Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty -musicale -teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerty -musicale -teatr. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 października 2025

Żar w Teatrze Polonia i Tindaro przez warszawskim Sheratonem

zdjęcie ze strony Teatru Polonia

Żar w Teatrze Polonia
Rzadko piszę o teatralnych sztukach, bowiem moje kompetencje do pisania o nich są jeszcze mniejsze niż do pisania o książkach. Nie mniej skoro zdarza mi się często narzekać na poziom teatralnych przedstawień nie mogę choćby nie wspomnieć o sztuce, która zrobiła na mnie tak dobre wrażenie, że zaliczyłam ją do jednej z najlepszych przedstawień, jakie widziałam w życiu.



Kiedy tylko usłyszałam, że w Teatrze Polonia Jan Englert postanowił wyreżyserować powieść Maraia Żar - wiedziałam, że muszę spektakl obejrzeć. Żeby napisać o czym jest Żar posłużę się własnym cytatem z wpisu o książce; Gdzieś na uboczu czasu i historii do pałacu starego węgierskiego generała przyjeżdża przyjaciel z lat młodości. Spotykają się, aby zamknąć pewien etap przeszłości. Dokładnie w tym miejscu i w takim samym otoczeniu ponad czterdzieści lat temu widzieli się po raz ostatni. Dręczące latami wątpliwości dotyczące przyczyny zdarzeń sprzed niemal pół wieku poddane zostały drobiazgowej analizie. Dobiegający kresu dni stary generał ma tylko jedno zadanie do spełnienia; uzyskanie odpowiedzi na nurtujące go pytania. Generał od dnia rozstania z przyjacielem wiódł monotonną egzystencję skupioną na oczekiwaniu.
Rolę generała gra Jan Englert. Odwiedzającym go przyjacielem z lat dzieciństwa i młodości jest Daniel Olbrychski. Epizodyczną rolę niani starego generała zagrała Maja Komorowska. Aktorzy – mistrzowie sceny. Miałam szczęście każdego z nich już oglądać i to nie raz, ale w takim zestawieniu obejrzałam ich po raz pierwszy.
Często narzekałam na blogu na udziwnienia czy robienie spektakli pod publiczkę. Przedstawienie Żar sprawiło, iż uwierzyłam, że w teatrze nie tylko dla mnie liczy się słowo, treść, emocje.
Świetny tekst i wspaniali aktorzy i mamy dzieło w najlepszym stylu.
Pan Englert wcale nie grał generała, on był generałem. Dialog, jaki toczyli dwaj panowie brzmiał tak prawdziwie, że można było zapomnieć, że jest się na widowni. Chwilami nawet miałam wrażenie, że jesteśmy świadkami intymnej rozmowy, że może nie wypada się jej przysłuchiwać. Nic nie było przerysowane, nie było grania na siebie. Wszystko wypadło tak naturalnie i prosto. Ponieważ obaj panowie są mniej więcej w wieku odtwarzanych postaci można było odnieść wrażenie, że pewne kwestie wypowiadają zarówno Henryk i Konrad jak i Englert i Olbrychski, a że były one niezwykle szczere – przyznam że byłam wzruszona, jakbym uczestniczyła w niezwykłym misterium. Wiem, może trochę przesadzam, ale byłam ogromnie poruszona i chyba nie tylko ja. Widownia – średnia wieku pięćdziesiąt plus – też wydawała się poruszona. Nigdy jeszcze nie bolały mnie ręce tak bardzo od bicia braw.
Miałam niepowtarzalną szansę oglądania tak wspaniałych aktorów w tak świetnej sztuce – a to wielka radość i ogromne przeżycie.


przed spektaklem
I jeszcze coś na pozór nie tak istotne, a jednak. Udało mi się zdobyć bilet (na czwarte od premiery przedstawienie) w siódmym rzędzie. A piszę o tym dlatego, iż okazało się, że z moim słuchem wszystko jest w najlepszym porządku. Ostatnimi czasy byłam przekonana, iż głuchnę, zdarzało mi się nie słyszeć tekstu, mimo wytężania słuchu. Mówiono, że pewnie siedziałam w złym miejscu (najczęściej siedzę w trzecim rzędzie, mam takie swoje przyzwyczajenie rząd trzeci miejsce skrajne😊), albo że siedziałam z prawej strony, a może trzeba było z lewej, lub pośrodku. Tymczasem okazało się, że wszystko z moim słuchem w porządku. Jeśli aktor ma dobrą dykcję, a nagłośnienie nie nawala to słychać nawet najciszej wypowiedzianą kwestię w ostatnim rzędzie. A ponieważ przedstawienie jest intymną rozmową kwestie często wypowiadane są cicho, co wcale nie przeszkadzało w odbiorze. Na sali panowało absolutne skupienie. Miałam nawet wrażenie, że widownia przestała oddychać, aby nie zakłócać przebiegu przedstawiania i lepiej chłonąć tekst.
To sztuka, która przypadnie do gustu wielbicielom teatru klasycznego, takiego, jaki ostatnimi czasy rzadko mamy okazję doświadczać. A jakiego bardzo mi brakowało. Nawet pomyślałam sobie, że to taka klamra, zaczęłam moją przygodę z teatrem w wieku lat 13 lub 14 z przedstawieniem Wesela w Teatrze Wybrzeże (takie piękne Wesele z tekstem Wyspiańskiego od początku do końca, bez wycinków czy przestawiania scen, klasycznie piękne z rozświetloną tańcami chatą, Stańczykiem w czerwieni i chocholim tańcem) i dotarłam do Żaru w Teatrze Polonia. Choć mam nadzieję, że zobaczę jeszcze parę pięknych przedstawień w życiu.

Tindaro Mitoraja przed hotelem Sheraton
                        
Tindaro Mitoraja
O rzeźbach Mitoraja wspominałam na blogu kilkakrotnie. Mam do nich słabość. Podoba mi się klasyka w nieco nowoczesnym wydaniu. Jego rzeźby przedstawiają najczęściej człowieka okaleczonego, niedoskonałego, a jednak silnego i pięknego, tudzież którąś z części ciała tego człowieka- herosa, najczęściej jest to głowa. Nie inaczej jest w przypadku Tindaro. Kto zna Mitoraja ten kojarzy przewróconą głowę na krakowskim Rynku bądź stojącą głowę w poznańskim Browarze. Moja znajomość z Mitorajem (ze sztuką Mitoraja) zaczęła się od drzwi rzymskiej świątyni Santa Maria degli Angeli (czyli Matki Boskiej wszystkich Aniołów). Od tamtej chwili wzbogacam kolekcję obejrzanych rzeźb Mitoraja. Rzeźba mierzy ponad cztery metry i waży ponad 3 tony i stała wcześniej w paryskiej dzielnicy La Defence. Od razu sięgnęłam do zdjęć z tej dzielnicy i choć mam stojące tam Ikarię i Ikara rzeźby Tindaro na nich nie znalazłam, co oznacza, iż w Paryżu jej nie widziałam. Tym większa radość ze zdobycia nowego eksponatu do mojej kolekcji. Tyndareos którego ma przedstawiać rzeźba był mitycznym królem Sparty i ojcem Heleny Trojańskiej. Artysta wyrzeźbił kilka wersji Tindaro – w postaci fragmentu głowy męskiej. Jedną z nich oglądałam we Florencji w Ogrodach Boboli. Tyle, że tamten Tindaro miał całkiem spękane rysy twarzy. Ten stojący (czasowo?) przy Placu Trzech Krzyży pod hotelem Sheraton ma twarz gładką lecz ze szramą (bądź plastrem na policzku). Nie pamiętam teraz czy zwróciłam uwagę na rewers rzeźby we Florencji, w Warszawie tył rzeźby jest niemal równie interesujący jak przód. Jest tam rzeźba w rzeźbie na filarach dwie głowy owinięte bandażem (?) od przodu i z tyłu a także na środku głowa maszkarona z otwartymi ustami i zabandażowanym nosem. Antyczne piękno okaleczone upływem czasu. Te rzeźby fantastycznie prezentują się w otoczeniu współczesnej architektury. I pisze to osoba, która za współczesną architekturą nie przepada. Domy z betonu i szkła nie robią na mnie dobrego wrażenia, jednak paryska dzielnica La Defence jeśli mi się podobała to właśnie z powodu tych fantastycznych rzeźb Mitoraja otoczonych drapaczami chmur.
Tindaro z drugiej strony



Z dalszej perspektywy



W ogrodach Boboli we Florencji

piątek, 29 grudnia 2023

Podsumowanie roku 2023

Wenecja luty

Tegoroczne podliczenie zysków i strat wypada zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Rok, na który czekałam tak długo nie zawiódł moich oczekiwań. Jeśli miałabym sobie czegoś życzyć na kolejny to chciałabym, aby nie był gorszy od tego, który mija.

Kończąc zawodową karierę planowałam dużo podróżować oraz korzystać z rozlicznych możliwości kulturalno - poznawczych. I to się udało zrealizować.

Moje oczekiwania podróżnicze spełniło kilkanaście podróży. O tych nieco dalszych do Wenecji, Paryża, Amsterdamu czy Wiednia wspominałam na blogu. O Wiedniu nawet kilkakrotnie. Oczywiście, jak to zwykle bywa pomysłów na wpisy jest dużo więcej, ale trzeba dokonać wyboru (czy bardziej zależy mi na carpe diem, czy na opisywaniu tego, co się wydarzyło). Jak na razie nadal szukam złotego środka, starając się zapewnić równowagę pomiędzy życiem a jego relacjonowaniem. Wrażenie z podróży krajowych sygnalizowałam (Lublin, Wrocław, Kazimierz Dolny, Warszawa (ta kilkakrotnie). Na pozostałe wrażenia z Krakowa, Poznania, Rogalina, Kórnika, Bydgoszczy, Inowrocławia, Malborka, Konstancina zabrakło czasu. Każda z tych wypraw to dziesiątki wrażeń; wystawy, teatry, koncerty, parki, ogrody, knajpki, spacery bez celu i te w konkretne miejsca. No i spotkania z ludźmi; rodzina, przyjaciele, znajomi. Po raz pierwszy od dawna zdecydowałam się na podróżowanie w towarzystwie (ciekawe doświadczenie, nie lepsze, nie gorsze, po prostu inne). Marzy mi się podróż nieograniczona czasem; wsiadam w pociąg/samolot i jadę przez Polskę, albo lecę przez Europę. Może kiedyś się przydarzy. Dziś na więcej niż dwa tygodnie nie mogę sobie pozwolić (mając pewne rodzinne zobowiązania i bardzo mobilną i ciekawą świata rodzinkę).
Paryż luty

Nie mam prawa narzekać, zarówno stan zdrowia, chęci jak i zasoby pozwalają mi spełniać swoje podróżnicze i nie tylko pasje. Dzięki temu poznaję miejsca dalekie i bliskie,  ludzi, ich zwyczaje, klimat, a także a może przede wszystkim siebie. Postawiona w sytuacjach niecodziennych zmierzam się z własnymi ograniczeniami, choć nie są to niebezpieczne wyprawy w głąb dżungli czy na pustynię to i tak stawiają często przed wyzwaniami. Bardzo się cieszę, że kilkanaście lat temu przezwyciężając strach i obawy zdecydowałam się na pierwszą samodzielną podróż (wówczas do Rzymu). Dziś Rzym jest nieomal moim drugim domem, bywam w nim dość często, choć nie tak często, jakbym chciała.

Oczekiwania kulturalne to udział w kilku koncertach. Najwspanialszym dla mnie przeżyciem był koncert chóru Gregorian w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Wspominałam już kiedyś na blogu o tym zespole. Bardzo odpowiada mi ich rodzaj śpiewu. Chórowi towarzyszy Amelia Brightman (siostra mojej ulubienicy Sarah – pierwszej odtwórczyni roli Christine Dae w Upiorze w Operze - dla niewtajemniczonych - jeden z moich ukochanych musicali). Amelia ma głos niemal tak samo ciekawy jak Sarah. Z Gregorianami występuje też Narcis Ianau – rumuński piosenkarz klasyczny o bardzo wysokim tonie głosu, niemal kobiecym. Bardzo lubię jego wykonanie
Caruso. Uczestniczyłam też w fantastycznych koncertach z udziałem artystów teatru muzycznego w Gdyni (pierwszy miał miejsce w kościele Św. Jana w Gdańsku i było to świętojańskie granie – utwory Jonasza Kofty, drugi w teatrze miejskim w Gdyni, gdzie śpiewano utwory Jacka Kaczmarskiego dotyczące malarstwa. Miałam przyjemność wysłuchania podobnego koncertu w Teatrze Ateneum w Warszawie. Trudno orzec, który był bardziej interesujący). A żeby nie było, że kogoś nie stać na chodzenie na koncerty - wstęp na oba wyżej wymienione był symboliczny. Byłam również na występie pani Doroty Lulki (aktorki teatru miejskiego w Gdyni) śpiewającej piosenki Edit Piaf w osiedlowym domu kultury (wstęp gratis). Kolejnym koncertem, który wysłuchałam z przyjemnością był występ Janusza Radka dla uczczenia wybuchu II wojny światowej. W tym przypadku rozumiem, że śpiew pana Janusza nie wszystkim odpowiada, jest on niezwykle ekspresyjny a sposób interpretacji starych utworów może szokować słuchaczy przyzwyczajonych do klasycznych wykonań. Mnie się podobało, choć wolę artystę słuchać, niż oglądać :).


Cezanne
I omal bym zapomniała o koncertach Piwnicy pod baranami; pierwszy w teatrze Słowackiego z okazji kolejnej rocznicy powstania Piwnicy, drugi w gdańskiej filharmonii zatytułowany Krakowskie klimaty a poświęcony ludziom związanym z kabaretem. No i jeszcze gala musicalowa w Poznaniu, gdzie przedstawiano utwory z tegorocznych przedstawień tego gatunku z całej Polski. Dzięki temu odkryłam musical Blaszany Bębenek. Utwór z tego musicalu (Gdańsk, co nie powinno dziwić) zachwycił mnie na tyle, że zamówiłam od razu płytę z Wrocławskiego teatru Capitol, w który musical wystawiano.

Myśliciel Rodina

Obejrzanymi w tym roku wystawami mogłabym obdzielić całkiem spore grono znajomych. Będąc na wycieczce nie potrafię powstrzymać się od odwiedzenia przynajmniej paru galerii sztuki, bo przecież taka okazja może więcej się nie przytrafić, a wspomnień jest potem na lata. Sprawia mi to nie lada przyjemność, jakbym coś zyskała. Obejrzenie obrazu jest dla mnie tym, czym dla kinomana obejrzenie dobrego filmu. A jaka to radość, kiedy dokonam odkrycia nowego malarza, widzę obraz po raz pierwszy w życiu, zapamiętuję nazwisko artysty, szukam o nim informacji, innych obrazów. Taki malarz już na zawsze zostaje moim dobrym znajomym, a spotkanie kolejnego jego obrazu jest niczym przeczytanie ciekawej książki. A zatem będąc w Paryżu wstąpiłam do Oranżerii, aby napatrzeć się na Nenufary Moneta, które nazywam Nenufarami z metra, bowiem ich szerokość przekracza kilka metrów. Tam też mogłam oglądać obrazy innych impresjonistów, ale też obrazy malarzy z początku XX wieku.
Tytus w stroju mnicha Rembrandta
Ponieważ od ostatniego pobytu w Muzeum Marmottan (Moneta) minęło kilka lat odwiedziłam je ponownie. Moim tegorocznym odkryciem w Paryżu był Cezanne, na którego do tej pory nie zwracałam uwagi, wręcz pomijałam go przyglądając się Monetowi, Manetowi, Degasowi, Pissarro, Signacowi, Renoirowi, Lautrecowi. Cezanne`a obchodziłam szerokim łukiem i nie zmieniła tego nawet opinia mojego guru (historyka sztuki występującego w ulubionej audycji ulubionej stacji radiowej). Olśnienie pojawiło się nagle - dlaczego wcześniej nie zwracałam nań uwagi nie potrafię tego wytłumaczyć. Może dlatego, iż trafiałam głównie na kwiaty i owoce, które wydawały mi się mdłe, wręcz nudne. Wiem, piszę herezje, ale tak właśnie było. Aż tu nagle fragmenty pejzażu - drzewo, krzak, kawałek lasu i ta feeria kolorów, cudowności takie, że wzroku oderwać nie mogłam. I wszystkie zakupione kartki w muzealnym sklepiku były kartkami z reprodukcjami Cezanne`a.

Po raz pierwszy udało mi się odwiedzić Muzeum Rodina i na własne oczy obejrzeć Myśliciela czy Pocałunek, a także wiele dzieł zarówno Auguste`a jak i Camille. A w bonusie dostałam kilkanaście obrazów impresjonistów, których się tam w ogóle nie spodziewałam. Piękne są takie niespodzianki.
Irysy Van Gogha


Do Amsterdamu poleciałam na wystawę Vermeera, na którą to wystawę nie dostałam biletu (wspominałam już o tym). No, ale skoro byłam w mieście  nie mogłam nie wstąpić do Rijksmuseum, choćby tylko dla Rembrandta. Nie jest to mój ulubiony malarz, ale powoli się doń przekonuję. A Straż nocna nieodmiennie robi wrażenie, teraz ogrodzona szklaną klatką jeszcze większe. Podczas tej wizyty zwróciłam uwagę na portret syna Tytusa w stroju mnicha.  Choć nie jestem wielbicielką malarstwa portretowego ten ma coś w sobie, co sprawia, że poczułam się zaintrygowana (smutek, tajemnicę, melancholię, ignorowanie widza).
Nie mogłabym zrezygnować z wizyty w Muzeum Van Gogha, odkąd przeczytałam pierwszą jego biografię pióra Irwinga Stone`a (a potem pięć innych, co mi przypomina, iż na półce stoi kolejne tomiszcze biograficzne) kolekcjonuję wszystkie obrazy Vincenta, jakie uda mi się gdziekolwiek zobaczyć, a niewątpliwie w Amsterdamie jest ich najwięcej.

Powrót z polowania Bruegla

W Wiedniu udało mi się obejrzeć zbiory aż czterech galerii; Muzeum Historii Sztuki, Muzeum Leopoldów, Albertiny i Belwederu. Każde z nich jest warte obejrzenia, każde zawiera ogromne bogactwo zbiorów i mimo iż Wiedeń kojarzy się głównie z Klimtem (który i mnie zauroczył) to syndromu Sthendala doznałam ponownie w Muzeum Historii Sztuki. Najpierw spokojnie przechodziłam od obrazu do obrazu kontemplując je, aby po trzech godzinach wpaść w popłoch, że nie obejrzałam nawet połowy dzieł i przyspieszając tempo niemal biegać od sali do sali niepocieszona, iż umyka mi coś istotnego, możliwość niespiesznego oglądania. Ja byłam jedna, a obrazów, rzeźb, gobelinów było tak wiele, że to aż niesprawiedliwe. O tym muzeum i tych zbiorach na pewno jeszcze napiszę. Beato, jeśli to czytasz to nie mogę wskazać jednego obrazu, który zrobił na mnie największe wrażenie, bo było ich zbyt wiele.
Wnętrze kobieta w niebieskiej sukni Anne Ancher
I mimo iż rodzime galerie sztuki są nieco uboższe w zbiory i u nas jest co oglądać. Ilekroć jestem w Warszawie zaglądam do Muzeum Narodowego lub na wystawy na Zamku, podobnie w Krakowie, nie umiem sobie odmówić pobytu w Galerii Narodowej. Podczas tegorocznej wizyty w mieście udałam się do nowo utworzonego (specjalnie dla ekspozycji dzieł Stanisława) Muzeum Wyspiańskiego. Muszę przyznać, że po obejrzeniu kilka lat temu wystawy prac mistrza w Muzeum Narodowym w Krakowie, obejrzeniu poświęconej mu salki w Muzeum Narodowym w Warszawie, czy kilkakrotnym odwiedzeniu zbiorów Kamienicy Szołayskich, gdzie eksponowano sporo obrazów i eksponatów z nim związanych byłam rozczarowana mizerią zbiorów tego Muzeum (Wyspiańskiego). Być może powodem jest niedawne otwarcie gmachu, początek działalności, nie udostępnienie całości zbiorów z uwagi na brak gotowości pomieszczeń. Nie zmienia to faktu, iż byłam zawiedziona. Mam nadzieję, że kolejna wizyta zatrze kiepskie pierwsze wrażenia. Za najlepszą krajową wystawę, jaką odwiedziłam uważam Przebudzeni, od antyku do renesansu. Dla mnie ciekawym odkryciem była wystawa Beksińskiego w Muzeum Katedralnym w Warszawie (o czym pisałam tu), ciekawa, bo przełamująca moją estetykę, pewien obszar, na którym czułam się bezpiecznie uległ poszerzeniu. Ponadto udało mi się obejrzeć wystawę Przesilenie malarstwo północy (to coś w mojej estetyce), no i pierwszy w tym roku syndrom Sthendala przeżyłam w Muzeum Ecole de Paris (Villa la Fleur) w Konstancinie. To tylko niektóre z wystaw, jakie udało mi się obejrzeć w tym roku, wymienienie wszystkich zajęłoby pewnie z połowę wpisu.
Canaletto Ruiny kościoła Kreuzkirche w Dreźnie

Mogłabym jeszcze wymieniać spektakle teatralne, musicale i wykłady, w których uczestniczyłam, ale wpis i tak już się rozrósł do zbyt dużych rozmiarów. Dla narzekających na brak finansów informacja, iż wiele wykładów odbywa się za darmo, wystarczy dobrze poszukać w Internecie.

Wspomnę też, że przełamałam się i poszłam na kilka przedstawień operowych (i co uznaję za sukces obejrzałam je do końca i był to mile spędzony czas. Może bez ekscytacji, ale i bez znudzenia). Po raz pierwszy też dałam namówić się na udział w musicalu o charakterze rapowym i muszę przyznać - było to interesujące przeżycie i może nawet wybiorę się kiedyś ponownie. Musical 1989 jest zrobiony z pomysłem, historia jest przedstawiona od strony jej uczestników - ludzi, którzy mają swe wady, bez mitologizowania, bez patosu a jednocześnie oddaje hołd uczestnikom wydarzeń. Ma też szansę z uwagi na rodzaj muzyki przemówić do młodszego pokolenia, dla którego rok 1989 to czas poznawany z podręczników historii.
Wydarzenie, które pozwoliło mnie (i chyba innym też uwierzyć), że coś się może zmienić (marsz miliona serc)
Dwa najważniejsze wydarzenia tego roku jak klamra go spinające to zakończenie pracy zawodowej (początek roku) i zmiana rządów (koniec roku). Staram się nie poruszać kwestii polityki i mam nadzieję, że będę miała teraz komfort nie zajmowania się nią (choć oczywiście jestem realistką i na zbyt wiele nie liczę). To co się stało 15 października przyjęłam z ogromną ulgą i wzruszeniem i cieszę się, że miałam swój malutki w tym udział. Kilka wyjazdów do stolicy (na własny koszt) w celu zamanifestowania swego sprzeciwu wobec tego, że ktoś mi mówił, iż skoro myślę i czuję inaczej to nie mam prawa do miana obywatela tego kraju nazywając wszelkimi możliwymi epitetami. Robiłam to chociaż nie lubię publicznych zgromadzeń, tłumów, krzyków, pisków, tamburynów, bębenków, piszczałek, gwizdków itp. Ale uważałam, że tak trzeba, to była jedyna dostępna mi forma wyrażenia sprzeciwu i przełamania lęku. Mam świadomość, że nie wszystkich cieszy to co się stało, rozumiem ich smutek i rozpacz, bo towarzyszyły mi one przez osiem lat.

I mała statystyka - dzisiejszy wpis jest 33 wpisem w tym roku, a więc wracam do czasów sprzed roku 2016.

niedziela, 22 sierpnia 2021

Weekend (nie tylko muzyczny) w Bydgoszczy

Bydgoska Wenecja
Tym razem pretekstem odwiedzin był koncert muzyki filmowej i musicalowej. Znawcom nie trzeba przedstawiać wykonawczyń: Edyta Krzemień i Karolina Trębacz. Średnio zorientowanym wystarczy, jak napiszę, że pierwsza, wyśniła przepiękny sen w roli Fantine w Les Miserables (T.M.Roma), druga rzuciła urok na Macieja i Antka Borynów w roli Jagny w Chłopach (T.M. im. Baduszkowej w Gdyni). To zaledwie ułamek zawodowych osiągnięć wokalistek. Udział w organizowanym dwa lata temu koncercie Tribute to musical w Filharmonii Pomorskiej pozostawił mi bardzo miłe wspomnienia, dlatego bez najmniejszych obaw wybrałam się na koncert. Choć uwielbiam musical, jako gatunek muzyczny i mam od lat swoje ulubione wykonawczynie to jak dotąd dawałam się uwieść raczej śpiewającym panom (prym wiedzie tutaj często przeze mnie wspominany Janusz K.). Tym razem uległam kobietom. Obie panie są perfekcjonistkami, śpiewają innymi głosami, ale obie mają ogromny talent, nie idą utartymi ścieżkami,  szukają nowych rozwiązań. Edycie jestem wierna od lat, od chwili kiedy usłyszałam ją lata temu w warszawskiej Romie. I choć osobiście preferuję barwę głosu, jaką dysponuje Edyta nie mogę nie dostrzec umiejętności i talentu Karoliny. Zachwyciła mnie w szczególności piosenką o pewnej kobiecie po przejściach z mało znanego musicalu. I tu jedyna uwaga, jaką mam do organizatorów. Przydałby się program koncertu, zwłaszcza, iż panie zaprezentowały, poza hitami wszech czasów także parę mało znanych utworów z jeszcze mniej znanych musicali. Nawet dla osoby, która jest nieco zorientowana w tym gatunku muzycznym.  Bardzo żałuję, iż nie zapamiętałam ani tytułu utworu, ani musicalu, z którego pochodził, bowiem niezwykle mi się spodobał, zarówno sam utwór, jak i jego wykonanie, było emocjonujące, poruszające, przenikające do krwioobiegu. Bardzo spodobał mi się także kompletnie nie znany utwór z filmu o wdzięcznym tytule Dom latających sztyletów, który zaprezentowała przepięknie Edyta. Było to wykonanie niezwykle ciekawe, nie dość, że wykonane profesjonalnie to znowu poruszające i powodujące ciarki. Takich wykonań było sporo, że wspomnę choćby szlagierowy Memory z musicalu Cats, czy utwór z pandemicznej piosenki o pracy artystów stłoczonych na małej przestrzeni (jeden drugiemu przeszkadza ćwicząc wokalizy wszelkich gatunków od opery po muzykę nieco lżejszą). Takie koncerty to miód na moje serce, człowiek się zasłucha, zatapia w muzyce, odpływa i zapomina o wszystkich problemach.
Przechodzący przez rzekę i rzeka Brda

Całkiem inny rodzaj muzyki prezentowali wykonawcy uliczni, którzy w piątek i sobotę koncertowali nad Brdą, a że woda niesie wszelkie dźwięki mieli całkiem sporą publikę. Mogłam słuchać ich koncertu leżąc w hotelowym łóżku czytając jednocześnie książkę. Nie. To nie jest do końca prawdą, dzięki stoperom mogłam czytać książkę słuchając muzyki, bowiem bez nich czułam się, jakby moje łóżko stało na scenie a obok walił ktoś w perkusję. Starzeję się, bo głośna muzyka zaczyna mi przeszkadzać. 

To, że się starzeję widzę też po wadze bagażu, z wyjazdu na wyjazd zabieram coraz mniej rzeczy i z wyjazdu na wyjazd wydają się one coraz cięższe. Ale z drugiej strony, nadal potrafię zrobić dziennie po kilkanaście kilometrów, nadal cieszą mnie najdrobniejsze odkrycia, nadal czuję się dość młoda, aby radować się podróżowaniem.

Jaka to radość na przykład oglądać coś tak pogodnego i tak ładnego, jak wnętrze świątyni pod wezwaniem Św. Marcina i Św. Mikołaja. Mam

Sklepienie i polichromie prezbiterium w Bydgoskiej Katedrze
szczególny sentyment do tych świętych.  Marcin jest patronem Francji, której dzieje i bogactwo w dziedzinie zbiorów sztuki bardzo mnie interesują, a Mikołaj był takim dobrotliwym świętym, któremu radość sprawiało obdarowywanie bliźniego, że trudno go nie lubić. Świątynia, która od niedawna nosi miano Katedry pełna jest kolorów. Będąc wielbicielką wszelkiej maści niebieskości nie mogłam oczu oderwać od gotyckiego, żebrowego sklepienia koloru ciemnego nieba. Fioletowe filary, przepiękne polichromie prezbiterium, bogate ołtarze, organy i zieleń pod emporą oraz ażurowo złote kraty przy wejściu do nawy głównej to wszystko nadaje niepowtarzalny charakter świątyni. Katedra z reguły kojarzy się z ogromną, masywną bryłą architektoniczną, a tymczasem Świątynia Św. Marcina i Mikołaja sprawia wrażenie kameralnej. Miałam szczęście, że nie odbywało się nabożeństwo, dzięki czemu mogła dokładnie zwiedzić jej wnętrze. 

Widok na emporę
Kolejnym odkryciem, tegorocznego pobytu był Park Kazimierza Wielkiego z jego największą  (poza stawami) atrakcją - Fontanną Potop. Ta monumentalna rzeźba przedstawiająca scenę biblijną, w której ludzie i zwierzęta, nie mający szczęścia dostania się na Arkę Noego usiłują uchronić się przed żywiołem wdrapując na skałę. Jest to pełna dramaturgii scena, którą potęguje fakt, iż bohaterowie znajdują się w samym środku żywiołu (lejąca się woda urealnia scenę). Fontanna powstała w 1904 r. i przetrwała niecałe czterdzieści lat, kiedy to Niemcy, którym podczas wojny brakowało metalu, dokonali jej rozbiórki. W 2015 r. rzeźba - została odtworzona na podstawie kopii znajdującej się w rodzinnym mieście jej twórcy Ferdinanda Lepcke w Coburgu. Fontanna robi duże wrażenie, a ponadto pięknie komponuje się na tle bryły kościoła św. Piotra i Pawła. Sam park Kazimierza choć znacznie mniejszy niż był pierwotnie także sprawia miłe wrażenie. Dużo tu zieleni, ławeczek i pomników przyrody. 
Fontanna Potop

Park znajduje się nieopodal ulicy Gdańskiej. Jest to ciekawa ulica. Znajduje się przy niej pod nr 14 zabytkowy budynek - Hotel Pod Orłem. Jest to jeden z najstarszych obiektów hotelowych w Bydgoszczy. W takim kształcie, w jakim istnieje dzisiaj powstał pod koniec XIX wieku. Jego eklektyczny styl wyróżnia się na tle sąsiednich kamienic. A najbardziej charakterystycznym znakiem rozpoznawczym jest olbrzymia rzeźba orła znajdująca się na zwieńczeniu piątej kondygnacji budynku. Fasada hotelu jest niezwykle dekoracyjna, fryzy, rzeźby, gzymsy, balkony, attyki, loggie, atlanci. Jest co oglądać i dopiero na zdjęciach dostrzega się detale. Hotel gościł w swoich wnętrzach wiele znakomitości; między innymi Józefa Piłsudskiego, Stanisława Wojciechowskiego, czy Józefa Hallera. Nocowałam w nim dwa lata temu, jeszcze przed zeszłorocznym remontem. I choć wnętrze wymagało odświeżenia widać było, iż wyposażone jest- jak to się dziś mówi - na bogato (plusze, aksamity, złocenia, dekory). Hotel został zaprojektowany przez znanego bydgoskiego architekta Józefa Święcickiego. Był on autorem ponad 60 realizacji w Bydgoszczy, a jego kamienice choć powstałe w pod koniec XIX i na początku XX wieku miały charakter neorenesansowy i neobarokowy. Innym najbardziej rozpoznawalnym jego projektem jest kamienica mieszcząca się na na styku Placu Wolności z ulicą Gdańską.

Przy ulicy Gdańskiej 13 znajduje się lokal zupełnie innego rodzaju, niezwykle klimatyczna kawiarenka o nazwie Fanaberia. Aby wejść do środka należy skorzystać z domofonu. Dobrą kawą, pysznym ciastkiem czy lampką wina można się delektować zarówno w ogródku kawiarnianym, jak i w klimatycznym wnętrzu, pełnym lampek, roślinek, kwiatków, figurek, luster, witrynek, wazoników, zdjęć, obrazków i książek i całej tej różnorodności bibelotów, które w domu zbierają kurze, a w kawiarni robią nastrój. Odbywają się tam koncerty, spektakle, spotkania z ciekawymi ludźmi i różne wydarzenia artystyczne. Kiedy tam byłam grała cicha, stonowana muzyka stanowiąca piękny podkład zarówno do towarzyskich spotkań, jak i do odpoczynku z książką w dłoni. 

Innym ciekawym dekorum ulicy Gdańskiej jest powstała w obumarłym pniu drzewa rzeźba (róg Słowackiego i Gdańskiej). Jej autorem jest rzeźbiarz Zbyszko Piwoński. Rzeźba nosi tytuł Zaraz zagramy i przedstawia muzykantów. Prowadzi ona do dzielnicy muzycznej (z parkiem Jana Kochanowskiego pełnym rzeźb kompozytorów, Teatrem Polskim,  Filharmonią i grającą fontanną). I choć dziś tytuł rzeźby kojarzyć się może z pandemią powstała ona jedenaście lat temu. 

W Bydgoszczy znajduje się dużo ciekawych rzeźb; mnie szczególnie ujęły Trzy Gracje znajdujące się w Starym Porcie nad Brdą i Przechodzący przez rzekę (rzeźba powstała z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej). Oczywiście pobyt w Bydgoszczy nie może się obyć bez obowiązkowego spaceru po Wyspie Młyńskiej. A ja nie potrafiłam odpuścić sobie kolejnej wizyty w Muzeum Leona Wyczółkowskiego. Spędziłam bardzo miło weekend, aż się dziwię, że miałam obawy dotyczące wykorzystania czasu wolnego, a nie udało mi się zrealizować wszystkich moich planów (między innymi wycieczki do Ostromecka).

W Parku Kazimierza Wielkiego


Ten widok fotografowałam w rożnych porach dnia

Tylko dwa ujęcia

Moja impresja

Zaraz zagramy Zbyszko Piwoński

Powróćmy raz jeszcze do muzeum Wyczółkowskiego



Hotel pod Orłem




Trzy Gracje


Grające, kolorowe fontanny w dzielnicy muzycznej

Zdecydowanie w Bydgoszczy nie można się nudzić. 


niedziela, 10 listopada 2019

Sarah Brightman warszawski koncert (6.11.2019)


Sarah Brightman to jeden z największych sopranów na świecie. Ja znawcą nie jestem, ale kiedy po raz pierwszy usłyszałam jej głos na koncercie w wiedeńskiej katedrze Św. Szczepana uzmysłowiłam sobie, że w życiu nie słyszałam czegoś równie pięknego. Z zazdrością patrzyłam na słuchaczy koncertu, którym dane było uczestniczenie w tej niezwykłej uczcie wokalno-duchowej. Anielski głos, piękna kobieta i gotycka katedra. Miałam szczęście zobaczyć i posłuchać koncertu, dzięki uprzejmości mojej byłej szefowej. Użyczyła mi ona (wówczas niedostępną) płytę z jego zapisem. Pojawiła się wtedy myśl, którą tłumiłam w zarodku, że nierealna i niedorzeczna, abym kiedyś i ja mogła posłuchać Sarah na żywo. Najpiękniejszym tegorocznym prezentem urodzinowym okazała się informacja o warszawskim koncercie. Bilet zakupiłam 29 stycznia, a koncert miał miejsce 6 listopada na warszawskim Torwarze. Hymn
Zastanawiałam się, czy koncert promocyjny płyty HYMN to dobry pomysł na pierwszy solowy występ w naszym kraju. Płyta zawiera przepiękne utwory, jednak są one niezwykle spokojne, a ich wykonanie więcej ma wspólnego z operą niż koncertem dla kilkutysięcznej widowni.

Powinnam jednak była zaufać intuicji organizatorów. Wokalista to nie tylko utalentowana śpiewaczka, to także najlepiej sprzedający się sopran na świecie. Organizatorzy zadbali o to, aby podczas koncertu zdobyć serca publiczności, dlatego jego program był bardzo urozmaicony. Oprócz kilku utworów z ostatniej płyty HYMN (w tym Sogni, Canto per Noi, Follow me czy Fly to paradise) znalazły się wcześniejsze utwory wokalistki z płyt Symphony, Harem, Eden czy Fly.

O sile głosu wykonawczyni niech świadczy to, że był on lepiej słyszalny niż głos towarzyszącej jej orkiestry. Doceniłam to kiedy kolejnego dnia słuchałam polskiej wokalistki (bardzo dobrej wokalistki), która nie mogła się przebić przez dźwięki towarzyszącego jej trzyosobowego zespołu. 

                                      Narcis Ianau

Sarah towarzyszyło dwóch fantastycznych śpiewaków; Vincet Niclo (z którym zaśpiewała między innymi Sogni) oraz Narcis Ianau śpiewający Caruso niezwykle wysokim głosem (niemal kobiecym). Gdybym nie widziała, że śpiewa mężczyzna nie uwierzyłabym. To było coś przecudnego.
Urzekły mnie zarówno Who wants to live Forever (z repertuaru Queen) jak Pie jesu (Requiem) skomponowane przez byłego męża Andrew L. Webbera czy Hymn. Płyta HYMN powstała jako afirmacja radości życia, nadziei i optymizmu w niebezpiecznym współczesnym świecie. Większość utworów na tej płycie brzmi tak chillout – owo, że mogłaby działać jak najlepszy antydepresant, jak chociażby Follow me. Były też takie utwory, gdzie głos Sarah mógłby rozbić kryształowy żyrandol na tysiąc kawałeczków. A jak żyrandol to oczywiście Phantom of the Opera i pierwsze owacje na stojąco. Pierwsze i nie ostatnie. Artystka sprawdzała się doskonale zarówno w repertuarze operowym, jak i rockowym czy popowym. Jej crossoverowe przekraczanie granic różnych muzycznych gatunków przy niesamowicie brzmiącym sopranie dało fantastyczny efekt.

Sarah Brightman poza pięcioosobowym, własnym zespołem śpiewała w towarzystwie Orkiestry Akademii Beethovenowskiej oraz Chóru Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu Ars Cantandi. Jej stroje (cudnej urody lśniące suknie) dzięki współpracy z firmą Swarovsky mieniły się i błyszczały diamencikami i kryształkami. To był niezapomniany koncert. Już wiem, że jeśli Sarah zdecyduje się powtórnie wystąpić w naszym kraju nie będzie mogło mnie tam zabraknąć. 
                                                           Pie Jesu (Requiem)

I jak podałam na portalu społecznościowym – byłam chyba niezwykle grzeczna, bowiem spełniło się kolejne moje muzyczne marzenie (po kilkunastu spektaklach Dzwonnika, po koncercie Davida Garretta 6 października w gdańskiej Ergo-Arenie, o którym w natłoku pięknych doznań nie zdążyłam napisać) miałam okazję posłuchać, popatrzeć, doświadczyć i przeżyć kolejnej muzycznej uczty, której wspominanie rozświetlać będzie krótkie listopadowe dni.

niedziela, 3 listopada 2019

18 razy NDDP, czyli przeżyjmy to po raz ostatni

Finał
O spektaklu pisałam kilkakrotnie (choćby tu i tu). Dziś przyszedł czas pożegnania. Zastanawiając się, czy więcej jest we mnie radości z powodu przeżyć, jakich dostarczyły mi spotkania z Dzwonnikiem, czy smutku z konieczności rozstania doszłam do wniosku, że emocje, jakimi dzielili się wykonawcy na zawsze pozostaną w nas (odbiorcach) i w jakiś sposób wzbogacą naszą wrażliwość. A to oznacza, że lepiej cieszyć się z tego, co się przeżyło, niż smucić, iż czasu Dzwonnika nadszedł kres. Moje uwielbienie dla spektaklu przekłada się na bezkrytyczny jego odbiór. Oczywiście dostrzegałam podczas kilku przedstawień drobne mankamenty, ale nie miały one większego wpływu na mój odbiór sztuki. Pozwoliłam sobie na ekstatyczny zachwyt i żal mi było tych, którym odbiór psuło wyławianie potknięć.

Osiemnaście wieczorów, w których doświadczałam uczucia ekstazy, osiemnaście nieprzespanych nocy, no bo jakże tu spać, kiedy w uszach gra muzyka, a serce wali radośnie tak głośno, że trudno zapanować nad jego rytmem, osiemnaście powrotów z głową w chmurach i osiemnaście tęsknot za kolejnym spotkaniem, z których siedemnaście miało uzasadnioną nadzieję powtórki. Bilety kupowane w ilościach niemal hurtowych (nie dość, że sama zawitałam do teatru kilkanaście razy, to jeszcze zabrałam ze sobą kilkanaście nowych odbiorców. Można rzec, że zaraziłam je tą muzyką, oczywiście ja i cały zespół teatru muzycznego) gwarantowały kolejną eksplozję radości. Aż do tego ostatniego wieczoru, kiedy trzeba było się z tytułem pożegnać. Pojawiła się mała nutka żalu, a łzy Mai (Esmeraldy) na finale spowodowały, że i nam zaświeciły się oczy, a głos uwiązł w gardle.
2.11.2019 r. (zdjęcie własne)
Każde spośród tych osiemnastu przedstawień było na swój sposób niepowtarzalne. Za każdym razem towarzyszyła mi obawa, czy spełnione zostaną oczekiwania. Czy tak częste uczestnictwo nie sprawi, że poczuję przesyt, że mi się znudzi lub będę zawiedziona. A potem nie było przedstawienia, po którym nie chciałabym zostać na kolejnym spektaklu, nie było takiego, którego nie kończyłoby powtórne wysłuchanie muzyki z NDDP. Spośród tych osiemnastu razy najlepiej zapamiętam trzy.
Pierwsze, na którym łzy popłynęły zaraz na uwerturze, że oto jest, spełniło się marzenie, którego nie śmiałam nawet skonkretyzować. Spektakl został wystawiony w Polsce, w dodatku w Gdyni, co sprawiło, że mogę oglądać go tak często, jak dusza zapragnie. Dziś wydaje mi się, że te osiemnaście razy to było zdecydowanie za mało. Pierwsze przedstawienie, to także to, na którym towarzysząca mi osoba popłakała się ze wzruszenia.  Owa osoba była jeszcze potem na Dzwonniku trzy razy. Lubię zarażać ludzi tą pasją, bo daje ona niezwykle dużo radości, uniesień, pozytywnych wibracji.
Drugie to przedstawienie w obsadzie marzeń (moich marzeń) – z Januszem Krucińskim w roli Quasimodo, Mają Gadzińską w roli Esmeraldy oraz Arturem Guzą w roli Frollo. Byłam na dzień przed zabiegiem i pamiętam, iż pomyślałam sobie  wtedy, że jeśli miałabym tego zabiegu nie przeżyć to spotkanie z Dzwonnikiem byłoby najwspanialszym sposobem spędzenia tego ostatniego wieczoru. 
Trzecie miało miejsce wczoraj. I choć każde z przedstawień spełniało moje oczekiwania, to wczorajsze było wyjątkowe. Nastąpiła kumulacja najpiękniejszych wykonań, przedstawienie aż buzowało od emocji, a każdy z wykonawców zaśpiewał na sto procent swoich możliwości. Zaproszeni przeze mnie goście wyszli rozemocjonowani pytając o płytę. Koniecznie chcieli usłyszeć te utwory ponownie. I bardzo żałowali, że zobaczyli przedstawienie dopiero teraz. A dwa dni później dostałam maila z informacją, że ta muzyka wciąż im gra w uszach, że ich zaczarowała.

2.11.2019 r. (zdjęcie własne)
Pisząc o przedstawieniu pisałam kilkakrotnie o wykonawcach utworów, a nie pamiętam, czy wspomniałam o tancerzach. To co wyczyniali ze swymi ciałami na scenie ci młodzi ludzie było niesamowite; połączenie tańca, akrobacji i talentu. Już samo ich oglądania sprawiało radość. A jeśli doda się to tego świetną muzykę i fantastyczne wykonania piosenek to efekt jest powalający.
Wczoraj też po raz kolejny doceniłam w roli poety Janka Traczyka. Z przyjemnością obejrzę go w środę  warszawskiej Romie w musicalu Aida.
No i wciąż zadaję sobie pytanie, czy ten poziom emocji i ta radość, jaką dawał mi NDDP stanie się jeszcze kiedyś moim udziałem.
Jest na to duża szansa, bowiem w przyszły tygodniu czeka mnie kolejny koncert marzeń. Jak dobrze mieć marzenia i móc je spełniać. 

Jeśli udało mi się choć w malutkiej cząstce przekazać tę radość, te emocje, jakich doświadczyłam na wszystkich  przedstawieniach, no i przede wszystkim na tym ostatnim to byłabym ogromnie szczęśliwa. Ale to trzeba by talentu Prousta, który tak cudnie pisał o muzycznych koncertach, aby wyrazić tak dogłębnie, tak do sedna ten stan, jakiego doświadcza absolutnie szczęśliwy człowiek, kiedy wstrzymuje się oddech, aby nic nie zakłóciło przyjemności z odbioru, aby muzyka mogła oplatać nas szczelnie, aby przenikała przez każdy nerw, każde włókno, każdą cząsteczkę ciała, aby nie uronić ani kropelki.