niedziela, 29 czerwca 2014

Listy do brata Vincent Van Gogh



Czytanie listów, dzienników, pamiętników jest jednym z najlepszym sposobów na poznanie człowieka, choć i ono nie daje pełnego obrazu całości. Bo  choć z jednej strony mamy taką wewnętrzną potrzebę bycia rozumianym, wypowiedzenia się tak do końca, odrzucenia wszelkich zasłon, chcemy odnaleźć w oczach i sercu drugiej osoby (innych osób) nić bezwzględnego porozumienia, to z drugiej strony chowamy się przed światem we własnym kokonie, który zapewnić ma nam poczucie bezpieczeństwa, pozostawiamy pewien margines prywatności. Lubimy swoją odrębność, ale też potrzebujemy poczucia wspólnoty myśli.
Vincent przez całe swoje dorosłe życie (krótkie, bo zaledwie 37 letnie) szukał potwierdzenia swego ja, swoich wyborów,  odrębności i zrozumienia w oczach najbliższej mu osoby, w oczach młodszego (zaradniejszego życiowo) brata Theo. Zdawał sobie sprawę z ogromnego długu, jaki miał wobec Theo i będąc mu głęboko wdzięczny, jednocześnie nie potrafił żyć inaczej, niż będąc na utrzymaniu brata.
Tym, co uderza w tej korespondencji jest niezwykle silna więź
pomiędzy braćmi. Theo jest dla Vincenta przyjacielem, powiernikiem, odbiciem jego osobowości, jest jednocześnie bratem, ojcem i przyjacielem, a także jego źródłem utrzymania. Ta więź jest niezwykle piękna, ale wydaje się ogromnie przytłaczająca, a nawet momentami niszcząca.
Mówisz mi; napisz znowu- no tak, oczywiście, ale wpierw musimy się umówić, jak pisać. Czy chcesz, żebym pisywał w stylu kupca, sucho i rzeczowo, odmierzając i ważąc każde słowo i właściwie nic nie mówiąc, czy też, żebym dalej pisywał do ciebie, tak, jak to w ostatnim czasie robiłem, o wszystkim po trosze, wypowiadając myśli, które mi przychodziły do głowy, bez obawy, że się zanadto rozpędzę, bez torturowania tych myśli, bez ich tłumienia. (Ten list z początku 1882 roku oddaje to co w korespondencji najistotniejsze. Vincent pisze bez obaw o wszystkim, co boli, ciąży, zastanawia, zachwyca. Pisze o poszukiwaniu swojej drogi życia, o wirze, uczuciach, malarstwie, kobietach, chorobach, finansach, lekarzach, zakładach dla obłąkanych, poznanych ludziach).
Braterskie relacje nie są łatwe; Vincent posuwa się często do szantażu;
Jeśli chcesz mnie zamordować – nadstawię ci karku. Ty wiesz, w jakich żyję warunkach, i wiesz, że od twojej pomocy, zależy moje być, albo nie być. … (pisze Vincent, kiedy brat nie pochwala jego związku z kobietą z ulicy. Wyłuszczywszy swoje argumenty, iż nie można porzucić słabej kobiety w potrzebie (zaopiekował się chorą, ciężarną Sien i jej dzieckiem):
Wierzę, a raczej zaczynam dostrzegać jakiś promień nadziei, że myśl „Theo przestanie mi pomagać, jeśli będę mu się przeciwstawiał”- jest może całkiem niepotrzebna. A jednak, Theo […] Gdybyś to zrobił, i tak nie przestałbym cię szanować i nie byłbym na ciebie zły. Powiedziałbym sobie wtedy: nie widział innego wyjścia, wszyscy robią to bezmyślnie, ale nie ze złości.
Kiedy pisze, iż nie może zostawić Sien bez pomocy; [...] cóż bym powiedział o kimś, kto mi najpierw pomagał, a potem zostawił na lodzie, czy nie pomyślałbym wtedy, że osoba która tak postępuje, lepiej by zrobiła, gdyby w ogóle się mną nie zajmowała? Nie doprowadzić do końca tego co się zaczęło, to wygląda na oszustwo – budzi to wątpliwość, czy Vincent ma na myśli wyłącznie jego  pomoc dla Sien, czy też pomoc Theo dla jego, jego kobiety i jej dziecka.
Innym razem  niepokój Vincenta budzą słowa brata o braku nadziei:
Za twój list wraz z „załącznikiem” bardzo ci dziękuję, nie mogę jednak opanować przykrego wrażenia, jakie zrobiło na mnie jedno zdanie „jeżeli chodzi o przyszłość, to nie mogę ci robić wielkich nadziei". […] Nie wiem dokładnie, co miałeś na myśli pisząc te słowa […] W każdym razie zadałeś mi znienacka cios prosto w piersi i bardzo chciałbym się dowiedzieć, o co ci chodzi, czy uważasz, że nie robię postępów, czy masz mi coś do zarzucenia?
I dalej domyślając się, iż może chodzić o ograniczenie zasiłków, jakie Theo wypłacał bratu pisze:
[…] moja praca jest o tyle uzależniona od twojej, że jeżeli zmniejszysz mi zasiłki, to nie będę mógł dalej pracować i wpadnę w depresję.
Czy wreszcie;
Czasami żałuję, że się wtedy w Borinage nie rozchorowałem i nie zdechłem zamiast brać się do malowania. Jestem ci tylko ciężarem i nic na to nie mogę poradzić.
Kiedy Vincent zaczyna malować  uważa brata nie tylko za
sponsora, prawdziwego marchanda, którego zadaniem jest stworzenie artyście warunków do pracy, ale za współtwórcę swoich obrazów i ich właściciela.
Na razie nie uważam, by moje obrazy były dość dobre, jeśli wziąć pod uwagę korzyści, jakie mam dzięki tobie. Ale jeśli kiedyś będą dobre, to dlatego- zapewniam cię- że stworzyłeś je tak samo, jak ja, że zrobiliśmy je we dwóch. (wrzesień 1988 rok)
Listy są zaskakujące, zadziwiające, inspirujące, a nawet irytujące, a jednocześnie niesłychanie smutne i przygnębiające.
Połączenie geniuszu z szaleństwem, pracowitości z bezczynnością, marzycielskich mrzonek o założeniu falansteru artystów z odrazą do handlowania dziełami sztuki, dziecięcej naiwności z życiem w nędzy, głodzie, pijaństwie, pełnym chorób, przedwczesnej starości. 
Za życia Van Gogha sprzedano zaledwie jeden jego obraz (Czerwona winnica), co nie wywołało żadnego oddźwięku w korespondencji z bratem, mimo, iż Vincent przez całe życie cierpiał na chroniczny brak pieniędzy.
Co zadziwiające Vincent przeciwny był sprzedaży obrazów. Malował z przeświadczeniem, iż jest to kapitał na przyszłość, rekompensata dla Theo za jego poświęcenie i trud utrzymywania brata. Jak sam pisał najchętniej nie rozstawałby się ze swoimi obrazami, a jedynie wymieniał je na inne, to samo zalecał Theo. Wielokrotnie wyraża swą odrazę do handlu dziełami sztuki.
Mogę cię zapewnić, jestem o tym całkowicie przekonany, że nawet gdybym stał się dobrym malarzem (bo na razie daleko mi do tego), to zawsze będę żył w biedzie, ale będę szczęśliwy, jeśli bez długów. Czasy, kiedy ceny idą coraz bardziej w górę, wystawiają nam czeki na przyszłość, która dla naszych potomnych wygląda bardzo ponuro. (z listu z Nuenen, gdzie przebywał w okresie grudzień 1883-listopad 1885).
Sława to rzecz bardzo piękna, ale dla artysty jest tym czym szpilka dla owadów…. Ja mam odrazę do sukcesu, obawiam się tego jutra, które nastąpi po sukcesie impresjonistów (Arles 1888)
Nie mogę nic na to poradzić, że moich obrazów nie podobna sprzedać. Nadejdzie jednak dzień, kiedy okaże się, że są one więcej warte niż kosztowały, że są czymś więcej niż ceną farb i mego nędznego życia […] To, że teraz nie sposób sprzedać moich obrazów, napawa mnie niepokojem ze względu na ciebie, ponieważ cierpisz z tego powodu, ale dla mnie byłoby to dość obojętne, gdybym wiedział, że nie masz kłopotów, których przyczyną jest moje malarstwo. Wystarczy mi wiedzieć, że człowiek który żyje 50 lat i wydaje dwa tysiące franków rocznie, wyda razem sto tysięcy franków i powinien zarobić również sto tysięcy. Namalować tysiąc obrazów po sto franków- oby!- nasze zadanie jest chwilami bardzo trudne. Arles 20.10.1888 rok (Na aukcji w Nowym Yorku Irysy
Van Gogha sprzedano za 53,9 mln dolarów).
Kiedy u schyłku życia Vincenta ukazuje się pierwszy przychylny artykuł o jego malarstwie pisze do brata;
Poproś p. Aurier, żeby nie pisał więcej artykułów o moim malarstwie, powiedz mu, że przede wszystkim myli się co do mnie, po drugie zaś, że zbyt czuję się przybity i zrozpaczony, żebym mógł znieść reklamę. Malowanie obrazów jest dla mnie rozrywką, ale kiedy się o nich mówi, bardziej mi przykro, niż p. Aurier może przypuszczać.
Vincent sporo miejsca poświęca w korespondencji do brata malarstwu i cenie, jaką ponosi człowiek, który oddaje się sztuce w świecie, w którym sztuka nie ma wartości  (i to nie w sensie materialnym). I choć często narzekał, iż malarstwo jest jego przekleństwem, że powinien je rzucić i zająć się czymś innym (bo cena jego uprawiania jest zbyt wysoka) to dzięki niemu żył, dzięki niemu i dzięki bratu. Kiedy zachorował malowanie było jedyną skuteczną terapią na przywracanie okresów równowagi. Malarstwo to dla mnie sposób, żeby dać sobie radę z życiem.
Często ubolewał nad brakiem modela (nie miał pieniędzy na jego opłacenie). A przecież tak chciał malować ludzi […] wolę malować oczy ludzkie, niż katedry, bo w oczach jest coś, czego nie ma w majestatycznych, imponujących katedrach; ludzka dusza. Nawet oczy nędznego włóczęgi czy dziewczyny ulicznej wydają mi się bardziej interesujące.
Listy są ogromną kopalnią wiedzy na temat malarza, są punktem wyjścia dla wielu badaczy, inspiracją dla studiów i analiz.
Sięgając po książkę ciekawa byłam zwłaszcza tego, co pisał o własnych obrazach. Nie znalazłam tego wiele. Widocznie wychodził z założenia, iż obrazy mówią same za siebie.
Najciekawszy opis, jaki znalazłam dotyczy Żniwiarza.
Praca idzie dość dobrze- walczę z obrazem rozpoczętym kilka dni
temu, przed moją niedyspozycją, jest to żniwiarz, Płotno całe żółte, okropnie grubo malowane, ale motyw piękny i prosty. Widzę w tym żniwiarzu - niewyraźna postać, która w okropnym żarze miota się, jak diabeł, żeby dać sobie radę ze swoim zadaniem- widzę w nim obraz śmierci, w tym sensie, że ludzkość jest zbożem, które się kosi. Jest to przeciwstawienie siewcy, którego malowałem przedtem. Ale w tej śmierci nie ma nic smutnego, wszystko dzieje się w pełnym świetle, w słońcu, które zatapia pejzaż w delikatnym złotym blasku. […] Uff! Żniwiarz jest gotów, myślę, że ten obraz weźmiesz do siebie- jest to obraz śmierci, o której mówi nam wielka księga natury, ale ja chciałem, żeby to było „niemal uśmiechnięte”. Płótno jest żółte, prócz linii fioletowych wzgórz, bladożółte. To zabawne, że ujrzałem to poprzez żelazne kraty mojej celi.
Szkoda jedynie, iż na ponad 600 listów do brata zachowało się jedynie około 40 listów Theo, szkoda również, iż Vincent rzadko datował swą korespondencję.
Powiązane  książki: Kobiety w życiu Van Gogha  Pasja życia
Zainteresowanym polecam zapoznanie się z fragmentami listów publikowanymi w Płaszczu Zabójcy.

Wszystkie zdjęcia (poza zdjęciem okładki) pochodzą z wizyty w Muzeum Van Gogha w Amsterdamie.

12 komentarzy:

  1. Specjalnie dla Ciebie poszukałam w "Dzienniku" Maraia fragmentu dotyczącego "Listów" Vincenta.:
    "Listy van Gogha. Pisał do Thea w taki sposób, w jaki bracia bliźniacy rozmawiają ze sobą w kołysce. List, w którym odkrywa, że "umie malować". Inny, kiedy z entuzjazmem powiadamia, że "rozpoznał w krajobrazie kolory". Album fotografii rodzinnych van Goghów: marynarz, dwóch handlarzy dzieł sztuki, twarze o wymownych spojrzeniach, indywidualności. Mądre oczy matki, czoło cheruba u Theo: był tym "drugim", który nie został artystą, ale dzięki Vincentowi poznał, co oznacza bycie artystą. Pierwsza fotografia Vincenta zrobiona w trzynastym roku życia: młodzieńcza twarz geniusza, dzikie, spłoszone spojrzenie jak u Rimbauda. Jego przepraszające listy z domu dla obłąkanych, kiedy skarży się, że "papier, płótno, farby, wszystko takie drogie".
    Bywają dzieła, które zyskują odzew za życia artysty, a potem umierają wraz z nim, jakby w chwili śmierci twórcy wygasała więź dzieła ze światem. Inny wariant, kiedy dzieło, które za życia artysty nie zyskało żadnego odzewu, z chwilą śmierci twórcy zaczyna żyć, błyszczeć, wszyscy odpowiadają na nie, doceniają i owszem, a czasem nawet i przeceniają. To stało się z van Goghiem. I z Bartokiem. I z Krudym."

    OdpowiedzUsuń
  2. To bardzo miło, że zadałaś sobie trud wynalezienia i wynotowania powyższego fragmentu. Kiedy czytam Dzienniki czy listy zaznaczam sobie tyle przeróżnych fragmentów, że potem robiąc notkę mam dylemat, co wybrać. A odniesień jest tak wiele. Pominęłam wątki kobiecie, o których powstała przywołana w treści książka, czy malarskie (Fajka Van Gogha), czy skandalizujące (jak obcięte ucho). Chciałam napisać trochę o podróżach Van Gogha, był typem podróżnika-poszukiwacza, pominęłam wątek upodobań literackich (mam nadzieję na osobny wpis), pominęłam myśli-sentencje, bo musiałam dokonać wyboru. Dlatego uważam, że takie pozycje powinno się mieć na swojej półce. A ja zrewanżuję ci się informacją, iż widziałam w księgarni Wyznania patrycjusza i (nie pamiętam tytułu) dalszą część Wyznań - obie wydane w 2014 r., a więc nowości :) to na wypadek, gdyby lektura pozostawiła niedosyt w postaci _i tę chce mieć na półce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętałam, że Marai gdzieś się wypowiedział w Dzienniku na temat tych listów, więc poszukałam :) Dziękuję za informacje o "Wyznaniach patrycjusza". :)

      Usuń
    2. Nie ma za co, kiedy zobaczyłam w księgarni od razu o Tobie pomyślałam, ale cena rzeczywiście jest ... wysoka.

      Usuń
  3. Czy Ty wiesz, że jakoś sobie nie uświadamiałam, że Van Gogh żył tak krótko? Pora umierać!:P
    Zastanawiam się, czy nasi potomni będą zamiast listów publikować korespondencję mailową. A jeśli tak, to czy znajdą tam w ogóle coś godnego uwagi. Mi jak do tej pory tylko raz w życiu zdarzyło się, że prowadziłam - z jedną, ważną dla mnie osobą - porządną korespondencję mailową, przez dłuższy czas. Do tej pory zdarza mi się do niej zaglądać.
    Zdaje się, że dzięki postępowi sporo zyskaliśmy, ale też nieco straciliśmy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielu znanych, wielkich żyło tak krótko, a jak wiele po nich pozostało. I jeśli wierzyć Vincentowi mało to by go obeszło, ale myślę, że jednak troszkę byłoby mu miło nie tyle z powodu cen, jakie jego obrazy osiągają na aukcjach, ale z tego powodu, że jego obrazy autentycznie się podobają wielu ludziom, tak po prostu, bo przemawiają do ich serc. I dokładnie o tym samym pomyślałam sobie, iż kiedyś pisało się Dzienniki, dzisiaj piszemy blogi, kiedyś pisało się listy, dzisiaj piszemy e-maile, choć i te ostanie coraz mizerniejsze i coraz bardziej informacyjne. Pisałam kiedyś o sztuce pisania listów http://guciamal.blogspot.com/2011/08/sztuka-pisania-listow.html (listy przewiązane wstążeczką leżą w pudełku i choć folderów z mailową korespondencją także mam kilka to jednak to nie to samo). Technika, postęp są nieuchronne, ale często też o tym myślę, iż nie potrafię ocenić, czy bilans zysków i strat się równoważy w tym przypadku. Jakże ja nie lubię telefonów komórkowych, jak mi przeszkadzają w środkach komunikacji, kiedy muszę wysłuchiwać tysięcy bzdurnych rozmów. Ale kiedy wczoraj mojej mamie zepsuła się komórka psioczyłam na czym świat stoi, bo jak to tak, nie móc wysłać smsa, dzwonić na telefon stacjonarny...?

      Usuń
  4. Bardzo przyjemnie bylo sie zatopic w te krotkie urywki z zycia. Van Gogha. Niby znalam zycirys Van Gogha, jego relacje z bratem, nawet pewnie czytalam fragmenty listow, ale Twoj post byl dla mnie jak maly fascynujacy wyklad, po ktorym czuje sie niedosyt i chce wiecej. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także nie mogłam zdecydować się, które fragmenty zamieścić, a że wynotowałam sporo, to pewnie zbierze się na jeszcze co najmniej jeden wpis. Pozdrawiam również

      Usuń
  5. Lubię czytać dzienniki, pamiętniki, listy... Kiedy jechałam do Amsterdamu i wiedziałam, że odwiedzę Muzeum van Gogha, chcąc poznać postać malarza przeczytałam "Listy do brata".
    Jak wiesz lubię wracać do miejsc, książek... Jadąc do Arles, kolejny raz przeczytałam Listy.
    Pozdrawiam bardzo serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed wycieczką do Amsterdamu i Arles znałam jedynie fragmenty listów . Też uważam, że czytanie wcześniej tego rodzaju lektur wzbogaca nasze zwiedzanie.

      Usuń
  6. Bardzo interesująco przypomniałaś malarza, który tak pięknie namalował "Słoneczniki". Z dużą przyjemnością przypomniałam go sobie.
    Czytałam "Pasję życia" i chyba również oglądałam film, w którym w jego postać wcielił się Kirk Douglas.
    Mam w biblioteczce "Vincenta w Hadze". Te niewielka książeczkę napisał Theun de Vries, a jest w niej opisany niewielki epizod z życia malarza.
    Musze sobie ją jeszcze raz przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pasja życia, podobnie, jak inne biografie Stone`a jest fantastyczna.. Czytałam jeszcze te Kobiety w życiu Van Gogha i Fajkę Van Gogha też niezłe, ale żadna nie dorównuje umiejętnościom Stone`a. Ja nie widziałam ekranizacji książki z Kirkiem Douglasem i bardzo żałuję, chyba sobie kupie na alegro, ale widziałam Vincent i Theo w reż. Altmana - fantastyczny, zaczyna się sceną licytacji jednego z najdrożej sprzedanych dzieł Vincenta, aby za chwilę przenieść nas do nędznej rudery, gdzie chory i głodny malarz ledwie egzystuje. Zderzenie szokujące. Takie zderzenie przeżyłam podczas wizyty w paryskim domu aukcyjnym, gdzie widziałam jedynie żądnych zarobienia na sztuce ludzi. Książeczki, o której piszesz nie znałam, z chęcią przeczytam.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).