Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2026

Tamara Łempicka Projekt artystka Kizette de Lempicka - Foxhall


Autoportret w zielonym bugatti (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)

Książka jest wydana niezwykle ładnie i dekoracyjnie. Kredowy papier, sztywna okładka z reprodukcją Portretu Iry P., wewnątrz duża ilość niezwykle kolorowych, wyrazistych zdjęć obrazów i czarno-białe fotografie z rodzinnych archiwów. Eleganckie wydanie przyciąga wzrok zupełnie jak obrazy z jej najlepszego twórczo okresu (lat dwudziestych i trzydziestych). Obrazy Tamary są nasycone barwami, połyskujące, z wyraźnymi konturami, dopracowane do ostatniego szczegółu. Jak sama twierdziła, nie cierpiała malarstwa rozmytego, nieczystego (a za takie uważała impresjonizm).


Koszyk winogron (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)


Malowanie wrażeń, impresji było jej obce, sama doceniała malarstwo ostre i czyste (wyraziste). „Cezanne narysował kilka jabłek, ale te jabłka były źle narysowane. A kolory- dlaczego to wszystko jest takie brudne? Gdy pojechałam do Włoch, we wszystkich muzeach ujrzałam obrazy namalowane w XV wieku przez Włochów. Uwielbiałam je. Pomyślałam; dlaczego mi się spodobały? Ponieważ były takie wyraźne, tak schludne. Kolory były wyraźne, czyste, impresjoniści malowali bardziej z wyobraźni niż z natury, nie malowali dobrze, nie dbali o technikę. Pomyślałam: ich malarstwo jest brudne. Nie jest precyzyjne. Pamiętaj o precyzji. Obraz musi być schludny i czysty” (str. 67). Swoje obrazy uważała za precyzyjne i skończone. I takie niewątpliwie były. Piękne, wycyzelowane, doprecyzowane, przykuwające uwagę. I choć podobają mi się ogromnie, mam wrażenie, że są trochę powierzchowne, na pokaz, niczym wyretuszowane zdjęcie celebrytki, ładne opakowanie, wystylizowana postać, sztuczność. Nawet ich zamyślenia są wyreżyserowane, dziś byłyby to wydęte usteczka i wysunięta nóżka. Może dlatego nie lubię zdjęć pozowanych. Nie ma w nich prawdy. One krzyczą patrzcie i podziwiajcie. I ja podziwiam.

Tamara kochała się w pozorach, w gestach, kreowała siebie na filmową gwiazdę, tak często zmieniała opowiadane historie, że trudno dziś wyłuskać, co z jej biografii jest prawdziwe, a co kolejną z wersji, które na różne potrzeby tworzyła.


Muzykantka (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Tamara, jaka wyłania się z kart książki jest postacią na pokaz, albo grała tak często, że nikt nie poznał prawdziwej Tamary, albo z powodu ciągłego kreowania własnego wizerunku sama uwierzyła w tę Tamarę, doskonałą, utalentowaną, którą nie obowiązują żadne reguły, czy normy. Jedno trzeba jej przyznać, była niezwykle pracowita i miała talent.

Jej obrazy są niezwykle dekoracyjne, jak sama nazwa wskazuje art. deco. Są wyrazem tęsknoty bycia perfekcyjnym, niezależnym, wolnym, niezwyciężonym. Jej kobiety są jak ze stali, ich ciała otulone zwiewnymi szatami pod spodem noszą zbroję. Nawet, jeśli ich wolność jest pozorna, bo wymagająca nieustannego bywania, pokazywania się, udawania.

Może łatwiej będzie zrozumieć Tamarę, kiedy uświadomi się otoczenie, w jakim żyła. Otarła się o rewolucję w Rosji, cena, jaką zapłaciła za uwolnienie męża z rosyjskiej niewoli była ceną, którą tylko kobieta może zapłacić, żyła w powojennej Europie, w której ludzie chcieli odreagować ciężkie czasy wojny i powojennej biedy, jednocześnie obawiając się kolejnej wojny. Stąd zapewne ta ucieczka od rzeczywistości w świat ułudy i pozorów.


Dziewczyna w rękawiczkach (wystawa w MNK 2022 r.)

Artyści … żyli tak, jakby istnieli w dziele sztuki i tworzyli dzieła sztuki, o tym, jak żyli. Rezultatem było życie, pełne póz, w którym bawili się formami, podbijali stawkę, każdym gestem, każdą kupowaną kreacją, każdym wydanym przyjęciem, każdym romansem, każdą książką, którą napisali, każdym namalowanym portretem. Napełniała ich czysta energia, przeciwstawiali się czasowi i historii, próbując wykorzystać swoją sztukę do wykreowania chwili, doświadczeń, aby stała się ponadczasowym wyrazem ich epoki. Krótko mówiąc żyli niebezpiecznie- tak, jak wyobrażano sobie, że żyje kobieta ze słynnego autoportretu Łempickiej, znanego pod tytułem Autoportret w zielonym bugatti” (str. 88).

Nie na darmo nazywano ich straconym pokoleniem.

Książkę odbieram tak jak samą malarkę, jako piękną okładkę z kolorowymi ilustracjami, spośród których trudno dostrzec bohaterkę. Nie dowiedziałam się z niej wiele nowego, ponad to co już wiedziałam z wcześniejszych lektur.

Autorką jest córka Kizette - dlatego najciekawszy jest wątek dotyczący wzajemnych relacji córki z matką. Od dzieciństwa była jedynie dekoracyjnym dodatkiem dla kariery Tamary. Miała się dobrze komponować na zdjęciach z matką, ona anielsko niewinna, dziecięca i mama wytworna, elegancka, wyzywająca. Miała grać jej młodszą siostrę. Potem przez lata niepotrzebna; oddana pod opiekę babki, opiekunki, czy szkół. Na starość miała być uległą pomocnicą, służącą, sekretarką, szoferem, pielęgniarką, zrezygnować z rodziny, z siebie, aby poświęcić się zaspakajaniu zachcianek matki.

Przyznam, że o ile mało mnie wzruszało życie Tamary, jej liczne romanse, kochankowie, czy kochanki, złe traktowanie ludzi, o tyle terroryzowanie córki jest dla mnie nie do wybaczenia.


Kobieta z gołębiem (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Czy książkę warto przeczytać? Tak, jeśli ktoś interesuje się sztuką, Tamarą, art. deco, a nie czytał nic wcześniej na ten temat. Jeśli zna się biografię warto książkę obejrzeć z uwagi na doskonałą jakość ilustracji (część dotyczy obrazów znajdujących się w prywatnych zbiorach) i dużą ilość zdjęć archiwalnych. Czytanie niewiele wniesie nowego do stanu wiedzy na temat malarki.

No może jedynie taka refleksja, mnie naszła, że choć Kizette starała się zachować obiektywizm i pisząc w trzeciej osobie pisała, że mimo wszystko bardzo była przywiązana do matki i nie potrafiła bez niej żyć, podziwiała ją i dla niej chciałaby przechować pamięć o malarce - to może książka została napisana dla opisanej poniżej historii (jako swego rodzaju mała zemsta na matce)

Potrzeba dominowania nad otoczeniem rosła do rozmiarów obsesji, w miarę jak coraz bardziej traciła kontrolę nad zdolnością do malowania. …Mąż Kizette zachorował śmiertelnie na raka płuc i Kizette nie mogła już sobie pozwolić na priorytetowe traktowanie żądań matki, które stawały się coraz bardziej nieracjonalne. Tamara poinformowała Kizette o zmianie testamentu. Zapisała w nim, iż Kizette musi być z nią w ostatnich chwilach jej życia, aby w ogóle otrzymać coś z jej majątku. Wydzwaniała z Meksyku do Kizette, żądając informacji, dlaczego jej jedyna córka ją zaniedbuje. Gdy Kizette była w szpitalu, Tamara telefonowała do pokoju Foxy`ego (umierającego zięcia). Mówiła, że tego nie rozumie. Również była chora. Ona także potrzebowała opieki. „Skoro twój mąż jest w szpitalu’ -powiedziała Tamara- „wynajmij pielęgniarkę do opieki nad nim i przyjedź do mnie na trzy dni” (str. 169-170).

Przyznam się, że gdyby tak było nie miałabym Kizette tego za złe (od miłości do nienawiści droga jest całkiem bliska).

Kobieta w polskim stroju ludowym (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)


Zdjęcia wybrałam nieco tendencyjnie (te bardzo dekoracyjne) pomijając takie, jak Starzec, Matka przełożona, Żebrak z mandoliną, Uchodźcy czy mój ulubiony Ucieczka (jako wyjątki potwierdzające regułę)

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Blask Montparnass‘u Sylwia Ziętek


Zdjęcie z Villa La Fleur kawiarni La Rotonde z artystami szkoły paryskiej


Kolejna (po Polkach na Montparnasse) książka pani Ziętek i kolejna pasjonująca opowieść o życiu artystów ze szkoły paryskiej w stolicy świateł na początku XX wieku.

Pisałam niedawno o mniej udanej moim subiektywnym zdaniem książce Lunia i Modigliani, jeśli idzie o Blask Montarnasse‘u dałam się uwieść opowieścią od pierwszego rozdziału. Autorka zastosowała podobny zabieg jak w przypadku Polek na Montparnassie; opowieści o artystkach i artystach przeplatają się, a spaja je chronologia dziejów.

Skąd wzięli się Polacy w Paryżu? W tym czasie, kiedy na ziemiach polskich istniało niewiele szkół artystycznych, a ich programy nauczania skutecznie opierały się płynącym z Europy nowym trendom studia za granicą były jedynym wyjściem dla chcącej się rozwijać artystycznej braci. Można było pojechać do Monachium czy Wiednia, jednak to Paryż miał opinię najbardziej awangardowego miejsca. Dodatkowo przyciągał dużą tolerancją i to zarówno w kwestiach moralnych, jak i narodowościowych. Kobiety niezamężne posiadające dzieci nie musiały obawiać się ostracyzmu towarzyskiego. Zaś Żydzi (kiedy przebrzmiała już afera Dreyfusa) cieszyli się swobodą, jakiej nie mieli ani na ziemiach polskich, ani w Rosji (przynajmniej w latach dwudziestych. Lata trzydzieste to już zupełnie inna historia). Szkoła paryska obejmowała głównie przybyszów z ziem pod zaborami oraz posiadających pochodzenie żydowskie mieszkańców Europy wschodniej (Rosja, Białoruś, Litwa, Ukraina). Nie wymagano od nikogo zezwoleń, a tożsamość poświadczano na podstawie zeznań dwóch świadków (o francuskim obywatelskie. Przy czy zdarzało się, iż poświadczającymi byli sklepikarz czy konsjerżka).
Marie Marevna Martwa natura z owocami 1930 Villa La Fleur

Najsłynniejszy wówczas polski malarz, dyrektor Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (Matejko) niechętny był nowym trendom, a inny z profesorów akademii (Józef Pankiewicz) sam zachęcał studentów do wyjazdu do Paryża, twierdząc, iż w Krakowie nie nauczą się niczego nowego. Kobiety nie miały w ogóle możliwości kształcenia w wyższej szkole artystycznej do czasu, kiedy powstała warszawska wyższa uczelnia artystyczna. W Krakowie taką możliwość zdobyły dopiero w 1920 r.

Dlatego właśnie, każdy, kto posiadał talent, albo kto marzył a karierze artystycznej marzył też o osiedleniu się w Paryżu. Byle tylko zdobyć trochę pieniędzy na podróż, a potem już jakoś to będzie. A bywało różnie. Dla przykładu Chaim Soutine kiedy przyjechał do miasta nie miał ze sobą ani pieniędzy, ani dobytku, nie znał też języka, w dodatku był zamkniętym w sobie aroganckim dzikusem, który niechętnie odzywał się nawet w jakieś sobie jedynie znanej odmianie jidysz (pochodził z Białorusi). A jednak po kilku godzinach błądzenia po mieście trafił do La Ruche, czyli Ula (kolonii artystów).

Chaim Soutine Droga Grand Pres w Chartres 1935 Villa La Fleur

Nazwiska, jakie się przewijają w tej opowieści są dla mnie niczym magnes, zwłaszcza, iż miałam wielką przyjemność poznać dzieła wielu z nich w licznych galeriach sztuki, że wspomnę tutaj tylko o Vilii La Fleur oraz poznańskiej galerii narodowej. Mogę teraz przypasować sobie osobę do obrazu, czy rzeźby. O niektórych z opisywanych tu osób czytałam już wcześniej, nie mniej większość to artyści nieco mniej rozpoznawalni, przynajmniej dla amatorów sztuki, do jakich i ja się zaliczam. Wspomniany wyżej Chaim Soutine był mi wcześniej znany, jedynie jako nazwisko. Ostatnio trafiłam na dwa jego obrazy, bardzo ciekawe. Ale więcej na jego temat przeczytałam dopiero w powieści biograficznej (czy raczej powieści opartej na biografii Modiglianiego). Otóż przedstawiony tam Chaim jawi się jako odpychający, niechlujny, brudny, pozbawiony manier, alkoholik. Tymczasem tutaj autorka przedstawia tego samego Chaima w sposób, który zjednuje mu sympatię. Jest to ten sam człowiek, trudny w obyciu, zadufany w sobie, ale można to zrozumieć wiedząc o jego trudnym dzieciństwie i młodości. Wychowywał się w wieloosobowej ubogiej rodzinie, mieszkającej w jednej izbie (z rodzicami i jedenaściorgiem rodzeństwa). Z powodu swych artystycznych upodobań (lubił rysować i gdzie tylko znalazł kawałek powierzchni natychmiast nań coś rysował) za jego inność nie lubili go rodzice ani rodzeństwo. Raz pięciolatek za bazgranie po murze został zamknięty na dwa dni w piwnicy ze szczurami. Kiedy ojciec wysłał go na naukę zawodu krawca ten wymykał się na lekcje rysunku, a kiedy namalował portret rabina co w judaistycznej religii było surowo zabronione został tak dotkliwie pobity przez syna rabina, że ten nawet wypłacił mu odszkodowanie. Paradoksalnie te pieniądze pozwoliły mu na kontynuowanie nauki w szkole rysunku. W Paryżu przed długi czas cierpiał biedę, gdyby nie zainteresowanie życzliwych osób skończyłby marnie.

Xawery Dunikowski Madonna 1911 Villa La Fleur
Kiedy malował nie liczyło się dlań nic innego, nie jadł, nie pił, nie odchodził od sztalug, dopóki nie osiągnął satysfakcjonującego go efektu, malował aż do utraty tchu. Przeszkadzało mu wówczas towarzystwo i wszystko, co mogło go przy tej pracy rozproszyć.

Wspomniałam wyżej o La Ruche, czyli Ulu. Przyznam, iż obiła mi się ta nazwa wcześniej o uszy, ale nie tak często, jak nazwy kawiarni, w których przesiadywali artyści ze szkoły paryskiej (La Rotonde i Le Dome). „Legendarne do dziś pracownie paryskich artystów mieściły się w La Ruche. Obiekt ten zaprojektował sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w 1900 roku w Paryżu. Prezentowano w nim wina, a poza zakończeniu wystawy, jak większość innych konstrukcji zdemontowano. Budowlę zakupił znany w tym czasie rzeźbiarz Alfres Boucher. Osiągnął on sukces dzięki popiersiom francuskich osobistości, był mentorem August‘a Rodina i nauczycielem Camila Claudel. Powodzenie i fortuna obudziły w Boucherze filantropa. Postanowił stworzyć w Paryżu miejsce wyłącznie dla artystów: przyjazną i wspierającą przestrzeń, w której twórcy nawet o niskim statusie materialnym za niewysoki czynsz będą mieli dobre warunki do pracy i życia. Idea zmaterializowała się pod postacią budynku przeznaczonego na pracownie dla malarzy i rzeźbiarzy. Nazwę Ul wymyślił sam Boucher. Alegoryczna nazwa celowo nawiązywała do domu pracowitych, żyjących w zgodzie pszczół – artystów”. (str. 174-175). Skojarzyło mi się to z pomysłem Van Gogha stworzenia kolonii malarzy, tyle, że ci mieli się wzajemnie wspierać, tutaj wsparcie oferował sam Boucher w postaci tanich, a często bezpłatnych pracowni i miejsc zamieszkania. Brzmi to fantastycznie, choć w rzeczywistości nie było tak różowo. Mieszkania były nieogrzewane, nie było wody, toalety były na zewnątrz, dach przeciekał, a zimą było potwornie zimno. Nie mniej ubodzy adepci sztuki mieli dach nad głową (nawet, jeśli przeciekający) i miejsce do pracy. Dla wielu z nich La Ruche był odskocznią do lepszego życia po wielu miesiącach nędznej egzystencji, o ile tylko wykazywali chart ducha i sporą dawkę samozaparcia.

Książka pełna jest rzetelnych informacji, co potwierdza podana bibliografia (niemal dziesięć stron źródeł), a także zawiera wiele ciekawostek, zapewne nie tylko mnie nieznanych.

Eugeniusz Zak Rybak 1924-25 MNP

Mnie zadziwiły na przykład takie:

-Kiedy skradziona została Mona Lisa aresztowano Apollinaire‘a (w sprawę zamieszany był jego asystent). Wówczas znany malarze i pisarze wystosowali list protestacyjny w jego obronie, natomiast jego dotychczasowy przyjaciel Pablo Picasso wyparł się jakiejkolwiek znajomości z pisarzem. W książce jeszcze kilka razy natrafiłam na opisy zachowania Hiszpana, które utwierdzały mnie w mojej od dawna żywionej do malarza niechęci.

-Wielki rzeźbiarz Xawery Dunikowski zastrzelił swojego rywala w reakcji na spoliczkowanie go za umizgi do żydowskiej poetki. W wyniku procesu, na którym mocno wspierała go inna z jego kochanek Sara Lipska został uniewinniony. Nie wiem co bardziej mnie zdziwiło; zbrodnia, czy uniewinnienie. Czyżby uznano to za afekt. Nawiasem mówiąc Dunikowski niezwykle brzydko wypowiadał się na temat kobiet, nie tylko kobiet artystek, ale i kobiet w ogóle, co wówczas było zjawiskiem dość częstym (kobietę traktowano, jak reproduktorkę i pomoc domową), ale dla równowagi napiszę, iż uznał swoje ojcostwo dziecka Ewy Lipskiej dając jej nazwisko. Utrzymaniem jednak musiała zająć się matka, gdyż tatuś kiepsko radził sobie w Paryżu.

- Na jednym z moich ulubionych obrazów Henryka Heydena Szachiści znajduje się znana paryska modelka Aicha (kobieta w kapeluszu z szerokim rondem), której kochankiem miał być Wieniawa Długoszowski.
Henryk Heyden Szachiści 1913 Villa La Fleur

Sara Lipska, baronowa D‘Oettingen, Halicka, Mela Mutter, Mojżesz Kissling, Jan Peszke, Amadeo Modigliani, Zak, Henryk Heyden, Maurycy Mędrzycki, Marc Chagall to tylko niektóre z nazwisk przewijających się na kartach opowieści. Indeks osób zawiera jedenaście stron. Od ciężkich początków pełnych ubóstwa i malowania za kieliszek wódki czy bagietkę, przez okres prosperity (złota era lat dwudziestych), po kryzys lat trzydziestych, ciężkie lata wojenne, emigrację i zapomnienie, z którego wyzwalała często śmierć. Jak wiadomo najlepsza reklama artysty.

Polecam każdemu kto choć trochę interesuje się sztuką. Mnie książka zaciekawiła na tyle, że postanowiłam zakupić, bo chętnie będę doń wracała.


niedziela, 24 sierpnia 2025

Daniela Chodowieckiego przypadki Kalina Zabuska

 

Portrety Chodowieckich w Domu Uphagena

Mogę się założyć, że zdecydowana większość czytelników spoza Gdańska nie słyszała nigdy o Danielu Chodowieckim. Choć oczywiście chciałabym się mylić. Gdańszczanie wiedzą, iż w Gdańsku znajduje się ulica i co ważniejsze przystanek jego imienia. Ulica jest co prawda boczna i mało uczęszczana, za to przystanek sprawia, iż każdy jadący trasą z Gdańska Głównego do Wrzeszcza słyszał  to nazwisko.

I ja dopóki nie przeczytałam Gdańskich wspomnień młodości Joanny Schoppenhauer nie zastanawiałam się kim był pan Chodowiecki. A był on rysownikiem i rytownikiem, a także ilustratorem kalendarzy (najpopularniejsza wówczas forma powszechnie dostępnego i używanego słowa pisanego) a także książek. Chyba nie będzie przesady kiedy porównam go do Andriollego (a to nazwisko jest znane wielu chociażby ze stworzenia najbardziej znanych ilustracji do Pana Tadeusza).
Pożegnanie Jeana Calasa z rodziną (komentarz do skazania na śmierć francuskiego hugenoty)

Niestety Chodowiecki przyszedł na świat w czasach (1726 r.) kiedy książka nie była dobrem powszechnym, była luksusem, na który mało kto mógł sobie pozwolić i mało kto mógł z niej skorzystać.  Popularność, czy też rozpoznawalność zaczynał osiągać, kiedy Polska znalazła się pod zaborami, a sam Daniel po wczesnej stracie ojca chcąc pomóc rodzinie przeniósł się z rodzimego Gdańska  do Berlina. Miał tam większe szanse na znalezienie zamówień na swoje rysunki. Pochodził z protestanckiej rodziny, dla której reguły wiary były drogowskazem życiowym; protestanci zdecydowanie bardziej rygorystycznie przestrzegali kanonu wiary niż katolicy, którzy dość swobodnie traktowali Słowo Boże.

To dzięki przynależności do grupy wyznaniowej jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło. Była to grupa powiązanych stosunkami rodzinno- towarzysko- zawodowymi ludzi nawzajem się wspierających. To tutaj znalazł Daniel swoją przyszłą żonę, to także dzięki nim otrzymał pierwsze zlecenia. Nigdy, przez całe życie nie wziął od członków wspólnoty ani grosza. To co dla nich wykonywał czynił pro publico bono. 

Chodowieckiemu zawdzięczamy wiedzę na temat XVIII wiecznych zwyczajów, ubiorów, sposobów spędzania wolnego czasu, wzorców zachowań, kanonów postępowania, fryzur,  dziecięcych zabaw. Był reporterem tamtych czasów, podpatrywał ludzi i ich zachowania i przelewał to na papier. Nie interesowała go architektura czy pejzaże, a człowiek i jego życie. Bohaterowie jego rysunków są często ułomni, ale zawsze przedstawieni ze zrozumieniem, autor rysunków był wyrozumiały dla ludzkich słabości.

Częściej na swoich rysunkach przedstawiał kobiety, może dlatego, iż było ich sporo w jego otoczeniu: żona, córki, siostry, ciotki, szwagierki. Miał dużo szacunku dla ich zajęć domowych i ich roli w rodzinie. Często rysował niezwykle intymne scenki rodzinne, kobiety przy pracy, dzieci przy zabawie, lub nauce, siebie, jako obserwatora.
Pracownia malarza

Książka jest biografią rysownika. Jego życie przedstawia autorka na tle społeczno-obyczajowym ówczesnego świata. Można dowiedzieć się wielu ciekawych historyjek dotyczących naszych osiemnastowiecznych przodków. Zadziwiło mnie to jak wiele dziedzin życia było mocno sformalizowanych. To, co dziś reguluje samo życie i zasobność portfela wówczas podlegało regulacjom prawnym. Uroczystości takie, jak wesela, chrzty czy pogrzeby zostały ściśle określone w wytycznych miejskich. Przyczyną była chęć zapobiegania zbyt ostentacyjnemu zbytkowi. Nieuzasadniona rozrzutność podlegała karze. Karane były zarówno zbyt kosztowne podarki ślubne (jak srebra, galanteria a nawet chusteczki do nosa), serwowanie dwóch luksusowych gatunków ryb (jak pstrągi i śliże), podawanie zbyt drogich trunków (np. węgrzyna). Samą ceremonię ślubną poprzedzały trzykrotne zapowiedzi w kościele panny młodej, po których między godziną dziesiątą a dwunastą odbywał się ślub. Poprzedzał go korowód panien, który prowadził wystrojoną oblubienicę z domu rodziców do kościoła oraz korowód drużbów, który udawał się tamże z panem młodym. Zajmowali się tym wybrani przez władze miejskie prosarze i prosiarki (to oni czuwali nad przebiegiem uroczystości, czy wysyłaniem zaproszeń). Bogatsi mieszkańcy miasta korzystali z bogato przystrojonych powozów. Z czasem i to zostało zabronione. Po dopełnieniu zaślubin młoda para z gośćmi udawała się do domu weselnego. Przepisy regulowały także dopuszczalną liczbę gości. Serwowano zwykle pięć czasem sześć dań, w tym dziczyznę i jedno z ryb. Późnym popołudniem między szóstą a siódmą przychodził czas deserów (marcepan lub kołacz) do którego podawano, choć nie dla wszystkich stanów dopuszczoną herbatę. Pito także kawę i czekoladę. Po nich przychodził czas na tańce. Przy czym i to regulowała ordynacja weselna określająca wysokość opłat dla muzykantów, kapel i cechowych zatwierdzonych do tego typu uroczystości. O ileż to upraszczało kwestię organizacji uroczystości, a jednocześnie ujednolicało. Praworządni obywatele stosowali się do owych wytycznych bez szemrania. A rodzina Chodowieckich, jako hołdujący prostocie członkowie kościoła ewangelicko-reformowanego przyzwyczajona była do powściągliwości. Byli pracowici i żyli skromnie.

A jednak żyli nie tylko prozą życia. Już ojciec Daniela który sumiennie wypełniał swój kupiecki obowiązek uciekał od nudy życia w niosące radość rysowanie. Z ołówkiem, piórkiem lub pędzlem w dłoni oddawał się kreowaniu nierzeczywistych światów i choć rysownikiem był przeciętnym był pasjonatem rysunku. Jego pasję przejął też najstarszy syn Daniel. Początkowo była to jedynie pasja uprawiana okazyjnie, z czasem jednak, kiedy okoliczności zmusiły młodego siedemnastoletniego człowieka do poszukiwania swej drogi życiowej, biorąc odpowiedzialność za losy matki i osieroconego rodzeństwa Daniel wyjechał do krewnych do Berlina. Usłyszał, iż pan Jakub Wessel uczeń pierwszego malarza pruskiego dworu Antoine`a Pesnego wróciwszy do Gdańska cieszy się wielkim powodzeniem malując wizerunki wysoko postawionych osobistości. Wziął zatem podróżny sakwojaż ze zmianą bielizny, pończochami zrobionymi przez matkę, kawałkiem toruńskiego piernika i Biblią i ruszył w drogę w ciasnym i dusznym pudle dyliżansu. Pierwsze zlecenie uzyskał od hugenockiej wspólnoty wyznaniowej. Była to akwaforta przedstawiająca króla Dawida. W Berlinie Chodowiecki nie posługiwał się już językiem polskim, ale przechowywał pamięć o przodkach ze strony ojca. Przez całe życie pamiętał o kraju pochodzenia. 
Wycieczka do Lasku Francuskiego
Z czasem jego domeną stała się ilustracja książkowa. Nigdy nie starał się skoncentrować uwagi czytelnika na ilustracji, miała być ona jedynie tłem książki, nie mniej to właśnie jego ilustracje pobudzały czytelniczą wyobraźnię i przyczyniały się do większej popularności książek. Gdańsk odwiedził dwukrotnie, raz w 1773 r. kiedy to został entuzjastycznie przyjęty przez gdańskie towarzystwo (cieszył się już pewną sławą zdobytą w Berlinie), drugi raz po śmierci matki w 1780 r., kiedy pojechał załatwić sprawy spadkowe i zabrać ze sobą do Berlina niezamężne siostry.
Choć większość życia spędził w Berlinie cały czas uważał się za Polaka. W liście do przyjaciółki i protektorki pisał, iż po ojcu jest Polakiem, potomkiem dzielnego narodu, który niebawem przestanie istnieć. Owa przynależność narodowa nie przeszkadzała mu być lojalnym obywatelem i urzędnikiem pruskim. Bunt zdaje się nie leży w naturze protestanta, no chyba, że chodzi o kwestie wiary.
Daniel nie rozstawał się ze swoim szkicownikiem, w którym dokumentował otaczającą go rzeczywistość. Bardzo podoba mi się rysunek Wycieczka do Lasku Francuskiego, który był satyrą na niedoszłą do skutku eskapadę poprzedzoną długotrwałymi przygotowaniami.  Zgromadzono wiktuały, upieczono ciasta, wynajęto osła, zaproszono kuzyna, który obiecał pojawić się ze skrzypcami. Na rysunku zabawny orszak prowadzi jedna z córek Daniela z koszykiem w ręku i przewieszonym na drągu pętem kiełbasy.  Za nią sunie osiołek z umieszczonymi w koszykach u jego boków dziećmi z prowadzącym go synem rysownika z przodu (z batem) i bratankiem (z tyłu). Spod ogona osiołka spadają na drogę jego odchody. Za nimi kroczą najstarsza z córek ze swą kuzynką, córka niesie koszyk z butelkami wina, kuzynka wielką pieczoną babę. Orszak zamyka syn przyjaciela i kuzyna grający na skrzypcach. 
Rysunek przypomina mi moją rodzinną wycieczkę na urodziny babci. Impreza ta także była długo dyskutowana, a my przygotowywaliśmy się do niej solidnie. Mama upiekła blachę ciasta, my kupiłyśmy sukienki. Podróż miała się odbyć samochodem, w związku z czym nie ograniczaliśmy się z bagażem. Jednak z powodu awarii układu hamulcowego zmuszeni byliśmy jechać pociągiem. Na pociąg się spóźniliśmy, bo tata źle nastawił budzik a o zmianie planów nie mogliśmy poinformować jubilatki z powodu awarii sieci telefonicznej. Spóźnieni z blachą ciasta w ręku, sukienkami, garniturem oraz objuczeni bagażami wkroczyliśmy na imprezę wywołując niemałe zdumienie. 
Chodowiecki utrwalał takie właśnie ulotne chwile, jak zamieszczony wyżej portret grupowy rodziny Chodowieckich (w pracowni malarza), na którym moją uwagę zwróciły wiszące na ścianach obrazy i wielka księga z ilustracjami oglądana przez jedną z córek. Wiele to mówi o zainteresowaniach i gustach rodziny Chodowieckich.
Ulica Długa w Gdańsku (z powodu przedproży, których dziś na Długiej nie ma ulica sprawia wrażenie niezwykle wąskiej) To mój kolejny ulubiony rysunek Daniela

Sporą kolekcję rysunków Daniela Chodowieckiego posiada Gdańskie Muzeum Narodowe. Niestety jako, że są to rysunki nie mogą być zbyt długo wystawiane na światło dzienne, stąd aby zapoznać się z nimi trzeba szczęścia.  Ponieważ w przyszłym roku przypada trzechsetna rocznica urodzin rysownika Muzeum planuje ją uczcić wystawą rysunków, na co już się cieszę. 

Książka Kaliny Zabuskiej jest bogato ilustrowana, a ponad połowa tych ilustracji to reprodukcje rysunków Chodowieckiego.  
Będąc w Gdańsku można w Domu Uphagena obejrzeć portrety małżonków Chodowieckich Daniela i jego żony Jeanne pędzla Antona Graffa (wybitnego malarza okresu oświecenia z Drezna).
Książkę przeczytałam w ramach  stosikowego losowania u Anny. Bardzo się cieszę, że dowiedziałam się czegoś nowego na temat osoby, którego losy poprzez ojca i miejsce urodzenia splatają się z moim miastem.  


niedziela, 15 czerwca 2025

Polki na Montparnassie Sylwia Ziętek

Bilińska Nad brzegiem morza
Bycie kobietą w II połowie XIX wieku nie było łatwe. Na ziemiach dawniej polskich, a wówczas znajdujących się pod zaborami sytuacja była jeszcze cięższa. Zaborca nie życzył sobie wykształconych poddanych, a społeczeństwo nie chciało wykształconych kobiet. Te które miały aspiracje artystyczne nie miały możliwości kształcenia w wyższych szkołach publicznych. Istniejąca w Krakowie od początku XIX wieku Akademia Sztuk Pięknych nie przyjmowała pań (uzyskały one prawo kształcenia na ASP w latach dwudziestych przyszłego stulecia). Namiastką kształcenia akademickiego kobiet w dziedzinie malarstwa była powstała w 1867 r. szkoła rysunku Wojciecha Gersona. Istniała ona na ul. Smolnej 23 w Warszawie, dziś w tym miejscu powstaje luksusowy apartamentowiec. Uczono tam kobiety teorii sztuki i rysunku - szkicowania gipsowych modeli. Niewiele mogły się w owej szkole nauczyć nie mając możliwości malowania z natury, ale lepsza taka szkoła, niż żadna. Żywy model był niedostępny, już o akcie nie wspominając. A zatem co miała robić dziewczyna, która chciała zostać malarką. Nie pozostawało jej nic innego jak kształcenie za granicą. Kursy, lekcje rysunku w Monachium, Wiedniu i wreszcie Paryżu. Tylko skąd na to brać pieniądze; podróż, utrzymanie, opłata za naukę. Te które nie miały bogatych krewnych mogły liczyć jedynie na pomoc dobrych ludzi, tak jak Anna Bilińska czy Anna Pająkówna. Bilińska początkowo dostawała pieniądze od ojca (lekarza), potem, gdy ten zbankrutował musiała utrzymywać się sama z lekcji muzyki i rysunku. Później utrzymanie zapewnił jej zapis spadkowy od zmarłej przyjaciółki. Pająkówna miała bogatych mecenasów - właścicieli majątku w którym jej ojciec pracował jako stangret. Dostawała od nich spore stypendium.
Bilińska W oknie

W Paryżu powstała pierwsza szkoła prywatna ucząca kobiety malarstwa Academia Julian. Rodolphe Julian podobnie, jak Wojciech Gerson był akademikiem, odniósł spory sukces na paryskim salonie. Początkowo przygotowywał studentów do egzaminów do Ecole des Beaux - Arts (czyli Szkoły Sztuk Pięknych). Dzięki jego znajomościom studenci mieli ułatwiony dostęp do oficjalnych wystaw, w których jako członkowie zasiadali nauczyciele. Wśród kształcących się w Akademii panów byli Matisse, Bonnard, Mucha, Duchamp. Z czasem jego Akademia nastawiona głównie na cudzoziemców zaczęła też przyjmować kobiety.
Pierwszą kobietą Polką, która ukończyła z dużym sukcesem naukę w Akademii Juliana była Anna Bilińska (jeszcze nie Bogdanowicz).
Nauka kobiet odbywała się na innych zasadach, niż nauka mężczyzn. Musiała być zorganizowana w innych pomieszczeniach niż nauka mężczyzn, bowiem rodziny młodych panien (przeważnie z dobrych domów) życzyły sobie, aby dziewczęta nie stykały się z mężczyznami. Nie mogła zaistnieć jakakolwiek wątpliwość co do przestrzegania zasad moralnych i właściwego prowadzenia się dziewcząt, tak, aby nie zrujnować ich szans na rynku matrymonialnym. Kobiety wiedziały, iż zamążpójście najczęściej wiązać się będzie z rezygnacją z malowania (mało który mąż skłonny był tolerować artystyczne aspiracje żony), a już macierzyństwo niemal je wykluczało, niemniej chciały przynajmniej spróbować. W końcu niewielu, ale jednak niektórym udawało się połączyć ścieżkę kariery z małżeństwem, a nawet macierzyństwem.
Bilińska Murzynka


Lekcje dla pań kosztowały dwukrotnie więcej, niż lekcje dla ich kolegów. Panie miały mniej zajęć (musiały doceniać, że w ogóle je mają), a ich prace były rzadziej poprawiane (rzadziej udzielano im rad). W Akademii uczą się przyszłe malarki, które nie mogą zapominać o tym, iż są kobietami i nie mogą złamać sztywnych norm określających ich kobiecość. „Stroje w zależności od okoliczności i pory dnia zmienia się niekiedy po cztery razy w ciągu jednej doby. Suknie dzienne są najskromniejsze, najmniej ozdobione plisami, falbanami, drapowaniami, a ich tren znacznie krótszy niż w kreacjach popołudniowych. Dobór odpowiedniej tkaniny, dodatków, dekoltu, musi uwzględniać skomplikowane zasady danej klasy społecznej, a odstępstwo od nich naraża dobre imię kobiety na szwank” (str. 45). Od panów nikt nie wymagał odpowiedniego stroju. Rewolucyjność Akademii polegała między innymi na tym, iż panie mogły malować żywych modeli, w tym niemal prawie nagich mężczyzn z zasłoniętymi częściami intymnymi oraz modelki z odkrytym biustem. Założyciel szkoły twierdził, że jego uczennice czasami dorównują uzdolnieniami panom. Pogląd rewolucyjny na owe czasy. A jakie to były czasy? Otóż jeszcze do niedawna kobieta nie mogła wyjść sama z domu bez męskiego towarzystwa, kobieta nigdy nie zasiadała na piętrze dwupiętrowego omnibusu, aby nie pokazać fragmentu łydki podczas wchodzenia na górę, zgodnie z zarządzeniem ministra spraw wewnętrznych nie wolno jej nosić męskiego stroju poza uprawianiem sportu rowerowego, zgodnie z kodeksem cywilnym kobieta winna mężowi posłuszeństwo, nie ma ona praw do czynności prawnych i nie może samodzielnie dokonywać transakcji finansowych. Dopiero od 1907 r. kobieta mogła dysponować owocami swej pracy. Zastanawia mnie, jakim sposobem udzielające lekcji rysunku czy też śpiewu panie otrzymywały wynagrodzenie, czyżby odbywało się to za pośrednictwem męskiego przedstawiciela rodu, czy też zaprzyjaźnionego pana.
Bilińska Portret rzeźbiarza w pracowni

I coś co mnie kompletnie zaskoczyło, aż do 1965 r. mężatka nie mogła sama otworzyć rachunku bankowego ani podąć zatrudnienia bez zgody męża. Naprawdę nie doceniamy, jak wiele osiągnęłyśmy, choć wciąż wielu panów chciałoby i dziś wtłoczyć kobiety w gorsety oraz widzieć w roli wyłącznie matki i żony (czytaj gosposi i kochanki).

Sporą część książki zajmują losy wspomnianej już Anny Bilińskiej. Nic dziwnego, była pionierką, w dodatku osiągnęła sukces, w jej ślady poszły kolejne malarki. Czytałam jej biografię, ale z ciekawością przeczytałam ponownie o losach kobiety, której udało się tak wiele osiągnąć. Od maleńkiego pokoiku, w którym nie można nawet rozłożyć sztalug po wystawy w prestiżowych lokalizacjach.
W listach do swej miłości Wojciecha Grabowskiego (też malarza) pisze „Mam maleńki pokoik – zaledwie 2 ½ metra długości, a 2 szerokości. Toż aby malować moją martwą naturę muszę się brać na sposoby. Najpierw musiałam złożyć łóżko- dało mi to prawie metr kwadratowy wolnego miejsca. Pod ścianą na przewróconym małym tłumoczku usiadłam sama, mając na piecyku żelaznym po lewej ręce, na kartonie rozłożone farby; po prawej, przed łóżkiem, gdyż siedziałam bardzo nisko, również farby i pędzle; nie dalej zaś nad jeden metr przede mną, na worku z koksem panoszyła się martwa natura - przepych koloru. Kwiat kupiony jeszcze w Wiedniu za osiem guldenów (umyślnie wypisuję cenę, która mnie przeraża) ciemno pąsowy na zielonym adamaszkowym tle, deska przykryta szafirowo-seledynowym aksamitem, na to rzucona czarna koronkowa chustka i cekiny złote. W opisie wydaje się papuzio nieco, a jak pięknie odcienia te harmonizują w naturze. Przede mną w równej dla braku miejsca odległości z przedmiotem malowanym stało płótno, ale jak: nie mam sztalug, wysunęłam tedy skośnie stolik, o który prostopadle oparłam deskę od paki, służącą mi obecnie za stolnicę, pod deską- wiadro z wodą pokryte płaskim ręcznym tłumoczkiem, na niem zaś dopiero płótno. Czyż nie skomplikowane sztalugi.”. Niedługo otrzymuje w dorocznym konkursie organizowanym przez Akademię drugą nagrodę (jako jedna z dwóch nagrodzonych kobiet). Następnie jej portret kobiecy zostaje przyjęty i wystawiony na salonie. Na tym samym Salonie, na którym nie chciano wystawiać impresjonistów. Jest to ten Salon, na którym skandal wywołuje Portret Sargenta Madame X, a także pokazywany jest Hołd Pruski Matejki. Anna pisze bardzo krytycznie impresjonistach, co jest tym dziwniejsze, iż sama niedługo zacznie eksperymentować ze światłem (Bretonka na progu chaty z1889 r. to jeden z moich ulubionych obrazów Bilińskiej). Przybyła do Paryża pod koniec 1882 r. już półtora roku później maluje dwa wybitne portrety, w tym chyba dziś najbardziej znaną Murzynkę, co jest o tyle ciekawe, iż obraz ten zaginął w czasie wojny i pojawił się dopiero w 2011 r. na aukcji w Berlinie. Dziś znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie, podobnie, jak większość zachowanych obrazów Bilińskiej. Natomiast pięć lat później zdobywa złoty medal i prawo do wystawiania na Salonie obrazów bez wcześniejszej kwalifikacji przez jury. Rozpoczyna się jej najlepszy czas, jest rozpoznawana we francuskich, angielskich, niemieckich kręgach sztuki, bywa porównywana do Holbeina, Halsa, Andrei del Sarto.
Bilińska Autoportret niedokończony
„Otrzymuje liczne zamówienia na portrety z paryskich kręgów arystokracji rosyjskiej i polskiej, galerie we Francji, ale też i w Londynie organizują jej indywidualne wystawy, co roku na Salonie jej obrazy zbierają pochwały” (str. 100). Kariera malarki zostaje niespodziewanie przerwana w wieku 39 lat. Umiera krótko po wyjściu za mąż za doktora Bogdanowicza. To mężowi, który dbał o spuściznę po żonie zawdzięczamy wiele informacji na temat Anny.

Czytałam biografie Stryjeńskiej, Boznańskiej, Mutter i Łempickiej może dlatego z większym zainteresowaniem skupiłam się na biografiach tych mniej znanych, tych, którym nie dane było zaistnieć w świadomości społecznej, a które podobnie, jak Anna kształciły się w Paryżu. Pierwsza z nich znana bardziej jako kochanka i matka, mniej jako malarka. Aniela Pająkówna była córką stangreta. Jej rodzina miała szczęście, iż trafiła do majątku Heleny i Mieczysława Pawlikowskich – on był pisarzem, dziennikarzem, taternikiem, założycielem pisma Nowa Reforma, mieli lewicowe poglądy i interesowali się sztuką. Anieli ufundowali stypendium i wysłali za granicę aby tam rozwijała swój talent.
Pająkówna Portret kobiety z kotem ( zdjęcie ze strony)

Aniela debiutuje na Salonie paryskim w 1889 r. studium chłopca. Jest ukształtowaną malarką, jednak nie udaje jej się osiągnąć dalszych sukcesów w Paryżu a zatem wraca w rodzinne strony,
Niestety Aniela poza niewątpliwym talentem była osobą niezwykle naiwną, a może spragnioną zainteresowania i uczuć, co spowodowało, iż była (jako protegowana Pawlikowskich i przez nich wspierana finansowo) niezwykle łakomym kąskiem. Początkowo padła ofiarą pisarza i krytyka literackiego, który rozkochał, deklarował małżeństwo, a potem wyłudził pieniądze, które miały stanowić jej posag. Aniela rzuca się w wir pracy, wystawia swoje płótna We Lwowie, Paryżu, Monachium, Wiedniu, Krakowie. Nie osiąga spektakularnych sukcesów, ale wyrabia sobie nazwisko. I wtedy poznaje Stanisława Przybyszewskiego, prawdziwego demona, rozkochującego w sobie kobiety. Jest wówczas żonaty z Dagny, ma romans z żoną Kasprowicza, ma piątkę dzieci z dwiema kobietami. Aniela zafascynowana jego osobowością ufa mu bezgranicznie i wierzy, że to ona będzie tą jedyną. Wspiera finansowo, znowu traci wszystkie pieniądze, zachodzi w ciążę i rodzi córkę Stanisławę (późniejszą autorkę Sprawy Dantona). Porzucona przez Przybyszewskiego ponownie znowu skupia się na malowaniu, jednocześnie zajmując się córką. Kobieta samotna z dzieckiem, malarka to ewenement.
Pająkówna Portret z córką (zdjęcie ze strony)
„Traci zamówienia na portrety, co więcej nie otrzymuje zgody na uczestnictwo w wystawach. Jej kariera malarska jest praktycznie skończona. W kręgach mieszczańskich XIX wiecznego społeczeństwa tego typu wyrzucanie poza nawias kobiet niezamężnych było powszechnie praktykowane. Łatka kobiety źle prowadzącej się niweczyła szanse na rynku matrymonialnym, ale też musiała być dotkliwa dla psychiki młodej matki, którą pogardliwie i ostentacyjnie lekceważono” (str.142). Aniela mogła ukrywać ciążę, mogła też oddać dziecko na wychowanie matce lub zamężnej siostrze, a jednak nie zrobiła tego, poświęciła się wychowaniu córki, nawiązała bardzo ciepłą relację z dzieckiem i nadal usiłowała malować. Namalowała bardzo nietypowy Autoportret z córką, w którym widać więź z dzieckiem i bliską relację. Otrzymując stypendium od swych mecenasów przeniosła się za granicę, gdzie nadal malowała wychowując córkę od czasu do czasu próbując nawiązać stosunki z ojcem dziecka (bezskutecznie). Pod koniec życia zamieszkała w Paryżu, gdzie wystawiała swoje prace na salonie niezależnych. Umiera w wieku 48 lat pozostawiając 12 letnią Stasię pod opieką krewnych. Zachowało się niewiele prac Anieli Pająkówny, wiele zaginęło w czasie wojny i znane są czasami z fotografii, a czasem tylko z opisu. Jednak te prace, które się zachowały pokazują, iż była nieprzeciętną malarką, a jej życiorys świadczy o tym, że była też nietuzinkową osobą, która dla swych aspiracji nie porzuciła dziecka, nie poddała się i potrafiła łączyć rolę matki z byciem malarką.
Halicka Lekcja czytania

Kolejną nie tak dobrze znaną malarką (jak wyżej wspomniane panie Olga, Zofia, Tamara, Mela) jest Alicja Halicka. Wiele świadczy o tym, iż była pierwszą malarką kubizmu, jednak podporządkowując się woli męża Ludwika Markusa (Marcousis) malarza kubisty ustępuje mu pola. Twierdził on, iż jeden kubista w rodzinie wystarczy. „W latach 1913-1916 Alicja jest jedną z pierwszych artystek, które tworzą zgodnie z regułami kubizmu. Gdyby nie to, że obrazy te pokazane zostaną światu kilkadziesiąt lat po ich powstaniu, nazwisko Halickiej znajdowałoby się we wszystkich opracowaniach dotyczących kubizmu” (str. 281). Halicka nie potrafiła wyjść z cienia męża nie chcąc z nim konkurować, ale zajęła się innymi dziedzinami sztuki, w których mogła się realizować. Robiła kolaże, projektowała kostiumy sceniczne, ilustrowała książki, zajmowała się scenografią. Po urodzeniu córki malowała, ale jedynie w domu (męża przy pracy, dziecko, służącą). To dzięki jej pracy mąż mógł poświęcać się sztuce, to jej projektom tkanin i wzorom tapet zawdzięczają utrzymanie. Dodatkowo Halicka dzięki swym kolażom (trójwymiarowym scenkom zwanym wytłaczanymi romansami) zyskała rozpoznawalność i zainteresowanie. Potrafiła znaleźć dla siebie taki rodzaj działalności twórczej, w którym mogła się realizować. Namalowany przez nią cykl obrazów krakowskiego Kazimierza został wystawiony w galerii Drouet, co przyniosło jej dalsze artystyczne propozycje.
Polki na Montparnasie to ciekawa pozycja dla osób zainteresowanych sztuką. Można tu odnaleźć biografie wielu polskich artystek (poza wspomnianymi wcześniej Maria Dulębianka, Irena Reno, Zofia Stankiewiczówna), przy czym nie są to spisane odrębnie życiorysy, a przeplatające się losy kobiet. Zawierają tak wiele informacji, że dobrze książkę mieć na półce, aby móc do niej sięgać w razie potrzeby.
Halicka Tancerki

Paryż dał tym wszystkim kobietom ogromną szansę, wyrwania się spod kurateli ojców, rodzin, społecznych oczekiwań, ale przede dał im wszystkim możliwość kształcenia i rozwoju, malowania i wystawiania swych prac. Dał dużo większą swobodę i poczucie wyzwolenia, mogły żyć tak jak chciały. I choć nadal był to świat zarezerwowany dla mężczyzn i żadna z malarek nie zyskała sławy dorównującej sławie mężczyzn to dziś po latach ich nazwiska wyłaniają się z cienia i przebiją do naszej świadomości.

Halicka Wytłaczane romanse (kolaże)
Zdjęcia są mego autorstwa, poza zdjęciami obrazów Pająkówny, których nie miałam okazji oglądać w galeriach, zgodnie z informacją na stronie, z której je pobrałam pierwsze znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie, drugie w Krakowie. Widocznie nie miałam okazji na nie trafić. 

niedziela, 9 marca 2025

Królowa Watykanu Prawdziwa historia Olimpii Maidalhini Eleanor Herman

Wydawnictwo Jeden Świat 2019
Rok zaczęłam od lektur o silnych kobietach. Otrzymaną od Mikołaja Histerię sztuki Sonii Kisza  przeczytałam dość szybko uświadamiając sobie, jakie to szczęście, iż przychodząc na świat kobietą urodziłam się w XX wiecznej Europie. Czytałam o Artemisii Gentileschi, która chcąc dochodzić w sądzie sprawiedliwości (choć, czy to ona chciała jej dochodzić, czy szanowny ojczulek chciał pieniężnego zadośćuczynienia od sprawcy gwałtu nie wiadomo) została poddana torturom. Należało się przekonać się, czy panna sobie czegoś nie zmyśliła, tudzież, czy wina nie leży po jej stronie. Nic w tym dziwnego uważano bowiem, że kobiety same sobie są winne tego, co je spotykało (czy dziś jest inaczej?). Czytałam o tym, iż w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku (XX) we Włoszech gwałciciel który zadeklarował chęć małżeństwa nie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Czytałam i nie mogłam uwierzyć. 
Dlatego z radością przeczytałam książkę o kobiecie silnej, może nawet apodyktycznej, ale kobiecie która w drabinie społecznej wspięła się wyżej niż nie jeden mężczyzna. Udało jej się zostać na pewien czas nieformalną głową kościoła katolickiego. I to kiedy? Jest przełom XVI i XVII wieku. Czas, w którym kobiety traktuje się, jak zło konieczne. Nie ma większego nieszczęścia, niż to, kiedy w rodzinie przychodzi na świat kolejna dziewczynka. Kłopot dla ojca. Trzeba będzie szykować posag zarówno wtedy, kiedy będzie się chciało ją wydać za mąż, jak i wtedy, kiedy trzeba będzie ją wysłać do klasztoru. Innej drogi dla niezamężnej kobiety, która nie przekroczyła czterdziestego roku życia nie było. Nie mogła zostać w domu.
Lektura tej opowieści zaskoczyła mnie pozytywnie, bowiem sądząc po okładce spodziewałam się raczej beletrystyki, fikcji bazującej na nośnym temacie. Tymczasem autorka wykazała się dużą znajomością tematu. Jest rys historyczny, tło społeczno-obyczajowe, no i jest porządna biografia Olimpii Maidalhini.
Kiedy Olimpia przyszła na świat ojciec miał plan – klasztor, tam zamknie swoje trzy córki. I tam był potrzebny posag, ale o wiele mniejszy, niż w przypadku zamążpójścia. W dodatku dziewczęta będą się modlić o łaski w życiu wiecznym dla rodziny. Świetny interes, my cię zamkniemy w więzieniu, bo ówczesny klasztor niewiele różnił się od więzienia, a ty dziewczyno módl się, abyśmy dostąpili chwały życia wiecznego.
A co wówczas myślano o kobietach - otóż ich pożądanie było niezaspokojone w odróżnieniu od sennego libido mężczyzn i gdyby im dać zbyt wiele wolności zgwałciłyby wszystkich mężczyzn, dlatego dziewczęta należało trzymać z daleka, najlepiej pod kluczem (w domu ojca, męża lub klasztorze), aby społeczeństwo pozostało czyste i nieskalane. To wydaje się dziś nieprawdopodobne, a jednak było niestety prawdziwe. Niewyobrażalne było, aby kobiety żyły same niezależnie od mężczyzn - chyba, że owdowiały i miały ponad czterdzieści lat, bo zdaniem ówczesnych w tak zaawansowanym wieku były już na tyle wyschnięte, że ich części intymne obracały się w piach. (Str. 29)
Niestety Oliwia okazała się krnąbrna i niewdzięczna i sprzeciwiła się woli ojca. Miała szczęście iż kilka lat wcześniej ukazało się orzeczenie Soboru Trydenckiego o niemożności zmuszenia kobiety do życia w klasztorze. Oliwia złożyła donos na własnego ojca, zadenuncjowała też namawiającego ją do życia w klasztorze księdza. Ba oskarżyła go nawet o molestowanie. Okrutne? - może i tak, ale nie miała wyboru, był to jedyny sposób uniknięcia zamknięcia za kratami na całe życie.
Poza silnym charakterem Oliwia miała ponownie sporo szczęścia, znalazł się bowiem bogaty i dość młody człowiek, który zapragnął ją poślubić, a do tego poprzestał na znacznie niższym niż zwyczajowo posagu. Niestety zarówno mąż, jak i syn zmarli przedwcześnie. Oliwia została bardzo młodą wdową, młodą i majętną. Zbyt młodą, aby żyć samej. Ogłosiła zatem, że poszukuje męża. Pieniądze już miała, teraz zapragnęła szlachectwa. A najłatwiej było je znaleźć w Rzymie, gdzie wiele dostojnych rodów mocno podupadło. Trafiła na rodzinę Pamhilij, zubożałą posiadającą tytuł i poważanie, bowiem z ich rodu wywodziło się paru dostojników duchownych i świeckich. Z dwóch braci młodszy Giovani Gianbatista był księdzem i prawnikiem kanonicznym, zaś starszy niemal pięćdziesięcioletni był tak biedny, iż nie było go stać nawet na opłacenie siana za swoje trzy konie (cały jego majątek). Olimpia nie potrzebowała pieniędzy, potrzebowała szlachectwa i poważania. Poślubiła zatem starszego brata i przez cały czas robiła wszystko, aby młodszy mógł się piąć po szczeblach kariery duchownego. W tych czasach posiadanie biskupa, albo co lepsze kardynała to była wygrana na loterii. Cała rodzina była zabezpieczona do końca życia.
Oliwia organizowała przyjęcia, przedstawienia, bale, dawała prezenty, schlebiała tym duchownym i ich rodzinom, od których poparcia zależało, kto zostanie najpierw nuncjuszem papieskim, potem kardynałem, aż wreszcie papieżem. Posiadanie w rodzinie nuncjusza, czy kardynała było nobilitacją. Nie mówiąc o widokach na lepsze miejsce w niebie, dawało o wiele lepszą pozycję na ziemi. Można bez przesady stwierdzić, iż to właśnie Oliwii zawdzięczał Giovanni papiestwo. Bardzo dobrze się dogadywali, o wiele lepiej niż z mężem, który jednak tolerował podporządkowanie życia rodziny karierze brata. Były podejrzenia, iż Oliwię poza interesami, przyjaźnią łączyło z bratem męża coś więcej. Podejrzenia te nie zostały jednak potwierdzone w jakikolwiek sposób.
Popiersie Olimpii w Galerii Doria Pamphili


Jaka była Oliwia? ambitna, żądna władzy i zemsty, okrutna i bezwzględna. Pragnęła zemsty na ojcu i społeczeństwie, które chciało decydować za nią. Tego, że chciano ją wbrew woli posłać do klasztoru nie wybaczyła nigdy (ani ojcu, ani potem Innocentemu). Jako zamożna kobieta, ilekroć wyjeżdżała i musiała powierzyć komuś zarząd majątkiem wyznaczała do tego matkę, nigdy ojca. Nie będę streszczała biografii Olimpii dość dodać, że koleje jej losów były zmienne, od poważania, bogactwa, nobilitacji po niełaskę i powrót do władzy.
Oliwia robiła to, co robili wszyscy mężczyźni mający władzę, w zamian za łapówki załatwiała posady, korzystne decyzje, budowała sieć wzajemnych powiązań, zawiązywała koalicje najpierw aby wynieść szwagra na tron Piotrowy, a potem, aby po jego śmierci zapewnić sobie bezpieczeństwo. Nie cieszyła się uznaniem. Duchownych oburzało nie tylko to, że miała wpływ na decyzje papieża, ale i to, że miała nieograniczony do niego dostęp o każdej porze dnia i nocy.
Czytałam z dużym zainteresowaniem. Nie dość, że zawsze interesowały mnie papieskie rody, hipokryzja pokazująca, jak dalece życie głowy kościoła katolickiego odchodziło od nauk duchowych przezeń głoszonych, to jeszcze trafiłam na kobietę, która powinna być niewidzialna, a tymczasem była nieformalnie papieżem, zwierzchnikiem całego grona purpuratów. Zadziwiające jest dla mnie, jak Innocenty X, który na portrecie namalowanym przez Velasqueza wygląda na zdecydowanego i silnego dostojnika kościelnego dał się prowadzić kobiecie i mimo może i dobrych chęci doprowadził Watykan niemal do ruiny i moralnej i finansowej. Pozwolił na otoczenie przez Olimpię opieką rzymskich prostytutek i korzystania przez nie z herbu rodu Pamhili, na wypędzenie syna i jego żony z Rzymu, wprowadzenie jako kardynałów do Kościoła jej protegowanych (jednego głupszego od drugiego). Spekulowała zbożem, ukradła relikwie, skłóciła papieża z siostrą. Rozdawała urzędy, za pieniądze załatwiała każdą sprawę, nawet najbardziej niegodziwą. Sam Innocenty jak na siedemnastowiecznego papieża był właściwie nieprzekupny. Owszem, jak wszyscy brał i dawał łapówki w drodze na szczyt, ale nigdy nie oskarżono go o okradanie Kościoła i zawsze żył wstrzemięźliwie. (str. 221). Jak zatem Innocenty mógł pozwolić na takie zachowanie? Wiedział, że to jej zawdzięcza tron Piotrowy i lubił ją.
Poza historią Olimpii można poznać wiele ciekawostek z okresu przełomu XVI i XVII wieku, jak np. te iż po wyborze kandydata na papieża było przyzwolenie na zabieranie z jego posiadłości wszystkiego co cenne (przy czym za cenne uważano nie tylko kosztowności, czy dzieła sztuki, meble, ale też odzież począwszy od tej odświętnej po bieliznę). Jednak bardziej zszokowało mnie to, iż po śmierci papieża okradano go ze wszystkiego do tego stopnia, iż wydzierano nieboszczykowi spod głowy poduszkę, zdejmowano buty, koszulę i leżał nieborak niemal całkiem nagi na gołej ziemi, gdyż łoże też zabierano (że o kosztownościach nie wspomnę).

Spuściznę rodu Pamphili można dziś oglądać w olśniewającej Galerii Doria – Pamphili, gdzie znajdują się zagrabione skarby Olimpii i jej spadkobierców. Dzieła Rafaela, Tycjana, Tintoretta, Brueglów zdobią ściany Galerii. No i on portret Innocentego pędzla Velasqueza. Tam też możemy zobaczyć popiersie Olimpii dłuta Alessandro Algardi (zdjęcie wyżej).

środa, 21 sierpnia 2024

Mela Muter Gorączka życia Karoliny Prewędzkiej oraz moje spotkania z obrazami Muter

Wydawnictwo Fabuła/Fraza w-wa 2021 r.
Nie jest to typowa biografia, choć elementów biograficznych w niej sporo. Są to krótkie kilkustronicowe rozdziały poświęcone malarce na tle znajomych, rodziny, ukochanych, no i przede wszystkim obrazów.
Autorka poszukuje prawdy o Melanii poprzez stosunek otoczenia do malarki a także analizę jej dzieł. To bogate źródła informacji o człowieku, zarówno tym, który spoza ram portretu spoziera, jak i tym, który stoi przed sztalugą.
Jest tu bardzo ciekawe tło artystyczne, czasami mam wrażenie, że autorka troszkę odchodzi od tematu, bo tło wysuwa się na pierwszy plan, a sama Melania ukryta jest gdzieś z tyłu. Nie jest to jednak zarzut w stosunku do książki, bo czyta się ją z dużym zainteresowaniem. Początkowo raził mnie nieco styl autorki, jednak z czasem się doń przyzwyczaiłam. Oszczędny, reportażowy, czasami równoważniki zdań.
Opowieść zaczyna rozdział poświęcony Ignacemu Łopieńskiemu, który jako jeden z pierwszych malował Muter. Czytałam z przyjemnością, na co wpływ miała zapewne moja wizyta w 2019 r. na wystawie poświęconej temu malarzowi, grafikowi i rysownikowi, a zatytułowanej Wystawa, której nie było. Miała się odbyć we wrześniu 1939 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie, jako wystawa poświęcona pięćdziesięcioleciu pracy twórczej Ignacego Łopieńskiego. Z wiadomych względów nie doszła do skutku. Odbyła się osiemdziesiąt lat później. Wśród eksponatów przeznaczonych na wystawę znalazły się dwie grafiki - portrety Meli Muter. Zaginione w czasie wojny powróciły do Polski po latach. Na pierwszym Mela jest bardziej wyrazista, realna, drugi to raczej jej zarys- szkic wskazujący ulotność artystki.

Dwa portrety Meli autorstwa Ignacego Łopieńskiego (z wystawy, której nie było w Muzeum Narodowym Warszawa 2019 r.)

Mela (ur. w 1876 r.) pochodziła z bogatej żydowskiej rodziny Klingslandów, jej ojciec był właścicielem domu handlowo-spedycyjnego przy ulicy Marszałkowskiej 129. Lubił i cenił sztukę, wspierał młodych literatów. W jego domu przy ulicy Leszno 28/12 bywali Staff, Reymont i Kasprowicz. Melania była już mężatką od czterech lat, kiedy namalowała portret Staffa. Połączyło ich głębokie uczucie. Twarz poety wyłania się z ciemnego tła, a poza nią jedynym jasnym punktem jest maska pośmiertna paryskiej samobójczyni (ma ona rysy Meli w nawiązaniu do źle ulokowanego uczucia). Znajomość trwała kilka lat, finalnie malarka postanowiła ratować małżeństwo.
Portret poety zdjęcie z książki
Mela miała sporo szczęścia, ani jej ojciec, ani potem mąż (Michał Mutermilch) nie sprzeciwiali się karierze malarskiej. Uczęszczała na kursy do Szkoły Rysunku i Malarstwa Miłosza Kotarbińskiego w Warszawie, jedne z pierwszych, na których mogły kształcić się także kobiety.
Pierwszy swój autoportret namalowała w stylu podziwianego Jamesa Whistlera. Autoportret w świetle księżyca jest taką romantyczną wizją dziewczyny w białej długiej, prostej sukni nad jeziorem oświetlonej księżycowym blaskiem.
Pani Karolina Prewędzka bardzo pięknie oddaje klimat warszawskiej
W świetle księżyca (zdjęcie z książki)

dzielnicy żydowskiej podzielonej na dwa światy; ten lepszy zamieszkany przez najpobożniejszych i konserwatywnych żydów, rabinów i bogobojnych wyznawców judaizmu i tamten drugi, gwarny, hałaśliwy, otwarty na świat. W tamtym świecie był nieustanny rejwach. Mieszały się języki, przenikały kultury, bieda z bogactwem, religijność z nowymi prądami politycznymi. I w tym drugim świecie dorastała Mela.
Podobnie było w Paryżu. Małżonkowie żyją w otoczeniu paryskiej bohemy, spotykają się w kawiarniach, na wystawach, na uczelniach i na kursach, wszyscy żyją obok siebie i czerpią od siebie na wzajem. Mela początkowo uczęszcza na zajęcia do Akademii Colarossiego (gdzie studiowała też Camille Claudel), później do Akademii Grande Chaumiere, gdzie uczyła Boznańska. Wynajęła pracownię na Montparnasse. W tym czasie jej portret namaluje Bolesław Nawrocki, człowiek z którym będzie przyjaźniła się całe życie, człowiek którego syn i synowa zaopiekują się malarką w ostatnim okresie jej życia i zadbają o spuściznę po malarce.

Dużą rolę w artystycznym rozwoju Meli odgrywało środowisko, w jakim dorastała i w jakim potem żyła i tworzyła. Był to konglomerat, w którym przenikały się prądy społeczno-polityczne, nurty artystyczne, różnorodność religijna. To wszystko w połączeniu z indywidualizmem malarki poszukującej własnej drogi, czasami pod prąd powszechnym oczekiwaniom przyniosło jej rozgłos i uznanie środowiska. Miała szczęście spotykając na swojej drodze osoby, które doceniły jej twórczość i organizowały wystawy. Po wystawach w warszawskiej Zachęcie, Krakowie i Lwowie, doszły te w Paryżu, Barcelonie, Gironie, Lyonie, Marsylii, Kolonii, Oslo, San Francisco i Nowym Yorku. 
Nie widać jej na fotografiach z najbardziej znanych wówczas artystycznych kawiarni Le Dome i La Rotonde, wolała poświęcać czas na malowanie, czy bycie z rodziną, spotkania na wystawach. Była bardzo rodzinna, starała się często odwiedzać rodzinę która pozostała w Warszawie, czy też tą która podobnie jak ona podróżowała po Europie.
Kiedy kariera malarska kwitnie jej małżeństwo jest w impasie, każdy z małżonków żyje swymi pasjami, osobno. Mela nie zaniedbuje syna Andrzeja. Nie poświęca mu może zbyt dużo czasu zajęta malowaniem i przygotowaniami do kolejnych wystaw, często pisują do siebie listy.
Uczyła się od najwybitniejszych, jednak zawsze twierdziła, że „częściej niż do szkół chodzi do pracowni innych malarzy, rzeźbiarzy, grafików. Zawsze już będzie mówić, że jest artystycznym samoukiem i najwięcej zyskała dzięki bezpośrednim kontaktom z wielkimi twórcami oraz wyjazdom i zapatrzeniu w krajobraz oraz w zwyczajnych ludzi i ich codzienny świat” (str. 83)
Mela malowała portrety osób, których wygląd ją zaciekawił, którzy nie byli posągowo piękni, ale w których dostrzegała jakieś ukryte piękno, ciekawiły ją osoby, które malowała (jak dziewczynki z sąsiedztwa, z których jedna była ociemniała, niewidomy żołnierz czy olbrzym karzeł). Często maluje portrety, ale kiedy męczy ją nadmiar ludzi i zamówień sięga po inne tematy (drzewa, które uczłowiecza), kwiaty (które uwielbiała, od nich zaczęła się jej znajomość z Rainerem Marią Rilke i na nich zakończyła, kiedy to zasuszone wsadziła do koperty z jego adresem w dniu jego śmierci), woda, skały i schody. Miała bogate życie; osiągnęła sławę i sukcesy, jednak końcówkę życia spędziła w osamotnieniu i niemal nędzy. Tylko staraniom Bolesława Nawrockiego juniora (syna malarza, który namalował je portret w 1903 r.) i jego żony zawdzięczać możemy zgromadzenie sporej kolekcji dzieł malarki. Kolekcji przekazanej na przechowanie różnym przypadkowym osobom zagrażało bezpowrotne zaginięcie. Dziś możemy cieszyć oczy jej pięknymi pejzażami i portretami. Ci, którzy znają jej malarstwo z chęcią uzupełnią wiedzę o Melanii czytając Gorączkę życia, a ci którzy go nie znają być może po lekturze książki zainteresują się obrazami. Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny
Po raz pierwszy zwróciłam uwagę na obraz Mutter w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Poniżej kilka obrazów Meli z mojej osobistej kolekcji pamięci:
W prowansalskim miasteczku MN Poznań


Kobieta paląca papierosa MN Poznań


Nie jest to piękność, ale twarz, czy też postawa musiały zainteresować Melę na tyle, że chciała ją namalować. 

Snopki siana MN Lublin


Burza w porcie Muzeum Morskie Gdańsk 


Portret starej kobiety Villa La Fleur
Kolejny obraz przedstawiający macierzyństwo (jeden z ulubionych tematów Meli) Villa La Fleur
Schody, które też lubiła malować Villa La Fleur
Kolejna ciekawa postać Dziewczyna z kotem Villa La Fleur
Platany w Awinionie Villa La Fleur
Platany nad rzeką Sorgue Villa La Fleur

Kolejny motyw schodów Villa La Fleur
jeden z wielu obrazów przedstawiający kwiaty Martwa natura ze słonecznikami Villa La Fleur

Matka z dziećmi Villa La Fleur

Jak widać z załączonych zdjęć jeśli chcemy poznać malarstwo Meli Muter najlepiej wybrać się do Villi La Fleur w Konstancinie (o której pisałam już tu i tu). 
To oczywiście zaledwie ułamek zdjęć jakie zrobiłam, a zrobiłam zaledwie kilkanaście w (o ile mnie pamięć nie myli) dwóch salkach poświęconych malarce. 

 I jeszcze ostatni rzut oka na salkę