Zawsze kiedy czytam entuzjastyczne opinie na temat książki, której lektura mnie nuży zastanawiam się nad powodem tego stanu rzeczy. Wojna światów - Georges Wells - klasyka gatunku s-f, niesamowita wyobraźnia, porażająca, wyprzedzająca swe czasy, realistyczna, takie opinie na temat książki krążą tu i tam, a ja nie mogę się skoncentrować na lekturze. Czytam i nie mogę zapanować nad ziewaniem. Rozumiem, że Wojna światów powstała ponad sto lat temu, że jak na tamte czasy była nowatorska, że Wells wykazał się sporą wyobraźnią, ale co ja na to poradzę, że mnie nie książka nie wciągnęła. Być może wyjaśnieniem tego stanu rzeczy, jest fakt, że tekst książki znalazłam w Internecie. Nie wiem, kto go tam zamieścił i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to na pewno oryginalny tekst powieści, czy też może jakiś domorosły tłumacz albo złośliwy chochlik dokonał przeróbki. Pomijając to, że tekst jest pełen błędów literowych, stylistycznych, interpunkcyjnych, mam wątpliwości, czy jest to tekst Wellsa. Razi mnie archaiczny język; naiwność pewnych sformułowań i język powieści pełen niezrozumiałych figur stylistycznych czy zdrobnień (nie znali oni okresowego ugasania-snu, dzień stawał się upalniejszy, księżyc wzszedł, stateczek, parowczyk, czyściutki, śliczniutki).
Temat w trakcie tworzenia wyprzedzający swoje czasy, dzisiaj wydaje się banalny. Na ziemię napadają kosmici (Marsjanie), którzy błyskawicznie unicestwiają sporą część ludności Wielkiej Brytanii siejąc wokół strach i pożogę. Narrator, będący naocznym świadkiem wydarzeń opowiada o pojawieniu się Marsjan, ciekawości, jaką wzbudzili, zniszczeniu, jakie zasiali i łatwości, z jaką tego dokonali. Strach, groza, przerażenie wobec wizji totalnej zagłady, wydaje się, że przetrwają tylko najsprytniejsi i najsilniejsi. Reakcje ludzi na niebezpieczeństwo zniszczenia cywilizacji; ucieczka, pijaństwo, próba opracowania ideologii przetrwania (z przerażającą wizją artylerzysty). Tak naprawdę książka zainteresowała mnie właśnie od chwili pojawienia się artylerzysty snującego wizję urządzenia się w świecie rządzonym przez Marsjan. Wojnę światów u Wellsa (powstałą jeszcze w XIX wieku) można odczytać, jako wizję wojny totalnej, jaka miała miejsce dopiero w wieku XX, tak więc wyobraźnia autora rzeczywiście była niesamowita. Ale ja chyba nie jestem zwolenniczką gatunku s-f (albo trafiłam na jakąś Wells-podobną powieść). I mam nadzieję, iż wizja Wellsa co do ataku kosmitów pozostanie jedynie literacką opowieścią.
Obsługiwałem angielskiego króla Bohumila Hrabala to moje pierwsze spotkanie z czeskim pisarzem. Jak podkreśla polecający książkę Mariusz Szczygieł poznajemy tu „złotą zasadę przetrwania; po pierwsze – nic nie widziałeś i nic nie słyszałeś, po drugie – wszystko widziałeś i wszystko słyszałeś. To powieść o sposobie na przeżycie. Innym niż sposób polski”. Jan Dite – bohater książki jest postacią równie zagadkową, co zadziwiającą. Trudno go przejrzeć i zaszufladkować. Poznajemy go, jako młodego chłopaka uczącego się na kelnera, którego jedynym marzeniem wydaje się szybkie zdobycie fortuny i założenie własnego hotelu. Jan nie przebiera w środkach; małe i większe świństwa oraz szczęśliwy traf fortuny pozwalają mu dość szybko zostać milionerem. Wówczas okazuje się, iż to nie pieniądz był dla niego celem samym w sobie, był on jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Można książkę odczytać przez pryzmat krytycznego spojrzenia na społeczeństwo czeskie, na jego konformistyczną i poddańczą postawę, ja jednak widzę tu potwierdzenie uniwersalnej prawdy o ulotności ludzkich marzeń, o złudzeniach, jakie daje bogactwo, o nieprzewidywalności losu. Generalnie książka podobała mi się, nie potrafię jej nic zarzucić (no może poza tym, że jej bohater nie przypadł mi do gustu - co raczej trudno nazwać wadą), natomiast czytało mi się ją bez zachwytów. Na plus lektury zaliczam piękny język, jakim została napisana. A oto jego mała próbka: …… życie przy tej drodze coraz bardziej kojarzyło mi się z drogą mojego życia, które widziałem wstecz tak, jakby należała do kogoś innego, jakby całe moje życie aż dotąd było powieścią, książką napisaną przez kogoś innego, z tym, że do tej książki życia klucz miałem tylko ja, to ja byłem jedynym świadkiem swego życia, chociaż i ta moja droga życia na początku nieustannie zarastała zielskiem. A wspomnienia podobnie, jak kilof i łopata, pozwalały mi utrzymać przejezdność drogi mojego życia, którą cofałem się do miejsc, jakie chciałem odgrzebać z pamięci...
Obie książki przeczytałam w ramach trójkowego wyzwania u Sardegny.