Francuska kawiarenka literacka
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 4 lutego 2024
Łódź w Ziemi obiecanej Reymonta
piątek, 5 sierpnia 2022
Iść ciągle iść za marzeniem, czyli Lord Jim Conrada
Lord Jim, zanim został gdzieś w głuszy półwyspu Malajskiego nazwany Lordem był młodym podoficerem pływającym na statku z pielgrzymami. Od dzieciństwa marzył o bohaterskich czynach, które staną się jego udziałem, niestety w chwili próby zawiódł. Czy to z powodu nadmiaru bujnej wyobraźni, czy też na skutek całkiem ludzkiego strachu w chwili próby Jim nie zachował się tak, jak należy.
Kiedy statek wpłynął na przeszkodę i groziło mu zatonięcie Jim wyobrażając sobie panikę i chaos, jaką wywoła to w kilkuset pogrążonych we śnie pasażerach nie zrobił kompletnie nic. Stał wbity w miejsce i z obrzydzeniem obserwował swego kapitana i jego pomocników, którzy szykowali się do ucieczki. Jim potępiał ich tchórzostwo. On zamierzał utonąć razem z pozostałymi. Dróg ratunku nie dostrzegał, skoro łajba nie miała wystarczającej ilości szalup.
Jednak w ostatniej chwili wyskoczył do opuszczonej na wodę szalupy. Może czyni to ze strachu, do którego nie potrafi się przyznać nawet przed sobą. Od tej pory wyrzuty sumienia stale go prześladują. I nie będzie miało żadnego znaczenia, że pasażerów statku uratowano.
Jim jest niezwykle ludzkim bohaterem, popełnia straszny, okrutny błąd, ulega strachowi bądź to przed własną wyobraźnią (jak sam chce wierzyć), bądź takiemu rzeczywistemu, paraliżującemu strachowi, którzy nakazuje walczyć o życie w chwili bezpośredniego zagrożenia.
Jim jest człowiekiem skomplikowanym, pełnym sprzeczności, niezrozumiałym, zwłaszcza, kiedy jako jedyny wśród członków załogi, którzy uciekli z tonącego statku stawi się przed sądem, aby ponieść za swój czyn odpowiedzialność. Choć uważa, że nie popełnił błędu, to poczucie honoru nakazuje mu stawienie czoła sytuacji. Nie mógłby uciec ponownie. To poczucie utraconego honoru, które będzie mu nakazywało ciągłe poszukiwanie okazji do naprawienia błędu stanie się niezrozumiałe nawet dla tych kilku osób, których zainteresuje los Jima, i które będą mu życzliwe.
Wydaje się, że jedynie Stein, bogaty i szanowany kupiec rozumie go tak naprawdę, nazywając romantykiem, wiernym zasadom. To on powie, iż najważniejszym jest Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem - i tak wiecznie, aż do końca.
Jim od najmłodszych lat pragnął zostać bohaterem, uratować kogoś z opresji, los dał mu na to szansę, wystarczyło jedynie zostać na statku wraz z jego pasażerami i zostałby okrzyknięty bohaterem, a on tej szansy nie wykorzystał. I już całe życie będzie nosił piętno tego, który postąpił niehonorowo, nie tyle w opinii innych, co własnej. Jim nabiera wiatru w żagle po spotkaniu Marlowa (narrator), który wskazuje mu szansę sprawdzenia się. On tej szansy nie zmarnuje. I choć Jim tym razem nie popełni błędu, to los postawi go przed kolejnymi dylematami.
Lord Jim
jest wymagającą lekturą, pisaną z pozycji kilkorga narratorów, bez zachowania
chronologii czasowej co nie ułatwia odbioru, a jednak trud włożony w lekturę
wynagradza czytelnikowi interesującymi dylematami moralnymi.
Tak, potwierdzam przeczytaną u Marlowa (Galeria Kongo) konkluzję, iż tej książki się nie zapomina.
Stawia wiele pytań, nie udzielając na nie odpowiedzi. Możemy sami poszukać argumentów na usprawiedliwienie, lub potępienie Jima, a możemy też dojść do wniosku, że bywają sytuacje, w których nie ma dobrych rozwiązań. A może pytania są ważniejsze od odpowiedzi.
Jako niepoprawna romantyczka uważam, że trzeba iść za marzeniem, iść ciągle iść, aż do końca. Nawet, jeśli do dla innych niezrozumiałe.
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego wyzwania u Anny.
poniedziałek, 31 stycznia 2022
Komediantka Władysław Reymont
.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
poniedziałek, 26 kwietnia 2021
Klucze Maria Kuncewiczowa
Poetycki dziennik tułaczki po Europie, którą autorka
obyła z powodu wybuchu wojny. Klucze to opisy wędrówki przeplatane ze wspomnieniami; momentami pięknymi, momentami bolesnymi,
ale zawsze nostalgicznymi. Fragmentaryczne obrazy świata, z których każdy wart
jest utrwalenia tworzą złożoną kompozycyjną całość ilustrującą pewien wycinek
dziejów. Można odnieść wrażenie, iż
pisarka będąc w środku wydarzeń jest jednocześnie obok nich, może dzięki temu
dostrzega to co niedostrzegalne dla innych, a może sprawia to jej wrażliwość. Rozczarowany będzie czytelnik szukający w lekturze reporterskiego zapisu faktów.
Dlaczego zostawiali mieszkania, domy, wspomnienia,
rodziny i znajomych i jechali w niepewne... Czy bezpieczniej było wyjechać, czy zostać i czy robiło się to dla zapewnienia poczucia bezpieczeństwa. Pytania bez odpowiedzi.
Niekoniecznie najpodlejsi uciekali - czasami uciekali najczulsi. Ci którym sufit nigdy nieba nie zastępował. Którzy leżąc wieczorem w łóżku, słyszeli rytm ciał niebieskich i wtedy zapominali o gotówkowym obrocie. Ci którym niebo, wolne od nienawiści, potrzebne było do życia. (str.27)
Czy jest to pewnego rodzaju usprawiedliwienie? A może próba odpowiedzi tym, którzy wywodzili swą wyższość z samego faktu pozostania.
Po lekturze zostają obrazki.
Bukareszt – kolejki w ambasadzie i stosunek mieszkańców do przybyszów.
To, że teatr Wielki i Zamek, i Zachęta leżały w gruzach, że spod płyt chodników warszawskich ciągnęło trupami, że Polska znowu zniknęła z mamy, nie mogło jeszcze w październiki 1939 roku dezorganizować herbat w Bukareszcie. Ich teatry, zamki, wystawy funkcjonowały, romanse, choroby szły normalnym trybem, dzieci wracały z wakacji, nieboszczyków grzebano wśród chryzantem i pieśni. Rumuni mieli sobie mnóstwo do powiedzenia po wyjątkowo pięknym lecie, u progu zimowego sezonu (str.67)
Patrzyli na nas z nabożeństwem, jak na wypróbowanych aktorów tej samej tragedii, której bali się zostać prowincjonalnymi komparsami. […] Proponowali adopcję naszych dzieci. Jedyna słabostka na jaką sobie pozwalali, to nadzieja, że i tym razem podejmiemy się na wschodzie Europy wszystkich ról tragicznych. (str. 68)
Paryż – matura, którą polecono zdawać młodzieży nierzadko mającej już zdane świadectwo dojrzałości w boju.
We wrześniu katastrofa narodu pochłonęła osobiste dzieje i wielu uczniów przemieniło się wtedy w żołnierzy. Zimą we Francji niektórych odesłano z obozów wojskowych do liceum. […] W polskim ministerstwie oświecenia gestapo założyło swój sztab. Szczury, nietoperze i pająki kształciły się w warszawskich szkołach. A oni, na Quai d`Orleans, siadywali zatopieni w romantykach i w Małym roczniku statystycznym, równie nieaktualnym jak „Promethidion” Cypriana Kamila. Podręcznikowa historia zatrzymała się na datach sprzed Września, geografia szkolna nie znała miejsc, które dzienniki drukowały tłustym drukiem, spory Gwelfów z Gibellinami oraz logarytmy zachowały ważność, bohaterowie tragedii klasycznych teraz właśnie odsłaniali swoje sekrety. Młodzież – ćwicząc mózgi na te lata, kiedy wyobraźnia miała stanowić jedyną broń wobec tyranii narodów i społeczeństw – bardziej współczuła Antygonie czy Konradowi niż Weygandowi, Starzyńskiemu czy Wilhelminie Holenderskiej (str. 111/112)
Paryż to oczywiście nadzieja i śmierć nadziei na braterstwo broni.
Londyn - gdzie za dnia o wojnie przypominały jedynie tabliczki z informacją o nalocie powietrznym, a noce spędzano w podziemiach metra.
Po restauracjach orkiestry nie przestawały grać, kelnerzy krążyć z tacami. Kapelmistrz, czasami piccolo, prezentował publiczności tablicę z napisem „Air raid” kłaniając się, jak gdyby te słowa były nazwą popularnego szlagieru- nikt oczywiście nie wychodził. Na seansach codziennych w kinie te słowa zjawiały się pośród ekranu, przecinając akcję, jak pomylony komentarz. I uwaga publiczności, niecierpliwie wracała do akcji. Goście nie przerywali wizyt, lekarze auskultacji, księża nabożeństw, nauczyciele lekcji, zakochani transu. Wyglądało na to, że życie, które ma się do stracenia w dzień, nie jest warte obrony ani żalu. (str. 130).
Angielska herbatka- której nie powinno zakłócać się rozmowami o wojnie.
Zobaczyłam ten moment, kiedy na stoliczku przede mną roztoczona zostanie wytworność angielskiej herbaty, na którą złożą się posagi babek, łupy kolonizatorów i obrzędowe gesty pani domu. Zobaczyłam staranny uśmiech wdowy i jej gorliwą chęć przyjęcia gościa, poczułam zapach róż i usłyszałam pytanie; Czy była pani w tym tygodniu w Londynie?” Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że tych pytań będzie dużo, że będą następowały po odpowiedziach bardzo szybko …..bo wdowa będzie się śmiertelnie bać, żebym nie zaczęła mówić o tej strasznej Warszawie; i swego strachu będzie się mężnie zarzekała. Aż wreszcie – kiedy wypijemy po dwie filiżanki angielskiej herbaty, kiedy wypróbuję wszystkie gatunki ciast i zbiorę się do wyjścia- jej napięte rysy zelżeją, czoło się wygładzi, pierś swobodnie odetchnie. (str. 168)
I wreszcie obrazek starej Angielki - monografistki polskich romantyków, która dzień w dzień, za grubą kotarą oddawała się studiom Homera, Wergilego i Dantego, Mickiewicza, Słowackiego, Krasickiego, Norwida (pracy odkrywania i powiększania świata, kiedy niemieccy lotnicy co dzień ten świat pomniejszali o kilka dusz i skrawek zniszczonej ziemi). Jej życie pięknie spuentowała pisarka - z sumiennością odrabiała zadania, których jej nikt nie powierzał, a sytość duszy uważała za dobrą zapłatę (nieco zmodyfikowany cytat ze strony 139).
A pomiędzy tymi podróżami wspomnienia warszawskiego mieszkania i kazimierskiego domu.
Książka napisana przepięknym językiem, z
licznymi odniesieniami literackimi i historycznymi. Opowiada o sprawach bolesnych w sposób lekki,
bez niepotrzebnego epatowania dosłownością i bez patosu. Jedyny mankament to częste wtrącenia w obcych językach
bez odniesień do ich tłumaczenia. Dla mnie dodatkową zaletą jest wspominanie miejsc, które znam i historii, które są mi bliskie.
A kiedy mowa o nostalgii to wspominam z tęsknotą czas, kiedy brałam udział w wyzwaniu czytelniczym miesiąc z Marią które wymyśliła Lirael, autorka cudownego, niestety nieaktywnego już bloga Lektury Lirael To jej zawdzięczam odkrycie Cudzoziemki, którą zaliczam do jednej z najlepszych powieści, jakie czytałam.
środa, 14 kwietnia 2021
Utracona cześć Katarzyny Blum Heinrich Böll
Słowa, które ranią, słowa, które niszczą, słowa, które zabijają - o tym jest ta krótka opowieść. O przemocy słownej, która doprowadziła do tragedii. Temat dziś może nawet bardziej aktualny niż w roku wydania książki (1974).
Historia Katarzyny Blum
może być historią każdego z nas, bo oto nagle w życie zwykłej gospodyni
domowej, osoby uczciwej, pracowitej i może nawet nieco pruderyjnej wkracza "dziennikarz"
brukowej gazety.
Dziennikarz będący świadkiem zatrzymania przez policję kobiety podejrzewanej o pomoc
przestępcy, dostaje cynk i zaczyna węszyć. Im bardziej
nieprawdopodobna historia, tym większy nakład gazety, im większy nakład, tym większa sprzedaż, im większa sprzedaż tym większy zysk. A że informacje nie sprawdzone, a słowa przekręcone to nie ma znaczenia. Dziennikarz posuwa się do tego, że przypisuje ofierze własny naganny postępek. Choć tutaj ofiara występuje też w roli sprawcy i odwrotnie. Cykl artykułów, w
których Katarzyna zostaje przedstawiona, jako zimna, wyrachowana manipulantka, osoba
podejrzanego prowadzenia się, a wreszcie osoba,
której czyny doprowadziły do śmierci matki sprawia, że kobieta czuje się
głęboko zraniona, urażona, doprowadzona do ostateczności, bo … utraciła -to co było dla niej najważniejsze - cześć (dobre imię).
Opowieść zaczyna się wizytą kobiety na posterunku policji. Składa ona zeznania, z których wynika, iż parę godzin wcześniej zamordowała w swoim mieszkaniu dziennikarza. Co gorsza, Katarzyna wydaje się nie odczuwa żadnych wyrzutów sumienia z powodu zbrodniczego czynu. Książka przybiera postać sprawozdania ze skrupulatnie przeprowadzonego przez narratora dochodzenia. Są to lakoniczne, acz treściwe relacje pozyskane z różnych punktów widzenia. Pochodzą od Katarzyny, jej pracodawców i znajomych, pochodzą też z kręgów policyjnych, wymiaru sprawiedliwości, a także pośrednio z artykułów zamieszczanych w gazecie (tej GAZECIE, która stała się źródłem tragedii). Relacje są opisem pozbawionym warstwy emocjonalnej; zbiorem faktów. Ich suchy język powoduje większe wzburzenie czytelnika. GAZETA, żywiąca się plotkami, niedomówieniami, przeinaczeniem, nieprawdą, niszczy nie tylko życie Katarzyny, niszczy też życie jej przyjaciół i pozbawia wiary w rzetelność dziennikarską. I wydaje się, że wszyscy są wobec takich działań bezsilni. Łącznie w wymiarem sprawiedliwości. Bo jak pokazuje życie są bezsilni. Jedynie pisarz może dać świadectwo.
Książka przeczytana jako następstwo Zwierzeń klowna. A przeczytana dzięki niepożądanym objawom poszczepiennym w postaci między innymi ogromnej słabości, która uziemiła autorkę w łóżku.
Czyżbym nauczyła się pisania krótkich wrażeń? A może to następstwo zmętnienia mózgu.



