Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura portugalska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura portugalska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nocny pociąg do Lizbony Pascal Mercier


Pragnienie zmiany uporządkowanego życia to myśl przyświecająca wielu, ale tylko nieliczni zdobędą się na odwagę jej realizacji. Nie znam nikogo, kto zdecydowałby się na to pod wpływem impulsu, co nie znaczy, iż nie chciałabym poznać, a może jeszcze bardziej chciałabym umieć sama się na to zdobyć. A z drugiej strony może lepiej realizować swoje zamierzenia i żyć w zgodzie z samym sobą, niż czekać na impuls, który zmieni utarty bieg życia i nada mu sens. 
Tyle, że nie każdy ma taką możliwość.
Książka Merciera Pascala to książka o duchowej podróży w głąb siebie. Gregorius ponad pięćdziesięcioletni nauczyciel języków klasycznych prowadzący ustabilizowane, nieco nudnawe życie w jednej chwili porzuca wszystko, wychodzi w trakcie lekcji z klasy i wsiada w pociąg do Lizbony. Jedzie, aby poznać człowieka, którego słowa go urzekły. 
Błędem jest sądzić, że decydujące chwile życia, w których zmienia się na zawsze utarty bieg, muszą cechować się głośnym jaskrawym dramatyzmem, podmywanym silnymi, wewnętrznymi wzburzeniami. […] W rzeczywistości dramatyzm determinującego życie doświadczenia jest często niewiarygodnie cichy.  (str. 43)
Impulsem jest przypadkowe spotkanie kobiety, która wygląda, jakby chciała skoczyć z mostu, chwila rozmowy z nią, podczas której ulega czarowi wymowy portugalskiego słowa oraz lektura książki "Złotnik słów" portugalskiego lekarza Amadeu de Prado. Pełna filozoficznych przemyśleń książka sprawia, że starzejący się mężczyzna odnajduje duchową więź z człowiekiem, którego nigdy w życiu nie spotkał. 
Połączyła ich miłość do słów. Fascynacja słowami spowodowała, iż obaj nie potrafią odnaleźć się w realnym świecie i zbudować relacji z otoczeniem. Nauczyciel ucieka w świat literatury, tłumaczeń i nauki języków obcych, lekarz, niespełniony poeta przelewa swe myśli na papier zapisując refleksje o życiu i śmierci, przyjaźni i lojalności, rodzicielstwie, miłości, oczekiwaniach, nadziejach oraz pisze listy, których nigdy nie wyśle. 
Książka napisana została po portugalsku, co sprawia, iż uczący się tego języka nauczyciel tłumaczy ją powoli, a lekturę przeplata spotkaniami z ludźmi, którzy znali Prado. 
Gregorius zwlekał z otworzeniem książki Prado. […] Jak będzie po ostatnim zdaniu? Zawsze bał się ostatniego zdania, a od połowy każdej książki regularnie dręczyła go myśl, że ostatnie zdanie niechybnie nastąpi. (str. 264)
Wszystko to na tle historii Portugalii; dyktatury Salazara i ruchu oporu a także na tle Lizbony; nostalgicznej, smutnej i pięknej. 
Jest w tej książce jakiś nieokreślony smutek, który przywodzi na myśl tęsknie wyśpiewywane fado. 
Czy myśl o upływającym czasie i śmierci powodowała, że nagle człowiek nie wiedział już czego chce? Że nie rozpoznawał własnej woli? Że tracił oczywistą znajomość swoich chęci? I w ten sposób stawał się dla samego siebie kimś obcym, problematycznym? (str.74)
Kiedy zyskujemy pewność, że nigdy nie osiągniemy pełni, wtedy nagle nie wiemy, jak powinniśmy przeżyć czas, bo nie możemy już przeżywać go w nadziei na spełnienie. (str. 184)
Wiele z refleksji, jakie snuje Prado, czy Gregorius przemawiało do mnie, bo stanowiło lustrzane odbicie moich myśli, jak choćby ta o postrzeganiu własnej osoby. Kiedy Gregorius obserwuje swoje odbicie w szybie i zastanawia się, co widzą inni.
Pomyślałem, że nigdy, ani przez chwilę w życiu, nie byłem taki, na jakiego wyglądałem i jakie sprawiałem wrażenie. Ani w szkole, ani na studiach, ani w pracy. Czy inni ludzie także nie rozpoznają się w swoim zewnętrznym obrazie? Czy ten obraz wydaje im się maską pełną niezgrabnych grymasów? Czy z przerażeniem zauważą przepaść między sposobem, w jaki postrzegają ich inni, a sposobem, w jaki odbierają samych siebie? (str. 77) 
Czy wówczas, kiedy dochodzi do wniosku, że rozmowa jest tylko wypowiadaniem słów, a nie wymianą myśli. 
Książka jest kopalnią refleksji i filozoficznych rozważań. Z wieloma z nich się zgadzam, wiele jest odkrywczych, nad wieloma długo się zastanawiałam. 
Niektóre jednak sięgają tak głęboko, że stają się trochę nieczytelne, inne są niepotrzebnie powtórzone, choć to chyba celowy zamysł autora (dla mnie nieprzekonywujący).
Nie umniejsza to jednak mojej wysokiej oceny książki. 
Poza pobudzającą do zastanowienia warstwą filozoficzną dałam się wciągnąć także w fabułę, która choć ma drugorzędne znaczenie jest interesująca i zaskakująca. Ciekawym zabiegiem była możliwość poznawania historii bohatera z różnych punktów widzenia, składanie jej niczym puzzli w całość. 
Polecam tym, którzy są gotowi na podróż w głąb siebie. 
Jeśli nie zgadzacie się z myślą, iż „Życie nie jest tym, co przeżywamy, jest tym, co wyobrażamy sobie, że przeżywamy” (str. 376) to chyba nie jesteście jeszcze gotowi na odbycie tej podróży. 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję paren. Jest to dla mnie tym cenniejsze doświadczenie, gdyż Lizbona jest celem tegorocznej podróży nie tylko w głąb siebie, ale także na ten skrawek Europy, który kiedyś nazywano końcem świata. 
W sieci odnalazłam filmową ekranizację z Jeremy Ironsem w roli profesora Gregoriusa. Jak to często bywa film nie jest wierną adaptacją, gubią się tutaj niuanse i filozoficzne rozważania, pominięto pewne postacie, wprowadzono inne zakończenie, ale mimo to wart jest obejrzenia. Jednak gdybym oglądała go nie znając książki moje wrażenia byłyby zupełnie inne.

Zaliczyłam do literatury portugalskiej, choć napisał Szwajcar studiujący w Londynie i Heidelbergu i mieszkający w Niemczech. Przypisując etykiety mam problem z kwalifikacją książki- wg pochodzenia, narodowości, miejsca zamieszkania, czy tematyki książki. W tym przypadku uznałam, iż określenie jej mianem literatury portugalskiej jest jak najbardziej uzasadnione. 

wtorek, 5 maja 2015

Historia oblężenia Lizbony Jose Saramago

Nie przepadałam za literaturą półwyspu iberyjskiego, nie przemawia do mnie ten rodzaj pisania, nie wciąga, nie zachwyca, nie urzeka*. Aby jednak nie zamykać się na nowe doznania od czasu do czasu sięgam po któregoś z pisarzy iberyjskich. Ponieważ nie tak dawno temu czytałam Baltazara i Blimundę Saramago i lektura pozytywnie mnie zaskoczyła sięgnęłam po Historię oblężenia Lizbony, tym bardziej, iż Portugalia stanowi cel mojej tegorocznej wakacyjnej wycieczki. 

Raimundo Silva, redaktor w średnim wieku, prowadzący monotonne i uporządkowane życie samotnego mężczyzny, zajmujący się korektą różnego rodzaju książek trafia na taką, której lektura staje się punktem zwrotnym w jego niezwykle przewidywalnym egzystowaniu. I nie dlatego, że książka jest interesująca, wręcz przeciwnie. 

Na czterystu trzydziestu siedmiu stronach nie natrafiono na żaden nowy fakt, żadną polemiczną interpretację, żaden nie wydany dokument, żadne nowe odczytanie faktów. Jedynie kolejne powtórzenie opowiedzianej już dziesięć tysięcy razy i doszczętnie wyeksploatowanej historii oblężenia, opis miejsc, mów i dzieł rzeczywistych ludzi, przybycie krzyżowców do Porto i ich morska przeprawa, że wpłynęli na Tag, wydarzenia z dnia świętego Piotra, ultimatum dla miasta, problemy na miejscu, bitwy, ataki, kapitulacja, w końcu plądrowanie miasta.(str. 39 Historii oblężenia Lizbony wydanej przez Dom wydawniczy Rebis 2002 r.)
Nie potrafiąc zdobyć się na szczerą recenzję książki Silva wpada na szatański pomysł, aby zmienić historię i dopisać wyraz „nie” przed zdaniem o pomocy krzyżowców w zdobyciu oblężonej przez Maurów Lizbony. I tak Silva decyduje się na małe szaleństwo; przeinaczenie faktów. Chyba sam nie rozumie, dlaczego to robi. Może ma już dość monotonii. Z niepokojem oczekuje konsekwencji. Jedno małe „nie” powoduje lawinę wydarzeń. Poznaje kobietę, otrzymuje propozycję napisania alternatywnej historii, w której uzasadni odmowę udzielenia pomocy przez Krzyżowców, zakochuje się. 
Miałam nadzieję, iż napisanie alternatywnej historii oblężenia miasta doprowadzi do spekulacji, jakie byłyby konsekwencje pozostawienia Portugalczyków samych sobie. Jednak nie. Silva pisze nową historię, która kończy się tak samo; Portugalczycy bez pomocy Krzyżowców zdobywają miasto, więc historia toczy się utartymi koleinami. Ale jeden wyraz zmieniający sens zdania zmienia też życie człowieka. Redaktor zaczyna pisać książkę i zdobywa kobietę. Historia oblężenia Lizbony toczy się równolegle z historią zdobywania kobiety. 
Plusy; przeniesienie do XII wiecznej Portugalii, uchwycenie klimatu miasta zajętego przez Maurów (świetny fragment opisujący modlitwę muezina), oddanie atmosfery średniowiecznych bitew z poprzedzającymi je negocjacjami, modlitwami, przemowami z obu stron, szczękiem broni, jękami rannych i krzykiem zabijanych, rozrywkami walczących, ciągnącymi za wojskiem cywilami. Ponadto ciekawy pomysł, co by było gdyby Krzyżowcy zamiast pomóc chrześcijanom urażeni w swej dumie wybrali bardziej prestiżowe zadanie zdobycia Jerozolimy. Tyle, że Silva nie pisze nowej historii Portugalii, a …
Minusy… pisze nową historię Silvy, a raczej historię bezbarwnie opisanego romansu redaktora. Tym samym historia nudnawego pana redaktora zamienia się w historię nudnawego romansu. Ta część dwutorowo opisywanej historii jest zdecydowanie słabsza. 
Język; sama nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy język, jakim pisze autor jest zaletą, czy wadą książki. Na pewno jest znakiem rozpoznawczym Saramago. Nie umiem nawet z przekonaniem stwierdzić, czy jeśli czytaliście już którąś z książek Portugalczyka  i ten sposób pisania przypadł wam do gustu, będzie tak i tym razem. Czytanie rozwlekłych zdań, pozbawionych interpunkcji, bez wydzielonych dialogów stanowić może sporą trudność. Co prawda można się do tego przyzwyczaić i po kilku stronach niemal nie zauważać nowatorstwa, ale nie ma co do tego gwarancji. O ile w Baltazarze i Blimundzie zostałam oczarowana takim właśnie sposobem narracji, o tyle w Historii oblężenia Lizbony przeszkadzał mi on do końca lektury.
A może wszystko zależy od treści, a język jest sprawą drugorzędną. 
Reasumując; ani polecam, ani odradzam. Ja w każdym razie, mimo wskazanych minusów i trudności nie żałuję, że przeczytałam, choć, o ile po wcześniejszej lekturze miałam w planach czytanie całego Saramago, o tyle teraz do kolejnej lektury podejdę z umiarkowanym zaufaniem.
*Dokonując geograficznego podziału lektur na kraje ich twórców odkryłam, iż Quatrocento, książkę, która mnie urzekła napisała Hiszpanka, tym samym muszę przyznać, iż i ja trafiłam na dobrą książkę z półwyspu Iberyjskiego. 

niedziela, 29 lipca 2012

Baltazar i Blimunda Jose Saramago

Do tej pory moja znajomość z literaturą półwyspu iberyjskiego była znikoma i prawdę powiedziawszy, taką by pewnie została, gdyby nie Saramago. Pisarz zaskoczył mnie zarówno formą, jak i treścią. Zaskoczył pozytywnie.
Portugalią na początku XVIII wieku rządzi król Jan V, który słynie nie tylko z zamiłowania do zabawiania się z zakonnicami i układania małych replik słynnych świątyń, ale także marnotrawienia ogromnych sum pieniędzy napływających z zamorskich kolonii. Pragnąc potomka składa franciszkanom uroczystą obietnicę wybudowania nowego klasztoru w Mafrze, jeśli jego królewska małżonka szczęśliwie znajdzie się w stanie błogosławionym. Maria Anna bogobojna córka Habsburskiego rodu, za namową spowiednika, nie zdradza się przed małżonkiem, iż w chwili składania królewskiej obietnicy słowo już stało się ciałem. Kiedy więc okazuje się, iż królowa urodzi dziecko król nakładem tysięcy przymusowych robotników buduje klasztor, który z czasem przekształca się w ogromną, pełną przepychu barokową katedrę. Katedrę, którą do dzisiaj można podziwiać. 
Tymczasem w kraju panuje inkwizycja, która tłumi każdy przejaw wolnej myśli, na stosy trafiają zarówno heretycy, jaki i osoby, które miały nieszczęście zostać o herezję oskarżone. Zaprzężeni do niewolniczej pracy, królewską zachcianką wybudowania repliki Bazyli Św. Piotra w Rzymie, robotnicy bez sprzeciwu dźwigają swój los cierpiąc nędzę, choroby, upokorzenie.

Największa mądrość życiowa polega właśnie na obojętnym przyjmowaniu tego, co zsyłają niebiosa, słońce czy deszcz, byleby nie w nadmiarze, ale nawet i wtedy, bo przecież ani w czasie potopu nie zginęli wszyscy ludzie, ani nie było jeszcze takiej suszy, żeby nie przetrwała choćby jedna trawka lub nadzieja na jej odnalezienie. [str.130 ze 182]
Baltazar i Blimunda to historia jednostek, których życie splotło się nierozerwalnie z budową klasztoru. Budowa jest ogromnym, morderczym przedsięwzięciem, które pochłania nie tylko wiele środków, ale przede wszystkim wiele istnień ludzkich. Wydawać by się mogło, że tak przytłaczająca budowla przytłoczy też życie bohaterów. Tymczasem okazuje się, iż z pozoru niewiele znacząca jednostka obdarzona może być nadludzką siłą, jeśli jej motorem są miłość i pasja. Ksiądz Bartłomiej-Wawrzyniec, posiadający ogromne marzenie, aby przy pomocy passaroli (maszyny latającej) wzbić się w powietrze i przenieść do innego, szczęśliwszego świata spotyka na swej drodze dwoje ludzi, którym decyduje się zaufać i powierzyć swój sekret. Są to Baltazar, były żołnierz bez lewej ręki oraz obdarzona zdolnością widzenia rzeczy dla innych niedostrzegalnych – córka czarownicy - Blimunda. Przygody tej niezwykłej trójki to nie tylko historia księdza - pasjonata (postaci mającej swój pierwowzór w rzeczywistości) i dwójki kochanków, ale też wyraz siły, jaką daje człowiekowi uczucie i szlachetne pragnienia, to historia zwycięstwa mądrości nad głupotą, uczucia nad siłą, pasji nad powszedniością. 
„bo czymże w rzeczywistości jest człowiek, którego człowieczeństwo mierzy się siłą mięśni, otóż jest ucieleśnieniem strachu, boi się, że ta siła okaże się niewystarczająca, by powstrzymać potwora, który go bezlitośnie ciągnie za sobą, wszystko zaś z powodu kamienia, który wcale nie potrzebował być aż tak wielki, taras można by przecież zrobić z trzech czy dziesięciu niniejszych, lecz wówczas nie moglibyśmy się pysznić wobec Jego Królewskiej Mości, Jest to jeden kamień, i wobec zwiedzających, nim przejdą do innej sali, Jest to jeden kamień, właśnie tego rodzaju pycha jest źródłem wszelkiego zakłamania, zarówno w skali ogólnej, jak i jednostkowej, o czym świadczy chociażby takie oto stwierdzenie z podręczników historii, Klasztor w Mafrze zawdzięczamy królowi Janowi V który ślubował zbudować go, jeśli będzie miał potomka, a gdzie tych sześciuset mężczyzn, którzy wszak nie zrobili żadnego dziecka królowej, a jednak to oni spełniają ślubowanie, niech to, proszę wybaczyć anachroniczne powiedzonko, cholera weźmie” [str.128 ze 182].

Saramago w sposób niezwykle prosty - za pomocą ludowej opowieści (używając jednocześnie dość zawiłego stylu) opisuje historię determinacji, z jaką dążą do realizacji swych marzeń bohaterowie, którzy muszą przezwyciężyć nie tylko przeszkody zewnętrze, ale także własne słabości i ograniczenia. 
Język Saramago wymaga od czytelnika dużego skupienia. Zdania się niezwykle rozbudowane, często pozbawione znaków przestankowych, zdarza się, iż w jednym zdaniu występuje dwóch narratorów. Jednocześnie narrator będący człowiekiem z XVIII wieku dysponuje często wiedzą człowieka współczesnego. Wszystko to sprawia, iż lektura nie należy do lekkich i łatwych. Z jednej strony utrudnia to czytanie, ale z drugiej strony pozbawiona owego stylu książka, myślę, że straciłaby sporo ze swej oryginalności. 
„… bo zawsze kimś się jest, czy się tego chce czy nie, gdyż prawdę mówiąc, od wszystkiego można uciec, tylko nie od siebie samego” [str.31 ze 182]
Mnie książka urzekła. 
A swoją drogą, ilekroć oglądam te wszystkie piękne świątynie przychodzi mi do głowy pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi, czy były one warte swojej ceny. 
Zdjęcia: 1 Okładka, 2-3. Katedra w Mafrze
Książkę przeczytałam w formie e-booka. Zaliczam ją do wyzwania z półki.