Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amsterdam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amsterdam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 marca 2023

Van Gogh zamiast Vermeera

Słoneczniki Amsterdam
Kiedy wszyscy amatorzy sztuki przybywają do Amsterdamu obejrzeć jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną wystawę dzieł Johannesa Vermeera, ja idę do Muzeum Van Gogha. Moje zachowanie można by uznać za przejaw ekscentryczności, chęć bycia oryginalną czy pójścia pod prąd, gdyby nie to, że przyczyna absencji w Rijksmuseum była bardziej prozaiczna. Zamiar obejrzenia  zbioru obrazów Vermeera pojawił się w dniu, w którym o nim usłyszałam. Takiej okazji nie mogłam przegapić, jedyna możliwość obejrzenia niemal wszystkich uznanych za autentyczne dzieł Johannesa. Zależało mi zwłaszcza na przyjrzeniu się tym wypożyczonym spoza Europy i znajdującym się na co dzień w rękach prywatnych kolekcjonerów. Jeszcze w październiku zarezerwowałam noclegi i zakupiłam bilety na samolot. Pozostało już tylko kupić bilety do galerii. Niestety, wyprzedały się w ciągu dwóch dni pierwszych dni sprzedaży internetowej, kiedy ja bawiłam w Wenecji. Czterysta pięćdziesiąt tysięcy biletów na cały okres trwającej od 10 lutego do 4 czerwca wystawy wyprzedane w ciągu dwóch dni. Początkowe niedowierzanie ustąpiło miejsca rozczarowaniu i poczuciu straty. W końcu jednak doszłam do wniosku, iż w życiu nie można mieć wszystkiego i trzeba będzie to przyjąć ze spokojem.
 Słoneczniki Amsterdam

A skoro nie mogłam obejrzeć obrazów Vermeera (pocieszając się, że kilka, a może i kilkanaście z nich już widziałam) postanowiłam zrobić sobie przyjemność i po raz kolejny wybrać się do Muzeum Van Gogha.
Mimo tego, iż temat odwiedzin w galeriach sztuki bliski jest niewielu (choć jak widać tych niewielu  liczy przynajmniej owe czterysta pięćdziesiąt tysięcy) zdecydowałam się napisać parę słów dotyczących wrażeń z wizyty u Vincenta.
Jego znakiem rozpoznawczym są Słoneczniki. Tylko które? Namalował w sumie jedenaście obrazów przedstawiających te kwiaty; z czego cztery w Paryżu, a siedem w Arles. Warto zajrzeć chociażby na stronę zawierającą reprodukcję wszystkich jedenastu obrazów.
Skąd pomysł na malowanie Słoneczników? Vincent nie miał pieniędzy, aby płacić modelowi, malował więc to, co było pod ręką. Mieszkał w Paryżu na rue Lepic na Montmartre, gdzie rosło sporo słoneczników. Sporo ich też leżało na ulicach. Malował je w różnych stadiach rozwoju, nierzadko już przekwitłe. Malowanie ich studium w Paryżu było wprawką do później malowanych na Prowansji.
Kiedy wyjechał do Arles postanowił przyozdobić obrazami słoneczników pracownię w żółtym domku. Chciał pokazać koledze artyście (Gauguinowi), jak spory poczynił postęp w studiach malarskich. Początkowo zgodnie z wyznawaną zasadą malował wyłącznie z natury. Pierwsze dwa obrazy to niewielkie bukiety w wazonach charakteryzujące się tłem o sporym kontraście kolorystycznym (tła wpadające w turkus i granat niezwykle wyraziście podkreślały pomarańczowo żółte kule kwiatów).
Słoneczniki Amsterdam

Jednak tym najbardziej znanym jest kompozycja przedstawiająca piętnaście słoneczników w wazonie, żółte kwiaty na żółtym tle. To niesamowite, iż mimo tak monochromatycznych barw obraz jest niezwykle wyrazisty, a żółte na żółtym wcale nie ginie, wręcz przeciwnie, wydawać się może, że żółte tło uwypukla żółte kwiaty słonecznika. Być może z powodu zastosowanej techniki malarskiej, nakładania grubej ilości farby w taki sposób, że przypomina to bardziej płaskorzeźbę niż obraz. Znajdujący się dziś w National Galery w Londynie obraz namalowany został w sierpniu 1888 roku.
Po najbardziej znanej artystycznej kłótni, która zaowocowała napadem szaleństwa Vincenta (i obcięciem sobie ucha) Gauguin wyraził chęć zatrzymania Słoneczników. Van Gogh odmówił prośbie kolegi proponując jednocześnie, iż namaluje kopię tego obrazu i podaruje go Gauguinowi (doceniając jego artystyczny gust). Po latach Gauguin będzie twierdził, iż to on zainspirował Vincenta do namalowania cyklu słoneczników.
Jedna z kopii namalowanych z myślą o Gauguinie znajduje się w amsterdamskim Muzeum Van Gogha.
W zasadzie trudno tutaj mówić o kopii, bowiem Vincent namalował ten sam temat, ale na nowo. Malował z pamięci i wyobraźni, wspomagając się wcześniej namalowanym widokiem. Był to pewnego rodzaju pokłon w stronę Gauguina, który zawsze krytykował uparte trzymanie się przez Vincenta malowania z natury. Ta kopia jest podobna do oryginału, a jednak różniąca się nie tylko kolorystyką (co widać na pierwszy rzut oka - zdecydowanie ciemniejsza, co sprawia wrażenie smutku), ale i niuansami.
Kwitnący migdałowiec

Przed wyjazdem miałam okazję obejrzeć film Tajemnica słoneczników Van Gogha (z serii sztuka na ekranie), gdzie przedstawiono eksperyment polegający na próbie odtworzenia słoneczników dzisiaj. Ponieważ nie istnieją ani pigmenty, jakimi posługiwał się Vincent, ani materiał, na jakim malował na potrzeby eksperymentu stworzono zarówno odpowiednie farby, jak i płótno. Okazało się, że farby różniły się między sobą zarówno gęstością, sposobem i czasem schnięcia, trwałością, barwą odtworzoną, co powodowało, iż malowanie było nie lada wyzwaniem. Pewne partie trzeba było malować szybciej, z innymi należało się wstrzymać, pewne delikatniej, inne nakładając grubsze warstwy. A efekt końcowy zaskakiwał, bowiem obraz, który powstał miał zdecydowanie bardziej wyrazisty kolor w stosunku do tego znajdującego się w muzeum (były to kolory wpadające w intensywny pomarańcz).
Żółty domek Vincenta w Arles

To wszystko, mimo iż niezwykle ciekawe, to jednak jedynie techniczne niuanse, ciekawostki, o których nie myślimy patrząc na Słoneczniki. Pomijając jego symbolikę, warstwę znaczeniową, podteksty (tylko przykładowo mówiące o odtworzeniu różnych stadiów ludzkiego życia od narodzin do śmierci, o oddaniu hołdu słońcu, Bogu, miłości czy przyjaźni), jest on odzwierciedleniem prostoty i piękna natury, namiastką słonecznego dnia, wciąż żywą naturą, która sprawia, że robi się cieplej na sercu. Rozjaśnia przestrzeń i sprawia, iż większość oglądających fotografuje nie tyle obraz, co siebie na jego tle. Takie selfie ze słonecznikami daje fotografującym poczucie bliskości z malarzem i jego dziełem.
Słoneczniki to pierwsze i najbardziej powszechne skojarzenie z Vincentem, jak Straż nocna z Rembrandtem, czy Mona Lisa z Leonardem da Vinci.
Pokój Vincenta

Nie mniej moim ulubionym obrazem Vincenta jest Kwitnący migdałowiec. Myślę, że to kolorystyka obrazu i jego delikatność sprawia, że tak bardzo do mnie przemówił. Te dwa obrazy Słoneczniki i Kwitnący migdałowiec rywalizują o uczucia i kieszeń odwiedzających muzeum w sklepiku z pamiątkami w postaci niezliczonej ilości gadżetów (pocztówek, reprodukcji, chusteczek, apaszek, koszulek, okładek notatników, torebek, siatek, filiżanek, kubeczków, pudełek, ołówków, książkowych zakładek). O dziwo podobno największe przychody zapewnia muzeum sprzedaż pocztówek z reprodukcjami obrazów. Przychody znacznie przekraczające koszty zakupu obrazów. Podczas tegorocznych odwiedzin w muzeum z smutkiem stwierdziłam brak Kwitnącego migdałowca.Musiałam poprzestać na wspomnieniu obrazu sprzed kilku lat.
Pary w parku Voyer d`Argenson w Asnieres

Zawsze dużą przyjemność sprawia mi  oglądanie także niezwykle wyrazistych i pełnych kolorów obrazów - w Amsterdamie są to na przykład Żółty domek, Pokój Van Gogha w Arles, czy martwa naturę - wazon z irysami. Ponownie uległam zachwytowi na obrazem pary starych, rozczłapanych kamaszy nie mogąc wyjść z podziwu, jak tak prozaiczny przedmiot, jak para starych butów może zostać dziełem sztuki.
Martwa natura- Irysy w wazonie

Odkryciem tegorocznych odwiedzin był widok, którego nie pamiętam z wcześniejszej wizyty w galerii Para w parku Voyer d`Argenson w Asnieres, obraz mniej znany i na pierwszy rzut oka raczej przypisałabym go któremuś z impresjonistów nie Vincentowi.

Buty


Na tym zdjęciu Gladiole i astry chyba najlepiej widać grubo nakładane warstwy farby. 

Na zakończenie zupełnie mi nieznany Van Gogh (nie wiem dlaczego tak mnie dziwi temat, wszak pierwszych swych sił próbował Vincent w zawodzie pastora)
Pieta

niedziela, 29 czerwca 2014

Listy do brata Vincent Van Gogh



Czytanie listów, dzienników, pamiętników jest jednym z najlepszym sposobów na poznanie człowieka, choć i ono nie daje pełnego obrazu całości. Bo  choć z jednej strony mamy taką wewnętrzną potrzebę bycia rozumianym, wypowiedzenia się tak do końca, odrzucenia wszelkich zasłon, chcemy odnaleźć w oczach i sercu drugiej osoby (innych osób) nić bezwzględnego porozumienia, to z drugiej strony chowamy się przed światem we własnym kokonie, który zapewnić ma nam poczucie bezpieczeństwa, pozostawiamy pewien margines prywatności. Lubimy swoją odrębność, ale też potrzebujemy poczucia wspólnoty myśli.
Vincent przez całe swoje dorosłe życie (krótkie, bo zaledwie 37 letnie) szukał potwierdzenia swego ja, swoich wyborów,  odrębności i zrozumienia w oczach najbliższej mu osoby, w oczach młodszego (zaradniejszego życiowo) brata Theo. Zdawał sobie sprawę z ogromnego długu, jaki miał wobec Theo i będąc mu głęboko wdzięczny, jednocześnie nie potrafił żyć inaczej, niż będąc na utrzymaniu brata.
Tym, co uderza w tej korespondencji jest niezwykle silna więź
pomiędzy braćmi. Theo jest dla Vincenta przyjacielem, powiernikiem, odbiciem jego osobowości, jest jednocześnie bratem, ojcem i przyjacielem, a także jego źródłem utrzymania. Ta więź jest niezwykle piękna, ale wydaje się ogromnie przytłaczająca, a nawet momentami niszcząca.
Mówisz mi; napisz znowu- no tak, oczywiście, ale wpierw musimy się umówić, jak pisać. Czy chcesz, żebym pisywał w stylu kupca, sucho i rzeczowo, odmierzając i ważąc każde słowo i właściwie nic nie mówiąc, czy też, żebym dalej pisywał do ciebie, tak, jak to w ostatnim czasie robiłem, o wszystkim po trosze, wypowiadając myśli, które mi przychodziły do głowy, bez obawy, że się zanadto rozpędzę, bez torturowania tych myśli, bez ich tłumienia. (Ten list z początku 1882 roku oddaje to co w korespondencji najistotniejsze. Vincent pisze bez obaw o wszystkim, co boli, ciąży, zastanawia, zachwyca. Pisze o poszukiwaniu swojej drogi życia, o wirze, uczuciach, malarstwie, kobietach, chorobach, finansach, lekarzach, zakładach dla obłąkanych, poznanych ludziach).
Braterskie relacje nie są łatwe; Vincent posuwa się często do szantażu;
Jeśli chcesz mnie zamordować – nadstawię ci karku. Ty wiesz, w jakich żyję warunkach, i wiesz, że od twojej pomocy, zależy moje być, albo nie być. … (pisze Vincent, kiedy brat nie pochwala jego związku z kobietą z ulicy. Wyłuszczywszy swoje argumenty, iż nie można porzucić słabej kobiety w potrzebie (zaopiekował się chorą, ciężarną Sien i jej dzieckiem):
Wierzę, a raczej zaczynam dostrzegać jakiś promień nadziei, że myśl „Theo przestanie mi pomagać, jeśli będę mu się przeciwstawiał”- jest może całkiem niepotrzebna. A jednak, Theo […] Gdybyś to zrobił, i tak nie przestałbym cię szanować i nie byłbym na ciebie zły. Powiedziałbym sobie wtedy: nie widział innego wyjścia, wszyscy robią to bezmyślnie, ale nie ze złości.
Kiedy pisze, iż nie może zostawić Sien bez pomocy; [...] cóż bym powiedział o kimś, kto mi najpierw pomagał, a potem zostawił na lodzie, czy nie pomyślałbym wtedy, że osoba która tak postępuje, lepiej by zrobiła, gdyby w ogóle się mną nie zajmowała? Nie doprowadzić do końca tego co się zaczęło, to wygląda na oszustwo – budzi to wątpliwość, czy Vincent ma na myśli wyłącznie jego  pomoc dla Sien, czy też pomoc Theo dla jego, jego kobiety i jej dziecka.
Innym razem  niepokój Vincenta budzą słowa brata o braku nadziei:
Za twój list wraz z „załącznikiem” bardzo ci dziękuję, nie mogę jednak opanować przykrego wrażenia, jakie zrobiło na mnie jedno zdanie „jeżeli chodzi o przyszłość, to nie mogę ci robić wielkich nadziei". […] Nie wiem dokładnie, co miałeś na myśli pisząc te słowa […] W każdym razie zadałeś mi znienacka cios prosto w piersi i bardzo chciałbym się dowiedzieć, o co ci chodzi, czy uważasz, że nie robię postępów, czy masz mi coś do zarzucenia?
I dalej domyślając się, iż może chodzić o ograniczenie zasiłków, jakie Theo wypłacał bratu pisze:
[…] moja praca jest o tyle uzależniona od twojej, że jeżeli zmniejszysz mi zasiłki, to nie będę mógł dalej pracować i wpadnę w depresję.
Czy wreszcie;
Czasami żałuję, że się wtedy w Borinage nie rozchorowałem i nie zdechłem zamiast brać się do malowania. Jestem ci tylko ciężarem i nic na to nie mogę poradzić.
Kiedy Vincent zaczyna malować  uważa brata nie tylko za
sponsora, prawdziwego marchanda, którego zadaniem jest stworzenie artyście warunków do pracy, ale za współtwórcę swoich obrazów i ich właściciela.
Na razie nie uważam, by moje obrazy były dość dobre, jeśli wziąć pod uwagę korzyści, jakie mam dzięki tobie. Ale jeśli kiedyś będą dobre, to dlatego- zapewniam cię- że stworzyłeś je tak samo, jak ja, że zrobiliśmy je we dwóch. (wrzesień 1988 rok)
Listy są zaskakujące, zadziwiające, inspirujące, a nawet irytujące, a jednocześnie niesłychanie smutne i przygnębiające.
Połączenie geniuszu z szaleństwem, pracowitości z bezczynnością, marzycielskich mrzonek o założeniu falansteru artystów z odrazą do handlowania dziełami sztuki, dziecięcej naiwności z życiem w nędzy, głodzie, pijaństwie, pełnym chorób, przedwczesnej starości. 
Za życia Van Gogha sprzedano zaledwie jeden jego obraz (Czerwona winnica), co nie wywołało żadnego oddźwięku w korespondencji z bratem, mimo, iż Vincent przez całe życie cierpiał na chroniczny brak pieniędzy.
Co zadziwiające Vincent przeciwny był sprzedaży obrazów. Malował z przeświadczeniem, iż jest to kapitał na przyszłość, rekompensata dla Theo za jego poświęcenie i trud utrzymywania brata. Jak sam pisał najchętniej nie rozstawałby się ze swoimi obrazami, a jedynie wymieniał je na inne, to samo zalecał Theo. Wielokrotnie wyraża swą odrazę do handlu dziełami sztuki.
Mogę cię zapewnić, jestem o tym całkowicie przekonany, że nawet gdybym stał się dobrym malarzem (bo na razie daleko mi do tego), to zawsze będę żył w biedzie, ale będę szczęśliwy, jeśli bez długów. Czasy, kiedy ceny idą coraz bardziej w górę, wystawiają nam czeki na przyszłość, która dla naszych potomnych wygląda bardzo ponuro. (z listu z Nuenen, gdzie przebywał w okresie grudzień 1883-listopad 1885).
Sława to rzecz bardzo piękna, ale dla artysty jest tym czym szpilka dla owadów…. Ja mam odrazę do sukcesu, obawiam się tego jutra, które nastąpi po sukcesie impresjonistów (Arles 1888)
Nie mogę nic na to poradzić, że moich obrazów nie podobna sprzedać. Nadejdzie jednak dzień, kiedy okaże się, że są one więcej warte niż kosztowały, że są czymś więcej niż ceną farb i mego nędznego życia […] To, że teraz nie sposób sprzedać moich obrazów, napawa mnie niepokojem ze względu na ciebie, ponieważ cierpisz z tego powodu, ale dla mnie byłoby to dość obojętne, gdybym wiedział, że nie masz kłopotów, których przyczyną jest moje malarstwo. Wystarczy mi wiedzieć, że człowiek który żyje 50 lat i wydaje dwa tysiące franków rocznie, wyda razem sto tysięcy franków i powinien zarobić również sto tysięcy. Namalować tysiąc obrazów po sto franków- oby!- nasze zadanie jest chwilami bardzo trudne. Arles 20.10.1888 rok (Na aukcji w Nowym Yorku Irysy
Van Gogha sprzedano za 53,9 mln dolarów).
Kiedy u schyłku życia Vincenta ukazuje się pierwszy przychylny artykuł o jego malarstwie pisze do brata;
Poproś p. Aurier, żeby nie pisał więcej artykułów o moim malarstwie, powiedz mu, że przede wszystkim myli się co do mnie, po drugie zaś, że zbyt czuję się przybity i zrozpaczony, żebym mógł znieść reklamę. Malowanie obrazów jest dla mnie rozrywką, ale kiedy się o nich mówi, bardziej mi przykro, niż p. Aurier może przypuszczać.
Vincent sporo miejsca poświęca w korespondencji do brata malarstwu i cenie, jaką ponosi człowiek, który oddaje się sztuce w świecie, w którym sztuka nie ma wartości  (i to nie w sensie materialnym). I choć często narzekał, iż malarstwo jest jego przekleństwem, że powinien je rzucić i zająć się czymś innym (bo cena jego uprawiania jest zbyt wysoka) to dzięki niemu żył, dzięki niemu i dzięki bratu. Kiedy zachorował malowanie było jedyną skuteczną terapią na przywracanie okresów równowagi. Malarstwo to dla mnie sposób, żeby dać sobie radę z życiem.
Często ubolewał nad brakiem modela (nie miał pieniędzy na jego opłacenie). A przecież tak chciał malować ludzi […] wolę malować oczy ludzkie, niż katedry, bo w oczach jest coś, czego nie ma w majestatycznych, imponujących katedrach; ludzka dusza. Nawet oczy nędznego włóczęgi czy dziewczyny ulicznej wydają mi się bardziej interesujące.
Listy są ogromną kopalnią wiedzy na temat malarza, są punktem wyjścia dla wielu badaczy, inspiracją dla studiów i analiz.
Sięgając po książkę ciekawa byłam zwłaszcza tego, co pisał o własnych obrazach. Nie znalazłam tego wiele. Widocznie wychodził z założenia, iż obrazy mówią same za siebie.
Najciekawszy opis, jaki znalazłam dotyczy Żniwiarza.
Praca idzie dość dobrze- walczę z obrazem rozpoczętym kilka dni
temu, przed moją niedyspozycją, jest to żniwiarz, Płotno całe żółte, okropnie grubo malowane, ale motyw piękny i prosty. Widzę w tym żniwiarzu - niewyraźna postać, która w okropnym żarze miota się, jak diabeł, żeby dać sobie radę ze swoim zadaniem- widzę w nim obraz śmierci, w tym sensie, że ludzkość jest zbożem, które się kosi. Jest to przeciwstawienie siewcy, którego malowałem przedtem. Ale w tej śmierci nie ma nic smutnego, wszystko dzieje się w pełnym świetle, w słońcu, które zatapia pejzaż w delikatnym złotym blasku. […] Uff! Żniwiarz jest gotów, myślę, że ten obraz weźmiesz do siebie- jest to obraz śmierci, o której mówi nam wielka księga natury, ale ja chciałem, żeby to było „niemal uśmiechnięte”. Płótno jest żółte, prócz linii fioletowych wzgórz, bladożółte. To zabawne, że ujrzałem to poprzez żelazne kraty mojej celi.
Szkoda jedynie, iż na ponad 600 listów do brata zachowało się jedynie około 40 listów Theo, szkoda również, iż Vincent rzadko datował swą korespondencję.
Powiązane  książki: Kobiety w życiu Van Gogha  Pasja życia
Zainteresowanym polecam zapoznanie się z fragmentami listów publikowanymi w Płaszczu Zabójcy.

Wszystkie zdjęcia (poza zdjęciem okładki) pochodzą z wizyty w Muzeum Van Gogha w Amsterdamie.

środa, 15 stycznia 2014

Amsterdam na święta- część 2


W poprzedniej części zakończyłam wigilijny poranek wizytą w Rijskmuseum, której puentą była filiżanka gorącej czekolady w pobliskiej kawiarence z bonusem na widok Zimowego pejzażu z łyżwiarzami. Pokrzepiona na duszy i ciele udaję się na kiermasz kwiatowy, gdzie wzrok sycę niezliczoną ilością kwiatów i ich cebulek, aby stamtąd dojść na Świąteczny Jarmark na ulicy Damrak łączącej Dworzec Centralny z Placem Dam. Drewniane stoiska prezentujące regionalne wyroby z różnych części Europy kuszą swą zawartością; ciasteczka, czekoladki, owoce w czekoladzie, sery, wędliny, suszone pomidory, ryby, sushi, paelle, zupy, gorące kiełbaski, świąteczne dekoracje, tulipanowe cebulki, wełniane czapki, szaliki i swetry to tylko część bogatego i przyciągającego (nie tylko wzrok) asortymentu. Idę, obserwuję i częstuję się wystawionymi do spróbowania serami i kawałkami ciasta. Udziela mi się nastrój radosnego oczekiwania.
Co prawda nie wiem, czy ci ludzie dookoła mnie też czekają na święta, ale na pewno są radośni i zadowoleni, nie widzę pośpiechu, zmęczenia i stresu, jaki nieodłącznie kojarzy mi się z polską wigilią i ze świętami w kraju. Kiedy zaczyna się zmierzchać kolorowe, migające lampki ozdabiające budynki mieszkań, domów handlowych, straganów i drzew stają się bardziej wyraziste (świecą się od rana), a atmosfera robi się jeszcze bardziej radosna (zdjęcia nr 1 i 2). Towarzysząca temu wszystkiemu muzyka, która zwykle drażni mnie swoją nachalnością, tutaj sprawia wrażenie jak najbardziej na miejscu, może dlatego, że nie przeszkadza, nie zagłusza, stanowi jedynie tło tego zimowego (choć bez zimy) pejzażu.
Kolację wigilijną organizuję w trakcie piętnastominutowych zakupów w pobliskim markecie, gdzie udaje mi się kupić śledzia i keksa (makowca kupiłam już na jarmarku), wino i parę delikatesów na świąteczne ucztowanie. Dołączając do tego czerwony barszczyk i paszteciki z grzybami (z kraju) mam „prawie” polską wigilię, którą spożywam słuchając i nucąc kolęd przy zapalonej (dla nastroju) świeczce. Jak niewiele potrzeba, aby poczuć nastrój świąt. A może to mnie tak niewiele potrzeba. Nie szukam prezentów pod choinką, bo już sam pobyt tu i teraz jest jednym wielkim prezentem.

Boże Narodzenie rozpoczynam od wizyty u Van Gogha, wizyty, która jest najważniejszym punktem programu i przynosi niełatwe do wypowiedzenia emocje. Trzeba mieć talent Herberta lub co najmniej Karpińskiego, aby tak pięknie pisać o wzruszeniu, w jakie wprawia oglądanie obrazów, które w umyśle istnieją od dawna. Zwiedzanie muzeów poświęconych jednemu twórcy daje nieporównywalną ze zbiorami innych muzeów okazję do skoncentrowania się na twórczości jednego artysty, a tym samym do pełniejszego jej poznania - nie w sensie ilości, choć ta gra tu niebagatelne znaczenie, ale raczej głębi przeżyć. Oglądałam już obrazy Van Gogha w Paryżu i w Londynie, ale z taką ilością Van Goghów (ponad dwieście obrazów, kilkadziesiąt rysunków, szkiców, listy do brata, akcesoria malarskie) i z taką ilością dzieł jednego malarza w ogóle spotykam się po raz pierwszy. Jakkolwiek wiele obrazów jest mi doskonale znanych z licznych reprodukcji, wiele oglądałam wcześniej w postaci lepszych lub gorszych odbić rzeczywistości; w różnych formatach, odcieniach, kopiach, czy fragmentach to zawsze oglądanie oryginałów sprawia wrażenie osobistego kontaktu z twórcą, mogę dotknąć wzrokiem każdy z obrazów (wiele obrazów), przenieść się w jego (obrazu) wnętrze usiłując jednocześnie poznać lepiej wnętrze (myśli) artysty.                                                                                                  
 
Patrząc na obrazy sadu Van Gogha (zdjęcie przy poprzednim poście), Słoneczników, Drzewa migdałowca (zdjęcie nr 3) czy Żółtego Domku słyszy się szelest liści, śpiew ptaków, brzęczenie pszczół, czuje na twarzy słońce. Oglądanie tych (takich) obrazów daje wytchnienie po ciężkim dniu, a w pogodny słoneczny poranek wprawia w błogostan. Świadomość takiego odbioru sztuki sprawiłaby radość Vincentowi o wiele większą niż milionowe ceny jego obrazów osiągane na paryskiej czy londyńskiej aukcji. Stanowią one zresztą ironiczny komentarz do biografii i przywołują na myśl film Roberta Altmana Vincent i Theo. Film zaczyna się sceną licytacji obrazu Vincenta (podniecenie, hazard, żądza posiadania w oczach „miłośników sztuki” i rosnące wciąż cyfry coraz większe, coraz bardziej niewyobrażalne, coraz bardziej horrendalne, dziennikarze, media, sensacja). Kolejne sceny przenoszą do nędznych pokoi, w których Vincent cierpiąc głód, choroby, niedostatki, niezrozumienie i samotność maluje obraz za obrazem, i w których nie udaje mu się sprzedać ani jednego (albo co najwyżej jeden z nich).

W Fajce Van Gogha Wojciech Karpiński opisuje, iż zbiory Muzeum składają się z ekspozycji stałej oraz ekspozycji, którą można by nazwać czasową, bowiem z uwagi na  wielkość zbiorów nie ma możliwości jej prezentacji w całości. Z tego powodu każda wizyta w muzeum odbywana w pewnym przeciągu czasowym pozwala na nowe odkrycia. Ponadto ekspozycja stała też co jakiś okres czasu zmienia umiejscowienie obrazów, co daje pole do nowych przemyśleń, skojarzeń, porównań. Dla przykładu trzy obrazy sadów zaprezentowane w poprzednim wpisie wiszące obok siebie i tworzące pewien cykl nie zawsze wisiały w takiej właśnie konfiguracji, podobnie, jak będące wersją Pokoju malarza dwa obrazy - zdjęcie nr 4 i 5 (mogące dziś stanowić ilustrację znanej zabawy w znajdowanie różnic).

Jako wielbicielka sztuki pisania listów zwróciłam uwagę na trzy listy do brata; każdy pięknie ilustrowany (ze szkicem fragmentu obrazu) i niemal bez skreśleń (zdjęcie nr 6). Myślę, że stanowią bogaty materiał dla grafologów. Ciekawostką jest możliwość obejrzenia pod mikroskopem fragmentów obrazów odkrytych podczas ich konserwacji czy prac badawczo-naukowych.
Oczywiście z wielką przyjemnością patrzyłam na sztandarowe obrazy, ale z nie mniejszą oglądałam te mniej znane; jak obrazy martwej (jakże nietrafnie przetłumaczono angielskie stil life) natury. Buty, owoce, warzywa, kraby, kwiaty przyciągają wzrok nie mniej, niż pejzaże czy portrety i autoportrety.
Nie umiałabym wybrać tego jednego, jedynego, natomiast chyba największe przyciąganie – obrazy do których wracałam najczęściej - powodowały obrazy Paryża i Arles (może to sentyment do miejsca) oraz te najbardziej depresyjne namalowane u schyłku dni; niepokojące i poruszające (zdjęcie nr 7).

Uzbrojona w obrazy piękna i szaleństwa pod powiekami, bogatsza o nowe doznania oraz posilona gorącą i przepyszną zupą grzybową (ze zdziwieniem stwierdzam, iż bardzo mi holenderskie jadło smakowało) ruszam na spacer nad rzeką Amstel. Ze zdziwieniem spostrzegam, iż nadbrzeżne łodzie są w sporej części zaludnione, a krzątający się tutaj ich mieszkańcy wykonują prace w nadbrzeżnych ogródkach. W pierwszej chwili zapominając o porze roku myślę sobie, że to najwyższa pora na wiosenne porządki. Dopiero po chwili, będąc z dala od obowiązków, codzienności i pośpiechu dostrzegam, to, czego nie widzę na co dzień; anomalie pogodowe.

Spacer bożonarodzeniowy przekształca się zatem w spacer wiosenny, wody kanałów odbijają promienie słońca, ptaki śpiewają, mieszkańcy łodzi odnawiają swe domostwa a mnie mijają co chwila rowerzyści i uprawiający jogging. Rowery to symbol tego miasta. Tak jak w Rzymie motory zdobią każdą ulicę, tak tutaj rowery są wszechobecne; mijają mnie co chwila, stają przyczepione do balustrad mostków i przydomowych barierek, leżą na ziemi. W świąteczny dzień Bożego Narodzenia widzę nawet kilka odświętnie przybranych gałązkami świerkowymi. Kawiarnie i restauracje pełne są gości, którzy spędzają czas na rozmowach i grach towarzyskich (widzę grających w karty, oraz układających puzzle). Uliczkami nieśpiesznie spacerują przechodnie, a Jarmark w ten Bożonarodzeniowy dzionek cieszy się nieco mniejszym zainteresowaniem.
Wieczorem miasto wygląda szczególnie pięknie dzięki odbywającemu się Festiwalowi Światła. Różnokolorowe instalacje w różnych punktach miasta przyciągają turystów i mieszkańców. Jest coś z dziecięcej radości w obserwowaniu migających tysiącem lampek wielkich kul, drzew, zarysów budowli, wpatrywaniu się w różnokolorowe refleksy świetlne na wodach rzeki, przypatrywaniu zmianie kolorów. Podobnie, jak w oglądaniu miniaturowego zaprzęgu reniferów poruszającego się po szynach dziecięcej kolejki z bajecznie, kolorowo, kiczowatymi postaciami Mikołajów, w otoczeniu bałwanków, sarenek, choinek. Przypomina to trochę ogrodowe krasnale, a jednak w tej scenerii (raz do roku) nie budzi niesmaku, a raczej wywołuje pogodny uśmiech. Rozświetlony iskrzącymi światełkami wieczór, scenografia Jarmarku, ślizgawek, kolejki z reniferami sprawia, iż człowiek zaczyna uśmiechać się do swoich myśli i przenosi w świat dzieciństwa, jak z baśni Andersena. I nawet brak śniegu nie jest w stanie zmienić tej scenerii, bo radość jest w nas, a nie poza nami.

Drugiego dnia świąt, w tzw. tutaj Boxing Day udaję się do Domu, zwanego Domem Anny Frank i z zaskoczeniem, ale i nadzieją na
przyszłość konstatuję, iż odwiedzających jest niemal tyle samo, jak nie więcej niż w galerii handlowej. To, że ludzie w taki szczególny dzień czują potrzebę odwiedzenia miejsca, które nie pozwala zapomnieć o ludzkim bestialstwie jest budujące. Duże wrażenie robi przejście ze świata żywych do świata skazanych na niebyt, czyli wejście za biblioteczkę do mieszkania, w którym ukrywała się rodzina Anny Frank, małe, pozbawione mebli wnętrza (ich obecność nie pozwoliłaby na poruszanie się w tej ciasnej przestrzeni) i zasłonięte czarnym materiałem okna sprawiały przerażająco, klaustrofobiczne wrażenie. Jedyne pozostawione akcesoria to zdobiące ściany gazetowe wycinki fotografii aktorów, koronowanych głów oraz reprodukcji dzieł sztuki (w tym Piety Michała Anioła!). Do tego parę książek, zeszytów, oraz gra planszowa. Filmy dokumentalne z lat okupacji, filmy i zdjęcia z obozów i filmy wspomnieniowe. No i oczywiście rękopis Dziennika Anny Frank, a w sklepie z pamiątkami niemal wszystkie jego wersje językowe, poza polską.

Południowy spacer kończę przy Placu Rembrandta, na którym pod pomnikiem malarza stoi brązowa replika jego Nocnej straży; kolejne ulubione miejsce turystów stanowiące pożądane tło fotografii. Nieco przemarznięta (z powodu dżdżystej aury) udaję się do pobliskiej kawiarni na lody z gorącą gruszką i czekoladą.

Potem jeszcze tylko wizyta w kościele i wracam do hotelu, aby zanurzyć się w świecie literatury.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Amstardam na święta- część I



Dlaczego właśnie Amsterdam? Nie mogę nawet powiedzieć, abym marzyła o tym miejscu od lat. Pojawił się, jako cel podróży znienacka; jakieś przypadkowo obejrzane zdjęcie, czyjaś wzmianka, lektura kolejnych książek o Van Goghu i zjawiła się myśl, a może by ..., a w sumie, dlaczego nie? Zwłaszcza, kiedy w ciągu jednego roku udało sie odwiedzić wszystkie te miejsca, które jawią się w snach, które przyzywają wciąż i wciąż, których nigdy dosyć. Kiedy myślę Amsterdam - luźne skojarzenia podpowiadają port, woda, mosty, kanały, Van Gogh, Vermeer, Brel. Kto wie, czy Brel to nie jest moje pierwsze skojarzenie związane z miastem, bo to ten utwór słyszany lata temu wywołuje nieokreślone tęsknoty związane z wolnością, podróżą, przestrzenią. Tęsknoty zupełnie nie kobiece, tęsknoty, których namiastką zaspokojenia u mężczyzn jest posiadanie motoru, żaglówki, czy choćby samochodu. Tak przynajmniej pisał Waldemar Łysiak w wysoko cenionej przeze mnie książce MW (dla którego najwłaściwszą nazwą wydaje mi się Muzeum Wyobraźni). Port to miejsce, z którego się wyrusza i miejsce, do którego się wraca. Mam szczególny sentyment do miast portowych, to takie okienko na świat (Brodski w Dyptyku petersburskim nazywa je „oknem duszy”). Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie mieszkania, w mieście, które nie leży nad morzem, mogę całymi miesiącami nie go nie widzieć, ale muszę wiedzieć, ze ono jest gdzieś blisko, na wyciągniecie ręki. Morze pozwala mi oddychać pełną piersią. Mam wrażenie, że w innym miejscu z braku powietrza mogłabym się udusić. Czy ma to związek ze znakiem zodiaku, czy są to osobnicze właściwości- nie mam pojęcia.
Ale to właśnie z tego powodu, bliskości morza, każde miasto portowe ma u mnie duży kredyt zaufania, jeszcze zanim je poznam. Takie miasto nie może ograniczać, daje powiew świeżości i swobody.
Kolejny powód to niezliczona ilość mostów i kanałów, jakież to daje pole wyobraźni. Pisałam niedawno o mostach, które łączą. W Amsterdamie odniosłam wrażenie, że mosty łączą jego mieszkańców, a nie dzielą.
Z powodu swej zabudowy i położenia Amsterdam przypomina z jednej strony Wenecję, z drugie strony moje rodzinne miasto, a dzięki temu budzi przyjemne skojarzenia. No i te muzea, gdzie można zatopić się w świecie niezliczonej ilości obrazów, a co za tym idzie życiorysów ich twórców i opowiedzianych historii.
A gdzieś tam w tle brzmi charyzmatyczny głos Brela, który wyśpiewuje o porcie, o którym marzą marynarze; bo port to przystań, a bardziej prozaicznie to wódka, kobiety i śpiew. To z kolei przypomina pewien niezapomniany wieczór piosenek Brela w warszawskim teatrze kilkanaście lat temu. Niezapomniany z kilku powodów. Po pierwsze - formy przedstawienia, w którym widownia mieściła sie na scenie, przy kawiarnianych stoliczkach, z kieliszkiem wina, a aktorzy występowali na widowni. Po drugie - uroczystego charakteru, bo choć repertuar Brela to piosenki tawern i podejrzanych spelunek, to widownia usadzona na scenie poczuwała sie do godnego zaprezentowania, wiec toalety pan były nieadekwatnie do wyśpiewywanych treści wytworne, zwłaszcza siedząca przy naszym stoliku pani (jak się okazało z telewizji) w długiej taftowej sukni nadawała szyku tej mającej uchodzić za portową knajpę widowni. Po trzecie - piosenek znakomicie interpretowanych przez aktorów stołecznego teatru.

A co ma z tym wspólnego Amsterdam? Nie wiem, czy wtedy wysłuchałam tego utworu, ale wiem, ze już na zawsze tamten wieczór, Brel i Amsterdam to dla mnie jedno.
Amsterdam przypomina mi Gdańsk i to nie tylko z powodu położenia nad wodą, ale z powodu podobnej hanzeatyckiej zabudowy, co pozwalało poczuć się, jak u siebie (wyjeżdżać tak daleko, po to, aby poczuć się jak w domu? paradoks?, czy kobieca logika wykazująca całkowity brak logiki?).
Urokliwe, kolorowe i różnorodne kamieniczki odbijające się w wodach niezliczonych kanałów nadają swoisty klimat temu miastu. Może dlatego, a może też z innej przyczyny, ale odniosłam wrażenie, że ludzie tu mieszkający są radośni i pogodni. To jedyne miejsce, w którym słyszałam tylu śpiewających ludzi (nie zarobkujących w ten sposób, a śpiewających z jakiejś wewnętrznej potrzeby). Zapewne spory udział w wysokim poziomie zadowolenia mieszkającej tu ludności ma atmosfera tolerancji i swobody. 

To miasto łączy w sobie zalety metropolii z urokami kameralności. Nie wiem, czy potrafię to dokładnie wytłumaczyć, jest to bowiem połączenie zalet rozwoju cywilizacji (świetnie rozwinięta sieć komunikacji, dostęp do nowinek informatycznych, festiwal światła, dzięki któremu nawet krótkie szare zimowe dni stają się pogodne i nastrajają optymizmem) z zachowaniem tradycji (pozbawione nowoczesnej zabudowy historyczne centrum, czy choćby świąteczny jarmark). Nie wiem, czy miałam szczęście, czy Amsterdam nie jest tak turystycznie oblegany, jak inne europejskie metropolie, ale mimo sporej liczby turystów, poza ulicą Damrak, na której odbywał się świąteczny jarmark nie było tłoku.
Amsterdam, podobnie, jak Londyn zdobył moje serce z powodu łatwości w poruszaniu się, powszechna znajomość języka angielskiego pozwalała nawet tak słabo posługującej się tym językiem, jak ja, osobie na bezproblemowe przemieszczanie.
Mój pobyt w mieście był pobytem świątecznym, nie nastawionym na intensywne zwiedzanie, a raczej na odpoczynek, refleksję i relaks. Snułam się więc uliczkami, podziwiałam ciekawe kamieniczki, obserwowałam ludzi, kosztowałam jadła i napitków, jednym słowem starałam się poznać klimat miasta i jego mieszkańców.
 
A przy tym nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła dwóch muzeów, których zbiory niemal już śniły mi się po nocach; Rijksmuseum oraz Muzeum Van Gogha. Pierwsze z powodu Vermeera, drugie – nie trzeba chyba pisać dlaczego.
Nie chciałabym pisać dzisiaj o konkretnych miejscach, budowlach, dziełach, a jedynie spróbować przekazać kilka obrazków, które dziś składają się na moje widzenie miasta.
Obrazek pierwszy nie tylko mnie skojarzył się z obrazami Bruegla (vide poprzedni wpis). Zimowy pejzaż z łyżwami - tak można nazwać widok, jaki znajduje się przed wejściem do majestatycznego neogotyckiego gmachu z czerwonej cegły mieszczącego w 260 salach dzieła malarzy, drukarzy, stolarzy i innych rzemieślników (piękne meble, porcelana, zbroje, biżuteria to tylko niektóre eksponaty Rijksmuseum). Znakiem rozpoznawczym tego miejsca są ponad metrowej wysokości kolorowe litery I am sterdam (identyfikacja mieszkańców z ich miastem), przy których tak chętnie fotografują się turyści.
Położona nieopodal ślizgawka mieni się różnokolorowymi ubraniami łyżwiarzy i pomarańczowym odblaskiem ubranek ochronnych dzieci. W tle rozbrzmiewają dźwięki muzyki, w pobliskiej jadłodajni popijają rozgrzewające napoje i posilają się ciepłym jadłem obserwatorzy, para podgrzewanych potraw miesza się z parą rozgrzanych łyżwiarzy, świąteczne dekoracje nadają specjalny klimat, a wszystkiemu towarzyszy wesoły gwar i rozradowane buzie zarówno uczestników, jak i stojących z boku, którzy prędzej czy później do zabawy dołączą. Ci, którzy na podjęcie decyzji o powrocie w świat dzieciństwa potrzebują trochę więcej czasu udają się albo do jednego z kilku znajdujących się w pobliżu muzeów, albo na gorącą czekoladę do pobliskiej kawiarenki, albo do sklepu z muzealnymi pamiątkami (ach te Van Goghi, te Vermeery, te Avercampy w dziesiątkach postaci; reprodukcje, kalendarze, filiżaneczki, zakładki do książek, notesiki, podkładki, długopisy, chusteczki, parasolki… długo by wymieniać. Czy ktoś jest w stanie oprzeć się zakupu choćby kilku karteczek? To chyba pytanie retoryczne). Pokrzepiam się wizytą w Rijksmuseum, po której przyznaję rację Herbertowi, iż polsko brzmiące tłumaczenie nazwy holenderskiego malarstwa „martwa natura” jest nieadekwatne do treści tych obrazów. Można powiedzieć o nich wszystko, tylko nie to, że są martwe, one żyją; świeżość owoców, pieczywa, mięsiwa i ryb, łupinki orzechów i ciągnące się serpentyny obierek cytryn, przewrócone pucharki na wino zdają się zaświadczać, że uczestnicy uczty dopiero co wstali od stołu, a my z chęcią skosztowalibyśmy tych serów i winnych gron, których dojrzałość i świeżość nie budzą żadnych wątpliwości. A zatem pokrzepiona wizytą w galerii i gorącą czekoladą w pobliskiej kawiarence (ogrzewanej płonącymi polanami) zaczynam swój wigilijny poranek. 
A ponieważ wpis mi się rozrasta do niebotycznych rozmiarów, muszę podzielić go na części.