Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzym. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2026

Rzym na koniec roku jubileuszowego

 

ślizgawka na Piazza Cavour z kościołem Tempio Valdese w głębi

Mam ogromne szczęście, iż do Rzymu przyleciałam po raz kolejny (siódmy, dziesiąty- nie wiem, przestałam liczyć). W każdym razie zdołałam go już „troszkę” poznać i nie musiałam trzymać się sztywno planu zwiedzania. Mogłam pominąć te miejsca, które z powodu roku jubileuszowego oraz okresu świąteczno-wakacyjnego (ferie dla młodzieży) były tak zapchane, że trudno było tam przysłowiową szpilkę wetknąć. Nie widziałam jeszcze tak długiej i tak szerokiej kolejki do Bazyliki Św. Piotra, czy takiego tłumu przed Panteonem.
Bazylika Santa Maria Maggiore, do której do niedawna wchodziłam niemal codziennie (bowiem znajduje się blisko mojego noclegu w pensjonacie B&B Edyta) dziś ogrodzona jest płotkami, a wejście prowadzi przez lotniskową bramkę, a to sprawia, że trzeba też odczekać w kolejce.
tłumy przed Panteonem (trudno było się zorientować, gdzie kończy się kolejka do wejścia, a gdzie stoją gapie

Miałam trzy punkty programu do zrealizowania, a potem było zwiedzanie metodą Herberta, jedna uliczka w prawo, potem w lewo i zagubienie się w ich plątaninie, bo przecież wszędzie natrafi się na coś ciekawego (na każdym kroku starożytność miesza się z barokiem, a średniowiecze z renesansem).

Moje trzy punkty obejmowały zbiory i ogrody Palazzo Colonna, wystawę zbiorów z muzeum egipskiego przy Pałacu Kwirynalskim oraz wystawę obrazów malarzy z końca XIX i początku XX wieku z Muzeum w Ditroit.

Pallazo Colonna to pałac budowany od XIII do XVII wieku, stąd taka różnorodność stylów, choć przeważa tu barok. Na początku XV wieku w jego posiadanie wszedł Oddone Colonna (czyli papież Marcin V) uczyniwszy zeń swą oficjalną siedzibę.
Ród Colonnów to jeden z najstarszych rzymskich rodów. Wywodziło się zeń wielu dostojników kościelnych, mnie jednak najbardziej interesuje Vittoria Colonna urodzona pod koniec XV wieku włoska poetka i przyjaciółka Michała Anioła. Kobieta niezwykłej mądrości i wykształcona jak mało która wówczas białogłowa. Jej zaangażowanie w proces reformy kościoła o mały włos a doprowadziłoby ją do więzienia, jeśli nie do stracenia. Była  kuzynką Bony Sforzy. Michał Anioł bardzo ją cenił, pisał o niej sonety i narysował kilka jej portretów. Jeśli nie są pochlebstwem to była też ładną kobietą. 
Ród Colonnów zgromadził dużą kolekcję obrazów, które można oglądać w pałacowych wnętrzach.
Wielka sala w Pallazo Colonna

Pałace nie robią na mnie większego wrażenia, muszę jednak przyznać, iż barokowy przepych Wielkiej Sali z dużą ilością złoconych dekoracji, marmurowymi kolumnami (colonna to kolumna), freskami na suficie i zdobionymi malunkami lustrami nie pozostawiły i mnie obojętną. Wyobrażam sobie, iż przebywający tam goście o gustach kształtowanych ówczesną modą byli pod wrażeniem bogactwa i elegancji siedziby rodu. Nawet, jeśli my dziś uznajemy barok za styl przeładowany i napuszony. Znajdujące się w Wielkiej Sali XVII wieczne obrazy nie budziły mego zainteresowania, ale wystrój, dekoracje, piękne stoły, komody, rzeźbienia są godne uwagi.
Podstawa stołu w Galeria Colonna

Obraz, który bardzo chciałam obejrzeć to Jedzący fasolę Annibale Carracci. Na tego malarza zwróciłam uwagę w Muzeum Wiedeńskim. Jednak to obraz całkiem odmienny od tamtejszej Piety (o której wspominałam tutaj). Ta realistyczna kompozycja rodzajowa wyróżnia się tematycznie na tle mitologiczno-religijnych scenek, jakie malował Carracci, ale też jakie malowali pozostali artyści. Obraz przykuwa uwagę odmiennością tematu zaskakującą w tym pełnym przepychu wnętrzu. Jako wyróżniający się tematyką budził spore zainteresowanie oglądających, może nawet większe niż wiszący w tej samej Sali Portret Doży Andrei Gritti Tycjana.
Jedzący fasolę Annibale Carracci

Jak wielokrotnie wspominałam lubię podczas każdej wizyty w galerii sztuki odkryć malarza, o którym wcześniej nie słyszałam. Dołącza on potem do mojej wciąż rozrastającej się prywatnej galerii malarstwa i rzeźby. Nie mówiąc o tych malarzach, których odkryłam wcześniej, a których obrazy także kolekcjonuję. Tym razem w oko wpadł mi obraz Jacopo del Sellaio, ucznia Filipa Lippiego, który malował pod wpływem Botticellego i Ghirlandaio. Obraz jest rzeczywiście w stylu w/w panów, ale najbardziej zaskoczył mnie dobór pięknych, intensywnych, pogodnych barwników dla tematu przerażającego. Obraz nosi tytuł Masakra niewinnych (ja sobie przetłumaczyłam jako rzeź niewiniątek, co chyba nie byłoby błędem). Matki z otwartymi ustami tulące do siebie niemowlaki w powijakach w przepięknych, kolorowych szatach. I co znamienne, kaci to mężczyźni, ofiary to dzieci, a broniącymi są wyłącznie kobiety. Chciałoby się zapytać, gdzie podziali się ojcowie owych niewiniątek.
Masakra niewinnych Jacopo del Sellaio (poniżej fragment)



Zwróciłam też uwagę na przepiękne posadzki, marmury z florystycznymi dekoracjami. Jakże miło się je oglądało.
Piękne posadzki


Wystawa zbiorów egipskich z Muzeum Kairskiego w Scuderiach przy Pałacu Kwirynalskich budziła ogromne zainteresowanie ponieważ jak zapewniali organizatorzy były to zbiory, które nigdy wcześniej nie opuszczały swej siedziby. Po zeszłorocznych odwiedzinach w Muzeum egipskim w Turynie i wcześniejszej (lata temu) wizycie w samym Muzeum Kairskim moje oczekiwania były chyba zbyt wygórowane. Nie spodziewałam się co prawda Maski Tutenchamona, ale czegoś bardziej spektakularnego. Tymczasem wystawa była bardzo skromna. Eksponatów kilkadziesiąt i aczkolwiek oczywiście każdy budzący szacunek swoją wielowiekową historią to osobiście poczułam się nieco rozczarowana. Ale dla oddania sprawiedliwości muszę dodać, iż ilość osób tłocząca się przy każdym eksponacie i stanie w długiej kolejce do każdego kolejnego artefaktu tudzież uświadomienie sobie zguby pewnego banknotu (niemałej wartości) mogły wpłynąć na moje odczucia. Najbardziej spodobała mi się maska Amenemope – nieznanego mi faraona z XXI dynastii (dla porównania Tutenchamon pochodził z XVIII dynastii i wyprzedził swego zstępnego o ponad trzy stulecia). Ta maska nie jest aż tak dekoracyjna, jak najsłynniejsza z masek pogrzebowych, ale wykonana ze złota i kartonażu też robi duże wrażenie. 
Maska Amenemope z ok 992 r p.n.e.

Innym ciekawym eksponatem była Triada Mykerinosa z 2500 p.n.e. (król w otoczeniu bogini Hathor i bóstwa nomu Górnego Egiptu). Gdzieś wyczytałam, że Triada Mykerinosa to najstarsze zachowane przedstawienia trzech postaci w rzeźbie. Mykerinos pochodził z IV dynastii i wyprzedził Tutenchamona o około 1200 lat. Tak, te daty budzą szacunek, ślady cywilizacji sprzed niemal pięciu tysięcy lat.
Triada Mykerinosa

Wystawa malarska z Muzeum w Detroit prezentowana w Ara Pacis. Miałam nadzieję, że obrazy impresjonistów i kubistów zawisną w otoczeniu samego Ołtarza Pokoju wzniesionego przez Cesarza Augusta wybudowanego na początku ery nowożytnej, ale obrazy były prezentowane w zwyczajnej sali wystawowej. Ta wystawa to był creme de la creme mojego pobytu w Rzymie. Już miałam sobie ją odpuścić, bo czekały mnie kolejne w Arezzo i we Florencji, a nie chciałam doznać po raz kolejny syndromu Stendhala, ale moja włoska ciotka uświadomiła mi, że raczej za ocean nie polecę, więc to jedyna szansa ich obejrzenia. Dobrze mnie zna i wie, że w samolocie wytrzymuję maksymalnie pięć godzin.  Pamiętam, jak oglądając film Mój Vincent zobaczyłam na ekranie obraz Brzeg Oise w Auvers. Pomyślałam wówczas, iż to chyba nie jest obraz, bo jakimś cudem nie widziałam go nigdy wcześniej i szczerze mówiąc nie widziałam go też później na żadnej fotografii, w żadnym albumie, reprodukcji i nawet o nim zapomniałam. Jakież było moje zaskoczenie i radość, kiedy mogłam stanąć przed nim i chłonąć go pod powieki, tak, że dziś zamknąwszy oczy mogę go zobaczyć. 
Brzeg Oise w Auvers Vincet Van Gogh (zdjęcie nie oddaje owej pogody i radości płynącej z wnętrza)

Widziałam dziesiątki obrazów Vincenta, może nawet setki (byłam w Amsterdamski Muzeum Van Gogha, gdzie zgromadzono najwięcej jego obrazów) ale ten obraz zrobił na mnie duże wrażenie; pogodą, świeżością, emanacją radości istnienia, chciałoby się usiąść w tej łódce i popłynąć w słoneczny dzień przed siebie słuchając śpiewu ptaków i delikatnego szumu fal.

Kolejny obraz który zachowam w pamięci to kolejny w mojej galerii obraz Pissarro. Z obrazami Camilla mam ten problem, że nie pamiętam (poza Czerwonymi dachami i portretem syna) ich tytułów. One wszystkie są tak piękne, pogodne, że jak tylko je zobaczę niemal bezbłędnie odgaduję nazwisko malarza, a tytułu nie mogę spamiętać. Może dlatego, że często odnoszą się do francuskich nazw małych miejscowości, które to nazwy brzmią dla mnie całkiem obco, a nawet zapamiętane są tak przeinaczone w mojej pamięci, że wolę ich nie wypowiadać. Tu jednak sprawdziłam tytuł i brzmi on Ścieżka.
Camille Pissarro Ścieżka 

Kolejny obraz wydał mi się znajomy z uwagi na modelkę, którą kojarzyłam z obrazami Renoira. I nie myliłam się to Kąpiąca się na siedząco; ładna, ponętna, zmysłowa naga kobieta, aż miło popatrzeć.

Renoire Kąpiąca się na siedząco

Po niedawnej lekturze Modigliani i Lunia uświadomiłam sobie, iż nie miałam okazji oglądania dzieł Amadeo. Obejrzałam zatem parę reprodukcji w internecie. Tym razem mogłam obejrzeć trzy portrety w oryginale. Też od razu je rozpoznałam z uwagi na charakterystyczny styl, migdałowate puste oczy, wydłużone szyje i sylwetki. Są one bardzo interesujące. 
Amadeo Modigliani Portret mężczyzny 

Czytając ostatnio książkę Blask Montparnasse`u zwróciłam uwagę na Chaima Soutine i jego niezwykły życiorys. Pochodzący z ubogiej rodziny białoruskich żydów (wszędzie znajduję określenie francuski malarz żydowskiego pochodzenia) wyrwał się z nędzy rodzinnej i pojechał do Paryża bez pieniędzy i znajomości języka, aby tam po pierwszych latach pobytu na Montparnassie klepiąc biedę, niedojadając doskonalić warsztat malarski, aż w końcu osiągnął uznanie i powodzenie. Do dotychczasowej kolekcji dwóch jego obrazów w moich zbiorach doszedł kolejny Czerwone gladiole. Jak większość jego obrazów wyróżniają się krwistością barwy, poskręcanymi kształtami, wynaturzeniem formy. Patrząc na te mimo wszystko piękne kwiaty myślałam o jego zakupach nieświeżego mięsa i pozostawianiu go na wiele dni, aby potem malować je w stanie rozkładu. Zastanawiałam się też, czy kwiaty traktował podobnie. Na którymś z filmów o Vincencie opowiadano, że lubił on malować kwiaty w różnym stadium rozwoju, od świeżych do więdnących i takich całkiem przekwitniętych.
Chaim Soutine Czerwone gladiole

Na wystawie trafiłam na obraz malarza, z którego nazwiskiem spotkałam się po raz pierwszy kilka lat temu w Warszawskich Łazienkach, kiedy to w Pałacu na wodzie prezentowano wystawę Maxa Liebermana. Kiedy wpadłam spóźniona na ową wystawę  roześmiałam się, bo okazała się ona ekspozycją dwóch obrazów niemieckiego impresjonisty. Jednak nazwisko zapamiętałam i uważniej oglądałam jego obrazy w Berlinie i Dreźnie. Tym razem trafiłam na obraz z amerykańskiej galerii sztuki Pejzaż parkowy. 

Oczywiście obrazów ciekawych było zdecydowanie więcej i każdy wart wspomnienia. Choć te bardziej kubistyczno- ekspresjonistyczne podobały mi się dużo mniej (stąd nie piszę o obrazach Picassa, których było najwięcej. Jeden nawet całkiem normalny. Przepraszam za sformułowanie, nieudziwniony, nie zgeometryzowany)

Idąc na wystawę troszkę pobłądziłam i trafiłam na takie cudo, jak na pierwszym zdjęciu. Na Piazza Cavour odbijające się w fasadzie kościoła Tempio Valdese słońce, wspaniałe pinus pinea, czyli parasolowate sosny, ślizgawka z rozbawionym tłumem łyżwiarzy wprawiły mnie w jeszcze lepszy, o ile to w ogóle możliwe humor. Ta 110 letnia protestancka świątynia stanowi eklektyczne połączenie neoromańskiej architektury ze stylem liberty (włoskim art nouveau). Czyli i w Rzymie można odnaleźć coś co nie jest klasyczną formą architektury, a to robi takie wrażenie w otoczeniu stojących tu budowli, jak ów jedzący fasolę we wnętrzach barokowego pałacu. 
To pierwszy ze wpisów z ziemi włoskiej - wycieczki, jaką odbyłam w okresie od 26 grudnia do 5 stycznia. W kolejnym będzie więcej widoków z zewnątrz, bo rozumiem, że nie każdy interesuje się sztuką :)
Nocowałam tradycyjnie u Edyty, która traktuje mnie już jak rodzinę. Polecam, bo niedrogo, po polsku i można liczyć na pomocną dłoń w razie problemów. 
Z góry przepraszam, jeśli wkradną się pomyłki w obcobrzmiących nazwach (nazwiska, tytuły, wezwania kościołów, sprawdzam po kilka razy ilość literek i ich pisownię, ale myślę, że nie uniknęłam błędów)

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Reminiscencje przy kopiowaniu bloga

Prowadziłam kiedyś bloga na innej platformie (wp). Z czasem zaginął on w czeluści internetu. Pomyślałam, że nie chciałabym kiedyś i tego bloga gdzieś zagubić; szkoda mi tych minionych zdarzeń, przeżyć, wspomnień, które tak prędko ulatują z pamięci. Mam słabość do starych wpisów; począwszy od tych infantylnych, pełnych zachwytów, do nieco bardziej przemyślanych, a wszystkie są zapisem autentycznych przeżyć.
Śladami profesora Langdona w Paryżu

Robienie kopii całości za pomocą narzędzi informatycznych wychodzi mi słabo, pojawiają się jakieś dziwne znaczki, jakiś chiński szyfr, stąd zabrałam się za żmudne kopiowanie wpisów, wpis po wpisie, wraz z komentarzami (usuwając zdjęcia, bo zabierają zbyt wiele miejsca). Zajęcie jest żmudne i pracochłonne, ale jakże przyjemne. Nie czytam wszystkiego, bo jest tego średnio pół tysiąca stron rocznie, a lat pisania już czternaście. Nie mniej czytam sobie wybiórczo wpisy i pojawiające się pod nimi komentarze. Przypominam pierwszych komentatorów oraz trafiam na pierwsze komentarze osób, które pozostały wiernymi czytelnikami do dzisiaj. Ileż książek mi polecono, o których zapomniałam, ile miejsc do odwiedzenia zasugerowano, których jeszcze nie odwiedziłam,  ile osób przestało się odzywać, a których mi bardzo żal. Tych dyskusji, które się nie odbyły, tej wymiany zdań, o którą dziś coraz trudniej. Ogarnia mnie sentyment. 

Ekstaza Św. Teresy Berniniego w kościele Santa Maria della Victoria (Rzym)

Kopiowanie jest zajęciem inspirującym. Dotarłam do wpisu na temat książki W ogrodzie pamięci Joanny Olczak - Ronikier i postanowiłam wypożyczyć kolejną książkę pisarki, w której historie tak miło było się zagłębić. Wypożyczyłam historię Piwnicy pod baranami. To chyba Piotr (bardzo zacofany w lekturze) mi zasugerował, Piotr, który nie odzywa się u mnie od lat, ale zawsze lajkuje nowe wpis na fb 😊 Nawiasem mówiąc Piwnicę pod baranami odwiedziłam po raz pierwszy już w okresie blogowym. Poznałam wówczas to kultowe zjawisko. Poznałam i przepadłam. Każda wizyta w Krakowie skutkuje nabyciem nowej płyty jednego z piwnicznych artystów. Nawiasem mówiąc, czy dziś jeszcze ktoś kupuje płyty, skoro tyle muzyki można pozyskać z internetu. Sama robię to coraz rzadziej, ale ten rodzaj muzyki trudno pozyskać z internetu. W samej Piwnicy przy krakowskim rynku byłam dwukrotnie. Jest to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym koncertem piwnicznych artystów, bo stłoczeni na małej powierzchni piwnicznej izdebki stajemy się jakby piwniczną rodziną, która znalazła się na tej wysepce normalności. Ale też jest tam dla starszej pani bardzo niewygodnie. Siedzenie na desce czy twardym krześle przez ponad dwie godziny to spore wyzwanie dla naszych obolałych kości ogonowych, wiekowych kręgosłupów, drętwiejących nóg czy złaknionych powietrza astmatyków. Dlatego doświadczywszy zjawiska Piwnicy kolejne wystąpienia oglądam bądź to w Teatrze Słowackiego (jubileusze) bądź na występach gościnnych w Filharmonii Bałtyckiej. Ostatnio miałyśmy okazję po raz kolejny wraz z moją przyjaciółką Magdą doświadczyć tego niezwykłego katharsis w zeszłym miesiącu, kiedy to Piwnica wystąpiła ze swymi najlepszymi utworami w Gdańsku. Choć w przypadku Piwnicy trudno mówić o utworach słabszych. Niezmiernie nas cieszy fakt, iż do Piwnicy przybywają nowi, młodzi artyści. Będzie komu przejąć pałeczkę i poprowadzić Piwnicę dalej prze kolejne lata.

Londyn Temple Church
Swoją drogą widuję wielu blogerów, którzy bądź to zaprzestali prowadzenia blogów, bądź robią to sporadycznie, a którzy dość aktywnie udzielają się na f-b (jak choćby nieodżałowana Ada z krakowskiego bloga. Nieodżałowana – dlatego, iż nie mogę odżałować, iż zaprzestała prowadzenia bloga, Każdy wpis to było małe dzieło sztuki)

Ale wracając do procesu kopiowani - przypadkiem trafiłam na pierwszy komentarz Alicji. Alicji, czyli ardioli, którą poznałam osobiście w czerwcu podczas wycieczki do Wrocławia. A kilka dni temu Alicja odwiedziła mnie w Gdańsku. I znowuż koincydencja. Tym pierwszym skomentowanym postem był post o polskiej tradycji spędzania Świąt Bożego Narodzenia (musi być rodzinnie, przy suto zastawionym stole, z telewizją w tle, politycznymi dyskusjami i skłóconą rodziną, udajemy że się kochamy, kiedy tak naprawdę niemal każdy marzy, aby znaleźć się w tym czasie w zupełnie innym miejscu). I tym razem nasza rozmowa zahaczyła o temat rodzinnego spędzania świąt. Nic w tym dziwnego, wszak zbliża się czas świętowania. I choć nasze rodziny nie są ani patologiczne, ani skłócone to chyba każda z nas wolałaby ten czas spędzić inaczej, po swojemu.

Trafiłam na wpisy z serii Hugo na dobry początek tygodnia. Nowszych czytelników informuję, iż mam fioła na punkcie prozy Wiktora Hugo. Jeszcze do niedawna myślałam, iż jest to czas przeszły dokonany, iż proza Hugo jako nieprzystawalna do współczesności musiała się zestarzeć i „zramoleć” nawet w moich oczach, uszach i sercu. I wtedy sięgnęłam po audiobooka Nędznicy. Wysłuchałam w przeciągu kilku dni powieści o ponad tysiąc sześciuset stronach. Wprost nie mogłam się oderwać od słuchania, choć przecież doskonale znałam fabułę, a nawet niektóre cytaty, którymi raczyłam czytelników bloga, chyba do znudzenia. Spłakałam się okrutnie (może to efekt nadchodzącej, czy też posuwającej się wielkimi krokami starości) i doszłam do wniosku, że ten Hugo jednak umiał pisać, a choć czasy się zmieniły, okoliczności mamy inne, styl pisania także to jednak zachowania ludzkie i pewne zjawiska są nadal niezmienne. 

Kaplica Rosslyn w Szkocji
Przypomniałam też sobie blogerkę - trolla, która pod różnymi nickami występowała w blogosferze zamieszczając obraźliwe komentarze u osób, których poglądy jej nie odpowiadały. Pisywała też pochlebne komentarze sama u siebie. Nie wiem, czy teraz można to zweryfikować, pewnie jacyś bardziej doświadczeni blogerzy potrafią, w każdym razie wówczas było widać, iż osoba o kilku nickach jest jedną i tą samą osobą. Kiedy owa blogerka zaczęła obrażać inną osobę zamieszczającą u mnie komentarze wprowadziłam funkcję moderowania- czyli zatwierdzania komentarzy. A osobniczka usunęła wówczas wszystkie komentarze wcześniej u mnie zamieszczone. 

Jakże często trafiam na wpisy, iż po przeczytaniu któregoś z pisarzy zaraz sięgnę po kolejną jego książkę, a potem nie sięgam po żadną, bo coś innego wpada mi w ręce. Życie. Obietnice złożone samemu sobie nie zawsze bywają skuteczne. Może trzeba je składać innym. Swego czasu, kiedy przełożona oceniając moją pracę obniżyła mi ocenę za to, że pracuję po godzinach, co oznacza, iż nie potrafię zorganizować sobie pracy - obiecałam jej, iż nigdy więcej po godzinach nie będę pracować i słowa dotrzymałam. Z czego o dziwo, wcale nie była zadowolona. I jak tu ludziom dogodzić.

Zdarzył mi się też zabawny komentarz pod wpisem o biografii Dantego, w którym nieznany komentator zaklinał mnie, aby nie kupowała kolejnej powieści Dana Browna Inferno, a zamiast tego kupiła Wieczory florenckie pana Juliana Klaczko. Bo podobno jestem inteligentną osobą. No chyba się bloger pomylił, bowiem swego czasu zaczytywałam się w powieściach Dana Browna i choć właśnie na Infernie moja fascynacja autorem się zakończyła, to jednak zawdzięczam pisarzowi wiele pięknych podróży śladami jego bohatera po Rzymie, Paryżu, Londynie i Rosslyn. Nie mniej potraktowałam komentatora chyba trochę niesprawiedliwie, jak kogoś w rodzaju moherowego beretu, a tymczasem Wieczory florenckie pana Klaczki mogą być całkiem pouczającą lekturą. Aż mnie korci, aby po nie sięgnąć.  

Takie reminiscencje mnie naszły podczas kopiowania bloga. Wiele jeszcze pracy przede mną, bo nadal tkwię w roku 2013. Zatem być może pojawią się kolejne za jakiś czas wspomnienia.

Poza ostatnim zdjęciem nawiązującym do tytułu poleconej mi lektury pozostałe są ilustracją moich podróży śladami bohatera Dana Browna.

Jeden z wieczorów florenckich na Piazza Signoria
Dopisane po przeczytaniu wpisu u Małgosi Sztuka w papilotach.

Tak sobie pomyślałam, że choć piszę o sobie poprzez opisywanie tego, co mnie interesuje, to nie piszę o każdej swojej aktywności, każdym koncercie, wystawie, książce, podróży, o wykładach to już chyba wcale. Nie wspominam o rodzinie czy znajomych (no sporadycznie i trochę mimochodem). Nie czuję takiej potrzeby. Nie muszę się dzielić wszystkim, w czym uczestniczę. Nie robię tego, dla zaznaczenia ilości, a raczej utrwalenia jakości. Co też nie oznacza, iż te nieopisane aktywności są gorsze, czy mniej ważne. Jest to sztuka wyboru i potrzeba chwili. Bardzo rzadko zamieszczam tu moje zdjęcia. Nie mam nic przeciwko temu, że inni to robią, na pewno ciekawie jest zobaczyć, jak wygląda ktoś kogo znamy wirtualnie, ale nie jest to dla mnie niezbędne do wymiany myśli. Nie pisuję też recenzji (w zasadzie te moje wrażenia z lektur trudno nazwać recenzją) książek moich znajomych, przyjaciół, rodziny. To zapewne nieprofesjonalne, ale obawiam się bądź to braku obiektywizmu, bądź sprawienia komuś przykrości. 

sobota, 20 sierpnia 2022

Caravaggio w Rzymskich świątyniach (bezpłatne galerie sztuki)

Ukrzyżowanie Św. Piotra

Nie pamiętam, od kiedy zaczęło się moje zainteresowanie malarstwem Caravaggia. Dawniej oglądałam te obrazy bez szczególnej ekscytacji, może gust miałam niewyrobiony, może tak bardzo wdarły się do mojej świadomości i podświadomości przecudnej urody madonny  braciszka Angelico, ojca i syna Lippich, Botticellego, Rafaela, Belliniego, że na prostotę, ubogą scenerię dzieł Michelangelo Merisi (zwanego Caravaggiem) zabrakło już miejsca. Może preferowałam sztukę bardziej dekoracyjną, scenografię ze świątynią Jerozolimską w tle, piękne dekorum z kwiecia i roślinności i dostojne szaty monarsze lub dworskie, w które malarze renesansu ubierali świętych.

A Caravaggio  - no cóż. Jego Madonny i święci mają brudne stopy,  porwane odzienie, zmęczone twarze i smutek w oczach, a ich ciała nie mają apolińskich kształtów. Uroda tych obrazów dotarła do mnie, kiedy obejrzałam dwa obrazy w kaplicy Cerasi w bazylice Santa Maria dell Popolo. Wspominałam już, że obrazy znajdujące się w miejscach, do których zostały przeznaczone wywołują zupełnie inny rodzaj emocji. Nie znaczy to, że nie lubię muzeów i ich bogatych zbiorów, ale w nich te przepiękne obrazy są jednymi z wielu, poza nielicznymi - giną w natłoku innych. W świątyniach tworzą integralną całość z otoczeniem, opowiadają historię, udowadniają jakąś tezę, którą na zamówienie zleceniodawcy wykonał artysta.

Nawrócenie Św. Pawła

Bazylika Santa Maria dell Popolo to jedna z moich ulubionych rzymskich świątyń, związana z miejscem pochówku Nerona, rodem della Rovere (którego dwaj przedstawiciele zostali papieżami), Pinturicchiem, Rafaelem, Carraccim, Berninim i Caravaggio. Wiszące po bokach kaplicy Cerasi obrazy Caravaggia zdominowały niewielką przestrzeń na tyle, że mimo dużej atrakcyjności Wniebowstąpienia Aniballe Carracci pozostało ono niemal niezauważone. Przynajmniej w moje pamięci, kiedy przywołuję obrazy z kaplicy widzę  jedynie znajdujące się po prawej i po lewej stronie dwie niezwykle realistycznie przedstawione sceny. Są one tak odmienne od  innych obrazów znajdujących się w świątyni, że chyba to właśnie sprawia, że zapisały się w pamięci niezwykle dokładnie. O Nawróceniu Św. Pawła wspominałam już na blogu. Wiszący po przeciwnej stronie obraz Ukrzyżowanie Św. Piotra doskonale koresponduje z Nawróceniem (lepszej jakości zdjęcie z wikipedii poniżej). I tutaj światło pada na tego, który jest najważniejszy,  na ojca kościoła. Postacie trzech oprawców nie mają twarzy (dwie są niewidoczne, a trzecia ukryta w cieniu). Są jedynie postaciami drugiego planu. Świętość Piotra podkreśla światło, żadnych zbędnych dekoracji, prostota i realizm. To nie jest jakiś święty unoszący się na chmurce, to jeden z nas, homo sapiens. Na twarzy Piotra, człowieka sędziwego i doświadczonego nie ma cierpienia, czy strachu, jest pogodzenie. Jego ziemska wędrówka się właśnie kończy. Można by pomyśleć, że Piotr sam trzyma gwoździe, które posłużą przybiciu do krzyża.

Będąc wierną słuchaczką czwartkowych audycji o historii i sztuce w ulubionej stacji radiowej prowadzonych przez doktora Olafa Kwapisa dowiedziałam się o dwóch kolejnych kościołach, w których można obejrzeć obrazy Caravaggia.

Męczeństwo Św. Mateusza
Pierwszym z nich jest  Kościół pod wezwaniem Świętego Ludwika Francuskiego, gdzie znajdują się  Powołanie Św. Mateusza i Męczeństwo Świętego Mateusza.  Oba powstały na zamówienie kardynała Contarelli do kaplicy jego imienia. Ponieważ kardynał miał na imię Mateusz tematyka obrazów narzucała się sama. O ile Powołanie Św. Mateusza wydaje się zwykłą scenką rodzajową, dość statyczną, w której siedzący przy stole  Mateusz ze zdziwieniem wskazując na siebie palcem pyta, czy to o mnie chodzi? O tyle Męczeństwo to brutalna scena mordu na ołtarzu kipiąca emocjami świadków. Scena niezwykle dynamiczna.  Mateusz został zamordowany podczas odprawiania nabożeństwa w akcie zemsty przez etiopskiego króla za sprzeciwienie się jego woli. Na obrazie światło pada na głównych bohaterów dramatu ofiarę i jego oprawcę.  Ponieważ właśnie odbywał się chrzest nowych wyznawców morderca dla niepoznaki  jest także na pół nagi. Kiedy oprawca ma już ugodzić ofiarę anioł podaje jej palmę męczeństwa. Mateusz nie przyjmuje symbolu. Świadkowie są przerażeni, ale bierni. Wśród gapiów znajduje się sam Caravaggio. Można sobie zadać pytanie, dlaczego nikt nic nie zrobił. Mężczyźni, którzy mieli otrzymać chrzest zdają się pospiesznie oddalać z chrzcielnicy.  Pozostali uczestnicy patrzą z przerażeniem i ze strachem na świętokradczy czyn. Morderstwo w świątyni? Owszem to się zdarzało, ale zawsze szokowało. I znowu w tej scenie nie ma żadnego męczeństwa, czy cudu, jest proza życia i śmierci. Tak jak w powołaniu Św. Mateusza. Nie ma tu żadnych mocy nadprzyrodzonych. Jest prostota. Siedzi Mateusz w towarzystwie kilku przyjaciół w karczmie i nagle ktoś wchodzi i mówi do niego, że teraz porzuci towarzystwo i pójdzie za nim. Ja Panie? Dlaczego?

Powołanie Św. Mateusza

Drugim kościołem jest kościół Sant Agostino z obrazem Madonny Loretańskiej zwanej też Matką Boską Pielgrzymów. Ukazywana zazwyczaj na chmurce, albo w scenerii przepięknej architektury na obrazie Caravaggia zawitała do ubogiej chłopskiej chatki, gdzie przyjmuje parę wiekowych biedaków. Biedacy jak to u Caravaggia mają skromne szaty i brudne nogi. Matka Boska patrzy na nich z czułością i miłością, a dzieciątko zdaje się im błogosławić. Pielgrzymi są pełni pokory i oddania. I znowu, jak u Caravaggia światło i ciemność. Blask bije od twarzy Maryi i oświetla postać dzieciątka. Kobieta pozująca do postaci Matki Boskiej jak większość modelek Caravaggia była ulicznicą. Była to Lena, która dość swobodnie ubrana obnosiła swe wdzięki po Piazza Navona, jednym z jej klientów był notariusz Pasqualone. Na skutek sprzeczki pomiędzy malarzem a notariuszem (jak wiadomo Caravaggio był niezwykle krewki i niewiele było trzeba, aby wdał się w bójkę) ten drugi został poważnie zraniony. Malarz był zmuszony przerwać na jakiś czas pracę i wyjechać z Rzymu. Notariusz po pewnym czasie (z niewiadomych powodów, może nakłoniony przez któregoś z bogatych protektorów artysty) wycofał swoje oskarżenie, a Caravaggio wrócił do pracy.

Matka Boska Pielgrzymów
W Rzymie znajduje się ogromna kolekcja dzieł Caravaggia, ale te umiejscowione w świątyniach stanowią szczególną kolekcję. Powstały na zamówienie, aby ozdobić  konkretnie miejsce i nadać chwały imieniu zleceniodawcy.  I choć dziś przyciągają tysiące wielbicieli malarstwa, a także osoby, które oglądają je skuszone sławą nazwiska ich twórcy, to w momencie powstania budziły tyleż samo podziwu co odrazy. Pisano wówczas o Caravaggio, że niszczy malarstwo, że jest ono obrazą widza, że jego oglądanie nie daje przyjemności, że nie ma w nich harmonii, że wreszcie nie godzi się ladacznic, czy ubogich biedaków przedstawiać, jako świętych. Czyli mówiono mniej więcej to samo, co wielu z nas mówi dziś oglądając sztukę współczesną.Co sama mówiłam jeszcze do niedawna.
Św. Mateusz pisze Ewangelię (jeszcze jeden obraz z Kościoła Św. Ludwika Francuskiego)

Osobom, które twierdzą, iż zwiedzanie galerii sztuki jest zbyt kosztowne (mnożymy koszt biletu wejścia przez kurs euro i ilość osób i wychodzi nam na przykład cena obiadu) proponuję odwiedziny w świątyniach. Są one bezpłatne. Jedyny  koszt stanowi jedno euro za zapalenie światła w kaplicy, jednak z uwagi na spore zainteresowanie odwiedzających i z tym nie będzie problemu, bo co chwilę znajduje się chętny aby wrzucić monetę za minutę oglądania i fotografowania. 

Jedyny problem to dostosowanie swoich planów do godzin otwarcia świątyń, które w Italii często otwierane są w godzinach porannych i popołudniowych z przerwą np. między 12-16. Najlepiej weryfikować to w internecie na bieżąco. Spod drzwi kilku świątyń odbijałam się kilkakrotnie.  

Mam świadomość, że moje zdjęcia mają kiepską jakość, nie mniej dla mnie stanowią bezcenną pamiątkę. Często też wiszą na bocznej ścianie kaplicy i trzeba robić je pod kątem, co dla tak niewprawnego fotografa-amatora jest dodatkową trudnością, nie mówiąc o ilości oglądających, których należy zręcznie ominąć.

Dla lepszego wyobrażenia poniżej zdjęcia z internetu (z wikipedii)






niedziela, 10 lipca 2022

Wizyta w Palazzo Doria Pamhilij w Rzymie

Na dziedzińcu Pałacu

Koleżanka z pracy zapytana, czy jedzie zwiedzać, czy wypoczywać odparła szybko, że zwiedzać to będzie dwa dni, a resztę wypoczywać. Wypowiedziawszy te słowa, na które zapewne nie zwróciłabym uwagi, niemal natychmiast, jakby uświadomiła sobie, że popełniła jakieś straszne głupstwo – sprostowała - nie, nie, zwiedzać będziemy najwyżej dzień, a potem wypoczywać. I wydaje się odetchnęła z ulgą, iż ktoś mógłby ją podejrzewać, o tak niecne zamiary, jak zwiedzanie na urlopie.

Rozbawiało mnie to setnie, zabrzmiało tak, jakby zwiedzanie było czymś o czym nie warto wspominać,  czymś do czego nie powinno się przyznawać, czymś wstydliwym.

A mnie się marzy taki grand tour w XVIII czy XIX wiecznym stylu, kiedy człowiek podróżował po to, aby poznawać świat, ludzi i siebie, aby na własne oczy zobaczyć  miejsca, o których pisali literaci i które utrwalali malarze na swych płótnach. Zapewne  dlatego moje wyjazdy związane są ze zdzieraniem butów, marszrutą od rana do wieczora  poprzez ulice, place i galerie. Najchętniej połączone z wizytą w teatrze czy na koncercie.

Sala balowa

Podczas tegorocznego wiosennego rzymsko-florenckiego grand tour odwiedziłam ponownie Galerię w Palazzo Doria Pamhilij mieszczącą się przy Via Corso.

Pałac rodu Pamphilij w monumentalnym Rzymie nie wyróżnia się od strony fasady  niczym szczególnym. Ot, kolejna budowla, jakich wiele. Dopiero wejście na zielony dziedziniec budzi zaciekawienie. Po raz pierwszy kilka lat temu weszłam tam przez przypadek. Był to szczęśliwy przypadek. Od tamtej chwili marzyłam o powrocie i ponownym obejrzeniu jego bogatych zbiorów. 

Historia tego pałacu zaczyna się na przełomie XV i XVI wieku, kiedy zaprojektowany z przepięknym arkadowym dziedzińcem (ponoć dziełem samego Donato Bramante) wzbudził podziw papieża Juliusza II z rodu della Rovere. Wówczas zażyczył on sobie, aby pałac został podarowany jego bratankowi, Francesco Maria della Rovere. Kolejnym właścicielem pałacu został ród Aldobrandinich, a z powodu braku męskiego potomka pałac odziedziczyła Olimpia Aldobrandini.

Galeria lustrzana

Olimpia, jako jedyna spadkobierczyni ogromnej fortuny rodu, w wieku 15 lat wyszła za mąż za księcia Borghese. Po jego śmierci, 23 letniej wdowie wpadł w oko bratanek papieża Innocentego X, Camillo Pamhilij. Camillo był synem Olimpii Maldaichini, innej niezwykłej kobiety tamtego okresu. Olimpia Maldaichini w przeciwieństwie do swej synowej, pochodziła z niezamożnej rodziny poborcy podatkowego. Ojciec chciał, aby podobnie, jak jej siostry wstąpiła do klasztoru. Olimpia sprzeciwiła się woli ojca i wyszła za mąż za najbogatszego w miasteczku człowieka Paola Niniego wykazując niezwykłą wówczas siłę woli. Po śmierci męża wydała się za brata Giovani Batisty Pamhilego, Pamphillio. Była bardzo wpływową kobietą i to ona doprowadziła swego szwagra polityką kupowania poparcia na tron Piotrowy, a potem została jego prawą ręką i rządziła polityką papiestwa. Olimpia Maidalchini nie była zadowolona z decyzji syna ożenku z Olimpią Aldobrandini. Była świetną partią, ale zarówno matka, jak i wuj papież przeznaczyli go do kariery duchownego. Dla przyszłej żony zrezygnował z tytułu kardynalskiego.

Kaplica Pałacowa

Olimpia Aldobrandini, będąca jedyną spadkobierczynią bogatego rodu, wdową po księciu Borghesse (kolejny zamożny ród) i żoną papieskiego bratanka  miała ogromne fundusze, dzięki którym powiększała rodową kolekcję dzieł sztuki, a także rozbudowywała i upiększała odziedziczony pałac. Wniosła w wianie kolekcję dzieł sztuki, która stała się zaczątkiem Galerii znajdującej się do dziś w Pałacu przy Via Corsa.

Po śmierci ostatniego męskiego potomka rodu Pamphilj, księżnę Annę Pamphilj wydano za mąż za genueńskiego arystokratę Andreę III Doria. Ich potomek żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, doprowadził do kolejnej modernizacji pałacu. Wtedy powstała też sala Balowa i odnowiono kaplicę. Dzieło powiększania pałacu kontynuowali również jego potomkowie, wówczas wybudowano między innymi pałacowe stajnie, w których dzisiaj znajdują się pomieszczenia sąsiadującego z pałacem banku.

Galeria lustrzana 2
Palazzo jest więc spuścizną kilku niezwykle zamożnych rodów (Borghese, Pamphilij, Aldobrandini, Doria).

Wygląd samego pałacu jest imponujący, zachwycają zwłaszcza sala balowa, czy galeria lustrzana ze złoconymi sztukateriami, lampami, posągami oraz dekoracyjnym pokrytym freskami sklepieniem.

Z ciekawostek pałac jest cały czas zamieszkały przez potomków rodu, którzy spierają się o spuściznę przodków. Przed wejściem do budynku można oglądać niezwykle imponujące najnowsze modele aut jego mieszkańców. Myślę, że wśród męskiej części odwiedzających Galerię wielu będzie bardziej zainteresowanych stojącymi w przejeździe brannym lamborghini niż którymkolwiek z obrazów.

Ponadto w Pałacu znajduje się między innymi stacja naukowa Polskiej Akademii Nauk.

Ja, nieczuła na  wdzięki współczesnych karoc przyjemność czerpałam z oglądania dzieł sztuki malarskiej.   

Jest ich tutaj ogrom. Na mnie największe wrażenie zrobiły;
Portret Innocentego X (Velazquez)
Wyeksponowany w malutkiej salce na końcu jednego z korytarzy galerii portret Innocentego X pędzla Valazqueza. Dumny wzrok, majestat postaci, bogate papieskie szaty i coś co sprawia, że nie można tego papieża po prostu minąć. Jakiś nieprzyjemny dreszcz sprawia, że nie czujemy się zbyt komfortowo stając twarzą w twarz z Giovanim Batistą Pamhilij, był to papież okrutny, straszliwy niczym Juliusz II papa teribile (a jednak ten namalowany przez Rafaela Juliusz II ma jakiś rys łagodności i zmęczenia, w przeciwieństwie do portretu Innocentego).  Był to człowiek apodyktyczny, okrutny i władczy, tu z zaciśniętymi ustami, z trudem próbuje przybrać maskę majestatycznego duchowego dostojnika. Kiedy papież ujrzał swój portret miał ponoć zakrzyknąć to zbyt prawdziwe.
 Innocenty X wg Bacona (Stany Zjednoczone)

Ostatnio poznałam bardzo ciekawy portret będący reinterpretacją tego najbardziej znanego portretu papieża. Portret – hologram namalowany przez Bacona. Papież wygląda, jak uwięziony w klatce, jakby siedział na krześle elektrycznym, usta ma otwarte i wrzeszczy z wściekłości i gniewu. Jest być może jeszcze bardziej prawdziwy, niż mógł namalować go Velazquez.  U niego papież milczy (choć z trudem zapewne to mu się udaje), u Bacona wrzeszczy.

Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu Caravaggio – to jeden z dwóch obrazów, które najlepiej zapamiętałam podczas pierwszej wizyty w galerii. I chyba pierwszy Caravaggio, który mnie urzekł, pierwszy z tych wiszących w galeriach sztuki. Powstały z inspiracji Ewangelią Św. Mateusza obraz podróży Józefa z rodziną do Egiptu w celu uniknięcia gniewu Heroda zawiera nietypową scenkę.

Odpoczynek  podczas ucieczki do Egiptu Caravaggio
W Ewangelii mowa jest o cudownościach i niezwykłościach wydarzeń w podróży do Egiptu, ale nie ma tam mowy o grającym na skrzypcach aniele. Prawdopodobnie pomysł zrodził się w otoczeniu kardynała Del Monte (jednego z mecenasów Caravaggia) miłośnika muzyki i sztuki. Skrzypce były wówczas nowoczesnym, używanym od niedawna instrumentem. Święta rodzina przedstawia zwykłych prostych ludzi, Józef to człowiek, który nie bardzo rozumie, skąd wziął się tutaj anioł i dlaczego gra im na skrzypcach, jest zażenowany swoim ubóstwem i pokorny, nosi zwykłe szaty i ma bose nogi. Natomiast  Maryja zmęczona podróżą wraz z dzieciątkiem śpią. Blask bijący od anioła oświetla tę część obrazu. Gra światłem to typowe dla Caravaggio). Obok Odpoczynku podczas ucieczki do Egiptu znajduje się obraz Pokutująca Magdalena, do której postaci pozowała ta sama modelka. Zauroczył mnie ten anioł - nie anioł, chłopiec-hermafrodyta, z rozwianym lokiem i przypiętymi skrzydłami, nagi, a jednak osłonięty zwiewną wstęgą.

Dla miłośników Caravaggia zbiory Galerii to istny raj. Obok siebie znajdują się wspomniana wyżej Pokutująca Maria Magdalena i Święty Jan Chrzciciel. Ten ostatni (chyba) wypożyczony z Muzeów Kapitolińskich (więc lepiej się nie nastawiać, że będzie tam na stałe).

Piękny obraz Jana Brueghela starszego niemal ginie w natłoku tych wszystkich Tycjanów, Rafaeli, Carracich, Massysów. Pejzaż połączony z biblijną opowieścią o wygnaniu Adama i Ewy z raju zachwyca delikatnością, kolorytem, sielanką. Na pierwszym tle znajdują się fauna i flora, całe bogactwo ziemskie, a Adam z Ewą ledwie widoczni w oddali jakby nieistotny element całości.

Raj ziemski Jan Brueghel Starszy
Do kolekcji osobistej obrazów Zwiastowań oraz obrazów Filippo Lippiego - byłego zakonnika, artysty o pojemnym sercu dołączyłam kolejne Zwiastowanie.


którego koloryt uzależniony od kąta padania światła był zupełnie inny 


Z przyjemnością także poznałam kolejnego Memlinga, bowiem jak dotąd pierwsze i jedyne skojarzenie z Memlingiem, czyli tym, czym słynie Muzeum Narodowe w Gdańsku jest Sąd Ostateczny (obraz, przed którym spędziłam tak wiele czasu, jak przed żadnym innym). 

Mniej znany Hans Memling (tytuł Opłakiwanie? Zdjęcie z krzyża?- nie znam)

Artystą, na którego zwróciłam uwagę w zbiorach Galerii był Quentin Masys. Dotąd kojarzony jedynie z jednego obrazu Bankiera z żoną (znajdującego się w Luwrze). Teraz po lekturze książki Rozmowy obrazów tom 1 Grażyny Bastek także z portretem Starej kobiety (brzydkiej księżniczki) znajdującym się w National Gallery w Londynie. Jestem pewna, że musiałam go tam widzieć, jest bowiem charakterystyczny. Jest to portret kobiety o zniekształconych chorobą rysach twarzy, wyglądający karykaturalnie. Znajdujące się w Galerii Pamphilij obrazy Masysa także przedstawiają osoby o twarzach nieco zniekształconych. Takie osoby o wyjątkowym wyglądzie, nietypowych, często zniekształconych rysach twarzy  były wówczas (XVI wiek) przedmiotem zainteresowania, sprowadzano je na dwory panujących, uwieczniano na obrazach, pokazywano. Brzydota fascynowała malarza.

Na zakończenie popiersie Olimpii Maldaichini, którą można by nazwać kobietą papieżem, bowiem wywierała bardzo duży wpływ na dworze swego szwagra. Trochę to dziwne, bowiem miał on silny, apodyktyczny charakter, iż pozwalał swej szwagierce na tak wiele, ale też wszystko co miał jej właśnie zawdzięczał. Na popiersiu Alessandro Algardiego Olimpia w wieku mocno dojrzałym wieku. Chyba nie chciałabym spotkać tej kobiety na swojej drodze.Widać, że słowo nie, nie istnieje w jej słowniku.

Olimpia Maidalchini - papieżyca, albo prawa ręka papieża Innocentego X