Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Po Arezzo z Vasarim, Piero della Francesca, rodziną della Robiów i ribollitą

Piazza Grande wizytówka miasta (29 grudnia 2025 r)

Historia miasta w pigułce
Za najistotniejsze dla historii miasta uznałam dwa fakty; założycieli i dążność jego mieszkańców do niezależności.
Arezzo zostało założone przez Etrusków - starożytny lud, który zamieszkiwał środkową Italię (Etrurię, dzisiejszą Toskanię). Etruskowie istnieli od ok VII wieku przed naszą erą do I wieku naszej ery, następnie zostali wchłonięci przez państwo rzymskie. Byli zatem cywilizacją niemal równie starą jak rzymska, a ich osiągnięcia miały duży wpływ na sztukę, religię i kulturę państwa rzymskiego. Rozwinęli system miast państw, uprawiali medycynę, astronomię, mieli dobrych inżynierów. Uważa się, że cywilizacja rzymska rozwinęła się z cywilizacji etruskiej, tyle, że pod inną nazwą i językiem. Dziś o cywilizacji rzymskiej słyszał prawie każdy, a o Etruskach już niewielu. Tak sobie pomyślałam, czy te tkwiące w genach pierwiastki dawnych przodków nie miały wpływu na to, że to w Toskanii, a w zasadzie w jej największym ośrodku Florencji (którą także założyli Etruskowie) narodził się renesans. Taka niedorzeczna zapewne myśl mnie naszła.:)
Mieszkańcy Arezzo cechowali się silną niezależnością, jeszcze w XI wieku chcieli uniezależnić się od Florencji tocząc z nią walki, jednak to Florencja okazała się silniejszą i przejęła miasto pod koniec wieku XIV). W wieku XIX walczyli z Napoleonem, w końcu zostali częścią Zjednoczonego Królestwa Włoch.
Casa Vasari widok z ogrodu

Vasari i jego Dom w Arezzo
Do dziś najbardziej znanym mieszkańcem Arezzo jest Giorgio Vasari – pierwszy w dziejach historyk sztuki, który spisał dzieje nowożytnych malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Nawet, jeśli są one nie do końca rzetelnym źródłem wiedzy, to trzeba pamiętać, że Giorgio miał do dyspozycji tylko papier, gęsie pióro i transport konny, lub wóz ciągnięty przez woły, którym to sposobem pokonywał odległość (jadąc dniami, a nierzadko tygodniami) w poszukiwaniu  informacji. Często korzystał z usług pomocników, nie zawsze wiarygodnych, nie miał do dyspozycji kserokopiarki, więc obrazy czy wizerunki musiał szkicować czy też po czasie odtwarzać z pamięci, a poza pisaniem Żywotów zajmował się malarstwem i architekturą. Tu się urodził. Kształcił się na dworze Medyceuszy, pracował w różnych miastach, a uczył od najlepszych w tym od Michała Anioła.
Giorgio widziany swoimi oczyma w Casa Vasari

Miasto jego imieniem nazwało najważniejsze i najpiękniejsze miejsca (piazza Grande ma drugą nazwę - Piazza Vasari, zaprojektowane przy placu na zlecenie Kosmy I Medyceusza arkadowe Palazzo delle Logge nazwano Logiami Vasariego. Jego popiersie znajduje się na jednej z podpór arkady. Mieszczące się w loggiach knajpy też noszą jego imię, podobnie, jak zaprojektowany i zamieszkały przez niego dom przy via XX settembre.
Giorgio pisał, że w położonym na przedmieściach domu można oddychać najlepszym powietrzem w mieście. Do domu przynależy niewielki ogródek. Uważał go za swój azyl i osobiście stworzył dekoracje pomieszczeń na parterze, w galerii obrazów znajdują się zarówno namalowane przez niego, jak i namalowane przez innych XVI wiecznych artystów obrazy. Mnie interesowały obrazy Vasariego, bo przyznam, iż nie znałam ich wcześniej. Spośród wielkiej ilości scen religijnych zapamiętałam jedynie Złożenie do grobu, może z powodu zbieżności potraktowania tematu z Rafaelem. 
Złożenie do grobu Vasari Arezzo (niestety nie udało się uniknąć odbić światła na obrazie)

Choć to Rafaelowskie Złożenie do grobu na zlecenie Atalanty Baglioni jest barwniejsze i wspanialsze, to powyższemu obrazowi nie można chyba zarzucić braku talentu.
Złożenie do grobu Rafaela (Galeria Borghese Rzym)

Widzę tu duży wpływ Michała Anioła w muskulaturze postaci i skrętach ciał (a może tylko chcę widzieć, bo Michała Anioła wielbię od dawna). Z ciekawością oglądałam autoportret Giorgia - zawsze byłam ciekawa wyglądu artysty, o którym się czyta i którego obrazy ogląda. Jest tu też portret Kosmy I Medyceusza pędzla Vasariego, a ten ród bardzo mnie interesuje.
Na marginesie znalazłam w Ufizzi portret Lorenzo Medici także autorstwa Giorgio, a pamiętam, jak kilka lat temu pytałam o nazwisko jego twórcy. 
Portret Lorenza Medici Vasari (Ufizzi)
Koleżanka mi kiedyś napisała, iż widać, że urodą nie grzeszył, ja jednak naczytawszy się o nieciekawej fizjonomii Medyceusza uważam ten portret za nazbyt pochlebny (choćby na podstawie porównania z innymi wizerunkami, też przecież pozbawionymi krytycyzmu wobec osoby zleceniodawcy. 
Jednak tym, co mnie zaciekawiło najbardziej w domu Giorgia był pewien fresk (nie mam pewności, czy Vasariego, choć podejrzewam, że tak), który wzbudził mój zachwyt. Jest to kobieta czytająca w oknie. Cóż za wspaniała perspektywa. Wydaje się, iż scenę namalowano we wnęce okiennej, a tymczasem to optyczne złudzenie. Fantastyczny fresk nasuwający skojarzenia z obrazami Vermeera. Choćby dla tego jednego fresku warto było odwiedzić Casa Vasari.
Kobieta czytająca- fresk w Casa Vasari

Arezzo na przełomie roku i ribollita
Miasteczko liczy około sto tysięcy mieszkańców.
Nie odczułam ich dużej obecności w historycznym centrum,  może to skutek okresu świąteczno-noworocznego, ale na ulicach nie było tłoku, choć nie mogę też powiedzieć, aby było pusto. 
Corso Italia 1 stycznia 2026 r. (po prawej w głębi fasada Santa Maria della Pieve)

Właśnie skończył się jarmark na Piazza Grande, a jeszcze nie rozpoczął się odbywający w każdą pierwszą niedzielę miesiąca targ staroci, a zatem może trafiłam w taki spokojniejszy okres pomiędzy. Choć podobnie, jak w całej Italii trattorie i jadłodajnie około godziny dwunastej zaczynały się szybko zapełniać gośćmi, na tyle szybko, iż  pierwszego dnia pobytu musiałam zadowolić się kawałkiem pizzy. O dziwo mimo podrzędnie wyglądającego lokalu była smaczna (i tania, co nie jest już takie dziwne, pizza na kawałki to chyba najtańsze włoskie jedzenie na ciepło). Moje rozczarowanie wynikało z tego, że nie przepadam za pizzą. Drugiego dnia już o dwunastej (godzinie otwierania jadłodajni) weszłam do Trattorii, aby spróbować lokalnego specjału, czyli ribollity (zupy z czerstwego chleba, fasoli i ziemniaków). Ponieważ zupa z samej swej definicji kojarzy mi się z płynnym, lekkim daniem zamówiłam dodatkowo spaghetti z owocami morza (zapominając, iż owocami morza są także mule, których nie lubię).
Ribollita czyli paćka chlebowa :)

Ribollita okazała się głębokim talerzem z rozmoczonym chlebem, ziemniakami, fasolą i jakimś zielonym warzywem - była smaczna, ale tak syta, że już po zjedzeniu kilku łyżek byłam najedzona. Kelner zabierając talerz z niezjedzoną zupą zapytał, czy na pewno ma przynieść secondo piato (drugie danie). Było mi głupio odwołać zamówienie, więc potwierdziłam, że certo (oczywiście). A tam wśród nitek makaronu niemal same mule. No cóż zrobiłam dobrą minę do złej gry i zaczęłam dziobać  makaronowe nitki zapijając winem. Obiad nie trafił w mój gust, ale nie wyszłam głodna, a za to bogatsza w nowe doświadczenie, że skoro nigdy nie jestem w stanie zjeść całego dania to nie ma sensu  zamawianie dwóch :)
Spaghetti z owocami morza (winno być nazwane z mulami i jedną skorupą krewetkową)

Freski kaplicy Historii Krzyża Świętego Piera della Francesca
Zwolennicy malarstwa przyjeżdżają do Arezzo dla fresków Piero della Francesca oraz krucyfiksu Cimabue. Pierro i jego kaplicy Historii Krzyża Świętego poświęcił jeden z esejów w Barbarzyńcach w ogrodzie Zbigniew Herbert. Był to jego ulubiony malarz. Freski pochodzą z drugiej połowy XV wieku. Aby je obejrzeć należy wykupić bilet wstępu. Ja połączyłam bilet wstępu do Bazyliki Św. Franciszka, z wstępem do Muzeum Sztuki średniowiecza i Domu Vasariego. W cenie biletu było jeszcze Muzeum Archeologiczne, którego już nie dałam rady odwiedzić (bilet łączony jest ważny 72 godziny, a w okresie świątecznym trzeba niemałej ekwilibrystyki, aby dopasować do siebie czas i godziny otwarcia).
Niepozorna bazylika Św. Franciszka

Kaplica Bacci, w której znajdują się freski  przedstawiające historię Krzyża Świętego to poza portretem podwójnym małżonków Montefeltro najbardziej znane dzieła Piero. Urodził się nieopodal Arezzo w małej miejscowości Sansepolcro. Miałam nawet w planie wycieczkę do Cortony, albo do Sansepolcro, ale obawiałam się, że jak się chce zobaczyć zbyt wiele to tak naprawdę niewiele się zobaczy i zostają potem jakieś mgliste wrażenia jakiegoś kościoła i jakiegoś placyku, bez nazwy, bez historii, które z czasem zacierają się w pamięci. Lubię dowiedzieć się czegoś więcej o oglądanych miejscach, wówczas (być może, choć nie ma na to gwarancji) lepiej je zapamiętam a przy okazji poszerzam wiedzę i rozwijam moje szare komórki, które z wiekiem leniwieją coraz bardziej. 
Kaplica Bacci (historii Krzyża Świętego widziana z nawy głównej zza krucyfiksu Mistrza Św. Franciszka

Historia Krzyża Świętego pochodzi ze złotej legendy cieszącej się w średniowieczu dużą popularnością. Brzmi ona niczym baśń, otóż drzewo, z którego zrobiono krzyż, na którym skonał Chrystus swymi korzeniami sięga czasów Adama i Ewy i ich synów. W chwili śmierci Adama jego syn Set wkłada mu w usta nasiona, z których wyrasta potem drzewo, z którego zrobiony zostanie krzyż - ten Krzyż. Opowieść o historii krzyża toczy się przez wieki, mamy tu wiele scenek związanych z krzyżem, od śmierci Adama, przez adorację krzyża królową Sabę, sen Konstantyna, sceny bitewne. 
Sen Konstantyna Piero della Francesca

Najbardziej fantastyczna wydaje mi się adoracja mostku (ze ściętego drzewa zrobiono mostek) przez doznającą objawienia królową Sabę (ma wizję, iż drzewo z mostku posłuży kiedyś za krzyż, na którym skona Chrystus).
Adoracja Drzewa Świętego Królowej Saby Piero della Francesca

W czasach średniowiecza ludzie wierzyli, lub chcieli wierzyć w Legenda Aurea. Nie będę opisywać wszystkich fresków, a jest ich kilkanaście na różnych poziomach kaplicy, aby dojrzeć niektóre trzeba mocno zadrzeć głowę do góry, aż kark cierpnie, żeby je zrozumieć, trzeba znać Legendę. Najbardziej znanym freskiem z tego cyklu jest Sen Konstantyna. Ponoć jest to pierwszy w historii malarstwa nokturn (scena nocna). Historia snu Konstantyna jest najlepiej znaną częścią Legendy na temat Krzyża. Konstantyn (cesarz rzymski), który miał stoczyć nazajutrz walkę o władzę z Maksencjuszem (też cesarzem, panowała wówczas dwuwładza) miał znacznie mniejszą ilość wojska od przeciwnika. Wówczas przyśnił mu się Anioł, który zapewnił, iż zwycięży, o ile będzie walczył w imię Krzyża. I to miało być przyczyną legalizacji chrześcijaństwa w cesarstwie rzymskim. W czasach, kiedy było ono dość słabą religią, nie mającą jeszcze tak wielu zwolenników pozwolenie na legalne wyznawanie wiary w Chrystusa było zjawiskiem zaskakującym, ale jak każda zmiana religii dobrze przez Konstantyna przemyślanym. Ale nie o tym jest ten wpis. Scena snu jest oniryczna, a jednocześnie postacie Konstantyna, służącego, strażników są przedstawione realistycznie. W opisie obrazu jest informacja o krzyżu w ręce anioła, przyznam się, że dopatrzyłam się go dopiero po powiększeniu zdjęcia. Równocześnie porównując zdjęcia z reprodukcjami w albumie widzę, jak ładnie zrekonstruowano brakujące części malowideł.
Zwiastowanie Piero della Francesca

Mnie w kaplicy Bacci (zleceniodawców) spodobało się Zwiastowanie, może dlatego, że mam do tego tematu słabość (to taka ładna historia, kiedy Anioł mówi kobiecie, że zostanie Matką i to nie byle jaką Matką, a najważniejszą z matek, bo Matką Zbawiciela). Lubię te postacie przyklękających aniołów w pokorze niosących nowinę i różne wersje Maryi, od zaskoczonych (jak kiedyś napisałam naburmuszonych Simone Martiniego), pokorne Fra Angelica, piękne Lippiego). Maryja u Piera jest i pokorna i dostojna. Zwiastowanie nie jest związane z Historią krzyża, ale ze względu na uniwersalny temat Piero umieścił je w kaplicy. Maryja otrzymuje od Anioła nie lilię (symbol niewinności) a liść laurowy (symbol życia). I znowuż widzę go dopiero na zdjęciu, ani na znajdującej się w albumie reprodukcji (zdjęcia z albumu pochodzą sprzed renowacji kaplicy), ani tym bardziej w kaplicy na wysokości kilku metrów od ziemi nie dostrzegałam tego detalu. Często historycy sztuki krytykują amatorów, za robienie zdjęć zamiast patrzenia. Jak widać zdjęcia bywają bardzo pomocne dla późniejszej analizy. 
Krucyfiks Cimabue w Kościele Św. Dominika

Oczywiście poza kaplicą Bacci w bazylice Św. Franciszka, która od razu wywołuje we mnie skojarzenia z Kościołem Świętego Wawrzyńca we Florencji z uwagi na jego niezwykle skromną -pozbawioną wszelkich dekoracji fasadę znajduje się wiele innych ciekawych fresków. Jest tam też krzyż przypisywany Mistrzowi Świętego Franciszka, bowiem pod postacią Chrystusa znajduje się mały modlący się święty Franciszek (II połowa XII wieku). Postać Chrystusa przypomina tę na krucyfiksie Cimabue w kościele Św. Dominika. Przyznam, że jeszcze nie dorosłam do zachwytów nad Cimabue i w kościele Świętego Dominika większą uwagą obdarzyłam ołtarz boczny z terakotową ceramiką warsztatu della Robbi.
Św. Piotr z Werony Giovani i Girolamo della Robbia kościół San Domenico


Muzeum Sztuki Średniowiecznej i Nowoczesnej
Jest tu wiele ciekawych głównie średniowiecznych obrazów mistrzów toskańskich, mnie jednak najbardziej spodobała się majolika. Dopiero tutaj uświadomiłam sobie, iż od zawsze w różnych muzeach mój wzrok chętnie kierował się na te kolorowe naczynia (z przewagą żółci, niebieskości i lekko zieleni) ozdobione fauną i florą i scenkami mitologicznymi. Zachwycała mnie ich żywa kolorystyka, bogactwo kształtów, pomysłowość zdobnicza. 
Majolikowe naczynia Muzeum Średniowiecza

j.w

Po raz kolejny zwróciłam uwagę na pana o dziwacznym imieniu Telemaco i nazwisku Signorini. Po raz pierwszy zauważyłam jego obrazy rok  temu na wystawie w Turynie. Nie wspominałam o tej wystawie, bowiem było ich tak wiele, że nie o wszystkich byłam w stanie napisać. Pan był Florentyńczykiem i żył w wieku XIX. W swoim malarstwie odchodził od realizmu, malarstwa akademickiego, malował scenki na tle fragmentów miejskiej zabudowy a także weduty. 
Via de Malcontenti Telemaco Signorini (florencka uliczka)

Mnie troszkę kojarzy się z Aleksandrem Gierymskim, którego niezwykle lubię. 
Szczególnie cenię na obrazach architekturę (jest to dokument historycznego wyglądu miasta, jego wnętrz), dlatego też moją uwagę zwróciło wnętrze Kościoła Santa Maria della Pieve pędzla Rafaello Conti. Tak wyglądało w wieku XIX. 
Wnętrze Santa Maria della Pieve Rafaello Conti

To samo wnętrze 30 grudnia 2025 r.

Artystyczna rodzina della Robia
Madonna z dzieciątkiem i świętymi warsztat della Robbia (Muzeum Sztuki Średniowiecza)

Kolejnym z odkryć były terakotowe ołtarze z glazury autorstwa rodu della Robbi. Pierwszym znanym artystą z tego rodu był Lucca. Znany jest on z przepięknej kantorii – trybuny (czy jak dziś byśmy powiedzieli balkonu) dla chóru śpiewaków we florenckiej katedrze. Dziś można go oglądać w Muzeum Katedry. 
Ołtarz boczny warsztatu della Robbia w kościele Santa Maria in Gradi Arezzo

Jego znakiem firmowym stał się biały wizerunek Madonny z dzieciątkiem na błękitnym tle. Jego uczniami był bratanek Andrea, a schedę przejęli jego synowie. Stworzyli oni warsztat della Robbiów. Z warsztatu pochodzi znajdująca się w Muzeum Sztuki Średniowiecznej Madonna z dzieciątkiem i świętymi Sebastianem i Julianem. Jaka w nich elegancja, może to dzięki zastosowaniu dwóch zasadniczych kolorów białego i niebieskiego (dziś to kolory flagi Maryjnej). Podążałam już potem śladem dzieł tego warsztatu. W Arezzo jest ich parę; jak ołtarz boczny w katedrze, ołtarz w Santa Maria in Gradi czy ołtarz główny w Santa Maria della Grazie.

Moja pamiątka z Arezzo - która nie wiedzieć czemu ale bardzo mnie ucieszyła i nawet nie targowałam się ze sprzedającym o cenę, choć zażądał kwotę sporo przewyższającą cenę bawełnianej koszulki.  
La vita e bella tytuł filmu, którego niektóre sceny kręcono na Piazza Grande zamieszczony na koszulce wywindował jej cenę, a mnie wprawił w jeszcze lepszy humor, bo podoba mi się mieć taki napis na koszulce.


środa, 14 stycznia 2026

Spacery po Rzymie, Arezzo i Florencji (i z Moniką)


Rzym
Area Sacra

Area Sacra di Lago Argentina - miejsce święte, miejsce na które wcześniej nie zwracałam uwagi mając do wyboru Forum Romanum Area Sacra wydawała się taką namiastką antycznych pozostałości sprzed wieków. Odkopano je około stu lat temu podczas wyburzania średniowiecznej zabudowy. Nie do uwierzenia, iż na tym niewielkim obszarze znajdują się pozostałości czterech małych świątyń (stąd nazwa miejsca) i fragment portyku teatru Pompejusza (budowle z wieków od IV do I p.n.e.). Te skrawki przeszłości (kolumny, posadzki, schodki, czy małe rotundy) budzą zainteresowanie miłośników historii. To tutaj, na tarasie (w kurii Pompejusza) podczas id marcowych został zamordowany Juliusz Cezar. Zawsze myślałam, że miało to miejsce gdzieś na Forum Romanum.
Giordano Bruno na Campo de Fiori


Campo de Fiori - czyli targowisko znajdujące się w miejscu wcześniejszych kwietnych łąk (fiori to kwiaty). W średniowieczu było to jedno z najbardziej tętniących życiem miejsc, wokół znajdowały się domy dla pątników (pielgrzymów). Plac ze stojącym pośród straganów pomnikiem Giordano Bruno otoczony jest licznymi knajpkami. Moja włoska ciotka poprosiła o zdjęcie twarzy filozofa-poety. Przekonywałam ją, iż jest ona spod przesłaniającego ją kaptura niewidoczna. A jednak myliłam się. Stojąc pod podestem pomnika dostrzegłam rysy twarzy spalonego tu w 1600 roku duchownego, który naraził się głoszeniem poglądów sprzecznych z nauką kościoła.  Tutaj siedząc w pierwszym rzędzie stoliczków z widokiem na stragany spożyłam moje ulubione risotto con funghi czyli ryż z grzybami posypany parmezanem. Czekając na secondo piatto (drugie danie- czy danie zasadnicze) obserwowałam spotykających się znajomych, poszukujących lokalu turystów, stałych bywalców witających się z kelnerami i przechodniów robiących zakupy. Na targu poza kwiatami, owocami i pamiątkami można też kupić wyroby skórzane, lnianie, wełniane, alkohole i moją ulubioną kolorową ceramikę. Jedzenie było pyszne, choć porcja (dla mnie) zbyt duża - nie do skonsumowania. Z zażenowaniem tłumaczyłam kelnerowi moim ubogim włoskim, że buono, ma troppo grande (dobre, ale zbyt dużo). Nie pierwszy raz jadłam w okolicy Campo de Fiori. Bardzo lubię tam chodzić, bo to miejsce i dziś tętni życiem. Miła odmiana po tych wszystkich budynkach, fontannach, pałacach- popatrzeć na pomarańcze, jabłka, karczochy czy marchewkę, rzeczy zwyczajne.

Obserwacja znad talerza

Piazza Navona - to chyba Napoleon rzekł, iż jest to najpiękniejszy Plac Europy, jeśli tak, to wyjątkowo muszę się zgodzić z małym dyktatorem. Nie żywię ciepłych uczuć dla Napoleona, ale w tym przypadku mógł mieć rację. Nie będę opisywać placu, o którym pisałam wielokrotnie. Napiszę jedynie o tej chwili grudniowej na Placu. Otóż było to kolejne miejsce, które utwierdziło mnie w przekonaniu, iż rok święty w Rzymie to najgorszy z możliwych okresów do odwiedzin miasta. Ludzie niemal doszczętnie pokrywali całą powierzchnię placu dodatkowo oszpeconego jarmarcznymi budami oraz karuzelą. Nie mam nic przeciwko jarmarkom, nawet lubię je spotykać w trakcie podróży, tutaj jednak wybitnie mi one nie pasowały, to jakby postawić stoisko z chińszczyzną wewnątrz Bazyliki Św. Piotra. Choć niewykluczone, że i do tego kiedyś dojdzie. Jakaś Włoszka darła  się jak opętana zachęcając przechodniów do spróbowania jej specjałów. Fontanna Czterech Rzek otoczona była ciasnym kordonem turystów, pozostałe dwie fontanny miały nieco więcej szczęścia, można nawet było przysiąść na ich murku. 
Tłumy na Piazza Navona

Za to do kościoła Sant` Agnese in Agone prowadziła o dziwo nieduża kolejka. Jak głosiły afisze na drzwiach świątyni wystawiano tam dwa obrazy; Niewiernego Tomasza Caravaggia i Madonnę z dzieciątkiem Rubensa. A zatem skoro kolejka była nieduża, a tego akurat Caravaggia nie miałam okazji oglądać (na co dzień wisi w Poczdamie) - nie mogłam sobie odmówić wejścia. I tu słówko o sztuce, dziura w boku Chrystusa na obrazie Caravaggia jest tak głęboka, że niemal widać trzewia, a paluch Tomasza grzebie w tej dziurze wręcz nieprzyzwoicie. Zrobiło to na mnie niemiłe wrażenie.
Niewierny Tomasz Caravaggia

Dlatego, aby poprawić sobie nastrój poszłam na lody do mojej ulubionej gelaterii Tre Fontane. Mam do niej sentyment, bo tam jadłam je po raz pierwszy nieśpiesznie, delektując się jednocześnie widokami kamienic i pałacyków w kolorach ochry i żółci. Jak migawki aparatu mam przed oczami detale fontanny Czterech Rzek. 
Detal fontanny Czterech Rzek
W kierunku Watykanu Mostem Umberta I przeszłam pod Pałac Sprawiedliwości zwany brzydkim pałacem (chyba nie tyle z powodu jego brzydoty, co rodzaju spraw, jakie się w nim prowadzi). Choć rzeczywiście Pałac nie zrobił na mnie wrażenia pośród tylu innych budynków jest jednym z wielu. Po drodze do Zamku Anioła mijam kramy z pamiątkami (głównie pamiątki made in China, ale też trochę kalendarzy i książek). Rzymscy bukiniści to chyba nienajlepsze określenie, ale budy z daleka przypominają te nad Sekwaną. Pod Zamkiem Anioła kolejka ciągnie się około kilometra, na Via Concilazione aż czarno od ludzi, kolejka do Bazyliki Świętego Piotra wyszła poza kolumnadę i prowadzi do Placu Zjednoczenia Włoch.
Rzymscy bukiniści nad Tybrem
Trudno też nazwać ją kolejką, bo ludzie ustawili się w kilkuset rzędach obejmujących całą ulicę. Po raz pierwszy będąc w Rzymie nie wchodzę ani na Plac Św. Piotra, ani do Bazyliki. Szkoda czasu i zdrowia na kilka godzin stania w ścisku. Tym bardziej, że jako osoba niewierząca nie odczuję żadnych emocji przechodząc przez otwarte jeszcze (już ostatnie dni) Drzwi Święte.
Via Concilazione
Kościół Św. Praksedy. Kolejne zadziwienie. Bo to nie kościół a bazylika, w dodatku jedna z najstarszych w Rzymie. Fundamenty pochodzą z V wieku, jednak sama świątynia została zbudowana w VIII wieku, jako miejsce przechowywania kości córek świętego Prudensa (ręka w górę, kto słyszał o takim świętym, a był to pierwszy nawrócony przez Św. Piotra, więc postać ważna). Córkami tymi były Prakseda i Prudencjana. Co dziwniejsze źródła nie potwierdzają istnienia tej drugiej, co nie przeszkadza istnieniu drugiej bazyliki pod jej wezwaniem. Być może Prudencjana była postacią fikcyjną, jednak Prakseda istniała i wsławiła się pochówkami pierwszych męczenników wbrew prawu rzymskiemu (niemal jak Antygona Sofoklesa). Za swój czyn, czy też czyny sama została skazana na śmierć i została męczennicą, a także świętą kościoła katolickiego.  
Ołtarz mozaikowy w absydzie Bazyliki Św. Praksedy
Najpiękniejszym elementem owej bazyliki są mozaikowe kaplice i absyda nawy głównej. Pochodzą one z IX wieku, a ich fundatorem był papież Paschalis I. A zatem to on jest jedną z postaci na owej mozaice (z głową w kwadracie - tak zaznaczono postacie żyjące podczas realizacji zamówienia). Poza Papieżem na mozaice widniej święty Paweł i Prakseda a po przeciwnej stronie święty Piotr, Prudencjana i Św. Zenon. Obie grupy rozdziela postać Chrystusa.  Świątynia jest ukryta pomiędzy kamienicami, które stoją w dość ciasnej zabudowie, tak, że trudno tę świątynię dostrzec. Fasada od strony obecnego wejścia głównego (które de facto jest wejściem bocznym) jest tak niepozorna, że łatwo ją przeoczyć, a wewnątrz aż dech zapiera. Poza przepiękną mozaikową absydą (których podobne możemy oglądać czy nieopodal w Santa Maria Maggiore czy na Zatybrzu w Santa Maria Trastevere) uwagę zwraca kaplica Św. Zenona uważana za cud wczesnośredniowiecznej sztuki bizantyjskiej.
W Kaplicy Św. Zenona

Kaplica powstała także na zlecenie papieża Paschalisa I i była poświęcona jego matce Teodorze. W kościele przechowywany jest fragment kolumny, przy której biczowano Jezusa. Bazylikę odkryłam podczas ostatniego pobytu w Rzymie, a czując pewien niedosyt odwiedziłam ją ponownie.


Arezzo Pomysł, aby Sylwestra spędzić w małym Arezzo był przednim pomysłem. Po zatłoczonym Rzymie znalazłam się w niewielkim miasteczku, bardzo urokliwym, ale spokojnym. Tego mi było potrzeba. Spacerów bez przedzierania się przez tłumy, wizyt w galeriach i kościołach odbywanych w ciszy. I jak we Włoszech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak w Arezzo wszystkie wiodą na Piazza Grande, czyli Wielki Plac. 
Piazza Grande 1 stycznia z nieuprzątniętymi pozostałościami straganów

Wspominałam kiedyś o tym, że mania wielkości Włochów sprawia, iż wszystko jest tam kolosalne i wielkie, budynki, budowle i place, a zatem każde miasteczko ma swój Piazza Grande. Plac w Arezzo nie jest może wielki, jeśli chodzi o powierzchnię, ale za to jakże dostojny w swym pięknie. Na pierwszy rzut oka przypomina ten sieneński, bowiem położony jest na pochyłym wzgórzu. Zapewne gdyby spadł śnieg można by zjeżdżać zeń na sankach. Nazywany jest też placem Vasariego.
Loże Vasariego- arkady z knajpkami

To w Arezzo przyszedł na świat i z tym miastem związany był Giorgio - pierwszy historyk sztuki w dziejach, który spisał dzieje malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Jego popiersie zdobi fronton Palazzo delle Logge, zwany też Loggie Vasari. 
Podpisu nie trzeba

Bo to właśnie on go zaprojektował wygrywając konkurs ogłoszony przez Kosmę I Medyceusza. Renesansowy budynek z arkadami jest dziś miejscem, w którym znalazły swą siedzibę liczne kawiarnie i restauracje o eleganckim wystroju. Ich największą zaletą jest widok na Plac, czyli najładniejsze miejsce w Arezzo. 
Santa Maria della Pieve - romańska absyda

Wzrok przyciąga romańska absyda kościoła Santa Maria della Pieve będąca niezwykle fotogenicznym obiektem na zdjęciach. Plac otacza wiele ciekawych budynków i budowli, mnie zachwyciło Bractwo Świeckich, czyli Pałac Fraternita dei Laci - budynek będący połączeniem gotyku z renesansem. Bractwo zostało założone w XIII wieku pod przewodnictwem braci dominikanów, służyło do pomocy biednym i chorym, a dzięki dotacjom testatorów finansowało wiele projektów na rzecz miasta, w tym budowę Lóż Vasariego. 
Piazza Grande

Na placu w okresie przed świątecznym stały budy jarmarczne, które w chwili mojego przyjazdu do Arezzo były rozbierane. Tutaj akurat bardzo żałuję, że nie zdążyłam ich spenetrować, bo o ile w Rzymie sklepików z pamiątkami było bardzo wiele, o tyle tutaj brakowało mi tego. Proces rozbiórki był dość powolny, więc mogłam co dzień śledzić jego postępy. Do pierwszego stycznia nie zdążono placu uporządkować, co nieco przeszkadzało w robieniu zdjęć. Na Placu wiszą fotosy z filmu Życie jest piękne, którego niektóre sceny kręcono właśnie tutaj. Najlepszą moim zdaniem pamiątką jest t-shirt z napisem La vita e bella, zaraz obok kolorowej ceramiki i pięknych kartek z widokami Toskanii. Te karki tak mi się spodobały, że zamiast kartek z widokiem Arezzo kupiłam kilka kartek z charakterystycznymi toskańskimi pejzażami. Takimi, które dotąd mogłam obserwować jedynie zza okien pociągu relacji Roma-Arezzo. Widok ten mocno zapadł mi w pamięć i bardzo bym chciała go ponownie doświadczyć. Podobnie, jak widok na Jezioro Trazymeńskie. 
Bractwo Świeckich


Główną ulicą Arezzo jest Corso Italia, taki miejscowy deptak z wieloma sklepikami, knajpkami, po którym przechadza się cała miejska śmietanka. Prowadzi od dworca aż do wspomnianej Świątyni Santa Maria della Pieve. 
Sylwestrowy spacer

Dziś nie będę pisała ani o Kaplicy Św. Krzyża z freskami Pierra della Franceski, ani o Muzeum Średniowiecza, ani o Domu Vasariego, czy krucyfiksie Cimabue, ani też o majolikach rodziny della Robia, które oglądałam z wielką przyjemnością. Wspomnę natomiast o pięknym spacerze Sylwestrowym. 

Ludzie w pewnym wieku bardziej cenią sobie święty spokój i dobrze przespaną noc, stąd nie wszyscy preferują szampańskie zabawy do białego rana. Od jakiegoś czasu przynależę do tej grupy. O ile jednak moją tradycją był do tej pory spacer Noworoczny (o 8 lub 9 rano), o tyle tym razem dołączył do tego spacer sylwestrowy. Otóż kiedy tylko zaczęło się zmierzchać wybrałam się na spacer do Twierdzy Medyceuszy. Już dzień wcześniej zauważyłam kolorowe iluminacje w parku położonym w pobliżu Twierdzy. Pomyślałam, że mogą ładnie wyglądać po zmroku. Ponadto o 17 miał zacząć się koncert pod Katedrą, a także event na Piazza Grande.
Piazza Grande 31 grudnia 

To był kolejny z moich dobrych pomysłów (o złych nie będę wspominać). Panowała radosna ożywiona, a zarazem spokojna (czytaj bezpieczna) atmosfera. Żadnych petard, rac, żadnego huku. Sporo rodzin z dziećmi. Ludzie uśmiechnięci. Kiedy doszłam pod Twierdzę Medyceuszy, okazało się, iż jeszcze przez pół godziny można wejść na jej teren. A tam iluminacje w postaci świetlnych tuneli, mikołajków, gwiazdek, choinek a na zewnątrz na terenie twierdzy widoki na toskański pejzaż. Wszystkiemu towarzyszyły znane amerykańskie świąteczne evergreeny, których muszę przyznać nie bardzo lubię. Jednak tutaj, w tym miejscu i czasie wprawiły mnie w świetny humor i sama sobie podśpiewywałam pod nosem a nawet podrygiwałam w takt muzyki. Poczułam się trochę jak pięciolatka, która dopiero odkrywa piękno świata. Spod twierdzy przeszłam pod Katedrę, gdzie przygotowania do koncertu toczyły się niespiesznie, we włoskim tempie.
Z piazza Grande na Corso Italia

Jedynym akcentem oczekiwanej zabawy były rzucane na ścianę jednego z pallazzo obrazy Vasariego, czy Pierra della Franceski, który urodził się niedaleko Arezzo, a tutaj właśnie spędził kawał życia, a jedynym z jego największych dzieł jest dekoracja kaplicy Św. Krzyża w bazylice Świętego Franciszka. Eventem na Piazza Grande okazały się kolorowe projekcje na ścianach budynków. Kiedy wracałam po dwóch godzinach Corso Italia tym razem była pełna ludzi, a nastrój był nadal bardzo radosny. Knajpy były pootwierane i nie wyglądało na to, aby obowiązywała jakaś rezerwacja miejsc, ludzie wchodzili na kieliszek wina, czy jakieś drinki, na pizzę, albo coś bardziej wykwintnego. Odniosłam wrażenie, że to świętowanie jest takie bardziej spontaniczne, wychodzimy z domu, spotykamy przyjaciół i idziemy gdzie oczy poniosą. Ale oczywiście bez znajomości języka mogłam to błędnie ocenić. Ja wróciłam w świetnym nastroju do hotelu, aby tam dobrać się do małej buteleczki wina i zjeść kolację. O ile spacer sylwestrowy był u mnie czymś nowym, o tyle spacery noworoczne kultywuję od wielu lat. O godzinie 8.30 rano było niemal pusto na ulicach. Mnie udało się dotrzeć do znajdującego się na obrzeżach miasteczka kościoła Santa Maria delle Grazie. 
Santa Maria della Grazie

Chciałam zobaczyć kolejny majolikowy ołtarz, co mi się udało uczynić. Obawiałam się trochę, iż pocałuję klamkę, ale okazało się, że kiedy wychodziłam z kościoła zaczynało się tam gromadzić parę osób, co sugerowało zbliżające się nabożeństwo. Mogłam sobie pogratulować, iż nie przyszłam później. Potem skierowałam się ponownie Corso Italia w kierunku Piazza Grande, aby tam napić się kawy. Zdziwiło mnie to, iż wiele sklepików i knajpek było otwartych. Przypominam sobie puste ulice polskich miast i pozamykane wszystko na klucz. 
Majolikowy ołtarz w Santa Maria della Grazie


Florencja i Monika
O Florencji pisałam już tak wiele razy, że w zasadzie musiałabym się powtarzać. O artystycznych doznaniach będzie odrębny wpis. Dziś jedynie napiszę, że we Florencji miałam przyjemność spotkania się po raz pierwszy (i tu podzielam zdanie mojej koleżanki mam nadzieję, że nie ostatni) z Moniką z bloga Trzymając się chmur. Zawsze przed takimi spotkaniami jest pewna obawa, czy przypadniemy sobie do gustu, zwłaszcza, jeśli obie wiedziałyśmy, że dzieli nas spora różnica wieku. Obawy okazały się płonne, bo bardzo miło spędziłyśmy czas jedna przy niewielkiej ilości procentów, druga przy kawce. Rozmawiałybyśmy zapewne dłużej, gdyby nie to, że bar zamykał swe progi.
Taki widok mogłyśmy podziwiać z Moniką wracając wieczorem

Monika odprowadziła mnie do mojego miejsca noclegowego, a ja wchodząc do pokoju długo miałam banana na twarzy. Tak jak często piszą tutaj moje wirtualne i też realne koleżanki jedną z największych zalet prowadzenia bloga jest poznawanie osób o podobnych lub zbliżonych zainteresowaniach, albo po prostu osób, którym się chce coś robić. Miło jest spotkać się z tak energetyczną i żywiołową młodą dziewczyną (choć Monika wciąż twierdzi, że nie jest taka młoda - z mojego punktu widzenia jest). Ma się wtedy nadzieję na zarażenie się ową spontanicznością młodości i samemu nieco odmłodnieć :)
Przy szpitalu Niewiniątek zaprojektowanym przez Vasariego, gdzie dziś w arkadach znajduje się najtańszy nocleg we Florencji (bo darmowy dla bezdomnych. Ranem szłam cichutko, aby nie obudzić) 

I ponownie z góry przepraszam za błędy w nazwach, tytułach, nazwiskach obcojęzycznych.

czwartek, 8 stycznia 2026

Rzym na koniec roku jubileuszowego

 

ślizgawka na Piazza Cavour z kościołem Tempio Valdese w głębi

Mam ogromne szczęście, iż do Rzymu przyleciałam po raz kolejny (siódmy, dziesiąty- nie wiem, przestałam liczyć). W każdym razie zdołałam go już „troszkę” poznać i nie musiałam trzymać się sztywno planu zwiedzania. Mogłam pominąć te miejsca, które z powodu roku jubileuszowego oraz okresu świąteczno-wakacyjnego (ferie dla młodzieży) były tak zapchane, że trudno było tam przysłowiową szpilkę wetknąć. Nie widziałam jeszcze tak długiej i tak szerokiej kolejki do Bazyliki Św. Piotra, czy takiego tłumu przed Panteonem.
Bazylika Santa Maria Maggiore, do której do niedawna wchodziłam niemal codziennie (bowiem znajduje się blisko mojego noclegu w pensjonacie B&B Edyta) dziś ogrodzona jest płotkami, a wejście prowadzi przez lotniskową bramkę, a to sprawia, że trzeba też odczekać w kolejce.
tłumy przed Panteonem (trudno było się zorientować, gdzie kończy się kolejka do wejścia, a gdzie stoją gapie

Miałam trzy punkty programu do zrealizowania, a potem było zwiedzanie metodą Herberta, jedna uliczka w prawo, potem w lewo i zagubienie się w ich plątaninie, bo przecież wszędzie natrafi się na coś ciekawego (na każdym kroku starożytność miesza się z barokiem, a średniowiecze z renesansem).

Moje trzy punkty obejmowały zbiory i ogrody Palazzo Colonna, wystawę zbiorów z muzeum egipskiego przy Pałacu Kwirynalskim oraz wystawę obrazów malarzy z końca XIX i początku XX wieku z Muzeum w Ditroit.

Pallazo Colonna to pałac budowany od XIII do XVII wieku, stąd taka różnorodność stylów, choć przeważa tu barok. Na początku XV wieku w jego posiadanie wszedł Oddone Colonna (czyli papież Marcin V) uczyniwszy zeń swą oficjalną siedzibę.
Ród Colonnów to jeden z najstarszych rzymskich rodów. Wywodziło się zeń wielu dostojników kościelnych, mnie jednak najbardziej interesuje Vittoria Colonna urodzona pod koniec XV wieku włoska poetka i przyjaciółka Michała Anioła. Kobieta niezwykłej mądrości i wykształcona jak mało która wówczas białogłowa. Jej zaangażowanie w proces reformy kościoła o mały włos a doprowadziłoby ją do więzienia, jeśli nie do stracenia. Była  kuzynką Bony Sforzy. Michał Anioł bardzo ją cenił, pisał o niej sonety i narysował kilka jej portretów. Jeśli nie są pochlebstwem to była też ładną kobietą. 
Ród Colonnów zgromadził dużą kolekcję obrazów, które można oglądać w pałacowych wnętrzach.
Wielka sala w Pallazo Colonna

Pałace nie robią na mnie większego wrażenia, muszę jednak przyznać, iż barokowy przepych Wielkiej Sali z dużą ilością złoconych dekoracji, marmurowymi kolumnami (colonna to kolumna), freskami na suficie i zdobionymi malunkami lustrami nie pozostawiły i mnie obojętną. Wyobrażam sobie, iż przebywający tam goście o gustach kształtowanych ówczesną modą byli pod wrażeniem bogactwa i elegancji siedziby rodu. Nawet, jeśli my dziś uznajemy barok za styl przeładowany i napuszony. Znajdujące się w Wielkiej Sali XVII wieczne obrazy nie budziły mego zainteresowania, ale wystrój, dekoracje, piękne stoły, komody, rzeźbienia są godne uwagi.
Podstawa stołu w Galeria Colonna

Obraz, który bardzo chciałam obejrzeć to Jedzący fasolę Annibale Carracci. Na tego malarza zwróciłam uwagę w Muzeum Wiedeńskim. Jednak to obraz całkiem odmienny od tamtejszej Piety (o której wspominałam tutaj). Ta realistyczna kompozycja rodzajowa wyróżnia się tematycznie na tle mitologiczno-religijnych scenek, jakie malował Carracci, ale też jakie malowali pozostali artyści. Obraz przykuwa uwagę odmiennością tematu zaskakującą w tym pełnym przepychu wnętrzu. Jako wyróżniający się tematyką budził spore zainteresowanie oglądających, może nawet większe niż wiszący w tej samej Sali Portret Doży Andrei Gritti Tycjana.
Jedzący fasolę Annibale Carracci

Jak wielokrotnie wspominałam lubię podczas każdej wizyty w galerii sztuki odkryć malarza, o którym wcześniej nie słyszałam. Dołącza on potem do mojej wciąż rozrastającej się prywatnej galerii malarstwa i rzeźby. Nie mówiąc o tych malarzach, których odkryłam wcześniej, a których obrazy także kolekcjonuję. Tym razem w oko wpadł mi obraz Jacopo del Sellaio, ucznia Filipa Lippiego, który malował pod wpływem Botticellego i Ghirlandaio. Obraz jest rzeczywiście w stylu w/w panów, ale najbardziej zaskoczył mnie dobór pięknych, intensywnych, pogodnych barwników dla tematu przerażającego. Obraz nosi tytuł Masakra niewinnych (ja sobie przetłumaczyłam jako rzeź niewiniątek, co chyba nie byłoby błędem). Matki z otwartymi ustami tulące do siebie niemowlaki w powijakach w przepięknych, kolorowych szatach. I co znamienne, kaci to mężczyźni, ofiary to dzieci, a broniącymi są wyłącznie kobiety. Chciałoby się zapytać, gdzie podziali się ojcowie owych niewiniątek.
Masakra niewinnych Jacopo del Sellaio (poniżej fragment)



Zwróciłam też uwagę na przepiękne posadzki, marmury z florystycznymi dekoracjami. Jakże miło się je oglądało.
Piękne posadzki


Wystawa zbiorów egipskich z Muzeum Kairskiego w Scuderiach przy Pałacu Kwirynalskich budziła ogromne zainteresowanie ponieważ jak zapewniali organizatorzy były to zbiory, które nigdy wcześniej nie opuszczały swej siedziby. Po zeszłorocznych odwiedzinach w Muzeum egipskim w Turynie i wcześniejszej (lata temu) wizycie w samym Muzeum Kairskim moje oczekiwania były chyba zbyt wygórowane. Nie spodziewałam się co prawda Maski Tutenchamona, ale czegoś bardziej spektakularnego. Tymczasem wystawa była bardzo skromna. Eksponatów kilkadziesiąt i aczkolwiek oczywiście każdy budzący szacunek swoją wielowiekową historią to osobiście poczułam się nieco rozczarowana. Ale dla oddania sprawiedliwości muszę dodać, iż ilość osób tłocząca się przy każdym eksponacie i stanie w długiej kolejce do każdego kolejnego artefaktu tudzież uświadomienie sobie zguby pewnego banknotu (niemałej wartości) mogły wpłynąć na moje odczucia. Najbardziej spodobała mi się maska Amenemope – nieznanego mi faraona z XXI dynastii (dla porównania Tutenchamon pochodził z XVIII dynastii i wyprzedził swego zstępnego o ponad trzy stulecia). Ta maska nie jest aż tak dekoracyjna, jak najsłynniejsza z masek pogrzebowych, ale wykonana ze złota i kartonażu też robi duże wrażenie. 
Maska Amenemope z ok 992 r p.n.e.

Innym ciekawym eksponatem była Triada Mykerinosa z 2500 p.n.e. (król w otoczeniu bogini Hathor i bóstwa nomu Górnego Egiptu). Gdzieś wyczytałam, że Triada Mykerinosa to najstarsze zachowane przedstawienia trzech postaci w rzeźbie. Mykerinos pochodził z IV dynastii i wyprzedził Tutenchamona o około 1200 lat. Tak, te daty budzą szacunek, ślady cywilizacji sprzed niemal pięciu tysięcy lat.
Triada Mykerinosa

Wystawa malarska z Muzeum w Detroit prezentowana w Ara Pacis. Miałam nadzieję, że obrazy impresjonistów i kubistów zawisną w otoczeniu samego Ołtarza Pokoju wzniesionego przez Cesarza Augusta wybudowanego na początku ery nowożytnej, ale obrazy były prezentowane w zwyczajnej sali wystawowej. Ta wystawa to był creme de la creme mojego pobytu w Rzymie. Już miałam sobie ją odpuścić, bo czekały mnie kolejne w Arezzo i we Florencji, a nie chciałam doznać po raz kolejny syndromu Stendhala, ale moja włoska ciotka uświadomiła mi, że raczej za ocean nie polecę, więc to jedyna szansa ich obejrzenia. Dobrze mnie zna i wie, że w samolocie wytrzymuję maksymalnie pięć godzin.  Pamiętam, jak oglądając film Mój Vincent zobaczyłam na ekranie obraz Brzeg Oise w Auvers. Pomyślałam wówczas, iż to chyba nie jest obraz, bo jakimś cudem nie widziałam go nigdy wcześniej i szczerze mówiąc nie widziałam go też później na żadnej fotografii, w żadnym albumie, reprodukcji i nawet o nim zapomniałam. Jakież było moje zaskoczenie i radość, kiedy mogłam stanąć przed nim i chłonąć go pod powieki, tak, że dziś zamknąwszy oczy mogę go zobaczyć. 
Brzeg Oise w Auvers Vincet Van Gogh (zdjęcie nie oddaje owej pogody i radości płynącej z wnętrza)

Widziałam dziesiątki obrazów Vincenta, może nawet setki (byłam w Amsterdamski Muzeum Van Gogha, gdzie zgromadzono najwięcej jego obrazów) ale ten obraz zrobił na mnie duże wrażenie; pogodą, świeżością, emanacją radości istnienia, chciałoby się usiąść w tej łódce i popłynąć w słoneczny dzień przed siebie słuchając śpiewu ptaków i delikatnego szumu fal.

Kolejny obraz który zachowam w pamięci to kolejny w mojej galerii obraz Pissarro. Z obrazami Camilla mam ten problem, że nie pamiętam (poza Czerwonymi dachami i portretem syna) ich tytułów. One wszystkie są tak piękne, pogodne, że jak tylko je zobaczę niemal bezbłędnie odgaduję nazwisko malarza, a tytułu nie mogę spamiętać. Może dlatego, że często odnoszą się do francuskich nazw małych miejscowości, które to nazwy brzmią dla mnie całkiem obco, a nawet zapamiętane są tak przeinaczone w mojej pamięci, że wolę ich nie wypowiadać. Tu jednak sprawdziłam tytuł i brzmi on Ścieżka.
Camille Pissarro Ścieżka 

Kolejny obraz wydał mi się znajomy z uwagi na modelkę, którą kojarzyłam z obrazami Renoira. I nie myliłam się to Kąpiąca się na siedząco; ładna, ponętna, zmysłowa naga kobieta, aż miło popatrzeć.

Renoire Kąpiąca się na siedząco

Po niedawnej lekturze Modigliani i Lunia uświadomiłam sobie, iż nie miałam okazji oglądania dzieł Amadeo. Obejrzałam zatem parę reprodukcji w internecie. Tym razem mogłam obejrzeć trzy portrety w oryginale. Też od razu je rozpoznałam z uwagi na charakterystyczny styl, migdałowate puste oczy, wydłużone szyje i sylwetki. Są one bardzo interesujące. 
Amadeo Modigliani Portret mężczyzny 

Czytając ostatnio książkę Blask Montparnasse`u zwróciłam uwagę na Chaima Soutine i jego niezwykły życiorys. Pochodzący z ubogiej rodziny białoruskich żydów (wszędzie znajduję określenie francuski malarz żydowskiego pochodzenia) wyrwał się z nędzy rodzinnej i pojechał do Paryża bez pieniędzy i znajomości języka, aby tam po pierwszych latach pobytu na Montparnassie klepiąc biedę, niedojadając doskonalić warsztat malarski, aż w końcu osiągnął uznanie i powodzenie. Do dotychczasowej kolekcji dwóch jego obrazów w moich zbiorach doszedł kolejny Czerwone gladiole. Jak większość jego obrazów wyróżniają się krwistością barwy, poskręcanymi kształtami, wynaturzeniem formy. Patrząc na te mimo wszystko piękne kwiaty myślałam o jego zakupach nieświeżego mięsa i pozostawianiu go na wiele dni, aby potem malować je w stanie rozkładu. Zastanawiałam się też, czy kwiaty traktował podobnie. Na którymś z filmów o Vincencie opowiadano, że lubił on malować kwiaty w różnym stadium rozwoju, od świeżych do więdnących i takich całkiem przekwitniętych.
Chaim Soutine Czerwone gladiole

Na wystawie trafiłam na obraz malarza, z którego nazwiskiem spotkałam się po raz pierwszy kilka lat temu w Warszawskich Łazienkach, kiedy to w Pałacu na wodzie prezentowano wystawę Maxa Liebermana. Kiedy wpadłam spóźniona na ową wystawę  roześmiałam się, bo okazała się ona ekspozycją dwóch obrazów niemieckiego impresjonisty. Jednak nazwisko zapamiętałam i uważniej oglądałam jego obrazy w Berlinie i Dreźnie. Tym razem trafiłam na obraz z amerykańskiej galerii sztuki Pejzaż parkowy

Oczywiście obrazów ciekawych było zdecydowanie więcej i każdy wart wspomnienia. Choć te bardziej kubistyczno- ekspresjonistyczne podobały mi się dużo mniej (stąd nie piszę o obrazach Picassa, których było najwięcej. Jeden nawet całkiem normalny. Przepraszam za sformułowanie, nieudziwniony, nie zgeometryzowany)

Idąc na wystawę troszkę pobłądziłam i trafiłam na takie cudo, jak na pierwszym zdjęciu. Na Piazza Cavour odbijające się w fasadzie kościoła Tempio Valdese słońce, wspaniałe pinus pinea, czyli parasolowate sosny, ślizgawka z rozbawionym tłumem łyżwiarzy wprawiły mnie w jeszcze lepszy, o ile to w ogóle możliwe humor. Ta 110 letnia protestancka świątynia stanowi eklektyczne połączenie neoromańskiej architektury ze stylem liberty (włoskim art nouveau). Czyli i w Rzymie można odnaleźć coś co nie jest klasyczną formą architektury, a to robi takie wrażenie w otoczeniu stojących tu budowli, jak ów jedzący fasolę we wnętrzach barokowego pałacu. 
To pierwszy ze wpisów z ziemi włoskiej - wycieczki, jaką odbyłam w okresie od 26 grudnia do 5 stycznia. W kolejnym będzie więcej widoków z zewnątrz, bo rozumiem, że nie każdy interesuje się sztuką :)
Nocowałam tradycyjnie u Edyty, która traktuje mnie już jak rodzinę. Polecam, bo niedrogo, po polsku i można liczyć na pomocną dłoń w razie problemów. 
Z góry przepraszam, jeśli wkradną się pomyłki w obcobrzmiących nazwach (nazwiska, tytuły, wezwania kościołów, sprawdzam po kilka razy ilość literek i ich pisownię, ale myślę, że nie uniknęłam błędów)