałam pszczoły na krzakach róż,  zwisałam z trzepaka (kiedy babcia nie patrzyła), czy bawiłam się w Czterech pancernych, gdzie pies - zabawka odgrywał rolę Szarika. Nie mniejszą radość sprawiało wyglądanie przez narożne okienko i oczekiwanie na wracających z pracy u Cegielskiego  ciocię i wujka,  babskie wyprawy do miasta na zakupy, najczęściej do sklepów z tekstyliami, z których potem babcia szyła (z tekstyliów, a nie ze sklepów) piękne, kolorowe sukienki, czy wreszcie wizyty u jednej z ciotek, która była szczęśliwą posiadaczką adaptera z zestawem płyt winylowych. Pamiętam jak wspólnie nuciłyśmy z Połomskim, Dąbrowskim czy Kunicką. Jednym z milszych przeżyć małej Gosi była podróż do ZOO, dziś nazywanego starym ZOO, odkąd nieopodal jeziora Malta powstał nowy ogród zoologiczny. Sama nie wiem co podobało mi się bardziej, czy fakt odwiedzenia egzotycznych zwierząt, czy też podróż miniaturową kolejką. Kiedy patrzę jeszcze dalej w przeszłość widzę swoją małą dłoń w spracowanej dłoni dziadka i wspólne spacery na Rynek, dokąd szliśmy zobaczyć trykające koziołki, zjeść lody i koniecznie kupić zakład ówczesnego totolotka. Obaj dziadkowie wcześnie odeszli, dlatego tak cenne jest to wspomnienie.  I każdy mój powrót po latach do Poznania ma w sobie jakąś cząstkę tamtych dni. 

Wylot ulicy Świętosławskiej

Poznańska Fara od strony placu Chopina


Poznańska Fara od strony ul. Świętosławskiej

W pierwszy lipcowy weekend wybrałam się tam ponownie. W teatrze Muzycznym występować miał mój ulubieniec.  Wyjazd był także powodem do spotkania z dawno niewidzianą (z powodu pandemii) matką chrzestną. Spędziłyśmy bardzo przyjemnie popołudnie i wieczór, a następnego ranka  wybrałam się na spacer po Rynku i jego okolicy.

O godzinie siódmej rano było jeszcze dość rześko i całkiem przyjemnie.  Spacer rozpoczęłam od parku Chopina, z którego jest ładny widok na poznańską Farę. Ta świątynia o różowej fasadzie, zdobiona białymi posągami i pilastrami od lat dziecięcych budziła miłe skojarzenia. Przywodziła na myśl coś smakowitego, niczym ciasto z kremem poziomkowym.  Świątynia niegdyś należała do zakonu Jezuitów, dziś została podniesiona do rangi bazyliki mniejszej. Była niedziela poprzestałam zatem na pozachwycaniu się jej zewnętrzną fasadą. Bazylika zamyka niezwykle urokliwą uliczkę Świętosławską pełną, jak większość  prowadzących do Rynku uliczek, knajpek z przyległymi doń ogródkami kawiarnianymi. Doszłam do Rynku, aby wykorzystując mały ruch o tej porze dnia zrobić parę zdjęć, po czym skręciłam w kolejną odchodzącą od rynku ulicę Wodną. 

Fontanna Neptuna (kolejna z czterech fontann na Rynku)

Ratusz na którym codziennie o godzinie 12 trykają się głowami koziołki

Zamknięte okienko nad zegarem z którego o 12 wyjadą, aby sprawić uciechę głównie dzieciom koziołki

Na Wodnej znajduje się niezwykle klimatyczna kawiarenka Lavenda Gastro & Cafe, która jest otwarta ku mej radości od ósmej rano. Zaskoczyło mnie, że niemal wszystkie stoliczki na małym tarasiku były już zarezerwowane. Na szczęście znalazłam miejsce i mogłam delektować się smacznym śniadaniem w ładnym otoczeniu. Do śniadania podają tam świeżo pieczony chlebek, jeszcze ciepły. Po spożyciu śniadania zrozumiałam, dlaczego lokal cieszy się takim zainteresowaniem.

Senne jeszcze o tak wczesnej porze Wodna


Taras kawiarni Gastro Lavenda & Cafe na chwilę przed pojawieniem się gości


Ulicą Wodną udałam się na Plac Kolegiacki. Tam nieco ponad pomnikiem  koziołków na fasadzie kamienicy znajduje się wiersz Wisławy Szymborskiej Chmury. Takich wierszy zdobiących poznańskie fasady jest więcej. Choć sama uważam się za niekompatybilną z poezją, uważam ten pomysł za wyśmienity. Te wiersze są bardzo ładne, a być może dzięki tej niecodziennej formie prezentacji pozna je więcej osób, może się nimi zachwyci, może sięgnie po więcej. W dobie, w której mało kto czyta poezję to ważne. 

Chmury Wisławy Szymborskiej na fasadzie kamienicy

Kolejny przykład poezji na murach poznańskich- Barańczaka Porcelana

Choć nie wykluczam, że ulegam złudzeniom i większość turystów przejdzie obok obojętnie. 

W Poznaniu jest wiele miejsc wartych odwiedzenia. Ten wpis to tylko taka malutka impresja z pewnego lipcowego poranka z nawiązaniem do wspomnień. 

Moim nowym odkryciem jest Poznański Browar - centrum handlowe znajdujące się na terenie starego browaru, miejsce spełniające wielorakie funkcje. 

Wnętrze z widokiem na Blask księżyca Igora Mitoraja


Wnętrze z instalacją -ruchomą rzeźbą- Ukryty cień księżyca U-Ram Choe

Wewnętrzny dziedziniec i jakże by mogło zabraknąć - Kufel piwa

Restauracje na wewnętrznym dziedzińcu

Fragment parku wokół Starego Browaru
Ledwo wróciłam z Poznania zarezerwowałam kolejny weekendowy wypad. Niestety dopiero w sierpniu. A może już w sierpniu.

piątek, 18 czerwca 2021

W żar epoki użyczą chłodu tylko drzewa, tylko liście

Łazienki w Warszawie
Pierwszy od ponad roku wyjazd spędziłam na łonie natury. Zmieniając nieco treść cytowanego często powiedzonka mojego ulubionego historyka sztuki iż na jeden kościół powinny przypadać trzy bary, u mnie na jedną wystawę malarstwa przypadły trzy ogrody. 
Parki i ogrody należą do tych miejsc, które chętnie odwiedzam, zapewne jak większość z nas.  Tym razem stały się myślą przewodnią wycieczki do Warszawy.

Czy ja już pisałam, iż lubię Warszawę? Jeśli nie, to składam taką deklarację. Lubię za różnorodność i wielość atrakcji kulturalno-rekreacyjnych. A Łazienki znajdują się wysoko na mojej liście miejsc odwiedzanych podczas pobytu w mieście. Przy czym są to z reguły Łazienki o poranku, kiedy jedynymi towarzyszami spacerów bywają wiewiórki i różnego rodzaju ptactwo. Soczysta zieleń drzew, ich odbijające się w wodzie kontury są wytchnieniem dla oczu i systemu nerwowego.

Łazienki
Taki widoczek powoduje nostalgię i chęć natychmiastowego powrotu do oazy ciszy, spokoju i ukojenia. Troszkę jak raj utracony, albo jeszcze nie odzyskany. Nie każdy może znaleźć się tutaj o ósmej rano w dzień powszedni i zanucić ... jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blask duszkiem pić. Takie widoki można konsumować bez uczucia przejedzenia.
Pojawiający się na tle zieleni posąg, rzeźba czy obiekt architektoniczny tworzą doskonałą harmonię z roślinnością podkreślając wzajemnie swą urodę.


Do moich ulubionych posągów należą znajdujące się w pobliżu Pałacu na Wodzie satyry podtrzymujące latarnie. Mimo zamiłowania do porannych odwiedzin zdarza mi się też bywać w Łazienkach po zmroku. Wówczas światło latarni rzucane na biel marmuru nadaje otaczającej roślinności szczególny wyraz. Podobnie interesująco wyglądają popiersia rzymskich cezarów w pobliżu wejścia do Starej Oranżerii. Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na liczne akweny wodne. Najbardziej widowiskowym jest staw, na którym znajduje się Pałac na Wodzie. Na odbijające się w wodzie kontury budynku i drzew można patrzeć bez końca. Latem upiększają go dodatkowo pływające kolorowe gondole. To miejsce ze wszech miar warte ciągłych powrotów.
Tuż obok kompleksu Parkowego w Łazienkach znajduje się Ogród Botaniczny Uniwersytetu Warszawskiego, ostatnio tłumnie odwiedzany z powodu budzącego wielkie zainteresowanie - dziwidła olbrzymiego. Roślina należy do zagrożonego gatunku, w naturze rośnie w tropikalnych lasach równikowych. Dziwidło zakwita niezwykle rzadko, raz na kilka lat, a podczas kwitnienia wytwarza zapach przyciągający owady. Kwitnie jedynie dwa - trzy dni. Nic zatem dziwnego, że znajdujące się w Ogrodzie Botanicznym dziwidło, które lada dzień (po raz pierwszy w Polsce) miało zakwitnąć budziło duże zainteresowanie. Wybrałam się i ja, licząc, że uda się zobaczyć owo cudo w momencie rozkwitu. Niestety roślina nie była jeszcze gotowa ukazać swych wdzięków. Zakwitła dwa dni później. Nie mniej odwiedziny w Ogrodzie nie były czasem straconym. Podczas gdy wszyscy oczekujący na otwarcie Ogrodu pobiegli do szklarni niespiesznie udałam się w głąb Ogrodu. Moje ukochane magnolie zdążyły co prawda przekwitnąć, ale ogromna różnorodność kwitnącej roślinności i puste alejki powodowały, że czułam się tam wspaniale.
W Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego
Na terenie Ogrodu znajdują się trzy szklarnie. Większość odwiedzających, mijała dwie z nich bez zainteresowania, kierując się do trzeciej, gdzie pod okiem kamery miało zakwitnąć dziwidło. Korzystając z nikłego zainteresowania i braku chętnych odwiedziłam pozostałe szklarnie, z przepięknymi pomarańczowymi kliwiami, różowo-białymi nenufarami czy wspaniałą kolekcją sukulentów o kształtach tak różnorodnych, że nie śniło się to nawet filozofom.



Jak wspomniałam wyżej dziwidło nie zakwitło podczas mojej obecności, może i dobrze, bowiem zapach (smród?) zepsutego mięsa przyciągający padlinożerne owady i jak widać ciekawskich dwunożnych nie byłby zachętą do stania w długim ogonku chętnych do zrobienia zdjęcie lud selfie. Roślina na dwa dni przed kwitnieniem nie wygląda szczególnie imponująco wśród innych tropikalnych roślin, często bardziej okazałych. Na zdjęciach




 

 



dziwidło na dwa dni przed rozkwitem oraz w fazie rozkwitu (to zdjęcie ze strony Ogrodu Botanicznego UW). Kolejnym odwiedzonym przeze mnie Ogrodem był znajdujący się obok i na dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.  Już sam budynek Biblioteki jest ciekawy, jego psychodeliczna różowo-filotetowa kolorystyka przykuwa uwagę, a znajdujące się nań literackie cytaty zachęcają do lektury. Przeszklony dach i uliczka prowadząca do Ogrodu nadają charakteru temu ciekawemu połączeniu natury i architektury. Nieodmiennie zachwyca mnie drzewko z koroną w kształcie kuli-parasola. Jest niczym dekoracja dla dziecięcych zabaw, domek dla lalek a może miejsce schadzki dla zakochanych. Motyw kuli w przestrzeni Ogrodu pojawia się kilkakrotnie w postaci szklanych kopuł, z których najciekawsza jest ta porośnięta winobluszczem na dachu Biblioteki. Bluszcz i winobluszcz oplata też mury budynku. Kolejnym miejscem, na które lubię patrzeć jest malutki staw z nenufarami. Podobnie jak Barbara Niechcic uważam że są piękne i szkoda, że nie można się do nich dostać, choć ewentualne zapędy współczesnego Józia Toliboskiego próbowałabym powstrzymać w zalążku. 

Ogród Biblioteki UW

Tym razem trafiłam na kwitnące piwonie, jakże one cudownie pachną, ten zapach należałoby zamykać do flakoników i sprzedawać. Jakże dziś rzadko się je spotyka, a przecież to tak ładny kwiat. Moje umiłowanie do kulistych kształtów wciąż daje znać o sobie. Z dachu biblioteki rozciąga się widok na Wisłę, Centrum Nauki i Techniki Kopernik, Stadion Narodowy a z drugiej strony na Pałac Kultury i Nauki. Lubię podglądać przez (a jakże by inaczej) okrągłe okno korzystających z Biblioteki czytelników, stojące tam rzeźby i regały z książkami, które pobudzają wyobraźnię. Ileż zamkniętych w nich światów, ileż podróży, przeżyć, pokrewnych dusz. Nie wiem, czy nadal w gmachu biblioteki znajdują się stoiska antykwaryczne, bowiem tradycyjnie byłam w Ogrodzie wczesnym rankiem. Te  stoiska to taki dodatkowy bonus odwiedzin w Bibliotece i jej Ogrodach. 



 

Tym co zachwyca w Ogrodzie na dachu są także pergole. Pięknie wychodzą na zdjęciach i dają wytchnienie w upalny dzień. 



Skoro napisałam już o wizytach wypada wspomnieć i o wystawie. Nie była to wizyta zaplanowana, jednak kiedy zauważyłam afisz przez Zamkiem Królewskim informujący o wystawie Arcydzieła z Watykanu - Wystawa w stulecie urodzin Jana Pawła II wiedziałam, że muszę ją obejrzeć. Firmującym wystawę dziełem była Madonna z dzieciątkiem i świętymi Dominikiem i Katarzyną Aleksandryjską pędzla Fra Angelico. Tych obrazów na wystawie z watykańskich archiwów było siedem, ale dla mnie dość było tego jednego. Od chwili, kiedy zobaczyłam Zwiastowanie Fra Angelico oglądam wszystkie jego obrazy i obrazki, jakie udaje mi się spotkać na swej życiowej drodze. Jego wycyzelowane miniaturki na paryskiej wystawie do dziś mam przed oczami, jego obrazy w klasztorze San Marco we Florencji wspominam z rozrzewnieniem, ale tego wrażenia, jakie spotkało mnie, kiedy weszłam po raz pierwszy na pierwsze piętro w Klasztorze San Marco i zupełnie bez ostrzeżenia na wprost klatki schodowej wzrok napotkał na Zwiastowanie nie da się opowiedzieć. Przeżycie mistyczne i niezapomniane, nogi jak z waty, brak tchu i zapatrzenie i nienasycenie. Znajdująca się na warszawskiej wystawie Madonna z dzieciątkiem i świętymi to nawet nie obraz, to miniaturka, formatu zeszytu szkolnego, ale jak to u Fra Angelico malowana sercem. To był prawdziwie bogobojny zakonnik i dobry człowiek. Aż trudno uwierzyć, że w tym samym klasztorze Świętego Marka kilka lat później zamieszkał straszny, okrutny Savonarola.

Poza Fra Angelico uwagę przyciąga Święty Mateusz z Aniołem Guido Reni wzorowany na obrazach Caravaggio. Ileż prostoty jest w tej scence, w której Anioł mówi Mateuszowi co napisać w Ewangelii, ile powagi i skupienia w postaci Mateusza. Lubię takie mikro wystawy, dają możność zapamiętania większej ilości szczegółów.

 


Tradycyjnie jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia, a ja cóż i tak wolę te moje kiepskie zdjęcia od najlepszych internetowych, bo tylko one wiążą mnie z obrazem emocjonalnie. 

Podsumowując sezon podróżniczy został rozpoczęty.