Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lipca 2023

Złote jajo Donna Leon (lato z kryminałem odc.2)

wydawnictwo Noir sur blanc 2016
To co w powieściach Donny Leon mnie ujmuje to oczywiście bez dwóch zdań Wenecja, jej uliczki, kanały, knajpki. Polubiłam komisarza Guido Brunnetiego  i jego żonę Paolę. Oboje uwielbiają czytać, tak więc jak tylko komisarz znajduje chwilkę czasu oddaje się lekturze, zapominając o bożym świecie i przenosząc się do tego opisanego na kartach księgi świata. Żona jest w tej kwestii  zdecydowanie uprzywilejowana (akademickie pensum daje sporą ilość wolnego czasu). Kiedy komisarz wraca z pracy do domu można być pewnym, że ujrzy ją albo zajętą przygotowywaniem obiadu (którego opis sprawia, że czytelnik  zaraz robi się głodny), albo też pogrążoną w lekturze.

Na pokładzie (vaporetto) zauważył, jak niewiele osób czytało gazetę; jak niewiele, w gruncie rzeczy, czytało cokolwiek. Oczywiście przesuwające się koło nich powoli najpiękniejsze na świecie widoki mogły odciągać je od zamieszczanych w Il Gazzetino zdawkowych opisów i błędnych analiz wydarzeń na świecie, ale mimo wszystko stale go zaskakiwało, jak niewielu ludzi lubiło czytać. On czytał, Paola czytała, dzieci czytały, ale uświadomił sobie, jak rzadko rozmawiał o książkach lub spotykał osobę, która wydawała się nimi żywo zainteresowana. (str. 133).
Na szczęście wśród moich znajomych nam parę osób, które lubią czytać i z którymi mogę o książkach pisać lub rozmawiać.

W książce Złote jajo Brunetti na prośbę żony prowadzi dochodzenie w sprawie śmierci człowieka pracującego w pralni. Czterdziestoletni mężczyzna, którego uważano za głuchoniemego i upośledzonego intelektualnie pomagał pracownicom pralni. Właścicielka zatrudniła go z litości, chcąc dać mu jakiekolwiek zajęcie. Prowadzone przez komisarza dochodzenie wykazało, iż człowiek, który jak uważano zmarł w wyniku nieszczęśliwego wypadku (połknięcia kolorowych tabletek nasennych) nie mógł zostać pochowany, ponieważ oficjalnie nigdzie nie istniał. Nie miał aktu urodzenia, karty identyfikacyjnej, nie korzystał z usług służby zdrowia, nie pobierał zasiłku od państwa, nie chodził do szkoły, a utrzymująca go matka nie chciała niczego wyjaśnić.
Jak to się często w książkach Donny Leon dzieje choć sprawca zostaje wykryty to nie zostaje postawiony przed wymiarem sprawiedliwości. Żeby nie zdradzić puenty zacytuję przykład przywołany na kartach książki dotyczący zdarzenia mniejszej wagi ilustrującego zjawisko kradzieży sklepowej nie znajdujące epilogu na sali sądowej.

Żona znanego prawnika, przyłapana w drzwiach butiku Armaniego w krótkiej skórzanej kurtce ze starannie odciętą metką, twierdziła, że ma „poważne problemy z akceptowaniem arbitralnego rozróżnienia prawa własności pomiędzy sklepem a klientem”, a jednocześnie zapewniała, że tak czy owak zamierzała tylko wyjść na calle, żeby zobaczyć, jak kolor będzie wyglądał w świetle dziennym. To, że torba, którą miała na ramieniu, zawierała pięć T-shirtów i dwie pary spodni, nie ułatwiało zrozumienia jej retorytki, choć ułatwiało zrozumienie sytuacji. Jej mąż potrzebował niecałych dwóch godzin, by pojawić się w komendzie z opinią od psychiatry, zaświadczającego o stwierdzonych u niej problemach z „akceptowaniem arbitralnego rozróżnienia prawa własności”, co spowodowało, że została zwolniona. (str. 51)


Oczywiście najważniejsza w kryminale jest zbrodnia, znalezienie sprawcy, wyjaśnienie motywów. Jednak dla mnie istotne są też takie wstawki dotyczące na przykład scharakteryzowania postaci za pomocą stroju. Prym w tym wodzi signorina Elettra która zadziwia oryginalnością strojów komisarza Brunettiego i zapewne całą komendę. Tym razem jednak to Patta zastępca komendanta i bezpośredni przełożony Brunettiego oszałamia elegancją.
Patta miał na sobie kaszmirowy garnitur, tak wyśmienicie skrojony, że gdyby tylko znały przeznaczenie swojej wełny, całe stada rzadkich i zagrożonych kóz kaszmirskich walczyłyby o to, by zostać ostrzyżone jak najszybciej. Bawełniana koszula była oślepiająco biała i rozjaśniała odbitym światłem wciąż opaloną twarz vice-questore. (str. 22)

A na zakończenie kwestia wieku emerytalnego, która budzi wielkie emocje nie tylko w Polsce, czy we Francji. Naszym nowym obowiązkiem jest pracować, dopóki nie padniemy, pamiętasz? Zanim zdążymy tego dożyć, oni wydłużą czas pracy do osiemdziesiątki - Urwała na chwilę i dodała: - Nie nie jestem niesprawiedliwa wobec naszych przywódców. Zlitują się nad kobietami i pozwolą nam przejść na emeryturę w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat. (str. 132).
Jedyną wadą tych kryminałów jest to, że są wciągające. Ale to też ich zaleta. 


czwartek, 7 października 2021

Na ratunek Italii (zdążyć ocalić skarby sztuki przed nazistami) Robert Edsel

Na ratunek Italii to zajmująca opowieść o ratowaniu dzieł sztuki podczas wojny.

Napisałam kiedyś, iż nie przeraża mnie własna śmiertelność, ale przeraża możliwość unicestwienia dzieł sztuki, bez których nie wyobrażam sobie dalszego trwania świata. Czym byłby świat bez Dawida Michała Anioła, Ostatniej wieczerzy Leonardo da Vinci, czy Słoneczników Van Gogha, bez Bazyliki Świętego Piotra, Ponte Vecchio, Luwru czy dziesiątek tysięcy obiektów dziedzictwa kulturowego. Skupiam się na Europie, bo jest mi ona najbliższa i najlepiej znana.

I choć Na ratunek Italii opisuje działania podejmowane w celu ochrony zabytków (nierzadko zakończone sukcesem) to jednocześnie uświadamia to co przecież doskonale wiemy, jak kruche i nietrwałe są przedmioty w obliczu działań wojennych    

Jest taki fragment opisujący nalot bombowy na Mediolan (sierpień 1943 r.), kiedy bomba spada nieopodal refektarza, którego ścianę zdobi Ostatnia Wieczerza. Eksplozja całkowicie zburzyła wschodnią ścianę refektarza, przez co zawalił się jej dach. Drewniane dźwigary  spadzistego dachu zniszczyły cienki sklepiony sufit sali jadalnej […]. Miejscowi urzędnicy przezornie zabezpieczyli północną ścianę workami z piaskiem, drewnianym rusztowaniem i metalowymi wzmocnieniami już w 1940 roku. Tylko to uchroniło arcydzieło Leonarda przed zniszczeniem. (str. str.22) Uchronienie fresku można uznać za cud, bomba wybuchła zaledwie dwadzieścia pięć metrów od refektarza. 

Przy refektarzu z Ostatnią Wieczerzą 

Książka jest historią oddziału utworzonego przez generała Eisenhowera do ratowania dziedzictwa kulturowego Italii. Oddział jest tworzony, kiedy wojska alianckie lądują na Sycylii.

Początkowe działania napotykają na szereg trudności. Sama idea ochrony zabytków wywołuje kontrowersje wśród dwóch największych rozgrywających; Jankesi, chcą za wszelką cenę ratować dzieła sztuki, które są wartością bezcenną, natomiast Brytyjczycy bardziej doświadczeni działaniami wojennymi pragną jak najszybciej i jak najdotkliwiej zniszczyć Włochów, nawet za cenę zniszczenia paru kościołów, czy obrazów. Stąd pierwsi preferują bombardowania punktowe, nakierowane na ściśle określone cele militarne, unikając bomb zapalających, ofiar wśród cywili i obiektów kultury, drudzy wolą naloty dywanowe, prowadzone w nocy, bezpieczniejsze dla pilotów, ale mniej precyzyjne.

Zwyciężyła opcja oszczędzająca, która nie zawsze była jednak możliwa do zastosowania. Miało to miejsce chociażby przy ataku pod Monte Casino, kiedy zmęczeni i zniechęceni długim oblężeniem niezdobytego wzgórza alianci zdecydowali się na zniszczenie średniowiecznego klasztoru, w którym wbrew przypuszczeniom nie było Niemców.

Trwały działania wojenne, a prowadzący je żołnierze nie rozumieli dlaczego, zamiast o ludzi, mają troszczyć się o budowle, czy jakieś malowidła, dlaczego nie mogą przenocować w świątyni, czy galerii i zapisać swojego imienia na ścianach budowli. Oficerowie wyznaczeni do obrony dzieł sztuki nie posiadali uprawnień do podejmowania decyzji. W dodatku brakowało wszystkiego; ludzi do ochrony, sprzętu do transportu, skrzyń i zabezpieczeń do przewozu dzieł sztuki, dostępu do informacji, katalogów, a sami strażnicy podlegali sprzecznym rozkazom. Dodatkowo działała propaganda, która przedstawiała aliantów, jako prymitywnych grabieżców dzieł sztuki, co powodowało wrogie przyjęcie przez miejscową ludność, przynajmniej na początku ich działań.

Florencki Ponte Vechcio
Z czasem powstają specjalne mapy, na których zaznaczane są najcenniejsze obiekty dziedzictwa kulturowego, które należy oszczędzić. Przykładem będzie niezwykle precyzyjny nalot na Florencję, podczas którego udało się zniszczyć dworzec Santa Maria Della Novella, tory kolejowe, a ominąć znajdujący się sto pięćdziesiąt metrów dalej kościół Santa Maria Novella. Nie zawsze się jednak udaje oszczędzić miasta z ich skarbami kultury, przykładem niech będzie zniszczenie Camposanto Monumentale (cmentarza) w Pizie z bezcennymi freskami renesansowych malarzy w tym Benozzo Gozzoli czy Taddeo Gaddi. Przejmujący jest opis, kiedy opiekujący się cmentarzem zakonnicy usiłowali ratować zniszczone i zalane stopionym ołowiem fragmenty fresków.

Książkę pisze amerykański biznesmen i pisarz i co zrozumiałe największy nacisk kładzie na zasługi amerykańskich chłopców w dziele ratowania dzieł sztuki. Pojawiają się tutaj jednak także i Włosi i Niemcy. Intencje niektórych osób nie były chwalebne, część biorących udział w akcji ratowniczej chciała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, ratować dzieła sztuki, a przy okazji zabezpieczyć własną przyszłość, albo też ratując dzieła sztuki zabezpieczyć swoją przyszłość (zarówno materialnie, jak i zabezpieczając się przed odpowiedzialnością za zbrodnie).

Doceniając sam pomysł utworzenia Oddziałów Ratowniczych i ich wagę w dziele zachowania kulturowego dziedzictwa, liczne trudności, jakie napotykali, częste poczucie bezsilności wobec okoliczności należy też zauważyć wkład setek osób, które pomagały bezpiecznie ulokować dzieła sztuki na czas wojennej pożogi. Dziesiątki posiadłości znajdujących się na uboczu działań wojennych  zostało udostępnionych jako składy obrazów, rzeźb, antyków, woluminów (repozytoria).

Sporo dzieł było przechowywanych  w obrębie murów Watykańskich. Z uwagi na status Watykanu - państwa neutralnego były tam względnie bezpieczne. I tak w pewnym momencie, Watykan, który i tak posiadał jedną z największych kolekcji dzieł sztuki został wzbogacony o eksponaty z Pinakoteki Brera w Mediolanie, Galerii Borghese w Rzymie, muzeum Narodowego w Neapolu, dzieła zwiezione z mniej znanych muzeów i bezcenne skarby z kościołów…. Do tej kolekcji dołączyły obrazy Caravaggia z kościołów Santa Maria del Popolo i San Luigi dei Francesi, a także płótna Tycjana, Veronesego, Tintoretta i Tiepolo z Wenecji. (str. 173)

Dzieła których nie można było wywieźć zostały zamurowywane lub obudowywane. 

Rzeźbę Mojżesz, wysoką na prawie 2,5 metra, dłuta Michała Anioła, owinięto szczelnie i umieszczono w westybule bazyliki San Pietro In Vincoli, gdzie ją zamurowano. Łuk Konstantyna- potrójny łuk, wysoki na prawie 21 metrów, zasłoniły rusztowania i worki z piaskiem. Władze Rzymu zabezpieczyły nawet kolumnę Trajana za pomocą cegieł- pomysł był tak wspaniały, że na pierwszy rzut oka osłona pozostawała niewidoczna (str. 172)

Miejscowi rzemieślnicy wznieśli coś na podobieństwo ceglanego grobowca wokół wyniosłej rzeźby Dawida Michała Anioła oraz niższe wokół towarzyszących mu mniejszych postaci  nazywanych Niewolnikami (str. 183)

Podobny oddział do spraw ochrony zabytków powstał również po stronie niemieckiej. Hitler, jako niedoszły student malarstwa bardzo cenił sztukę, a szczególnie malarstwo realistyczne. Dzieła, których nie rozumiał, jak malarstwo impresjonistów, abstrakcjonistów, ekspresjonistów nazywał sztuką zdegenerowaną i kazał niszczyć. Jego ambicją było utworzenie ze zgromadzonych z obszarów okupowanych dzieł sztuki (czytaj zrabowanych) ogromnej galerii w Linzu Fuhrermuseum.

Niemcy zawarli z Włochami porozumienie, w myśl którego mieli chronić włoskie dziedzictwo kulturowego przed działaniami wojennymi, jednak gdyby nie czujność jednego z oficerów całe zbiory przeznaczone do ewakuacji nie trafiłyby do ich depozytariuszy. Dzięki interwencji udało się większość zbiorów odzyskać, nie mniej w transporcie zaginęły zbiory z kilku skrzyń  najpewniej z przeznaczeniem do prywatnej kolekcji Goeringa.

Najbardziej rozczuliło mnie miejsce pochówku dwóch opisanych w książce bohaterów- strażników skarbów Freda Hartta i Deana Kellera, dwóch antagonistów, którzy działali na rzecz ochrony zabytków. Pierwszy spoczął na dziedzińcu kościoła San Miniato we Florencji, drugi (częściowo) na cmentarzu Camposanto w Pizie.  

Książka posiada bogatą bibliografię, a także ciekawe ilustracje dotyczące wojennych zniszczeń. Polecam osobom, którym równie bliskie jest kulturowe dziedzictwo. 

 

poniedziałek, 11 maja 2020

Zabić drozda Harper Lee




Zabić drozda jest określane mianem powieści antyrasistowskiej. Moim zdaniem takie zaszufladkowanie książki jest krzywdzące. Jej wydźwięk ma bardziej uniwersalny charakter.
Życie małomiasteczkowej amerykańskiej społeczności z początku lat trzydziestych ubiegłego wieku poznajemy, dzięki opowieści kilkuletniej dziewczynki, która wraz z nieco starszym od niej bratem i jego kolegą są doskonałymi obserwatorami życia społeczno-obyczajowego. Ich spostrzeżenia bywają czasami nieco naiwne, ale też często są zaskakująco trafne.
Chodziło się w tamtych czasach powoli. Ludzie spokojnie przemierzali rynek, powłócząc nogami, snuli się po sklepach i bez przerwy marudzili. Doba miała dwadzieścia cztery godziny, ale wydawała się dłuższa. Nikt się nie spieszył, bo nie było dokąd iść, ani co kupować, ani czym płacić i w ogóle nie istniało nic godnego uwagi poza granicami hrabstwa Maycomb. (str.10) Dzieci spędzają beztroski czas na zabawach, odgrywaniu scenek oraz próbie wywabienia z kryjówki zamkniętego w sąsiedztwie za jakieś młodzieńczy wybryk dorosłego już syna sąsiada. Tajemniczy nieznajomy Artur Radley, jawi się dzieciom, jako przerażająca postać, która rozbudza wyobraźnię i przyprawia o szybsze bicie serca.
Radleyowie …. trzymali się na uboczu - upodobanie w Maycomb niewybaczalne, zamiast chodzić do kościoła, co było główną rozrywką Maycomb, modlili się w domu, pani Radley rzadko, jeśli w ogóle, pokazywała się na ulicy w drodze na poranną kawę u którejś z sąsiadek i z pewnością nie należała do żadnego kółka misyjnego. (str.51)
Drzwi i okiennice były tam zamknięte w niedzielę, jeszcze jedna rzecz obca obyczajom Maycomb, gdzie zamykano się tylko w wypadku choroby albo wyjątkowego zimna. A już ze wszystkich dni tygodnia niedziela była dniem składania towarzyskich popołudniowych wizyt, panie chodziły w gorsetach, panowie chodzili w surdutach, dzieci chodziły w bucikach. (str. 51).
Dnie upływają Jean Louise, zwanej też Smykiem na bacznym obserwowaniu dorosłych, zastanawia ją dlaczego nauczycielka w szkole z dezaprobatą patrzy na jej umiejętność czytania, dlaczego panie przechodząc na drugą stronę ulicy zakładają kapelusz, dlaczego Ewellowie nie muszą chodzić do szkoły, a Cunninghamowie płacą jej ojcu za pracę orzechami, a także dlaczego nie może odwiedzić czarnoskórej kucharki Calpurni w jej domu. A największe zainteresowanie wzbudza, dlaczego Dziki Radley siedzi zamknięty w domu. Dlaczego po prostu nie może otworzyć drzwi i wyjść na zewnątrz.
I w końcu nadchodzi dzień, który burzy spokojną egzystencję mieszkańców Maycomb. Atticus Finch, ojciec Smyka podejmuje się obrony czarnoskórego Toma Robinsona oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Sprawa jest od początku przegrana, mimo braku nie tylko dostatecznych dowodów winy, ale i dowiedzenie faktu przestępstwa. Wyrok ławy przysięgłych złożonej z białej społeczności małego miasteczka pełnej uprzedzeń wobec „czarnuchów” zapadł jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy. Dlatego tylko naiwni i dzieci wierzyli, że Tom zostanie uniewinniony. Kiedy Jem zastanawia się, jak to było możliwe, że nikt poza Atticusem nie kiwnął palcem w obronie Toma Robinsona pani Maudie wyjaśnia mu;
Jego kolorowi przyjaciele przede wszystkim i tacy ludzie, jak my. Tacy, jak sędzia Taylor. Tacy, jak Heck Tate. …Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że sędzia Taylor wcale nie przypadkiem wyznaczył Atticusa na obrońcę tego biednego chłopca? …To wcale nie przypadek….. myślałam: Atticus Finch nie wygra, nie może wygrać, ale tylko o jeden jedyny w tych stronach potrafi tak długo trzymać sąd przysięgłych przy takiej sprawie jak ta. I myślałam „No, robimy krok naprzód… niemowlęcy kroczek, ale to już coś”. (str.277)
Ta uniwersalność opowieści tkwi właśnie w tym, iż choć najtrudniej jest zmienić przekonania człowieka, kokon uprzedzeń, w jakich tkwi latami- jest nadzieja, że choć małymi kroczkami - zmiany następują.
Pomysł na dziecięcego narratora pozwala na zadawanie naiwnych pytań, które może jedynie dla dorosłych są naiwnymi. Bo przecież zdziwienie Smyka, z powodu zachowania nauczycielki, która w szkole potępia politykę Hitlera z powodu stosowania czystek rasowych wobec Żydów, a wychodząc z sądu wyraża przekonanie, iż ktoś wreszcie powinien dać nauczkę kolorowym (...bo im woda sodowa uderza do głowy i niedługo zacznie im się wydawać, że mogą się żenić z nami) jest jak najbardziej właściwą reakcją.
Język opowieści, prosty styl i wyraziści, niejednoznaczni bohaterowie, łącznie z postaciami drugoplanowymi, jak choćby ciotka Alexandra, sąsiadka Maudie, czy pan Raymond, który udawał gorszego, niż jest, aby mógł żyć po swojemu sprawiają, że książkę dobrze się czyta. 

Jako ciekawostkę podam, że projekt okładki zaprezentowanej wyżej należy do niejakiego Piotra Ch. Sądziłam, że to nasz kolega z blogosfery, ale się pomyliłam. Może kiedyś obok tłumaczeń zajmie się kolega i tą dziedziną.
Jeden z moich ukochanych cytatów: Niektórzy ludzie są .. są tak pochłonięci troszczeniem się o tamten świat, że nie mają kiedy nauczyć się, jak trzeba żyć na tym (str.61).
Polecam lekturę, a także filmową ekranizację z Gregorym Peckiem w roli Atticusa Fincha. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowego u Anny (czerwiec 2017- oczywiście musiałam sobie przypomnieć lekturę, a zrobiłam to z przyjemnością).

niedziela, 3 maja 2020

Jędza w domu Cathi Hanauer


Jedna z najszybciej przeczytanych książek i jedna z najkrótszych recenzji. 
Dwadzieścia sześć kobiet opowiada o oczekiwaniach dotyczących życia w związku oraz o ich zderzeniu z rzeczywistością. Próby pogodzenia roli kapłanki domowego ogniska z aspiracjami zawodowymi i chęcią samorealizacji, rozbieżności pomiędzy potrzebą bycia kochaną, bądź obawami przed samotnością a nieumiejętnością pogodzenia się z utratą wolności, swobody, koniecznością wyrzeczenia się pewnej cząstki własnej osobowości. Nieumiejętność formułowania oczekiwań i frustracja związana z tym, że wymarzony mężczyzna nie potrafi odgadnąć naszych myśli. Nieumiejętność radzenia sobie z natłokiem obowiązków związanych z pracą zawodową, administrowaniem gospodarstwem domowym, wychowywaniem dzieci, opieką nad starszymi rodzicami oraz potrzebą samorealizacji czy choćby odpoczynku. Czyli rzecz o problemach, jakie dotykają niemal wszystkich kobiet, a zatem ciekawy pomysł na poznanie, jak sobie z tym radzą inne. Niestety wypowiedzi pań są niczym podsłuchane w maglu wynurzenia, kiepskie literacko i pozbawione głębi. Zdziwiło mnie to, że autorki tych wypowiedzi są dziennikarkami, nauczycielkami, powieściopisarkami, a zatem wykształconymi  kobietami, których narzędziem pracy jest przede wszystkim lub między innymi pisanie. Już po przeczytaniu pięciu wypowiedzi całość scaliła mi się w jedną wypowiedź, mimo, iż każda z pań była w odmiennej sytuacji; jedna marzyła o wyjściu za mąż, inna chciała być w związku z obawy przed samotnością, a jeszcze inna tak bała się utraty wolności, iż zdecydowała się na związek na odległość, kolejna po nieudanych próbach odnalezienia się w związku znalazła ukojenie w byciu singielką. Generalnie pomysł na książkę nie był zły, poznanie doświadczeń innych niż własne jest ciekawy, jednak jego realizacja pozostawia wiele do życzenia.
Nie polecam, chyba, że lubicie wywiady w czasopismach dla pań, które czyta się u kosmetyczki, aby wypełnić czas i zapomina o nich natychmiast po wyjściu za drzwi.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

niedziela, 30 sierpnia 2015

Hurtowo, czyli Złodziejka książek, Papieżyca Joanna i (Nie) boszczyk mąż

Złodziejka książek - Zusak Marcus (Audiobook)
Gdyby oceniać książkę ilością łez wylanych podczas  lektury to należałoby ją zaliczyć do pierwszej dziesiątki najlepszych książek, jakie przeczytałam w przeciągu ostatnich dwóch lat. Było jednak w tej lekturze coś, co sprawiało nieprzyjemny zgrzyt, wyczuwałam jakiś fałsz. Bohaterka Liesel Meminger to mała dziewczynka, oddana na czas wojny rodzinie zastępczej z powodu nieprawomyślnych poglądów ojca. Liesel, która kolejno traci wszystko, co kocha (tatę, brata, mamę, przyjaciół) azyl znajduje w książkach. Brzmi ciekawie, nawet, jeśli tą pierwszą książką, na której nauczy się czytać jest Podręcznik grabarza. Narratorem jest śmierć, ale choć sieje spustoszenie, to jednak próbuje wzbudzić (jeśli nie litość)  zrozumienie, bo przecież ona jest tylko wykonawcą czyjejś woli. Autor w sposób wzruszający opisuje koszmar wojny, której ofiarami są niewinni. Jak napisałam wyżej spłakałam się niemiłosiernie czytając o ogromie krzywd i tragedii ludzkich. Tylko z czyjej winy one się dzieją? Otóż autor podobnie jak śmierć czyni jedynie wykonawcą czyjeś woli, tak Niemców czyni jedynie ofiarami systemu. Bo przecież oni nie chcieli, a co najwyżej godzili się lub musieli się pogodzić z rozwojem wydarzeń, bo przecież oni też byli ofiarami i oni cierpieli niedogodności wojny, głód, wypędzenia i oni ginęli na wojnie. Z niedowierzaniem czytałam o wzmiankę o Hitlerze, który zdaniem autora był jedynie siewcą słów.
Wpadł na pomysł, że będzie rządził światem za pomocą słów. „Nie będę strzelał z pistoletu –stwierdził - Nie będę musiał”. Trzeba mu przyznać, że nie działał pochopnie ani głupio. (...) Cały obszar swego kraju gęsto obsadził słowami .”
Moim zdaniem Złodziejka słów to lektura szkodliwa, bowiem czytelnik odnosić z niej może błędne przekonanie, iż Niemcy były takimi samymi ofiarami wojny, jak inne narody. Zwłaszcza młody czytelnik, dla którego historia II wojny światowej staje się powoli tak odległa, jak dla mojego pokolenia historia bitwy pod Cedynią. Lektura tym bardziej szkodliwa, iż autor nie jest pozbawiony literackiego talentu i potrafi grać na emocjach.

Papieżyca Joanna Donna W. Cross
Postać legendarna, czy autentyczna – to pytanie będzie zapewne jeszcze długo zaprzątało umysły ciekawskich. Zdając sobie sprawę, iż nigdy nie dowiemy się, czy Jan Anglicus (właściwie Joanna) pod imieniem Jana VIII rzeczywiście zasiadał/ła na tronie Piotrowym (pomiędzy papieżami Leonem IV i Benedyktem III) w latach 853-855 autorka napisała powieść, w której kontrowersyjna historia / legenda jest pretekstem do ukazania realiów epoki. Europa z IX wieku, to raczej mało znany okres w historii. Realia życia w małej, ubogiej wiosce, czy na rubieżach monarchii, całkowite podporządkowanie kobiet ich męskim „opiekunom”, brak prawa do wykształcenia dla płci pięknej, surowe warunki życia, wiara w zabobony, ciągłe najazdy, gwałty, zniszczenia stanowią ciekawe tło dla fikcyjnej acz prawdopodobnej historii. Dla uatrakcyjnienia opowieści bohaterka cudem unika całego splotu nieprawdopodobnych okoliczności. Najciekawsza część opowieści dotyczy dzieciństwa Joanny, w której poznajemy życie niekochanej, poniżanej przez ojca i brata dziewczynki o bystrym umyśle i głodzie wiedzy. Kiedy udaje się do zakonu i wiedzie życie pod męskim przebraniem historia staje się bardziej mglista. A już najmniej udany jest wątek romansowy, jednak, skoro przekazy (legendy) podają, iż Joanna zmarła w trakcie porodu jest to wątek niezbędny. Sama postać Joanny jest nie do końca dopracowana. I choć po powieści historyczne sięgam rzadko to lekturę uważam za miłe urozmaicenie upalnych sierpniowych dni, choćby ze względu na dokonane z pietyzmem odtworzenie historycznych realiów oraz mimo wszystko ciekawie poprowadzoną fabułę.

(Nie) boszczyk mąż Joanna Chmielewska
Nie umiem powiedzieć, dlaczego ta książka kiedyś szalenie mnie śmieszyła. Dzisiaj przeczytałam może bez otrząsania się, ale i bez zachwytów. Zabrakło mi tego właściwego pani Joannie poczucia humoru. Sam pomysł opiera się na próbie zamordowania męża przez osobę o umysłowości debilki do kwadratu, czyli nic nowego, bowiem większość potencjalnych sprawców u Chmielewskiej to osoby nie grzeszące inteligencją. Żona – niedoszła morderczyni poza brakiem inteligencji wyróżnia się talentem kulinarnym godnym master chefa oraz monstrualnymi rozmiarami. Kilka razy podczas lektury się uśmiechnęłam, jednak powodów do śmiechu pełną gębą nie odnalazłam. Ponowna lektura rozczarowała. Jako osoba od zawsze stosująca różne diety z zainteresowaniem czytałam o próbach odchudzenia głównej bohaterki. Tyle, że dziś lepsze rady można wyczytać w Internecie. Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowe losowanie u Anny.

czwartek, 13 marca 2014

Komu bije dzwon Ernest Hemingway


dzwony weneckie
Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.           
Od kiedy poznałam ten piękny tekst byłam przekonana, iż jego autorem jest Ernest Hemingway. Tymczasem napisał go John Donne (niemal rówieśnik Szekspira, angielski poeta i kaznodzieja)
Geneza lektury:
-sentyment związany z okolicznościami, w których po raz pierwszy czytałam powieść (piękne, słoneczne lato na wyspie Afrodyty, wiatr we włosach, ktoś miły sercu u boku).
- odwiedziny w Katedrze Św. Pawła w Londynie, gdzie znajduje się nagrobek  Johna Donna twórcy tekstu, którego fragment posłużył za tytuł powieści .
Moje wspomnienia sprzed lat wywołują sentyment, którego dziś nie potrafiłabym wytłumaczyć, czy spowodował je klimat powieści, czy też aura wakacyjnego romansu. Kiedy młode dziewczę czyta o tym, jak to się ziemia zatrzęsła młodym kochankom podczas ich miłosnego aktu to mało więcej go obchodzi proza życie, walka czy śmierć. Młode dziewczę śledzi losy kochanków i marzy o tym, aby i pod nim zatrzęsła się kiedyś ziemia. Kiedy czyta dojrzała kobieta, w dodatku czyta, w całkiem innych okolicznościach przyrody, ze zdziwieniem stwierdza, iż wątek romansowy jest najsłabszym ogniwem powieści.
Robert Jordan, amerykański wykładowca, weteran wcześniejszych walk, przybywa do Hiszpanii, aby wspomóc w wojnie domowej siły rewolucji walczące z prawicową opozycją. Na rozkaz generała Goltza podejmuje się zadania, które wydaje się z góry skazanym na niepowodzenie. Jordan zgłasza się do bandy Pabla, aby wraz z nią wysadzić most. Cztery dni przygotowań do walki stają się dlań esencją życia, podczas tego krótkiego czasu musi doznać wszystkiego, co w życiu najważniejsze. Dzieje się niewiele, a jednak, kiedy nadchodzi dzień wysadzenia mostu mamy wrażenie jakby nieustannie coś się działo. W oczekiwaniu na wykonanie zadania i podczas przygotowań do niego Jordan wysłuchuje opowieści członków bandy Pabla. Każda z nich jest przejmująca i dramatyczna, tym bardziej, iż opowiadane są w sposób pozbawiony emocji, językiem prostym, dosadnym, nie pozbawionym hiszpańskim zwrotów i wulgaryzmów. I o ile dosadność języka jest jak najbardziej usprawiedliwiona to trochę brakuje tłumaczeń. O walce, okrucieństwie, bólu, gwałcie, zabijaniu mówi się tak jak o zwykłych codziennych czynnościach (jedzeniu, piciu czy spaniu). Pogodzenie się ludzi z ostatecznością jest porażające. O śmierci opowiada się tutaj, jak o przejściu na drugą stronę rzeki, ona i tak nastąpi, prawdopodobnie wcześniej niż później, więc nie ma sensu się nad nią dłużej rozwodzić. Ważne jest tylko, aby nie cierpieć, no i żeby odejść z honorem.
Lepiej jest umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach.
Umieranie jest straszne tylko wtedy, kiedy trwa długo i jest tak bolesne, że upokarza człowieka.

Zarówno Jordan, jak i jego współtowarzysze snują rozważania nad
katedra Św.Pawła w Londynie
sensem walki, życia i śmierci. Członków bandy spotkało już chyba każde okrucieństwo, jakie może spotkać człowieka, dlatego rozmowy na temat umierania oraz samobójstwa będącego ucieczką od tortur i upokorzenia nie są tu niczym niezwykłym. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, iż okrutni są jedynie tamci, obcy, wrogowie (faszyści, nacjonaliści). Towarzysze Pabla niejedno mają na sumieniu, a poziom ich okrucieństwa nie ustępuje okrucieństwu przeciwników. W pewnym momencie jeden z nich uświadamia sobie, iż tamci są tak samo niewinni (a może tak samo winni) jak oni, bowiem nie mieli żadnego wpływu na to, po której stronie się znaleźli. Mimo, iż pozornie niewiele się dzieje to czyta się dobrze i szybko, jedynie wewnętrzne monologi Jordana, w których prowadzi dyskusję sam ze sobą (zwracając się do siebie w drugiej osobie (ty)) momentami nużą, a nawet irytują z powodu ich rozwlekłości i tego, że niewiele wnoszą do treści.

Nigdy niczego sobie nie wmawiaj na temat miłości. Po prostu większość ludzi nie ma szczęścia tego przeżyć. Sam jeszcze nigdy tego nie miałeś, a teraz masz. To, co masz z Marią – obojętne, czy będzie trwało przez dziś i kawałek jutra, czy przez całe długie życie – jest najważniejszą sprawą, jaka może się zdarzyć człowiekowi. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą twierdzili, że to nie istnieje, ponieważ sami nie mogą tego zaznać. Ale ja ci powiadam, że to jest prawdziwe, że to już masz i że spotkało cię wielkie szczęście, nawet gdyby ci jutro przyszło umrzeć.
O wiele ciekawsze wydawały mi się rozmyślania pomocnika Roberto – starego Anselmo.
Postacie prezentują zróżnicowane typy charakterów, jednak poza Pablem (jedynym zdecydowanie negatywnym bohaterem i najciekawiej zarysowaną postacią) pozostali bohaterowie są trochę mało wiarygodni psychologicznie. Nieco irytowała mnie Maria. Jej uległość wobec kochanego mężczyzny jest aż przykra.
Góry w Katalonii (być może i tutaj ukrywali się republikanie) 
Rozczarowuje (choć dawniej zachwycał) wątek miłosny, bo z jednej strony mamy młodziutką, doświadczoną przez los dziewczynę, która nie zdążywszy otrząsnąć się z traumatycznych doświadczeń wskakuje do śpiwora ledwie co poznanego Roberta i ślubuje mu wiernopoddańczy związek, a z drugiej młodego wojownika, który mając świadomość, iż to, co przeżyje z Marią podczas tych czterech dni może być czymś najważniejszym (i ostatnim) w jego życiu traktuje dziewczynę wyłącznie, jako obiekt pożądania i mimo, iż i jemu się ziemia zatrzęsła, to trudno się tu dopatrzeć nie tylko uczucia, ale i gwałtownej namiętności.
 
Podobało mi się natomiast ciekawe, a jednak czytelne zakończenie powieści, taki brak kropki nad i pozostawiający pewien margines niedopowiedzenia.
Mimo wszystkiego co napisałam powyżej, uważam, Komu bije dzwon za dobrą książkę i dlatego polecam.

Moja ocena 4/6 
Łańcuszki: wrócić do Szekspira (skojarzenie związane z postacią Johna Donne). 
Zdjęcia dziś także dobrałam na zasadzie luźnych skojarzeń (weneckie dzwony dzwoniły na zakończenie dobrego dnia, londyńska katedra przypomniała o angielskim pisarzu, a hiszpańskie (katalońskie góry) na szczęście zdobyłam przy pomocy kolejki linowej, nie musiałam więc, jak Pablo i jego towarzysze wspinać się per pedes).