Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarczyński. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2024

Śmierć na Wenecji Maryla Szymiczkowa

Od lektury ostatniej powieści duetu Dehnel i Tarczyński (znanego jako Maryla Szymiczkowa) minęło kilka dobrych lat i choć Złoty róg przeczytałam z ciekawością to muszę przyznać, że formuła opowieści nie bawiła mnie już tak jak podczas wcześniejszych lektur książek z serii profesorowa Szczupaczyńska na tropie. Owszem było ciekawie, ale miałam wrażenie, że ten sposób pisania nieco się oczytał, a pewne postacie wplatane są w treść na siłę. Dlatego też nie paliłam się do sięgania po kolejną, piątą już książkę przygód śledczych samozwańczej pani detektyw. Jednak po rekomendacji dwóch Małgorzat (jednej znanej wirtualnie, a drugiej całkiem realnie) książka znalazła się na półce w oczekiwaniu na swoją kolej. A ta przyszła dość szybko w stosikowym losowaniu u Anny, a lektura została pochłonięta w przeciągu dwóch dni i połowy nocy.

W mojej ocenie Śmierć na Wenecji poziomem dorównuje Tajemnicy Domu Helclów, a nawet ją przewyższa. Kryminał retro ponownie osadzony jest mocno w Krakowie, co jest niewątpliwe jego ogromnym atutem. Kraków ma bowiem w moim (i jak sądzę nie tylko moim) sercu miejsce szczególne. Rzecz dzieje się w 1903 r. podczas wielkiej powodzi. która zalała Błonie, park Jordana, ulice Wolską, Zwierzyniecką, Smoleńsk, Retoryka, Garncarską, Koletek, św. Agnieszki i kościół na Skałce. Profesorowa Szczupaczyńska sobie tylko może podziękować, za to, iż znalazła się w jej centrum, bowiem po kilkudziesięciu latach mieszkania w kamienicy Pod Pawiem na świętego Jana zamarzyło jej się mieszkanie bardziej nowoczesne, z wygodami, no i przede wszystkim z wanną. 
Kamienica Pod Śpiewającą Żabą
… coraz częściej była zapraszana przez znajomych i krewnych do mieszkań poza pierścieniem Plant; a to na Piasek, a to na Nowy Świat. Wydawało się, że nikogo już nie zawstydza wyprowadzka na takie rubieże; mieszkania były tam wyższe, jaśniejsze, wygodniejsze. Od czasów pamiętnej wizyty ….. w Domu Egipskim coraz częściej popatrywała w tamte okolice, na ulicę Retoryka, gdzie dobrą dekadę temu nad malowniczą rzeczką Rudawą wybudowano całe mnóstwo efektownych, nowoczesnych kamienic. Celował w tym szczególnie pan Talowski, człowiek niełatwy, ale architekt wzięty i pomysłowy, który nie tylko dom własny (zawsze stanowiący dla architektów rodzaj witryny sklepowej, w której prezentują swój kunszt), ale bez mała każdy budynek projektował, jako romantyczne zamczysko z gotyckiej powieści, pełne maszkaronów, zwierząt, wieżyczek i fantazyjnych szczytów, albo przynajmniej – renesansowe palazzo.(str.23) 
Kamienica pod śpiewającą żabą- detal

Kiedy więc w kamienicy Pod Śpiewającą Żabą zaprojektowanej przez pana Talowskiego opróżniło się mieszkanie na drugim piętrze pani profesorowa tak długo wierciła dziurę w brzuchu małżonka, aż ten niechętnie, ale wyraził zgodę na przenosiny. Nowoczesny, ale wykwintny dom, przyzwoici lokatorzy, zaraz obok można odetchnąć pełną piersią na Błoniach. Niby w mieście, a jak na wiledżiaturze. I jeszcze uroczy narożny, zwieńczony strzelistą iglicą wykusz, w którym .. stała [profesorowa] wykusz dający znakomity widok na krzyżujące się ulice i strzeliste mosty spinające brzegi głębokich kanalików, przy których wznosiły się piękne kościoły oraz pałace arystokratycznych rodzin. Porośnięta gęstą winoroślą fasada kamienicy odbijała się w wodzie niczym pałac w Canal Grande. (a profesorowa stałą niczym wenecka dogaressa..- str. 23-23)
Kamienica pod śpiewającą żabą od strony narożnej (z wykuszem który zachwycił tak Zofię)
Jak wiadomo kamienica Pod śpiewającą żabą mieści się na ulicy Retoryka (gdzie znajdują się też trzy inne kamienice projektu pana Talowskiego) tak więc, kiedy w lipcu 1903 roku wody Rudawy i Wisły zalały okoliczne ulice profesorowa mogła zająć się swoim ulubionym zajęciem; siadła w oknie i obserwowała, a jej bacznej uwadze nic nie umknęło. A zwłaszcza pływające w wodzie na Wenecji męskie ciało. Zofia nie byłaby sobą, gdyby natychmiast nie rozpoczęła śledztwa. Dostojna  matrona, żona profesora uniwersytetu krakowskiego poza prowadzeniem domu, a prawdę mówiąc poza nadzorowaniem służącej Franciszki i pilnowaniem mężowskiej diety niewiele miała do roboty, a zatem pojawienie się zwłok przyjęła niemal z entuzjazmem (w końcu, jeśli zwłoki musiały się pojawić, to nie mogły znaleźć właściwszego miejsca, aby wypłynąć). Pani profesorowa miała okazję, aby wysilić swe szare komórki i rozwiązać zagadkę. Wydawać by się mogło, iż powódź w postaci stojącej na ulicach wody o wysokości paru metrów będzie przeszkodą dla dystyngowanej damy. A jednak, kiedy w grę wchodzi śledztwo okazuje się, że pływanie w balii czy pojemniku po kiszonej kapuście nie może stanowić najmniejszej trudności. Podobnie, jak udanie się do gniazda rozpusty, siedliska dekadencji w Jamie Michalikowej, którą upatrzyli sobie na miejsce spotkań nie tylko różnej maści artyści, ale także o zgrozo panowie, którzy szczególny pociąg czuli do innych panów.
Fragment kamienicy pod osłem
Po raz kolejny Zofia Szczupaczyńska wchodzi na wyżyny intelektu, umiejętnie łącząc fakty, a dzięki prowadzonemu dochodzeniu (przesłuchaniom, rozmowom i eksperymentom śledczym) udaje jej się to, co nie udało się policji, odkrycie prawdy. A wszystko to czyni, jak zwykle w tajemnicy przed małżonkiem.
W tle jest Kraków z początku XX wieku, miasto, które ku zgryzocie jego dawnych mieszkańców staje się aż nazbyt nowoczesne, na ulicach pojawiają się automobile rozwijające zawrotną prędkość, przestępczość szerzy się niemożebnie, młodzież nie szanuje Ojca Świętego, a władze nie są przygotowane na wylewy rzek. I kiedy połowa Krakowa tonie w szaroburych wodach, druga połowa prowadzi codzienne życie.
Wisłą płyną porwane przez fale chaty, szopy, stodoły, a nawet budynki z cegielni z Przegorzał, tymczasem po drugiej stronie miasta, w teatrze, jak gdyby nigdy nic grają Traviatę Verdiego. Ktoś obok narzekał na to, że wiledżiatura w tym roku wyjątkowo nieudana, że ludzie wracają z Rabki i Zakopanego rozczarowani i w podłym nastroju. Inna pani sarkała, że deszcze niszczą kapelusze. (str.45).

Kamienica Festina lente (spiesz się powoli) ul. Retoryka
Wenecja to krakowska ulica, ale też Kraków zalany wodami rzek w powieści nie raz przypomina Wenecję licznymi na wiązaniami do wód kanałów, porównaniem jednostek pływających do gondol, a profesorowej do dogaressy. Błyskotliwy, uszczypliwy humor, nawiązania do współczesności i doskonałe osadzenie w czasie i miejscu sprawiają, iż lektura jest wciągająca, rozśmieszająca i pouczająca. Czyta się lekko, szybko, a lekturze towarzyszą wybuchy śmiechu. Polecam gorąco.
Kamienica pod osłem Talowskiego ul. Retoryka (z mottem Każdy jest kowalem swego losu)
Ponieważ kamienice Talowskiego wywołały zainteresowanie części czytelników podaję link do wpisu Ady, od którego zaczęło się moje zainteresowanie Talowskim i jego kamienicami. Przepiękny wpis i cudowny blog Ady o Krakowie, życiu, sztuce. Link do wpisu o kamienicach Talowskiego

czwartek, 28 stycznia 2021

ZŁoty róg Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński

Książkę przeczytałam w ramach losowania uAnny, przeczytałabym ją i bez tego, bowiem z ogromną przyjemnością pochłonęłam trzy wcześniejsze książki o dochodzeniach profesorowej Szczupaczyńskiej – wścibskiej pani Dulskiej, która inteligencją i zdolnością rozwiązywania kryminalnych zagadek dorównuje Pannie Marle. Przed lekturą zostałam ostrzeżona, iż Złoty Róg zbiera mało entuzjastyczne recenzje, więc nie powinnam oczekiwać po książce zbyt wiele. Ja, jednak założyłam, że książka będzie miłą lekturą i nie dam wiary głosom rozczarowanych czytelników. Profesorowa Szczupaczyńska sobie jedynie znanymi sposobami zdobywa zaproszenie na wesele Rydla z Mikołajczykówną, to wesele, które uwieczni w narodowym dramacie Stanisław Wyspiański. Oczywiście wykorzystuje swoją znajomość z Tadeuszkiem Żeleńskim i wyprawiwszy wpierw szanownego małżonka do dalekiej rodziny na wieś udaje się do Bronowic, choć myśli zaprząta jej znaleziony w sąsiedniej kamienicy niedający oznak życia młodzieniec i znaleziony przy nim tajemniczy kluczyk. Docierając na wesele zaczyna żałować, że tłukła się tyle czasu do miejsca, w którym nikt nie jest w stanie należycie docenić jej starań włożonych w przygotowanie odpowiedniej toalety i koafiury, a miastowi spoufalają się z chłopstwem, tak, że żal patrzeć. Szybko jednak myśli profesorowej zajmują tajemnicze postaci, które dostrzega na drugim planie. Są one bardziej interesujące niż bohaterowie pierwszego planu; państwo młodzi i ich goście. Profesorowa aspirując do miana kobiety obytej kulturalnie i nowoczesnej, zna (przynajmniej ze słyszenia) zarówno Wyspiańskiego, jak i Tetmajera. Wyspiański zachowuje się dziwnie, chowając gdzieś po kątach i obserwując gości, w czym pomaga mu żona. Okazuje się jednak, iż nie był tak dobrym obserwatorem, jak Zofia, bowiem umknęło mi to, co nie umknęło jej. Dostrzegając tajemnicze postacie podążyła ich tropem, dzięki czemu odkryła nić, która poprowadzi się do rozwiązania kryminalno-patriotycznej zagadki.Tym samym prawdziwym będzie jej stwierdzenie po premierze Wesela, iż to w ogóle nie tak było, no ale co tam Wyspiański może wiedzieć.
Wszystko to przeplatane dialogami z Wesela, zaprawione Plotką o Weselu Boya oraz tłem obyczajowo-historycznym daje lekturę lekką, łatwą i przyjemną. Nieco nużący jest wątek kryminalno-patriotyczny, dość mocno rozbudowany i zawikłany. Stanowi on niezwykle trafny komentarz do dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej (podobnie skomplikowanej). Nie pozostaje to bez uszczerbku dla poczynań detektywistycznych duetu Szczupaczyńska – sędzia Klossowitz.
Zofia Szczupaczyńska zaskoczy swych wiernych czytelników, kiedy dostojna matrona na chwilę pozwoli sobie na okazanie emocji.
Kolejny kryminał retro duetu Dehnel Tarczyński przenoszący do Krakowa z początku zeszłego wieku to całkiem przyjemna lektura, choć życzyłabym sobie, aby w kolejnym tomie mniej było komentarza do naszej rzeczywistości. Ale co tam pani Szymiczkowa napisze to przeczytam, nadal ma u mnie duży kredyt zaufania.

piątek, 29 grudnia 2017

Rozdarta zasłona Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński)


Po błyskotliwym sukcesie, jakim było rozwiązanie kryminalnej zagadki Domu Helclów profesorowa Zofia Szczupaczyńska zostaje postawiona przed kolejnym detektywistycznym wyzwaniem. Zwłaszcza, iż tym razem ofiarą pada jej własna służąca Karolcia, którą profesorowa jeszcze chwilę wcześniej podejrzewała o rażącą niewdzięczność. No, bo jakże to tak; porzucać służbę w okresie Wielkiej Nocy i to bez słowa wytłumaczenia - toż to się nie godzi. Upadek obyczajów wołający o pomstę do nieba. I choć oficjalnie śledztwo prowadzi komisarz Jednoróg, który podejrzanie szybko znajduje winnego, to całą pracę odwala dostojna krakowska matrona, przy małym współudziale oddanej Franciszki oraz obiecująco zapowiadającego się przyszłego  lekarza –  studenta Tadzia Żeleńskiego. O ile w Tajemnicy Domu Helclów mieliśmy do czynienia z Krakowem salonowym, o tyle w Rozdartej zasłonie autorka przenosi czytelnika do Krakowa skrytego przed oczyma jego szacownych mieszkańców grubą zasłoną pozorów; Krakowa cór Koryntu i handlarzy żywym towarem, w który to proceder zamieszani są wysoko postawieni urzędnicy państwowi.
Czy to możliwe, żeby w Krakowie, mieście dostojnych profesorów, wspaniałych fundacji, niezliczonych kościołów i klasztorów, nabożnych procesji z relikwiami świętego patrona, kryło się tyle plugastwa? Miasto odkrywało przed nią teraz zupełnie inne oblicze: ciemne, brudne, niezrozumiałe. Zakłamani ojcowie rodzin, małe domki na peryferiach, bezwzględni rajfurzy, młode wiejskie dziewczyny, które po paru latach zmieniają się w zniszczone do cna, trawione niezliczonymi chorobami wraki. (str. 193)
Akcja kryminalnego dochodzenia odbywa się na tle XIX wiecznego miasta, w którym równie ciekawie przedstawia się jego topografia (trwająca wówczas przebudowa grodu nad Wisłą przypominają Hausmanowską przebudowę Paryża), jak i zwyczaje jego mieszkańców (wielkanocny spacer na Emaus, powracanie urzędników po przerwie obiadowej na godzinę dolce far niente, wizyty ojców rodzin w domach uciech, najmowanie służących w renomowanej agencji, czy fetowanie Najjaśniejszego Pana). Ciekawie zostały nakreślone postacie zarówno głównych bohaterów (z profesorową i komisarzem Jednorogiem na czele), jak i postacie epizodyczne (jak Mańka Pomidor, czy lekarz płciownik Kurkiewicz). Język schyłku wieku, którym posługują się bohaterowie, pozbawiony współczesnych wtrętów nadaje autentyzmu przedstawionej historii. Zabawnie brzmią cytowane z Kurkiewicza (mającego swój autentyczny pierwowzór) wywody dotyczące błogoszczenia czy płciwa. Podobnie, jak czytane na zmianę przez małżonków artykuły z ówczesnej prasy wraz z komentarzami ich dotyczącymi. Lekkość pióra autorki (vel duetu literackiego Dehnel i Tarczyński) sprawia, iż powieść dobrze się czyta. Opowieść, której treścią jest poważne dochodzenie, nie pozbawiona jest humoru, a jej bohaterowie, choć nie wolni od przywar budzą dużą dozę sympatii. No bo czyż można nie polubić nieco próżnej, trochę snobistycznej krakowskiej mieszczki, która na równi z wypełnianiem obowiązków pani domu oddaje się pracy śledczej nie zważając na to, iż naraża się na poznanie brudnych sekretów współmieszkańców cesarsko-królewskiego miasta Krakowa. Całe szczęście, iż Ignacy Szczupaczyński, o którym żona nie mawia inaczej niż pan profesor, do ostatniej chwili pozostaje w błogiej nieświadomości zarówno co do prawdziwego sprawcy zbrodni, jak i roli jego żony w rozwiązaniu zagadki, bowiem w przeciwnym razie mógłby ucierpieć na tym, zarówno męski autorytet głowy rodu, jak i wzajemne relacje pomiędzy małżonkami.
Rozdarta zasłona jest może nieco słabsza literacko od Tajemnicy domu Helclów, niemniej to bardzo ciekawa pozycja literacka i życzę wszystkim współczesnym autorom takich pozycji.
Właściwie miałam nie pisać o Rozdartej zasłonie, bowiem powstało już wiele ciekawszych relacji, jednakże ponowna lektura sprawiła, iż postanowiłam i ja swoje trzy grosze wtrącić. 

wtorek, 2 lutego 2016

Tajemnica domu Helclów - retro kryminał pióra Maryli Szymiczkowej (Dehnela i Tarczyńskiego)

Paw (z Kamienicy pod Pawiem)
Z hotelu na ulicy Pijarskiej wychodząc wprost na pozostałości dawnych murów obronnych oczom ukazuje się znana wszystkim (prawie) Brama Floriańska. Chcąc dotrzeć na Rynek Główny mam dwie możliwości, albo zatłoczoną turystami i zeszpeconą szyldami sklepów drogą królewską (ulicą Floriańską), albo niemal pustą, cichą, niepozorną ul. Św. Jana. Wybieram z oczywistych względów tę drugą. 

Kiedy zaczynam czytać Tajemnicę Domu Helclów, której bohaterka Zofia Szczupaczyńska mieszka w Kamienicy Sub Pavone (czyli Pod Pawiem) na ulicy św. Jana 30 czuję dreszczyk emocji. Jakże przyjemnie czyta się książkę, której akcja dzieje się w znanych nam miejscach, a co dopiero, kiedy z książką w plecaku chadza się śladami bohaterki. 
W zasadzie to nie przepadam za kryminałami, wydaje mi się, że to gatunek, z którego wyrosłam, a może którego, jeszcze nie odkryłam, ewentualnie to efekt przesytu książkami Agathy, których pochłonęłam całkiem sporo. Nie ważne. Bowiem Tajemnica domu Helclów to nie jest typowy kryminał, co dla wielbicieli gatunku może być jej wadą, a co dla mnie było zaletą. Pojawia się tu zbrodnia i to niejedna, jednakże stanowi ona jedynie pretekst (tak to odczytuję) dla ukazania dziewiętnastowiecznego Krakowa i jego obywateli w krzywym, acz całkiem sympatycznym zwierciadle.

Kamienica Sub Pavone

Jest rok 1893. Miesiąc październik. Cały Kraków żyje zapowiedzianym w najbliższych dniach otwarciem Teatru Miejskiego (który dopiero za lat szesnaście otrzyma imię wielkiego wieszcza). Tym, co spędza sen z powiek krakowskich mieszczek jest zdobycie, jak najlepszego miejsca na widowni teatru. 
Również Zofia Szczupaczyńska, pani profesorowa, zamożna mieszczka (choć z kompleksami dotyczącymi prowincjonalnego pochodzenia),  ciosa kołki na głowie spolegliwego małżonka o zdobycie zaproszeń na premierową galę otwarcia. Trzeba bywać i trzeba być widzianym. Dlatego też do Teatru należy podjechać powozem, mimo, iż z kamienicy Pod Pawiem bliżej do teatru niż na postój dorożek.
Zajęcie właściwego miejsca w teatrze, wystaranie się o odpowiedni tytuł i pozycję dla męża, wybór pomocy domowej, zarządzanie domowym gospodarstwem to główne zajęcia XIX wiecznej pani domu. A jednak pani Zofii zdaje się to nie wystarczać. Pragnęła czegoś więcej - ale gdyby ktoś, niechby i Ignacy spytał ją; Zosiu, Zosieńko, ale „jakiego” więcej? Nie potrafiłaby odpowiedzieć… (str. 66). Może dlatego próbuje swych sił w pisaniu (bez powodzenia, redakcja odsyła jej nieudolne próby z druzgocącą opinią), zabiera się za organizowanie loterii charytatywnej na rzez dzieci skrofulicznych (co idzie jej dość opornie), aż w końcu, kiedy w Domu Helclów (Dom Opieki) ginie jedna ze pensjonariuszek angażuje się w jej poszukiwanie przejmując rolę nieudolnego funkcjonariusza policji.

Zofię cieszyło, iż maszkarony na dachu teatru nawiązują do tych z Sukiennic

Bohaterka to typowa krakowska mieszczka, dbająca o pozory, oszczędna, wścibska, nieco zakłamana, a jednak pani Szczupaczyńska budzi sympatię. Cały wątek kryminalny ma tutaj drugorzędne znaczenie. Choć pojawiają się niewyjaśnione zbrodnie, to tropienie mordercy nieco rozmywa się o poboczne wątki. Akcja płynie niespiesznie, leniwie i przyznam, iż zdarzało mi się gubić wątek detektywistycznych poszukiwań w tym, co dla mnie było największą zaletą powieści – obyczajowe tło Krakowa z końca XIX wieku. 
Samo rozwiązanie troszkę zaskakuje, jako że nie mamy szansy towarzyszyć śledztwu Szczupaczyńskiej do samego końca; to co najważniejsze bohaterka zachowała dla siebie, aby większy efekt aktorski wywołać sceną finałową, w której wyjawi mordercę i kulisy zbrodni. 
Pojawiające się nazwiska znanych postaci (Matejko, Sienkiewicz, Żeleński, Talowski), czy autentyczne miejsca (Św. Jana, Św. Tomasza, Długa, Plac Szczepański, Franciszkańska, cmentarz Rakowicki, kościół Mariacki), a także wydarzenia, którymi żyli mieszkańcy (otwarcie teatru, pogrzeb Matejki, zaślubiny Sienkiewicza) nadają literackiej fikcji cechy prawdopodobieństwa. Odczytuję Tajemnicę domu Helclów, jako literacki żarcik, nawiązanie do G.Zapolskiej (bohaterka przypomina nieco Dulską, choć jest od niej sympatyczniejsza, bowiem poza przywarami dysponuje intelektem, którego brak tej pierwszej) oraz do A.Christie (bohaterka przypomina też pannę Marple, choć jest od niej zdecydowanie mniej sympatyczna, ale za to jest „taka nasza, swojska”).

Obok rozwiązanie zagadki z poprzedniego wpisu, która okazała się bardzo prosta (Muzeum - Pałac Czartoryskich). Tędy zapewne musiała również chadzać (ewentualnie przemieszczać się powozem pani Szczupaczyńska.

Nie wiem, czy za jakiś czas będę pamiętać fabułę powieści, ale klimat tego sympatycznego kryminału w stylu retro na pewno. Polecam, jako niegłupią i odprężającą lekturę, zwłaszcza dla wielbicieli Krakowa, Młodej Polski i literackich żarcików. Wielbiciele kryminałów, w których trup ścielę się gęsto, krew leje strumieniami, a akcja błyskawicznie się zmienia – czytają na własną odpowiedzialność.