Łączna liczba wyświetleń

środa, 4 lutego 2026

Spacery zimowe (i nie tylko)

Najbezpieczniejszy kawałek plaży pod samym molo- tak mi się wydawało, ale podejść bliżej się nie odważyłam

Zimę mamy piękną, stąd wielu zamieszcza na blogach relacje z zimowych spacerów. Trzeba uwiecznić to rzadkie zjawisko. Moje zdjęcia nie są wcale ani ładniejsze, ani czymkolwiek się wyróżniające, no ale są moje. Pomyślałam też, że przyda się taki przerywnik przed kolejną relacją z Florencji. Żeby nie było, że żyję wyłącznie w świecie sztuki, bujam w obłokach i zadzieram nosa 😊Lubię naturę i chyba nawet częściej bywam na jej łonie niż w murach katedr i galerii, ale nie potrafię o niej pisać ciekawie. Nie znając się na florze nie umiem  zidentyfikować mijanych drzew i roślinek, choć chętnie je uwieczniam. Czerpię dużą radość z obcowania z przyrodą. Tam odpoczywam, bo poza łapaniem widoczków pod powieki i uwiecznianiem ich telefonem mogę pozwolić sobie na całkowite odpłynięcie myślom i na zwyczajne trwanie tu i teraz. Uwielbiam, o czym wielokrotnie wspominałam wszelkie akweny wodne; od morza poczynając na strumykach kończąc. Ocean też lubię, choć rzadko mam okazję go oglądać. Z dużym sentymentem wspominam pobyt na przylądku Cabo da Rocca (Portugalia), gdzie znad klifów patrzyłam w bezkresną dal horyzontu.
Widok na ocean

Takie mnie wtedy ogarnęło uczucie – jakby to nazwać nieskrępowania, niczym nie ograniczenia, swobody. W Gdańsku najczęściej odwiedzanymi przeze mnie miejscami są Park Oliwski, o którym wspominałam kilkakrotnie (np. tu) a także spacer nad morzem w okolicach mola w Brzeżnie i  Parku Regana. Latem po dość długim spacerze chodzę na kawę do ulubionego hoteliku z widokiem na wodę. W przeciwieństwie do knajpek i kawiarenek panuje tam zawsze cisza i spokój, a widok rozmarza. Odkryłyśmy tę kawiarenkę przypadkiem podczas spaceru z siostrą. W zeszłym roku odkryłam też Park Reagana. Pomyśleć, że mimo, iż mieszkam w Gdańsku od urodzenia, a to dość długo, dopiero teraz znalazłam ten rozległy zielony teren. Ale jak mawiają lepiej późno niż wcale.
W Parku Reagana

Odkryłam tylko, dzięki zasłyszanej przypadkiem rozmowie dotyczącej zasadzenia 101 drzewek wiśni Kanzan właśnie w Parku Regana. Zachwycałam się kilkunastoma kwitnącymi na różowo wiśniami w Ogródku Japońskim, a co dopiero tylachna drzewek. Niestety w rozległym parku nieco pobłądziłam i drzewek nie znalazłam, poszukam w tym roku. Odkryłam natomiast bardzo ładne miejsce do wypoczynku, pełne zieleni, ławeczek, placyków dla dzieci, placów dla piesków, miejsc do ćwiczeń. Od tego czasu chętnie tam chadzam, starając się omijać je w weekendy i święta, kiedy bywają bardziej zatłoczone. Choć jest to tak rozległy teren, że zawsze można znaleźć trochę przestrzeni dla siebie.

W oliwski parku zimę

Jakiś czas temu udało mi się po raz pierwszy od dawna oglądać biały Park Oliwski. Był dość mroźny dzień, słoneczko pokazywało się od czasu do czasu, było jednak tak kapryśnie, że kiedy tylko, ja wyciągałam telefon dla zrobienia zdjęcia, a z powodu zimna chwilkę to trwało słoneczko natychmiast chowało się za chmurkę. Było to krótko po powrocie z Włoch, które rozpieszczały mnie piękną słoneczną pogodą więc spragniona byłam prawdziwej, od lat nie oglądanej zimy. Mogłam sobie przypomnieć, dlaczego przez długie lata lubiłam tę porę roku, a był czas, że twierdziłam, iż jest ona moją ulubioną, bo to w styczniu przyszłam na świat. Te białe ośnieżone drzewka wzdłuż alejek tworzące szpalery niczym orszak marynarzy w białych mundurach wyciągających kordziki na młodą parą.
Biała Aleja Rozkoszy

Kiedy patrzyłam na te białe alejki na myśl przychodziła mi także Ania z Zielonego Wzgórza i jej biała aleja rozkoszy (tamta co prawda była biała od kwitnących kwiatów jabłoni a może wiśni, a ta od ośnieżonych drzewek). Bardzo lubię patrzeć na te splątane gałęzie drzew tworzących kopułę na alejką – latem słońce przebijające się przez gałęzie tworzy fantastyczne wzory na ścieżce. No i to co lubię najbardziej, czyli stawy, a nad nimi pochylone drzewa, gałęzie zwisające nad wodą tworzące w jej tafli piękne odbicia. Białe czapy śniegu na kamieniach w wodzie tworzą ciekawą scenerię. A wszystkie parkowe rzeźby zyskały nową oprawę, szczególnie ciekawie prezentuje się kobieta czytająca książkę zatytułowaną Witaj smutku, jakby ubrana w spódniczkę, czapkę, narzutkę i mufkę. 
Witaj smutku? a może Witaj radości:)

Wczoraj, jak dotąd najzimniejszy dzień tej zimy w moim mieście (minus 19 stopni) naszła mnie nieprzeparta ochota wybrać się na spacer nad morze. Rozsądek podpowiadał, że nie jest to najmądrzejszy pomysł, bo od wody zawsze ciągnie chłodem, ale jak się baba uprze, to nie ma rady. No bo przecież wystarczy się ciepło ubrać na cebulkę i nasmarować twarz kremem (czego nigdy wcześniej nie robiłam, więc uważałam to i tak za spore ustępstwo z mojej strony). I poza rękawiczkami narciarskimi z jednym palcem wzięłam także drugą cieńszą parę. Tak uzbrojona pojechałam do Brzeżna. Ścieżka prowadząca nad morze okazała się dobrze odśnieżona i bezpieczna do spaceru (a nawet biegania, bo minęło mnie dwóch biegaczy i jeden rowerzysta).
Nie tylko dzieci się cieszą (Park Oliwski)

Tłumów nie było, wszak to dzień roboczy, ale parę osób zmierzało w tym samym kierunku. Wiedziałam, że molo będzie zamknięte, ale liczyłam na zejście na plażę. Pogoda byłą rześka, ale do wytrzymania, nie czułam szczypania w nos, nie marzły mi palce dłoni i stóp. Byłam bardzo zadowolona z mojego pomysłu wycieczki na plażę do czasu zejścia na plażę. Kiedy bezmyślnie dotarłam niemal do linii brzegowej zorientowałam się, że nie mogę się ruszyć, bo nogi rozjeżdżają mi się w cztery strony świata. Nie pomyślałam, że piasek w połączeniu ze śniegiem i wilgocią od morza zamieni się w lodowisko. Co prawda na łyżwach nie dało by się tam jeździć, podłoże było nierówne, pagórkowate, ale chodzić też nie bardzo było można. 
Molo w Brzeżnie (pale zdobiły białe skarpetki)

W dodatku nad samą wodą zrobiło się przenikliwie zimno. A chcąc zrobić kilka zdjęć musiałam wyjąć ręce z ciepłych rękawiczek  i po jakiś dwóch minutach miałam wrażenie, że zaczynają mi zamarzać. Wtedy szybko (tzn. na tyle szybko na ile można posuwistym ślizgiem) doturlałam się do zejścia z plaży i podążyłam do hoteliku na kawą. Niestety hotel był nadal w remoncie, musiałam obejść się bez kawy. Pokonanie około trzech kilometrów (w obie strony) sprawiło, iż rozgrzałam się momentalnie. I mimo niezrealizowania moich planów (dłuższego spaceru po plaży czytaj ślizgawce) jestem z wyprawy zadowolona, nawdychałam się jodu, skorzystałam z naturalnej krioterapii, a to mam nadzieję będzie z pożytkiem dla zdrowia i urody :) 

Bałtyk jak widać jeszcze nie zamarł


Kawka z widokiem (kiedyś przyjdzie wiosna dla tych, co zimy już mają dość)- pomiędzy drzewami majaczy morze i nawet widać statki


sobota, 31 stycznia 2026

Styczeń z Gentile da Fabriano i Hołdem Trzech Króli

 

Trochę z ukosa, ale tylko tu mam obraz niemal w całej okazałości

Od dawna chodził mi po głowie cykl malarski wybór jednego obrazu, który zachwycił mnie w danym miesiącu i wyszukanie paru informacji o jego twórcy. Wiem, że niewiele osób on zainteresuje, ale trudno, dlaczego miałaby pozbawić siebie przyjemności poszukiwań.

Wybrałam malarza, o którym nigdy jeszcze nie pisałam i prawdę mówiąc niewiele wiem. To było wyzwanie, aby wyszukać trochę informacji. Obraz wisi w Uffizi, a w wielkim albumie Arcydzieła malarstwa Uffizi na temat obrazu znalazłam zaledwie kilka zdań. Więcej informacji znalazłam w albumiku z serii Wielkie muzea -Uffizi wydanym przez Rzeczpospolitą.  Vasari najwyraźniej nie lubił Gentilego, bo mało o nim pisze, Łysiak nie zwrócił uwagi na tego akurat malarza (przynajmniej w pierwszych trzech tomach MBC). Nie był on ulubionym malarzem Herberta. Pani Bożena Fabiani w swoich gawędach pisze nieco więcej, choć zastrzega, iż bardzo niewiele informacji można znaleźć na temat malarza.

Geneza zamówienia

W roku 1420 a zatem dwa lata po tym, jak rodzina Medyceuszy zaczyna zyskiwać coraz większe znaczenie (odkąd Giovanni di Bicci dziad Kosmy Medyceusza zaoferował gościnę zdetronizowanemu papieżowi Baldassare Cossa -czyli Janowi XXIII) czterdziestoośmioletni Palla di Onofrio Strozzi bogaty bankier z Florencji zamówił u Gentile da Fabriano nastawę ołtarzową do kaplicy nagrobnej rodu Strozzich.

Do przeróbki pomieszczeń zakrystii Kościoła Santa Trinita (Św. Trójcy) na kaplicę nagrobną zaangażowano Lorenzo Ghibertiego. Tak, tego samego, który tak pięknie wykonał Drzwi Baptysterium. Ghiberti poza tym, że był złotnikiem, był także architektem i rzeźbiarzem. W 1420 roku kończył już pracę nad pierwszymi drzwiami do Baptysterium (potem wykonał i drugie), a zatem znajdował się u szczytu powodzenia.

Zleceniodawca
Mężczyzna stojący za młodym królem - to Palla Strozzi - w niebiesko-złotym turbanie

Palla Strozzi był dobrze wykształcony, znał grekę i łacinę, był pisarzem, filozofem, filologiem, kolekcjonował książki, założył bibliotekę w Kościele Santa Trinita (pierwsze biblioteki powstawały przy kościołach). Był bankierem, a zatem był bogaty, choć jeszcze nie figurował w księgach katastralnych, jako najbogatszy Florentyńczyk. Stanie się to za siedem lat. Najbogatszy florentyńczyk – a zatem można się domyślać, że zacznie rywalizować z Medyceuszami. Kto ma pieniądze, chce mieć i władzę. Za kilka lat stanie wraz z innym florentyńczykiem na czele spisku przeciwko Medyceuszom i doprowadzi do wygnania Kosmy z Florencji. Ale to jeszcze nie teraz. W 1420 roku Palla korzysta z życia, bawi się i zleca wykonanie nagrobnej kaplicy. Najlepsza inwestycja dla zachowania pamięci o rodzie.
Strozzi do wykonania dzieła Pokłon Trzech Króli, zwanego też Adoracją Trzech Króli lub Hołdem Trzech Króli wybrał – a jakże by inaczej, cieszącego się ogromnym powodzeniem i wieloma wykonanymi zamówieniami Gentile da Fabriano. Tylko taki malarz był godny do upamiętnienia rodu zleceniodawcy.

Malarz

Część główna nastawy

Ponad pięćdziesięcioletni Gentile miał już na swoim koncie wiele obrazów i fresków na dworach, pałacach i w świątyniach. Malował w  Pawi, Wenecji, Foligno, Bresci i w końcu we Florencji. W jego weneckim warsztacie pracował Jacopo Bellini (i na cześć nauczyciela nazwał jednego z synów imieniem Gentile). Jeden z namalowanych paneli malarz podarował przejeżdżającemu przez Brescię papieżowi Marcinowi V. Został przez niego zaproszony do Rzymu, gdzie za parę lat wymaluje freski na ścianach Bazyliki Św. Jana na Lateranie.
Gentile należy do tych pechowców, których niewiele dzieł zachowało się do dzisiaj (wiele zniszczyły działania wojenne, trzęsienia ziemi czy przebudowy świątyń - jak wspomniane freski w rzymskim kościele Św. Jana. O ironio pracami przebudowy kierował Boromini. 
Jednak na początku XV wieku Gentile był jednym z najbardziej znanych i cenionych malarzy. Potem na długi czas jego imię uległo zapomnieniu, do czego przyczynił się Giorgio Vasari- pierwszy historyk sztuki. Nie bardzo poważał Gentillego, jego żywot umieścił w rozdziale z żywotem innego malarza (Antonio Pisanello – i to jemu poświęcił znacznie więcej uwagi. Podkreślił iż był on (Antonio) bardzo poważany przez rodzinę Strozzi. Rekomendacja bogatych bankierów była ważna. Nie wspomina jednak, iż to Gentillemu Palla Strozzi powierzył dzieło, które upamiętniło ród. Oczywiście Vasari mógł o tym nie wiedzieć. Pamiętamy, iż nie dysponował takimi źródłami informacji, jakimi dysponujemy obecnie. Jednak wydaje mi się to mało prawdopodobne, sporo czasu spędził we Florencji, więc mało prawdopodobne, aby nie widział Pokłonu Trzech Króli. Bardziej prawdopodobne jest to, że nastawa nie zachwyciła Giorgio - choć to tylko moja hipoteza. W każdym razie przez lata Gentile był malarzem zapomnianym, dopiero w wieku XX przypomniano sobie o nim.

Obraz
Detal obrazu ukazujący trzech króli- jeden klęczący, drugi w pokłonie, trzeci jeszcze stoi, ale zaraz też ugnie kolana

Jedne źródła podają kwotę 150 florenów, jako cenę za obraz, inne 300 florenów. Dla porównania pani Fabiani w swych Gawędach o sztuce podaje, iż roczne wynagrodzenie kasjera banku Medyceuszy wynosiło 40 florenów. Nie znalazłam informacji, ile czasu zajęło Gentile namalowanie obrazu, choć datowany jest na rok 1423. Nie wiadomo jednak, czy zabrał się za malowanie, jak tylko otrzymał zlecenie (1420 r.)

Skąd taka wysoka cena? Po pierwsze renoma malarza, po drugie materiały z jakich wykonano obraz.

Ledwie weszłam do Sali uderzyła mnie bijąca od niego światłość i blask (płatki złota i srebra – sprawiają wrażenie ogromnego bogactwa. Ponadto malarz zastosował najdroższy barwnik lapis lazuri. Blask bije taki od obrazu, że miałam wrażenie, jakby nie tylko złoto, ale i szlachetne kamienie tam były. Wiele obrazów z okresu średniowiecza czy wczesnego renesansu ma złotą barwę, ale od żadnego nie bije taka światłość. 

Pierwsze wrażenie to olśnienie przepychem. Złoto jest wszędzie, od przepięknie dekorowanej ramy (istny gotyk - wygląda niczym obramowanie świątyni z jej wieżyczkami i maswerkami), poprzez gwiazdę betlejemską, aureole świętej rodziny, korony królów, turban zleceniodawcy, uprzęże koni, ostrogi przy butach oraz wzory na szatach - wszystko zdobione szlachetnymi klejnotami. Do tego wielobarwność typowa dla stylu gotyku międzynarodowego i elegancja. No i jest tu niezwykle tłocznie. Jakby cała Florencja (wróć całe Betlejem) podążyło zobaczyć Dzieciątko. Poza ludźmi zmierzającymi do Stajenki jest tu cała masa zwierząt (dopatrzyłam się koni, psów, osiołka, wołu, małp, lamparta) a także ptaków. W tle widzimy pejzaż z murami obronnymi, zamkiem i widok na zatokę. Najstarszy z królów padł na kolana przed małym Jezusem, za młodszymi niejako w drugim rzędzie stoi zleceniodawca pan Strozzi w strojnym turbanie na głowie z sokołem na ręku, a obok niego jego syn Lorenzo – jako chyba jedyny patrzący wprost na widza (stąd myślano, że to autoportret malarza. Często przedstawiali się na obrazach w ten sposób). Cały obraz sprawia wrażenie dzieła jubilerskiego nie tylko z powodu bogactwa materiału, ale i kunsztownego wykończenia.
Zdjęcia nie oddają tego blasku i bogactwa, jakie rzuca się w oczy wchodząc do sali w której przyćmiewa pozostałe tam wiszące obrazy.
Lepsze zdjęcie ze strony

I dla porównania Pokłon Trzech Króli Benozza Gozzoli w Pałacu Medyceuszy. Obydwa są piękne.
Pochód Trzech Króli Benozzo Gozzoli

Tam więcej złota i srebra, tutaj młody Lorenzo Medyceusz w roli jednego z trzech króli (najmłodszy - pierwszy tutaj w orszaku). Trzeba przyznać, iż skromnością panowie nie grzeszyli. 

wtorek, 27 stycznia 2026

Florencja (Pałac Medyceuszy, Fra Angelico, Touluse Lautrec) czyli głównie o sztuce, ale nie tylko


Widok na Ponte Vecchio i Arno z okien Ufizzi


Wiele razy byłam pytana przez moich znajomych, które z włoskich miast podoba mi się najbardziej, gdzie czuję się najlepiej. Dotąd nie umiałam udzielić odpowiedzi, bo wyróżnienie jednego z miast wydawało mi się krzywdzeniem innego. Bo każde ma w sobie coś niepowtarzalnego, zaraz na myśl przychodzą Wenecja, Siena czy Rzym, a także kolejne, które dopraszają się uwagi. Tymczasem to właśnie Florencja z uwagi na takie nagromadzenie piękna na metr kwadratowy jest tym najchętniej odwiedzanym przeze mnie miastem w Italii. Tyle wiąże się z nią wspomnień; tych rzeczywistych i tych urojonych. Wszystko się ze sobą splata. Czytam właśnie Iwaszkiewicza Podróż do Włoch i podpisuję się obiema rękoma pod jego stwierdzeniem, iż we wspomnieniach to wszystko zmieszało się tak mocno, że trudno już rozgraniczyć - u niego, co jest wspomnieniem, a co opowiadaniem, u mnie co przeczytałam, co przeżyłam, a co było wytworem mojej wyobraźni. Czasami wydaje mi się idąc po schodach Palazzo Medici, że obok mnie przechodzi Lorenzo, a w komnacie siedzą Poliziano, Mirandola i Ficino tak zajęci filozoficzną dysputą, że nie dostrzegają przemykającego obok intruza, wychodząc z Duomo wzdragam się na wspomnienie popełnionej tu zbrodni, a na Piazza Signioria odwracam wzrok od wielkiego stosu próżności (w którym na polecenie Savonaroli niszczono to co piękne i wg niego zbędne. O ironio losu sam został tutaj kilka lat później spalony. Swoją drogą, nie mogę zrozumieć, jakim cudem do dziś stoi jego posąg w Kościele Św. Marka, czyżby mało szkód uczynił miastu).
Pamiątki z Florencji- bardzo lubię oglądać te kolorowe wyroby i gdyby nie obawa o transport nabyłabym któreś z tych cudeniek

Florencja przywitała mnie niewielkim deszczem. Miałam nadzieję, iż podczas deszczu będzie mniej tłoczno. Niestety, myliłam się, idąc do hotelu przeszłam obok wejścia do Galleria Accademia. Kolejka była spora.
Zostawiwszy rzeczy popędziłam na obiad, bo jak już wspominałam, jeśli nie wejdzie się do knajpy o odpowiedniej porze czeka na nas kolejka i długie oczekiwanie przed drzwiami albo jedzenie pizzy lub zadowolenie się menu turistico. Potrawy w Tratoria Sergio Gozzi vis a vis Bazyliki San Lorenzo zasłużenie cieszą się sporym zainteresowaniem. Kwadrans po dwunastej u drzwi spora grupka oczekujących. Mam szczęście, bo wchodzę po pięciu minutach oczekiwania. Ravioli al ragu posypane parmezanem smakują obłędnie, podobnie jak zucotto fiorentino. To ponoć pochodzący z czasów Medyceuszy deser ze schłodzonego ciasta, jest w kształcie kopuły (nawiązującej do Duomo) składa się z biszkoptu nasączonego likierem, wypełnionego kremem z ricotty, bakalii, kakao i kawałków czekolady. Jest bardzo smaczny i nie za słodki. Marzyłam o nim od czasu ostatniego pobytu we Florencji, kiedy tylko spróbowałam go z talerza ciotki Wandy.

Zucotto fiorentino


Pałac Medici Riccardi
Głowa św. Hieronima Lippiego - szkic węglem

Po obiedzie postanowiłam iść przed siebie i wejść tam, gdzie nie będzie kolejek. Komfort kolejnego pobytu, kiedy większość atrakcji już poznałam (złe określenie które odwiedziłam raz, czy dwa). Pierwszym obiektem na który trafiłam jest Pałac Medyceuszy. Byłam tam dwukrotnie, ale ponieważ podoba mi się Pochód Trzech Króli Benozzo Gozzoli (od czasów fascynacji rodem Medyceuszy) oraz nie posiadam dobrego zdjęcia Madonny z dzieciątkiem Lippiego - uznałam to za szczęśliwy traf. O Pochodzie Trzech króli pisałam tutaj. Tym razem mogłam uzupełnić kolekcję zdjęć o kolejne. Nie było wielu odwiedzających, dzięki czemu stojący nieopodal strażnik nie poganiał, żeby opuścić niewielkie pomieszczenie i przechodzić do kolejnych sal. Mogłam tą cudowną bajką z Medyceuszami w roli głównej napawać wzrok. Bajką, bo historia pochodu trzech króli przedstawiona została w iście baśniowym wykonaniu; mnogość kolorów, strojów, postaci, zwierząt, krajobrazu – nagromadzenie wszystkich tych elementów na obrazie sprawia, że jest co oglądać. Ja zawsze wyszukuję zleceniodawców – ich wyidealizowanych postaci, młodzi Medyceusze niczym cherubini, starsi będący oznaką potęgi i nestorzy – dostojeństwa. Zrobiłam też zdjęcie Madonny Filippo Lippiego, ale bardziej zaciekawił mnie rewers obrazu - naszkicowana węglem głowa świętego Hieronima (tego malarza-zakonnika). Zadziwiło mnie to, byłam przekonana, że przedstawia kolejną z Madonn. Ma takie delikatne rysy.
Pochód Trzech króli Benozzo Gozzoli (tłumy jak na wystawie Fra Angelico)

Renesansowy pałac i barokowa sala z freskami Luca Giordano z apoteozą Medyceuszy. Nowi właściciele pałacu ród Riccardi zlecili dobudowanie drugiego skrzydła, w którym mieszczą się Sala Lustrzana i Biblioteka Riccardich. Na suficie zlecili uczcić poprzednich właścicieli. Barokowe malowidła odwołujące się do mitologii są trudne dla skupienia uwagi. Starałam się skoncentrować na fragmencie malowidła przedstawiającym scenę narodzin człowieka w Krainie Wieczności i ani tam, ani potem na zdjęciu nie dopatrzyłam się nowonarodzonego człowieka w rękach boga Janusa (nawet po powiększeniu zdjęcia). Trzeba uwierzyć na słowo, że w owym tłumoku w rękach Janusa znajduje się dziecko. Dla wynagrodzenia braku amorków na fresku dostatek. Widać za to wrzeciona i nici losu człowieczego trzymane przez Moiry otaczające Janusa.
Sala Lustrzana


Narodziny człowieka w Krainie Wieczności Luca Giordano

Złote detale wykończenia Sali odbijają się i zwielokrotniają wrażenie bogactwa i elegancji dzięki lustrom ozdobionym florą i amorkami. Medyceusze sporą część olbrzymiej fortuny przeznaczyli na mecenat artystyczny, poza wspieraniem artystów i fundowaniem budowy świątyń, budynków użyteczności publicznej i przytułków gromadzili dzieła antyczne. Sporo ich zarówno w korytarzach, jak i na dziedzińcu. Mnie za każdym razem przyciąga postać kobiety w welonie na głowie. Nie znalazłam tabliczki informacyjnej. Czy jest to rzeźba antyczna, czy renesansowa nie mam pojęcia, ale spośród wielu innych to ona za każdym razem zwraca moją uwagę. Kobieta w welonie.
Kobieta w welonie (z braku informacji sama nazwałam posąg)


Wystawa Toulouse Lautrec
litografia HTL

Idąc do hotelu nie planowałam wchodzić do kolejnej galerii, tym bardziej iż miałam zarezerwowane bilety na wystawę Fra Angelico w Palazzo Strozzi. Potem czekało mnie jeszcze spotkanie z Moniką.

Jednak przechodząc przez Plac Zwiastowania, przy którym stoi Szpital Niewiniątek (projekt Bruneleschiego - tego od kopuły Duomo z medalionami dzieciaczków w powijakach Andrei della Robbia) zauważyłam plakaty z nazwiskiem Toulouse Lautrec. Zdziwiło mnie to, gdyż po pierwsze nie spodziewałam się sal wystawowych w tym miejscu, po drugie, skąd pomysł na sztukę Belle Epoque we Florencji. Z tego co zauważyłam (być może błędnie) Włosi preferują rodzimą sztukę. Nie ma się co dziwić mają jej tyle, że mogą zapełnić niejedno muzeum (nawet uwzględniając ogromne straty wojenne). Nie wiele myśląc weszłam na wystawę. Były to główne litografie Henriego TL ale też Alfonsa Muchy (i paru jeszcze twórców) a także trochę przedmiotów użytkowych art deco, zdjęcia, filmy i plakaty. Wystawa nieduża ale bardzo ciekawa. 




Po spotkaniu ze sztuką XV i XVII wieku w pałacu Medyceuszy z przyjemnością przeniosłam się w okres przełomu wieków XIX i XX. Nie wiem, czy większą radość sprawiły mi litografie Muchy (oglądane po raz pierwszy, w ogóle nie miałam wcześniej okazji oglądać dzieł Alfonsa), czy lampy, wazony i etażerki. Jakby omszałe wazony, wazy, misy, lampy z malowanymi kwiatami, gałązkami czy ptakami oraz witrażowe lampy Tifanny z początku XX wieku wyglądają niezwykle interesująco. Podobnie, jak personifikacje pór roku Alfonsa Muchy (delikatność połączona z nowatorstwem). Był to bardzo miły przerywnik pomiędzy wizytami w pałacach.
Jesień Alfons Mucha


Fra Angelico w Palazzo Strozzi

Madonna dell`Umilita (Pokory) z Berlińskiego Muzeum

Wybierając się do Florencji sprawdziłam terminarz planowanych wystaw. Ach ta zachłanność nie mająca granic. Przecież wiedziałam, że odwiedzę Ufizzi, a to jest galeria nie mająca sobie równych, posiada w swych zbiorach tak wiele obrazów, które zaliczam do bliskich memu sercu, że powinnam była sobie odpuścić kolejną wystawę. Zdaje się, że to nasza noblistka Szymborska mawiała jeden obraz dziennie. I przyznaję jej rację, ale musiałabym zamieszkać we Florencji na kilka lat, aby obejrzeć choćby te najważniejsze dla mnie dzieła. Kiedy przeczytałam, iż w Palazzo Strozzi odbywa się wystawa obrazów Fra Angelico wiedziałam, że chcę ją obejrzeć. Z braciszkiem Angelico (był zakonnikiem podobnie, jak Lippi, ale wierzył prawdziwie, Lippi został nim przez przypadek) mam tak jak z Pissarro rozpoznaję jego obrazy (przynajmniej w sporej części), jednak nie umiem zapamiętać ich tytułów. Poza zwiastowaniem w klasztorze San Marco (tym cudem nad cudami) inne są dla mnie jak ilustracje książeczek dla dzieci, przepięknie kolorowe z dużą ilością lapis lazuri, złotej farbki i czerwieni. Matki boskie z rumieńcami na twarzy, anioły z loczkami, nieco naiwne, ale jakże szczere. Na jasnoniebieskich ścianach wiszę obrazy wypożyczone z muzeów Europejskich a także zza oceanu.
Zwiastowanie di San Giovani Valdarno z Muzeum w Cortonie (prawie tak ładne jak to w San Marco)

Zwiastowanie w Klasztorze San Marco (nie mogłam go nie zamieścić, bo choć nie było na wystawie z wiadomych względów- to fresk na ścianie klasztoru- to dla mnie najładniejsze z dzieł anielskiego braciszka, choć nie tak barwne jak pozostałe obrazy)

Zainteresowanie ekspozycją jest ogromne. I tu zgodzę się z Iwaszkiewiczem – w muzeach jest za dużo ludzi (on napisał ludzie tak okropnie przeszkadzają w muzeach- str. 76 Podróże do Włoch PIW 2008). Z tym, że to co nazywał Iwaszkiewicz nadmiarem dziś nazwalibyśmy ledwie namiastką zainteresowanych. Mimo rezerwacji biletu musiałam odstać parę minut w kolejce, która „stała” w miejscu, co powodowało nerwowe oglądanie się na boki i wymienianie porozumiewawczych spojrzeń z Azjatkami stojącymi za mną. Wbrew obawom weszłam punktualnie. I tu nastąpił armagedon. Ludzi było tak dużo, że do paru obrazów nie mogłam w ogóle podejść, oglądałam je spomiędzy głów zwiedzających. Kilka minut oczekiwania w tłumie osób gestykulujących, pokazujących sobie detale, popisujących się znajomością dzieła i wchodzących innym w pole widzenia sprawiło, że musiałam przejść do tych mniej obleganych. Była to dobra decyzja, bo nie miałam oczekiwań związanych z konkretnymi obrazami (nie miałam nawet wiedzy na ten temat, jakich dzieł mogę oczekiwać) - chciałam jedynie po napawać wzrok urokiem obrazków. 
Tego rodzaju dzieła nazywam renesansowym komiksem. Szafa sreber - cykl kilkudziesięciu obrazków dla szaf w klasztorze San Marco we Florencji

Nazwanie ich obrazkami jest dla mnie zamierzonym sformułowaniem, bo jest w nich coś z naiwności, pobożności, pokory, żarliwości – taka mieszanka baśniowości, gdzie nawet obcięta mieczem głowa z tryskającymi strumieniami krwi nie przeraziłaby dziecka.
Ścięcie Św. Kosmy i Damiana (nie pamiętam skąd obraz przyjechał na wystawę)

Szczerze mówiąc na żadnej innej wystawie nie miałam tak mieszanych uczuć, radość z oglądania mojego ukochanego Anielskiego braciszka, który malował tak, jakby się modlił mieszała się z zażenowaniem z powodu tych tłumów ludzi nie zważających na innych -ludzi, którym brakowało pokory wobec sztuki i współbraci, w przeciwieństwie do bohatera wystawy. Coś tu było nie tak zorganizowane, mimo biletów na godzinę i wpuszczania ograniczonej ilości osób – zwiedzających było za dużo. Galeria sztuki to pewnego rodzaju sacrum (przynajmniej dla mnie), w którym chciałoby się pobyć sam na sam w ciszy i spokoju, a przy tak dużej ilości osób oglądanie traci swój odświętny nastrój, nie ma miejsca na kontemplacje. Na szczęście po parunastu minutach udało mi się wyłączyć z otoczenia, zamknąć uszy na szum i gwar rozmów i skoncentrować na kilku dziełach.
Święty Jan Chrzciciel Michelozzo

Pokutująca Maria Magdalena Donatello (takie luźne skojarzenie) ze strony

Poza obrazami Fra Angelico było dla porównania parę obrazów, rzeźb i innych dzieł sztuki kolegów artystów.

Moją uwagę zwrócił Święty Jan Baptysta Michelozzo. W pierwszej chwili wydał mi się podobny w stylu do rzeźby Św. Magdalena Pokutująca Donatella. Kiedy oglądałam ją po raz pierwszy zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i choć nie zrobiłam jej zdjęcia doskonale zapamiętałam tę wychudzoną, zabiedzoną w łachmanach postać. Brzydka, wymęczona, cierpiąca. Dziś jak patrzę na obie rzeźby widzę jednak spore różnice, ale może Michelozzo (który przyjaźnił się z Donatellem) trochę inspirował powstałym dwanaście lat wcześniej dziełem.

Uffizi
Na korytarzu Uffizi

O wizycie w Uffizi będzie odrębny wpis, nie mogę sobie odmówić tej przyjemności podzielenia się paroma obrazkami z Galerii (nawet jeśli jestem w moich zachwytach osamotniona. Choć ilość ludzi odwiedzających Galerię mogłaby świadczyć o czymś innym). Dziś tylko wspomnienia z galerią po trosze historyczne, po trosze techniczne. Po raz pierwszy odwiedziłam galerię w 2003 roku. Pamiętam rok dzięki kilku zachowanym zdjęciom. Marzyłam od lat o podróży do Florencji ponieważ chciałam obejrzeć – nie Dawida Michała Anioła, nie Katedrę ze słynną kopułą, nie Ponte Vecchio a dwa obrazy Botticellego w Uffizi. I kiedy w końcu doszła do skutku moja podróż z ciotką Wandą do Florencji i ona zaproponowała, aby może sobie odpuścić wizytę w Uffizi z uwagi na długą kolejkę do wejścia i konieczność wczesnego wstawania, aby się w nią ustawić – byłam gotowa rzucić się na nią z pazurami i wydrapać jej oczy. I choć zwykle tak potulna i zgodna Gosia tym razem się zbuntowałam i zapowiedziałam, że ja muszę tam iść. Niewiele pamiętam z tamtej pierwszej wizyty. Nie można było wówczas robić zdjęć, więc w mej pamięci pozostała scena z Sali numer trzynaście, w której na sąsiadujących ścianach wisiały Narodziny Wenus i Wiosna, a ja siedząc na ławeczce jednym okiem łypałam na Wiosnę drugim na Wenus, a łzy spływały mi po policzkach.
Wiosna Sandro Botticelli

To był taki kamień milowy mojego zaprzyjaźniania się ze sztuką. Botticelli był jednym z niewielu nazwisk, któremu umiałabym przypisać tytuły obrazów. Z tamtej pierwszej wizyty zapamiętałam tylko Tondo ze świętą rodziną Michała Anioła, Zwiastowanie Leonardo da Vinci, Portret Papieża Juliusza II Rafaela Santi oraz Meduzę Caravaggio. Z liczącego około dwóch tysięcy obrazów muzeum zapamiętałam tylko kilka.
Narodziny Wenus Sandro Botticelli

Ileż czasu minęło od tamtej pierwszej wizyty i moich naiwnych zachwytów. Z latami wizyt w galerii przybywało i moja kolekcja obrazów powiększała się coraz bardziej. Im więcej czytałam na temat malarzy i ich dzieł tym apetyt coraz bardziej rósł. W zeszłym roku oglądając kolejny film z cyklu Sztuka na ekranie na temat Florencji, Medyceuszy i Uffizi zamarzyłam o powrocie do Galerii, w której ostatnio byłam dekadę temu.
W drodze do Ufizzi

Baptysterium na pustym placu katedralnym (widok niezwykle rzadki za dnia)

Wiedziałam, że jeśli chcę uniknąć kolejki do wejścia i nerwów związanych z zakupem biletów powinnam dokonać internetowej rezerwacji. Bilety kupiłam na godz.8.30, najwcześniejsza możliwa godzina wejścia, aby choć troszkę uniknąć tłumów. Oczywiście nie chciało mi się wcale wstawać z łóżka tak wcześnie, zwłaszcza, że po spotkaniu z Moniką położyłam się dość późno spać. Ale jak już wyszłam z hotelu i szłam niemal pustymi ulicami miasta byłam zachwycona, że mam ją niemal wyłącznie dla siebie. Rzadki to widok. Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiła wyłaniająca się u szczytu via dei Servi Katedra – fantastyczny widok. Wokoło noc przechodzi w dzień, powoli się rozjaśnia, a przed oczami wyłania się bryła ogromnej cudowności. Duomo w pełnej krasie. Widok na część jej najpiękniejszą część pokrytą kopułą, trzykolorowe pasy marmurów z Carrary, Maremmy i Prato (czyż same nazwy nie brzmią cudownie). Biel oczywiście z Carrary (Michał Anioł korzystał z tego marmuru), a zieleń i róż – nigdy nie pamięta, który marmur skąd pochodzi). Od razu przypomniało mi się moje wczesne wyjście z hotelu na wystawę Fra Angelico w Paryżu. Wówczas w połowie grudnia było jeszcze ciemno, kiedy dochodziłam pod gmach Opery Garnier. Teraz kiedy zbliżałam się do Santa Maria del Fiore wstawał dzień.
Duomo godzina siódma trzydzieści

Nigdy jeszcze nie widziałam tak pustego placu katedralnego i tak fantastycznego (bezludnego) otoczenia Baptysterium. Nic tylko robić zdjęcia. Kiedy doszłam do Piazza Signoria zaczęły pojawiać się pojedyncze osoby. Mogłam się pozachwycać Galerią Sztuki znajdującą się w Loggi dei Lanzi. Ach czemuż tak zachwyca Perseusz z głową Meduzy Celliniego (jedno z niewielu dzieł złotnika). Jak to możliwe, że tak zły człowiek (zdolny do zamordowania rywala) mógł stworzyć tak piękną rzeźbę. Perseusz dumny i butny niczym jego twórca pokazuje obciętą głowę Meduzy stojąc na jej powalonym ciele.
Perseusz z głową Meduzy Cellini

A Neptun Ammanatiego sprawia wrażenie większego nawet od Dawida Michała Anioła i Herkulesa i Kakusa Bandinellego strzegących wejścia do Starego Pałacu (Pallazzo Vecchio). Przed pomnikiem Donatella zdobiącym jeden z filarów Uffizich -miejscem zbiórki jestem piętnaście minut przed czasem. Cała ja, zawsze muszę być wcześniej przewidując dziesiątki przeszkód, które mogłyby mnie zatrzymać. Okazuje się, iż i tak mając bilety w ręku musimy odstać w długiej kolejce do wejścia (ciągnącej się od początku jednego ze skrzydeł do jego końca). Kolejka przesuwa się błyskawicznie i już po pięciu minutach przechodzę przez lotniskową bramkę i trafiam do raju. Jeszcze tylko wspinam się na drugie piętro po iście pałacowych wysokich schodach i mogę się cieszyć spotkaniem z tak wieloma wspaniałymi dziełami sztuki.


Piazza Signioria jeszcze pusty godzina ósma rano




I na pożegnanie dzisiaj kolosalny Neptun Ammanatiego (zastępując Bandinellego tego od Herkulesa i Kakusa po jego śmierci i wygrywając z Cellinim)

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Po Arezzo z Vasarim, Piero della Francesca, rodziną della Robiów i ribollitą

Piazza Grande wizytówka miasta (29 grudnia 2025 r)

Historia miasta w pigułce
Za najistotniejsze dla historii miasta uznałam dwa fakty; założycieli i dążność jego mieszkańców do niezależności.
Arezzo zostało założone przez Etrusków - starożytny lud, który zamieszkiwał środkową Italię (Etrurię, dzisiejszą Toskanię). Etruskowie istnieli od ok VII wieku przed naszą erą do I wieku naszej ery, następnie zostali wchłonięci przez państwo rzymskie. Byli zatem cywilizacją niemal równie starą jak rzymska, a ich osiągnięcia miały duży wpływ na sztukę, religię i kulturę państwa rzymskiego. Rozwinęli system miast państw, uprawiali medycynę, astronomię, mieli dobrych inżynierów. Uważa się, że cywilizacja rzymska rozwinęła się z cywilizacji etruskiej, tyle, że pod inną nazwą i językiem. Dziś o cywilizacji rzymskiej słyszał prawie każdy, a o Etruskach już niewielu. Tak sobie pomyślałam, czy te tkwiące w genach pierwiastki dawnych przodków nie miały wpływu na to, że to w Toskanii, a w zasadzie w jej największym ośrodku Florencji (którą także założyli Etruskowie) narodził się renesans. Taka niedorzeczna zapewne myśl mnie naszła.:)
Mieszkańcy Arezzo cechowali się silną niezależnością, jeszcze w XI wieku chcieli uniezależnić się od Florencji tocząc z nią walki, jednak to Florencja okazała się silniejszą i przejęła miasto pod koniec wieku XIV). W wieku XIX walczyli z Napoleonem, w końcu zostali częścią Zjednoczonego Królestwa Włoch.
Casa Vasari widok z ogrodu

Vasari i jego Dom w Arezzo
Do dziś najbardziej znanym mieszkańcem Arezzo jest Giorgio Vasari – pierwszy w dziejach historyk sztuki, który spisał dzieje nowożytnych malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Nawet, jeśli są one nie do końca rzetelnym źródłem wiedzy, to trzeba pamiętać, że Giorgio miał do dyspozycji tylko papier, gęsie pióro i transport konny, lub wóz ciągnięty przez woły, którym to sposobem pokonywał odległość (jadąc dniami, a nierzadko tygodniami) w poszukiwaniu  informacji. Często korzystał z usług pomocników, nie zawsze wiarygodnych, nie miał do dyspozycji kserokopiarki, więc obrazy czy wizerunki musiał szkicować czy też po czasie odtwarzać z pamięci, a poza pisaniem Żywotów zajmował się malarstwem i architekturą. Tu się urodził. Kształcił się na dworze Medyceuszy, pracował w różnych miastach, a uczył od najlepszych w tym od Michała Anioła.
Giorgio widziany swoimi oczyma w Casa Vasari

Miasto jego imieniem nazwało najważniejsze i najpiękniejsze miejsca (piazza Grande ma drugą nazwę - Piazza Vasari, zaprojektowane przy placu na zlecenie Kosmy I Medyceusza arkadowe Palazzo delle Logge nazwano Logiami Vasariego. Jego popiersie znajduje się na jednej z podpór arkady. Mieszczące się w loggiach knajpy też noszą jego imię, podobnie, jak zaprojektowany i zamieszkały przez niego dom przy via XX settembre.
Giorgio pisał, że w położonym na przedmieściach domu można oddychać najlepszym powietrzem w mieście. Do domu przynależy niewielki ogródek. Uważał go za swój azyl i osobiście stworzył dekoracje pomieszczeń na parterze, w galerii obrazów znajdują się zarówno namalowane przez niego, jak i namalowane przez innych XVI wiecznych artystów obrazy. Mnie interesowały obrazy Vasariego, bo przyznam, iż nie znałam ich wcześniej. Spośród wielkiej ilości scen religijnych zapamiętałam jedynie Złożenie do grobu, może z powodu zbieżności potraktowania tematu z Rafaelem. 
Złożenie do grobu Vasari Arezzo (niestety nie udało się uniknąć odbić światła na obrazie)

Choć to Rafaelowskie Złożenie do grobu na zlecenie Atalanty Baglioni jest barwniejsze i wspanialsze, to powyższemu obrazowi nie można chyba zarzucić braku talentu.
Złożenie do grobu Rafaela (Galeria Borghese Rzym)

Widzę tu duży wpływ Michała Anioła w muskulaturze postaci i skrętach ciał (a może tylko chcę widzieć, bo Michała Anioła wielbię od dawna). Z ciekawością oglądałam autoportret Giorgia - zawsze byłam ciekawa wyglądu artysty, o którym się czyta i którego obrazy ogląda. Jest tu też portret Kosmy I Medyceusza pędzla Vasariego, a ten ród bardzo mnie interesuje.
Na marginesie znalazłam w Ufizzi portret Lorenzo Medici także autorstwa Giorgio, a pamiętam, jak kilka lat temu pytałam o nazwisko jego twórcy. 
Portret Lorenza Medici Vasari (Ufizzi)
Koleżanka mi kiedyś napisała, iż widać, że urodą nie grzeszył, ja jednak naczytawszy się o nieciekawej fizjonomii Medyceusza uważam ten portret za nazbyt pochlebny (choćby na podstawie porównania z innymi wizerunkami, też przecież pozbawionymi krytycyzmu wobec osoby zleceniodawcy. 
Jednak tym, co mnie zaciekawiło najbardziej w domu Giorgia był pewien fresk (nie mam pewności, czy Vasariego, choć podejrzewam, że tak), który wzbudził mój zachwyt. Jest to kobieta czytająca w oknie. Cóż za wspaniała perspektywa. Wydaje się, iż scenę namalowano we wnęce okiennej, a tymczasem to optyczne złudzenie. Fantastyczny fresk nasuwający skojarzenia z obrazami Vermeera. Choćby dla tego jednego fresku warto było odwiedzić Casa Vasari.
Kobieta czytająca- fresk w Casa Vasari

Arezzo na przełomie roku i ribollita
Miasteczko liczy około sto tysięcy mieszkańców.
Nie odczułam ich dużej obecności w historycznym centrum,  może to skutek okresu świąteczno-noworocznego, ale na ulicach nie było tłoku, choć nie mogę też powiedzieć, aby było pusto. 
Corso Italia 1 stycznia 2026 r. (po prawej w głębi fasada Santa Maria della Pieve)

Właśnie skończył się jarmark na Piazza Grande, a jeszcze nie rozpoczął się odbywający w każdą pierwszą niedzielę miesiąca targ staroci, a zatem może trafiłam w taki spokojniejszy okres pomiędzy. Choć podobnie, jak w całej Italii trattorie i jadłodajnie około godziny dwunastej zaczynały się szybko zapełniać gośćmi, na tyle szybko, iż  pierwszego dnia pobytu musiałam zadowolić się kawałkiem pizzy. O dziwo mimo podrzędnie wyglądającego lokalu była smaczna (i tania, co nie jest już takie dziwne, pizza na kawałki to chyba najtańsze włoskie jedzenie na ciepło). Moje rozczarowanie wynikało z tego, że nie przepadam za pizzą. Drugiego dnia już o dwunastej (godzinie otwierania jadłodajni) weszłam do Trattorii, aby spróbować lokalnego specjału, czyli ribollity (zupy z czerstwego chleba, fasoli i ziemniaków). Ponieważ zupa z samej swej definicji kojarzy mi się z płynnym, lekkim daniem zamówiłam dodatkowo spaghetti z owocami morza (zapominając, iż owocami morza są także mule, których nie lubię).
Ribollita czyli paćka chlebowa :)

Ribollita okazała się głębokim talerzem z rozmoczonym chlebem, ziemniakami, fasolą i jakimś zielonym warzywem - była smaczna, ale tak syta, że już po zjedzeniu kilku łyżek byłam najedzona. Kelner zabierając talerz z niezjedzoną zupą zapytał, czy na pewno ma przynieść secondo piato (drugie danie). Było mi głupio odwołać zamówienie, więc potwierdziłam, że certo (oczywiście). A tam wśród nitek makaronu niemal same mule. No cóż zrobiłam dobrą minę do złej gry i zaczęłam dziobać  makaronowe nitki zapijając winem. Obiad nie trafił w mój gust, ale nie wyszłam głodna, a za to bogatsza w nowe doświadczenie, że skoro nigdy nie jestem w stanie zjeść całego dania to nie ma sensu  zamawianie dwóch :)
Spaghetti z owocami morza (winno być nazwane z mulami i jedną skorupą krewetkową)

Freski kaplicy Historii Krzyża Świętego Piera della Francesca
Zwolennicy malarstwa przyjeżdżają do Arezzo dla fresków Piero della Francesca oraz krucyfiksu Cimabue. Pierro i jego kaplicy Historii Krzyża Świętego poświęcił jeden z esejów w Barbarzyńcach w ogrodzie Zbigniew Herbert. Był to jego ulubiony malarz. Freski pochodzą z drugiej połowy XV wieku. Aby je obejrzeć należy wykupić bilet wstępu. Ja połączyłam bilet wstępu do Bazyliki Św. Franciszka, z wstępem do Muzeum Sztuki średniowiecza i Domu Vasariego. W cenie biletu było jeszcze Muzeum Archeologiczne, którego już nie dałam rady odwiedzić (bilet łączony jest ważny 72 godziny, a w okresie świątecznym trzeba niemałej ekwilibrystyki, aby dopasować do siebie czas i godziny otwarcia).
Niepozorna bazylika Św. Franciszka

Kaplica Bacci, w której znajdują się freski  przedstawiające historię Krzyża Świętego to poza portretem podwójnym małżonków Montefeltro najbardziej znane dzieła Piero. Urodził się nieopodal Arezzo w małej miejscowości Sansepolcro. Miałam nawet w planie wycieczkę do Cortony, albo do Sansepolcro, ale obawiałam się, że jak się chce zobaczyć zbyt wiele to tak naprawdę niewiele się zobaczy i zostają potem jakieś mgliste wrażenia jakiegoś kościoła i jakiegoś placyku, bez nazwy, bez historii, które z czasem zacierają się w pamięci. Lubię dowiedzieć się czegoś więcej o oglądanych miejscach, wówczas (być może, choć nie ma na to gwarancji) lepiej je zapamiętam a przy okazji poszerzam wiedzę i rozwijam moje szare komórki, które z wiekiem leniwieją coraz bardziej. 
Kaplica Bacci (historii Krzyża Świętego widziana z nawy głównej zza krucyfiksu Mistrza Św. Franciszka

Historia Krzyża Świętego pochodzi ze złotej legendy cieszącej się w średniowieczu dużą popularnością. Brzmi ona niczym baśń, otóż drzewo, z którego zrobiono krzyż, na którym skonał Chrystus swymi korzeniami sięga czasów Adama i Ewy i ich synów. W chwili śmierci Adama jego syn Set wkłada mu w usta nasiona, z których wyrasta potem drzewo, z którego zrobiony zostanie krzyż - ten Krzyż. Opowieść o historii krzyża toczy się przez wieki, mamy tu wiele scenek związanych z krzyżem, od śmierci Adama, przez adorację krzyża królową Sabę, sen Konstantyna, sceny bitewne. 
Sen Konstantyna Piero della Francesca

Najbardziej fantastyczna wydaje mi się adoracja mostku (ze ściętego drzewa zrobiono mostek) przez doznającą objawienia królową Sabę (ma wizję, iż drzewo z mostku posłuży kiedyś za krzyż, na którym skona Chrystus).
Adoracja Drzewa Świętego Królowej Saby Piero della Francesca

W czasach średniowiecza ludzie wierzyli, lub chcieli wierzyć w Legenda Aurea. Nie będę opisywać wszystkich fresków, a jest ich kilkanaście na różnych poziomach kaplicy, aby dojrzeć niektóre trzeba mocno zadrzeć głowę do góry, aż kark cierpnie, żeby je zrozumieć, trzeba znać Legendę. Najbardziej znanym freskiem z tego cyklu jest Sen Konstantyna. Ponoć jest to pierwszy w historii malarstwa nokturn (scena nocna). Historia snu Konstantyna jest najlepiej znaną częścią Legendy na temat Krzyża. Konstantyn (cesarz rzymski), który miał stoczyć nazajutrz walkę o władzę z Maksencjuszem (też cesarzem, panowała wówczas dwuwładza) miał znacznie mniejszą ilość wojska od przeciwnika. Wówczas przyśnił mu się Anioł, który zapewnił, iż zwycięży, o ile będzie walczył w imię Krzyża. I to miało być przyczyną legalizacji chrześcijaństwa w cesarstwie rzymskim. W czasach, kiedy było ono dość słabą religią, nie mającą jeszcze tak wielu zwolenników pozwolenie na legalne wyznawanie wiary w Chrystusa było zjawiskiem zaskakującym, ale jak każda zmiana religii dobrze przez Konstantyna przemyślanym. Ale nie o tym jest ten wpis. Scena snu jest oniryczna, a jednocześnie postacie Konstantyna, służącego, strażników są przedstawione realistycznie. W opisie obrazu jest informacja o krzyżu w ręce anioła, przyznam się, że dopatrzyłam się go dopiero po powiększeniu zdjęcia. Równocześnie porównując zdjęcia z reprodukcjami w albumie widzę, jak ładnie zrekonstruowano brakujące części malowideł.
Zwiastowanie Piero della Francesca

Mnie w kaplicy Bacci (zleceniodawców) spodobało się Zwiastowanie, może dlatego, że mam do tego tematu słabość (to taka ładna historia, kiedy Anioł mówi kobiecie, że zostanie Matką i to nie byle jaką Matką, a najważniejszą z matek, bo Matką Zbawiciela). Lubię te postacie przyklękających aniołów w pokorze niosących nowinę i różne wersje Maryi, od zaskoczonych (jak kiedyś napisałam naburmuszonych Simone Martiniego), pokorne Fra Angelica, piękne Lippiego). Maryja u Piera jest i pokorna i dostojna. Zwiastowanie nie jest związane z Historią krzyża, ale ze względu na uniwersalny temat Piero umieścił je w kaplicy. Maryja otrzymuje od Anioła nie lilię (symbol niewinności) a liść laurowy (symbol życia). I znowuż widzę go dopiero na zdjęciu, ani na znajdującej się w albumie reprodukcji (zdjęcia z albumu pochodzą sprzed renowacji kaplicy), ani tym bardziej w kaplicy na wysokości kilku metrów od ziemi nie dostrzegałam tego detalu. Często historycy sztuki krytykują amatorów, za robienie zdjęć zamiast patrzenia. Jak widać zdjęcia bywają bardzo pomocne dla późniejszej analizy. 
Krucyfiks Cimabue w Kościele Św. Dominika

Oczywiście poza kaplicą Bacci w bazylice Św. Franciszka, która od razu wywołuje we mnie skojarzenia z Kościołem Świętego Wawrzyńca we Florencji z uwagi na jego niezwykle skromną -pozbawioną wszelkich dekoracji fasadę znajduje się wiele innych ciekawych fresków. Jest tam też krzyż przypisywany Mistrzowi Świętego Franciszka, bowiem pod postacią Chrystusa znajduje się mały modlący się święty Franciszek (II połowa XII wieku). Postać Chrystusa przypomina tę na krucyfiksie Cimabue w kościele Św. Dominika. Przyznam, że jeszcze nie dorosłam do zachwytów nad Cimabue i w kościele Świętego Dominika większą uwagą obdarzyłam ołtarz boczny z terakotową ceramiką warsztatu della Robbi.
Św. Piotr z Werony Giovani i Girolamo della Robbia kościół San Domenico


Muzeum Sztuki Średniowiecznej i Nowoczesnej
Jest tu wiele ciekawych głównie średniowiecznych obrazów mistrzów toskańskich, mnie jednak najbardziej spodobała się majolika. Dopiero tutaj uświadomiłam sobie, iż od zawsze w różnych muzeach mój wzrok chętnie kierował się na te kolorowe naczynia (z przewagą żółci, niebieskości i lekko zieleni) ozdobione fauną i florą i scenkami mitologicznymi. Zachwycała mnie ich żywa kolorystyka, bogactwo kształtów, pomysłowość zdobnicza. 
Majolikowe naczynia Muzeum Średniowiecza

j.w

Po raz kolejny zwróciłam uwagę na pana o dziwacznym imieniu Telemaco i nazwisku Signorini. Po raz pierwszy zauważyłam jego obrazy rok  temu na wystawie w Turynie. Nie wspominałam o tej wystawie, bowiem było ich tak wiele, że nie o wszystkich byłam w stanie napisać. Pan był Florentyńczykiem i żył w wieku XIX. W swoim malarstwie odchodził od realizmu, malarstwa akademickiego, malował scenki na tle fragmentów miejskiej zabudowy a także weduty. 
Via de Malcontenti Telemaco Signorini (florencka uliczka)

Mnie troszkę kojarzy się z Aleksandrem Gierymskim, którego niezwykle lubię. 
Szczególnie cenię na obrazach architekturę (jest to dokument historycznego wyglądu miasta, jego wnętrz), dlatego też moją uwagę zwróciło wnętrze Kościoła Santa Maria della Pieve pędzla Rafaello Conti. Tak wyglądało w wieku XIX. 
Wnętrze Santa Maria della Pieve Rafaello Conti

To samo wnętrze 30 grudnia 2025 r.

Artystyczna rodzina della Robia
Madonna z dzieciątkiem i świętymi warsztat della Robbia (Muzeum Sztuki Średniowiecza)

Kolejnym z odkryć były terakotowe ołtarze z glazury autorstwa rodu della Robbi. Pierwszym znanym artystą z tego rodu był Lucca. Znany jest on z przepięknej kantorii – trybuny (czy jak dziś byśmy powiedzieli balkonu) dla chóru śpiewaków we florenckiej katedrze. Dziś można go oglądać w Muzeum Katedry. 
Ołtarz boczny warsztatu della Robbia w kościele Santa Maria in Gradi Arezzo

Jego znakiem firmowym stał się biały wizerunek Madonny z dzieciątkiem na błękitnym tle. Jego uczniami był bratanek Andrea, a schedę przejęli jego synowie. Stworzyli oni warsztat della Robbiów. Z warsztatu pochodzi znajdująca się w Muzeum Sztuki Średniowiecznej Madonna z dzieciątkiem i świętymi Sebastianem i Julianem. Jaka w nich elegancja, może to dzięki zastosowaniu dwóch zasadniczych kolorów białego i niebieskiego (dziś to kolory flagi Maryjnej). Podążałam już potem śladem dzieł tego warsztatu. W Arezzo jest ich parę; jak ołtarz boczny w katedrze, ołtarz w Santa Maria in Gradi czy ołtarz główny w Santa Maria della Grazie.

Moja pamiątka z Arezzo - która nie wiedzieć czemu ale bardzo mnie ucieszyła i nawet nie targowałam się ze sprzedającym o cenę, choć zażądał kwotę sporo przewyższającą cenę bawełnianej koszulki.  
La vita e bella tytuł filmu, którego niektóre sceny kręcono na Piazza Grande zamieszczony na koszulce wywindował jej cenę, a mnie wprawił w jeszcze lepszy humor, bo podoba mi się mieć taki napis na koszulce.