Paryż wiadomo, Arles to Van Gogh, Awinion to most awinioński i Pałac Papieski, ale dlaczego Marsylia. Wiele osób zadawało mi to pytanie, dlaczego właśnie Marsylia. Otóż muszę się przyznać do mojej słabości do nadmorskich miast portowych. Pisałam już pewnie o tym niejednokrotnie, morze jest dla mnie synonimem wolności, niczym nieskrępowanej przestrzeni, dzięki której wszystkie krępujące mnie więzy mogą zostać rozerwane, a ja wolna niczym ptak będę mogła ulecieć daleko do gwiazd, pokonując nie tylko portowy akwen, nie tylko basen morza śródziemnego, ale i przestworza oceanów. No tak, ale był też powód znacznie bardziej prozaiczny. Przeglądając mapę połączeń kolejowych trafiłam na dogodne i ciekawe połączenie Paryż Gare du Lyon - Marsylia Saint Charles. Jego zaletą była szybkość (750 km w trzy i pół godziny i jak się ma do tego relacja Warszawa-Gdańsk ze swoimi 350 km i ośmioma godzinami jazdy?) wygoda (dwupiętrowy pociąg składa się z dwóch rodzajów wagonów; dla ceniących spokój i ciszę - chcących czytać książki, spać, czy korzystać z komputera oraz dla pozostałych, którzy lubią rozmawiać, grać w gry, słuchać muzyki a także cena (koleje TGV wprowadziły coś w rodzaju odpowiednika tanich połączeń lotniczych - idTGV, gdzie im szybciej rezerwujesz bilet, tym mniej płacisz, tym sposobem rezerwując trzy miesiące wcześniej opłata była naprawdę bardzo atrakcyjna). A komu choć raz przytrafiła się podróż w towarzystwie osób, które całą drogę prowadziły rozmowy telefoniczne ten na pewno doceni zaletę takiego sposobu podróżowania. Poza tym Marsylia okazała się świetną bazą wypadową dla wycieczek po Prowansji.
Zawsze staram się, aby moje relacje były zapisem moich
odczuć, wrażeń, zachwytów, bądź rozczarowań, a nie zapisem informacji na
temat miasta, jakie można znaleźć w Wikipedii, więc i tym razem nie
będzie to przewodnikowy opis miasta, a jedynie kilka migawek z pobytu.
Port Vieux (Stary Port)
Jest to jedno z najbardziej urokliwych miejsc miasta, tzn. kiedyś takim było i pewnie będzie takim za jakiś czas. Dziś, jest to ogromny plac
budowy. Wiedziałam, iż Marsylia dzięki inicjatywie krajów basenu morza śródziemnego realizuje projekt przebudowy
portu. Założeniem projektu jest zmiana oblicza miasta z
biednego, zaniedbanego, niezbyt bezpiecznego (powiedzmy szczerze z miasta przemytu, narkotyków, prostytucji i wymuszania okupu) w atrakcję turystyczną. Odniosłam wrażenie, że Marsylia jest tym we Francji, czym Kalabria i Sycylia we Włoszech. Zgodnie z przewodnikowymi informacjami projekt przebudowy portu
miał był zrealizowany do 2012 roku, tymczasem prace trwają w najlepsze.
Tak więc romantyczną atmosferę pobytu w porcie, w którym cumują setki żaglowców, z
którego wypływają małe stateczki wożące turystów na okoliczne wyspy i
wysepki diabli wzięli. Portowe knajpki i
restauracyjki serwują przepyszne jedzenie i w bonusie dodają doń
odgłosy młotów pneumatycznych wwiercających się w mózg hałaśliwym
zgrzytem. Oczywiście ilekroć wybiera się knajpkę jej otoczenie stanowi
błoga cisza, zakłócona jedynie odgłosem morskiego ptactwa oraz szumem
fal odbijających się od brzegu. Natomiast, kiedy tylko garson (ponoć nie
wolno tak wołać, bo to obraza) - kelner przyniesie zamówienie,
natychmiast robotnicy portowi przystępują do pracy, a konsumpcji
towarzyszy mało przyjemne dla uszu warczenie i mało komfortowe dla
reszty zmysłów unoszenie się tumanów piasku i kurzu. Wielka to szkoda,
bo jedzenie tutaj jest naprawdę przepyszne.
W porcie codziennie odbywa się targ rybny, gdzie można
kupić świeżutką rybę, tak świeżą, że często jeszcze na straganie
pływającą lub pełzającą, no a że przy okazji troszkę przyprószona
betonowym pyłem - to drobiazg.
Bullaibesse, czyli marsylska specjalność
Co prawda moje zwiedzanie Francji nie było zwiedzaniem kulinarnym, ale przy okazji, czemu nie spróbować np.
bullaibesse (ponoć właśnie tutaj przyrządzanej w jedyny, właściwy
sposób. Nie wiem, czy moja zupa rybna (choć nie należy składać w ten
sposób zamówienia, bowiem fish soup to zupełnie inna potrawa) była
reprezentatywną przedstawicielką gatunku, w każdym razie była jedną z
najdroższych potraw, jakie konsumowałam we Francji. Składały się nań;
zupa, pieczone kartofle, cztery rodzaje ryb, trochę zieleniny, parmezan
(albo coś w tym guście) i sos (chyba musztardowy), no i pieczywo, które tutaj podaje się do każdej potrawy. Do tego kieliszek białego wina i pełnia szczęścia. Wszystko to bardzo smaczne,
choć jedna z ryb dość trudna w konsumpcji, bowiem nie chciała się dać pożreć; nie mogłam bowiem oddzielić mięsa od kości. Dwie rybki - niebo w gębie, trzecia całkiem smaczna. Porcja była tak ogromna, że nawet po zjedzeniu połowy dania
czułam się nasycona. Całość skonsumowałam raczej dla wartości poznawczo-smakowych, niż dla
zaspokojenia głodu.
Jeśli miałam jakieś marzenia związane z pobytem w Marsylii, to była to wycieczka na wyspę If. Każdy kto czytał Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumasa (ojca) zrozumie mnie bez słów. Nawiasem mówiąc czytałam
ostatnio recenzję na jednym z blogów, zarzucającą lekturze naiwność
dialogów (stylu). W podróż zabrałam audiobook, aby przypomnieć sobie
fabułę, dotarłam do momentu ucieczki z zamku i jak dotąd nie trafiłam na
rażące naiwnością dialogi, ale będę wypatrywać dalej. W każdym razie
epizod z zamkiem If mam na świeżo w pamięci, mogłam więc odbyć tę podróż
niejako wspólnie z Dumasowskim bohaterem. Jakiż był mój zawód, kiedy
trzykrotnie odchodziłam z kwitkiem od kas przewoźnika, ponieważ warunki
pogodowe uniemożliwiały odbycie rejsu na wyspę. Kiedy już poddałam się i
kupiłam bilet na rejs na inną wyspę, okazało się, iż po drodze mija
się wyspę z zamkiem If. Mogłam więc poczuć się trochę jak Edmund Dantes wieziony do więzienia. Szczęśliwie stateczek płynący w innym kierunku przepływał obok wyspy If, bowiem warunki pogodowe
w postaci silnego wiatru skuteczne odwiodły mnie od kolejnego rejsu. Po
podróży jeszcze przez dwa dni czułam na skórze smak soli. Fale były
tak wysokie, że woda zalewała górny pokład statku, a i moje okulary i aparat fotograficzny mocno podczas tej podróży ucierpiały z powodu kontaktu ze słoną wodą. To, że sama byłam mokra nie miało większego znaczenia, bowiem podczas pobytu na wyspie w ciągu piętnastu minut silnego operowania słońca zdołałam wyschnąć całkowicie. Zobaczenie ruin zamku
If, nawet bez ich zwiedzania ich robi spore wrażenie. Znajdujące się tam więzienie służyło głównie więźniom politycznym i religijnym. Prawie żaden z nich nie opuścił murów zamku. Czytając książkę
wyobrażałam sobie, że wyspa If musi znajdować się dalej od wybrzeża.
Faktycznie jest ona położona w odległości 3,5 kilometrów od lądu. Dzisiaj Zamek If stanowi jedynie obiekt
turystyczny.
Już od pierwszego dnia intrygowała mnie bazylika Marii Panny de la Garde królująca nad miastem. Port marsylski otoczony jest górami. Na szczycie jednej z nich wznosi się piękna świątynia, zwieńczona złotym posągiem Matki Boskiej z dzieciątkiem. Madonna czuwa nad miastem. Przewodnik podaje, że czuwa ona nad rybakami wychodzącymi w morze. Trudno mi generalizować, ale w Awinion równie piękny posąg Madonny górował nad miastem. Może więc to taka prowansalska tradycja?
Świątynia intrygowała mnie, chyba głównie z powodu położenia i sposobu, w jaki można się tam dostać. No i eureka; malutki pociąg turystyczny, który obwozi po mieście, dowozi także na samą górę. W zasadzie nie korzystam z takich pociągów, wolę na własnych nogach przemierzać miasta i miasteczka, zawsze wtedy można zobaczyć więcej, inaczej, dogłębniej. Można zatrzymać się tam, gdzie człowiek ma ochotę. No, ale perspektywa podchodzenia pod górę była skutecznym argumentem dla zmiany zdania co do możliwości skorzystania z pociągu turystycznego. Znajdująca się na wzgórzu La Garde noeobizantyjska świątynia przeładowana jest złoconymi mozaikami i muralami. Pełno tam wot a także morskich elementów; ryb, roślin i ptaków. Świątynia jest dziś punktem pielgrzymek, zwłaszcza w dniu 15 sierpnia. Nie można jej odmówić uroku, jednak mnie znacznie bardziej podobała się inna neobizantyjska świątynia, nieco skromniejsza i nie tak tłumnie odwiedzana Katedra de la Major, której zdjęcie poniżej.
A dzisiaj kiedy ledwie wyściubiam nos spod pieleszy domowej kołderki zaczynam się zastanawiać, czy ta kąpiel morska podczas rejsu na wyspę na pewno nie miała żadnych konsekwencji.