Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łopieńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łopieńska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 maja 2018

Sposób życia Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara Łopieńska



Po Sposób życia, który jest zapisem rozmów przeprowadzonych przez Barbarę Łopieńską z Pawłem Hertzem sięgnęłam, mając w pamięci wrażenia, jaki wywołały dwa wcześniej przeczytane zestawy wywiadów tej autorki (Książki i ludzi oraz Męka twórcza). Twórczości Pawła Hertza, poza jego tłumaczeniami, nie znam. Nazwisko przewijało się natomiast w czytanych wcześniej dziennikach, wspomnieniach, rozmowach.
Jestem zatem czystą kartą, na której można zapisać wizerunek interlokutora na nowo. Tyle, że rozmówca pani Barbary nie wydaje się zainteresowany tym, aby umożliwić poznanie Pawła Hertza, nie zależy mu też na sympatii czytelników.

Sprawia wrażenie osoby, którą mało obchodzi to, czy ma czytelników, czy nie, czy jego poglądy zyskają akceptację, czy też nie, czy to, co powie spodoba się komuś, czy ktoś się z nie będzie zgadzał. Trzeba wziąć pod uwagę, iż wywiadu udziela człowiek w wieku dojrzałym, o ukształtowanej pozycji, który nie musi szukać popularności. Może sobie pozwolić na szczerość.
Rozmówca, twierdzi, iż nie powinno się do niczego przywiązywać, ale lubi otaczać się pięknymi rzeczami (stary drewniany adapter, maszyna do pisania Continental, stół, komódka i jesionowy tapczan z pierwszej połowy XIX wieku, sekretera, fotel Chesterfield, srebrne dzbanki, czy żydowska lampka oliwna).
Nie lubi kina, w tym filmowych adaptacji, w których reżyserzy chcą grać pierwsze skrzypce i za bardzo wychodzą poza pierwowzór, ale kocha serial Antczaka Noce i dnie za jego dyskrecję, poczucie taktu i pokorę. Nawiasem mówiąc także kocham tę adaptację.
Prawie wcale nie czyta literatury powstałej po wojnie, poza nielicznymi wyjątkami, do których zalicza się jego dobry znajomy Jarosław Iwaszkiewicz. Nie czyta książek kolegów literatów, bo uważa literaturę współczesną za niewartą czytania, ale też uważa, że wszystkie książki warte przeczytania już przeczytał i nie zamierza do nich wracać, oczywiście i tu robi wyjątki, dla książek czytanych w oryginale, a także; Biblii, Boskiej Komedii, Iliady, Odysei, Eneidy i Pana Tadeusza. Za przydatne uważa też dzieła Szekspira. Ale już za chwilę twierdzi, iż nie może się obejść bez klasyki (Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Wyspiańskiego), z prozy wymienia Prousta, którego czyta wyłącznie w oryginale. Nie kupuje książek, bo uważa, że ma ich tyle, że wystarczy mu czytania do końca życia, co wiąże się z prezentowaną przezeń filozofią, iż .. na starość traci się zapał (gromadzenia, już się wszystkiego nie chce), a znani mu staruszkowie, którzy chcą być nowocześni i uczestniczyć życiu na równi z młodymi są nieznośni, bo czasu i tak nie dogonią.
Często powtarza, iż nie ma talentu do tworzenia i nigdy nie miał ambicji pisania, za to ogromną radość sprawiało mu odtwarzanie, dlatego najlepiej odnajdywał się w tłumaczeniach. To dawało mu możliwość zagłębiania się w tworzywo, poznawania tego, co stworzono, rozmyślania nad tym. I nadal (w momencie udzielania wywiadu) najmilszym zajęciem jest oddawanie się studiowaniu tekstów napisanych przez innych. Nie mam wielkiej ochoty do tego, co nazywa się tworzeniem, ale mam ogromną ochotę, żeby poznawać to co stworzono, żeby o tym myśleć. Właściwie cała moja działalność jest krytyczna, nie twórcza. (Str. 34)
Gdybym miała scharakteryzować bohatera jednym słowem byłby to stoicyzm. Ze stoickim spokojem opowiada o swoich dziejach wojennych (aresztowanie, więzienie, próba ucieczki, zsyłka do obozu pracy, powrót do kraju), o powojennej rzeczywistości siermiężnej i początkowo wstydliwej, kiedy decyzja o wyborze drogi życiowej - związaniu z literaturą wymagała pójścia na kompromis (współpraca z Kuźnicą czy przynależność do PPR, czy potem PZPR wynikająca z jego życiowego credo, iż „chcąc coś zachować, trzeba z czegoś ustąpić”), czy o czasach od odwilży do narodzin Solidarności. I dochodzi do konkluzji podsumowując swoje życie, iż był uczestnikiem i widzem gry tego świata, a popełniając wiele złego, być może przy okazji uczynił też coś dobrego.
Z całej lektury jednak najbardziej przemówiły do mnie wspomnienia młodzieńczych podróży oraz sposobu przygotowania do wyjazdu.
Byłem przygotowany, to znaczy wydawało mi się, że byłem. Ale w gruncie rzeczy przyjechałem do Wenecji przygotowany, tak jak przeciętny turysta. Im więcej się czyta, im dłużej się na coś patrzy, tym bardziej wiadomo, że się wie bardzo niewiele. Moje przygotowanie było przygotowaniem średniego ucznia do wykładu profesora, a tym profesorem były Włochy….. Czytałem stare przewodniki, nie te najnowsze z lat trzydziestych. W dawnych bedekerach były wymienione podstawowe książki, które należy przeczytać. Przeczytałem je i dzięki temu, to co oglądałem, oglądałem podwójnie. (str. 42). W rozmowach podobał mi się sposób ich prowadzenia, to na co zwróciłam uwagę już podczas wcześniejszej lektury zapisów rozmów prowadzonych przez panią Łopieńską. Proste, czasami można by nawet powiedzieć dziecinnie proste, czy naiwne pytania, które wydobywają z rozmówcy to, co najistotniejsze. Podobało mi także to, iż Sposób życia to dialog prowadzony przez równorzędnych rozmówców. Zadająca pytania jest taktowna, ale nie nieśmiała, w braku wyczerpującej odpowiedzi drąży temat, prowokuje (nie nachalnie, ale zdecydowanie) do pogłębionej analizy. Dzięki temu czytelnik ma okazję lepiej poznać rozmówcę.
Lektura godna polecenia.
Wydawnictwo Iskry, rok 2016

sobota, 9 sierpnia 2014

Książki i ludzie Barbara Łopieńska, czyli bez klasyki nie ma czytania


Książki i ludzie to zbiór wywiadów ze znakomitymi rozmówcami; historykami literatury, pisarzami, tłumaczami, krytykami, artystami, reżyserami (zestawienie pod wpisem) dotyczących ich stosunku do czytania, książek, ich kolekcjonowania.
Autorka wywiadów pani Barbara Łopieńska to osoba o niezwykłym darze zadawania właściwych pytań. Te z pozoru proste, czasami wyglądające na naiwne czy nieprzemyślane pytania wywołują w rozmówcach lawinę skojarzeń i zachęcają do snucia ciekawych opowieści na temat rodowodu i zawartości domowych bibliotek. Częścią z tych pytań posłużyłam się w zabawie książki i ja i jeśli wpis wydał się interesujący to wyłącznie zasługa „pomysłodawczyni”. Wywiady zawierają stały zestaw pytań, który w zależności od udzielanych odpowiedzi prowokował dalsze.
Rozmówców pani Łopieńskiej znam wybiórczo, niektórych lepiej, innych gorzej, a paru wcale, co nie miało większego znaczenia przy lekturze, albowiem książki to temat tak interesujący dla każdego bibliofila, że z przyjemnością czyta o preferencjach i zwyczajach związanych z lekturą nawet w odniesieniu do osób, których się nie zna.
Po raz kolejny okazuje się, iż jesteśmy niezwykle różnorodni i trudno o jakiekolwiek uogólnienia poza tym, że wszyscy rozmówcy niezależnie od pojemności i zawartości biblioteki bez czytania nie mogliby funkcjonować.
Wszystko inne trudno sprowadzić do wspólnego mianownika. Dla przykładu w kwestii uporządkowania zbiorów; u pani Marii Janion panuje chaos; książki są … w kuchni i w łazience, nie mówiąc o przedpokoju, a pani profesor ma niezwykłe umiejętności upychania książek w przeróżnych miejscach. Pan Paweł Hertz posiada względny porządek w zbiorach …Wiem, gdzie co jest, a książki są poukładane według klucza językowego. Natomiast idealny porządek u pana Janusza Tazbira nie zapewnia wcale szybkiego odnalezienia poszukiwanej lektury. Książki są ułożone alfabetycznie… Mam parę ciągów alfabetycznych, lecz teraz wiem, że to nie było całkiem słuszne. Czasem trzeba było układać według zagadnień - osoba lub temat, bo ja nie pamiętam, kto o danej osobie pisał, i znowu szukam. Czasem wypożyczam z biblioteki książkę, żeby sobie przypomnieć, jak ona wygląda, i żebym mógł ją u siebie łatwiej znaleźć. Zdarza mi się również kupić książkę, którą już mam.
Do kupowania książek już posiadanych przyznaje się wielu rozmówców, podobnie, jak do wypożyczania z biblioteki tych, których nie jest się w stanie odnaleźć w domowych zasobach przepastnych bibliotek, które niektórzy liczą w metrach bieżących. Zdarza się także, iż rozmówcy zabierają się do czytania książki pewni, iż jest to ich pierwsze spotkanie, a tymczasem odnajdują w nich własne notatki.
Różny jest też stosunek do zbierania książek.
Pani Janion marzy o posiadaniu niemal każdej wydanej książki, chciałaby czerpać z całego bogactwa ludzkiej myśli, niezależnie od jej rodzaju. Cechuje ją chęć zapanowania nad nieładem twórczym, nadmiarem książek, niemożnością ich odnalezienia, okiełznania myśli, pomysłów, zapisków, stąd liczne fiszki, teczki z wycinkami z gazet, fragmenty artykułów, zapiski. Ciężka praca nad dystrybucją rzeczywistości. Cały mój wysiłek jest w kółko skierowany na to, żeby opanować tę niesamowitą rzeczywistość, która mnie otacza i przytłacza. Żeby porobić w tej bibliotece ścieżki i dziurki i żeby można było przepełznąć. Zapewne dlatego jedyny rodzaj książek, jakich nie kupuje to romanse i literatura współczesna (z pewnymi wyjątkami), wszystkie inne uważa za przydatne, nawet te o wampirach.
Pan Hertz nie widzi potrzeby kupowania książek, ponieważ uważa, że wszystkie najważniejsze już ma. A te najważniejsze to takie, które mówią o rzeczywistej sytuacji człowieka - nie tej wymyślonej, ale tej wiecznej. Nie wczoraj albo teraz, albo jutro, ale na stałe - zawsze. Takich książek jest bardzo niewiele. Przede wszystkim to Biblia, potem Boska Komedia, Iliada, Odyseja, Eneida i Pan Tadeusz. Te książki zamykają w sobie całe doświadczenie człowieka. A Pan Tadeusz - całe doświadczenie człowieka mówiącego po polsku i wychowanego w kręgu kultury polskiej. I te książki, tak na dobrą sprawę, wystarczą. Oczywiście jest wiele innych, rozwijających sprawy zawarte w książkach, bez których nie można się obejść, i na pewno trzeba mieć, na przykład, Szekspira.
W wywiadach można znaleźć całe mnóstwo interesujących wypowiedzi, z niektórymi się identyfikowałam, inne mnie nieco zaskakiwały, ze dwa nawet oburzyły (o kradzieży czy o paleniu książek), jednak żaden z wywiadów nie znudził. Nie będę  wymieniać, kto książki pożycza, a kto w żadnym wypadku się z nimi nie rozstaje, kto je kolekcjonuje zachłannie nie pozbywając się niemal niczego, a kto robiąc miejsce dla nowych zbiorów stare prezentuje lub odsprzedaje. Nie napiszę także o najcenniejszych zbiorach w bibliotekach rozmówców, czy książkach dla nich najważniejszych, choć nikogo chyba nie zdziwi, że przeważa tutaj klasyka. W moim nowym cyklu Co czytali znani będę zamieszczać stosowne cytaty. Odniesienia do literatury współczesnej rozmówcom są niezwykle rzadkie.
Często padają w rozmowie nazwiska Szekspira, Dostojewskiego, Nabokova, Conrada, Tołstoja, Balzaca, Dąbrowskiej, Mickiewicza, Sienkiewicza, jednak wyznacznikiem stosunku do literatury klasycznej stali się Proust (W poszukiwaniu straconego czasu) oraz Mann (głównie Czarodziejska góra, ale i inne utwory).
I tak Paweł Hertz sięga po Prousta, ale czyta go wyłącznie po francusku, nigdy w przekładzie Boya czy własnym. Podobnie, Andrzej Osęka, który przez długi czas trzymał go w oryginale przy łóżku i czytywał w kółko przed zaśnięciem. Chyba bym zwariował, gdybym miał pożyczyć komuś Prousta w oryginale.
Cały Proust, podobnie jak cały Mann stoi w bibliotece u Artura Międzyrzeckiego i Julii Hartwig.  Pani Julia co najmniej kilka razy w roku wraca do Manna.
Hanna Kral posyłając córce do Stanów książki Prousta nie posłała, bo z nim nie mogła się rozstać. Pisarka wspomina nawet, iż na Prousta się podrywało. Piszę teraz o pianiście Andrzeju Czajkowskim i jego dawni kochankowie opowiadają mi, jak w latach pięćdziesiątych podrywał ich na Prousta.
Zygmunt Kubiak co jakiś czas czyta Prousta kawałkami, od nowa.
Gustawa Holoubka Proust nawiedził. Jego politura, ekscytacja każdym szczegółem rekwizytu, wiwisekcja duchowo-psychologiczna, wszystko to doprowadzało mnie do ekstazy.
Natomiast Czarodziejska góra była dla mnie wtedy przerażająca przez fakt opisywanego procesu nieuchronności. Teraz czytałem Czarodziejską górę w radio i od początku do końca strasznie mnie ona śmieszyła. Wydało mi się, że skrzydła tego ptaka zostały zlane deszczem, stały się ociężałe i nie mogły wzbić się w powietrze. Ten cały Mann, nie tylko w Czarodziejskiej górze, ale i, moim zdaniem, w okropnym Doktorze Faustusie jest ociężały, pozbawiony polotu, wyniesienia. Jest sumiennym belfrem, który opisał rzeczywistość z dokładnością zegarmistrza. Biedny. Na skutek osobistej miłości do pewnego kompozytora wypowiedział się na temat natury twórczości w ogóle i wylądował na manowcach. Kazał mi wierzyć w coś, co jest nieprawdą. Nie tak się tworzy, nie na tym polega mechanizm twórczy.

Magdalena Tulli, która twierdzi, iż ma może z dziesięć książek wymienia wśród nich Czarodziejską górę i Prousta, mimo, iż zajmuje dużo miejsca na półce i drażni ją jego rozwlekłość i szwindel (wszechwiedza narratora) oraz to, że się na nim zawiodła. Kiedyś czytałam z wielką ciekawością, jako brukowe historie z życia wyższych sfer. Byłam zdumiona, że można w ten sposób analizować uczucia bohaterów. Może dzięki Proustowi łatwiej zauważyłam, że sama mam uczucia? To było bardzo dawno. Drażni mnie u Prousta to, że narrator za dużo wie. Natomiast nie przeszkadza jej drobiazgowość, szczegóły opisu, to że opis czyjejś sukni ciągnie się przez pięć stron, a nawet się to podoba. Takie psychologiczne kawałki jak u Prousta w ogóle nie są mi potrzebne do szczęścia. To wszystko można powiedzieć o wiele zwięźlej, preparując odpowiednio historyjki, a nawet opisując przedmioty.
Andrzej Wajda nie może przezeń przebrnąć. Kiedyś przeczytałem tom pierwszy, a w zeszłym roku, na prośbę Krysi, która jest nie tylko fanatyczką Prousta, ale zna wszystko, co o nim napisano, przeczytałem ostatni.  Krystyna Zachwatowicz czyta go w kółko, podobnie, jak jego biografię. Mam fantastyczną, napisaną przez Anglika, biografię Prousta. A kiedy pracowałam przy filmie o Józefie Czapskim, który opowiadał współwięźniom w obozie radzieckim w Griazowcu o Prouście, pojechaliśmy z ekipą śladem Prousta i byliśmy w Combray. Teraz, kiedy go czytam, wszystko widzę i to jest fantastyczne.
Zofia Chądzyńska zabrała go do Polski z Argentyny, gdzie kupiła w wydaniu Plejady (znając już tłumaczenie Boya) i wtedy zainteresowała się literaturą francuską. A potem kłóciła się z mężem o tego Prousta, bo mimo, iż mieli dwa komplety, to jeden pożyczyli i wciąż go brakowało.
Z Manna lubię tylko Józefa i jego braci. Spodobał mi się Wybraniec, ale kiedy przeczytałam go po raz drugi, włosy mi na głowie stanęły. To samo było ze Śmiercią w Wenecji. Tomasz Mann nie jest bohaterem mojego romansu. Joanna Pollakówna uważa, że do pewnych książek należy stale powracać. Stale wracam do Prousta i do Manna. Obu trzeba przeczytać w młodości, a potem raz jeszcze, kiedy się jest dorosłym i więcej się z nich rozumie. Trzeba wracać do poezji oczywiście, ale to banał, co mówię, trzeba wracać do Pascala, do Biblii. Biblię powinien przeczytać każdy - ateista, chrześcijanin…
Annie Turowiczowej Proust nie smakuje, a Jerzy Turowicz przeczytałby go, gdy miał po francusku. Manna przeczytał z „grubsza” (ciekawe co oznacza owo z grubsza).
Dla Wiesława Ochmanna choć nie pada przed nimi na kolana …Czarodziejska góra oczywiście tak .... Proust oczywiście tak, ale, jak dla mnie, do przeczytania raz w życiu to przeczytanie Prousta i Manna uważa za obowiązek współczesnego człowieka.
Łukasz Korolkiewicz do Prousta i do jego biografii powraca. Na wakacjach przeczytałem rewelacyjną biografię Prousta George’a Paintera. Przeczytałem to po raz drugi. Właściwie muszę przyznać, że ostatnio nie czytam, ale poczytuję - jakiś rozdział, jakiś kawałek. Ale nigdy nie potrafiłbym odrzucić klasyków.
Erwin Axer pokochał Prosta dzięki temu, że się zakochał. Manna znam nieźle, ale do Józefowych historii nie miałem cierpliwości. Prousta pierwszy raz wziąłem do ręki w latach trzydziestych, kiedy studiowałem w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie. Był wtedy bardzo modny i we wszystkich kawiarniach o nim gadano, ale mnie znudził śmiertelnie. Przeczytałem go porządnie w wieku pięćdziesięciu lat. Jak to bywa z takimi starcami, bardzo się zakochałem…. Zakochałem się nie w Prouście, tylko w kobiecie! A ponieważ się zakochałem, nic nie mogłem robić. Leżałem na tapczanie i przeczytałem całego Prousta od deski do deski bardzo namiętnie. Teraz czasem do niego wracam.
Natomiast Manna czytał latami i w kółko. Na zakończenie zacytuję pana Gustawa Holoubka Więc czy nie warto wracać do klasyki? Warto. Choćby po to, żeby zbadać własną dojrzałość. Żeby się dowiedzieć, czy człowiek już na tyle dojrzał, żeby móc inaczej spojrzeć na to samo.
W książce znalazły się wywiady z:
Marią Janion - historyk literatury i kultury polskiej, krytyk literacki, Pawłem Hertzem  - pisarz, tłumacz, wydawca, profesorem Januszem Tazbirem - historyk, profesor w Instytucie Historii PAN, profesorem Jerzym Jedlickim - historyk i eseista, Julią Hartwig i Arturem Międzyrzeckim Julia - poetka, eseistka, tłumaczka. Artur - poeta, eseista, prozaik i tłumacz, Hanną Krall - pisarka, reporterka, Marianem Brandysem - pisarz, Andrzejem Drawiczem - krytyk, historyk literatury, tłumacz,  Andrzejem Osęką - krytyk sztuki i publicysta, profesorem Władysławem Jerzym Kunickim-Goldfingerem - mikrobiolog i genetyk, Zygmuntem Kubiakiem - pisarz, tłumacz literatury greckiej, łacińskiej, nowogreckiej, angielskiej, Ryszardem Kapuścińskim - pisarz, reporter, Ireną Szymadską i Ryszardem Matuszewskim  - wydawca, tłumacz z angielskiego i francuskiego, autorka kilku książek kryminalnych oraz krytyk literacki i historyk literatury, autor podręczników szkolnych, Gustawem Holoubkiem - aktor, reżyser, Magdaleną Tulli - pisarka, Jackiem Kuroniem - historyk, poseł na Sejm,Krystyną Zachwatowicz i Andrzejem Wajdą - scenograf, aktorka Piwnicy pod Baranami oraz reżyser filmowy i teatralny, Zofią Chądzyńską - pisarka, tłumaczka ,Piotrem Sommerem- poeta tłumacz, krytyk. Redaktor naczelny ”Literatury na Świecie”  Joanną Pollakówną - poetka, eseistka i historyk sztukiWiesławem Ochmanem - śpiewak operowy, Łukaszem Korolkiewiczem - artysta malarz, Erwinem Axerem - reżyser teatralny, Jerzym Turowiczem i Anną Turowiczową - publicysta, redaktor naczelny ”Tygodnika Powszechnego” oraz  tłumaczka, Czesławem Apiecionkiem - księgarz oraz od czasu do czasu wydawca. 
Książka jest niezwykle trudno dostępna, dlatego zdecydowałam się przeczytać ją w postaci pliku tekstowego zamieszczonego w internecie (na chomikuj.pl), dokonując wcześniej małej korekty (zawierała sporo błędów, zapewne nie wyłapałam wszystkich, mam tylko nadzieję, że z moim talentem do przekręcania wyrazów nie narozrabiałam. Jeśli ktoś chciałby skorzystać mogę przesłać na maila.

sobota, 6 kwietnia 2013

Męka twórcza Barbara Łopieńska

Przeczytałam raz, potem przekartkowałam i aż żal serce ściska, że książka była u mnie tylko w gościnie. Przyznam się, iż nie znałam wcześniej, nie słyszałam ani o książce, ani o autorce, po raz pierwszy objawiła mi się za sprawą entuzjastycznej notki u momarty. A kiedy dotarła do mnie wraz ze świąteczną Bożonarodzeniową przesyłką powędrowała na półkę, aby poczekać na lepszy moment. I tak czekałaby pewnie jeszcze długo, gdyby nie ambitne postanowienie, iż w kwietniu czytam książki pożyczone.
W lekturze szalenie lubię to, że mogę się w niej przeglądać jak w lustrze, że wydobywa ona na światło dzienne własne myśli niewypowiedziane oraz że umożliwia mi poznanie osób, których życie nie dało mi poznać, a z których postawami mogłabym się identyfikować. „Męka twórcza” to zbiór rozmów, jakie autorka przeprowadziła z ikonami polskiego życia kulturalnego i politycznego (te na szczęście są w zdecydowanej mniejszości). Tak,  jak nie znałam wcześniej nazwiska autorki, tak nie znałam wszystkich rozmówców, co zupełnie nie przeszkadzało mi w lekturze, albowiem rozmówcy pani Łopieńskiej to osoby niezwykle inteligentne, ciekawe i dowcipne. I nawet jeśli dwie czy trzy z tych osób nie wzbudziły mojej sympatii, a jedna wręcz budzi antypatię to czytanie wszystkich rozmów stanowiło ogromną przyjemność.
Początkowo mogą zaskakiwać pytania zadawane przez panią Barbarę, niektóre bardzo proste, mogłoby się wydawać naiwne. Ale już po chwili dochodzi się do wniosku, że autorka odnalazła właściwy sposób, aby dotrzeć do każdego ze swoich rozmówców i z każdego wydobyć to, co w nim najlepsze, najciekawsze, a bywa i najgorsze.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż próba opisania tej książki jest próbą z góry skazaną na niepowodzenie, ale nie mogę jej przemilczeć, bowiem wywarła na mnie ona duży wpływ. 
Jestem zauroczona rozmową z panią Marią Janion, która z ikony literatury stała się dla mnie niezwykle ciepłą i sympatyczną osobą. Jak pisałam lubię odnajdywać w lekturze własne odbicie; poglądy, przekonania, zachowania. To w jakiś sposób utwierdza mnie w tym, iż nie odbiegam tak bardzo od innych. „Strasznie” (niewłaściwe słowo, ale użyte celowo) podoba mi się u pani Marii Janion to zachłanne gromadzenie fiszek, artykułów, pudełek, to kompletowanie różnorakich odkryć, ta próba ogarnięcia wszystkiego, ciągłego doskonalenia przy jednoczesnej świadomości, iż jest to zadanie przekraczające możliwości jednej ludzkiej egzystencji, to dążenie do wyciskania życia, jak cytryny, do wykorzystywania każdej chwili na samodoskonalenie się, na poznawanie, odkrywanie.  I oczywiście bezczelnością z mojej strony byłoby porównywanie się do pani Marii, ale chciałam napisać, że odnajduję też w sobie tę zachłanną próbę, aby więcej, głębiej i mocniej….  Zachwyca mnie pogląd Jacka Hołówki o trzymaniu się zasady złotego środka i unikaniu wszelkich skrajności (powtarzany za Arystotelesem), którego i ja jestem wyznawczynią. Podzielam zdanie Andrzeja Chłopeckiego, iż interpretując utwór można w nim odnaleźć walory, treści, przesłania, o których nie myślał ich twórca, a każdy krytyk podszyty jest pychą, dumą, zarozumialstwem i megalomanią (sam Andrzej Chłopecki jest krytykiem muzycznym, więc wie o czym mówi). Nie sposób nie zgodzić się z panią Marią Porzęcką - historykiem sztuki, iż architekturę i sztukę należy poznawać, dotykać, odczuwać, a nie tylko studiować, że katedra rzucona z rzutnika na ścianę nie jest tym samym co katedra istniejąca w rzeczywistości, że inaczej ogląda się obraz w albumie, a inaczej oko w oko. Duży szacunek żywię do pana profesora Leona Kieresa za jego wyważone sądy i dążenie do prawdy, przy jednoczesnym liczeniu się z kosztami społecznymi takich dążeń i konieczności stawiania pewnych granic tego poznania. Ale chyba najbardziej spodobała mi się rozmowa z panem profesorem Jerzym Jedlickim, z którego cytat już dziś zamieściłam na jednym z blogów. „Bo ta cywilizacja (cywilizacja techniczna) dopuszcza istnienie masowego społeczeństwa sprawnych głuptasów, którzy potrafią dokonywać niezwykle skomplikowanych i wyrafinowanych operacji technicznych, nic nie wiedząc o takim świecie, który nie da się opanować i posiąść przy pomocy klawiatury komputera. To będą w przyszłości królowie życia, którzy za nic będą mieli kulturę duchowego doświadczenia, namysłu, głębokich emocji. Ale ta kultura nie zaniknie, bo zawsze będą ludzie łaknący skupienia, ciszy i zachwytu. I zarazem przerażeni światem, jaki stworzyliśmy czy jaki nam stworzono".  Podoba mi się, bo i trafne, i bliskie i pozwala żywić nadzieję, że przetrwa, to co ważne, a nie to co powierzchowne.  No i jeszcze usprawiedliwia moją niemal całkowitą bezradność wobec nowinek technicznych.
Jestem pod wrażeniem tej mieszanki prostoty, erudycji i kultury, jaką przejawia autorka prowadząc swoje rozmowy. Widać, iż jest doskonale przygotowana, o swych rozmówcach wie bardzo wiele i to oni są tu najważniejsi, ona jest tylko, a może aż spiritus movens. Pytania, które zadaje powodują, iż rozmówcy otwierają się przed nią bez obaw, czują się bezpieczni i nieskrępowani, wiedząc, iż nie przekroczy ona granic dobrego smaku. Nikt tu nie obawia się przyznać, iż czegoś nie wie. Pisała o tym także momarta (jeśli moje spostrzeżenia są podobne do jej spostrzeżeń, to dlatego, że podzielam je w całej rozciągłości). 
Tym, co mi się w tych rozmowach podoba chyba najbardziej, poza tym, o czym już napisałam to przebijająca z nich szczerość, brak pozorów, udawania, wypowiedzi pod publiczkę. Oczywiście duża w tym zasługa bohaterów rozmów, ale nie mniejsza autorki. No i okazuje się, że bycie intelektualistą choć niełatwe bywa szalenie ciekawe i inspirujące.
Jak napisałam wyżej niemal wszyscy rozmówcy zyskali moją przychylność, bo niemal u każdego znalazłam jakąś styczną, z którą mogę się identyfikować. No może poza jedną z bohaterek wywiadów, która od dawna wzbudza we mnie negatywne emocje, a rozmowa z nią pozwoliła mi potwierdzić swoje uprzedzenia. Ale jest to jednostkowy przypadek. Widocznie trudno wydobyć coś dobrego z osoby, w której nic dobrego nie ma.

No tak, chciałam napisać piękny post na miarę przeczytanej lektury, a obawiam się, iż wyszło jak zwykle. Ale trzeba się pogodzić z tym, że nigdy nie będę drugą Łopieńską.

Moja ocena stanu podobania się lektury- 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję momarcie.