Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie stosikowe losowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie stosikowe losowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2026

Randez vous ze śmiercią Agaty Christie i Fabrykantka aniołków Camili Lackberg


W natłoku wrażeń podróżniczo - wystawienniczych nadszedł czas na kilka zdań z lektury kryminałów, jakie wylosowałam w stosikowym losowaniu u Anny. (styczeń i luty). Z marcową książką (Doktor Faustus Tomasa Manna) nie idzie mi tak łatwo.


Randez vouz ze śmiercią Agata Christie

Tak jak do niedawna zaczytywałam się kryminałami Donny Leon tak teraz wpadłam jak śliwka w kompot z czytaniem kryminałów Agaty Christie. O fabule kryminału trudno pisać, aby nie zdradzić zbyt wiele. Tu rzecz dotyczy zbrodni popełnionej na starszej pani, osobie, która czerpała satysfakcję z dręczenia całej rodziny. Nic dziwnego, że któregoś dnia syn owej despotki powiedział do siostry, iż ją trzeba zabić. Świadkiem owej rozmowy jest Herkules Poirot, więc kiedy kobieta umiera (pozornie z przyczyn naturalnych) owa zasłyszana rozmowa jest jednym z argumentów przemawiających za tym, iż śmierć nie była naturalną. Czytając miałam nieodparte skojarzenie podobieństwa z morderstwem opisanym w Orient Expresie, ba nawet w samej opowieści przywołano owo morderstwo, jednak zbieżność okazuje się pozorna i przypadkowa. Herkules Poirot jak to on ma w zwyczaju uruchamia swoje szare komórki i w ciągu doby dochodzi do ustalenia przyczyn zgonu tylko i wyłącznie rozmawiając ze świadkami. Bo jak twierdzi, świadek nawet kłamiąc i zacierając ślady mimowolnie mówi prawdę, trzeba tylko wszystko dokładnie porównać i przeanalizować. Dziś mamy monitoring, logowanie telefonów, media społecznościowe, a wiele zbrodni pozostaje nierozwiązanych. Herkules Poirot jak to ma w zwyczaju aby przedstawić wersję zdarzeń zbiera wszystkich zainteresowanych i odstawia przedstawienie, analizując po kolei każdą osobę pod kątem możliwości popełnienia przestępstwa. Zadufany w sobie narcystyczny, mały Belg i tym razem dochodzi do prawdy, bo nic nie jest mu w stanie umknąć. Uważałam i nadal uważam Agatę Christie za królową kryminałów.



Fabrykantka aniołków Camila Lackberg

Jeszcze do niedawno nazwisko Lackberg było ością niezgody pomiędzy mną, a moją przyjaciółką Magdą, która zachwycała się jej twórczością wychwalając jej książki pod niebiosa a mną, która twierdziłam, że przeczytawszy jedną z książek pisarki (Księżniczka z lodu) jestem mocno rozczarowana i nie zamierzam więcej sięgać po kolejne. Słowa dotrzymałam przez ponad dwanaście lat. Wybierając się do Rzymu nagrałam parę audiobooków dla mojej włoskiej gospodyni Edyty, a wiedząc, że lubi kryminały nagrałam też Camilę Lackberg. Audiobooki dołączyłam do listy książek do przeczytania i kiedy wylosowano mi Fabrykantkę aniołków pomyślałam, że znowu będę się zżymać podczas słuchania. Włączyłam audiobooka podczas prasowania, myśląc, że nic nie stracę, jeśli sobie będzie leciało w tle. Ponad dwanaście godzin słuchania tak mnie wciągnęło, że wysłuchałam lekturę w przeciągu dwóch dni i połowy nocy. Pisałam kiedyś, iż od kryminałów dużo nie oczekuję, ma być intrygująco, ma zaciekawić, niezbyt krwawo, nie lubię emanowania brutalnością, naiwnością, sentymentalnością i seksualnością. To co w niedużej ilości nadaje kolorytu, czy pikanterii w nadmiarze jest nudne. Tutaj zagrały wszystkie czynniki, a w dodatku poza zwykłą zbrodnią jest jeszcze wątek polityczny (jak się wydaje antycypowany przez autorkę, bowiem, wg jej słów dopiero pisząc posłowie to, co miało być fikcyjnym założeniem w książce - stało się faktem i to właśnie we Szwecji, w której dzieje się akcja kryminału). Fabuła nie toczy się linearnie, po kolei poznajemy fragmenty układanki, które niczym puzzle z początku wydają się całkiem nieprzystające do siebie, mieszają się osoby, zdarzenia, czas akcji, przeskakujemy z lat dwudziestych zeszłego stulecia do siedemdziesiątych, wracamy w lata czterdzieste, aby za chwilę znowu znaleźć się w końcówce XX wieku. A wszystko zaczyna się od przypadkowego pożaru w domu remontowanym przez młode małżeństwo. Z domem wiąże się niewyjaśnione sprzed ponad dwudziestu lat tajemnicze zniknięcie zamieszkującej posiadłość pięcioosobowej rodziny. Została tylko mała roczna dziewczynka. To właśnie ona po latach po stracie dziecka wraca z mężem, aby wyremontować dom i to ona omal nie ginie w pożarze. Zaskakujące zwroty akcji, zero zbędnych dłużyzn, ciekawi bohaterowie. Może jedynie zdeterminowanie postaw kobiet w rodzinie bohaterki przez ich przeszłość budziło trochę moją wątpliwość, ale pewnie z psychologicznego punktu widzenia jest to uzasadnione. Wydaje się, iż każda z kobiet z kolejnego pokolenia popełnia błędy, których nie potrafiła wybaczyć własnej matce, no może poza niezrównoważoną wielbicielką Hermana Goeringa, bo i wątek niemieckich faszystów się tu pojawia, choć marginalny, nie mniej mogący mieć wpływ na prawicowe sympatie Szwedzkich „patriotów” . Wysłuchawszy tej książki jestem w stanie zgodzić się z Magdą, że pani Lackberg potrafi napisać niezłą książkę. Nie wiem, czy zatem skrytykowana przeze mnie Księżniczka z lodu to był jednostkowy przypadek, czy może trafiłam na niewłaściwy dla lektury czas. Z ciekawości dołączyłam do moich lektur i zamierzam to sprawdzić.

sobota, 7 lutego 2026

Tratwa z pomarańczami Maciej Hen (wspomnienia z dzieciństwa autora przeplatane moimi)


Bardzo lubię prozę Józefa Hena, natomiast twórczości  Macieja nie miałam okazji poznać. Często śmiejemy się ze znajomymi próbując określać panów seniorem i juniorem, przy czym junior ma lat ponad siedemdziesiąt. Tratwa z pomarańczami to taka wspomnieniowa książka dotycząca najwcześniejszego okresu życia pisarza.
Lata dzieciństwa i wczesnej młodości autora nie do końca pokrywają się z moimi (jednak te osiem lat różnicy to nie tak wiele, aby nasze wspomnienia były skrajnie różne). Zawsze z ciekawością czyta się o zdarzeniach znanych, z jeszcze większą, o tych których nie doświadczyło się samemu. Momentami jednak można dziękować opatrzności, iż nie doświadczyło się tego, co było udziałem autora - ostracyzmu (w tym przypadku wynikającego z żydowskiego pochodzenia). Takie książki mają tę cechę, iż wywołują falę wspomnień na temat własnych zapamiętanych fragmentów zdarzeń,  przedmiotów, które miały dla nas znaczenie, potraw, których smaku nie zapomnieliśmy, czy psot, których się dopuściliśmy, a także dawno zapomnianych krewnych majaczących w pamięci.

„Jednak głównym celem naszych wycieczek wzdłuż Dąbrowskiego były Delikatesy na rogu alei Niepodległości, których nazwę tata objaśniał mi wciąż na nowo, za każdym razem przywołując przedwojenne powiedzonko: „mydło, powidło i inne delikatesy”. Kiedy się tam wchodziło, natychmiast uderzał w nozdrza przyjemny aromat kawy mielonej na miejscu w wielkim elektrycznym młynku z przezroczystym kielichem pełnym ziaren osuwających się z wolna w głąb mechanizmu. Stawaliśmy w kolejce po różne frykasy; krojoną w plastry faszerowaną gęś, cukierki kukułki, kilka plasterków salami albo wędzonego łososia, a czasem parę deko chleba świętojańskiego, który nie był żadnym chlebem, tylko garścią suchych strąków śliwkowego koloru, z brunatnymi fasolkami w środku, dającymi się gryźć i mających słodkawy smak. Raz kiedy byłem z tatą w Delikatesach, jemu aż oczy zabłysły na widok wystawionych tego dnia konserw z ukośnym napisem Karp na czerwonym tle. Tata kupił kilka puszek i zaraz po przyjściu do domu bez słowa jedną z nich otworzył, zawartość przeniósł delikatnie na talerzyk, z chytrą miną postawił przed mamą- i czekał na jej reakcję. …. Nawet dobre-orzekła po chwili, na co tata rozpromienił się triumfalnie” (str. 50-51)

Tu jednak, albo odmienność miejsc zamieszkania, albo owe osiem lat różnicy sprawiło, iż ze wspominanych wiktuałów znałam w okresie dzieciństwa jedynie kukułki. Faszerowanej gęsi nie jadłam nigdy, salami poznałam dopiero w latach osiemdziesiątych w czasie wycieczki na Węgry, wędzony czy świeży łosoś zaczął bywać u nas jeszcze później, mimo, iż mieszkaliśmy całe życie na wybrzeżu, a o chlebie świętojańskim w takiej wersji, jak opisuje go autor słyszę po raz pierwszy. Konserwy rybne bywały, ale w postaci szprotek, makreli bądź śledzi w sosie pomidorowym czy oleju.

Na początku autor zastanawia się co było najstarszym z jego wspomnień. „szczerze mówiąc, nie mam co do tego całkowitej pewności, bo kiedy usiłuję sobie coś przypomnieć z tego najwcześniejszego dzieciństwa, majaczą mi przed powiekami tylko jakieś ciemne, niewyraźne kształty. A wtedy wyobraźnia sprytnie podsuwa zapach gotowanego przez mamę krupniku z mięsem z kury, fasolą i suszonymi grzybami albo dobiegające gdzieś z drugiego pokoju trajkotanie mojej starszej siostry Madzi i stukot taty maszyny do pisania.” (str. 9).

Kiedy myślę o swoim najwcześniejszym wspomnieniu pamięć podsuwa mi taki obraz, jest sobota, dzień pastowania podłogi, dywan zwinięty leży na stole, rodzice na klęczkach szorują podłogę, a ja siedzę cichutko pod stołem i oglądam film. Cichutko, aby rodzice się nie zorientowali, bo być może nie pozwolili by mi go obejrzeć. Były dwa rodzaje filmów, których nie wolno mi było oglądać (te z przemocą i te z golizną. I chyba do dziś został mi jakiś awers co do tego rodzaju scen, zwłaszcza w teatrze ich nie lubię). Film opowiadał o dziadku i wnuczku, którzy w wyniku wypadku autobusu trafiają na Sąd Ostateczny, a tam oglądają na ekranie swoje złe uczynki, Trzeba osądzić, kto trafi do piekła, a kto do nieba. Sprawdziłam, iż film nazywał się Piekło i niebo i powstał w roku 1966. Miałam wówczas trzy lata, ale chyba oglądałam go ze dwa, może trzy lata później. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To, że chłopczyk sądzony był za zjedzenie kiełbasy w piątek i za to miał zostać ukarany (czy został nie jestem pewna, bo o wiele ważniejsze było dla mnie to, że tak błahe przewinienie było w ogóle rozpatrywane na sądzie ostatecznym. Było to tak niesprawiedliwe, a ja film utożsamiłam z religią, która każe niewinne dzieci za takie głupstwo. Swoją drogą, czy dziś ktoś jeszcze przestrzega postu w piątki - nie wiem, nie mam w swoim otoczeniu gorliwych katolików. Czy to jest jeszcze naruszeniem kościelnych reguł? Rodzice nieświadomi wpływu telewizji na ich pierworodną nieletnią córeczkę w najlepsze froterowali podłogę filcowymi szmatami pod stopami. Zapach pasty do podłogi tak mi się wówczas podobał, ponieważ kojarzył się z poczuciem bezpieczeństwa, z domem, sobotą – dniem, w którym tata był w domu. A w filmie grała cała plejada wspaniałych aktorów. Swoją drogą chętnie bym go dziś obejrzała.

Maciej nie był narażony na wpływ telewizji na światopogląd, bowiem tata nie wyraził zgody na zakup telewizora. W domu za to było dużo prasy i to obcojęzycznej, mieli zatem szersze pole widzenia i ojciec i syn, jak troszkę dorósł. W domu (jak to w domu pisarza) było sporo książek, a młody Maciek sięgał po literaturę nie zawsze adekwatną do swojego wieku. Zanim jeszcze poszedł do szkoły czytał Szekspira Sen nocy letniej czy Wesołe kumoszki z Windsoru. Ja zaś kiedy nauczyłam się czytać przeżywałam katusze w związku z czytaniem na czas (wprowadzono taki eksperyment, kiedy byłam bodajże w drugiej klasie- liczono ile słów przeczyta dziecko w ciągu trzech minut. Pamiętam traumę wynikającą z tego, że wzorowa uczennica nagle dostała tróję za zbyt wolne czytanie. A moją lekturą były wówczas Na jagody, czy Bajka o sierotce Marysi. Płynnie czytać zaczęłam w okolicy trzeciej klasy podstawówki, a za Szekspira zabrałam się dopiero w ósmej klasie.

Autor pisze o tajnym znaczeniu pierwszej litery drugiego imienia członków rodziny. Dla mnie przez wiele lat takim tajnym znakiem była liczba czterdzieści i cztery. Wówczas wszyscy moi koledzy i koleżanki doskonale wiedzieli, co oznacza owo czterdzieści i cztery, była w tym jakaś magia, poczucie jedności niedostępnej tym, którzy nie znali znaczenia liczby. Coś co nas wyróżniało, wiara w martyrologię, jako naznaczenie wybranych. Dziś niewiarygodne, jak niewiele osób z niższym ode mnie peselem wie, co oznacza liczba 40 i 4

W kulturze kamuflażu, którą przesiąkli moi rodzice, taka jedna literka M czy S wystarczała dla zaspokojenia potrzeby zachowania pamięci. Po swoim pierwszym ślubie postanowiłem urzędowo potwierdzić to, że wszyscy znają mnie, jako Maćka, ale chcąc jednak zachować sobie tego Mariana jako drugie imię, bez zastanowienia pozbyłem się dotychczasowego drugiego – Ryszard- które wydawało mi się zupełnie nieistotnym dodatkiem. I okazało się, że sprawiłem tym przykrość tacie, który dowiedziawszy się o zmianie już po fakcie, zdradził mi, że ten Ryszard miał upamiętnić jego ojca, Rubina. (str. 103). Swoją drogę – czy ktoś dziś używa drugiego imienia, pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu podawało się w urzędowych dokumentach, dziś coraz rzadziej. Mam co prawda drugie imię w dowodzie, ale już w rozliczeniach podatkowych ich brak. A pamiętam jak mocno zastanawiałam się nad trzecim imieniem przyjmowanym podczas bierzmowania. Wtedy było dla mnie istotne, a dziś gdyby nie było imieniem mojej siostry nie pamiętałabym go wcale.

Wiele podobieństw we wspomnieniach i jedna zasadnicza różnica - pochodzenie, które u pana Macieja determinowało wiele, znosić musiał wiele nieprzyjemności, a jako chłopak wiele razy obrywał od chłopców, którzy tak wówczas, jak i dziś uważali (uważają) się za prawdziwych patriotów.

Dobrze się to czytało i miło przy okazji wspominało własne doświadczenia z czasów dzieciństwa. Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

poniedziałek, 28 lipca 2025

Fałszywy dowód Donna Leon


W tej kryminalnej opowieści z Wenecją w tle komisarz Brunnetti dochodzi do wniosku, iż może sprawiedliwości należałoby szukać na tamtym świecie, bo na tym zbyt często okazuje się to niemożliwe. Opisane w kryminałach schematy postępowania włoskiej policji, urzędników, polityków, sfer duchowieństwa, że już o mafiosach nie wspomnę nie stawiają tych struktur w najlepszym świetle. Co prawda to samo można by powiedzieć o każdej z tych instytucji w każdym innym kraju, ale tu mamy akurat Włoską policję i włoski wymiar sprawiedliwości. Wiele można zarzucić włoskim organom ścigania, ale komisarz Brunnetti niczym rozprawiający się z sycylijską mafią filmowy bohater Corrado Cattani robi swoje i pozwala uwierzyć, że są jeszcze uczciwi i oddani pracy gliniarze.
Tym razem Donna Leon na warsztat bierze przestępstwo popełnione z pychy.
moje ukochane Frutti di mare (primo piati)
Jak to w jej książkach bywa wątek policyjnego śledztwa przeplata się z wątkiem rodzinnym, a rozważania Paoli (żony komisarza) naprowadzają Guido na trop. Chyba po raz pierwszy Guido jest tak mocno zaabsorbowany śledztwem, że nie ma czasu na swoją ulubioną czynność, czyli czytanie. Nic dziwnego, jeśli równolegle prowadzi śledztwo w sprawie kradzieży na lotnisku. To Paola czyta. I to nie byle jaką lekturę, jest to podręcznik do religii jej córki.
Komisarz natomiast z chęcią pochłonąłby domowy obiad, jednak zmuszony do dłuższego pozostania w pracy indaguje żonę na temat omijającego go obiadu.
A nie jesteś ciekawy, co zamierzam czytać.
Nie chcę wiedzieć, co będziesz jeść.
Czyli chcesz wiedzieć co cię ominie?
Tak.
I się dąsać?
Nie.
[..] Jeśli obiecam, że zjem tylko grissini z serem, a potem przejrzałą brzoskwinię, to poczujesz się lepiej?
[…] A żeby ci wynagrodzić stracony obiad, obiecuję, że przyrządzę ci na kolację steki z miecznika i krewetki.
W sosie pomidorowym?
Tak. A jeśli starczy mi czasu, to z pozostałych brzoskwiń zrobię lody.
I może dodaj trochę mniej czosnku niż zwykle, co?- zasugerował wykorzystując, jak mu się zdawało, silną pozycję przetargową.
(str. 91)
równie wspaniałe risotto con funghi (secondo piati)
Zastanawiam się skąd u kobiety wykształconej i wyzwolonej to poczucie, iż powinna wynagrodzić mężowi brak domowego obiadu, na który on nie dotrze, bo ma więcej pracy. I jedynym powodem, jaki widzę, jest silne uczucie i chęć zrobienia małżonkowi przyjemności. Paola nie należy do kobiet, które będą kierowały się poczuciem obowiązku. To rodzaj okazywania uczuć poprzez dogadzanie jego kulinarnym gustom. 
Aby za wiele nie zdradzać napiszę, tylko, iż ciekawie i znajomo brzmi wątek prowadzonego równolegle śledztwa w sprawie kradzieży na lotnisku. Od razu pomyślałam sobie, jak to dobrze, że zawsze podróżuję z bagażem podręcznym.
Oskarżonych wielokrotnie filmowano, jak grzebią i wyciągają rzeczy z walizek pasażerów, i ponieważ niektórzy z nich byli gotowi zeznawać przeciwko pozostałym w nadziei na łagodniejszy wyrok, komisarz nie miał zbyt wiele do roboty….(str. 76)

….Obrona (pracowników lotniska dopuszczających się kradzieży) wytoczyła argument, iż skoro kamery zostały zainstalowane bez wiedzy osób filmowanych, to naruszały prywatność oskarżonych- podpierając się wielofunkcyjnym, zapożyczonym od Anglików słowem privacy, by wypełnić lukę we własnym języku, w którym brakowało odpowiedniego terminu. Gdyby tę argumentację uwzględniono, a zdawał sobie sprawę, że to bardzo prawdopodobne, oskarżenie zostałoby oddalone, ponieważ wszyscy, którzy przyznali się do winy natychmiast wycofaliby swoje zeznania. Poza tym ci ludzie wciąż byli zatrudnieni przy bagażach, bo skoro konstytucja gwarantowała każdemu obywatelowi prawo do pracy, nie wolno było ich zwolnić (str. 112)
tiramisu (dolci) Może nie wygląda zachęcająco,
ale to najlepsze ever tiramisu jakie jadłam w życiu Sklepik I Tre Mercanti
[…] sędzia rozpatrujący sprawę kradzieży na lotnisku postanowił, że nagranie zarejestrowane przez ukryte kamery w holu bagażowym rzeczywiście naruszają prywatność osób oskarżonych o okradanie bagaży, wobec czego nie mogą być użyte, jako dowody przeciwko nim. (str. 130).
Książki Donny Leon idealnie nadają się na wakacyjną lekturę. 
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny
W pierwszej wersji wpisu podałam tytuł książki jako Zgubne środki - konia z z rzędem temu, kto wie, skąd mi się taki tytuł przyplątał. 

piątek, 20 czerwca 2025

Hurtowo o książkach i nie tylko (Twarz pokerzysty Hen, Jądro ciemności Conrad, Victoria Hamsun i Skóra Malaparte)

Dar Pomorza (tu wystawiane jest pod pokładem Jądro ciemności)

W natłoku niecodziennej codzienności – zachwytów nad pięknem świata pisanie o książkach zeszło już na plan tak daleki, że niemal całkiem niewidoczny. I tylko co miesięczne
losowanie u Ani budzi wyrzuty sumienia, że przeczytawszy nic nie zanotowałam, a potem wrażenia umykają za horyzontem i za miesiąc, dwa, czy trzy zaczynam się zastanawiać o czym to było. Dlatego bardzo krótko sobie dla pamięci, a może komuś dla przypomnienia czy zainteresowania.
Twarz pokerzysty. Książkami Hena zachwycam się od czasu kiedy po raz pierwszy przeczytałam jego dzienniki. Bardzo lubię te notatki z codzienności, pełne zdarzeń i celnych podsumowań. Twarz pokerzysty to kryminalna zagadka, której rozwiązaniem na zlecenie urzędu bezpieczeństwa zajmował się były Ak-owiec. A wszystko na tle powojennej skomplikowanej rzeczywistości, w której nic nie jest jednoznaczne. Klimatem przypomina mi Toast Hena (zekranizowany pod tytułem Prawo i pięść). Jest tu coś z westernu, małe, prowincjonalne miasteczko, hulający po ulicach wiatr, cwaniaczki i hochsztaplerzy i ci, z pozoru trzymający pieczę nad bezpieczeństwem i sprawiedliwością społeczną przedstawiciele nowej władzy. Nie wiadomo, kto jest dobry, a kto jest zły. Krótka forma, sporo treści, świetnie się czyta. Bardzo to prawdziwe.
Jądro ciemności (książka, film, sztuka) Moje wspomnienia związane z lekturą przeplatają się trochę z filmem, a trochę z oglądaną niedawno sztuką na Darze Pomorza. Choć z fantastycznej ekranizacji z Marlonem Brando pamiętam jedną, jedyną scenę, tę w której rodzice odrąbują dzieciom ręce, aby nie mogły przyjąć szczepionki. Scena drastyczna, ale jakże wymowna (czyżby „inspiracją” [złe słowo] było obcinanie dłoni rdzennym mieszkańcom Konga przez Belgijskich kolonistów. Skojarzenie nasuwa się samo).
Narrator Marlow – wspomina swoją podróż w głąb afrykańskiej dżungli, kiedy jako kapitan małego stateczku płynął z misją odnalezienia i przywiezienia do kraju pewnego człowieka. W czasach największego rozkwitu kolonializmu w belgijskim Kongo działy się rzeczy tak okrutne, że nawet opowiadać o nich straszno. Kurtz wysłany tam w celu zorganizowania rynku handlu kością słoniową radził sobie tak dobrze, iż stał się najlepszym dostawcą towaru na europejski rynek. Przebywanie w surowych warunkach afrykańskiej dżungli wśród jej rdzennych mieszkańców sprawiło, iż ogarnięty szaleństwem stał się okrutnym tyranem niebezpiecznym nie tylko dla otoczenia, dla siebie, ale i dla swoich mocodawców. Wychodzą zeń najgorsze demony. A on roi sobie, iż jest już nie człowiekiem, ale Bogiem, panem życia i śmierci ludzi, którymi zarządza w swoim wyimaginowanym królestwie.
Marlow dociera do Kurtza i z przerażeniem obserwuje zmiany, jakie zaszły w człowieku pod wpływem okoliczności, które stały się jego udziałem. Upał, umierający w łańcuchach niewolnicy, brak kontaktu z ojczyzną, choroby sprawiają, iż z inteligentnego człowieka zamienił się w bestię.
Nie sposób odczytać Jądra ciemności w oderwaniu od znajomości historii Belgii. Leopold II, który zakupił sobie (a potem przekazał Belgii w spadku) kawałek ziemi osiemdziesiąt razy większej od jego Belgii (Kongo) miał na rękach (sumieniu) krew milionów jej rdzennych mieszkańców. Marzenia bohatera, aby posiąść skrawek ziemi na mapie świata wydają się niewinnymi, młodzieńczymi marzeniami o podróżach i ideach, a stają się koszmarną rzeczywistością okaleczanych, torturowanych, zabijanych.
Jądro ciemności na Darze Pomorza miało bardziej uniwersalny wydźwięk. Reżyser (Babicki) przy współudziale znanego gdańskiego pisarza Pawła Huelle stworzyli przedstawienie które dotyka istoty zła, narzucania człowiekowi swojej woli w imię niesienia zdobyczy cywilizacji. Okrucieństwa kolonializmu przyrównane są tutaj do starożytnego podboju krajów północnych przez Rzymian, ale przecież możemy tu sobie dopowiedzieć dziesiątki, a nawet setki podobnych barbarzyńskich zachowań ludzi (bestii) niosących zagładę jednej cywilizacji w imię ochrony innej. Przedstawienie wystawione pod pokładem żaglowca w ciasnej przestrzeni i z minimalistyczną scenografią, z postaciami Parek, które tkają człowieczy los, jak im się nitka nawinie i co rusz przecinają ową nić dodatkowo potęguje gęstą atmosferę. Owo ananke, które steruje ludzkim losem daje tu o sobie znać. Ale czy naprawdę nie mamy na nic wpływu. Czy to okrucieństwo jakiemu poddaje się człowiek to tylko wynik splotu okoliczności, czy też drzemiących w nim demonów, które pod wpływem (tychże okoliczności) wychodzą na światło dzienne. Czy naprawdę tak łatwo przeistoczyć się w bestię. Wystarczy spojrzeć na otaczający nas świat. Jądro ciemności to tylko z pozoru rzecz o okrucieństwie kolonializmu. Owo okrucieństwo pojawia się zawsze tam, gdzie pojawia się słabość jednych wobec drugich (Conrad pisał Siła zdobywców jest tylko przypadkiem biorącym się ze słabości innych). Marlow twierdził, że Zdobywanie ziemi, polegające przeważnie na tym, że się ją odbiera ludziom o odmiennej cerze lub trochę bardziej płaskich nosach, nie jest rzeczą piękną, jeśli się w nią wejrzy zbyt blisko. Odkupia ją tylko idea. Idea tkwiąca w głębi; nie sentymentalny pozór, tylko idea; i altruistyczna wiara w tę ideę — coś, co można wyznawać i bić przed tym pokłony, i składać ofiary…
Tyle, że żadna idea nie odkupi ogromu okrucieństwa zadanego drugiemu człowiekowi (zadanemu milionom ludzkich istnień) Czyżby Marlow tego nie rozumiał, czy uległ fascynacji Kurtzem. A przecież dostrzegał rozpasane niszczycielstwo. Nam wydaje się, że to wiemy, ale czy aby na pewno?
Jądro ciemności należy do tych klasyków, które mnie onieśmielają i trudno mi o nich pisać, kiedy wydaje się, że wszystko już na ten temat zostało napisane. Mogę jedynie polecić lekturę osobom, które lubią sobie stawiać pytania i zastanawiać się istotą drzemiących w człowieku demonów, które Dostojewski nazwałby biesami.
Victoria Knut Hamsun
Knut Hamsun (noblista z 1920 r.) znany jest jako autor Głodu. Victoria to nowelka. Jej bohaterów poznajemy jako kilkuletnie dzieci, a żegnamy, jako osoby dojrzałe. On syn młynarza, biedny, choć inteligentny, ona panienka z dobrego domu, niby się kochają, ale jednak nie mogą się związać. Oboje zbyt słabi, aby przeciwstawić się konwenansom i społecznym oczekiwaniom. On pełen kompleksów związanych z pochodzeniem z nizin społecznych, ona zbyt słaba, aby przeciwstawić się oczekiwaniom rodziny. Najpierw on wzdycha i cierpi, a potem ona wzdycha i płacze. Czyta się dobrze, ale dziś temat wydaje się jakby nieaktualny.
Skóra Malaparte
To książka, na której lekturze poległam. Albo nie zrozumiałam jej zamysłu (pewnie tak było), albo trafiła na niewłaściwy czas.
Włoski żołnierz po wkroczeniu aliantów zmuszony jest przywdziać mundur dotychczasowego wroga i walczyć z nim ramię w ramię. Choć może nie tyle walczyć, co stać u jego boku. Utknęłam na 75 stronie, więc wszelkie moje wrażenia dotyczą zaledwie początku książki. Opis na okładce jest zachęcający (jak to opisy na okładce) - wojna jeszcze się nie skończyła, ale jej zakończenie jest przesądzone. Wczoraj nikt nie musiał zastanawiać się, kto jest katem, a kto ofiarą, teraz dobro i zło zamieniły się twarzami. Człowiek w obliczu historii staje się bezbronny i nie ma zbyt wiele do powiedzenia, jednak bohater przechadzający się wraz z Amerykańskim towarzyszem ulicami Neapolu i obserwujący niewiarygodne upodlenie mieszkańców (głód, nędzę i upadek moralny, wszystko, aby tylko uchronić skórę) prowadzi tak zawikłane dysputy ze swym towarzyszem i samym sobą, że ja nie nadążałam. Włosi są biedni, nieszczęśliwi, głodni, ale zdecydowanie bardziej woleli ginąć za kraj, niż żyć, jako pokonani w upokorzeniu. A są upokorzeni, bo są głodni, brudni i wynędzniali. Dlatego ich kobiety, dzieci, a nawet mężczyźni zmuszeni są sprzedawać swe ciała za kilka dolarów. Narrator (Malaparte) nie może zrozumieć, jakim cudem jego amerykański towarzysz nie potrafi dostrzec tego, że oni jako wyzwoliciele przynoszą tym ludziom piekło, bo to oni sprowadzili na Neapol zarazę. Zarazę polegającą na łapczywej chęci donosu na ojca, matkę, dzieci, przyjaciół. A pierwszymi jej ofiarami padły kobiety, które chętnie rozkładały nogi przez wyzwolicielami.
W chwili, gdy dotykała ich zaraza, natychmiast tracili wszelki szacunek do siebie samych; oddawali się najbardziej ohydnym interesom, dopuszczali się najwstrętniejszych podłości, pełzali w błocie, całując buty swoich wybawców (którzy z obrzydzeniem patrzyli na tak wielkie i przez nikogo niewymuszone samoupodlenie), nie tylko po to, by przebaczono im cierpienia i poniżenie przebyte przez całe lata niewoli i wojny, lecz po to, aby dostąpić zaszczytu rozdeptania przez nowych panów, pluli na flagi własnej ojczyzny, wystawiali na publiczny przetarg własne żony, własne córki, własną matkę. A wszystko po to, jak mówili, by ratować ojczyznę. Nawet ci, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się wolni od zarazy, poddawali się przyprawiającej o mdłości chorobie, która kazała im czerwienić się na myśl, że są Włochami i że należą do ludzkiej rodziny. (str. 39).
Bohater obwinia za ten stan rzeczy aliantów, obwinia ich za to, że lud ich pokochał, za to, że nie oni nie potrafili zrozumieć tego ludu, za to, że Włosi już nie muszą walczyć z Niemcami i za to, że alianci pogardzają tymi ludźmi.
Wrócę do książki może za jakiś czas, bo dziś nie umiem solidaryzować się z tymi, którzy stanęli po stronie najeźdźców, nawet, jeśli pojedynczy człowiek nie miał na to najmniejszego wpływu, a potem ponosił konsekwencje działań rządzących. Może to wojna za wschodnią granicą determinuje moje myślenie o katach i ofiarach.
I tym sposobem prześlizgnęłam się po czterech książkach wylosowanych w okresie od marca do czerwca w stosikowym losowaniu u Ani. 

wtorek, 4 marca 2025

Krew z kamienia Donna Leon

Wydawnictwo Noir sur blanc 2009
Kolejne spotkanie z komisarzem Brunettim pozwoliło mi powrócić do Wenecji, tym razem grudniowej i wyjątkowo mroźnej. Guido rozwiązuje zagadkę śmierci afrykańskiego vu cumpra (czyli nielegalnego imigranta zajmującego się sprzedażą podróbek torebek. Tak przynajmniej się wszystkim wydaje). Nie znając tożsamości ofiary (ci, którzy go znali nabierają wody w usta) trudno dociec, komu mógł się narazić sprzedawca torebek i to do tego stopnia, iż padł ofiarą egzekucji). Poza zmową milczenia komisarz na polecenie przełożonego ma zaprzestać zajmowania się sprawą śmierci Afrykańczyka, a dodatkowo z komendy znikają akta sprawy. W sprawę zamieszane są różne czynniki rządowe. Czy komisarzowi mimo to uda się rozwiązać sprawę nie narażając swych bliskich na niebezpieczeństwo? Nie będę zdradzała treści fabuły.
Mogę napisać o tym, co wydaje się mniej istotne z punktu widzenia prowadzonego dochodzenia, a dla mnie jest niezwykle interesujące. 

Obserwujemy jak Guido i Paola radzą sobie z problemami wychowawczymi, których tym razem dostarcza im Chiara  lekceważąco wyrażająca się o czarnoskórych imigrantach. To skłania komisarza do rozważań na temat uprzedzeń.
Wenecja zimą (co prawda nie grudniowa a lutowa)

Lubił uważać, że jest człowiekiem o umiarkowanych poglądach, wychowanych podobnie jak większość Włochów bez uprzedzeń rasowych, ale był na tle uczciwy, by przyznać, że to przekonanie jest prawdopodobnie jeszcze jednym narodowym mitem. Łatwo dorastać bez uprzedzeń w jednolitym rasowo społeczeństwie. Jego ojciec nie znosił Rosjan i Brunetti zawsze uważał, że miał ku temu podstawy, jeżeli uznać za nie trzy lata spędzone w obozie dla jeńców wojennych. Sam instynktownie nie ufał południowcom, choć to uczucie wprawiało go w niemałe zakłopotanie. (str 44-45).

Jest też to co bardzo lubię, czyli nawiązania literackie. Komisarz (podobnie, jak cała jego rodzina) uwielbiający czytać ponownie dochodzi do wniosku dotyczącego analogii lektury sprzed wieków z bieżącą sytuacją.

Brunetti nie czytał Iliady- jego wymęczone licealne przekłady fragmentów trudno uznać za lekturę tekstu- aż do trzeciego roku studiów. Było to dziwne przeżycie. Chociaż nigdy nie czytał oryginału w tak dużym stopniu ukształtował on jego świat i kulturę, że Brunetti z góry wiedział, co przyniesie lektura każdej księgi. Nie zdziwiła go perfidia Parysa ani uległość Heleny, wiedział, że los śmiałego Priama jest przesądzony, a męstwo szlachetnego Hektora nie uratuje Troi przed zniszczeniem.
Akta [dostarczone przez współpracownika na temat działań policji względem imigrantów] wywoływały bardzo podobne odczucia literackiego deja vu. Gdy czytał podsumowanie działań policji w odpowiedzi na przybycie vu cumpra do Włoch był świadom, jak dobrze zna wiele elementów fabuły. Widział, że najpierw kramarzami byli Marokańczycy i Algierczycy, którzy nielegalnie sprzedawali wyroby rzemieślnicze przywiezione do Włoch. Pamiętał nawet, że wiele lat temu widział ich towary: figurki zwierząt rzeźbione ręcznie w drewnie, szklane paciorki, ozdobne noże i efekciarskie, podrabiane bułaty. Chociaż raport tego nie wyjaśniał, tę falę francusko-języcznych sprzedawców nazywano vu cumpra, naśladując ich nawoływania w łamanej włoszczyźnie, mające przyciągnąć uwagę potencjalnych nabywców. [od vuoi comprare- chcesz kupić]. W miarę, jak Afrykanie z położonych bardziej na południe terenów Czarnego Lądu zastępowali Arabów, zmniejszyła się częstotliwość popełnianych przez nielegalnych przybyszów przestępstw. Nadal wprawdzie łamano przepisy imigracyjne i handlowano bez zezwolenia, ale drobne kradzieże i akty przemocy praktycznie zniknęły z rejestrów zatrzymań ludzi, którzy odziedziczyli miano vu cumpra (str. 71-72).
W sobotnie popołudnie bywa tłoczno

czy innym razem czytając dzieje późnego cesarstwa rzymskiego napisane przez Ammianusa Marcellinusa.
Książka podobała mu się głównie z uwagi na zawarty w niej portret jednego z jego ulubionych bohaterów, cesarza Juliana. Ale nawet tutaj czytając opis oblężenia miasta Leptis w Trypolisie oraz perfidii i dwulicowości zarówno napastników jak i obrońców, uzmysłowił sobie swoją sympatię dla Afryki. Zakładników zabito, mężczyzn skazano na obcięcie języka za wyjawienie niewygodnej prawdy, ziemia leżała odłogiem wskutek grabieży i masowych mordów. Doczytał do końca księgi dwudziestej ósmej, ale potem zamknął książkę i uznał, że wcześniejszy sen będzie lepszy niż przypomnienie, jak niewiele zmieniła się ludzkość w ciągu niemal dwóch tysięcy lat (str. 111)

Najlepsze tiramisu w Wenecji (choć nie jadłam zrobionego przez Paolę :)

Nie mogło oczywiście zabraknąć w trakcie lektury kulinarnych smaczków.
-jak ten z bożonarodzeniowego targu
Jaśniejsze światło spływało ze straganów bożonarodzeniowego targu, gdzie sprzedawcy i wytwórcy z różnych regionów Włoch kusili kupujących lokalnymi specjałami: serami o ciemnej skórce i paczkami cienkiego jak papier pieczywa z Sardynii, oliwkami w rozmaitych kształtach i kolorach z całego półwyspu, oliwą i serem z Toskanii. Salami dowolnej długości, o dowolnym składzie i dowolnej średnicy z Reggio Emilia. (str. 11)

Risotto con funghi (może nie wygląda, ale smakowało obłędnie)

-czy ten ze zwykłej codziennej kolacji przygotowanej przez Paolę.
Kiedy Paola czekała na męża popijając leniwie prosecco ... Dzieci pochłaniały ogromne porcje pasticcio przyrządzonego z warstw polenty, ragu i parmezanu. Potem była tylko zapiekana cykoria pokryta plastrami stracchino, choć Paola nie mogła się nadziwić, że jej pociechy potrafią jeszcze coś zmieścić w żołądku. (str. 39).
Ilekroć czytam o jedzeniu mam ochotę coś przekąsić, nawet jeśli nie będzie to tak smakowite danie, jak te, które przygotowuje Paola. 
Czyżby Brunetti?

Co mnie zaskoczyło to fakt iż w książce wydanej w 2005 r. (czyli dwadzieścia lat temu) zapalony obrońca środowiska inspektor Vianello dowodzi, iż w kwestii ochrony środowiska i tak jest już za późno na jakiekolwiek działania, gdyż skala zniszczeń jest nieodwracalna. Wniosek do którego ja doszłam dopiero niedawno. Możliwe, że nie chciałam wcześniej dopuścić go do świadomości.

Wiele razy powtarzałam, że kryminały nie są moją ulubioną lekturą, jednak dla Donny Leon robię wyjątek.
Przekład Marek Fedyszak.

Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Mętne szkło Donna Leon


Wydawnictwo Noir sur blanc rok 2010
Po dość kiepskim kryminale Śmieci S. Dixona z przyjemnością wróciłam do lektury kryminałów Donny Leon. Tęsknota za Wenecją, a może za komisarzem Brunettim; męskim ucieleśnieniem wyśnionego stróża prawa, co to i rozwiąże tajemnicę śmierci stróża nocnego i w międzyczasie zajdzie do kościoła obejrzeć piękny obraz, poczyta coś z klasyki i jeszcze żonie kupi pierwsze wiosenne kwiaty. Czy taki facet w ogóle istnieje? W każdym razie w powieści Donny Leon owszem i ma się dobrze. Pomyślałam, że komisarz mógłby być ideałem, gdyby jeszcze pomagał żonie w pracach domowych, ale to chyba byłoby zbyt wiele. Nawet Paola nie wymaga tego od swego mężczyzny. 
Komisarz jest smakoszem i brak dobrego posiłku może wystawić jego cierpliwość na próbę. O czym doskonale wie żona. Kiedy wróciwszy po ciężkim dniu w pracy zamiast żony i obiadu na stole komisarz zauważa karteczkę z informacją o lazani w piekarniku i sałacie w lodówce, do której trzeba dodać oliwy i octu zaczyna narzekać pod nosem „przeszedł pół miasta żeby samotnie zjeść podgrzewaną potrawę z piekarnika, przypuszczalnie jakiś półprodukt nie wiadomo z czego, z dodatkiem tego obrzydliwego pomarańczowego amerykańskiego sera- kiedy przeczytał ostatnie zdanie Paoli: Przestań marudzić. Zrobiłam według przepisu Twojej matki i bardzo lubisz takie lazanie”. Wobec perspektywy jedzenia w samotności Brunetti najpierw zatroszczył się o właściwą lekturę. Dobry byłby jakiś tygodnik, ale skończył już czytać ostatni numer „Espresso”. Gazeta codzienna zajmuje za dużo miejsca na stole. Książkę w miękkiej oprawie trudno utrzymać otwartą bez złamania grzbietu, co potem powoduje wypadanie kartek. Albumy są dość duże, ale grożą im plamy z tłuszczu. Brunetti poszedł na kompromis i przyniósł sobie ze stolika przy łóżku Gibbona, którego ze względu na styl musiał czytać we włoskim przekładzie. Wyjął lazanie, pokroił i położył na talerzu. Nalał kieliszek pinot grigio i otworzył Gibbona w odpowiednim miejscu, opierając go o dwie książki, które Paola zostawiła na stole. Dla utrzymania książki otwartej z obu stron użył deski do krojenia i dużej łyżki. Zadowolony z siebie usiadł i zaczął czytać. Przeniósł się na dwór cesarza Heliogabala, jednego ze swych ulubionych potworów. Ach, ten brak umiaru, przemoc, totalna korupcja wszystkich i we wszystkim…. Dzielił stół ze zdekapitowanymi senatorami, wrednymi doradcami, barbarzyńcami, którzy chcieli zniszczyć cesarstwo...Pojawił się cesarz przebrany za słońce. Wszyscy musieli bić pokłony i głosić jego chwałę i łaskawość. Dwór był wspaniały do przesady, był miejscem, gdzie, jak zauważył Gibbon: kapryśna rozrzutność zastępowała potrzebę smaku i elegancji. (str. 141). I tak to Brunetti przeplatał rozkosze smaku z rozkoszami lektury. Czytanie w rodzinie komisarza jest tak powszechne, że kiedy raz widzi on żonę bez książki, gazety, ani żadnego pisma przygląda się jej długo, świadom, że coś jest z nią nie w porządku, ale w pierwszej chwili nie potrafi powiedzieć co, zanim dojdzie zrozumie, że to właśnie, iż nie czyta tak go zaskoczyło. Oczywiście Mętne szkło nie jest książką li tylko dla bibliofili, choć dwoje jej bohaterów właśnie czytaniem chciałoby wypełniać cały wolny czas. 
Tym razem komisarz Brunetti chcąc pomóc przyjacielowi inspektora Vianello – zapalonemu ekologowi trafia na przestępczą działalność fabrykantów szkła na wyspie Murano.
Mętne szkło nie zostanie moim ulubionym kryminałem Donny Leon, jednak czytało się to lekko, a lektura była odprężająca. Osobiście wolałabym jednak więcej Wenecji niż fabryk na Murano. 

Na koniec dla przepracowanych i niezadowolonych ze swych przełożonych mały fragment książki. Może też macie ochotę zrobić z nimi (przełożonymi), to co komisarz Brunetti chciałby zrobić swemu przełożonemu Pattcie. Brunetti postanowił zejść na dół i porozmawiać z Pattą, choćby z perwersyjnej chęci udowodnienia sobie, że miał rację w ocenie przełożonego. [jakby po tak długiej współpracy z szefem nie mógł być tego pewien] Celestyn V odrzucił papiestwo, aby uniknąć władania urzędem. Odwrotnie niż Patta, który odrzucił każdy aspekt swojej pracy oprócz władzy i korzyści wynikających z jej sprawowania. Przegnanie nagiego Patty przez pole robaków i czerwi, płaczącego i krwawiącego [skojarzenia z lekturą Boskiej komedii, którą Brunetti przeglądał w toku śledztwa], byłoby może nadmierną karą za zaniedbania w pracy, jednakże takie wyobrażenie zajęło umysł Brunettiego w drodze do biura przełożonego. (str. 208).
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny.

Szkło z Murano (wcale nie takie mętne jak mi się wydaje)


środa, 21 sierpnia 2024

Mela Muter Gorączka życia Karoliny Prewędzkiej oraz moje spotkania z obrazami Muter

Wydawnictwo Fabuła/Fraza w-wa 2021 r.
Nie jest to typowa biografia, choć elementów biograficznych w niej sporo. Są to krótkie kilkustronicowe rozdziały poświęcone malarce na tle znajomych, rodziny, ukochanych, no i przede wszystkim obrazów.
Autorka poszukuje prawdy o Melanii poprzez stosunek otoczenia do malarki a także analizę jej dzieł. To bogate źródła informacji o człowieku, zarówno tym, który spoza ram portretu spoziera, jak i tym, który stoi przed sztalugą.
Jest tu bardzo ciekawe tło artystyczne, czasami mam wrażenie, że autorka troszkę odchodzi od tematu, bo tło wysuwa się na pierwszy plan, a sama Melania ukryta jest gdzieś z tyłu. Nie jest to jednak zarzut w stosunku do książki, bo czyta się ją z dużym zainteresowaniem. Początkowo raził mnie nieco styl autorki, jednak z czasem się doń przyzwyczaiłam. Oszczędny, reportażowy, czasami równoważniki zdań.
Opowieść zaczyna rozdział poświęcony Ignacemu Łopieńskiemu, który jako jeden z pierwszych malował Muter. Czytałam z przyjemnością, na co wpływ miała zapewne moja wizyta w 2019 r. na wystawie poświęconej temu malarzowi, grafikowi i rysownikowi, a zatytułowanej Wystawa, której nie było. Miała się odbyć we wrześniu 1939 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie, jako wystawa poświęcona pięćdziesięcioleciu pracy twórczej Ignacego Łopieńskiego. Z wiadomych względów nie doszła do skutku. Odbyła się osiemdziesiąt lat później. Wśród eksponatów przeznaczonych na wystawę znalazły się dwie grafiki - portrety Meli Muter. Zaginione w czasie wojny powróciły do Polski po latach. Na pierwszym Mela jest bardziej wyrazista, realna, drugi to raczej jej zarys- szkic wskazujący ulotność artystki.

Dwa portrety Meli autorstwa Ignacego Łopieńskiego (z wystawy, której nie było w Muzeum Narodowym Warszawa 2019 r.)

Mela (ur. w 1876 r.) pochodziła z bogatej żydowskiej rodziny Klingslandów, jej ojciec był właścicielem domu handlowo-spedycyjnego przy ulicy Marszałkowskiej 129. Lubił i cenił sztukę, wspierał młodych literatów. W jego domu przy ulicy Leszno 28/12 bywali Staff, Reymont i Kasprowicz. Melania była już mężatką od czterech lat, kiedy namalowała portret Staffa. Połączyło ich głębokie uczucie. Twarz poety wyłania się z ciemnego tła, a poza nią jedynym jasnym punktem jest maska pośmiertna paryskiej samobójczyni (ma ona rysy Meli w nawiązaniu do źle ulokowanego uczucia). Znajomość trwała kilka lat, finalnie malarka postanowiła ratować małżeństwo.
Portret poety zdjęcie z książki
Mela miała sporo szczęścia, ani jej ojciec, ani potem mąż (Michał Mutermilch) nie sprzeciwiali się karierze malarskiej. Uczęszczała na kursy do Szkoły Rysunku i Malarstwa Miłosza Kotarbińskiego w Warszawie, jedne z pierwszych, na których mogły kształcić się także kobiety.
Pierwszy swój autoportret namalowała w stylu podziwianego Jamesa Whistlera. Autoportret w świetle księżyca jest taką romantyczną wizją dziewczyny w białej długiej, prostej sukni nad jeziorem oświetlonej księżycowym blaskiem.
Pani Karolina Prewędzka bardzo pięknie oddaje klimat warszawskiej
W świetle księżyca (zdjęcie z książki)

dzielnicy żydowskiej podzielonej na dwa światy; ten lepszy zamieszkany przez najpobożniejszych i konserwatywnych żydów, rabinów i bogobojnych wyznawców judaizmu i tamten drugi, gwarny, hałaśliwy, otwarty na świat. W tamtym świecie był nieustanny rejwach. Mieszały się języki, przenikały kultury, bieda z bogactwem, religijność z nowymi prądami politycznymi. I w tym drugim świecie dorastała Mela.
Podobnie było w Paryżu. Małżonkowie żyją w otoczeniu paryskiej bohemy, spotykają się w kawiarniach, na wystawach, na uczelniach i na kursach, wszyscy żyją obok siebie i czerpią od siebie na wzajem. Mela początkowo uczęszcza na zajęcia do Akademii Colarossiego (gdzie studiowała też Camille Claudel), później do Akademii Grande Chaumiere, gdzie uczyła Boznańska. Wynajęła pracownię na Montparnasse. W tym czasie jej portret namaluje Bolesław Nawrocki, człowiek z którym będzie przyjaźniła się całe życie, człowiek którego syn i synowa zaopiekują się malarką w ostatnim okresie jej życia i zadbają o spuściznę po malarce.

Dużą rolę w artystycznym rozwoju Meli odgrywało środowisko, w jakim dorastała i w jakim potem żyła i tworzyła. Był to konglomerat, w którym przenikały się prądy społeczno-polityczne, nurty artystyczne, różnorodność religijna. To wszystko w połączeniu z indywidualizmem malarki poszukującej własnej drogi, czasami pod prąd powszechnym oczekiwaniom przyniosło jej rozgłos i uznanie środowiska. Miała szczęście spotykając na swojej drodze osoby, które doceniły jej twórczość i organizowały wystawy. Po wystawach w warszawskiej Zachęcie, Krakowie i Lwowie, doszły te w Paryżu, Barcelonie, Gironie, Lyonie, Marsylii, Kolonii, Oslo, San Francisco i Nowym Yorku. 
Nie widać jej na fotografiach z najbardziej znanych wówczas artystycznych kawiarni Le Dome i La Rotonde, wolała poświęcać czas na malowanie, czy bycie z rodziną, spotkania na wystawach. Była bardzo rodzinna, starała się często odwiedzać rodzinę która pozostała w Warszawie, czy też tą która podobnie jak ona podróżowała po Europie.
Kiedy kariera malarska kwitnie jej małżeństwo jest w impasie, każdy z małżonków żyje swymi pasjami, osobno. Mela nie zaniedbuje syna Andrzeja. Nie poświęca mu może zbyt dużo czasu zajęta malowaniem i przygotowaniami do kolejnych wystaw, często pisują do siebie listy.
Uczyła się od najwybitniejszych, jednak zawsze twierdziła, że „częściej niż do szkół chodzi do pracowni innych malarzy, rzeźbiarzy, grafików. Zawsze już będzie mówić, że jest artystycznym samoukiem i najwięcej zyskała dzięki bezpośrednim kontaktom z wielkimi twórcami oraz wyjazdom i zapatrzeniu w krajobraz oraz w zwyczajnych ludzi i ich codzienny świat” (str. 83)
Mela malowała portrety osób, których wygląd ją zaciekawił, którzy nie byli posągowo piękni, ale w których dostrzegała jakieś ukryte piękno, ciekawiły ją osoby, które malowała (jak dziewczynki z sąsiedztwa, z których jedna była ociemniała, niewidomy żołnierz czy olbrzym karzeł). Często maluje portrety, ale kiedy męczy ją nadmiar ludzi i zamówień sięga po inne tematy (drzewa, które uczłowiecza), kwiaty (które uwielbiała, od nich zaczęła się jej znajomość z Rainerem Marią Rilke i na nich zakończyła, kiedy to zasuszone wsadziła do koperty z jego adresem w dniu jego śmierci), woda, skały i schody. Miała bogate życie; osiągnęła sławę i sukcesy, jednak końcówkę życia spędziła w osamotnieniu i niemal nędzy. Tylko staraniom Bolesława Nawrockiego juniora (syna malarza, który namalował je portret w 1903 r.) i jego żony zawdzięczać możemy zgromadzenie sporej kolekcji dzieł malarki. Kolekcji przekazanej na przechowanie różnym przypadkowym osobom zagrażało bezpowrotne zaginięcie. Dziś możemy cieszyć oczy jej pięknymi pejzażami i portretami. Ci, którzy znają jej malarstwo z chęcią uzupełnią wiedzę o Melanii czytając Gorączkę życia, a ci którzy go nie znają być może po lekturze książki zainteresują się obrazami. Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny
Po raz pierwszy zwróciłam uwagę na obraz Mutter w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Poniżej kilka obrazów Meli z mojej osobistej kolekcji pamięci:
W prowansalskim miasteczku MN Poznań


Kobieta paląca papierosa MN Poznań


Nie jest to piękność, ale twarz, czy też postawa musiały zainteresować Melę na tyle, że chciała ją namalować. 

Snopki siana MN Lublin


Burza w porcie Muzeum Morskie Gdańsk 


Portret starej kobiety Villa La Fleur
Kolejny obraz przedstawiający macierzyństwo (jeden z ulubionych tematów Meli) Villa La Fleur
Schody, które też lubiła malować Villa La Fleur
Kolejna ciekawa postać Dziewczyna z kotem Villa La Fleur
Platany w Awinionie Villa La Fleur
Platany nad rzeką Sorgue Villa La Fleur

Kolejny motyw schodów Villa La Fleur
jeden z wielu obrazów przedstawiający kwiaty Martwa natura ze słonecznikami Villa La Fleur

Matka z dziećmi Villa La Fleur

Jak widać z załączonych zdjęć jeśli chcemy poznać malarstwo Meli Muter najlepiej wybrać się do Villi La Fleur w Konstancinie (o której pisałam już tu i tu). 
To oczywiście zaledwie ułamek zdjęć jakie zrobiłam, a zrobiłam zaledwie kilkanaście w (o ile mnie pamięć nie myli) dwóch salkach poświęconych malarce. 

 I jeszcze ostatni rzut oka na salkę 



środa, 1 maja 2024

Kowalska ta od Dąbrowskiej Sylwia Chwedorczuk

Anna
Anna Kowalska była niezłą pisarką, autorką dziennika, animatorką życia kulturalno-społecznego, świetnie znała języki obce, była kobietą o postępowych poglądach, żoną i matką. A mimo to w pamięci potomnych pozostała głównie, jako partnerka Marii Dąbrowskiej. I chociaż tytuł biografii napisanej przez Sylwię Chwedorczuk nawiązuje do relacji obu pisarek autorka przywraca Annie należne miejsce w historii literatury.
Od dzieciństwa była Anna (masywna postać nie pozwala nazwać jej Anią) indywidualistką. Wychodząc za mąż sprecyzowała swoje oczekiwania; nie chciała być kurą domową, gosposią, kucharką, panią od robienia zakupów i sprzątania, chciała poznawać świat i ludzi, opisywać swe spostrzeżenia, chciała się rozwijać twórczo. 
W tamtych czasach była to odważna deklaracja, zwłaszcza wobec starszego o dziesięć lat małżonka, Jerzego Kowalskiego, profesora Uniwersytetu Lwowskiego. Na szczęście mąż rozumiał i podzielał poglądy żony. Początek związku przedstawiał się niczym sielanka; podobne doświadczenia samotnego dojrzewania, wspólne podróże i plany. Pierwszy wspólny dom zapełnia się gośćmi. Kowalscy prowadzą bujne życie towarzyskie. Maria Kuncewiczowa po latach wspomina w liście owo profesorsko – burżujskie mieszkanie, które … miało dionizyjską atmosferę. ... Pamiętam, jak patrzyłam z mego łóżka-tapczanu przez szeroko otwarte drzwi na Was dwoje przy śniadaniu i myślałam sobie; mam gorączkę i wydaje mi się, że to widzę, że przecież czytam rozdział powieści; ale po jakiemu? Po grecku? Po francusku Nie mam pojęcia, ale jeżeli to są żywi ludzie, to ich życie jest nietutejsze, helleńsko - Anatolo-France`owskie. To samo jest w Pani książkach. To jest życie poprawione, widziane przez olbrzymi obszar wiedzy i przez temperament słoneczny. (str. 78). Anna jednak coraz częściej czuła się niespełniona. Podczas licznych podróży służbowych Jerzego wpadała w wir zajęć domowych i nie mogła znaleźć sposobu realizacji ambicji pisarskich. Doskwierał jej brak możliwości zarobkowania, nie podobała się rola kobiety zależnej od męża. Nie spełniała się też w miłości, którą Jerzy traktował, jako połączenie aktu fizycznego z przyjaźnią. Anna zarzucała mu, że jego jedyną miłością jest praca. 
Pierwsze próby literackie
Liczne podróże stają się przyczynkiem do napisania wspólnej powieści. Pierwsze napisane przez małżonków książki nie zostają przyjęte entuzjastycznie. Sporadycznie zdarzają się jednak przyjazne recenzje. Maria Czapska o drugiej z książek spółki małżeńskiej Mijają nas pisze, że porusza ważne tematy i ukazuje niełatwy los zmagającego się z przeciwnościami człowieka (podkreśla ton dowcipnego sceptycyzmu i łagodnej ironii – str. 94).
Pisanie jest jedynym sposobem na życie dla Anny. Nie załamują ją niepochlebne krytyki, bo wie, że to jedyna możliwość realizacji swego losu poza zwykłymi koleinami pozostawania w sferze przeciętności (str. 100).
Paradoksalnie to wojna sprawia, iż Anna lepiej przystosowuje się do rzeczywistości niż Jerzy, bowiem zmuszona jest zarabiać i zyskuje dzięki temu pewną niezależność. A jednocześnie coraz bardziej oddala się od męża, który jest samotnikiem i dobrze się czuje sam ze sobą.
Anna i Maria
Sporą część biografii stanowi wzajemna relacja Anny i Marii. Nie była to łatwa relacja. Pomijając fakt, iż obie miały partnerów (jedna towarzysza życia Stanisława Stempowskiego, druga męża, a także  dziecko), obie były zaborcze, miały trudne charaktery, literackie ambicje i bywały dla siebie okrutne. Odniosłam wrażenie, że Maria była bardziej zaborcza w tej relacji. Nie spodobała mi się jej samolubność (sugerowanie partnerce porzucenia męża, kiedy sama opiekowała się Stempowskim, a także wpędzanie w poczucie winy z powodu zajścia w ciążę przez Annę). Nie podobały mi się również docinki Marii sugerujące brak talentu Anny, był to cios poniżej pasa dla niewierzącej w swój literacki sukces partnerki. Gdyby jednak nie było między nimi uczucia związek nie przetrwałby tyle lat. Od listopada 1945 r. do stycznia 1948 r. (czyli w przeciągu 2 lat i trzech miesięcy) wymieniły ze sobą ponad trzy tysiące stron listów. Odpychały się i przyciągały jednocześnie. Panie zamieszkały razem dopiero w 1954 r. i mieszkały wspólnie kilka lat. I to, co mogłoby się wydawać wspólnym dążeniem okazało się udręką. I to nie tylko z powodu obecności Tuli, która irytowała Marię, ale z powodu różnicy charakterów i oczekiwań (Anna potrzebowała ciszy i skupienia, Maria towarzystwa i gwaru). 
Wrocław
Biografia przybliża postać Anny, ale też przybliża środowisko, w jakim obracali się Kowalscy; najpierw Lwów, potem Warszawę, powojenny Wrocław (w którym Anna mieszkała do 1954 r.) i znowu Warszawę. Ciekawy wydał mi się opis Wrocławia (może dlatego, iż o Lwowie czy Warszawie czytałam już wcześniej sporo, a z Wrocławiem spotkałam się po raz pierwszy). 
Wrocław w momencie zakończenia wojny jest zrujnowanym miastem, w którym wciąż mieszkają Niemcy i stacjonują Oddziały Armii Czerwonej. Gdy w sierpniu 1945 r. na konferencji poczdamskiej zapada decyzja o przekazaniu Polsce Śląska, do Wrocławia zaczyna napływać ludność z Polski Centralnej, Wielkopolski oraz wysiedleńcy z kresów Wschodnich, wśród których przeważają mieszkańcy Lwowa oraz Wileńszczyzny. W bliskim sąsiedztwie mają odtąd żyć nieznające się wcześniej grupy, kultywujące różne zwyczaje, wywodzące się z rożnych środowisk i sfer społecznych. Jedną z nich są profesorowie i asystenci akademiccy, którzy biorą na siebie ciężar utworzenia w mieście politechniki i uniwersytetu. (str.192). Rektor połączonych uczelni powierza Kowalskiemu stanowisko dziekana, organizację Wydziału Humanistycznego i kierowanie zakładem Filologii Klasycznej.
Pejzaż miasta, w którym ma się odrodzić życie naukowe nie napawa optymizmem. Część Wrocławia jest całkowicie zburzona, przybyłych przerażają spalone domy, oczy drażnią niemieckie napisy, wszechobecne śmieci, porzucony sprzęt wojskowy, rozbite witryny sklepowe. Jeszcze w połowie stycznia 1945 r. miasto było nietknięte wojną, ale gdy Armia Czerwona podeszła do jego granic, Niemcy uczynili z Breslau, który i tak spodziewali się utracić,, broniącą się twierdzę. W beznadziejnej walce w gruzach legły całe dzielnice, w tym budynki, w których mieściły się ważne miejskie instytucje, ponieważ obrońcy nie zważając na zabytki i cenne budowle, organizowali w nich punkty dowodzenia, rozmieszczali stanowiska artyleryjskie i obserwacyjne, organizowali składy amunicji- stawały się więc one celem ataku nacierających wojsk sowieckich. Żołnierze niemieccy sami także wyburzyli część kamienic w centrum miasta po to, by utworzyć na powstałym w ten sposób placu lotnisko. Zaciekłe walki o miasto doprowadziły do tego, że Wrocław w chwili zakończenia wojny był jednym z najbardziej zniszczonych miast Europy. (str. 193).
Pisarka
We Wrocławiu powstają pierwsze docenione przez krytyków samodzielne twory literackie. Anna realizuje się krótkiej formie, pisze głównie opowiadania. Zawierają one sporo wątków autobiograficznych. Styl Kowalskiej jest prosty, oszczędny, a jednocześnie pełen treści, jak piszą krytycy. Opowiadania greckie życzliwie przyjmują Hanna Mortkowicz - Olczakowa i Jarosław Iwaszkiewicz. Olczakowa pisze - Zdumiewający jest fakt, że taka właśnie proza, z całą świeżą i gwałtowną siłą ekspresji, z treścią swą ludzką i dramatyczną, gorzką i rewolucyjną prawdą o człowieku potrafiła się jeszcze pojawić wśród uproszczeń i szablonów wspomaganych dziś przez opinię oficjalną (str. 246). Iwaszkiewicz - Przeczytałem ją natychmiast od deski do deski i tylko żałowałem, że taka krótka. Szereg zwartych dramatów, z których każdy dałby się rozwinąć na cały tom. I to nadzwyczajne wyczucie południa, ten dokładny obraz kraju narysowany szczegółami, które tworzą z opowiadań Pani małe arcydzieła. (str. 246-247). Entuzjastycznie wypowiadają się Julian Przyboś i Andrzej Kijowski.
Dziś w bibliotece wojewódzkiej w Gdańsku nie ma ani jednego egzemplarza Opowiadań greckich, a z całej twórczości Anny Kowalskiej wypożyczyć można jedynie Dzienniki. Jest też parę artykułów na temat Safony autorstwa Kowalskiej, samej Safony brak.
Maria Dąbrowska za najlepszą książkę Anny uważa Na rogatce (wspomnieniową książkę o matce). Jerzy Stempowski uważa ją za arcydzieło.

Książka Sylwii Chwedorczuk to jedna z lepszych przeczytanych przeze mnie ostatnio biografii o interesującej, zapomnianej pisarce. To wnikliwe studium postaci niezwykle obiektywne spojrzenie na kobietę, człowieka, literata, pisane z sympatią ale bez stawiania na piedestale. 
Cytaty pochodzą z książki Kowalska ta od Dąbrowskiej wydanej przez Marginesy w 2020 r.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny