Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2014

Srebrzynek i ja Juan Ramon Jimenez



Geneza lektury: Recenzje u dwóch fantastycznych dziewczyn, Lirael oraz Jeżanny.
Pani bibliotekarka długo szukała w katalogu dopytując o nazwisko autora i jego pisownię. Jest Pani pewna tytułu? (Przyznacie sami, że Srebrzynek brzmi jakoś niepoważnie i co to w ogóle znaczy). Czy to książka dla dzieci, zbiór poezji, czy książka przyrodnicza? Kiedy w końcu bibliotekarka znalazła książkę w dziale Nobliści jej zdziwienie było niemałe.
Gdybym miała opowiedzieć o czym jest książka powiedziałabym, że o miłości, miłości do otaczającego nas świata; miłości do fauny i flory, ale i miłości do ludzi, zwłaszcza tych słabych i bezbronnych. Jest to zbiór ponad stu króciutkich poematów, w których autor prozaicznym zdarzeniom nadaje kształt baśniowych obrazków. Czytając odnoszę wrażenie, jakbym oglądała w kalejdoskopie cudowne rysunki, szkice, obrazki. Jest w nich ten rodzaj poezji, który lubię najbardziej; proza poetycka, widzenie świata poprzez pryzmat duszy niezwykle wrażliwego człowieka, który potrafi dostrzec piękno tam, gdzie trzeźwo stąpający po ziemi go nie dostrzeże, tam, gdzie przyznaję, sama często go nie dostrzegam. Trzeba się zatrzymać w biegu, aby dostrzec inny wymiar otaczającego nas świata.
Już sama nazwa Srebrzynek przywodzi na myśl migotanie, iskrzenie, delikatność, zwiewność, radość, a jest imieniem przyjaciela, imieniem osiołka. Właściciel osiołka przemierza wraz nim Andaluzyjską krainę czerpiąc radość z samego faktu istnienia, z piękna otaczającego ich świata, przemieniając prozę życia w poezję. Trzeba niezwykłej wrażliwości, aby w najzwyklejszym przedmiocie dostrzec urok i magię, aby zachwycić się, ucieszyć z choćby z grona jagód.
Na starym szczepie, którego długie poplątane wici ukazywały
jeszcze kilka sczerniałych i karminowych liści, jaskrawe słońce rozpalało zdrowe, przejrzyste, bursztynowe grono, siejące blaski, jak kobieta w swej jesieni. Każdy pragnął je mieć! Wiktoria, która zerwała grono, broniła go za swymi plecami; lecz skoro tylko poprosiłem o nie, dziewczynka, z tą drobną uległością, jaką okazują mężczyźnie podlotki stające się kobietami, oddała mi je chętnie.*
Nie zaznaczałam fragmentów do zacytowania; można wziąć jakiekolwiek z tego niewielkiego zbiorku, a będzie on reprezentatywny dla całości. Sposób opisu powoduje, że zaledwie kilka wyrazów potrafi przenieść do innego świata.
Księżyc idzie wraz z nami, wielki, okrągły, czysty. Na uśpionych już łąkach czernieją niewyraźnie jakieś zbłąkane kozy między krzakami jeżyn... Ktoś się ukrywa chyłkiem, gdy przechodzimy…. Ponad płotem ogromny migdałowiec, śnieżny od kwiecia i miesiąca, ze zwichrzonym białym obłokiem u wierzchołka, chroni skutą gwiazdami marcowymi drogę… Przenikliwy zapach pomarańczy… wilgoć i cisza… **
Książeczkę liczącą zaledwie sto pięćdziesiąt stron skromnie zapełnionych drukiem z licznymi rysunkami chłonie się niespiesznie. Czytelnik, któremu książeczka przypadnie do gustu będzie ją sobie dawkował, jak antidotum na brutalność świata, na doniesienia medialne, na kłopoty w pracy, na smutki i zmartwienia.
Jeśli miałabym powiedzieć, jaka jest to książka powiedziałabym, że niezwykle piękna i niezwykle smutna. Kiedyś już to napisałam, że smutek ma w sobie coś z piękna, a piękno niemal zawsze przywodzi na myśl refleksję o przemijaniu. Bo gdzieś tam pomiędzy wydobywaniem piękna z cienia niedostrzegania jest jakaś nutka smutku wiążąca się ze zmarłą dziewczynką, starym psem, czyimś przestrachem, skaleczonym zwierzęciem, ludzkim okrucieństwem.
Niektórzy pisarze potrzebują kilku tomów, aby opowiedzieć, co im w duszy gra, mistrzostwo Jimeneza polega na tym, iż każde z kilku zdaniowych poematów jest dziełem osobnym i skończonym.
…Stare Źródło, Srebrzynku, gdzie tyle razy widziałeś mnie przystającego na tak długo, zamyka w sobie, niby zwornik sklepienia lub grobowiec, całą elegię świata, czyli świadomość prawdziwego życia. W nim zobaczyłem Partenon, Piramidy i wszystkie katedry. Za każdym razem, gdy jakieś źródło, jakieś mauzoleum, jakiś portyk nie dawały mi zasnąć natarczywym nieprzemijaniem swego piękna-przeplatała się w moim śnie na jawie ich wizja z obrazem Starego Źródła. Od niego wyszedłem ku wszystkiemu. Od wszystkiego wróciłem do niego. Jest w taki sposób na swym miejscu, tak harmonijna prostota je uwiecznia, kolor i światło należą doń tak zupełnie, że można bez mała zaczerpnąć zeń, do ręki, niby wodę, całe bogactwo nurtu życia. Namalował je Bocklin na tle Grecji, Luis z Leonu stworzył jego przykład; Beethoven zalał je wesołym płaczem, Michał Anioł przekazał Rodinowi. Jest kolebką i chwilą zaślubin; jest piosnką i sonetem; jest rzeczywistością i uciechą; jest śmiercią.  
Szczęśliwym człowiekiem był autor mając tak wiernego przyjaciela, jak Srebrzynek, ale też szczęśliwym był osiołkiem Srebrzynek mając takiego towarzysza, jak autor.
W swoim wpisie chciałam uniknąć tego, o czym pisały moje poprzedniczki, ale nie jestem pewna, czy mi się to udało.
Ostrzeżenie; Dla osób nie przepadających za poetyckimi i metaforycznymi opisami książka może okazać się zbyt dużym wyzwaniem.
Wydanie, które miałam w ręce zasługuje na uwagę także z powodu niezwykle urokliwych ilustracji, są to ledwie muśnięte szkice rzeczywistości, które swym charakterem zwiewności i niedopowiedzenia są znakomitym dopełnieniem treści.
Myślę, że dużą zasługą w oddaniu ducha treści ma tłumacz pan Janusz Strasburger.
Łańcuszki; tym razem łańcuszek nie literacki a artystyczny - Muzeum Rodina.

Moja ocena stanu podobania się 5,5/6
* str. 99 Srebrzynek i ja J.R.Jimenez Wydanie Instytutu Wydawniczego Pax z 1979 roku 
** str. 11 tamże,
*** str. 114 tamże

wtorek, 27 grudnia 2011

Wyspa niesłychana Eduardo Mendoza

To moje pierwsze spotkanie z prozą hiszpańskiego pisarza. Ci, którzy już troszkę znają moje czytelnicze upodobania wiedzą, że z prozą iberyjską jakoś mi nie po drodze, nie te klimaty, nie ten kod zapachowy. Zdecydowałam się wziąć udział w konkursie (na Lubimy czytać), w którym nagrodą była ta właśnie książka  ze względu na Wenecję. Krótka notka wydawnicza sugerowała, iż tytułową wyspą niesłychaną jest właśnie Wenecja, a konkurs dotyczył opisu „Moja Wenecja wspomnienie, marzenie, wyobrażenie”. Jest to temat, na który mogę pisać długo i namiętnie i chyba dość ciekawie, skoro książkę otrzymałam. 
Główny bohater Fabregas – to znudzony życiem, już nie młody, ale jeszcze nie stary, człowiek, który porzuca dotychczasowe monotonne życie w Barcelonie i wyjeżdża do Wenecji. Wydaje mu się, iż tutaj, w przepięknym otoczeniu, jego życie nabierze smaku i barwy. Tymczasem bohater nie bardzo wie, czego tak naprawdę pragnie. Chce przeżyć przygodę, poszukuje czegoś, co nada jego życiu sens, ale są to poszukiwania dziwne. Odnosi się wrażenie, iż Fabregas robi wszystko na opak, podejmuje absurdalne decyzje; pakuje i rozpakowuje walizki, wyjeżdża i zostaje, snuje się ulicami miasta, aby wytracić czas, nie widzi tego, co go otacza, jest znudzony i zawiedziony. Bohater całe dnie spędza na oglądaniu filmów z wypożyczalni. Pewnego dnia spotyka Marię Clarę, która zostaje jego cicerone i pokazuje mu Wenecję, jakiej dotąd nie dostrzegał. Od tej pory coś w jego nudnej egzystencji ulega zmianie, a sam bohater odbywa zaskakujące przygody. Niektóre dzieją się na jawie, inne we śnie.
Wyspa niesłychana to opowieść o tym, iż nie można odnaleźć piękna wokół siebie, jeśli brak w życiu sensu, czy motywacji istnienia i jeśli brak odwagi podejmowania decyzji.
"Opowiadanie o zagubionym podróżnym zmieniło się w powieść o człowieku, który szuka jakiejś pewności, acz odrzuca wszystkie, jakie są mu oferowane, docierające z najróżniejszych stron" tak napisał Eduardo Mendoza w przedmowie do książki.
Wenecja – tytułowa wyspa niesłychana jawi się tutaj, jako wyspa tajemnicza, zamglona, cicha, spokojna i niesamowita. Czytając powieść czułam się, jakbym płynęła gondolą po nieznanych kanałach we mgle, która opadając ukazuje coraz to wspanialsze widoki domów, mostków, kościółków, pałacyków, rzeźb. Teraz już nie jestem pewna, czy taki obraz wyłania się z kart książki, czy tylko wywołuje go lektura. Czy to jednak takie istotne.
Wyspa niesłychana - to ciekawa historia, dobrze nakreślone postacie i niesamowity klimat i choć jak pisałam nie jestem wielbicielką literatury iberyjskiej lektura podobała mi się, choć muszę przyznać, że momentami raziła mnie absurdalność zachowań bohaterów i ich groteskowość.
I jeszcze jedno, co skusiło mnie do lektury, poza Wenecją była to okładka książki. Moim zdaniem idealnie oddaje ona klimat powieści nieco mroczny i tajemniczy.

sobota, 26 listopada 2011

Cień wiatru Carlos Ruiz Zafon

Latami zabierałam się za przeczytanie tej powieści i nie mogłam zabrać. Słyszałam tyle zachwytów nad książką; tyle opinii, że bestseller, że arcydzieło, że cudowna, że magiczna, że klimat, że jak przeczytam to zakocham się w Barcelonie. A ja chyba tak mam, że im kto mnie gorącej namawia na określone zachowanie (przeczytanie, zobaczenie, zwiedzenie), tym bardziej coś się we mnie blokuje i mówię „nie”.
Teraz, kiedy Cień wiatru popadł niejako w cień zapomnienia zabrałam się za lekturę.
W wieku dziesięciu lat bohater Daniel Sempere zostaje zaprowadzony do tajemniczego miejsca zwanego Cmentarzem Zapomnianych Książek. Wizyta ta ma pozostać jego najpilniej strzeżonym sekretem. Jego zadaniem jest wybór jednej książki, którą „zaadoptuje” i zrobi wszystko, aby przetrwała. Daniel wybiera „Cień wiatru” autorstwa mało znanego pisarza Juliana Caraxa. Okazuje się, że książki tego autora są niemożliwe do zdobycia, gdyż jakiś fanatyk spalił niemal wszystkie egzemplarze. Daniel postanawia za wszelką cenę rozwiązać zagadkę tajemniczego niszczenia książek. Przyznacie, że pomysł intrygujący i zapowiadający arcyciekawą historię. Niestety sama historia mnie nie wciągnęła.
Powieść jest połączeniem powieści quasi historycznej (Hiszpania z czasów wojny domowej i lat dyktatury Franco), sensacyjnej (kim jest Julian Carax i komu zależy na zniszczeniu jego książek) i melodramatu (powtórzona historia kochanków Juliana i Penelope oraz Daniela i Beatrice). Czyta się dość lekko i szybko. Mnie lektura zajęła trzy dni. Nie mogę powiedzieć, aby mnie ona znużyła, przeczytałam z pewnym zainteresowaniem, chociaż byłam nieco rozczarowana nazbyt oczywistym rozwiązaniem; chyba mało kto nie domyślił się, kim jest tajemniczy podpalacz książek i co jest powodem jego działania.
Podobał mi się klimat powieści, a pomysł Cmentarza Zapomnianych Książek naprawdę zachwycił. Podobało mi się także uczynienie jednym z bohaterów powieści „książki” i wskazanie, jak ogromny może ona wywrzeć wpływ na życie człowieka. Znalazłam w niej bardzo mądre zdanie Książka jest lustrem i możemy w niej znaleźć tylko to, co nosimy w sobie. Może właśnie to sprawia, że niektóre książki są nam bliskie niczym przyjaciel, a inne mimo, że doceniamy ich mądrość nie wzbudzają cieplejszych uczuć.
Ciekawy jest także opis atmosfery domów rodzinnych młodych bohaterów i wpływu tej atmosfery na kształtowanie ich postaw i charakterów.
Nie wiem dlaczego, ale czytając Cień wiatru przychodziło mi na myśl Sto lat samotności Marqueza. Może to jakieś podobieństwo w klimacie.
Nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałam, ale też nie powiem, aby książka mnie zachwyciła czy zauroczyła. Może wyjaśnieniem tego jest owo cytowane wyżej zdanie. Nie znalazłam w niej tego, czego nie noszę w sobie.
Niestety po lekturze nie zapałałam wcale chęcią odwiedzenia Barcelony. Zresztą bardziej będę ją kojarzyć z Paryżem, w którym mieszkał Julian Carax, z Sekwaną, Ogrodami Tulieres, Notre Dame oraz z wyimaginowanym piórem Wiktora Hugo niż z przepiękną Sagrada Familia (przyrównaną do oblanego czekoladą grzebienia), czy ulicą Ramblas. 

piątek, 18 listopada 2011

Quattrocento Susana Fortes

Zanim zakupiłam książkę, nie wiedziałam o niej prawie nic, poza tym, co mogłam wyczytać z notki wydawcy i poza tym, co mógł sugerować tytuł. To jednak wystarczyło, abym poczuła nieodparty imperatyw nabycia Quattrocento. 

26 kwietnia 1478 roku, w piątą niedzielę po Wielkanocy mało brakowało, by historia włoskiego renesansu, a może nawet całej Europy, potoczyła się inaczej. Przy głównym ołtarzu katedry florenckiej zgromadziła się owego ranka znamienita i harda miejscowa szlachta pod przewodnictwem niekwestionowanego mocarza Republiki, Lorenza de Medici, zwanego Il Magnifico. W kulminacyjnym momencie mszy, kiedy kapłan podniósł kielich z poświęconym winem, spiskowcy wyciągnęli ukryte pod płaszczami sztylety i rzucili się na Wawrzyńca i jego ukochanego brata Guliano.  
Ta historia nie jest literacką fikcją, ta historia zdarzyła się naprawdę. Kiedy pomyśli się, jak niewiele brakowało, aby historia potoczyła się inaczej, to po raz kolejny uświadamia się sobie, jak ogromny wpływ na losy człowieka, a nawet całych społeczności może mieć przypadek (fatum). Strata jednego istnienia w kontekście historii nie wiele znaczy, jednak strata kogoś, kto wywarł takie zasługi dla renesansowej Florencji i renesansowej Europy mogłaby odwrócić bieg historii, albo opóźnić go o kilka dziesięcioleci. 
Quattrocento oznacza epokę sztuki, której początek miał miejsce w 1400 r. Książka opowiada historię śledztwa prowadzonego przez hiszpańską doktorantkę Anę, która prowadząc badania na temat jednego z piętnastowiecznych malarzy florenckich próbuje rozwiązać tajemnicę spisku. Spisku, w efekcie którego życie stracił Giuliano de Medici a Florencja spłynęła krwią ofiar i ich zabójców.
Zamierzałam go zapytać, jak to możliwe, że w epoce odnowy naukowej i ponownych narodzin rozumu i wiary w człowieku doszło do tak skrajnego barbarzyństwa [chodzi o masakrę w katedrze, która zdecydowanie prześcignęła w brutalności i zaciekłości wszystkie inne okrucieństwa]. Przypomniałam sobie jednak okropności wojny w Iraku, z którymi przyzwyczaiłam się jeść śniadanie każdego ranka czytając prasę, i doszłam do wniosku, że nikt w dzisiejszych czasach globalnego cmentarza nie ma prawa oburzać się z powodu aktu przemocy popełnionego ponad pięć wieków temu.
Akcja książki prowadzona jest dwutorowo. Uczestniczymy razem z Aną i jej promotorem Gulio w badaniach naukowych nad obrazem Madonny z Nievole, którego ukryte znaki, tajemne symbole mogą stanowić klucz do rozwiązania zagadki, kto stał za zbrodniczym zamachem we florenckiej Santa Maria del Fiore. Ale już za chwilę zostajemy przeniesieni pięć stuleci wcześniej do pracowni przy via Ghibelina, aby wraz z Lucą, młodym uczniem, znanego renesansowego malarza (powołanego na potrzeby powieści) nabywać doświadczenia w trudnej sztuce malowania obrazów i jeszcze trudniejszej sztuce życia. 

Guliano de Medici pędzla Bronzino
Książkę można nazwać powieścią detektywistyczną z historią w tle. 
Autorkę (z wykształcenia historyka) do napisania powieści zainspirowały niedawne odkrycia naukowe, zgodnie z którymi za spiskiem na Medyceuszy obok papieża Sykstusa IV i przedstawicieli możnego rodu Pazzich stał inspirator, któremu przez ponad pięćset lat udało się pozostać w cieniu, człowiek, którego portret namalowany przez jednego z najwybitniejszych malarzy renesansu wisi w Galerii Uffizi. Oczywiście nie zdradzę jego nazwiska, aby pobudzić ciekawość tych, których pasjonują historyczne opowieści i naukowe odkrycia a do tego nutka tajemnicy.
Powieść wspaniale oddaje klimat piętnastowiecznej Florencji nie tylko poprzez topograficzne odniesienia, ale także poprzez opis zwyczajów jej mieszkańców i historycznych wydarzeń. Czytając miałam przed oczyma między innymi; wnętrze Katedry Florenckiej, w której dokonano kwietniowego zamachu, warsztaty mistrzów malarskich na via Ghibelina, gdzie bywali Verrocchio, Botticelli, Leonardo da Vinci, Pallazzo Medici świadka spotkań najwybitniejszych umysłów epoki, a także Pallazzo Della Signoria, z którego okien spuszczono doczesne szczątki zabójców. 
Ana odkrywając potencjalnego inicjatora spisku oraz motywy jego działania, odkrywa też implikacje, jakie mogą wywołać we współczesnym świecie powiązania pomiędzy wysłannikami Watykanu, bankierami oraz tajemniczymi średniowiecznymi organizacjami. Wszystko to stanowi jedynie pretekst do ukazania ludzkiej żądzy władzy oraz pieniądza.
Lektura wciągnęła mnie od pierwszej strony i trzymała w napięciu niemal do samego końca. Niestety zakończenie moim zdaniem jest nieco słabsze, poprzez wprowadzenie nie służącemu treści akcji wątku romansowego. 
Autorka chcąc zapewne uczynić historię zauroczenia Any profesorem, bardziej niezwykłą i poetyczną wprowadziła do opisu zdania wielokrotnie złożone. Kiedy czytałam jedną stronę kilkakrotnie nie mogąc zrozumieć treści odkryłam, iż jedno zdanie zajmuje całą stronę. Pokusiłam się nawet o policzenie wyrazów; było ich 205 w jednym zdaniu. A takich zdań pod koniec opowieści autorka serwuje nam kilka. Uważam, że niczego nie tracąc można opuścić tę część opowieści. 
Poza tym jednym mankamentem uważam, iż jest to bardzo ciekawa książka. 
Mnie zauroczyły także opisy malarskie; wyrobu farb, przygotowania warsztatu, tworzenia oraz zmysłu obserwacji.
Malarz porusza się wśród pigmentów barw płynnie jak duch. Sam rozdrabnia korę, cynober, malachit, ziemię, ziarna, żeby otrzymać dokładnie ten odcień, którego pragnie; żółtą ochrę, roślinną czerń, biel ołowiową… zupełnie jak młynarz. Zna najlepsze oleje, z nasion lnu i orzechów, wie, jakie drewno powinien wziąć na deski, zależnie od rodzaju gruntowania. Powleka je mastyksem i oczyszczoną terpentyną, daje dwie, trzy warstwy aqua vitae, w której uprzednio rozpuścił trochę arszeniku, następnie stosuje gotowany olej lniany tak by dotarł do wszystkich szczelin, i zanim ostygnie przeciera deskę szmatą do sucha. Na to nakłada płynny biały werniks, a potem przemywa uryną. Malarz może zajmować się godzinami tą rzemieślniczą pracą, a jednocześnie jest czarodziejem, który chwyta trajektorię ruchu obserwując jedynie nachylenie światła nad płótnem. 

sobota, 12 listopada 2011

Dziennik geniusza S.Dali

Dziennik geniusza- tak zatytułował jedną ze swoich książek Salvador Dali. Ten dwudziestowieczny hiszpański malarz był jednym z największych surrealistów.
On sam nazywa się jedynym integralnym surrealistą, geniuszem, twórcą absolutnie niepowtarzalnym. Twierdzi, iż jest bardziej geniuszem niż malarzem. No cóż, poczucie własnej wartości to rzecz nie do przecenienia. Jego obrazy nie należą do moich ukochanych, ale potrafię dostrzec ich wyjątkowość i nowatorstwo. Wysoko cenię kilka z nich, a do moich ulubionych należą zamieszczone we wpisie dwa romantyczne obrazy, mające z surrealizmem niewiele wspólnego. 
Muszę też przyznać, że paradoksalnie wizerunek malarza (przedstawiony w Dzienniku- niezbyt moim zdaniem pochlebny) zmienił film Paryż o północy. Adrien Brody w roli hiszpańskiego surrealisty może przekonać do postaci nawet takiego sceptyka jak ja.
Tym, co zachęciło mnie do przeczytania dziennika, poza ciekawością i podziwem dla wszystkich „twórców” był opis na okładce. Kiedy napotkany Katalończyk pyta Dalego, czy nie zdziwiłby się, gdyby o północy zobaczył na horyzoncie blask jutrzenki ten odpowiada, że nie wywarłoby na nim to absolutnie żadnego wrażenia. Katalończyk stwierdza, że on pomyślałby, że zwariował. Na co Dali; a ja odwrotnie, pomyślałbym, że to słońce zwariowało.
I choć nie czuję się geniuszem, chyba też bym tak pomyślała.
Przeczytawszy dziennik doszłam do wniosku, że głównym impulsem jego powstania miało być zszokowanie odbiorcy swoimi przemyśleniami, poglądami, ideami. Dlatego do końca, nie jestem pewna, czy te jego poglądy i idee są tak naprawdę wynikiem jego przemyśleń, czy są tylko bodźcem do zszokowania (a może zniesmaczenia) odbiorców, którzy są na tyle przeciętni i prymitywni, że nie dorastają do idei geniusza. 
Jest też jeszcze inna możliwość. Być może dziennik miał być żartem-prowokacją, na której ja się nie poznałam. Sposobem negacji napuszonego stylu, poważnych dysput, ośmieszeniem nadmiernej intelektualizacji książek, czy dzienników, żartem z samego siebie? 
Sporą część Dziennika geniusza zajmuje dowodzenie roli wypróżniania w życiu człowieka. Opis ekskrementów stanowi bardzo istotną część „dzieła”. Dali nadaje im mistyczne wręcz znaczenie. Ubolewa, że nie może ich malować w takim natężeniu, jakby sobie tego życzył. Dlatego zarówno odchody, jak i pewne części anatomiczne stara się niezauważenie wplatać w treści swoich obrazów (zwłaszcza upodobał sobie odbyt i poskręcane jelita). Jego poglądy nie tyle mnie szokują, co podczas lektury czuję fetor. Mam wrażenie, że autor chce wylać na mnie wiadro pełne nieczystości. 
W swoim dzienniku używa Dali bardzo rozbudowanego stylu wypowiedzi, zdania są często podrzędnie złożone i najeżone ogromną ilością wyrazów, powiedziałabym „niepowszednich”. Przy niektórych powinnam sięgnąć do słownika wyrazów obcych, a nie mam na to ochoty, gdyż kontekst, w jakim zostały użyte wskazuje na to, iż niczego nie stracę nie znając ich znaczenia. 
Zdania naszpikowane są ekskrementami, fekaliami, abstrakcjonizmem, paranoicznym krytycyzmem, skatologizmem, ultra realizmem, obscenicznością i innymi ultra i ekstra izmami.
Postanowiłam jednak dobrnąć do końca. Byłam ciekawa, czy w końcu doszukam się w Dalim tego, co by pozwoli mi go zrozumieć. 

Trafiałam na kilka scen, w których odnajduję myśli, z którymi mogłabym się utożsamić. 
Np. scena, w której wyraża pogląd o wyjątkowości swojego życia. Obserwując wschód słońca czuje, że jest jedynym Hiszpanem, który ma tę niepowtarzalną okazję doznawania takiego przeżycia. To mi przypomina niepowtarzalną chwilę i doznanie, kiedy leżałam na ciepłym jeszcze piasku egipskiej plaży i obserwowałam gwiazdy. Też miałam wrażenie, że jestem jedyną Polką, która w tej chwili doznaje takiej ekstatycznej przyjemności, odczuwania czegoś niepowtarzalnego i jedynego w swoim rodzaju.
Podoba mi się też wielka pasja Dalego, pasją, z którą tworzy swoje dzieła. I kolejna sprawa, którą mnie "kupił" to miłość do Gali (partnerki i żony), może nieco bałwochwalcza, ale pozwalająca dostrzec ludzkie oblicze twórcy. 
Ze zdziwieniem analizuję tabelę porównawczą, w której dokonuje Dali analizy warsztatu i talentów paru malarzy. Wynika z niej, że nie uważał się, że największego geniusza wśród malarzy. Absolutne pierwszeństwo przyznaje Vermerowi. 
Po przeczytaniu tej „cuchnącej" lektury jawi mi się obraz paranoika przekonanego o swojej wyjątkowości, o swoim geniuszu. Paranoika, który tak naprawdę był wielkim malarzem i jednym z pierwszych specjalistów od happeningów i eventów i potrafił na tym zrobić niezły majątek. 

Jak pisałam wcześniej, może też być tak, iż dałam się nabrać na ten "żart". 
Osobiście wolę Dalego malarza, niż Dalego pisarza. Dali napisał także "Myśli i anegdoty", "Ukryte twarze", "Moje sekretne życie" oraz wraz z L. Pauwels, "Namiętności według Dalego". Zamieszczony obok obraz znalazłam na stronie internetowej Obrazy Dalego (mam nadzieję, że jest to obraz Dalego, bo nie mogę tego potwierdzić w wiarygodnych źródłach). A bardzo mi się on podoba. Nie wiem i wolałabym nie wiedzieć, jaki był zamysł twórcy, bo całkiem możliwe, że przestałby mi się podobać. A tak mogę sobie dowolnie go zinterpretować. Nie mam pojęcia jak się nazywa. Jeśli ktoś wie proszę o info.
Zdjęcia; 1. Dali 1934 r., 2. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Trwałość pamięci, 3.Dali Dziewczyna w oknie, 4. Dali - romantycznie.