Łączna liczba wyświetleń

sobota, 2 maja 2026

Z ogrodu botanicznego parę zdjęć z urodzinową dedykacją dla Alicji

Magnoliowa alejka

Dziś miał być wpis poświęcony Weronie i jej muzeom i świątyniom, no ale w taki piękny dzień komu chciałoby się ślęczeć nad wyszukiwaniem informacji, sprawdzaniem nazewnictwa i wysilaniem szarych komórek. Wczoraj zajrzałam do ardioli (Alicji) i wyczytałam, iż dziś ma urodziny. Pomyślałam więc, iż w ramach urodzinowego prezentu prześlę parę fotek z wizyty w Ogrodzie Botanicznym we Wrocławiu, który zawsze mnie zachwyca wielością i różnorodnością roślin, a w szczególności, kiedy uda się trafić na okres kwitnienia. Pamiętam festiwal dalii (podczas jednego z pierwszych pobytów w mieście), a także festiwal tulipanów (kiedy byłam z Asią). Tym razem odkładałam wizytę na ostatni dzień pobytu, aby pogoda pozwoliła zakwitnąć jak największej ilości roślin, choć Dorota (Bee) uprzedzała, że jest zbyt wcześnie na odwiedziny. 

Wizyta w Ogródku japońskim pięć dni wcześniej przyniosła duże rozczarowanie, poza jedną przekwitającą magnolią było bardzo skromnie i smutno. Tym większa była moja radość, kiedy już od wejścia natrafiłam na rzędy żółtych żonkili połączone z pomarańczowymi szachownicami cesarskimi. Kawałek dalej trafiłam na magnoliową alejkę, może było sześć, a może dziesięć drzewek, nie policzyłam, bo wraz z innymi zaczęłam pstrykać zdjęcia. Te drzewa wyglądają tak fotogenicznie, tak barwnie, że chciałoby się aby okres kwitnienia trwał i trwał. A że bywa tak krótki tym chętnie chcemy go utrwalać. W pobliżu alejki magnoliowej zebrało się najwięcej osób, bo każdy chciał mieć zdjęcie. I nie ma się co dziwić. Magnolii widziałam ostatnimi czasy sporo, ale najczęściej były to pojedyncze drzewka. W takiej ilości i w pełni rozkwitu oglądałam je po raz pierwszy. 
Kwiaty tej magnolii rosnącej w pewnym oddaleniu od tych z magnoliowej alejki były tak olbrzymie, że większe od mojej dłoni

Kiedy byłam we Włoszech i oglądałam magnolię w tamtym ogrodzie botanicznym (nawiasem mówiąc były tylko dwa egzemplarze) nie mogłam uwierzyć, iż mają tak ogromne kwiaty i pomyślałam sobie no tak- Włochy tu wszystko jest kolosalne nawet kwiaty, u nas są dużo mniejsze, bo mamy chłodniejszy klimat. Przyjeżdżam do Wrocławia i widzę olbrzymie kwiaty magnolii. Czyli i u nas mogą wyrosnąć takie cuda. I tak całkiem przez przypadek mogłam obejrzeć piękny spektakl kwitnienia magnolii. 

Już samo to by wystarczyło, abym wizytę w Ogrodzie zaliczyła do jednego z najmilszych wspomnień z Wrocławia, a okazało się, że kwitną też tulipany. Te kwiaty niegdyś niedoceniane, chyba podobnie, jak wcześniej goździk, potem tulipan był wręczany kobietom w dniu ich święta. Jeden tulipan (oczywiście drodzy panowie to fantastyczne, że tak nas obdarowujecie, ale..) wygląda żałośnie smutno. Tulipany najlepiej wyglądają w bukiecie, w większej ilości (w przeciwieństwie do róży, która może być jedna, aby wyglądać dostojnie). A najlepiej jak sobie kwitnie w ziemi. 
Tulipan ogrodowy

Cała skarpa przeważnie żółtych, dopiero rozkwitających tulipanów 


Pomarańczowa księżniczka

 Wybrałam jedynie kilka zdjęć, bo inne też się proszą o udostępnienie
wspomniana na wstępie szachownica cesarska w towarzystwie żonkili

hiacynty

Oczywiście to zaledwie parę przepięknych roślin ogrodowych, zachęcam do odwiedzin Ogrodu, bo tam kwitną drzewa, krzaki i kwiaty o różnych porach roku i niemal zawsze można trafić na coś ciekawego. Ponadto w Ogrodzie który jest ciekawy już z tego powodu, iż znajduje się tam wiele gatunków flory pełno jest posągów, instalacji z metaloplastyki i szkła, ławeczek, ogromnych szyszek, znaleźć można kilka krasnali, są szklarnie z roślinami. Jest też podobno kawiarnia, której szukam od kilku lat i nie potrafię znaleźć mimo drogowskazów :) Może kiedyś Bee mi ją pokaże. 






Droga Alicjo, aby życie jeszcze nie raz pozwalało Ci dostrzegać swe jasne i barwne strony i żebyś nie utraciła pogody ducha 


Żyj kolorowo :)

czwartek, 30 kwietnia 2026

Kwiecień z Jarosławem Jaśnikowskim i jego obrazem Poselstwo emisariuszy legnickich

Poselstwo emisariuszy legnickich Jarosław Jaśnikowski Muzeum Miedzi Legnica
Dziś wpis będzie krótki, bo trochę mi uciekł miesiąc, zanim zdążyłam zauważyć. 
W kwietniu odwiedziłam co prawda trzy wystawy malarskie, ale o żadnej nie mogę napisać nic sensownego. Będąc w Legnicy z moją przyjaciółką Magdą wybrałyśmy się do Muzeum Miedzi, gdzie odbywała się wystawa czasowa prac Nikifora. O Nikiforze Krynickim chyba większość z nas słyszała – choćby za sprawą filmu z Krystyną Feldman odgrywającą rolę malarza. Obrazy ciekawe, nawet budzące pewien podziw – jak tak niewykształcony, niepiśmienny nawet człowiek radził sobie z malowaniem. Jednak malarzem, którego obrazy bardziej mnie zainteresowały okazał się całkiem mi dotąd nieznany Legniczanin pan Jarosław Jaśnikowski; malarz współczesny (urodzony w 1976 r.) Jego malarstwo zalicza się do nurtu surrealistycznego, magicznego realizmu, czy fantastyki naukowej. To ostatnie wyrażenie odpowiada mi najbardziej, bowiem jego obrazy są dla mnie jak ilustracje do fantastycznych baśni na temat przyszłości; fruwające gotyckie katedry, strzeliste budowle z patrzącym w przyszłość okiem, płynące zegary, futurystyczne machiny, a wszystko pulsujące kolorami choć z dużą dozą szarości. Widzę w nich nostalgię, smutek, zadumę, a jednocześnie podziw, czy też hołd złożony człowiekowi -budowniczemu.  Pewnie sam malarz uśmiałby się na taką analizę dzieł, ale jak to mówią- stworzone dzieło żyje swoim życiem i nie zawsze to jak do nas przemawia jest tym, co autor chciał wyrazić.      
Z internetowych informacji wynika, iż pan Jaśnikowski pod wpływem wystawy Wojciecha Siudmaka (tudzież spotkania z samym malarzem) właśnie w legnickim Muzeum Miedzi postanowił zająć się tą właśnie dziedziną sztuki. Miałam okazję być na wystawie prac pana Wojciecha w Gdańskim Ratuszu kilka lat temu. I muszę przyznać, że prace pana Jarosława zrobiły na mnie większe wrażenie, bardziej wpasowały się (przynajmniej niektóre z nich w moją estetykę). Bardzo spodobało mi się dzieło Poselstwo emisariuszy legnickich. Raz z uwagi na nawiązanie do miejsca (urodzenia twórcy i prezentacji dzieła), dwa gotycki charakter budowli, trzy uczynienie z ciężkiej bryły zdolnej unosić się w powietrzu machiny latającej, cztery lekkość kompozycji. Generalnie nie jestem wielbicielką fantastyki, ale tutaj parę obrazków (są to wydruki grafik na wysokiej jakości papierze) bardzo przypadło mi do gustu powodując dziecięcą radość z odbioru. 

A poniżej legnicka Katedra - inspiracja obrazu


sobota, 25 kwietnia 2026

Werona po raz kolejny

 

Arena (fragment)

Kiedy mówiłam, że lecę do Werony natychmiast padały pytania, a czy ty już tam nie byłaś i to całkiem niedawno.
Zupełnie, jakby fakt przebywania w jakimś miejscu stanowił przeszkodę do ponownych odwiedzin. Owszem byłam  dwa lata temu przez półtora dnia i mimo, że udało mi się wiele zobaczyć to czułam niedosyt. Chciałam po prostu pobyć, posnuć się uliczkami, pozaglądać do świątyń, posiedzieć w kawiarenkach. Uśmiecham się na myśl o kawiarenkach, choć kocham Włochy to zawsze irytował mnie ich zwyczaj picia kawy przy barze, na stojąco, na szybko (jakże to sprzeczne z włoskim temperamentem powolnego delektowania się chwilą). Oczywiście są we Włoszech kawiarenki, w których można usiąść, ale kiedy nie zna się miejsca czasami upływa wiele czasu, zanim się trafi na tę odpowiadającą oczekiwaniom. A przy moim mieszczańskim upodobaniu do kawiarni w stylu austro-węgierskim nie jest łatwo. W Weronie jednak udało mi się trafić na sympatyczną lodziarnię-ciastkarnię, gdzie robiłam sobie przerwy w zwiedzaniu.
Zewnętrzny pierścień Areny
Pamiętam, iż pisząc dwa lata temu o Arenie (przypominającej rzymskie Koloseum) uświadomiłam sobie, że można było tam wejść na trybuny. Dlatego jednym z pierwszych pomysłów na Weronę, oczywiście poza tymi, o których wyżej, było jej odwiedzenie. Miałam nadzieję, że nie będzie takich tłumów, jak w Rzymie, gdzie do wejścia tłoczyły się kilometrowe kolejki (podczas styczniowego pobytu). Nie myliłam się. Może dlatego, iż wybrałam wczesną godzinę wejścia wchodziłam wraz z paroma osobami. W dodatku pogoda tego dnia była niesprzyjająca spacerom. Można powiedzieć, że miałam szczęście, iż nie urwało mi głowy, bo wiatr był niezwykle silny, a ja uparłam się, aby wejść na sam szczyt trybun i popatrzeć z góry na Piazza Bra. O amfiteatrze pisałam już poprzednio, ale wspomnę ponownie, że jest prawdopodobnie nieco starszy od rzymskiego Koloseum (pochodzi z tego samego I wieku, ale nieco wyprzedził w latach ten rzymski), jest drugim pod względem wielkości, kiedyś mieścił trzydzieści tysięcy widzów, dziś na widowni może zasiąść piętnaście. W czasach antycznych odbywały się tu walki gladiatorów i polowania na zwierzęta. Kiedy obchodziłam zewnętrzny pierścień budowli wyobrażałam sobie ryki zwierząt zamkniętych w podziemiach i niemal słyszałam krzyki na trybunach. Dziś ostały się dwie trybuny. Stojąc nad jedną z nich myślałam o imperatorze ze swoją świtą, który przygląda się walkom.
Arena - widok na scenę i widownię

Po wielu latach arena zmieniała charakter z krwawego widowiska na widowisko zaspokające bardziej wysublimowane potrzeby ludzkie; można tu było oglądać przedstawienia operowe. Tu debiutowała Maria Callas w roli Giocondy w operze Ponchillego (pan stworzył operę, której librettem jest Konrad Wallenrod Adama Mickiewicza. Nie jestem znawcą, ani miłośnikiem opery, ale nie wydaje mi się, aby opera była nadal wystawiana. Nosi ona tytuł Litwini). Głównym budulcem Areny (o kształcie elipsy)  jest beton i kamień (pamiętam, iż ktoś wyrażał zdziwienie, że istniał beton w tych czasach. Owszem istniał). Spełniłam swoje marzenie, obeszłam widownię na tyle, na ile było to możliwe, połowę odgradzały taśmy, a na samej scenie trwały prace budowlane. Nie przeszkadzało to w oglądaniu bardziej niż porywisty wiatr. Przysiadłam nawet na chwilkę na kamiennym murku pełniącym kiedyś rolę ław teatralnych. Nie było to zbyt wygodne miejsce. Być może arystokratyczne siedzenia miały miękkie poduszki, a może emocje związane z obserwowaną na arenie walką odwracały uwagę od braku komfortu. Część widowni wypełniają dziś plastikowe krzesełka. Choć może podczas odbywających się latem przedstawień operowych wszystkie siedzenia zaopatrzone są w krzesła. Kolejne marzenie obejrzenie spektaklu lub koncertu pod chmurką w upalny lipcowy czy sierpniowy wieczór wciąż przede mną.
W Ogrodzie Giustich

Donice z cytrynami jeszcze schowane w pawilonach za szklaną osłoną (jest 26 marca)
Kolejnym miejscem, które chciałam odwiedzić był Ogród Giusti (Giardino Giusti). Ogród, do którego podczas poprzedniej wizyty nie udało mi się dotrzeć. Wejście łatwo przegapić, zwłaszcza kiedy posługuje się gps. Dwa lata temu stałam na środku ulicy pod zamkniętymi bramami kamienic, a lokalizator pokazywał mi, iż jestem w ogrodzie. Kręciłam się kilka razy tam i z powrotem, a że byłam bardzo zmęczona i zmarznięta (był luty) poddałam się. Tym razem postanowiłam szukać tak długo, aż znajdę. Wejście jest tak zakamuflowane, że omal go nie przegapiłam ponownie. Prawdę mówiąc nie robiłam sobie wielkich nadziei, bowiem jak dotąd włoskie parki czy ogrody mnie nie zachwycały (niezadbane, brakowało w nich ławeczek i było brudno). Jednak kiedy przeczytałam, kto je odwiedzał i kto się nimi zachwycał (Cosma Medyceusz, Mozart, Ruskin, cesarz Józef II z Habsburgów, Car Aleksander I) zapragnęłam je obejrzeć. I przyznaję, iż ten Ogród spełnił moje oczekiwania. Choć lubię ogrody w stylu angielskim (nieuporządkowane, swobodnie rosnące) to i ogrody w stylu francuskim (uporządkowane, symetryczne z przystrzyżonymi klombami w geometryczne wzory) mnie urzekają. Tutaj od wejścia witają pięknie przystrzyżone klomby, cyprysowe alejki, posągi bogiń. Jedno z wysmukłych drzew na pamiątkę zachwyconego ogrodem pisarza nazwano cyprysem Goethego (drzewko ma ponad 600 lat).
Ogród z tarasu
Ogród pochodzi z końca XVI wieku, powstał przy pałacu rodu Giustich. Rodzina  przeniosła się do Werony ze swego domu w Toskanii na początku XV wieku. Werona była wówczas  się znana z powodu barwienia wełny. Ten proceder zapewniał jej rozwój i bogactwo. Rodzina Giusti kupiła tu kawałek ziemi, na której postawiono fabrykę barwienia wełny. W wieku XVI (zapewne po znacznym wzbogaceniu się) wybudowano w miejscu dawnej fabryki pałac a wokół niego ogród. Inicjatorem był Agostino Giusti, uczony, pasjonujący się muzyką i malarstwem, utrzymujący kontakty z rodami panującymi; Medyceuszami i Habsburgami. Ogród jest przepiękny z labiryntem ścieżek, przystrzyżonymi klombami, mitologicznymi posągami, donicami z cytrynami, cyprysowymi alejkami, fontannami, dziko porośniętym wzgórzem z malowniczym maszkaronem na jego szczycie. I mimo, iż nie było tam wielu kwitnących kolorowo roślin to wspaniałe miejscem dla wypoczynku. Położony nieco na uboczu, ukryty za niepozorną fasadą może być oazą spokoju. I nawet brak ławeczek mi tutaj nie przeszkadzał. Ze wzgórza rozciąga się widok na panoramę miasta.
Maszkaron - dekoracja
Ponieważ zakupiłam kartę turystyczną miałam spory katalog ciekawych świątyń i galerii sztuki do wyboru, znacznie większy niż możliwości fizyczne i poznawcze. Nie lubię oglądać zbyt wielu miejsc, czy obrazów w ciągu dnia, bo jak mawiają więcej znaczy często mniej (a może odwrotnie). Zdolności przyswajania są ograniczone. W katalogu atrakcji znajdował się Dom Julii. Tzn. Dom, który został nazwany Domem Julii ze względów marketingowych. Był to jedyny obiekt, do którego poza posiadaniem karty turystycznej należało zarejestrować się na stronie na konkretną godzinę. Nie planowałam wchodzenia, ale jak już się zarejestrowałam (tak na wszelki wypadek, gdyby naszła mnie ochota) to pomyślałam, a czemu nie. Byłam ciekawa wnętrza XIII wiecznego budynku, w którym jak głosi legenda mieszkała rodzina Capuletich. Po przeprowadzonej restrukturyzacji  odtworzono lokale typowe dla czternastowiecznego wystroju domu dość zamożnego rodu. Najwięcej ludzi zgromadziło się w salonie, z którego jest wyjście na najbardziej znany weroński balkon. Większość odwiedzających nie zwraca uwagi na nic więcej poza wyjściem na balkon i zrobieniem sobie zdjęcia. Wystrój jest dość skromny, głównie obrazy (często przedstawiające wyobrażenia szekspirowskich bohaterów, a także obrazy o treści religijnej), gdzieniegdzie stoliczek, krzesełko, skrzynia, komódka, kominek, dzbanki. Najbardziej rozśmieszyło mnie duże łoże małżeńskie z białą pościelą. Zabrakło tylko…. (niech sobie każdy dopowie, czego) We wnętrzu posag Julii wyglądający jak kopia tego z wewnętrznego dziedzińca, tego, na którym pierś Julii aż błyszczy od dotyku turystów.
jedna z komnat w domu Julii

komnata sypialna

Kiedy ludzie się tłoczą, aby zrobić zdjęcie posągu Julii ja stoję na chwilowo pustym balkonie

kopia posągu Julii w Domu Julii
Nieopodal via Cappello, przy której umiejscowiono Dom Julii znajduje się najładniejszy z werońskich placów (w moim mniemaniu) Piazza delle Erbe (Plac Ziół). Oczywiście Piazza Bra z majestatyczną Areną jest niezwykle ciekawy i widowiskowy, ale Plac Ziół ma taki swoisty klimat, jest mniejszy, co sprawia, że znajdująca się wokół niego architektura jest bardziej dostrzegalna. Spacerowałam nim codziennie i to wielokrotnie. I uwaga, ja narzekająca na jarmarczne budy z chińszczyzną byłam w siódmym niebie kiedy mogłam oglądać kramiki z pamiątkami (zapewne również made in China). Jednak mam ogromną słabość do tych porcelitowych malowanych w owoce naczynek (miseczki, podstawki, talerzyki, kubeczki, a szczególnie te w cytrynki czy papryczki zawsze powodują rozterki typu kupić, nie kupić, a jak potem to przewieźć). Kończy się na tym, że zwycięża rozsądek, ale ile ścieżek  wydeptałam wokół kramików to moje. No i szkło weneckie, które wiadomo z tym z Murano nie ma tutaj nic wspólnego, ale do którego mam również ogromną słabość i w tym przypadku uległam pokusie zakupie podróbki. Kiedy jest się na Piazza della Erbe nie wiadomo gdzie patrzeć, tyle tam ciekawych obiektów.
Piazza Erbe wieczorem z Wieżą Lambertich

Domus Mercato na Piazza Erbe (ach te jaskółcze ogonki tak charakterystyczne dla Werony)

Jednym z najbardziej malowniczych jest Wieża Lambertich, najwyższa w mieście; liczy ponad osiemdziesiąt metrów wysokości, posiada ośmiokątną dzwonnicę z oryginalnymi dzwonami z wieku piętnastego. Jej wznoszenie rozpoczęto w XII wieku. Wieża przylega do Pallazzo della Ragione. Na jej szczycie znajduje się punkt widokowy na najciekawsze atrakcje Werony, jak choćby Piazza della Erbe i Piazza dei Signori. Na wieżę można wejść (nie podam ilości schodów, bo wspinaczka nie jest moją domeną) albo wjechać windą (przy budynkach o wysokości osiemdziesięciu metrów będzie to odpowiednik około dwudziestu piętrowego wieżowca).
Widok z Wieży Lambertich na Piazza Erbe

I na Piazza Signoni (te czarne ślady to druty krat)

Piętnastowieczne dzwony na wieży (jedyny pochmurny dzień podczas mojej wycieczki przytrafił się w Weronie)
Wieża Lamberti i Schody la Scala della Ragione prowadzące do Galerii Sztuki Współczesnej

Wychodząc z Torre Lamberti odwiedziłam Palazzo della Ragione (zwane też Palazzo del Comune) – czyli dawny Ratusz, który dziś mieści Galerię Sztuki Współczesnej. Przed odwiedzinami w galeriach zawsze sprawdzam, jaki rodzaj zbiorów można tu znaleźć. Tutaj dzieło reklamujące galerię okazało się dla mnie absolutnym must see. Był to obraz  Francesco Hayeza – malarza, którego odkryłam na własne potrzeby dość niedawno (w Mediolańskiej Pinakotece), malarza, o którym po raz pierwszy czytałam z dekadę temu u Herberta. Jego najbardziej znanym jego obrazem jest Pocałunek, który przyjęto też za reklamę Werony, jako wizję miłości Romea i Julii. Reprodukcja tego obrazu na tle miasta zdobi większość pocztówek z Werony. 
W zbiorach Galerii Współczesnej znajduje się inny obraz malarza- Medytacja. Przykuł on moją uwagę od pierwszego wejrzenia. Kobieca postać z obnażoną piersią o niezwykłym smutku w oczach, jest w nim tyle rozczarowania, taka głębia żalu, że to spojrzenie niemal prześladuje, nawet, kiedy już na nas nie patrzy. Jakby takie memento. Ale i godność pokonanego. 
Melancholia Francesco Hayez

Tematyka obrazu nawiązuje do niepowodzenia z okresu Risorgimento w 1848 r., którego malarz doświadczył osobiście. 
Przy Placu Ziół znajduje się też kolejna z galerii sztuki, a mieści się ona w Palazzo Maffei. Jest to nietypowa galeria, o której chciałabym napisać w odrębnym wpisie. 
W tej chwili napiszę jedynie, że jest jak jajko niespodzianka, gdzie wchodząc do Sali nie wiesz na co trafisz, bo antyk miesza się z renesansem, sztuką wieku XIX a także sztuką nowoczesną, coś na co być może nie zwróciłabym najmniejszej uwagi w muzeum tematycznym wśród zbiorów o podobnej datacji tutaj w tym nieoczywistym towarzystwie okazuje się ciekawe i inspirujące bądź zainspirowane innym dziełem. Wspaniale pokazuje to uniwersalizm sztuki i jej wzajemne przenikanie, a w ostatniej Sali sztuka ożywa na ogromnych ekranie, a widz patrząc na film próbuje odgadnąć co było jego inspiracją.
Palazzo Maffei z kolumną Lwa Św. Marka i wieżą Gardello

O Piazza Erbe pisałam we wpisie, o zachwycających freskach na Domu Mazzantich, o kolumnie z weneckim lwem, Torre del Gardello, kolumnach rynkowych, Domus Mercatorum. A przecież wystarczy przejść kawałek dalej, aby wejść na Piazza Signoria z posągiem Dantego i okalającymi go palazzi (ucząc się włoskiego ze zdziwieniem dowiedziałam się, że palazzo oznacza budynek, nie pałac), choć te budynki równie dobrze mogłyby być pałacami z tymi charakterystycznymi zwieńczeniami w postaci jaskółczego ogona (krenelaż). Wzrok jeszcze nie obejmie wszystkich cudowności Placu Signiorii a już biegnie ku strzelistym nagrobkom Scaligerów zwieńczonych posągami konnymi członków rodu. Gotyckie baldachimy wsparte na kolumnach, pod którymi stoją tumby z prochami książąt były inspiracją dla malarzy. Piękny obraz przedstawiający jeden z grobowców można oglądać w Galerii Sztuki Współczesnej w Weronie, inny będący dziełem Aleksandra Gierymskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zachwycił on na wystawie w Pałacu Opatów moją koleżankę, na tyle, że prosiła o zdjęcie oryginału, co z przyjemnością uczyniłam.
Jeden z nagrobków Scaligerów przy świątyni Santa Maria Antica


Angelo Dall`Oca Bianca -malarz XIX wieczny (średniowieczny nokturn) 

Aleksander Gierymski



Mam ogromny problem z opisem wrażeń, bo nie chcąc pisać o każdym z obiektów, każdym z miejsc encyklopedycznych czy monograficznych wpisów obawiam się, że jedynie ślizgam się po powierzchni rzeczy. Jest tak wiele fantastycznych miejsc w Weronie, że mogłabym zrobić kilka jeśli nie kilkanaście wpisów na jej temat, a przecież dopiero co wróciłam z kolejnej podróży (tym razem Wrocław, Legnica i krótki wypad do Złotoryi), a za chwilę kolejna.

A świątynie, z których odwiedziłam zaledwie trzy - już chciałam napisać o tej, która była tegorocznym odkryciem, ale, jak tu nie wspomnieć i o katedrze, która może skrywa ogromne bogactwo, a jedynie w porównaniu z dwoma innymi wydaje się nieco mniej interesująca. Choć gdyby odwiedziła tylko ją byłabym i wówczas pod dużym wrażeniem i formy architektonicznej i zdobiących ściany fresków i baptysterium i pozostałości pierwotnej świątyni. Może uda się jeszcze przynajmniej dwa wpisy przygotować, albo materiał będzie czekał na czas, kiedy częstotliwość wyjazdów będzie mniejsza.
A dziś jeszcze tradycyjnie parę zdjęć z Werony, niech one mówią same za siebie
Pomnik Dantego na Piazza Signori



Katedra 

Kościół San Fermo Maggiore


Bazylika San Zeno Maggiore (odkrycie tegoroczne) może fasada nie zachwyca, ale detale wykończenia i wnętrze absolutnie cudowne. Ta romańska świątynia wprawiła mnie w zachwyt absolutny)



Drzwi z brązu XI-XIII w. ( a zatem pochodzące z okresu zbliżonego dla wykonania drzwi katedry w Gnieźnie)


Freski naścienne (a mnie zachwyciły te kolumny przeplatane niczym wstążeczka)



I szybko wychodzę na dziedziniec bo utknę tu na długo

To czas na ciacho, aby nie utknąć w kościołach i galeriach (ciastko nazywa się maritozzo i jest to słodka bułeczka przełożona bitą śmietaną z czekoladowym logo cukierni. Zamawiając oczywiście przekręciłam nazwę, jak to ja mam w zwyczaju i poprosiłam torta marocino czyli ciasto marociono- szkopuł w tym, że marocino to napój kawowy więc pani długo dopytywała, o co mi chodzi- bo nie ma takiego ciastka. Z pomocą przyszła domyślna klienta. Na przyszłość robiłam zdjęcie ciastka i pokazywałam)


tej nazwy już nie przekręciłam (ulubiona Gelateria Iginio Massari, ale wbrew nazwie też kawiarnia)