Na ratunek Italii to
zajmująca opowieść o ratowaniu dzieł sztuki podczas wojny.
Napisałam kiedyś, iż
nie przeraża mnie własna śmiertelność, ale przeraża możliwość unicestwienia
dzieł sztuki, bez których nie wyobrażam sobie dalszego trwania świata. Czym
byłby świat bez Dawida Michała Anioła, Ostatniej wieczerzy Leonardo da Vinci,
czy Słoneczników Van Gogha, bez Bazyliki Świętego Piotra, Ponte Vecchio, Luwru
czy dziesiątek tysięcy obiektów dziedzictwa kulturowego. Skupiam się na
Europie, bo jest mi ona najbliższa i najlepiej znana.
I choć Na ratunek
Italii opisuje działania podejmowane w celu ochrony zabytków (nierzadko
zakończone sukcesem) to jednocześnie uświadamia to co przecież doskonale wiemy,
jak kruche i nietrwałe są przedmioty w obliczu działań wojennych
Jest taki fragment
opisujący nalot bombowy na Mediolan (sierpień 1943 r.), kiedy bomba spada nieopodal
refektarza, którego ścianę zdobi Ostatnia Wieczerza. Eksplozja całkowicie
zburzyła wschodnią ścianę refektarza, przez co zawalił się jej dach. Drewniane
dźwigary spadzistego dachu zniszczyły
cienki sklepiony sufit sali jadalnej […]. Miejscowi urzędnicy przezornie
zabezpieczyli północną ścianę workami z piaskiem, drewnianym rusztowaniem i
metalowymi wzmocnieniami już w 1940 roku. Tylko to uchroniło arcydzieło
Leonarda przed zniszczeniem. (str. str.22) Uchronienie fresku można uznać za
cud, bomba wybuchła zaledwie dwadzieścia pięć metrów od refektarza.
 |
Przy refektarzu z Ostatnią Wieczerzą
|
Książka jest historią
oddziału utworzonego przez generała Eisenhowera do ratowania dziedzictwa
kulturowego Italii. Oddział jest tworzony, kiedy wojska alianckie lądują na
Sycylii.
Początkowe działania
napotykają na szereg trudności. Sama idea ochrony zabytków wywołuje
kontrowersje wśród dwóch największych rozgrywających; Jankesi, chcą za wszelką
cenę ratować dzieła sztuki, które są wartością bezcenną, natomiast Brytyjczycy bardziej
doświadczeni działaniami wojennymi pragną jak najszybciej i jak najdotkliwiej
zniszczyć Włochów, nawet za cenę zniszczenia paru kościołów, czy obrazów. Stąd
pierwsi preferują bombardowania punktowe, nakierowane na ściśle określone cele
militarne, unikając bomb zapalających, ofiar wśród cywili i obiektów kultury,
drudzy wolą naloty dywanowe, prowadzone w nocy, bezpieczniejsze dla pilotów,
ale mniej precyzyjne.
Zwyciężyła
opcja oszczędzająca, która nie zawsze była jednak możliwa do zastosowania. Miało
to miejsce chociażby przy ataku pod Monte Casino, kiedy zmęczeni i zniechęceni
długim oblężeniem niezdobytego wzgórza alianci zdecydowali się na zniszczenie
średniowiecznego klasztoru, w którym wbrew przypuszczeniom nie było Niemców.
Trwały działania
wojenne, a prowadzący je żołnierze nie rozumieli dlaczego, zamiast o ludzi,
mają troszczyć się o budowle, czy jakieś malowidła, dlaczego nie mogą
przenocować w świątyni, czy galerii i zapisać swojego imienia na ścianach
budowli. Oficerowie wyznaczeni do obrony dzieł sztuki nie posiadali uprawnień
do podejmowania decyzji. W dodatku brakowało wszystkiego; ludzi do ochrony,
sprzętu do transportu, skrzyń i zabezpieczeń do przewozu dzieł sztuki, dostępu
do informacji, katalogów, a sami strażnicy podlegali sprzecznym rozkazom.
Dodatkowo działała propaganda, która przedstawiała aliantów, jako prymitywnych
grabieżców dzieł sztuki, co powodowało wrogie przyjęcie przez miejscową
ludność, przynajmniej na początku ich działań.
 |
Florencki Ponte Vechcio
|
Z czasem powstają
specjalne mapy, na których zaznaczane są najcenniejsze obiekty dziedzictwa
kulturowego, które należy oszczędzić. Przykładem będzie niezwykle precyzyjny
nalot na Florencję, podczas którego udało się zniszczyć dworzec Santa Maria
Della Novella, tory kolejowe, a ominąć znajdujący się sto pięćdziesiąt metrów
dalej kościół Santa Maria Novella. Nie zawsze się jednak udaje oszczędzić miasta z ich skarbami kultury, przykładem niech będzie zniszczenie Camposanto Monumentale (cmentarza) w Pizie z bezcennymi freskami renesansowych malarzy w tym Benozzo Gozzoli czy Taddeo Gaddi. Przejmujący jest opis, kiedy opiekujący się cmentarzem zakonnicy usiłowali ratować zniszczone i zalane stopionym ołowiem fragmenty fresków.
Książkę pisze
amerykański biznesmen i pisarz i co zrozumiałe największy nacisk kładzie na
zasługi amerykańskich chłopców w dziele ratowania dzieł sztuki. Pojawiają się
tutaj jednak także i Włosi i Niemcy. Intencje niektórych osób nie były
chwalebne, część biorących udział w akcji ratowniczej chciała upiec dwie
pieczenie na jednym ogniu, ratować dzieła sztuki, a przy okazji zabezpieczyć
własną przyszłość, albo też ratując dzieła sztuki zabezpieczyć swoją przyszłość (zarówno materialnie, jak i zabezpieczając się przed odpowiedzialnością za zbrodnie).
Doceniając sam pomysł
utworzenia Oddziałów Ratowniczych i ich wagę w dziele zachowania kulturowego
dziedzictwa, liczne trudności, jakie napotykali, częste poczucie bezsilności
wobec okoliczności należy też zauważyć wkład setek osób,
które pomagały bezpiecznie ulokować dzieła sztuki na czas wojennej pożogi.
Dziesiątki posiadłości znajdujących się na uboczu działań wojennych zostało udostępnionych jako składy
obrazów, rzeźb, antyków, woluminów (repozytoria).
Sporo dzieł było
przechowywanych w obrębie murów
Watykańskich. Z uwagi na status Watykanu - państwa neutralnego były tam
względnie bezpieczne. I tak w pewnym momencie, Watykan, który i tak posiadał
jedną z największych kolekcji dzieł sztuki został wzbogacony o eksponaty z
Pinakoteki Brera w Mediolanie, Galerii Borghese w Rzymie, muzeum Narodowego w
Neapolu, dzieła zwiezione z mniej znanych muzeów i bezcenne skarby z
kościołów…. Do tej kolekcji dołączyły obrazy Caravaggia z kościołów Santa Maria
del Popolo i San Luigi dei Francesi, a także płótna Tycjana, Veronesego,
Tintoretta i Tiepolo z Wenecji. (str. 173)
Dzieła których nie
można było wywieźć zostały zamurowywane lub obudowywane.
Rzeźbę Mojżesz, wysoką
na prawie 2,5 metra, dłuta Michała Anioła, owinięto szczelnie i umieszczono w
westybule bazyliki San Pietro In Vincoli, gdzie ją zamurowano. Łuk Konstantyna-
potrójny łuk, wysoki na prawie 21 metrów, zasłoniły rusztowania i worki z
piaskiem. Władze Rzymu zabezpieczyły nawet kolumnę Trajana za pomocą cegieł-
pomysł był tak wspaniały, że na pierwszy rzut oka osłona pozostawała
niewidoczna (str. 172)
Miejscowi rzemieślnicy
wznieśli coś na podobieństwo ceglanego grobowca wokół wyniosłej rzeźby Dawida
Michała Anioła oraz niższe wokół towarzyszących mu mniejszych postaci nazywanych Niewolnikami (str. 183)
Podobny oddział do
spraw ochrony zabytków powstał również po stronie niemieckiej. Hitler, jako
niedoszły student malarstwa bardzo cenił sztukę, a szczególnie malarstwo
realistyczne. Dzieła, których nie rozumiał, jak malarstwo impresjonistów,
abstrakcjonistów, ekspresjonistów nazywał sztuką zdegenerowaną i kazał
niszczyć. Jego ambicją było utworzenie ze zgromadzonych z obszarów okupowanych
dzieł sztuki (czytaj zrabowanych) ogromnej galerii w Linzu Fuhrermuseum.
Niemcy zawarli z
Włochami porozumienie, w myśl którego mieli chronić włoskie dziedzictwo
kulturowego przed działaniami wojennymi, jednak gdyby nie czujność jednego z
oficerów całe zbiory przeznaczone do ewakuacji nie trafiłyby do ich
depozytariuszy. Dzięki interwencji udało się większość zbiorów odzyskać, nie
mniej w transporcie zaginęły zbiory z kilku skrzyń najpewniej z przeznaczeniem do prywatnej
kolekcji Goeringa.
Najbardziej rozczuliło
mnie miejsce pochówku dwóch opisanych w książce bohaterów- strażników skarbów Freda Hartta i Deana Kellera, dwóch antagonistów, którzy działali na rzecz ochrony zabytków. Pierwszy spoczął na dziedzińcu kościoła San Miniato we Florencji, drugi (częściowo) na cmentarzu Camposanto w Pizie.
Książka posiada bogatą bibliografię, a także ciekawe ilustracje dotyczące wojennych zniszczeń. Polecam osobom, którym równie bliskie jest kulturowe dziedzictwo.
