Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2022

Za drzwiami Galerii Uffizi

Fragment budowli Uffizi

Dzięki Ani z bloga Czytanki Anki oraz koleżance, która wyraziła ochotę spotkania  trafiłam do Gdyńskiego Centrum Filmowego na film dokumentalny Za drzwiami Galerii Uffizi. Film jest o tyle ciekawy, iż nie stanowi wyłącznie zaproszenia do odwiedzin, chęci zainteresowania zbiorami, ale przedstawia działalność muzeum od kuchni, a jednocześnie wyraża szerszy punkt widzenia na sens istnienia takich obiektów.
Film nie jest jedynie reklamą, której to reklamy Galeria nie potrzebuje, bowiem jeśli odwiedzający Florencję decyduje się na odwiedziny któregoś z muzeów to w pierwszej kolejności odwiedzi właśnie Uffizi. To najważniejsza i największa galeria zbiorów renesansowych na świecie; 500 sal i tysiące odwiedzających dziennie dowodzą, iż nie potrzebuje ona zachęty do odwiedzin. Co prawda kolejki przed wejściem i ścisk w środku mogłyby zniechęcić, ale jak widać czynią to  nie dość skutecznie.
Przed Galerią
Film stanowi spojrzenie na funkcjonowanie obiektu z różnych punktów widzenia; od kadry menadżerskiej, poprzez obsługę techniczną, kustoszy, ochroniarzy, konserwatorów i sponsorów, a to wszystko z odwiedzającymi w tle. Wydawać by się mogło, że mając tak bogate zbiory nie trzeba nic robić tylko liczyć płynące szerokim strumieniem do kas muzeum euro. Będąc opiekunem i strażnikiem tak ważnego dla europejskiej (a nawet światowej) kultury dziedzictwa trzeba się mocno napracować, aby właściwie zabezpieczyć i ochronić te dzieła. Stąd zarządzający podejmują różne inicjatywy dla pozyskania środków na ochronę znajdujących się tutaj zbiorów, ich właściwą prezentację i pozyskanie sponsorów. Jedną z takich inicjatyw było zorganizowanie po raz pierwszy w przestrzeni muzealnej wystawy sztuki współczesnej. Zaszczytu wystawienia w Galerii swoich dzieł dostąpił w 2019 r. brytyjski rzeźbiarz Antony Gormley. Mamy okazję obejrzeć negocjacje dotyczące ustawienie jednej z rzeźb z kolekcji Essere (Być). Początkowo wydaje się, iż rozmowy dotyczące ustawienia postaci  są nieco jałowe, bo w końcu jakie znaczenie może mieć to, czy rzeźba stanie parę minimetrów w prawo czy w lewo, albo czy będzie lekko przekrzywiona w kierunku okna, czy też będzie stała doń równolegle. Zaskoczył mnie też pomysł ustawienia jej tyłem do odwiedzających. Postać – mężczyzna stoi twarzą do okna i patrzy na miasto. W scenie, w której rzeźba już stoi w swym docelowym punkcie w otoczeniu odwiedzających,  odnosi się wrażenie, że oni współuczestniczą wraz z postacią w obserwacji widoku za oknem. I staje się zrozumiałym, że artysta doskonale wybrał miejsce, że takie jej ustawienie jest najwłaściwsze i najbardziej naturalne. Postać staje się elementem scenografii. 

 Zdjęcie ze strony

Kiedy wypowiadają się pracownicy prezentujący różne zawody widać, iż łączy je jedno; duma z faktu, iż są cząstką tego miejsca i pasja w wykonywaniu swoich zadań.  Pani kustosz pokazująca obraz Głowa Meduzy Caravaggio najmłodszym gościom, dyrektor Eike Schmidt doglądający gospodarskim okiem całości (od pozyskiwania donatorów, uczestniczenia w rozmowach z artystami, puentowania nowych sposobów ekspozycji dzieł po rozmowy w sprawie szaty graficznej wizytówek), czy pani konserwator, która z tysięcy malutkich fragmentów zniszczonego wybuchem bomby dzieła niczym z puzzli odtwarza obraz, czy w końcu pan ochroniarz – wszyscy sprawiają wrażenie osób, którym przyjemność sprawia przebywanie w tym otoczeniu, a wykonywanego zajęcia nie traktują jak pracy.

Film ukazuje nie tylko to, co znajduje się na wysokości wzroku, ale też na co sama nie zwróciłam uwagi, mimo kilkukrotnych wizyt w Galerii; freski na sufitach oraz galerię portretów znanych florentyńczyków.

A w tle co chwila migają nam Botticelli, Tycjan, Caravaggio, Piero Della Francesca, Rafael Santi, Uccello i twarze oglądających je ludzi, jedni zachwyceni, inni zaciekawieni, jeszcze inni jakby przestraszeni widokiem namalowanych okropności (Judyta obcinająca głowę Holofernesowi nie należy do przyjemnych widoków). Ciekawie ogląda się wrażenia dzieci, które nie sprawiają wrażenia znudzonych tym co oglądają, co tylko potwierdza, jak dużą wartość stanowi wczesna edukacja w tej dziedzinie.

Podobała mi się wypowiedz jednego z kustoszy, który opowiadał o współczesnych odwiedzających, skupiających się wyłącznie na robieniu zdjęć obrazom; jedno, drugie, dziesiąte i kolejna sala bez obejrzenia dzieł. Pan nie wspomniał o tym, co również zostało pokazane na filmie – uwiecznianie siebie na tle obrazu czy rzeźby.  

Pokazane zostały także zdjęcia dokumentujące wywóz dzieł sztuki przez nazistów w czasie II wojny światowej i sposób ich zabezpieczenia przed działaniami wojennymi.

Zainteresował mnie obraz Leonardo da Vinci Pokłon Trzech Króli. Ma on ciekawą historię; Leonardo zaczął go malować i nie dokończywszy wyjechał do Mediolanu. Być może to artysta podjął decyzję o nieukończeniu dzieła, a może sami zleceniodawcy nie byli zachwyceni sposobem potraktowania tematu. Obraz wrócił do zleceniodawców, gdzie przeleżał kilkanaście lat w piwnicach zakonu. Następnie został powierzony nieznanemu malarzowi do przemalowania. Nieukończony i mocno zniszczony został odrestaurowany i po pięciu latach zabiegów konserwatorskich pod koniec 2017 roku wyeksponowany w Galerii. Kiedy oglądałam go na filmie miałam skojarzenia ze szkicami Bitwy pod Anghiari, fresku Leonardo, który przetrwał tylko w szkicach.

Zdjęcie ze strony

Przekaz filmu wyraża się w słowach jednego z jego bohaterów - nie jesteśmy tutaj dla tej chwili, jesteśmy po to, aby zapewnić przetrwanie dziedzictwa kulturowego, aby mogło ono cieszyć następne pokolenia.

Film uświadomił mi także, że nawet jeśli odwiedziło się Galerię kilkakrotnie każde kolejne odwiedziny pozwolą odnaleźć coś nowego, bowiem czas nie stoi tu w miejscu, pojawiają się obrazy, które podlegały renowacji, dzieła, które z uwagi na ograniczoną przestrzeń znajdowały się w magazynach, czy w końcu pojawiają się wystawy (jak wspomniana wystawa Essere), nie wspominając o tym, iż nasza percepcja nie pozwala na przyswojenie sobie ogromu zbiorów i za każdym razem powinno się wybierać kilka dzieł, lub kilka sal do obejrzenia. O tym także mówił jeden z bohaterów filmu, co wyraża i moją opinię w tej kwestii.  Już zaczynam żałować że podczas tegorocznego pobytu we Florencji nie zajrzałam do Uffizi.  

Zainteresowanym sztuką polecam obejrzenie filmu.

Niestety kiedy ja odwiedzałam Uffizi nie było możliwości robienia zdjęć, bo mimo, iż pochlebiam sobie, że nie jestem bezmyślnym odwiedzającym lubię poza oglądaniem robić też zdjęcia eksponatów. 

Poniżej jedna z bardziej przerażających wersji Judyty obcinającej głowę Holofernesa pędzla kobiety (Artemisia Gentchileschi), jakże to odmienna wersja od tej Botticellowskiej z przepiękną kobietą i sługą niosącą głowę w koszu (Powracająca Judyta). 

Zdjęcie ze strony

niedziela, 8 października 2017

Twój Vincent najbardziej malarski obraz, jaki oglądałam w kinie

Vincent
O filmie słyszeli pewnie już niemal wszyscy. Powstały w polsko-brytyjskiej koprodukcji film z dużymi szansami na nominacje do Oskara, w dodatku film, który nie podzieli rodzimej widowni (choć tutaj niczego nie można być pewnym), to nieczęste ostatnio wydarzenie.
Film animowany stworzony techniką malarską, co oznacza, iż gra aktorów (ucharakteryzowanych na sportretowane przez Vincenta postaci mu współczesnych) została namalowana farbami olejnymi w stylu twórczości Vincenta. 65 tysięcy obrazów namalowanych przez ponad 100 malarzy składa się na przepiękny obraz całości. Bohaterowie poruszają się wewnątrz autentycznych obrazów Vincenta; dla przykładu w kawiarni nocnej, pod rozgwieżdżonym niebem Arles, na topolowej alejce wiodącej na stare cmentarzysko Alyscamps, na żółtozłotych polach Prowansji, pod kościołem w Auvers i w wielu innych dobrze znanych wielbicielom Van Gogha
Armand Roulin syn przyjaciela Vincenta naczelnika poczty Josepha Roulin
miejscach. Obrazy ożywają na ekranie, aktorzy sprawiają wrażenie, jakby byli wciąż od nowa malowani. Oglądamy aktora, aby za chwilę oglądać jego portret, który porusza się, mówi, żyje. A wszystko nasycone barwami, pulsujące, wirujące, w ruchu, jakby malowane na naszych oczach tylko w przyspieszonym tempie. Oglądanie tego filmu to prawdziwa uczta duchowa, myślę, że nie tylko dla wielbicieli sztuki, a dla nich absolutne must see. Dla osób, które trochę znają dzieła Van Gogha dodatkową atrakcją będzie rozpoznawanie obrazów wykorzystanych w filmie, a dla podróżników odnajdywanie namalowanych przez Vincenta widoków Prowansji. 
Co do warstwy fabularnej ta jest zdecydowanie słabsza. Malarz został przedstawiony dość jednowymiarowo, jako; wrażliwy, subtelny, zalękniony, introwertyk, niezwykle osamotniony. Zupełnie pominięto te cechy malarza, które charakteryzują jego osobę w powszechnym odbiorze; furiata, awanturnika, pijaka, bywalca burdeli. Rozumiem motyw działania pomysłodawców, skupienie się na człowieku i jego dramacie niezrozumienia przez otoczenie, ale jednak taki obraz jest nie do końca prawdziwy. Tylko, myślę, że pomysłodawcom nie o to tutaj chodziło. Nie o

Armand w kawiarni nocą w Arles
tworzenie psychologicznego portretu Vincenta, a raczej złożenie hołdu malarzowi poprzez ożywienie jego twórczości, zaciekawienie osobą twórcy, ocieplenie funkcjonującego w świadomości powszechnej obrazu szaleńca, obrazu także nieprawdziwego, bo Vincent to przecież postać dużo bardziej złożona i wymykająca się prostym etykietom. Ponadto pomysłodawcy filmu chcieli skupić się na próbie wyjaśnienia zagadkowej śmierci malarza, dlatego fabuła opiera się na detektywistycznej historii poszukiwania adresata ostatniego listu Vincenta przez Armanda Roulin. Rzecz dzieje się dwa lata po śmierci Vincenta. Młody człowiek początkowo nie darzy sympatią nieżyjącego malarza (jak większość mieszkańców miasteczka uważa go za wariata i dziwaka, niezasługującego na szacunek), zostaje jednak przekonany przez ojca, aby spełnić ostatnią wolę Vincenta. Udaje się na poszukiwanie; najpierw Theo, potem doktora Gacheta, a w końcu Jo Van Gogh. Spotykając się z ludźmi, którzy znali malarza próbuje wyjaśnić zagadkę tajemniczej, samobójczej (?) śmierci artysty. Tyle, że poznając kolejne hipotezy wcale nie przybliża się do rozwiązania zagadki. Niemniej każda z przedstawionych hipotez wydaje się prawdopodobna i do nas należy, w którą uwierzymy.
Adeline Ravoux
Jak wspomniałam fabuła jest dosyć prosta, co pozwala w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu. Osoby zaznajomione z biografią malarza nie dowiedziały się z filmu niczego nowego, jednak dla osób, które nazwisko malarza kojarzą jedynie ze słonecznikami, gwieździstą nocą i obciętym uchem będzie to okazja do lepszego poznania jego historii.
Wśród aktorów wystąpił w roli tytułowej jedyny Polak w obsadzie Robert Gularczyk. Kolejne polskie akcenty to reżyser Dorota Kobiela (we współpracy z Hugh Welchman). Ta dwójka wraz z Jackiem Dehnelem są twórcami scenariusza. Należy także wspomnieć przepięknie harmonizującą z opowiadaną historią muzykę Clinta Mansella. 
O ile staram się nie używać określenia magiczny, które uważam za nadużywane w blogosferze, tak tym razem zrobię wyjątek. Twój Vincent jest dla mnie obrazem magicznym, a jego magię może oddać w pełni jedynie duży ekran kinowy. Ogromna (tytaniczna) praca twórców (artystów) przyniosła wspaniały efekt. 
Gorąco polecam, zwłaszcza, iż ze zdziwieniem zauważyłam, że drugiego dnia emisji sala kinowa w sobotę wypełniona była jedynie w około 30 procentach. Za mała reklama, czy też etykieta filmu animacyjnego? 
Zwiastun filmu

Poniżej jak zmieniał się wizerunek aktora grającego Josepha Roulin na potrzeby filmu

Powiązane wpisy - Listy Vincenta do brata
Lektury Van Gogha - cz.1  (czyli co czytał i myślał na temat książek)
Lektury Van Gogha - cz. 2
Kobiety w życiu Van Gogha
Biografia I. Stone Pasja życia
W Muzeum Van Gogha w Amsterdamie
Śladami Van Gogha w Arles

Polecam też publikowane w Płaszczu zabójcy przez Piotra fragmenty listów Vincenta 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Les Miserables - tym razem w kinie

Znajomość tematu:
- dwutomowe dzieło Wiktora Hugo (ponad 1700 stron) – przeczytane dwa razy,
- ekranizacja książki – film, w którym w rolę Valjeana wcielił się G. Depardieau – oglądana kilka razy,
- koncert z okazji 10 - lecia musicalu – z Colm Wilkinsonem w roli Valjeana oglądany (na płycie) kilka razy,
- musical w Teatrze Muzycznym w Gdyni - z tego co pamiętam siedem razy,
- musical w Teatrze Muzycznym Roma – cztery razy (niestety tylko cztery razy, bo to było moje the best of Les Mis).

Od kilku lat na żaden film nie czekałam z takimi nadziejami i obawami, jak na ten. Miał on połączyć wszystko to, co kocham. Les Miserables Toma Hoopera to filmowa ekranizacja MUSICALU Claude – Michela Schonberga, który powstał na podstawie powieści Wiktora Hugo. Ukochany musical, ukochany pisarz, ukochana powieść. Musical, który miał swoją premierę w Londynie w 1985 r., dwadzieścia jeden lat później został najdłużej granym musicalem na świecie (detronizując Koty). Jego producentem jest Cameron Mackintosh - producent trzech najbardziej kasowych musicali (obok dwóch wspomnianych wyżej także Upiora w Operze). Czemu piszę o musicalu w poście na temat filmu - musicalu? Dlatego, że mam wrażenie, iż wiele osób przeoczyło ten niezwykle istotny fakt, nie biorąc pod uwagę tego, że w musicalu się śpiewa, najczęściej niemal wyłącznie się śpiewa. Tymczasem wiele osób zarzuca filmowi, iż jest w nim za dużo śpiewu. Poza jedną (dodatkową) piosenką jest on niemal dokładną adaptacją pod względem muzycznym swego pierwowzoru. Choć z definicji swej musical stanowi połączenie muzyki, śpiewu, dialogu i tańca to ich proporcje bywają różne. Osobiście nie lubię musicali przegadanych. 
W tych najdłużej granych muzyka i śpiew dominują, a dialogi mówione są rzadkością.

Wybór wątków fabuły determinuje libretto musicalu. Film jest niemal wierną jego ekranizacją, choć dokonano w nim małych przeróbek (zmiana kolejności utworów, skrócenie paru scen i kilku piosenek, zmiana paru szczegółów). Nie wpływa to jednak w żaden sposób na odbiór sztuki. Dla mnie musical to rodzaj sztuki, coś co znajduje się pomiędzy operetką, a muzyką pop. W filmie, który dysponuje o wiele większą paletą środków moim zdanie perfekcyjnie wykorzystano możliwości, jakie daje dziesiąta muza. Jest więc wspaniała zrobiona z rozmachem scenografia. Francja XIX wieczna jak żywa, albo prawie dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałam. Już pierwsza scena, w której galernicy usiłują wciągnąć do doku wrak statku robi duże wrażenie, a kiedy doda się jeszcze do tego imponującą muzykę stanowiącą lejtmotiv musicalu to czego chcieć więcej. Ja chciałabym jeszcze jednego – pięknego, porywającego, unoszącego w przestworza śpiewu. Przyznam, że wzorem wielu musicalowych maniaków zapomniałam słuchając pierwszych utworów, że zadaniem aktora w filmie nie jest śpiewanie, a zagranie, tego, że śpiewa. Aktorzy rzadko bowiem posiadają umiejętności wokalne dorównujące umiejętnościom śpiewaków. Pociesza mnie to, że nie byłam w tym moim zapomnieniu osamotniona. W wypowiedziach aktorów i dyrektora Teatru Muzycznego Roma też słychać było pewnego rodzaju rozczarowanie. Przyzwyczajeni do wielkich, wspaniałych głosów, słyszymy coś zupełnie innego. Gorszego? Nie, po prostu innego. Słyszymy śpiewających aktorów, niektórych nawet bardzo dobrze, innych zaledwie poprawnie. Ale jest to przecież zupełnie inny rodzaj śpiewu. I trudno z tego czynić zarzut w stosunku do filmu. Kiedy już uświadomi się sobie tę różnicę można cieszyć się pięknym zagraniem umiejętności śpiewania. Najlepiej brzmią ci aktorzy, którzy mają za sobą doświadczenie sceniczne w śpiewaniu; jak grający małą rólkę biskupa Muriela Colm Wilkinson, czy Samantha Barks (odtwórczyni Eponine). Natomiast zaskakuje swoim wykonaniem Anne Hathaway, która potrafi nie tylko zagrać piękne wykonanie utworu, ale także pięknie go wykonać. Jej Miałam sen jest naprawdę porywające (mimo, a może właśnie dlatego, że nie jest wykonaniem zbliżonym do teatralnego popisu wokalnego, a wykonaniem zniszczonej, upodlonej przez życie kobiety). Podobnie zachwycające jest wykonanie Sama tak Samanthy Barks. Całkiem dobrze śpiewa też grająca rolę dorosłej Cosetty Amanda Seyfried (znana z Mamma Mia). To oczywiście moje subiektywne zdanie. Najbardziej podobały mi się sceny zbiorowe z udziałem chóru (może w takich wykonaniach najłatwiej ukryć pewne wokalne niedostatki), a finałowe wykonanie Czy słyszysz, jak śpiewa lud było mocnym akcentem filmu i jak dla mnie jedynym wykonaniem, które zapamiętałam z wersji filmowej. Niestety znam muzykę Les Mis tak dobrze, że siedzi ona we mnie i po jednokrotnym obejrzeniu filmu nie jest w stanie przebić oryginału.
 


Dla porównania wykonanie filmowe - fragment i koncertowe utworu Sama tak Samanthy Barks.
  
Jak dla mnie poprawnie, ale bez emocji śpiewał grający rolę Jeana Valjeana Jackman. Natomiast najbardziej krytykowany Russell Crowe, który wcielił się w rolę inspektora Javerta śpiewał dość nierówno, po rozczarowującym początku, nastąpiły nieco lepsze kawałki. Niestety moje ukochane Gwiazdy zaśpiewał, jak dla mnie zaledwie poprawnie. W uszach wciąż brzmi mi uskrzydlające wykonanie Łukasza Dziedzica tego utworu. Prawdziwy majstersztyk. Tyle o śpiewaniu. 

Trudno oceniać mi grę aktorską (nie oglądam ich wiele), ale mnie się podobało. Czytałam głosy krytyczne pod adresem braku napięcia pomiędzy postaciami Javerta a Valjeana; tropiącym i tropionym. Mnie jednak taki trochę powściągliwy styl gry obu panów odpowiadał. Grali bardziej twarzą niż postacią. Zbliżenia twarzy - to kolejny zarzut w stosunku do filmu, zbyt bliskie kadrowanie obiektu, które sprawiało, że momentami twarz wypełniała pół ekranu. Przyznam, że gdybym nie czytała wcześniej tych komentarzy nie zwróciłabym na to wcale uwagi. Mnie to nie przeszkadzało, ale rozumiem, że nie wszystkim będzie to odpowiadało. 

Film, jako całość jest dobrze zrobiony. Scenografia, dbałość o szczegóły, realizm (może dla niektórych nieco szokujący; zepsute zęby, wystające kości, plamy na skórze, każdy mankament "urody" jest tu jeszcze uwypuklony), rozmach, gra aktorska, a kiedy dodać do tego piękną muzykę całość robi duże wrażenie. Czy nie jest nazbyt amerykański? Moim zdaniem nie. Czy można „złapać” ideę filmu? Moim zdaniem, jeśli widz nie przyszedł do kina po to, aby się pośmiać i dobrze zabawić, to nawet nie znając książki (o musicalu nie wspominając) pojmie o co tak naprawdę tutaj chodzi.

Reasumując to naprawdę dobry film. Spędziłam bardzo miło te dwie i pół godziny. Dla mnie miarą oceny utworu (dzieła, przedstawienia) jest to, czy zamierzam do niego wrócić. A do filmu na pewno wrócę nie raz.  
Jedyne, co mogę mu (a może sobie) zarzucić to jest to, że  wymarzyłam sobie film, w którym role Hugowskich bohaterów zagraliby profesjonalni śpiewacy. Mój sen podobnie, jak sen Fantine się nie spełnił. I zapewne, gdybym nie oglądała wcześniej tyle razy cudownie, ekstatycznych, fantastycznych, gargantuicznych przedstawień musicalu film spodobałby mi się jeszcze bardziej. Dla tego, to co napisałam wyżej (znajomość tematu) w tym przypadku może stanowić pewnego rodzaju wadę dla osób, które kochają za bardzo pierwowzór.


Zdecydowanie nie polecam filmu osobom, dla których słuchanie śpiewu jest męczące. Rozumiem to, bo sama (ku mojemu ubolewaniu) nie zostałam obdarzona wrażliwością na dziedzinę sztuki, którą jest opera, czy balet
Natomiast osoby kochające musicale ostrzegam, nie zapominajcie, że to nie jest teatr, a wokal jest rodzajem gry aktorskiej. 
A wszystkim oglądającym chciałabym życzyć miłych wrażeń.
Myślę, że mój kolejny odbiór filmu będzie jeszcze lepszy, bo pozbawiony stałej konfrontacji z pierwowzorem.

Moja ocena 5/6

wtorek, 26 czerwca 2012

Hair (film muzyczny) w reż. Milosa Formana


Na mojej musicalowej liście przebojów wysokie miejsce zajmuje musical Hair. Premiera musicalu Gerome`a Ragniego i Jamesa Rado (kompletnie nieznane mi nazwiska) odbyła się w 1968 roku w Bilmore Theatre. Pisząc „Hair” mam na myśli wspaniały film (musicalowy) w reż. Milosa Formana z 1979 r. Oczywiście oglądałam kilka przedstawień teatralnych, w tym broadwayowski występ w Hali Oliwi w Gdańsku oraz musical na deskach Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni, ale i tak największe wrażenie wywarł na mnie wspominany film Milosa Formana. A piosenka Let the Sun shine in jest jednym z najpiękniejszych protest-songów przeciwko wojnie.

Ameryka prowadzi wojnę w Wietnamie. Młodzi chłopcy dostają karty powołania do wojska. Claude Bukowski (John Savage), młody prostoduszny, chłopak z polskimi korzeniami, wyrusza z rodzinnego małego, prowincjonalnego miasteczka w Oklahomie, aby zaciągnąć się do wojska. Dostał powołanie, więc nie ma wyjścia musi spełnił swój patriotyczny obowiązek. Ojciec żegna go słowami; Niech mądrale się martwią, o prostaczków zatroszczy się Bóg. Może jest coś z prawdy w tej prostej chłopskiej filozofii, jeśli weźmiemy pod uwagę zakończenie filmowe zakończenie.

Claude ma swoje plany, zanim zamelduje się w jednostce chce obejrzeć Empire State Building oraz Statuę Wolności. Tymczasem w Nowym Yorku trafia na grupkę bezdomnych przyjaciół hipisów, którzy właśnie spalili swoje karty powołania do wojska. Przyjaciele mają jedynie siebie i … włosy. Włosy będące synonimem wolności, buntem przeciwko uporządkowanemu światu.
Nowo poznani przyjaciele zaznajamiają Claude z urokami hipisowskiego życia. Wspólnie spędzona z przyjaciółmi noc odmienia życia młodego poborowego na zawsze. Dzięki liderowi grupy - Bergerowi (Treat Williams) Claude poznaje piękną Sheile (Beverly D`Angelo), w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Mimo namów przyjaciół do pozostania z nimi, Claude następnego dnia melduje się w wojsku. Chcąc się odwdzięczyć Claudowi za okazaną w potrzebie pomoc nowo poznani przyjaciele postanawiają umożliwić mu spędzenie kilku chwil z Sheilą. Berger wywozi Claude z koszar, a sam wraca na jego miejsce. Kiedy Claude spędza miłe chwile u boku dziewczyny w koszarach ogłoszony zostaje alarm, a żołnierze transportowani do samolotów lecących do Wietnamu.
Dramatyczne zakończenie jest niezwykle wzruszającym apelem do sumień rządzących, apelem, który jak uczy historia pozostaje od lat bez odzewu.
Uwielbiam musicale, które oprócz radości, jaką daje muzyka (a muzyka w Hair jest przepiękna) także wzruszają i skłaniają do refleksji. Stawiają pytania, które często pozostają bez odpowiedzi, ale czasami, to przecież nie odpowiedzi są najważniejsze, a właśnie owe pytania.
Okazuje się po raz kolejny, że o wojnie, jej dramaturgii, o bezsilności człowieka wobec historii można opowiadać na wiele sposobów, można także z pomocą muzyki.

Muzyka jest jednym z największych atutów filmu Milosa Formana. Prawie wszyscy chyba znają wspaniałe Aquarius (Era Wodnika) – leitmotiv musicalu, czy finałowe Let the Sun shine In (Pozwólcie świecić słońcu) śpiewane przez protestujących przed Białym domem hippisów.

Nie bez znaczenia jest świetna gra aktorów, zwłaszcza fantastycznie kreuje swą postać Treat Williams. Jego charyzmatyczny Berger najpierw rozśmiesza, potem wkurza, dalej wzrusza, aby na koniec przekonać nas, jak złudne bywają pozory.

Wszystkie utwory z tego musicalu są fantastyczne, ale jedną z moich ulubionych piosenek jest śpiewana pięknym, silnym głosem przez Cheryl Barnes Easy to be hard. Przedstawia ona troszkę inne spojrzenie na pokolenie dzieci-kwiatów.

Zdjęcia: 1. Plakat filmu, 2. John Savage - kadr z filmu- w momencie pewnego odurzenia środkami niekoniecznie prawem dozwolonymi, 3. Treat William- kadr z filmu podczas brawurowego wykonania I got live (Mam życie)

środa, 11 stycznia 2012

Anioł w Krakowie i Zakochany anioł (czyli bywają dobre/mądre polskie komedie)

Od dwóch dni mam laptop w naprawie, korzystam z podróżnego cudeńka, a wymaga to wiele samozaparcia.
„Anioł w Krakowie” to poetycki film spółki Więcek „Baron” i Bereś o losach zesłanego na ziemię anioła Giordano. W rolę niesfornego, rozczochranego, łobuzerskiego, bardziej ludzkiego niż anielskiego anioła wcielił się Krzysztof Globisz.
Giordano kocha muzykę Elvisa i zamiast śpiewać w anielskich chórach woli wyskoczyć do Czyśćca i porozmawiać z ludźmi. Niezdyscyplinowany Anioł zostaje za karę zesłany na ziemię. Każdego dnia ma spełnić chociaż jeden dobry uczynek. Zamiast do "depresyjnej", pomarańczowej Holandii trafia do Polski, do Krakowa. Giordano, początkowo niezadowolonemu z miejsca zesłania, z chwilą, kiedy poznaje je lepiej, poddaje się urokowi życia w tym pięknym otoczeniu.
Anioł w ludzkiej postaci jest nieco naiwnym dużym dzieckiem, pełnym optymizmu i wiary w ludzi. Podczas swej ziemskiej wędrówki napotyka wyjątkowo dziwacznych osobników, z których najbardziej charakterystycznym jest kloszard Szajbus. W rolę Szajbusa wcielił się Jerzy Trela.
Gra aktorska obu panów to prawdziwy majstersztyk. Gdybym miała wyobrazić sobie anioła w ludzkiej postaci miałby on wygląd pana Krzysztofa; ciepły, pogodny, „misiowaty”, wzbudzający zaufanie i sympatię. a jednocześnie nie przesłodzony. Przeciwwagą postaci Giordana jest Szajbus. Ksywka mówi sama za siebie. Budzący początkowo śmiech, ale i obawę dziwacznie zachowujący się kloszard z czasem odkrywa swoje prawdziwe oblicze. Pan Trela gra bardzo przekonywająco postać, postać która miała swój pierwowzór w postaci krakowskiego kloszarda dziwaka i odmieńca.
Film ma jeszcze jednego bohatera, a jest nim Kraków, piękny, klimatyczny, magiczny Kraków z Rynkiem, kościołem Mariackim, Sukiennicami, Plantami i Wisłą. Premiera filmu miała miejsce w 2002 r. Anioł w Krakowie jest obrazem wyjątkowym, nie dającym się sklasyfikować. Stanowi on alternatywę dla produkcji kinowej, w której królują filmy sensacyjne, romantyczne komedyjki czy ambitne, czasami nazbyt ambitne kino.
„Anioł w Krakowie” to film prosty, ale nie naiwny (choć naiwny jest jego bohater). Bo o rzeczach ważnych i istotnych najlepiej mówić prostymi środkami wyrazu. Przesłanie filmu zawiera się w stwierdzeniu, iż anioły są wśród nas, trzeba tylko dobrze się rozejrzeć.
„Anioł w Krakowie” został hojnie obsypany różnymi nagrodami m.in. Nagrodą Prezydenta Miasta Gdyni (najlepszy debiut aktorski-Ewa Kaim), Nagrodą Video Studio Gdańsk (najlepszy film komediowy) oraz nagrodą za najlepszy debiut reżyserski dla Artura Więcka. Nominowany był również do Złotych Lwów.

Zakochany anioł jest filmową kontynuacją losów zesłanego na ziemię Anioła Giordano. Szczęśliwą egzystencję Giordano w malowniczym otoczeniu krakowskich uliczek przerywa nagła utrata nadprzyrodzonych zdolności. Szok wywołany okryciem męskiej natury powoduje umieszczenie Giordano w szpitalu psychiatrycznym. Z pomocą przychodzą kloszardzi; Szajbus (Jerzy Trela) oraz Lupin (Janusz Gajos), a lekarstwem na anielskie załamanie ma być dostarczenie Giordano ziemskich uciech. Prawdziwy ratunek przynosi jednak miłość, która potrafi zakochanych w anioły przemieniać.
„Zakochany Anioł” to piękna poetycka baśń ze sporym ładunkiem komizmu. Sceny; usiłowania nawiązania kontaktu telefonicznego z Niebem, wykładu gosposi na temat sukcesów w miłosnych podbojach, ukarania niewiernego kochanka czy uwolnienia Giordano ze szpitala wzbudzą uśmiech na niejednej twarzy.
Film balansuje na granicy dobrego smaku, ale moim zdaniem tej granicy nie przekracza. Krytykowana przez wielu widzów i krytyków za nazbyt hollywoodzki charakter finałowa piosenka stanowi jedyny, nieco przejaskrawiony akcent filmu.
Akcja filmu toczy się w magicznym klimacie Krakowskich uliczek, jedynie na chwilę, jakby dla przeciwwagi przenosząc nas do wielkomiejskiej Warszawy.
Dla mnie największym atutem filmu są fantastyczna obsada. O Krzysztofie Globiszu (sympatycznym mężczyźnie o anielskim sercu) pisałam wyżej. W Zakochanym Aniele mistrzowski duet stworzyli panowie Trela i Gajos. Ponieważ reżyser wysłał Giordano w podróż do stolicy nie mogło zabraknąć tradycyjnych krakowsko-warszawskich uszczypliwości. Niezłe role zagrały także Anna Radwan (pani psycholog Roma) oraz Marta Bizon (gospodyni Irenka).
Filmowi towarzyszy bardzo dobrze dobrana muzyka (poza ostatnim utworem).
Z całego filmu najlepiej zapamiętałam przypowieść, jaką pani psycholog opowiedziała Giordano.
W starożytnych Indiach władca skazał na śmierć człowieka. Człowiek prosił o darowanie życia, na co władca mówi – dobrze, daję ci rok czasu, jeśli przez ten rok nauczysz latać mojego konia daruję ci życie.
Kiedy człowiek wrócił do domu żona rozpaczała, co teraz będzie, co teraz będzie… Na to człowiek odrzekł; nie martw się- rok, to bardzo dużo czasu, król może umrzeć, koń może zdechnąć, a może koń rzeczywiście nauczy się latać.

Kiedy dostaję w pracy do wykonania zadanie, które jest nierealnym w tak krótkim czasie (a najczęściej dostajemy właśnie takie zadania) mówię sobie, że przez ten czas wiele się może zdarzyć .. król może…, koń może…, a może ja nauczę się latać.

niedziela, 2 października 2011

Paryż o północy

Woody Allen nigdy nie należał do moich ulubionych reżyserów. Niektóre filmy oglądałam z przyjemnością, ale daleka byłam od zachwytu. „Midnight in Paris” nie mogło powstać, jak dla mnie, w lepszym okresie niż właśnie teraz. Obejrzałam go po przylocie z Paryża i dałam się uwieść magii.
Film poprzedza seria zdjęć Paryża, takiego, jakim postrzegają go turyści. Taka sentymentalna ilustracja miasta, najbardziej rozpoznawalne miejsca; plac Concorde, wieża Eiffla, Ogrody Tulieries, Sekwana, Katedra Notre Dame, aleje Elizejskie, panorama miasta z Monmartru, Moulin Rouge, Luwr, mosty; Aleksandra i Pont Nouveau, widok na Bazylikę Sacre Cour, kawiarenki, aleje, bulwary, uliczki. Jest Paryż za dnia i Paryż w nocy, Paryż w słońcu i w deszczu. Kolejne ujęcie to scena niczym z bajki. Dwoje bohaterów toczy rozmowę na temat wspólnej przyszłości w romantycznej scenerii ogrodu w Giverny (scena żywcem z obrazu Moneta); japoński mostek, blask słońca i nenufary na wodzie.
On - Gil (Owen Wilson) po osiągnięciu w Stanach sukcesu w świecie filmu postanawia zrealizować swoje największe marzenie i napisać książkę. Gil to niepoprawny romantyk, który kocha literaturę, Paryż z początku XX wieku i marzy o przeprowadzce tutaj, gdzie odnajduje klimat lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Żyje marzeniami, wspomnieniami przeszłości i nadziejami. Ma wrażenie, że tutaj mógłby stworzyć wielkie dzieło na miarę swych literackich idoli.
Ona - Inez (Rachel McAdams) to realistka, twardo stąpająca po ziemi. Paryż i owszem przy okazji podróży w interesach rodziców można obejrzeć; zaliczyć Wersal, pójść na degustację wina, ale nie zamieszkać. Po paru spacerach Inez mdli na widok tych pięknych uliczek, bulwarów, alejek, ogrodów. Ale skoro już tu jest i spotkała parę znajomych ze Stanów, pragnie się zabawić w ich towarzystwie, do czego Gil nie jest nieodzowny.
Kiedy ten zmęczony towarzystwem znajomych narzeczonej odłącza się od grupy, przydarza mu coś na pograniczu jawy i snu. Gil wsiada na przejeżdżającej starej limuzyny i przenosi się w czasie do swojego ulubionego okresu w dziejach Paryża. Poznaje Scotta i Zeldę Fitzeraldów, Ernesta Hemingwaya, Gertrudę Stern, Pablo Picasso, Salwadora Dali i wielu innych. Z początku bohater jest zszokowany, nie dowierza własnym zmysłom, lecz już po chwili zaczyna żyć tamtym życiem, bawi się, rozmawia, poznaje piękną muzę malarzy - Adriannę i zadurza się w niej.
Gil rano powraca do rzeczywistości, narzeczonej i współczesnego Paryża, spotkań z przyszłymi teściami i ze znajomymi. O północy znowu powraca w przeszłość i prowadzi dyskusje z Hemingwayem, Dali, Bunuelem i Gertrudą Stein.
Ta podróż w czasie niesie za sobą sporo zabawnych nieporozumień i żartów.
Pomiędzy Paryżem tym z lat dwudziestych, a tym nam współczesnym nie ma w filmie większych różnic. Jest to Paryż piękny, baśniowy, romantyczny, tajemniczy, miejsce, jakie jest naszym wyobrażeniem o tym mieście, a nie miejsce rzeczywiste. Filmowy obraz jest kreacją wyobrażeń turystów o mieście świateł.
„O północy w Paryżu” to film o stereotypach w postrzeganiu pewnych miejsc, zjawisk, ludzi.
Z drugiej strony jest to film o pewnym niebezpieczeństwie, jakie niesie za sobą zbytnie uleganie ułudzie, wyobrażeniom, utracie kontaktu z rzeczywistością. Może ono przynieść gorzkie rozczarowania. Może dlatego tylu Japończyków zapada na syndrom paryski(rozczarowanie miastem). „O północy w Paryżu” to film o gonieniu za czymś nieuchwytnym, nierealnym, film o konieczności zachowania równowagi pomiędzy realnością a wyobraźnią.
Ponadto film jest niezłą gratką dla miłośników sztuki i literatury. Możemy się zmierzyć z naszymi wyobrażeniami o Paryżu z lat dwudziestych oraz z okresu Belle Epoque, spotkać ówczesnych pisarzy i malarzy, wczuć się w klimat miasta, nawet, jeśli jest on oględnie mówiąc mało realny.
A wszystko to w mistrzowskim wykonaniu takich aktorów jak: Marion Cotillard (Adrianna), Kate Bates (Gertruda Stein), Adrien Brody (Salwador Dali).
Jeśli odbierze się film zbyt dosłownie, to można go potraktować, jako przesłodzony obrazek Paryża, swoistą reklamówkę miasta, jakiego nie ma w rzeczywistości, obrazek ocierający się o kicz.
Ja odebrałam go, jako film o wyobrażeniach, do których dążymy, a które nam się wciąż wymykają. Jak mówi bohater – nigdy nie jesteśmy w pełni zadowoleni ze swojego życia. Wciąż nam się wydaje, że w innym miejscu, w innym czasie bylibyśmy szczęśliwsi. Jest to ułuda, którą należy sobie uświadomić, co nie znaczy przecież, iż powinniśmy zrezygnować z marzeń.
Moje postrzeganie Paryża jest zdecydowanie bliższe postrzeganiu Gila, niż postrzeganiu Inez. A dysponując jednocześnie pewną dozą realizmu, mimo zachwytu nad jego pięknem, potrafiłam się ustrzec „syndromu paryskiego”.
Film zdecydowanie polecam osobom zakochanym w mieście, sztuce, romantyzmie. Nie polecam osobom, które poszukują w kinie mocnych wrażeń, mrocznych klimatów i egzystencjalnych rozważań.
Trudno nazwać go dziełem wybitnym, ale może się podobać. Mnie spodobał się bardzo. jako lekka, prosta w przekazie (może chwilami- trochę zbyt prosta) komedyjka. Spodobał na tyle, że mimo obejrzenia w komputerze wybrałam się do kina, aby zobaczyć go na dużym ekranie.
Zwiastun filmu
Zdjęcia; 1. Obraz Paryż nocą Ludwig de Laveaux - taki Paryż jest także tłem opowieści, 2. Obraz Moneta - stanowiący tło pierwszej sceny filmu, 3. Zdjęcia Paryża nocą , 4. Plakat filmu

niedziela, 11 września 2011

Duchy Goi- film Milosa Formana oraz urlop

Hiszpania, koniec XVIII wieku. Malarz Francisco Goya (Stellan Skarsgard), maluje dwa portrety. Pierwszy z nich przedstawia młodą dziewczynę, piękną Inez (Natalie Portman), drugi to portret dostojnika kościelnego – brata Lorenzo (Javier Bardem). W Hiszpanii szerzy się terror i strach. Inkwizycja za pomocą siatki swych szpicli tropi heretyków oraz osoby, którym można by za pomocą przesłuchań (czyt. tortur) przypisać miano heretyka. Ofiarą fałszywych podejrzeń pada Inez. Poproszony przez Francisco o pomoc w uwolnieniu dziewczyny brat Lorenzo skwapliwie udaje się do więzienia, aby poznać dziewczynę, której twarz podziwiał na obrazach Goi. Chętnie korzysta z okazanej mu przez rodzinę dziewczyny wdzięczności (dotacji na budowę nowej świątyni), nie ma jednak zamiaru narażać się świętemu oficjum. W tym momencie losy trzech osób splatają się ze sobą nierozerwalnie. Wizyta Lorenzo w więzieniu okazuje się „brzemienną” w skutkach. Kiedy Lorenzo nie pomaga w uwolnieniu dziewczyny jej ojciec mści się, skutkiem czego duchowny zmuszony jest uciekać do Francji. Tam rozpoczyna świeckie życie i robi karierę w polityce.
Po dwudziestu latach bohaterowie spotykają się ponownie. Uwolniona przez Francuzów z więzienia Inkwizycji, Inez wychodzi na wolność. W poszukiwaniu odebranej jej po urodzeniu córki trafia do Francisco. Ten, ogłuchły już starzec pragnąc pomóc kobiecie, udaje się do namiestnika francuskiego rządu, którym okazuje się Lorenzo.
Duchy Goi to dramat historyczny. Historia, która determinuje losy bohaterów jest jednak tylko pretekstem do pokazania prawd ponadczasowych na temat ludzkich charakterów. Okazuje się, że na przestrzeni wieków wiele się zmienia, jeden terror zastępuje drugi, jedne rządy upadają, inne powstają, kolejne idee wypierają poprzednie, a pewne schematy postępowania pozostają niezmienne.
Obłuda, strach, zakłamanie, zdrada, te cechy w różnych konfiguracjach towarzyszą bohaterom. Trójka bohaterów na przestrzeni dwudziestu lat (pod wpływem okoliczności, w jakich przyszło im żyć – koszmaru wojny, terroru, strachu) podlega różnym metamorfozom. Ich postacie są nakreślone w bardzo złożony, ciekawy sposób, są nieszablonowe i nieprzewidywalne. Zwłaszcza ciekawa jest postać Lorenza. Cyniczny, zakłamany, ambitny, egoistyczny, okrutny a jednocześnie nie dający się tak do końca zaszufladkować. Postać negatywna, ale budząca zarazem sympatię. Lorenzo odzwierciedla ciemną stroną ludzkiej osobowości. Postać fantastycznie zagrana przez Javiera Bardem. Spokojny, opanowany, ale zdecydowanie dążący do realizacji swoich celów, pozornie beznamiętny. Nie ma tu ani jednego zbędnego gestu, ani jednego drgnięcia powieki. Kiedy już wydaje nam się, że wiemy, jak się zachowa, Lorenzo zaczyna nas zaskakiwać.
Bardzo podobała mi się też Natalie Portman w potrójnej roli; młodej, pięknej, roześmianej, wesołej dziewczyny, zniszczonej, załamanej, oszalałej matki oraz cwanej, wykorzystującej swoją urodę Alicji, córki Inez. Film nosi tytuł Duchy Goi, jednak jeśli ktoś oczekuje od niego biografii Francisco to może się zawieść. Są tu co prawda sceny malowania obrazów czy sceny powielania rysunków, ale Goya występuje raczej w roli obserwatora niż bohatera dramatu. Widząc okrucieństwo ludzi (tortury, strach i terror, jaki prowadziła polityka Inkwizycji, masakry, rozstrzeliwania, gwałty, rabunki i niszczenie, jakie przywieźli francuscy wyzwoliciele) przelewa na płótno to, czego jest świadkiem. Na płótnie ukazuje czarne wizje makabrycznych scen, których los mu nie oszczędził. Przez kadry filmu przewijają się fragmenty obrazów Goi, ale prawdziwa ich ekspozycja pojawia się na sam koniec. Dopiero napisom końcowym towarzyszą obrazy najbardziej posępne, mroczne, ponure.
Trochę rozczarował mnie aktor grający postać Goi. Grał nieźle, ale na tle postaci Lorenza i Inez wypadł on nieco blado. Może takie było założenie, skoro, to nie Goya miał być jednym z bohaterów filmu, a świat widziany jego oczami.
Muszę przyznać, że nie przepadałam za obrazami Goi, zwłaszcza tymi mrocznymi, jednak dopiero obejrzawszy film zaczęłam lepiej rozumieć te czarne karykatury i cykl rysunków Okropności wojny. Kolejnym plusem filmu jest wspaniała scenografia, inspirowana obrazami malarza, która w sposób fantastyczny oddaje realia Hiszpanii sprzed dwóch wieków. Film bardzo mi się podobał.
Moja ocena 5,5/6
Zdjęcia: 1.plakat z filmu, 2. Gdy rozum śpi- Goya, 3. Rysunek z cyklu Okropności wojny
Cykl rysunków Okropności wojny oglądałam w małym miasteczku na Węgrzech. Robią olbrzymie wrażenie. Współczesny Goya niestety i w dzisiejszych czasach znalazł by sporo tematów do przelania na płótno.


URLOP

"W życiu są noce i dnie, a czasami są też i niedziele". Teraz, kiedy walizka już nadana, ja odprawiona, laptop spakowany mam wrażenie, że nastała niedziela. Niedziela, która zaczęła się dziś, a skończy za dwa tygodnie. Chciałabym w międzyczasie także pisać, jednak czy to mi się uda, zależy od wielu czynników (w tym od mozliwości sprzętowo-hotelowych). Ale przede wszystkim od intensywności zwiedzania oraz szybkości wyczerpywania się sił żywotnych. Dlatego może się tak zdarzyć, że zamilknę aż do 24 września.

piątek, 26 sierpnia 2011

Oszukana film w reż. Clinta Eastwooda

Film co prawda nie nagrodzony statuetką, ale nominowany do Oskara w trzech kategoriach; najlepsza rola pierwszoplanowa (Angelina Jolie), najlepsza scenografia - Gary Fettis, James J. Murakami, Patrick M. Sullivan Jr. oraz najlepsze zdjęcia (Tom Stern).
Nie jestem szczególną fanką Clinta Eastwooda, ale zdecydowanie wolę go w roli reżysera, niż aktora.
Akcja filmu osnuta jest na prawdziwych wydarzeniach, jakie miały miejsce w latach trzydziestych ubiegłego wieku w Los Angeles. Samotna matka zgłasza na policję zaginięcie 9 letniego syna. Po pięciu miesiącach policja w świetle fleszy aparatów fotograficznych fetuje sukces odnalezienia chłopca. Wszyscy są zadowoleni; policja spełniła swoje zadanie, prasa ma dobry temat na pierwsze strony gazet, publiczność jest wzruszona szczęśliwym zakończeniem, tylko matka (Angelina Jolie) zawodzi, ponieważ twierdzi, że odnalezione dziecko nie jest jej dzieckiem. Bierze jednak chłopca pod opiekę i rozpoczyna heroiczną walkę o to, by prawda ujrzała światło dzienne, a policja rozpoczęła poszukiwania jej syna. Film ukazuje mechanizmy rządzące skorumpowaną, bezduszną policją, która w latach Wielkiego Kryzysu stała w mieście aniołów ponad prawem. Dla ukrycia swojej porażki gotowa jest ona poświęcić spokój matki i życie dziecka. Jakakolwiek próba oporu wobec któregoś z jej funkcjonariuszy kończy się zamknięciem w zakładzie psychiatrycznym. Tam też trafia główna bohaterka. Szpital pełen jest kobiet, które naraziły się policjantom. Pozbawione wolności z nakazu policji zamykane w zakładzie kobiety poddawane są drastycznym „metodom leczniczym” (leczenie prądem, upokarzające badania, ogłupianie lekami). Metody te mają na celu złamanie kobiet lub doprowadzenie do obłędu.
„Oszukana” to jednak przede wszystkim studium kobiety przeżywającej traumatyczne doświadczenie: kobiety silnej, zdeterminowanej, zdecydowanej na wszystko dla ratowania życia syna. Stworzyła ona jak dla mnie wiarygodny portret zniesławionej, uważanej za niepoczytalną, kobiety, mającej przeciwko sobie niemal wszystkich, z wyjątkiem duchownego (John Malkovich). Gdyby nie pomoc pastora nie wiadomo, jaki byłby finał tej historii.
Działania policji i podobnie, jak ona skorumpowanej służby zdrowia (lekarz policyjny, personel zakładu psychiatrycznego) są tak nieprawdopodobne, że aż trudno w nie uwierzyć. Jak można wmówić matce, iż nie potrafi rozpoznać swojego dziecka, jak można wmówić kobiecie, że znudziło ją wychowywanie dziecka, dlatego zaprzecza jego tożsamości. A jednak historia oparta jest na faktach, odtworzona z akt procesowych. Uwiarygodnieniem tej historii jest podrzędna rola kobiety w społeczeństwie Ameryki z początku ubiegłego wieku, a kobiety samotnej w szczególności. Kobieta nie mająca oparcia w mężu, bracie, opiekunie staje się łatwym celem ataku, jako istota emocjonalna, nielogiczna, histeryczna.
Podział na dobro i zło jest jasny i klarowny. Może nieco jednoznaczny. Brakuje mi tutaj światłocieni, bo przecież ludzie rzadko są tylko dobrzy lub tylko źli. Choć niewątpliwie i tacy bywają.
Film trzyma w napięciu do samego końca. Kiedy już wydaje się, że sprawa została rozwiązana, pojawia się nowy wątek. Ale nie będę zdradzała szczegółów.
Od filmu oczekuję przede wszystkim ciekawie przedstawionej historii, analizy zjawiska oraz dobrej gry aktorskiej. I to wszystko w filmie „Oszukana” dostałam. Przedstawiona tu historia mająca swój pierwowzór w zdarzeniach rzeczywistych jest nie tylko ciekawa, jest także wstrząsająca. Reżyser przedstawia studium postaci matki tracącej dziecko, a także dokonuje analizy zjawiska korupcji w policji i zmowy milczenia wokół tejże korupcji (przyzwolenia władz na samowolę stróżów prawa).
Podobała mi się gra Angeliny Jolie. Niektórzy krytykują ją, iż gra urodą, inni krytykują za zbyt beznamiętną, pozbawioną emocji grę. Ja natomiast uważam, że bardzo dobrze wczuła się w rolę i zagrała matkę, która cierpi, ale cierpi wewnętrznie. Nie jest to matka, która rwie włosy na głowie, krzyczy i bije na oślep wszystkich dookoła. A że jest piękną kobietą to tylko dodatkowy walor filmu, nie sądzę, aby aktorka mniej atrakcyjna fizycznie miała być bardziej wiarygodna. Podobała mi się także gra Johna Malkovicha, grającego pełnego ekspresji, ale też nie pozbawionego realizmu pastora.
Poza tym moim zdaniem bardzo dobra scenografia, która nadaje autentyzmu tłu zdarzeń, przenosząc nas w lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku. Atutem filmu jest też dobrze dobrana, nastrojowa muzyka.
Moja ocena 5,5/6

niedziela, 14 sierpnia 2011

Moja wielka, grecka wycieczka, czyli film o radości życia

„Moja, wielka grecka wycieczka” nie jest kontynuację losów sympatycznej Touli z filmu „Moje wielkie, greckie wesele”, choć główną rolę żeńską odtwarza ta sama aktorka Nia Vardalos. Tytuł "My Life in ruins" można by przetłumaczyć, jako życie wśród ruin.
Film jest doskonałą ilustracją wycieczek organizowanych przez biura podróży. Georgia (Nia Vardalos) jest przewodniczką grupy turystów podróżujących po Grecji, którzy, jak większość turystów biur podróży oczekują od wycieczki „lekkostrawnej papki”. Chcą obejrzeć trochę ruin (byle nie za dużo), zrobić sobie na ich tle parę zdjęć, no i kupić trochę tandetnych pamiątek. Klimaty znane każdemu, kto choć raz uczestniczył w wycieczce zorganizowanej przez biuro podróży. Jakże znajome są także pokazane na filmie warunki pobytowe; tanie hoteliki z wąskimi schodami, kolejki do windy, która jest zbyt mała, aby zabrać więcej pasażerów, śniadania jadane w piwnicy, psujące się telefony, klimatyzatory, prysznice…. Długo by można wymieniać. Choć mnie w Grecji poza malutkimi windami nie dopadły żadne z powyższych niedogodności.
Moja wielka, grecka wycieczka jest komedią, ale nie z gatunku tych, ma których widownia wybucha salwami śmiechu. Jest komedią, na której buzia uśmiecha się od ucha do ucha.
Film podobnie, jak „Moje wielkie, greckie wesele” ukazuje także pewien rodzaj stereotypów narodowościowych. Grzecznych Kanadyjczyków, rozpychających się łokciami Amerykanów, niezrozumiałych Australijczyków, no i przede wszystkim Greków, dla których życie jest jedną „wielką przerwą na kawę”. Georgia w chwili wściekłości określa swoich rodaków mianem tych, którzy wszystko olewają i jak Zorba tańczą na ruinach. Podziwia ona tych sprzed kilku tysięcy lat, tych którzy zbudowali podwaliny cywilizacji i demokracji; greckich filozofów, mężów stanu, wojowników.
Film ukazuje metamorfozy. Georgia, która jest wykładowcą uniwersyteckim, pasjonuje się historią własnego kraju. Jest ona nietypową Greczynką, brakuje jej KEFI (temperamentu). Pod wpływem rozmów z jednym z turystów, owdowiałym Irvem (Richard Dreyfuss) zaczyna dostrzegać, iż mądrości życia nie można czerpać jedynie z książek, że człowiekowi do życia potrzeba też radości, spontaniczności, odmiany. Turyści, którzy z początku wydawali się zbieraniną niesympatycznych, dość prymitywnych jednostek pod wpływem przeżyć związanych z podróżą okazują swoje drugie, lepsze oblicze i stają się zgraną grupą ludzi, która zaczyna dostrzegać otaczające ich piękno.
Atutem filmu są także piękne widoki. Można obejrzeć (a ci którzy byli w Grecji przypomnieć sobie) najważniejsze zabytki (Olimpia, Delfy, Panteon, Termopile) oraz napawać oczy pięknymi krajobrazami.
Jak na komedię romantyczną przystało pojawia się także intrygujący mężczyzna, kierowca autokaru Pupi Kakas (Aleksis Georgopulis), który zdobywa serce Georgii.
Film lekki, łatwy i przyjemny, ale także film mądry i niosący za sobą pewien przekaz. Nie można patrzeć tylko w „niebo” (oznaczające tu książkowe mądrości) należy spojrzeć w serce i wsłuchać się w jego rytm. Nie można oceniać po pozorach, bo one często bywają mylące. Szukając czegoś, czy kogoś gdzieś daleko, warto rozejrzeć się wcześniej dookoła siebie.
Film polecam nie tylko miłośnikom greckich klimatów.
Moja ocena 5/6

Następny wpis będzie o mojej wycieczce do Grecji.