Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 8 lutego 2024

Najpiękniejsza uliczka w Gdańsku

Mariacka (w tle Kościół Najświętszej Marii Panny)

Być w Gdańsku i nie przejść się ulicą Mariacką to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Bazyliki Św. Piotra. Są ulice starsze od Mariackiej (jak choćby Chlebnicka czy Piwna), ale nie ma piękniejszej. Są bardziej okazałe, bogatsze w zabytkowe budowle, ale ta obejmujące 52 kamieniczki uliczka ma niepowtarzalny urok. Na jej klimat składa się suma wrażeń, jakie tworzą przedproża, kamieniczki, rzygacze, Bazylika Najświętszej Marii Panny z jednej strony i brama Mariacka z Domem Przyrodników z drugiej strony. Należy do tego dodać jeszcze kamienne kule przy schodach przedproży, zdobienia tychże, gotyckie stele i wielkie nazwiska związane z tą uliczką.
Pomuchel (czyli dorsz w roli rzygacza)
Uroku dodaje kameralność uliczki, jest niedługa, a dzięki przedprożom dość wąska. Spaceruje się tu przyjemnie o każdej porze roku i dnia. Oczywiście najmilej jest wcześnie rano, kiedy jest prawie pusta lub późnym wieczorem przy włączonych latarniach. A komu się to nie uda powinien wysilić wyobraźnię i wymazać nadmiar turystów z kart wspomnień. Niektórzy nazywają Mariacką złotą uliczką, ja nazywam ją bursztynową (od znajdujących się tu sklepików z bursztynem we wszelkiej postaci, głównie biżuterii). Właściciele ustawiają szklane witryny bezpośrednio na ulicy; w pochmurny dzień blask żywicy rozświetla smutne myśli, w słoneczny odbija promienie. Szklane gabloty mienią się odcieniami pomarańczy, żółci, czerwieni, karmazynu, mlecznobiałego, srebra i złota.
Ulicę Mariacką nazywam bursztynową uliczką
Historia ulicy wiąże się ze stojącym u jej wylotu kościołem Mariackim (pełna nazwa kościół Najświętszej Marii Panny). Od niego wzięły nazwę ulica, plebania, brama i oddział bibliteki. Jej nazwa pojawia się w księgach gruntowych w 1350 r. Niemcy nazywali ją Frauengasse, Polacy Niewieścią (XVI w) lub Panieńską (na przełomie XIX i XX w). Wszystkie te nazwy pochodziły od Najświętszej Marii Panny i jej kościoła. Może też dlatego od 1945 r. zaczęto nazywać ją Mariacką.
Bogactwem Mariackiej są jej przedproża. Same tarasy przy kamieniczkach pierwotnie drewniane pochodziły z XIV wieku. Mnie zauroczyły te kamienne z żelaznymi balustradami, płytami przedprożowymi, bogato zdobionymi płaskorzeźbami przedstawiającymi alegorie, scenki rodzajowe, bądź postacie zwierząt. Przedproża jak pisała o nich Joanna Schopenhauer w Gdańskich wspomnieniach młodości były rodzajem ozdobnych tarasów spełniającym wielorakie funkcje; placu zabaw dla dzieci, miejsca spotkań dla pań, wymiany poglądów dla panów. Życie towarzyskie tutaj kwitło. Nie można nazywać tych przedproży balkonami. Są to raczej przestronne, dosyć szerokie tarasy, wyłożone wielkimi płytami kamiennymi, ciągnące się wzdłuż fasad domów. Prowadzą do nich szerokie wygodne schody, a kamienne ogrodzenia zabezpieczają od ulicy. Pomiędzy przylegającymi do siebie przedprożami sąsiadujących domów wznoszą się przymurki cztery do pięciu stóp wysokie, stanowiące ich rozgraniczenie. Na tych przymurkach spoczywają w kamiennych korytach rury blaszane, zbierające z dachów wodę deszczową, wypływającą na zewnątrz przez paszcze ogromnych, nieraz prawdziwie artystycznie wykutych z kamienia głów delfinów lub wielorybów.
Kamienica nr 52 (krowy na przedprożach)
Dzisiaj w czasach coraz bardziej wirtualnych życie towarzyskie (nie tylko na przedprożach) zamiera. Nawet turyści rzadko kiedy wspinają się po kilku schodkach na te fantastyczne balkony, a szkoda, bo podwyższenie daje ciekawszą perspektywę.
Jak pisze wielce zasłużony znawca Gdańska pan profesor Januszajtis w Gdańskim ABC Nie sposób jej [Mariackiej] sobie wyobrazić bez tych charakterystycznych dla dawnego Gdańska tarasów, ozdobnych balustrad i schodków z kutymi poręczami. Przed schodkami stoją kamienne słupki lub kule. Przedproża podkreślają architekturę fasad, przydają im odświętnego charakteru i zapraszają do wejścia. Dodatkową ozdobą są sterczące ze ścianek działowych groteskowe rzygacze, odprowadzające wodę z rynien. Niegdyś każdy bogatszy gdański dom miał przedproże. Jeszcze w połowie XIX wieku było ich ponad 600. …. Dziś mamy w Gdańsku około 100 przedproży, z czego połowę na Mariackiej. (str. 84 rozdział M jak Mariacka)
Wejście przez Bramę Mariacką
Spacer po Mariackiej dobrze jest zacząć od strony Motławy, przechodząc przez Bramę Mariacką ma się piękny widok na całą ulicę i zarys bryły kościoła widziane jakby przez okienko bramne. Co nie oznacza iż wejście na uliczkę od strony świątyni jest mniej urokliwe.
Brama Mariacka powstała pod koniec XV wieku i ma formę późnogotycką. Od strony Motławy znajduje się tablica upamiętniająca Aleksandra von Humboldta, niemieckiego przyrodnika i podróżnika, któremu Gdańskie Towarzystwo Przyrodnicze nadało honorowe członkostwo podczas pobytu w Gdańsku w 1840 r.. Na tablicy wyryto słowa podróżnika; trzy są wybrzeża które najbardziej spodobały mi się w całej Europie - Złoty Róg, Zatoka Triesteńska i Zatoka Gdańska.
tablica Humboldta
Natomiast od strony ulicy Mariackiej nad bramą znajduje się herb Gdańska białe srebrne krzyże na czerwonym tle ze złotą koroną trzymaną przez lwy. Po lewej strony bramy znajduje się oryginalna tabliczka z nazwą ulicy Mydlarskiej z wyrzeźbionymi bańkami mydlanymi.
Wieża domu Przyrodników z punktem widokowym (dawne obserwatorium)
Jedną z najciekawszych kamieniczek znajdujemy po prawej stronie Bramy Mariackiej; jest to Dom nr 26 z 1599 (prawdopodobnie, jak podaje pan profesor Januszajtis dzieło Antoniego van Obberghena- twórcy Zbrojowni i przebudowy słynnego zamku Hamleta w Elsynorze). Pierwotnie pełnił funkcje mieszkalne. Od 1845 r. należał do założonego ponad sto lat wcześniej Towarzystwa Przyrodniczego. Nosi od nazwę Domu Przyrodników, a obecnie mieści się w nim Muzeum Archeologiczne. Charakterystyczną częścią kamienicy jest okrągła 36 metrowa wieża, na której szczycie w 1866 r. umieszczono obserwatorium astronomiczne. Fasada wraz z wieżą ocalały w czasie wojny. Obecnie na szczycie wieży znajduje się punkt widokowy, z którego można obejrzeć panoramę śródmieścia. Dom Przyrodników zdobią płyty przedprożowe z alegoriami czterech nauk.
Jedna z 4 alegorii nauk
Z ulicą Mariacką związane są nazwiska: Hugo Conwentz niemiecki botanik i pionier ekologii z drugiej połowy XIX i początku XX wieku (kamienica nr 28), Jan Uphagen ten od Domu Uphagena na Długiej (kamienica nr 38, nie mieszkał w niej, ale do niego należała), Jan Ernst Weichenthal twórca zegara z 1798 r. w Dworze Artusa (kamienica nr 51).
Warto zwrócić uwagę na płyty przedprożne. Na przedprożu kamieniczki nr 28 można zobaczyć kopię płaskorzeźby chłopca na delfinie (oryginał wmurowany jest w ścianę wewnętrzną przedproża). Kamieniczka o numerze 34/36 na płycie przedproża posiada postać półnagiej kobiety, w czym nie ma nic dziwnego, to bogini Diana. Tyle, że leży ona na pojeździe kosmicznym łunochodzie znajdującym się na księżycu. Kiedy odbudowywano Mariacką trwał podbój kosmosu, więc konserwatorzy upamiętnili to w sposób żartobliwy umieszczając boginię na księżycu. W miejscu pomiędzy plebanią Kościoła Mariackiego a dróżką prowadzącą dziś do ulicy Św. Ducha stały kiedyś Ławy Mięsne (taki pasaż handlowy- skromniejszy odpowiednik krakowskich Sukiennic). Płyty z rzeźbionymi krowami były kiedyś wmurowane w fasadę Ław Mięsnych. Dziś zdobią krowy zdobią przedproża kamienicy nr 52 (klubu pisarza i znajdującej się tam dziś restauracji).
Kopia Chłopca na delfinie
Diana na księżycu

Sen Jakubowy 
Po przeciwnej stronie uliczki w Kamienicach nr 2 i 3 barokowe płyty przedstawiają Dobrego i Miłosiernego Samarytanina. Natomiast na przedprożu kamienicy 17 wyrzeźbiono sen Jakuba. A to tylko niektóre płaskorzeźby.
Mnie zawsze zachwycały dwie wyróżniające się bielą stele znajdujące się przed kamienicą nr 1 (z 1451 r. - najstarszego murowanego w Gdańsku domu, który pieczołowicie odtworzono po wojnie). Stele zostały zrekonstruowane na podstawie fragmentów odnalezionych po wojnie w gruzach ulicy Chlebnickiej. Przedstawiają Zwiastowanie Anielskie, a kto mnie zna wie, że mam dużą słabość do anielskiej braci, do anielic także.
Stele ze sceną zwiastowania
Z Mariacką wiążą się też takie ciekawostki jak te poniżej podane przez profesora Januszajtisa.
W portalu kamienicy 36 znajduje się oryginalny napis (po niemiecku); Bóg woli by zazdrościli, niż by się skarżyli. Fasadę kamienicy nr 39 z 1557 r. odbudowano tutaj, zamiast na jej pierwotnym miejscu przy ul. Piwnej 46. Na szczycie kamienicy nr 37 znajduje się łabędź o szyi tak wysmukłej, że rzeźbiono ją już na rusztowaniu w obawie przed pęknięciem podczas transportu. Słupski przedproży domu nr 7 pochodzą z nieistniejącego już pałacyku na ulicy Długie Ogrody, który należał do rodziny von Almonde, gdzie w 1807 r. przebywał Napoleon Bonaparte. Jeden z rzygaczy kamieniczki nazywany był dawniej ,,dorszową głową’’, choć wcale dorsza nie przypomina. Kute balustrady przedproża kamieniczki o numerze 13 to starannie wykonane kopie, oryginały natomiast znajdują się w Muzeum Narodowym.
fragment przedproży

I jeszcze ciekawostka odnaleziona w internecie, nie wiem na ile prawdziwa, ale kto chce niech wierzy. W najstarszej gotyckiej kamienicy pod nr 1 miała rezydować Anna Schilling- gospodyni i domniemana konkubina Mikołaja Kopernika. W kamienicy mieści się małe muzeum, gdzie znajduje się zrekonstruowany kufer, który miał należeć do Anny i potwierdzać zażyłość relacji z astronomem, własnoręczna recepta podpisana przez Mikołaja, fragment jego listy do króla Zygmunta Starego oraz kopia dzieła O obrotach sfer niebieskich.
Kolejną ciekawostką była znana mieszkańcom i turystom kotka Mysza, która uwielbiała się wygrzewać na słoneczku. 
Myszy nie zobaczymy już na Mariackiej, przeszła na kocią emeryturę (znalazła bezpieczny dom na stare lata)

A ja na zakończenie spaceru udaję się do ulubionej Eklerowni na małe co nieco. I tym słodkim akcentem zapowiadam ponad dwu tygodniową przerwę we wpisach udając się na ziemię włoską, której uroki mam nadzieję osłodzą mi gorycz rozstania z moim ukochanym miastem.
Kawa z widokiem na kamieniczki bursztynowej uliczki



niedziela, 4 lutego 2024

Łódź w Ziemi obiecanej Reymonta

Po 13 latach wróciłam do lektury Ziemi obiecanej. Wybieram się do Łodzi, a żadna inna książka nie kojarzy mi się z Łodzią tak mocno, jak ta właśnie. Kiedy pod koniec XIX wieku z małej zamieszkałej przez niecały tysiąc mieszkańców osady staje się miastem o ponad dwustu tysięcznym zaludnieniu zmienia się jej wygląd, jej architektura, jej przekrój społeczny, zmienia się wszystko.
Rośnie industrialne miasto z ceglanymi fabrykami, dymiącymi kominami, płynącymi rynsztokami resztami farb i chemicznych odczynników pomieszanych ze śmieciami i błotem. Ludzkie mrowie wcześnie rano zmierza wprost do paszczy ceglanych potworów, które wypiją z nich wszystkie soki i wyplują na śmietnik historii. I to jest ta Ziemia obiecana? Ta szara, brudna, zamglona, pełna smrodu i niedoli Łódź.
Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krańcach miasta niby wielkie śmietniska- napełniło Piotrkowską szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących w świetle latarń, stukiem suchych drewnianych podeszw trepów i gwarem jakimś sennym oraz chlupotem błota pod nogami. Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary, człapali się środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni ustawiali się bezładnymi kupami przed bramami fabryk, drudzy uszeregowani w długiego węża, znikali w bramach, jakby połykani z wolna przez buchające światłem wnętrza. (str.15).
A jednak Łódź dawała nadzieję na szybkie wzbogacenie lub chociażby na możliwość godziwego zarobku. Opowieści - wysyłanych na wieś w poszukiwaniu taniej siły roboczej przedstawicieli fabrykantów, którzy na tę okazję wyposażeni byli w drogie ubrania, złote sygnety, trochę gotówki i roztaczali przed biedakami wizję dostatniego życia w mieście - potrafiły skusić niejednego do porzucenia dotychczasowego życia na roli. I przybywali tu, gdzie:
... Rynsztokami płynęły ścieki z fabryk i ciągnęły się wstęgi brudnożółte, czerwone i niebieskie; z niektórych domów i fabryk, położonych za nimi, przypływ był tak obfity, że nie mogąc się pomieścić w płytkich rynsztokach, 1`występował z brzegów zalewając chodniki, kolorowymi falami, aż po wydeptane progi niezliczonych sklepików, ziejących z zabłoconych wnętrz brudem i zgnilizną, zapachem śledzi, jarzyn gnijących lub alkoholu. Domy stare, obdarte, brudne, poobtłukiwane z tynków, świecące niby ranami nagą cegłą, miejscami drewniane, albo ze zwykłego pruskiego muru, który pękał i rozsypywał się przy drzwiach i oknach, o krzywych obsadach futryn, pokrzywione, wyssane, zabłocone, stały ohydnym rzędem domów-trupów, pomiędzy którymi wciskały się nowe, trzypiętrowe kolosy o niezliczonych oknach, jeszcze nie tynkowane, bez balkonów, z tymczasowymi oknami, a pełne już ludzkiego mrowia i stuku warsztatów tkackich, jakie pracowały bez względu na niedzielę, turkotu huczącego maszyn szyjących tandetę, na wywóz i przenikliwego zgrzytu kołowrotków, na których zwijano przędzę na szpulki do użytku ręcznych warsztatów. (str. 112-113)
Widok jak na Powiślu w Lalce Prusa; brud, nędza, zdziczenie, aż strach się tam zapuścić.
Ale przecież każdemu wydawało się, że i on dojdzie do majątku, jak któryś z królów bawełny, czy choćby pomniejszych łódzkich książąt. Były to przecież czasy, kiedy kariera od tkacza do właściciela fabryki nie była niemożliwą, wystarczyła pracowitość i trochę szczęścia. A wówczas można było postawić sobie nawet pałacyk.
…. po obu stronach ulicy, ciągnącej się olbrzymią linią aż do Bałut, stały zbitą masą domy, pałace podobne do zamków włoskich w którym były składy bawełny; zwykłe pudła murowane o trzech piętrach, poobdzierane z tynków; domy zupełnie stylowe o złoconych balkonach żelaznych barocco, powyginane, wdzięczące się, pełne amorków we fryzach i nad oknami, przez które widać było szeregi warsztatów tkackich, malutkie, drewniane, pogięte domki o zielonych omszałych dachach, za którymi wznosiły się w dziedzińcach potężne kominy i korpusy fabryk, tuliły się do boku pałacu, o ciężkim renesansowo-berlińskim stylu, z czerwonej modelowej cegły i wszystkich odrzwiach i futrynach z kamienia, z wielką płaskorzeźbą na frontonie, przedstawiającą przemysł, o dwóch bocznych pawilonach zakończonych wieżami, a rozdzielonych od głównego korpusu prześliczną żelazną kratą, za którą w głębi wznosiły się kolosalne mury fabryki; domy ogromem i wspaniałością podobne do muzeów, a które były składami gotowego towaru; domy przeładowane ozdobami w różnych stylach, bo na parterze renesansowe kariatydy podtrzymywały murowany ganek w staroniemieckim stylu, nad którym drugie piętro a` la Louis XV wdzięczyło się falistymi liniami w obramowaniu okien, a zakończały piękne facjatki pękate, podobne do pełnych szpulek, domy które z powagą świątyń wznosiły mury ogromne, ozdobione surowo, pełne majestatu, na którym złociły się litery ryte w tablicach marmurowych; Szaja, Mendelsohn, Herman Buholc itd. (str.108).
Niestety łut szczęścia dopisywał nielicznym, pozostali, jeśli chcieli dojść do bogactwa musieli być przebiegli i cyniczni, oszukiwać, kraść, defraudować, a sumienie zostawić w lombardzie. Jest taka fantastyczna scena, kiedy Moryc Welt idzie do swego partnera biznesowego, od którego otrzymał dużą ilość pieniędzy i mówi mu, iż nie odda pieniędzy, bo on sam potrzebował ich do uruchomienia interesu. Argumentacja Moryca aż zatyka czytelnika, a co dopiero wczorajszego wspólnika. Maurycy Welt za bardzo był łódzkim „Gründerem”, żeby mógł mieć jakie wahania sumienia, przeszkadzające mu zrobić dobry interes chociażby na skórze przyjaciół, jeśli ten interes sam szedł mu w ręce. (str.109) Tak, bo w Łodzi nie można było być uczciwym i rzetelnym w prowadzeniu interesów. Przynajmniej do czasu, aż dorobiono się pierwszych milionów. Potem można było się bawić w dobroczynność, zakładać szpitale, ochronki, kasy pożyczkowe, czy inwestować w kulturę lub  dbać o bezpieczeństwo. Ale zanim to nastąpiło:
Łódź była brudna, źle oświetlona, źle zabrukowana, .. domy waliły się corocznie na głowy mieszkańców,.. w bocznych ulicach w biały dzień zarzynali się ludzie scyzorykami. … Tysiące ludzi marło z głodu, tysiące ludzi ginęło z nędzy, tysiące ludzi walczyło całym wysiłkiem o nędzny byt, a ta walka cicha i straszna przez swoją ustawiczność, walka prowadzona nawet bez nadziei zwycięstwa, zżerała więcej ludzi rocznie niźli najgroźniejsze epidemie. (str. 280).
Ale jak tłumaczył jeden z bohaterów (Halpern) to była cena rozwoju, to był koszt, jak należało ponieść, aby stworzyć miasto przyszłości, bogate i piękne.
A tymczasem życie codzienne toczyło się swym nieprzerwanym biegiem. Na Starym Mieście odbywał się targ. Opis niczym w Brzuchu Paryża u Zoli. Jest gwarno, tłoczno, kolorowo, trochę brudno, trochę nędznie i bardzo różnorodnie. Wrzaskliwy chaos przewalał się jak falą z jednej strony rynku na drugi. Nad tym rojowiskiem głów, włosów rozwianych, rąk wzniesionych, łbów końskich, toporów rzeźnickich, połyskujących nagle w słońcu, podnoszonych nad rozrąbywanym mięsem, olbrzymich bochenków chleba, niesionych z powodu tłoku nad głowami, żółtych, zielonych, czerwonych, fioletowych chustek, powiewających niczym sztandary na kramach garderoby; czapek i kapeluszy, wiszących na kołkach, butów, szalików bawełnianych, co jak węże kolorowe trzepotały się na wietrze i uderzały w twarze przeciskających się; blaszanych naczyń błyskających w słońcu; stosów słoniny, kup pomarańcz, poukładanych na straganach w pryzmy, kul, świecących jaskrawo na tle czerni ludzkiej i błota, które gniecione, rozrabiane, tratowane, mieszane, rzygało strumieniami spod kół na stragany i na twarze, i wylewało się z Rynku do rynsztoków i na ulice, z czterech stron okalające targ, którymi toczyły się wolno olbrzymie wozy piwowarskie, pełne antałków. (ten przepiękny opis ciągnie się na stronach 114-115 i wart byłby cały przytoczenia).
Po raz kolejny wpadłam w zachwyt czytając Reymontowską Ziemię obiecaną. Można ją odczytywać na wiele sposobów. Tym razem skupiłam się na wizerunku miasta i jego mieszkańców, ale to tylko jeden z wielu tu poruszonych aspektów. Jest tu wspaniała plejada postaci, bardzo różnorodnych, w większości bohaterów, z którymi nie chcielibyśmy się identyfikować. Od królów bawełny poczynając mamy tu panów Bucholca i Szaję. Ich pierwowzorami byli odpowiednio Karol Scheibler i Izrael Poznański. W fabryce Poznańskiego dzień roboczy trwał nawet szesnaście godzin a pracowano także w część dni świątecznych. Dzisiejsza Manufaktura Łódzka to miejsce dawnej fabryki Poznańskiego. Można obejrzeć też Pałac Poznańskiego i Pałac Herbsta – zięcia Scheiblera, pełniący dziś funkcję Muzeum Narodowego z bogatą galerią zbiorów. Przy okazji polecam film Ziemia obiecana Wajdy z fantastyczną sceną porzucania pracy przez Horna (Piotr Fronczewski). Horn w tej scenie filmowej jest nieco bardziej wyrazisty niż jego literacki pierwowzór. Ta scena to marzenie każdego sfrustrowanego pracownika o rozwiązaniu stosunku pracy, kiedy w końcu można powiedzieć szefowi, co się o nim myśli. O myśli się z reguły, to co wyartykułował filmowy Horn. Szaję zaś dobrze charakteryzuje scena, w której domaga się od pracowników zapłaty za korzystanie z jego gazu przy gotowaniu wody na herbatę, albo propozycja przeznaczenia zysku wypracowanego przez robotników na zakup nowego wyposażenia domu fabrykanta (będzie im przyjemnie, że w moim domu taka piękna rzecz się znajdzie).
Są tu także inteligenci, artyści, drobni ciułacze, cwaniaczki, zbiedniała szlachta, średniozamożni żydzi, inżynierowie, naiwne dziewczątka. Jest też paru uczciwych; Trawińscy, ojciec Maksa Bauma, Anka narzeczona Karola Borowieckiego i jego ojciec, a także Myszkowski. 
Myszkowski, który twierdził:
Dbam o pieniądze, jak o dzień wczorajszy. … Dlatego, aby zarobić rubla więcej niż potrzeba, nie wstanę pięć minut wcześniej niż mi się chce, a dlatego, aby zarobić nawet miliardy- nie poświęcę przyjemności pełnego człowieczego życia, nie wyrzeknę się patrzenia na słońce, spacerów po powietrzu. Swobodnego oddychania, myślenia nad trochę większymi rzeczami niż miliardy, kochania, itd., itd.
Ja nie będę robił, robił, robił! Bo ja chcę żyć, żyć, żyć! Nie jestem bydlęciem pociągowym ani maszyną, jestem człowiekiem. Tylko głupiec chce pieniędzy i dla zrobienia milionów poświęca wszystko, życie i miłość, i prawdę i filozofię, i wszystkie skarby człowieczeństwa, a gdy się tak już nasyci, że może pluć milionami, cóż wtedy?
Zdycha na materacu wypchanym tytułami własności. Wielka pociecha, zupełnie tej samej wartości, jak gdyby zdychał na gołej ziemi. A gdyby go później spytano, jak żył? Powiedziałby” Robiłem. Po co? Zarobiłem miliony! Na co? No, żeby mieć miliony, żeby ludzie podziwiali, żeby jeździć powozem i imponować głupcom i żeby zdechnąć w połowie życia, zdechnąć z wycieńczenia pracą. (str. 276-277)
Do tego samego wniosku dochodzi Bucholc w swych ostatnich chwilach, kiedy stary i schorowany czuje się opuszczony przez wszystkich i Karol Borowiecki, kiedy osiągnie wszystko do czego dążył, a co nie dało mu to ani spełnienia, ani szczęścia ani spokoju.
Cytaty pochodzą z Ziemi obiecanej Wydawnictwo SBM Sp. z o.o. rok wydania 2021.
Jestem ponownie pod wrażeniem wyśmienitej prozy Reymonta. 
Wyjątkowo bez zdjęć, bo Łódź w moich planach jest w marcu. 

piątek, 2 lutego 2024

Kościół Św. Katarzyny w Gdańsku- gdańskich spacerów ciąg dalszy

Kościół Św. Katarzyny z 72 metrową wieżą
Wśród moich ulubionych świątyń gdańskich kolejną jest Kościół Św. Katarzyny. Niewiarygodne jest to, jak późno go odkryłam mieszkając tu od urodzenia. A jest to jeden z najstarszych kościołów parafialnych na Starym Mieście w Gdańsku, przy czym należy pamiętać, że dawne Stare Miasto nie było tożsame z tym obszarem, który dziś nazywamy Starym Miastem, czyli potocznie starówką. Stare Miasto w czasie powstania świątyni to obszar obejmujący Bramę Oliwską, obszar dzisiejszego dworca głównego, Ratusza Starego Miasta, Osieku (tereny położone między ul. Stolarską i Igielnicką, Podwalem Staromiejskim, Kanałem Raduni a Zamczyskiem. Z dawnego zamku krzyżackiego dziś zachował się niewielki fragment murów vis a vis Kładki na Ołowiankę). Historycy i archeologowie spierają się o datę pierwszej lokacji świątyni w miejscu, w którym dziś wznosi się Kościół św. Katarzyny. Nasz rodzimy pasjonat historii miasta i jego zabytków profesor Andrzej Januszajtis skłania się ku teorii która umiejscawia pierwszą świątynię w tym miejscu w przedziale czasowym koniec X – XII wiek, a to z uwagi na zachowane tutaj (odkryte pod południową nawą świątyni) szczątki ludzkie pochowane w wydłubanych z pni drzew trumnach. Pan profesor zastrzega jednak, iż nie przeprowadzono dokładnych badań dendrologicznych trumien, jednak jeśli założenia dotyczące ich datacji są słuszne to przy chrześcijańskim cmentarzu musiała istnieć kaplica, być może zbudowana z okazji wizyty Św. Wojciecha w Gdańsku (997 r.).
Najczęściej za datę założenia w tym miejscu świątyni przyjmuje się wiek XII lub początek XIII. Jeśli przyjmiemy datę późniejszą to fundatorem świątyni mógłby być Świętopełk II Wielki (książę pomorski). Istnieją dokumenty, które stanowią, iż za jego wolą przekazano dominikanom świątynię Św. Mikołaja w zamian za Św. Katarzynę, a zatem świątynia musiała już istnieć przynajmniej w pierwotnym zarysie. 
Filar Jana Heweliusza z epitafium ufundowanym przez prawnuka

Wśród kamieni milowych historii świątyni należy wymienić takie wydarzenia, jak: (prawdopodobne) wystawienie ciała zmarłego księcia Świętopełka w świątyni (1266 r.), sprawowanie sądów przez Władysława Łokietka (1298 r.), rozpoczęcie budowy kościoła w miejscu istniejącej kaplicy (prawdopodobnie w 1379 r.), zakończenie budowy i poświęcenie nowo wybudowanego kościoła (na Zielone Świątki 1432 r.), przejęcie świątyni przez protestantów (od 1556 r. do zakończenia II wojny światowej), obecność Jana Heweliusza i jego rodziny w Świątyni. Tu pochował swą pierwszą żonę, wziął ślub z kolejną (młodszą o 36 lat Elżbietą Koopman, która będzie jego asystentką i pierwszą astronomką w Polsce), ochrzcił czwórkę dzieci, tu został pochowany (wszystko to ma miejsce w II połowie XVII wieku), zajęcie świątyni przez Francuzów na wozownię i warsztaty kołodziejskie a następnie uszkodzenie jej podczas oblężenia Rosjan i powrót pod pruskie panowanie (1812-1813 r.), spłonięcie od uderzenia pioruna wieży kościoła (1905 r.).
Największe zniszczenia przyniosła II wojna Światowa; w wyniku działań wojennych i zajęcia miasta przez wojska sowieckie, a także pożaru zniszczeniu uległ dach, hełm wieży, połowa sklepień, okien, drzwi i wyposażenia wnętrz. Dzięki wcześniejszej ewakuacji uratowano około połowy wyposażenia wnętrza. Po wojnie (1947 r.) ruiny kościoła przekazano ojcom karmelitom z Krakowa. Odbudowa zniszczeń trwała latami i choć w 1987 r. oddano do użytku prezbiterium to świątynia nadal wymaga wielu napraw, czemu nie przysłużył się pożar dachu w 2006 r.
Pozostałości empory pod małymi organami

Wchodząc do kościoła ma się wrażenie, że jest on nieukończony, jeden z obrazów Wjazd Chrystusa do Jerozolimy stoi na posadce, część ścian jest nieotynkowana, brak kaplic, organów, sporej części wyposażenia. Z uwagi na to, co zdołano ocalić przed bezpowrotną utratą oraz dobrą dokumentację tego, co zaginęło czy też zostało zniszczone są duże szanse na przywrócenie świątyni jej dawnego blasku. Potrzeba na to jednak i czasu i środków. Jednak nawet ta istniejąca dziś skromna w swym wystroju a jakże bogata historycznie świątynia sprawia, że lubię ją odwiedzać. Jak wspomniałam odkryłam ją dla siebie dość późno, ale pokochałam od pierwszego wejrzenia. Lubię przechodząc obok wejść do środka i po raz kolejny oglądać świadectwo jej trwania, świadectwo dane przez zleceniodawców, budowniczych, wiernych a nawet wandali, którzy próbowali ją zniszczyć. Może to paradoksalne zabrzmi, ale takie niewykończone świątynie, nadgryzione zębem czasu, świątynie po przejściach jakoś silniej oddziałują na moją wrażliwość, estetykę postrzegania piękna niż te idealnie wykończone, kapiące złotem aniołków, świeczników, lamp, obramowań obrazów i wszelkim dekorum. Może w tych przepięknych bogatych świątyniach, które cudownym zrządzeniem losu przetrwały w nienaruszonym stanie przez wieki zabrakło owej pokory, jaką mają te ocalałe z wojennej pożogi, a może niewykończone ściany i kaplice pozwalają lepiej wyobrazić sobie sam proces twórczy. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale to kolejne miejsce, w którym czuję się dobrze mając możliwość przebywania oko w oko z historią i sztuką.
Wjazd Chrystusa do Jerozolimy B. Milwitza 
Większość odwiedzających wchodząc do kościoła szuka miejsca pochówku Jana Heweliusza. O ile nazwiska van den Blocke czy Möller mało komu co mówią o tyle Jan Heweliusz jest szerzej znany. Przecież to drugi po Koperniku najbardziej znany Polakom astronom. Był niemieckojęzycznym piwowarem, a także matematykiem i wynalazcą. Jemu zawdzięczamy wynalezienie pierwowzoru peryskopu (polemoskopu). Urodził się w Gdańsku, tu się kształcił, pracował, prowadził życie rodzinne a także badania naukowe, do świątyni Katarzyny uczęszczał na nabożeństwa. Przez 47 lat pełnił obowiązki przełożonego gminy protestanckiej. Swoje badania i obserwacje często prowadził z wieży kościoła. Jeszcze za życia wykupił rodzinny grobowiec w posadce prezbiterium, zlecił wykonanie płyty grobowej z napisem Błogosławieni są zmarli, którzy umierają w Panu. Miejsce pochówku znajduje się przy lewym filarze za ołtarzem. Prawnuk astronoma Daniel Gotllob Davisson ufundował pamięci przodka epitafium na filarze (1780 r.). 
Płyta nagrobna Jana Heweliusza


O historii już wspomniałam, czas na sztukę, choć przecież trudno te dwie dziedziny oddzielić od siebie.
Jeszcze zanim się wejdzie do środka możemy podziwiać bryłę świątyni z charakterystyczną 76 metrową wieżą zwieńczoną barokowym hełmem Jakoba van den Blocka (z 1634 r.). Jakob van den Block pochodził z rodziny utalentowanych architektów i malarzy (syn Wilhelma, brat Abrahama i Izaaka). Sam Jacob był cieślą i budowniczym, brał udział w budowie i renowacji wielu gdańskich budowli sakralnych i świeckich. Mnie najbardziej zainteresowała wiadomość, iż był twórcą Nowej Szkoły Fechtunku w Gdańsku, tej na której miejscu dziś posadowiono Teatr Szekspirowski. W wybudowanej przez Jacoba wieży Kościoła Św. Katarzyny umieszczono konstrukcję carillonu. Jest to instrument muzyczny (zespół dzwonów wieżowych, na których można wygrywać melodie za pomocą specjalnej klawiatury sercami dzwonów), pochodzi z Flandrii z początku XVI w. W polsce najbardziej znane są gdańskie carillony koncertowe, tu na przełomie lipca i sierpnia co roku odbywają się Festiwale Carillonowe. Pierwszy prawdziwy carillon znajdował się właśnie w kościele Św. Katarzyny (zamontowany w XVIII w. przetrwał do pożaru z 1905 r.). Obecny pochodzi z końca XX wieku.
Ołtarz główny z Ukrzyżowaniem Möllera
Kościół słynie z pięknego renesansowego ołtarza głównego. Jego zasadniczą częścią jest ostatnie dzieło Antona Möllera gdańskiego malarza Ukrzyżowanie na tle panoramy miasta Gdańska. Dzieło zostało ukończone po śmierci mistrza przez Izaaka van den Blocke (brata wspomnianego wyżej Jacoba). Na obrazie Maria omdlewa, Magdalena obejmuje krzyż, żołdacy grają w kości o szatę Jezusa, a Gdańsk symbolizuje Jerozolimę. Gdańsk nie po raz pierwszy pojawia się na obrazach Möllera. Jego najbardziej znany obraz to Apoteoza Miasta Gdańska znajdujący się w sali czerwonej (Wielkiej sali Rady) w Ratuszu Gdańskim. Pod obrazem ołtarzowym na predelli znajduje się Ostatnia Wieczerza, ciekawy wizerunek towarzyszy Jezusa nie tyle siedzących przy stole, co raczej znajdujących się w pozycji półleżącej (jak na rzymskiej uczcie), przy czym jeden z biesiadujących wyraźnie przysypia.
Predella z Ostatnią Wieczerzą
Kończący obraz ołtarzowy Izaak van den Blocke pochodził w artystycznej rodziny. Ojciec Willem był architektem i rzeźbiarzem, który przybył do Gdańska zaopatrzony w rekomendacje króla Stefana Batorego. Był twórcą między innymi przepięknej Bramy Wyżynnej. Brat Abraham podobnie jak ojciec architekt i rzeźbiarz zasłużył się dla Gdańska najbardziej z całej rodziny van den Blocke; wykonał przepiękny ołtarz w kościele Św. Jana, dekoracje Wielkiej Zbrojowni, był wykonawcą Złotej Bramy, Fontanny Neptuna i Złotej Kamieniczki, a także fasady Dworu Artusa.
Zachował się monumentalny obraz Bartłomieja Milwitza Wjazd Chrystusa do Jerozolimy. I tutaj można doszukać się fragmentów architektury miasta Gdańska (Zbrojownia, Złota Brama, fortyfikacje miejskie, Radunia) a także znanych wówczas gdańszczan, między innymi Jana Heweliusza. Malarz z upodobaniem malował weduty (czy to na Obrazie Pożar na Długim Targu, Wjazd Marii Ludwiki Gonzagi do Gdańska czy Kościół Mariacki w Gdańsku, na którym to obrazie umieścił miniaturową kopię Sądu Ostatecznego Memlinga). Obraz zamówiono pod emporę małych organów.
Epitafium Henningów H. Hana

Uwagę zwracają liczne epitalia. Moją zwrócił portret epitafijny Henningów. Miałam wrażenie, że już gdzieś go widziałam. Okazuje się, iż mogło tak być. Portret namalowany przez Hermana Hana jest kopią dzieła znajdującego się w gdańskim Muzeum Narodowym (choć właściwiej byłoby napisać oryginał portretu znajduje się w Gdańskim Muzeum Narodowym, w świątyni zaś znajduje się kopia). Przedstawia głowę rodu Christopha Henninga rajcę miejskiego i dwie kobiety w patrycjuszowskich strojach (kolejne małżonki). Owalne miniaturki przedstawiają dzieci Henningów. Christoph zginął z rąk piratów na morzu śródziemnym. Nad portretem epitafijnym znajduje się ledwie widoczny z poziomu posadzki obraz autorstwa (prawdopodobnie) Milwitza przedstawiający scenę egzekucji zabójców (rozrywanie końmi). Obraz jest mało widoczny z poziomu widza.
Baptysterium


Baptysterium jeden z boków
Po prawej strony na wysokości prezbiterium znajduje się przepięknej urody Baptysterium (z końca XVI wieku) Drewniane ośmioboczne obramowanie intarsjowane, trzykondygnacyjne z postaciami cnót, kariatyd, putt, maszkaronów, alegorii, miniatur widoków miast okala okazałą chrzcielnicę.
Najcenniejszym (najstarszym) zabytkiem świątyni jest pochodzący z II połowy XV wieku fragment polichromii przedstawiający scenę zabójstwa św. Stanisława. Biskup stoi przy ołtarzu z uniesioną do góry hostią, za nim klęczą dwaj duchowni, a dalej stoi z wyciągniętym mieczem zabójca.
Polichromia Zabójstwo Św. Stanisława
W bocznej kapliczce (na lewo) od wejścia znajduje się obraz Matki Boskiej Bołszowickiej (nie mylić z Bolszewicką). Pochodzi z Sanktuarium w Bołszowicach w dawnym województwie stanisławowskim. Sanktuarium znajdujące się na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej; zniszczone po najazdach Kozaków, Szwedów, Turków i Tatarów odbudowano po ponad stu latach, wtedy też dokonano koronacji obrazu Matki Boskiej (1777 r.). Zgodnie z przekazywaną przez wieki legendą obraz miał odnaleźć w rzece wracający z niewoli tureckiej hetman Kazanowski, przekazał go do kościoła i stal się obiektem licznych pielgrzymek ze Lwowa, Stanisławowa i okolicznych wsi, ponieważ zgodnie z przekazami miał czynić cuda. Zniszczenia spowodowane kolejnym kataklizmem I wojny światowej odbudowano w 1938 ro. Po II wojnie światowej, zmianie granic i wysiedleniu Polaków z ziemi bołszowickiej kościół zamknięto, urządzając w nim skład zboża i nawozów sztucznych, a budynek klasztoru przekształcono w chlew dla świń i stajnię dla bydła. Po II wojnie światowej obraz został wywieziony z obawy o jego profanację pod sowiecką władzą. Od tej pory przebywa w kościele Św. Katarzyny, a w Bołszowickim Sanktuarium (odbudowanym na początku XXI wieku) znajduje się kopia obrazu.
Matka Boska Bołszowicka

Dla wielbicieli czasomierzy i wspinaczek wysokościowych- w wieży kościelnej mieści się Muzeum Zegarów Wieżowych. A na wierzy w 2011 r. zamontowano zegar pulsarowy.
detal z ambony

Jakość zdjęć kiepska, bo telefonem dobrem zdjęcia to tylko przy dobrym oświetleniu i obowiązkowo na zewnątrz pomieszczeń. 
Przy opracowywaniu wpisu korzystałam z książki O kościele Św. Katarzyny prawie wszystko pana profesora Andrzeja Januszajtisa  a także mini przewodnika z kościoła Św. Katarzyny.
Trzy razy skracałam wpis a jak widać i tak się trochę tego uzbierało. 


środa, 24 stycznia 2024

Śmierć na Wenecji Maryla Szymiczkowa

Od lektury ostatniej powieści duetu Dehnel i Tarczyński (znanego jako Maryla Szymiczkowa) minęło kilka dobrych lat i choć Złoty róg przeczytałam z ciekawością to muszę przyznać, że formuła opowieści nie bawiła mnie już tak jak podczas wcześniejszych lektur książek z serii profesorowa Szczupaczyńska na tropie. Owszem było ciekawie, ale miałam wrażenie, że ten sposób pisania nieco się oczytał, a pewne postacie wplatane są w treść na siłę. Dlatego też nie paliłam się do sięgania po kolejną, piątą już książkę przygód śledczych samozwańczej pani detektyw. Jednak po rekomendacji dwóch Małgorzat (jednej znanej wirtualnie, a drugiej całkiem realnie) książka znalazła się na półce w oczekiwaniu na swoją kolej. A ta przyszła dość szybko w stosikowym losowaniu u Anny, a lektura została pochłonięta w przeciągu dwóch dni i połowy nocy.

W mojej ocenie Śmierć na Wenecji poziomem dorównuje Tajemnicy Domu Helclów, a nawet ją przewyższa. Kryminał retro ponownie osadzony jest mocno w Krakowie, co jest niewątpliwe jego ogromnym atutem. Kraków ma bowiem w moim (i jak sądzę nie tylko moim) sercu miejsce szczególne. Rzecz dzieje się w 1903 r. podczas wielkiej powodzi. która zalała Błonie, park Jordana, ulice Wolską, Zwierzyniecką, Smoleńsk, Retoryka, Garncarską, Koletek, św. Agnieszki i kościół na Skałce. Profesorowa Szczupaczyńska sobie tylko może podziękować, za to, iż znalazła się w jej centrum, bowiem po kilkudziesięciu latach mieszkania w kamienicy Pod Pawiem na świętego Jana zamarzyło jej się mieszkanie bardziej nowoczesne, z wygodami, no i przede wszystkim z wanną. 
Kamienica Pod Śpiewającą Żabą
… coraz częściej była zapraszana przez znajomych i krewnych do mieszkań poza pierścieniem Plant; a to na Piasek, a to na Nowy Świat. Wydawało się, że nikogo już nie zawstydza wyprowadzka na takie rubieże; mieszkania były tam wyższe, jaśniejsze, wygodniejsze. Od czasów pamiętnej wizyty ….. w Domu Egipskim coraz częściej popatrywała w tamte okolice, na ulicę Retoryka, gdzie dobrą dekadę temu nad malowniczą rzeczką Rudawą wybudowano całe mnóstwo efektownych, nowoczesnych kamienic. Celował w tym szczególnie pan Talowski, człowiek niełatwy, ale architekt wzięty i pomysłowy, który nie tylko dom własny (zawsze stanowiący dla architektów rodzaj witryny sklepowej, w której prezentują swój kunszt), ale bez mała każdy budynek projektował, jako romantyczne zamczysko z gotyckiej powieści, pełne maszkaronów, zwierząt, wieżyczek i fantazyjnych szczytów, albo przynajmniej – renesansowe palazzo.(str.23) 
Kamienica pod śpiewającą żabą- detal

Kiedy więc w kamienicy Pod Śpiewającą Żabą zaprojektowanej przez pana Talowskiego opróżniło się mieszkanie na drugim piętrze pani profesorowa tak długo wierciła dziurę w brzuchu małżonka, aż ten niechętnie, ale wyraził zgodę na przenosiny. Nowoczesny, ale wykwintny dom, przyzwoici lokatorzy, zaraz obok można odetchnąć pełną piersią na Błoniach. Niby w mieście, a jak na wiledżiaturze. I jeszcze uroczy narożny, zwieńczony strzelistą iglicą wykusz, w którym .. stała [profesorowa] wykusz dający znakomity widok na krzyżujące się ulice i strzeliste mosty spinające brzegi głębokich kanalików, przy których wznosiły się piękne kościoły oraz pałace arystokratycznych rodzin. Porośnięta gęstą winoroślą fasada kamienicy odbijała się w wodzie niczym pałac w Canal Grande. (a profesorowa stałą niczym wenecka dogaressa..- str. 23-23)
Kamienica pod śpiewającą żabą od strony narożnej (z wykuszem który zachwycił tak Zofię)
Jak wiadomo kamienica Pod śpiewającą żabą mieści się na ulicy Retoryka (gdzie znajdują się też trzy inne kamienice projektu pana Talowskiego) tak więc, kiedy w lipcu 1903 roku wody Rudawy i Wisły zalały okoliczne ulice profesorowa mogła zająć się swoim ulubionym zajęciem; siadła w oknie i obserwowała, a jej bacznej uwadze nic nie umknęło. A zwłaszcza pływające w wodzie na Wenecji męskie ciało. Zofia nie byłaby sobą, gdyby natychmiast nie rozpoczęła śledztwa. Dostojna  matrona, żona profesora uniwersytetu krakowskiego poza prowadzeniem domu, a prawdę mówiąc poza nadzorowaniem służącej Franciszki i pilnowaniem mężowskiej diety niewiele miała do roboty, a zatem pojawienie się zwłok przyjęła niemal z entuzjazmem (w końcu, jeśli zwłoki musiały się pojawić, to nie mogły znaleźć właściwszego miejsca, aby wypłynąć). Pani profesorowa miała okazję, aby wysilić swe szare komórki i rozwiązać zagadkę. Wydawać by się mogło, iż powódź w postaci stojącej na ulicach wody o wysokości paru metrów będzie przeszkodą dla dystyngowanej damy. A jednak, kiedy w grę wchodzi śledztwo okazuje się, że pływanie w balii czy pojemniku po kiszonej kapuście nie może stanowić najmniejszej trudności. Podobnie, jak udanie się do gniazda rozpusty, siedliska dekadencji w Jamie Michalikowej, którą upatrzyli sobie na miejsce spotkań nie tylko różnej maści artyści, ale także o zgrozo panowie, którzy szczególny pociąg czuli do innych panów.
Fragment kamienicy pod osłem
Po raz kolejny Zofia Szczupaczyńska wchodzi na wyżyny intelektu, umiejętnie łącząc fakty, a dzięki prowadzonemu dochodzeniu (przesłuchaniom, rozmowom i eksperymentom śledczym) udaje jej się to, co nie udało się policji, odkrycie prawdy. A wszystko to czyni, jak zwykle w tajemnicy przed małżonkiem.
W tle jest Kraków z początku XX wieku, miasto, które ku zgryzocie jego dawnych mieszkańców staje się aż nazbyt nowoczesne, na ulicach pojawiają się automobile rozwijające zawrotną prędkość, przestępczość szerzy się niemożebnie, młodzież nie szanuje Ojca Świętego, a władze nie są przygotowane na wylewy rzek. I kiedy połowa Krakowa tonie w szaroburych wodach, druga połowa prowadzi codzienne życie.
Wisłą płyną porwane przez fale chaty, szopy, stodoły, a nawet budynki z cegielni z Przegorzał, tymczasem po drugiej stronie miasta, w teatrze, jak gdyby nigdy nic grają Traviatę Verdiego. Ktoś obok narzekał na to, że wiledżiatura w tym roku wyjątkowo nieudana, że ludzie wracają z Rabki i Zakopanego rozczarowani i w podłym nastroju. Inna pani sarkała, że deszcze niszczą kapelusze. (str.45).

Kamienica Festina lente (spiesz się powoli) ul. Retoryka
Wenecja to krakowska ulica, ale też Kraków zalany wodami rzek w powieści nie raz przypomina Wenecję licznymi na wiązaniami do wód kanałów, porównaniem jednostek pływających do gondol, a profesorowej do dogaressy. Błyskotliwy, uszczypliwy humor, nawiązania do współczesności i doskonałe osadzenie w czasie i miejscu sprawiają, iż lektura jest wciągająca, rozśmieszająca i pouczająca. Czyta się lekko, szybko, a lekturze towarzyszą wybuchy śmiechu. Polecam gorąco.
Kamienica pod osłem Talowskiego ul. Retoryka (z mottem Każdy jest kowalem swego losu)
Ponieważ kamienice Talowskiego wywołały zainteresowanie części czytelników podaję link do wpisu Ady, od którego zaczęło się moje zainteresowanie Talowskim i jego kamienicami. Przepiękny wpis i cudowny blog Ady o Krakowie, życiu, sztuce. Link do wpisu o kamienicach Talowskiego

sobota, 20 stycznia 2024

Na wystawie Olgi Boznańskiej w Gdańskim Ratuszu ze wspomnieniem wystawy krakowskiej

Autoportret z kwiatami 1909
Po raz pierwszy piszę o wystawie, która potrwa jeszcze przez parę miesięcy. Dotychczas pisałam post factum. Często wizytę na wystawie odkładałam do ostatniej chwili. Tym razem odwiedziłam ją w drugim tygodniu trwania. Lubię malarstwo polskie z przełomu XIX i XX wieku, choć nie przepadam za portretami. Dlatego szłam z ciekawością, ale bez ekscytacji. Boznańska malowała bowiem głównie portrety. Oczywiście nie byle jakie portrety, miały one przedstawiać duszę i wnętrze modela, być prawdziwe, nawet, gdyby nie odpowiadało to zamawiającym. Nie miała zamiaru schlebiać ich gustom. Malarka twierdziła, że w każdym jest wewnętrzne piękno, a ona próbowała je wydobyć. I muszę przyznać, że jej się to udało. Nawet sama Boznańska, która często malowała swoje autoportrety, a nie była piękną kobietą wygląda na nich interesująco. Musiała być osobą interesującą, skoro w pracowni odwiedzało ją wielu gości, w większości mężczyzn. Poza zwykłą ciekawością, jaką jeszcze wówczas budziła kobieta, która samodzielnie zarabia na życie lubili ją obserwować przy pracy. Poza portretami często malowała kwiaty. To zawsze wdzięczny temat. Z rzadka pojawiał się jakiś pejzaż (fragment pejzażu) czy wnętrze pracowni albo martwa natura. I właśnie te obrazy podobają mi się najbardziej.
Moje wrażenia są chaotycznym zapisem chwili, nie uporządkowane wg klucza chronologii, czy miejsca tworzenia.
A skoro stworzyła tak wiele portretów to zacznę od nich. 
Dwa moje ulubione to:
Po pierwsze - wielki nieobecny na gdańskiej wystawie, czyli Portret dziewczynki z chryzantemami. Pamiętam ciekawy spot filmowy reklamujący krakowską wystawę prac Olgi z przełomu 2014 i 2015 r.. W sto pięćdziesiątą rocznicę urodzin artystki zgromadzono ponad 170 obrazów. Spot wyświetlany między innymi w krakowskiej komunikacji miejskiej przedstawiał postać rudoblond, w szarej sukience z chryzantemami w rękach dziewczynki, która idąc przez galerię dochodzi do pustej ramy obrazu aby weń wejść i stać się Portretem dziewczynki z chryzantemami. Plakaty z reprodukcją portretu zdobiły całe miasto.
Portret dziewczynki z chryzantemami


Powtórzę tu opis, który już prezentowałam wcześniej z albumu z serii Wielkie muzea wydawanym przez Rzeczpospolitą poświęconego krakowskim zbiorom. .. w tym portrecie zerwała malarka z obowiązującą w XIX wieku konwencją przedstawiania dzieci - zwykle w salonowych wnętrzach, z lalkami i bukiecikami kwiatów, wystrojonych. Stworzyła niepokojący wizerunek samotnej, nieznanej dziewczynki stojącej na tle srebrnoszarej ściany w sukience stalowej barwy pozbawionej ozdób. W jasnej okolonej rudoblond włosami twarzy świecą ciemne oczy, którymi intensywnie wpatruje się w widza. ...To już nie dziecko, lecz jeszcze nie kobieta. Z obrazu emanuje przeczucie kobiecości, budząca się świadomość i pierwsze wtajemniczenia. Subtelne gradacje szarości oraz kontrast jasnej cery i włosów z czernią oczu, nastrój smutku i tajemnicy sprawiają, że Dziewczynkę z chryzantemami uznano za arcydzieło polskiego modernizmu.
Po drugie - znajdujący się na gdańskiej wystawie portret Jadwigi z Sanguszków Sapieżyny, nobliwej starszej damy. W momencie powstania obrazu w 1910 roku portretowana miała osiemdziesiąt lat. Upływ czasu widać na zmęczonej twarzy, smutnych oczach, ciężkich opadających powiekach i wąskich zaciśniętych ustach. Chce nadal uchodzić za osobę silną i zdecydowaną, ale czas jest bezlitosny. Ubrana w czarną suknię wygląda dostojnie, a jednocześnie niezwykle krucho i budzi uczucia opiekuńcze, jakie wywołują w nas starsi ludzie. Sama malarka miała o niej napisać „księżna, jak biedne, małe chore kurczątko”. A mnie przychodzi na myśl wiersz Muzeum Szymborskiej odnoszący się do naszej rywalizacji o przetrwanie z rzeczami (a jaki ona upór ma, a jakby ona chciała przeżyć). Jadwiga była żoną księcia Adama Stanisława Sapiehy. Miała z nim szóstkę dzieci. Jej siostra Helena utrzymywała wieloletni romans ze szwagrem, z którym miała dwójkę dzieci. Jedno z nich Jadwiga zgodziła się uznać za swoje i wychowywała wraz z własnymi dziećmi. Kiedy patrzy się na tę damę ogarnia nas tkliwość i chęć przytulenia starszej pani i nieuchronnie pojawia się myśl o przemijaniu. To świadectwo długiego, bogatego, dumnego, ciężkiego, bolesnego życia. 
Portret Jadwigi z Sanguszków Sapieżyny 1910 r.

Tu wyraźniejsza wersja ze strony wikipedii
Gdańska wystawa Olgi Boznańskiej w Ratuszu zgromadziła ponad pięćdziesiąt prac. Wszystkie pochodzą z Krakowskiego Muzeum Narodowego. W przeważającej mierze są to portrety (w tym dwa autoportrety).
Interesujące są dwa przedstawiające Józefa Czajkowskiego - malarza, architekta, projektanta sztuki użytkowej, a prywatnie jedyną miłość Olgi (człowieka, który nie doczekawszy się jasnej deklaracji odnośnie przyszłości związku zerwał narzeczeństwo). Portrety powstałe w odległości dwóch lat (1892 i 1894) sprawiają wrażenie, jakby przedstawiały dwie różne osoby, na jednym Józio wygląda jak młodzieniec, na drugim Józef jest poważnym panem w średnim wieku. Początkowo myślałam, że ma to związek z widzeniem przedmiotu uczuć po rozstaniu, a jednak nie. Rozstanie nastąpiło kilka lat później (1900), kiedy rozżalony Józio nie mógł wybaczyć wybrance braku decyzji i chyba potrzeby samodzielności. Artysta i małżeństwo to rzadko się sprawdza. Wcześniejszy portret powstał w roku poznania, więc widziany był oczami zakochanej kobiety w chwilach pierwszego uniesienia. Może bardziej idealizował obiekt uczuć.


Portrety Józefa Czajkowskiego 1892 i 1984
Z pozostałych wizerunków zwróciłam uwagę na portret ojca malarki (wygląda dostojnie, poważnie, zdecydowanie. Był inżynierem, człowiekiem kulturalnym, nie lubił adoratorów swych córek, niewiele więcej o nim wiemy), Feliksa  Jasieńskiego (krytyka sztuki i kolekcjonera, znanego z tak wielu malarskich wizerunków), a także malarki Thomasson (o której trudno znaleźć jakiekolwiek wzmianki w internecie, wygląda, że dziś najbardziej jest znana z tego, że pozowała Boznańskiej).
Portret ojca 


Portret Feliksa Jasieńskiego

Portret malarki Thomasson

Mój wzrok przykuł też portret kobiety - Cyganka z 1888 r. To jedno z wczesnych dzieł Olgi moim zdaniem niezwykle udane. Obraz powstał w Krakowie, mimo iż Olga od 1886 r. studiowała w Monachium. W Krakowie kobiety nie miały (jeszcze kilka lat) takiej możliwości. Podoba mi się ta lekko przekrzywiona głowa opasana niebieską materią i lekko obnażone popiersie przepasane czerwoną suknią. Podoba mi się połączenie kolorów- monochromatyczne beże i popiele na jasnym tle z wyrazistym kolorem sukni i niebieską przepaską na włosach. Ciekawa twarz modelki sprawia, że nie mija się jej obojętnie. To nietypowy dla Olgi portret, kolejne są bardziej rozmyte, nie tak wyraźne, są jakby za zasłoną z mgły lub tiulu. Nietypowy to portret także z uwagi na częściowe obnażenie modelki. I ten czerwony kolczyk niczym owoc porzeczki na koniuszku ucha. I zadarty nosek.
Cyganka 1888

Boznańska nie lubiła malować pejzaży, bała się, że ktoś obcy przysiądzie się do niej i będzie oceniał jej prace. Po za tym - krajobrazu nie można posadzić na kanapie i kazać mu kilkanaście razy przychodzić do pracowni (mawiała artystka jak podaje Angelika Kuźniak w Boznańska Non finito). Widoku z okna pracowni nie można nazwać pejzażem, ale jest jakimś jego fragmentem. Ten widok zwrócił moją uwagę już na krakowskiej wystawie. Namalowany został w 1912 roku z okna krakowskiej pracowni przy ul. Piłsudskiego (dawnej Wolskiej 21). Zabudowane podwórze widziane poprzez gałęzie drzew ma dość ponury klimat, szarości i brązy w połączeniu z ostrymi gałęziami oddają przygnębienie, jakie wywołuje małe, smutne, klaustrofobiczne podwórko. Obraz oddaje stan ducha malarki, która nie lubiła wracać do Krakowa uważanego przez nią za małe prowincjonalne i pozbawione życia miasto. Ale jeśli ten widok jest przygnębiający, to cóż dopiero powiedzieć o Widoku z pracowni powstałym w 1900 r. - szaro- bury budynek widziany za częściowo ukruszonym murem, budynek pozbawiony okien i drzwi i jedna naga gałąź drzewa. To dopiero jest przygnębiający widok. Rok 1900 to rok zerwanego narzeczeństwa. Może widok za oknem poza zwykłym przygnębieniem wywołanym wizytą w w nielubianym Krakowie oddaje też przygnębienie związane z rozstaniem z mężczyzną, którego kochała i który był dla niej ważny do końca życia. O ile portrety dużo mówią o portretowanych, o tyle wnętrza i widoki z okna oddają stan ducha malującej.
Widok z okna pracowni (krakowskiej) 1912

Widok z pracowni 1900

Jakże odmienny w nastroju jest obraz Wnętrze (zwany też wnętrzem krakowskiej pracowni) pochodzący z 1906 r. Zapewne to kwestia pory roku, zielonego, pełnego liści drzewa za oknem, a może większe zakotwiczenie we wnętrzu. Firanka, kwiaty o wyrazistej barwie stojące na każdej wolnej powierzchni, lustro odbijające światło i widok wnętrza sprawiają, że nie czuć tu niepokoju i klaustrofobii. Jest przytulnie i bezpiecznie. Bardzo lubię obrazy przedstawiające okna, ten kontrast pomiędzy tym co wewnątrz (poczuciem bezpieczeństwa) a tym co zewnątrz (czyhającymi pułapkami), a jednocześnie rozdźwięk pomiędzy wewnętrznym zamknięciem i zniewoleniem w opozycji do poczucia swobody i wolności na zewnątrz. A może jest to świadomość bezpiecznego bycia tu i teraz z możliwością wyjścia na zewnątrz w każdej chwili. Takie pierwsze skojarzenia.
Wnętrze 1906 (zdjęcie nie oddaje całej pogody obrazu, jest prześwietlone)

Inne światło, inny obraz, choć ten sam

Poza wnętrzem pracowni krakowskiej jest też Wnętrze pracowni paryskiej z 1908 r. Elegancki salon ze znajdującym się na pierwszym planie fotelem, za nim leżanka przykryta miękką materią, obrazy na ścianach i domowe sprzęty – wszystko to daje poczucie przytulności i bezpieczeństwa. Dla Olgi pracownia była najważniejszym pomieszczeniem, bo tutaj tworzyła. A bez malowania nie wyobrażała sobie życia. Tutaj też przyjmowała gości. Pracownie malarskie w XIX wieku były częstym motywem obrazów. Od razu przychodzi mi na myśl paryska pracownia Wyspiańskiego. Ciekawe są świetlne refleksy na obrazie pracowni padające na oparcie fotela, leżankę, ściany. Panuje tu cisza jak w świątyni. To w końcu jest świątynia- świątynia sztuki.
Wnętrze pracowni paryskiej 1908

A skoro motyw okna się pojawił to jeszcze jeden obraz z oknem na pierwszym planie. Bretonka powstała w 1890 roku. Siedząca na parapecie otwartego okna młoda dziewczyna jest łącznikiem pomiędzy światem zewnętrznym a światem wewnętrznym. Wnętrze jest tu ledwie zarysowane, rozmyte, jedynie dziewczyna będąca wewnątrz je zapełnia. Świat na zewnątrz z czerwonym murem gotyckiej świątyni wydaje się niezwykle interesujący. On zaprasza, ona się waha. Ale coś mi się wydaje, że zaraz przyjmie zaproszenie wyjścia na zewnątrz.
Bretonka 1890

Nie zabrakło też w gdańskim ratuszu obrazów kwiatów Boznańskiej. Najbardziej pogodne są Nasturcje (Kompozycja z nasturcjami). Wśród szarości i cienia obrazów Olgi tutaj barwa aż krzyczy, ten obraz jest pełen radości, słońca, mimo małej pochmurnej nutki w tle.
Nasturcje (kompozycja z nasturcjami)

Waza z kwiatami stoi na oknie, a za nim widać fragment podwórka. Ten obraz nastraja pozytywnie. Mnie. Może brak znajomości historii dzieła nasuwa mi błędną interpretację. Ale w takim nastroju (pogodnym i słonecznym, wbrew pogodzie za oknem) wychodzę z wystawy. Wychodzę prosto na kawę w ratuszowej kawiarni. A wychodząc napotykam taki widok.
Kawiarnia na ratuszowym dziedzińcu

A ponieważ jutro dzień Babci to przychodzi mi na myśl jeszcze jeden obraz Olgi, który bardzo lubię. Znajduje się w warszawskim muzeum i nosi nazwę Imieniny Babuni. 
Wszystkie zdjęcia, poza zdjęciem Jadwigi z Sanguszków Sapieżyny z wikipedii są mego autorstwa, stąd nie najlepsza ich jakość.