Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 20 sierpnia 2026

Arboretum w Kórniku ma już dwieście lat

Zamek Kórnicki oglądany z Ogrodu

Od dawna zazdrościłam moim koleżankom i kolegom, którzy odwiedzali wspaniałe ogrody dendrologiczne. W tym roku odpowiednio wcześnie sprawdziłam czas kwitnienia różaneczników i w połowie maja wybrałam się do Kórnika. Ku ścisłości to wybrałam się do Poznania, z którego zrobiłam wycieczkę do Kórnika. Dwa lata temu udało mi się odwiedzić kórnicki zamek, tym razem moim celem były kwitnące krzewy. Prognozy pogody zapowiadały na poniedziałek fantastyczną ciepłą, słoneczną aurę. Poniedziałek zaś miał zapewnić mniejszą ilość odwiedzających. W tym roku jednak pogoda nie po raz pierwszy sprawiła mi psikusa. Kiedy wysiadłam z autobusu w Kórniku było pochmurnie i zaczynał kropić deszczyk.
Na szczęście przestał, kiedy tylko przekroczyłam bramę ogrodu. Miało to też swoje dobre strony, przy tak pochmurnej pogodzie gości było niewielu, mogłam więc poczuć się chwilami jedyną posiadaczką tego fantastycznego przybytku.
Zawsze zachwycałam się zdjęciami koleżeństwa blogowego, ale zobaczenie tego bogactwo kolorów i rodzajów daje nieporównanie większe i silniejsze doznania. Buzia się śmieje mimo braku słoneczka.
Ogród jest ogromny i ponoć zawiera największą w Polsce i czwartą w Europie ilość gatunków zbiorów (drzew i krzewów). Ja skupiłam się na różanecznikach i co chwila odkrywałam ich nowy odcień, nowy kolor, a nawet nowy kształt.
Zapraszam do zaczarowanego ogrodu.










Oczywiście moim celem były różaneczniki bo to czas ich kwitnienia, ale zachwyciła mnie soczysta zieleń drzew a także zakątek poezji poświęcony urodzonej w pobliżu Kórnika Wisławie Szymborskiej, w którym odnalazłam mój wielokrotnie cytowany na blogu wiersz Muzeum.

Ten któremu Kórnik zawdzięcza arboretum, czyli Tytus Działyński

Co do mnie żyję proszę wierzyć, mój wyścig z suknią nadal trwa, a jaki ona upór ma (tak mogłabym dziś o sobie napisać, pogrążona w depresji, pod wpływem ciężaru opieki, którego nie mogę udźwignąć).

Moje zmagania z depresją spowodowały rzadsze odwiedziny w blogosferze. Ale nadal się nie poddaję, walczę.

 

piątek, 31 lipca 2026

Lipiec z Widokiem portu o poranku Claude Josepha Verneta

 

Widok portu o poranku Vernet


W ostatni lipcowy dzień przypomniałam sobie o moim cyklu malarskim. Dziś będzie króciutko, gdyż informacji o tym malarzu mam niewiele. Jeśli ktoś coś wie proszę o komentarz. Będę wdzięczna. Temat morski wydał mi się odpowiedni dla ochłody w ten upalny dzień. Odkąd prowadzę blog kilkakrotnie wspominałam o obrazie Widok portu o poranku. Spodobał mi się o pierwszego ujrzenia go w Sali Muzeum Narodowego w Warszawie. Nazwisko malarza nie mówiło mi absolutnie nic.

C.J. Vernet był francuskim marynistą, pejzażystą i miedziorytnikiem. Urodzony na początku XVIII wieku był synem i uczniem malarza, znanego dekoratora. To ojcu zawdzięcza skierowanie na nauki do doświadczonych malarzy, a następnie wysłanie na studia do Rzymu. Po ich ukończeniu podróżował po Włoszech i doskonalił się w sztuce malowania pejzaży morskich i wedut. Tematy marynistyczne były wówczas modne i cieszyły się dużym zainteresowaniem. Po powrocie do ojczyzny został członkiem Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby. Na zlecenie króla Ludwika XV namalował cykl 24 obrazów przedstawiający porty morskie. 
Zlecenie miało charakter propagandowy, gdyż obrazy miały sławić potęgę morską Francji. Kiedy patrzę na jedyny znany mi obraz Verneta Widok portu o poranku nie widzę tu nic co by mogło się kojarzyć z propagandową działalnością państwa. Być może ten obraz nie należał do zamówionego przez Ludwika XV cyklu. Widzę romantyczny, nostalgiczny obrazek przedstawiający świat beztroski i piękny. Nawet pracujący tu ludzie sprawiają wrażenie zadowolonych, jakby przebywali w krainie wiecznej szczęśliwości, mitycznej Arkadii. Ten sielski widoczek uspakaja i odpręża. Nie wiadomo gdzie został namalowany, gdyż malarz często w realistyczne pejzaże wplatał fikcyjne obiekty architektoniczne, komponował sobie przestrzeń wg własnego pomysłu. Trudno mi oceniać jego walory malarskie nie mniej wizualnie bardzo wpasował się w mój gust. Coś jakby David Fridrich Caspar, choć obrazy Niemca są bardziej niepokojące, tajemnicze, nie tak relaksujące. U Fridricha człowiek jest samotny, tutaj ludzie są w grupie. 
Powtórzę to, co już kiedyś napisałam- taki obraz mógłby wisieć w mojej sypialni, gdyż miło byłoby budzić się z takim widokiem. 

Obraz nabył król Stanisław Poniatowski do swojej kolekcji. Nie wiadomo, czy kierował się jedynie nazwiskiem znanego i popularnego francuskiego malarza, czy i jemu spodobał się widoczek. Obraz posiadał pendant zatytułowany Widok portu nocą. Niestety zaginął on podczas II wojny światowej.

O samym artyście niewiele można się dowiedzieć, poza tym że pochodził z rodziny artystycznej, malarzem był nie tylko jego ojciec, ale też i syn oraz wnuk.

piątek, 10 lipca 2026

Praga trochę słońca, trochę deszczu


Jan Hus na rynku staromiejskim w Pradze

Na pomysł z odwiedzeniem Pragi wpadłam, kiedy usłyszałam o połączeniu kolejowym. Zanim się tam wybrałam postanowiłam choć trochę liznąć czeskiej kultury i historii. Z czeskich pisarzy do gustu przypadł mi jedynie Kafka, którego przeczytałam Proces, z Kunderą jakoś nam nie po drodze, choć nadal próbuję. Zapoznałam się ponownie z reportażami Mariusza Szczygła Zrób sobie raj. Wg mojej wiedzy to jeden z największych polskich czechofilów. W książce Zrób sobie raj wymienia wielu artystów, ale w moją pamięć zapadł najbardziej David Cerny- rzeźbiarz. Wysłuchałam też Gotland Szczygła, co nieco przybliżyło mi najnowszą (XX wieczną historię) naszego południowego sąsiada i pozwoliło poznać charakter jego mieszkańców, jakże różny od naszego rodzimego. Dla rozrywki zaś przeczytałam Tajemnicę tajemnic Dana Browna, której akcja rozgrywa się w Pradze. I choć mój zachwyt książkami tego autora dawno ostygł słuchało się bez znudzenia. Tak uzbrojona w minimalną dawkę wiedzy wybrałam się do stolicy Czech. Dwa dni pobytu to niewiele czasu, aby poznać miasto, ale wystarczająco dużo, aby zrobić rekonesans i zdecydować, czy chce się tam wracać. Ja zdecydowanie chciałabym powrócić, nie tylko z powodu niesprzyjającej (albo częściowo niesprzyjającej pogody). Wszelkie prognozy pogodowe od tych długoterminowych po sprawdzane na dzień przed wyjazdem zapewniały piękną, słoneczną, bezdeszczową i nie nazbyt upalną pogodę. Prognozy okazały są zwodnicze, było wietrzne, kropiło, jednego popołudnia lunęło i tylko drugie popołudnie zapewniło słoneczną aurą. No ale wiadomo, że coś takiego jak pogoda nie może nam pokrzyżować planów.
Praski zegar astronomiczny
Postanowiłam zobaczyć to, co wydawało mi się koniecznym do obejrzenia dla nowicjusza oraz powędrować szlakiem rzeźb Cernego i poznać malarstwo Alfonsa Muchy. Tych must see było sporo, wybrałam kilka miejsc, a dziś wspomnę jedynie o kompleksie zamkowym. Cernego miałam okazję oglądać jedynie znajdującego się w Poznaniu Golema. Swoją drogą Golem to też postać związana z czeską kulturą (figurkę człowieka z gliny miał stworzyć praski rabin).

Dzieł Alfonsa Muchy nie oglądałam dotąd prawie wcale, poza dwoma grafikami na wystawie we Florencji, więc byłam ich bardzo ciekawa. Oczywiście znam jego styl malowania nie mniej nie potrafiłabym wymienić żadnego z tytułów jego dzieł.
Most Karola i Praski Zamek w tle


Zamek i Katedra Św. Wita

Z zamkowego kompleksu najbardziej byłam ciekawa Katedry Św. Witta. Położony na wzgórzu Zamek wyróżnia się na tle krajobrazu miasta. Stanowi dekoracyjne tło fotografii zwłaszcza robionej z drugiej strony Wełtawy. Wzgórze, na którym się znajduje sprawiło, iż ledwie żywa podeszłam pod górę. Nie raz wspominałam, iż nie lubię się wspinać. A zatem kiedy dotarłam pod Zamek wiedziałam, że muszę obejrzeć wszystko, co miałam w planie, bo więcej tej wspinaczki nie powtórzę. Zamek praski jest podobno największym pod względem obszaru zamkiem na świecie. Jego kompleks obejmuje poza samym zamkiem składającym się z czterech pałaców (starego, nowego, Lobkovitza i Belwederu Królowej Anny także trzy świątynie Katedrę Św. Wita, Bazylikę Św. Jerzego i Kaplicę Św. Krzyża). Ale większość turystów wspina się tam, aby zobaczyć słynną Złotą uliczkę.
Katedra Św. Wita 
Zamek założony przez dynastię Przemyślidów w II połowie IX wieku był wielokrotnie przebudowywany, stąd dziś mamy konglomerat wielu stylów, epok historycznych i kultur. Z całego kompleksu zamkowego tak jak przewidywałam najbardziej spodobała mi się Katedra Św. Wita. Co prawda swój obecny kształt zyskała jakieś sto lat temu, niemniej jej początki sięgają X wieku, kiedy to Wacław I Święty zbudował w tym miejscu Rotundę Św. Wita. Jako ciekawostkę dla mnie pomorzanki wyczytałam iż patronuje on między innymi Pomorzu, o czym nie miałam pojęcia. Powszechnie jego patronat jest kojarzony z epileptykami (stąd mamy chorobę Św. Wita). Pierwotną Rotundę zastąpiła sto lat później romańska bazylika, na fundamentach której wyrosła w połowie XIV wieku gotycka katedra. Projekt był dziełem francuskiego architekta M.D Arrasa, który opracował go na wzór katedr w Tuluzie i Narbonne. Konsekracja katedry miała miejsce w 1929 r. dokładnie tysiąc lat po śmierci Wacława I Świętego. Katedra była najważniejszą świątynią czeską; tu dokonywano koronacji władców i ich pochówków. Tu też znajdują się sanktuaria świętych patronów czeskich (Wita, Wacława, Wojciecha, Zygmunta czy najbardziej okazałe sanktuarium Nepomucena)
Katedra Św. Witta (fragment)


Gdybym miała wymienić tylko jedną rzecz znajdującą się w katedrze która zrobiła na mnie największe wrażenie byłyby to witraże. Gotyckie świątynie zawsze olśniewają ogromnymi oknami zdobionymi puzzlami z kolorowych szkiełek tworzących obrazy (historie świętych). Te z praskiej świątyni zajmą poczesne miejsce w mej pamięci, nie tylko jako zestawienie kolorowych plam, którym trudno przypisać obrazy, gdyż z uwagi na ich nagromadzenie mogą być nieczytelne oglądane z poziomu posadzki, ale jako przepięknie na szkle malowane historie i postacie. Witraże pochodzą z XIX i XX wieku i stworzone zostały przez znanych czeskich artystów. Oczywiście najbardziej znanym jest ten zaprojektowany przez Alfonsa Muchę a przedstawiający Historię chrześcijaństwa na ziemiach czeskich. Czesi przyjęli chrzest wcześniej niż Polacy. Przyszło ono do naszego kraju wraz z czeską księżniczką Dobrawą, żoną Mieszka I i matką Bolka Chrobrego.
Witraż Alfreda Muchy Historia chrześcijaństwa


detal



detal

Na witrażu Muchy przedstawiono młodego świętego Wacława i jago babkę Ludmiłę, która wbrew woli matki wychowała chłopca w wierze chrześcijańskiej. U góry przedstawiono Cyryla i Metodego chrzczących młodego Czecha, a na dole dwie postacie kobiece wraz z logo banku sponsorującego dzieło. I choć wszystkie witraże są niezwykle dekoracyjne, ten właśnie zwraca największą uwagę. Jest zdecydowanie nowoczesny w stylu art deco. Kolejnym dziełem, na które zwróciłam uwagę był srebrny sarkofag Jana Nepomucena- czeskiego męczennika. Być może zachwycił mnie zastosowany tu kruszec, bo o ile nie przepadam za złotem, bardzo lubię srebro. Sarkofag pochodzi z początków XVIII wieku i jest przykładem późnobarokowego dzieła austriackiego architekta i rzeźbiarza, syna bardziej znanego architekta, twórcy między innymi Katedry Św. Karola w Wiedniu. Dzieło nie jest może tak piękne jak srebrna trumna ze szczątkami Św. Wojciecha w katedrze Gnieźnieńskiej ale równie imponujące rozmachem. Postać Świętego Męczennika stoi na trumnie podtrzymywanej przez anioły, nad nimi rozpościera się zamówiony przez cesarzową Marię Teresę baldachim. Przyciąga wzrok. Zresztą nie tylko ten sarkofag, katedra posiada wiele pięknych dzieł, którym można się bez końca przypatrywać. Wspomnę jedynie o oratorium królewskim pochodzącym z końca XV wieku a powstałym na zlecenie Kazimierza Jagiellończyka.
Sarkofag Jana Nepomucena


fragment Królewskiego oratorium z XV wieku

Złota uliczka zwana też Zaułkiem Alchemików to miejsce, gdzie wg legendy miano prowadzić poszukiwania kamienia filozoficznego i odkryć złoto. De facto powstałe pod koniec XVI wieku kamieniczki stanowiły mieszkania dla straży przybocznej Rudolfa II, a jubilerzy i złotnicy osiedlili się tam o wiele później. Dziś znajdują się sklepiki z pamiątkami oraz dziełami sztuki, w kilku z nich odtworzono autentyczne wyposażenie wnętrz. Pod numerem 22 mieszkał przez dwa lata Franz Kafka. Uliczka jest malutka i przyciąga tłumy turystów, jest chyba najbardziej zatłoczonym miejscem na terenie całego kompleksu zamkowego. Jest klimatyczna z uwagi na kolorowe, pastelowe domki, niczym dla liliputów i towarzyszącą jej legendę, wg której, jak powiedział jeden z przewodników środkiem ulicy płynęła rzeka złota. Rozpala to wyobraźnię.
Złota uliczka



Dawne mieszkanie Kafki miało się mieścić pod nr 22


Bilet łączony na zwiedzenie Katedry, Złotej Uliczki obejmuje też wejście do starego pałacu oraz bazyliki św. Jerzego. Bazylika jest jednym z najlepiej zachowanych czeskich zabytków romańskich. Trudno się tego domyśleć patrząc na jej barokową fasadę, dopiero widoczne z pewnego oddalenia dwie wieże wskazują na romański charakter. Świątynia została ufundowana na początku X wieku. Dziś po wielu przebudowach najwięcej cech architektury X - XII wieku zachowała nawa główna. Zachwycające są pochodzące z XIII wieku freski sufitowe.
W Bazylice św. Jerzego XIII wieczne treski sufitowe

detal


Na zwiedzenie kompleksu zamkowego należałoby przeznaczyć przynajmniej pół dnia.

Szlakiem dzieł Davida Cernego

Święty Wacław na koniu Cerny

Oczywiście najchętniej obejrzałabym wszystkie rzeźby tego artysty, ale mając do dyspozycji dwa dni, podczas których zaplanowałam zobaczenie przynajmniej kilku najbardziej znanych praskich miejsc, odwiedzenie Galerii w Pałacu Targowym oraz Muzeum Alfonsa Muchy trzeba było dokonać selekcji. Stąd na pierwszym miejscu znalazł się Święty Wacław na koniu. Trzeba wiedzieć, że św. Wacław był dla Czechów tym, czym był dla Polaków Św. Wojciech. Z naciskiem na był, gdyż dziś Czechy są krajem zdecydowanie laickim. Katolicyzm deklaruje około dziesięć procent mieszkańców, a wiele czeskich świątyń zostało po 1950 roku znacjonalizowanych. Czechom katolicyzm kojarzy się z Habsburskim uciskiem i kontrreformacją. Czeskim bohaterem narodowym był Jan Hus, który jako jeden z pierwszych przeciwstawiał się dominacji katolicyzmu. Wyprzedził on Marcina Lutra o sto lat. Nie dziwi jego monumentalny pomnik na Rynku Staromiejskim w Pradze. Ale wracając do rzeźby Wacława na koniu. Wacław I Święty, który obok Jana Husa, Karola IV i prezydenta Masaryka należy do panteonu czeskich bohaterów został przedstawiony na koniu wiszącym pod sklepieniem Pasażu Lucerna. Koń wisi do góry nogami, jest martwy, a Święty siedzi na jego brzuchu. Rzeźba to pozostaje w opozycji do stojącego nieopodal na Placu Wacława pomnika Św. Wacława na koniu (w tradycyjnym ujęciu). Ironiczne nawiązanie, szarganie świętości, czy czeskie poczucie humoru i czeski brak zadęcia i tego, co charakteryzuje Polaków - dumy narodowej i martyrologii. Bardzo mi się ten pomnik spodobał. A propos dumy narodowej Mariusz Szczygieł pisze, iż Czesi są dumni jedynie ze swych osiągnięć w hokeju, wszystko inne może być przedmiotem żartu.
Tradycyjny Święty Wacław na Placu Wacława


Kolejna ciekawa instalacja to ruchoma głowa Kafki, składająca się z kilkudziesięciu paneli ze stali nierdzewnej, która pięknie odbija światło i co godzinę wszystkie jej elementy obracają się wokół własnej osi, jak szalone myśli w głowie artysty. Troszkę w charakterze podobna do poznańskiego Golema, choć ten jest nieruchomy i dużo mniejszy. Głowa liczy ponad dziesięć metrów i daje ciekawe show, kiedy tak przemieszcza się ucho, oko, nos nadając rzeźbie coraz to inny kształt. Z wrażenie chcąc nakręcić filmik nie włączyłam aparatu gapiąc się przez parę minut na to widowisko.
Ruchoma głowa Kafki Cerny



Olewający naród politycy to chyba jedna z bardziej znanych rzeźb, dwóch panów sikających do basenu w kształcie państwa czeskiego. No wyobraźmy sobie taką rzeźbę z basenem w kształcie państwa polskiego. Obraza uczuć murowana – zresztą podobnie, jak Św. Wojciech na martwym koniu. Podobno ta instalacja powstała ku uczczeniu wejścia Czech do Unii Europejskiej. Każdy może to sobie zinterpretować na własny użytek.
Sikający politycy Cerny


Olbrzymie niemowlęta stojące vis a vis wejścia do Muzeum Kampa. Niemowlęta są ogromne, raczkują, a zamiast twarzy mają jakby dziurę do wrzucenia monety- satyra na społeczeństwo konsumpcyjne?
Raczkujące niemowlaki Cerny


I ostatnia rzeźba, jaką udało mi się zobaczyć to wiszący Freud. Wisielec ma ponoć symbolizować sytuację intelektualistów na początku XXI wieku. Rzeźba wisi dość wysoko i mało kto zwraca na nią uwagę.
Wisielec (Freud) Cerny


Muzeum Alfonsa Muchy

Muzeum jest niewielkie, ale można w nim poznać dobrze styl czeskiego malarza i grafika. To jeden z najbardziej znanych przedstawicieli secesji. Jego styl jest rozpoznawalny, malował wyidealizowane kobiety otoczone motywami roślinnymi, symbolami i arabeskami. Malował niemal wyłącznie kobiety, często w parach lub większej ilości. Jego modelki symbolizowały np. pory roku, pory dnia, miesiące, postacie z mitologii.



Pory dnia Mucha


Kamienie szlachetne Mucha


Plakat reklamowy wydawnictwa Champenois Mucha

Zodiak Mucha

Job Mucha (cały cykl Job ma przedstawiać biblijną postać Hioba cierpliwego mężczyznę. Ja widzę jednak w tych przedstawieniach kobietę)

niedziela, 28 czerwca 2026

Czerwiec z Susan Valandon i jej obrazem Kwiaty przed oknem

Kwiaty przed oknem Susan Valandon


Wybierając obraz do comiesięcznego cyklu uświadomiłam sobie, iż proporcja obrazów panów i pań zaczyna wyglądać u mnie, jak w większości muzeów. Dlatego na czerwiec wybrałam obraz francuskiej malarki Susan Valandon.

Usłyszałam o niej po raz pierwszy będąc w Paryżu oprowadzana po Montrmartrze przez Czarę (blogerka, która zaprzestała prowadzenia bloga kilkanaście lat temu). Opowiadała tak ciekawie, że zapamiętałam sobie nazwisko i natychmiast po powrocie do domu zaczęłam wertować zasoby internetowe w poszukiwaniu obrazów Susan. Kiedy podaje się hasło Valandon często jako pierwszy pojawia się obraz Touluose Lautreca zatytułowany Pijaczka (Kac lub Susan Valandon). Przedstawia on znużoną kobietę przy stole z głową podpartą na dłoni i butelką absyntu na stole. Kobieta jest zmęczona, wzrok ma nieobecny, jakby zamroczony.
Susan Valandon na obrazie Toulouse Lautrec Pijaczka ze strony


Susan przyszła na świat, jako nieślubne dziecko praczki bielizny. Kiedy matka z prowincji przeniosła się do Paryża, dziewczyna pozostawiona samopas wychowywała się na ulicy. Od najmłodszych lat odznaczała się uporem i odwagą. Matka posłała ją na naukę czytania, pisania i szycia do sióstr, jednak dziewczyna często uciekała z lekcji nie mając cierpliwości do nauki. Za to chętnie rysowała, na chodniku, na murku, czy na skrawkach papieru. Od dziesiątego roku życia pracowała, jako dziewczyna do wszystkiego; niańka, praczka, pomywaczka, prasowaczka, sprzedawczyni. Przez jakiś czas pracowała w trupie cyrkowej, co bardzo odpowiadało jej charakterowi; lubiła, jak coś się działo i było wesołe. Niestety upadek z trapezu sprawił, iż musiała zrezygnować z pracy na arenie.

Jak wiele młodych bezpruderyjnych dziewcząt przechadzała się po Montrmartrze z nadzieją, że wpadnie w oko jakiemuś malarzowi. Tak też się stało. Pierwszym malarzem, którego modelką została był Pierre Puvis de Chavannes. Jednak to nie jemu zawdzięcza sławę modelki. To Pierre Renoir uwiecznił ją na wielu swoich obrazach (Parasolki, Taniec w Bougival, Taniec w mieście czy cyklu obrazów o kąpiących się. Susan liczyła na poważny związek z malarzem, on jednak wybrał Alice Charigat, która pozowała do Śniadania wioślarzy.
Taniec w mieście Renoire - wystawa w Pałacyku Luksemburskim 12 lat temu


Susan chętnie pozowała do aktów rozumiejąc, iż na tym polega praca malarki. Od najmłodszych lat sama też próbowała malować, choć nigdy się w tym kierunku nie kształciła. Jako pierwszy jej rysunki docenił Toulouse Lautrec, który skontaktował ją z Degasem. Środowisko malarzy, jak pewnie każde artystyczne środowisko, było zawistne, Susan sama wspominała historię, jak Van Gogh przyszedł z nowym obrazem i czekał, aż ktoś go zauważy, a nikt nie zwrócił nań najmniejszej uwagi. Tym bardziej trzeba docenić postawę Degasa, który pochwalił obrazy Susan, zauważył jej talent a nawet poprosił o jeden z jej obrazów. Potem przez lata skupował jej obrazy u handlarzy sztuką. Dzięki jego staraniom po raz pierwszy pokazano publicznie jej obrazy w Galerii Vollarda. Tak zaczęła się kariera jednaj z największych malarek Francji.
Susan na obrazie Parasolki Renoire ze strony


Susan malowała naturalistycznie, bez upiększeń, jej postacie nie mają być ładne, nie mają cieszyć oka, a mają być prawdziwe, czasem brzydkie, czasem grube, czasem znudzone. Nie malowała pod publiczkę.

Kwiaty przed oknem 

Mimo, iż widziałam wiele obrazów Susan a także wiele ją przedstawiających nigdy wcześniej nie trafiłam na obraz Susan na żywo. W tym roku w Pałacu Targowym w Pradze udało mi się obejrzeć Kwiaty przed oknem. Nie jest to najbardziej reprezentatywny dla jej twórczości obraz, ale myślę, że pozostaje bardzo w stylu malarki. Bukiet kwiatów na tle okna, przez które widać wiejski pejzaż to postimpresjonistyczne malarstwo; odwaga w doborze kolorów, operowania przestrzenią, budowania głębi. Mnie troszkę przypomina to pewne obrazy Cezanne`a, przy czym widzę tu podobieństwo, ale nie naśladownictwo.
Kwiaty przed oknem Susan Valandon


Susan matka i żona

Kiedy mowa o Susan osoby bardziej obeznane z jej twórczością pomyślą o Maurice Utrillo jej nieślubnym synu, znanym malarzu. Jego życiorys jest równie ciekawy, jak życiorys samej Susan. Była młodą kobietą, kiedy urodziła syna, ojciec chłopca nie był znany. Nazwisko Utrillo dał chłopcu kataloński krytyk sztuki. Susan bardziej zainteresowaną sobą, niż byciem matką pozostawiła dziecko pod opieką babki. Ta nie mogąc sobie poradzić z niesfornym chłopcem, który często miewał napady złości, agresji i destrukcji karmiła go mieszanką rosołu połączoną z alkoholem. To nieco wyciszało chłopca, jednak spowodowało jego uzależnienie od alkoholu na całe życie. Liczne terapie i pobyty w szpitalach dla umysłowo chorych nie przynosiły rezultatu. Wówczas Susan wymyśliła, aby skierować uwagę chłopca na malowanie. Okazało się to wyjściem skutecznym, aczkolwiek krótkotrwałym. Chłopiec zaczął malować, ale natychmiast po ukończeniu obrazu sięgał po alkohol.
Susan Valandon Portret syna ze strony Niezła sztuka

To Maurice przedstawił matce malarza Andre Utter, który okazał się jej największą miłością. Miała czterdzieści trzy lata, kiedy pobrali się z młodszym od niej o ponad dwadzieścia lat kolegą syna. Małżeństwo było początkowo udane, jednak z czasem rosnące powodzenie obrazów Susan i brak sukcesów na polu malarskim jej męża, duża różnica wieku oraz ciągłe kłopoty z alkoholizmem Maurice`a doprowadziły do rozpadu związku. Pod koniec życia Susan znajdowała radość w swej pracy, zmarła na udar mózgu podczas malowania.

Ironiczne podsumowanie

Kiedy zmarła w Le Figaro pojawiła się notka iż zmarła Susan Valandon, żona malarza Andre Utter i matka malarza Maurice Utrillo, o jej twórczości ani słowa.

O mnie

Miałam ostatnio ciężki okres, nie wchodząc w szczegóły wykończyła mnie opieka nad osobą chorą. Opieka nadal trwa, ale mam nadzieję, że powoli wychodzę ze stanu załamania. I wrócę do pisania, bo to też forma terapii. 

Większość informacji na temat Susan zaczerpnęłam z książki Kobiety z obrazów Małgorzaty Czyńskiej

piątek, 29 maja 2026

Maj z Sofonisbą Anguissolą i jej Grą w szachy

Gra w szachy Sofonisba Anguissola MNPoznań

Kobiety w malarstwie przed wiekiem XIX
Do niedawna mówiono, iż nie było malarek w sztuce przed wiekiem XIX. Dziś o nierównym dostępie kobiet do sztuki malarskiej wiemy dużo więcej, nie mniej mam wrażenie, że nawet wykształcone koleżanki powtarzają od lat prezentowany pogląd, iż w dziedzinie malarstwa kobiety były mniej uzdolnione od panów. Temat jest teraz na czasie, więc nie będę się weń zagłębiać (wystarczy sięgnąć choćby po którąś z czytanych przeze mnie ostatnio książek jak Histeria sztuki Soni Kisza czy Suknia i sztalugi Piotra Oczko), aby poznać powody tak nikłej obecności kobiecego malarstwa w galeriach sztuki.

Jak mowa o malarkach sprzed XIX wieku na myśl przychodzą mi cztery nazwiska. Tylko cztery, a uważam się za amatora sztuki (od amare, czyli kochać/wielbić). A wy, znacie więcej malarek sprzed wieku pary i elektryczności?

Sofonisba Anguissola
Dziś przyjrzyjmy się Sofonisbie Anguissola. To trudne do wymówienia nazwisko i dość nietypowe imię nosiła żyjąca na przełomie XVI i XVII wieku włoska malarka, córka Amilcare Anguissoli. Ojciec pochodził ze zubożałej, ale szlacheckiej rodziny, imię zawdzięczał kartagińskiemu przywódcy. Był tylko jeden szkopuł, może ważniejszy od zubożenia rodu, Amilcare był nieślubnym dzieckiem. Choć na szczęście dla niego wychowywanym w rodzinie swego ojca przez jego prawowitą żonę. Matka malarki Blanka pochodziła z zamożnego rodu patrycjuszowskiego, ale związek z Amilcare był traktowany, jako mezalians (zubożały bękart to nie najlepsza rekomendacja). Amilcare imał się różnych zajęć, ale bez większego powodzenia. Sofonisba była jego najstarszą córką, a po niej miał jeszcze sześcioro dzieci, w tym pięć córek (Elena, Lucia, Minerva, Europa i Anna Maria). Miał tatuś fantazję. Safonisba otrzymała imię na cześć córki kartagińskiego wodza. Oznacza to, że tatuś albo interesował się historią, albo imponowało mu to, że on sam też otrzymał imię na cześć kartagińskiego wodza Harbubara (Amilcare to zwłoszczona wersja imienia). Ojciec interesował się też sztuką, może dlatego łatwiej rozumiał i akceptował zainteresowania córek.

Zdawał sobie sprawę, iż mając sześć córek nie jest w stanie zapewnić im posagów, jakie pozwoliłyby na dobry ożenek. Widząc uzdolnienia córek zapewnił im wykształcenie (rzecz rzadko spotykana w XVI wieku). Dziewczęta otrzymały edukację humanistyczną, uczyły się języków obcych oraz muzyki. Ponieważ Sofonisba i Elena miały talent plastyczny pozwolił im się uczyć malarstwa. Czy była to jego inicjatywa czy uległ prośbom córek- to bez znaczenia, ważne, że pozwolono im brać lekcje malarstwa w czasach, kiedy uchodziło za niemoralne, aby niezamężna kobieta uczęszczała do pracowni, w której przebywali mężczyźni. Być może fakt, iż były we dwie ułatwił przyjęcie ich do pracowni Bernardina Campiego i zamieszkania w jego domu. Jednak kiedy Elena przerwała po roku naukę aby wstąpić do zakonu, Sofonisba zaczęła się kształcić u kolejnego mistrza Bernardina Gattiego, dodatkowo zaczęła uczyć malarstwa młodsze siostry, ujawniając swój talent pedagogiczny.

Dzięki ojcu, który stał się promotorem jej prac zaczęła zdobywać rozpoznawalność. Amilcare wysyłał obrazy córki oraz listy zachwalające jej prace na dwory arystokratyczne. Malująca kobieta była postrzegana jako ciekawostka, czy atrakcja, co przekładało się na pozyskiwanie zamówień. Jeden z listów ojca trafił do Michała Anioła, co rozpoczęło ich kilkuletnią korespondencję i wymianę doświadczeń (Michał Anioł wysyłał jej swoje szkice, które ona przerabiała i odsyłała uzyskując rady i uwagi do swojej pracy). Jako kobieta maluje głównie portrety lub scenki rodzajowe przedstawiające portretowane osoby. Często tematem jej prac (przynajmniej początkowo) są członkowie rodziny.
Ten sam obraz ze strony wikipedii (lepsza jakość)


Gra w szachy
Najsłynniejszym obrazem Sofonisby jest Gra w szachy. Obraz znajduje się w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Pochodzi on z ok 1555 r. i został namalowany przez 23 letnią malarkę.
Przedstawia trzy młodsze siostry Sofonisby i ich piastunkę. Lucia i Minerva grają w szachy, a Europa wraz z opiekunką przypatrują się grze. Na obrazie przedstawiono moment ukończenia gry. Starsza siostra trzyma pionka i patrzy (dziś powiedzielibyśmy w obiektyw) na malarkę albo na widza, młodsza patrząc na starszą unosi dłoń w geście pokonanej. Najmłodsza tu Europa patrzy na pokonaną ze śmiechem. Jedynie opiekunka nie uczestniczy w tej wymianie spojrzeń patrząc na szachownicę, jakby chciała się przekonać czy nie doszło tu do oszustwa, a może zrozumieć zasady gry. Zwyciężczyni, pokonana i dwie obserwatorki. Siostry podobne do siebie, a jednak każda z innym wyrazem twarzy; od spokojnego tryumfu, poprzez zdziwienie, może niezgodę, po rozbawienie. Panny są starannie uczesane i pięknie ubrane w stroje nie pasujące do codziennej zabawy. Suknie są z kosztownej materii, a panny noszą sznury korali i ozdobne przepaski we włosach. Rozgrywka odbywa się na świeżym powietrzu, pod dębem- symbolem więzi rodzinnych. Wzrok najstarszej z sióstr spotykający się ze wzrokiem widza zdaje się nieprzenikniony, jaką prawdę chce nam przekazać młoda kobieta. Gra w szachy stwarza pole do wielorakiej interpretacji, ponieważ szachy można traktować jako metaforę. Jako jedną z interpretacji przedstawia się obraz jako metaforę zmienności i ulotności życia. Jak odkryto podczas prac badawczych w miejscu w którym dziś widzimy dąb znajdowała się jakaś postać. Być może był to ojciec.

Ten piękny obraz możemy obejrzeć u siebie w kraju, bez konieczności wyjazdu za granicę, płacenia dużych pieniędzy, a jednak jeszcze ani razu będąc w poznańskim muzeum nie widziałam przed nim wielu oglądających. Co powinno mnie cieszyć, bowiem miałam go wyłącznie dla siebie. A jednak nasuwa się taka refleksja, iż nie doceniamy tego, co posiadamy.

Dalsze dzieje Sofonisby

Ku zaskoczeniu otoczenia w niespełna dziesięć lat po namalowaniu Gry w szachy malarka została zaproszona na hiszpański dwór króla Filipa II, aby zostać nauczycielką królowej Elżbiety de Valois. Z tego okresu pochodzą liczne portrety członków dworu madryckiego. Po śmierci swej protektorki opuściła dwór w Madrycie. Była dwukrotnie zamężna (z sycylijczykiem, a potem genueńczykiem). Obaj panowie wspierali ją w malowaniu. Dożyła 92 lat, a w ostatnim okresie życia straciła wzrok. Pod koniec życia odwiedził ją Anton van Dyck i namalował jej portret.

Informacje na temat Sofonisby pochodzą z książki Suknia i sztalugi. Historie dawnych malarek pana Piotra Oczko.