Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 listopada 2021

Sonata kreutzerowska Lwa Tołstoja czyli pochwała czystości małżeńskiej

Sonata to spowiedź mordercy, który choć żałuje zbrodni, to usiłuje ją usprawiedliwić  zachowaniem innych (winne jest społeczeństwo, wychowanie, kobiety, ich domniemani lub nie kochankowie, nawet muzyka, wszyscy i wszystko tylko nie on sam). Idee prezentowane przez  Pozdnyszewa są w dużej mierze absurdalne, choć nie można zaprzeczyć, iż analiza związku małżeńskiego z końca XIX wieku jest jak najbardziej trafna: mężczyźni nurzający się w rozpuście i kobiety podbijające swą cenę na matrymonialnym rynku.  

Skoro mężczyzna żył ...ani na chwilę nie porzucając zamiaru ożenienia się  i urządzenia sobie najwznioślejszego, najczystszego życia rodzinnego i w tym celu rozglądał się za odpowiednią panną. Tarzał się w gnoju rozpusty, a jednocześnie przyglądał się na tyle czystym, by były go godne (str. 81) kobieta uważała, że jeśli  wymaga się od niej, aby była [wyłącznie] obiektem pożądania – to ona ujarzmi mężczyznę, właśnie jako obiekt pożądania (str. 91) Stąd te ohydne dżerseje, te podkładki na tyłkach, te gołe ramiona, plecy, prawie gołe piersi. Kobiety zwłaszcza te, które przeszły przez szkołę mężczyzn doskonale wiedzą, że rozmowy na wzniosłe tematy swoją drogą, a mężczyźnie potrzebne jest ciało i to wszystko, co je ukazuje w najponętniejszym świetle i tak właśnie robią (str. 85).

Pozdnyszew nie wierzy w miłość inną, niż cielesna, a i ta jest krótkotrwałą i prowadzi jedynie do prokreacji. Namiętność cielesna, której oddawał się za młodu uważając zgodnie z sądami społecznymi za korzystną dla zdrowia zaczyna w statecznym małżonku budzić wstręt, bowiem prowadzi do zniewolenia kobiet. Te zaś w akcie odwetu (zmuszane do spełniania męskich potrzeb) stają się uwodzicielkami, a tym samym uzależniają od siebie mężczyzn. Jakie zatem jest wyjście? Życie w ascezie i czystość małżeńska.

Abstrahując od tego, czy Sonata jest studium psychologicznym Pozdnyszewa, czy też (za pewnie niezamierzenie) jej autora stanowi ona ciekawe spojrzenie na człowieka owładniętego idee fix. Żądza płciowa, choćby najbardziej zawoalowana, jest złem, strasznym złem, z którym należy walczyć, a nie popierać go, jak to się czyni u nas. Słowa Ewangelii, że kto patrzy z pożądaniem, już z nią cudzołożył, dotyczą nie tylko cudzych żon, lecz właśnie i przede wszystkich – własnej zony. (str. 102). Miejcie się panowie na baczności, bo nawet nie wiecie, że cudzołożycie.

Przyznam, iż na początku lektury nużył mnie jej moralizatorski wydźwięk, jednak w miarę postępu w lekturze coraz bardziej zaciekawiało kuriozum poglądów Pozdnyszewa / Tołstoja. Dla przykładu jeden z nich - prokreacja nie jest według niego niezbędna, bo skoro ludzie są zdemoralizowali, to lepiej aby wyginęli. Do tego dochodzi sprzeczność poglądów, bo choć potępia prokreację to nie popiera antykoncepcji, co jeśli wziąć pod uwagę preferowaną przez niego ascezę ma pewien sens.

Nowelkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny i mam nadzieję, że tym wpisem przełamię złą passę recenzyjnych zaległości.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Dajcie mi miotłę, szczotkę lub wieprza, a powiem niech to diabli wezmą …czyli Mistrz i Małgorzata

Po ośmiu latach od ostatniego czytania (tu wrażenia) powróciłam do lektury książki należącej do mojej dwudziestki ukochanych powieści.
Wydana w 2018 roku przez Wydawnictwo Muza wersja powieści tym różni się od wcześniejszych, iż w treści zaznaczono innym kolorem czcionki fragmenty usunięte przez cenzurę. Śledzenie tychże to ciekawe doświadczenie, czasami trudno zrozumieć intencję przyświecającą cenzorowi, w innym miejscu nie mamy wątpliwości, co spowodowało korektę.
Powieść składa się z trzech przeplatających się opowieści; historii spotkania piątego prokuratora Judei Piłata z głoszącym nową religię Jeszuą Ha- Nocri (wzorowanej na historii Jezusa), pobytu Szatana - Wolanda w Moskwie oraz związku Mistrza z Małgorzatą. Dwie pierwsze mają zdemaskować absurdy życia w Rosji Radzieckiej na początku XX wieku. Zewnętrzne przejawy mizerii egzystowania (problemy lokalowe, aprowizacyjne i wszechwładna szarzyzna) mieszają się z mizerią ducha (donosicielstwo, korupcja, przekupstwo, pazerność). A wszystko usankcjonowane przez komunistyczny system, sprzyjający takim zachowaniom a wręcz je premiujący.
Dziś wtrącone w powieść fragmenty dotyczące na przykład rozwiniętej siatki donosicieli oraz nagłego znikania ludzi w niewyjaśnionych okolicznościach wydają się może niewinnie brzmiące, ale były na tyle niepokojące, aby paść ofiarą cenzora.
Stuknie furtka, załomoce serce, i wyobraźcie sobie, za oknem na wysokości moich oczu czyjeś, koniecznie zabłocone, buciory. Szlifierz. Ale komu w naszym domu potrzebny jest szlifierz? Co ostrzyć? Jakie noże? (str. 190)
Chce mnie pan aresztować? Nic podobnego – zakrzyknął rudy.- Co to takiego- jeśli ktoś zaczyna rozmowę, musi się to bezwzględnie zakończyć aresztowaniem? (str. 306 początek rozmowy Małgorzaty z Azazello).
Drugiego człowieka, który zdumiewająco przypominał pierwszego, spotkali przed szóstą klatką. I znowu powtórzyła się ta sama historia. Kroki… Człowiek ów odwrócił głowę z niepokojem, spochmurniał. Kiedy zaś drzwi zamknęły się za niewidzialnymi przybyszami, zajrzał na klatkę, ale nic oczywiście tam nie zobaczył. Trzeci, wierna kopia drugiego, a co za tym idzie i pierwszego, dyżurował na podeście drugiego piętra. Palił mocne papierosy i Małgorzata mijając go, zakaszlała. Palacz niby ukłuty szpilką poderwał się z ławeczki, na której siedział, i jął się niespokojnie rozglądać, podszedł do poręczy i spojrzał w dół. (str. 338).
Czy też inny fragment o bierności i podporządkowaniu.
Hm…- powiedział z zadumą artysta- nie rozumiem, że też wam się to nie znudzi! Wszyscy ludzie, jak ludzie, spacerują sobie teraz po ulicach, rozkoszują się wiosennym słońcem i ciepłem, a wy się męczycie na podłodze w dusznej Sali! Czyżby program był aż tak interesujący? (str. 221 konferansjer w teatrze Variete do publiczności).
Obok realizmu sowieckiej rzeczywistości (momentami smutnej, a momentami przerażającej) pojawia się magia i symbolizm. Kot podróżuje tramwajem, konferansjer teatru Varietes traci głowę, aby za chwilę ją odzyskać, szanowani obywatele zmieniają nagle miejsca pobytu w niewyjaśniony sposób, Małgorzata leci nad miastem na szczotce, a towarzyszy jej Natasza na wieprzu, zwykłe mieszkanie zamienia się w salę balową na którą przybywają tajemniczy goście - to kilka przykładów, a jest ich znacznie więcej.
Co cenzora zaniepokoiło w poniższym opisie nie odgadłam.
Teraz z dołu walił tłum, szturmując niemal podest, na którym stała Małgorzata. Nagie kobiety wchodziły po schodach w towarzystwie wyfraczonych mężczyzn. Płynęły na Małgorzatę ich ciała smagłe i białe, i barwy kawowego ziarna, i całkiem czarne. W rudych, czarnych, kasztanowatych i jasnych jak len włosach w ulewie światła skrzyły się i tańczyły, sypiąc iskry, szlachetne kamienie. I – jakby ktoś pokropił tę nacierającą kolumnę mężczyzn kropelkami blasku- z ich piersi bryzgały światłem brylantowe spinki. Teraz Małgorzata co sekunda czuła na kolanie muśnięcie warg, co sekunda podawała dłoń do ucałowania, twarz jej ściągnęła się w nieruchomą powitalną maskę. (str.365 fragment opisu balu u Szatana).
Zaraz po jednym z moich ukochanych fragmentów, w którym Woland udziela rady Małgorzacie, aby nigdy nikogo i o nic nie prosiła, zwłaszcza tych, którzy są od nie potężniejsi (sami zaproponują, sami wszystko dadzą) ofiarą cenzora padła część pytania Wolanda do Małgorzaty.
Czego żąda pani za swoją nagość na balu? Na ile ocenia pani swoje kolano? Jakich strat przyczynili pani moi goście, których przed chwilą nazwała pani szubienicznikami? (str. 383)
Na koniec kolejny fragment, który padł ofiarą nożyczek cenzora dotyczący odzyskania spokoju przez Mistrza (oczywiście dzięki Małgorzacie, która nazywa się wiedźmą)
Ja się przecież niczego nie boję, Margot- odpowiedział jej nagle mistrz i podniósł głowę, i wydał jej się takim, jakim był, kiedy pisał o tym, czego nigdy nie widział, ale o czym wiedział na pewno że było - nie boję się, bo doświadczyłem już wszystkiego. Zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie. (str. 499)
Powieść jest tak bogata znaczeniowo, że nie mam najmniejszych wątpliwości, iż mogłabym przeczytać ją jeszcze kilkanaście razy i za każdym odnajdę nowy sposób odczytania, znajdę nowe fragmenty, zwrócę uwagę na nowe treści.
A dziś – cóż? Chętnie wskoczę na miotłę, szczotkę, czy wieprza, polecę na bal do Szatana, jeśli dzięki temu stanę się wolna i przestanę się bać. 
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Zofia Tołstoj Pamiętniki, czyli znowu poległam w walce ze zwięzłością wpisu

Dodaj napis
Pamiętniki, podobnie, jak Dzienniki to nie jest lektura do szybkiego czytania, wymaga czasu, a czasami, jak w tym wypadku samozaparcia i dyscypliny. Gdyby nie to, iż książkę wypożyczyłam z biblioteki zapewne czytałabym ją jeszcze dłużej, a tak czytanie przeciągnęło się do dwóch miesięcy. Największą trudność sprawiały mi dość drobiazgowe opisywania porządku dnia rodziny Tołstojów, nazwiska gości, wymienianie potraw, rodzaje chorób domowników itp, itd. Jednakże, kiedy pominie się te monotonne opisy zdarzeń można uzyskać jakże ciekawy opis prawdziwego dramatu 48 lat nieudanego małżeństwa Tołstojów.

Pamiętniki zostały napisane przez kobietę inteligentną, niepozbawioną wrażliwości na sztukę, a jednocześnie twardo stąpającą po ziemi, niezależną, chorą z zazdrości i pełną obaw o odrzucenie, rozchwianą emocjonalnie i histeryczną. 
Zofia nie miała łatwego życia. Kiedy wyszła za mąż oczekiwała czułości, poczucia bezpieczeństwa, miłości bardziej partnerskiej niż cielesnej. A tymczasem została sprowadzona do roli gospodyni, asystentki, kochanki i maszynki do rodzenia dzieci. Urodziła ich trzynaścioro (jak podają jedne źródła), a może szesnaścioro, jak podają inne, z czego kilkoro umarło wcześnie.
Pierwsze nieporozumienia zaczęły się od dnia, w którym Aleksy dał przeczytać swój pamiętnik Zofii. Cała jego (męża) przeszłość jest dla mnie tak okropna, że wątpię, czy kiedykolwiek się z nią pogodzę. Chyba, że będę miała inne cele w życiu- dzieci, których tak pragnę, aby mieć całą przyszłość, abym mogła w swoich dzieciach widzieć tę czystość bez przeszłości, bez ohydy, bez wszystkiego, co teraz tak boli u męża. (Str. 16)
Kiedy nieco miesiąc po ślubie pisze, iż strasznie, strasznie smutno. Coraz bardziej zagłębia się w sobie. Mąż jest chory nie w humorze, nie kocha (Str. 18) można pomyśleć, iż początki zawsze są trudne, zwłaszcza dla młodej, niedoświadczonej panny. Niestety wpisy tego typu powtarzają się przez całe 48 lat małżeństwa i przez 430 stron pamiętników. Życie okazuje się pełnym złudzeń, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei, rozczarowań, kłótni, krzyków i łez. I to dla obojga. Życie Zofii jednak toczy się wokół Lowy (Lowa smutny, Lowa chory, Lowa spotyka się z przyjaciółmi, Lowa jedzie do duchoborców, Lowa jedził na welocypedzie, Lowa był na łyżwach, Lowa pisze, Lowa nie w humorze….) Lowa jest źródłem wszystkich trosk i zmartwień Zofii, ale i jej krótkich chwil radości i szczęścia. Lowa jest jej obłędem; nie potrafi żyć z nim, a tym bardziej nie potrafi żyć bez niego.
Jakże ciasny i mały byłby ten światek, w którym żyję, gdyby jego nie było. (Str. 21) Ale … nie da się połączyć naszych dwóch światów w jeden. (tamże). Przy takim człowieku można umrzeć ze szczęścia i z poniżenia. (Str. 22).
Odpychanie i przyciąganie. Ileż to razy Zofia wychodzi z domu i idzie przed siebie, aby nie wrócić (tak naprawdę to rozpaczliwie woła o pomoc), ile to razy robi mężowi i dzieciom karczemne awantury, ile razy wyjeżdża do Moskwy, aby postawić na swoim, aby sprowokować jego przyjazd. 
Chciałabym zabić się, uciec gdzieś, pokochać kogoś- wszystko byle nie żyć z człowiekiem, którego mimo wszystko całe życie za coś kochałam, choć teraz widzę, jak bardzo go idealizowałam, jak długo nie chciałam zrozumieć, że była w nim tylko zmysłowość… A teraz oczy mi się otworzyły, widzę że moje życie jest przegrane. – pisze 46 letnia kobieta (Str.78)
Zofia nie raz będzie pisać o zmarnowanym życiu, rozczarowaniu, braku miłości, zrozumienia, opieki ze strony męża. Nie raz też będzie pisała o myślach samobójczych. Jej usilna próba zwrócenia na siebie uwagi była niezwykle uciążliwa, a to wychodzi z domu i błąka się gdzieś po nocy, a to zasypia na ławce, a to snuje się w szlafroku po ulicy, a to skacze do stawu, ale przynajmniej do pewnego momentu robi to bardziej na pokaz, aby ukarać najbliższych, niż rzeczywiście chce się zabić. 
O mężu wyraża się najczęściej z podziwem zmieszanym z politowaniem. Zawsze to samo źródło wszystkiego; próżność i pragnienie coraz nowej sławy, żeby mówiono o nim jak najwięcej. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. (Str. 137) Zofia pod koniec życia drży z obawy, że jej obraz w oczach pokoleń nie będzie korzystny, że zostanie zapamiętana, jako kobieta uprzykrzająca życie mężowi, chora, niestabilna emocjonalnie, a przecież to dzięki niej on tworzył. 
Lew Nikołajewicz zawsze i wszędzie mówi i pisze o miłości, o służeniu Bogu i ludziom. Czytam i słucham tego zawsze ze zdumieniem. Od rana do późnej nocy całe życie Lwa Nikołajewicza upływa bez jakiegokolwiek osobistego stosunku, czy zainteresowania ludźmi. Wstaje, pije kawę, spaceruje lub kąpie się rano nikogo nie widząc; siada do pisania; jeździ na welocypedzie albo znów idzie się kąpać albo po prostu tak sobie; je obiad i idzie na dół czytać lub na tenis. Wieczór spędza u siebie w pokoju, tylko po kolacji siedzi trochę z nami, czytając gazety lub przeglądając różne ilustracje. Dzień w dzień to samo, egoistyczne życie bez miłości, bez zainteresowania rodziną, radościami i smutkami bliskich mu istot. Ta oziębłość mnie zmęczyła, zaczęłam szukać czegoś, aby wypełnić swoje życie duchowe, pokochałam muzykę, przede wszystkim odgadywanie tych wszystkich uczuć ludzkich, które w nią włożono; ale nie tylko nie znalazłam w domu zrozumienia, lecz zaciekle za to na mnie napadali- i oto znów utraciłam sens życia i zginając kark godzinami, po dziesięć razy przepisuję nudny artykuł o sztuce. (Str. 187) Potem list do gazet o pomoc dla duchoborców- on wiecznie pragnie szumu, rozgłosu, ryzyka. A ja nie wierzę w jego dobroć i miłość do ludzi. (Str. 191)
Zofia przepisuje, robi korektę artykułów, pism, szyje, sadzi drzewa, wciela w czyn idee męża pomocy biedakom- zajmuje się organizacją stołówek, zbieranie i rozdziałem pomocy finansowej, prowadzi korespondencję, zabiega o spotkanie z carem w sprawie zdjęcia zakazu publikacji jego dzieł, szarpie się o sprawy majątkowe, chce pozostawić spuściznę ojca dzieciom, pielęgnuje chorych członków rodziny, załatwia szkoły i prywatnych nauczycieli, nadzoruje całe gospodarstwo, szyje, oprawia fotografie. Nic dziwnego, że z wiekiem czuje się coraz bardziej zmęczona i niedoceniona. Jedyną jej radością- odskocznią staje się muzyka. Niestety mąż i rodzina nie podzielają jej pasji. 
W 1901 roku (czyli 9 lat przed śmiercią Lwa) pisze- Zbliża się coś potwornego, coś, co jest wprawdzie całkiem naturalne, ale zupełnie niespodziewane, kiedy się zbliża naprawdę- koniec życia. Koniec życia tego, który był dla mnie czymś więcej niż moje własne życie, bo żyłam właśnie życiem Lowoczki- męża i dzieci, które z nim miałam. Jeszcze nie pojmuję stanu mojego serca, jest skamieniałe: nie powinnam go słuchać chcąc zachować siłę i energię do pielęgnowania męża. (Str. 306)
To dramat wszystkich kobiet, które nie potrafią żyć własnym życiem, a żyją życiem bliskich, czyniąc z tego ich życia piekło, choć przecież kochają tak mocno, że chyba mocniej nie można. I z tej miłości wyrządzają krzywdę i bliskim i sobie, może nawet sobie większą. Wciąż na coś czekają.
Ach, jakże wczoraj w nocy poczułam się samotna fizycznie i duchowo! Z Lwem Nikołajewiczem ułożyło się właśnie tak, jak przewidywałam; skoro tylko wskutek jego zgrzybiałości ustały (całkiem niedawno) jego stosunki z żoną jako kochanką, zamiast tego pojawiło się nie to, o czym na próżno marzyłam przez całe życie- spokojna, czuła przyjaźń- lecz zupełna pustka. (Str.. 309 (2.12.1901 r.)
Ostatnie lata ta wieczna szarpanina staje się jeszcze bardziej intensywna, niezrozumienie, żale i pretensje nasilają się, jakby z powodu świadomości upływu czasu i tego, że zostało go już tak niewiele. Jakby rozwiały się wszelkie złudzenia, że wzajemne stosunki małżonków ułożą się przynajmniej poprawnie. 
Może mnie ktoś spytać: Ależ na co tobie, kobiecie bez znaczenia, to umysłowe lub artystyczne życie [Zofia próbowała swych sił w pisaniu, grała na fortepianie, czytała]? Na to pytanie tak mogę odpowiedzieć: nie wiem na co, lecz wiecznie dławić, aby służyć materialnie geniuszowi- jest bardzo ciężko. Choćby się nie wiem, jak kochało tego człowieka, lecz wiecznie rodzić, karmić, szyć, dysponować obiady, robić okłady i lewatywy, tępo siedzieć w milczeniu i oczekiwać, aż zażądają materialnych usług- to męczarnia… (str.322)
Jest w moim mężu coś niedostępnego memu rozumowi. Powinnam pamiętać i zrozumieć, że jego zadaniem jest pouczanie ludzi, pisanie, głoszenie idei. Życie nasze i wszystkich bliskich winno służyć temu celowi i dlatego jego życie powinno być jak najlepiej zorganizowane. Trzeba przymykać oczy na wszystkie kompromisy, niekonsekwencje, sprzeczności i widzieć w Lwie Nikołajewiczu wielkiego pisarza, kaznodzieję i nauczyciela. (Str. 335) Zofia nie potrafiła pogodzić się z tymi niekonsekwencjami pomiędzy głoszonymi ideami a prowadzonym życiem.
W części IV Dzienników (rok 1910) oprócz wpisów Zofii przywołano wpisy z pamiętnika Lwa Nikołajewicza. Jedno zdarzenie i dwa spojrzenia, a ty czytelniku sam dokonaj oceny. Widać postępującą chorobę Zofii - niezrównoważenie. I tę straszną obawę o to, jaką pozostanie w pamięci pokoleń, o niesprawiedliwy osąd. I jeszcze większa szarpanina o Pamiętniki Lwa Nikołajewicza. Niedowierzanie, podejrzenia, spiskowe teorie, brak logiki, zaprzeczanie samej sobie, histeryczna przesada. I chyba najciekawsza część Pamiętników.
Dlaczego zatem spędziła z nim 48 lat. Może odpowiedzią będzie to co napisała będąc już stateczną ponad pięćdziesięcioletnią kobietą.
Cóż jest ciekawego w życiu Lwa Nikołajewicza? Co ciekawego w życiu Sergiusza Iwanowicza? Kocha się ich nie dla nich samych, nie za ich życie i powierzchowność, lecz za to bezkresne, głębokie marzenie, z którego wypływa ich twórczość i które lubimy wyczuwać w nich i idealizować. 
Po przeczytaniu pamiętników nie umiem powiedzieć, czy polubiłam Zofię, były momenty, że mnie irytowała, ale były też takie, kiedy budziła współczucie. Na pewno była ciekawą i złożoną osobowością. A jej zdanie na temat twórczości i życia męża często pokrywało się z moim.

niedziela, 1 lutego 2015

Życie pana Moliera Michaił Bułhakow (audiobook)

Od biografii oczekuję pigułki wiedzy przekazanej w przystępny sposób z zachowaniem obiektywizmu w ocenie. Autor może wyrażać swe sympatie bądź antypatie, ale powinien przedstawiając swego bohatera pisać zarówno o jego wadach, jak i o zaletach. A kiedy jeszcze autor ma lekkie pióro i pisze z polotem to czegóż trzeba więcej. 

Życie pana Moliera autorstwa Michaiła Bułhakowa spełniło zadość moim oczekiwaniom. Jan Poquelin, znany jako Molier, syn nadwornego tapicera, wnuk pasjonata sztuki teatralnej, z wykształcenia prawnik, przyjęty na zaszczytne stanowisko królewskiego lokaja, z zamiłowania człowiek teatru życie prowadził niezwykle ciekawe, choć myliłby się ten, kto uważałby, iż autor największych komedii w dziejach literatury był człowiekiem wesołym. Od najmłodszych lat interesował go teatr i sztuka dramatyczna. Przez wiele lat próbował swych sił, jako aktor dramatyczny odniósłszy na tym polu sromotną klęskę. Chyba do końca życia nie mógł zrozumieć, dlaczego to jego komedie osiągają tak wielki sukces. Był człowiekiem o niełatwym i zmiennym charakterze, zapalczywym, upartym, nieostrożnym, szczerym, a jednocześnie niezdecydowanym i tchórzliwym. Świetny obserwator, utalentowany autor sztuk i odtwórca ról komediowych, człowiek, dla którego teatr był wszystkim. Żyjąc w czasach monarchii absolutnej niejednokrotnie zmuszony był sprzeniewierzać się sobie szukając poparcia u króla zarówno pisząc sztuki na zamówienie, jak i dedykując je najjaśniejszemu panu w słowach spływających pochlebstwami. 

Bułhakow wiedział o czym pisze, bowiem sam wielokrotnie
wnętrze Komedii Francuskiej w XVIII w ze strony Wikipedii
przerabiał swe utwory, aby uzyskać akceptację najjaśniej panującego generalissimusa Stalina. Jakże gorzko i dwuznacznie brzmią słowa narratora "aktorzy namiętnie kochają w ogóle każdą władzę. Bo przecież nie wolno im nie kochać!. Jedynie silna, trwała i zasobna władza umożliwia rozkwit sztuki teatralnej. Mógłbym na poparcie tego twierdzenia przytoczyć mnóstwo przykładów, i nie robię tego tylko dlatego, że i tak wszystko jest jasne"

Chcąc wyszydzać wady wszystkich warstw społecznych (atakując i paryskie wykwintnisie, i mieszczan dążących do zdobycia arystokratycznych szlifów, lekarzy, którzy w tamtych czasach częściej uśmiercali pacjentów, niż leczyli Molier zmuszony był szukać protekcji. Znalazł ją najpierw u królewskiego opiekuna kardynała Mazarina, następnie prowincjonalnego wielmoży, potem królewskiego brata, a wreszcie samego monarchy Ludwika XIV. Dzięki temu jego sztuki zyskują i uznanie i widownię. Jednak nawet protektorat monarchy nie ochronił Moliera przed szykanami. kiedy ośmielił się targnąć na świętość- władzę duchowną. Tarrtuff, czyli świętoszek będący drwiną z obłudnych pozorów świętości wywołał oburzenie zdezorientowanej publiczności, a dzięki działaniom arcybiskupa Paryża zakazano jego wystawiania. Ponieważ łaska pańska na pstrym koniu jeździ Tartuff powraca po kilku latach na deski paryskiej sceny (oczywiście uzyskawszy zezwolenie monarchy) i zdobywa szturmem publiczność. 
Biografia jest mocno osadzona w epoce; rys historyczny, opis obyczajów, początki pierwszej sceny narodowej we Francji Comedie - Francaise.
Autor sporo miejsca poświęca życiu prywatnemu bohatera, które mogłoby posłużyć, jako fabuła niejednej powieści.  
Ta niewielka objętościowo książeczka napisana jest pięknym językiem, a że temat ciekawy, bohater przedstawiony z sympatią, ale i dość krytycznie lektura warta polecenia. 
Po audiobooka sięgnęłam zachęcona recenzją u Kasi z Mojej pasieki

środa, 19 lutego 2014

Z Muratowem w Wenecji

Podczas moich zeszłorocznych  wakacji 
towarzyszyły mi Obrazy Włoch (Wenecja i Florencja) Pawła Muratowa. 
Wenecja przywitała mnie piękną, słoneczną pogodą, na spotkanie której uśmiech pojawił się natychmiast na twarzy. W Wenecji czuję się jak beztroskie dziecko, które nic nie musi, nigdzie nie pędzi, któremu czas przepływa przez palce, a ono wcale się z tego powodu nie martwi. W innych miejscach mam ścisłe wytyczone trasy, zaplanowane miejsca, do których zmierzam, wystawy, które chcę obejrzeć, tutaj idę po prostu przed siebie, bo wiem, że każda droga którą wybiorę będzie ciekawa i wiem, że i tak prędzej czy później dotrę na Piazza San Marco, do tego pulsującego gwarem setek  turystów serca miasta, które tyleż olśniewa, co przytłacza. Od dnia, w którym po raz pierwszy weszłam na Plac i zobaczyłam ten przesmyk znajdujący się pomiędzy Pallazzo Ducale a Libreria Sansoviniana prowadzący na otwarte wody Canalle Grande widok ten jawi mi się w snach. Wenecjo, twój urok nie ma miary. 

Porzucam ciężką walizę w hotelu i idę przed siebie, idę przekraczać mosty, idę zdobywać brzegi, idę nacieszyć oczy kolorowymi szkiełkami z Murano. Muratow pisze; "Są dwie Wenecje. Jedna - która wciąż jeszcze obchodzi jakieś święto, wciąż jeszcze rozbrzmiewa ciągłym gwarem, trwa uśmiechnięta i leniwie wypoczywa na placu św. Marka, na Piazettcie i na wybrzeżu degli Schiavoni. Od tej Wenecji nieodłączne są gołębie, stały napływ cudzoziemców, stoliki przed kawiarnią Floriana, sklepy ze wspaniałymi wystawami ze szkła. (...) Zegar właśnie wskazuje południe. Czas iść razem z tłumem na plac i patrzeć, jak na Torre dell`Orologio spiżowe postaci ludzkie uderzają w dzwon. To jeden z obrzędów weneckiego próżnowania i ten, kto go dopełnił, może z czystym sumieniem cieszyć się, że jest wolny od wszelkich ziemskich trosk."
Od napisania tych słów minęło ponad sto lat i dwie wojny światowe, powstało i upadło kilka państw, a  Plac przed Bazyliką Świętego Marka oraz nabrzeże nadal należą do najbardziej obleganych miejsc Wenecji (obok Ponte Rialto). Z myślą o gołębiach zatrudniono sprzedawców pokarmu dla ptaków. Natomiast Cafe Florian i Cafe Quadri prześcigają się w uatrakcyjnieniu pobytu turystom serwując poza kartą także muzykę na żywo. Elegancko ubrani artyści wykonują znane szlagiery z repertuaru muzyki klasycznej i popularnej. Cafe Florian, w której gościli niegdyś Lord Byron, Marcel Proust czy Charles Dickens, dzisiaj udostępnia swe podwoje głównie nowobogackim turystom zza wschodniej granicy. 

"To życie ma swój urok. Ale nieodmiennie przynosi chwile smutku. Łatwo można się znużyć muzyką, widokiem wspaniałych witryn, ustawicznym gwarem cudzoziemskiego tłumu. Wenecja nieraz pozwala dotkliwie odczuć samotność, nie pociesza nas i nie napełnia blaskiem, jak Florencja czy Rzym. Zresztą Wenecja nie ogranicza się do Placu Świętego Marka i do Piazzetty. Wystarczy zapuścić się nieco głąb miasta i oddalić od San Marco, aby nasz nastrój całkowicie się zmienił. Wąskie uliczki wprawiają nas nagle w zdumienie swą powagą i milczeniem. Kroki rzadkiego przechodnia rozbrzmiewają tu jak gdyby gdzieś z daleka. Dźwięczą, a potem milkną, ich rytm pozostaje nam w uchu niby jakiś ślad, po którym wyobraźnia idzie w krainę wspomnień".  
I to jest ta druga Wenecja; nie tak tłumna, nie tak kolorowa, nie tak hałaśliwa, przytłaczająca nadmiarem (ludzi, hałasu, atrakcji, wrażeń). To Wenecja z odłupanym tynkiem na fasadach domu, z ułamanym fragmentem balustradki, czasami z porysowanymi kredą murami, czasami nawet bezludna.

Dlatego, kiedy zaspokoję już swoją tęsknotę za  widokami ze snów opuszczam gwarny Plac Świętego Marka i szukam wytchnienia w spokojnych, odludnych, cichych uliczkach. Nie trzymam się mapy, daję prowadzić się intuicji, pozwalam sobie się zgubić w plątaninie uliczek i mostków. Dziś jest to znaczne trudniejsze, niż wówczas, kiedy to Muratow wędrował zaułkami Wenecji. Trudno teraz znaleźć porę roku, w której Wenecja pogrąży się w ciszy i zamyśleniu. Podobno rdzenni wenecjanie jedynie pracują tutaj, bo żyć tu nie sposób. 
"To, co na Piazzetcie było tylko malowniczym szczegółem - czarna gondola, czarna chustka na ramionach wenecjanki - tu pojawia się w surowym, niemal uroczystym charakterze odwiecznego obrzędu.  A woda! Woda dziwnie przykuwa do siebie i pochłania wszystkie myśli, podobnie, jak tu pochłania wszystkie dźwięki, toteż najgłębsza cisza spływa nam na serce".
Dziś, o takie miejsca, jak na fotografii coraz trudniej, prawdopodobieństwo spotkania ich jest odwrotnie proporcjonalne do odległości od Placu Świętego Marka, im dalej, tym większa szansa. Ciekawy mostek, fantazyjne balustrady, mozaikowe dekoracje, zabłąkany posąg, a kiedy i tego zabraknie  pozostaje woda, w której miasto przegląda się, jak w lustrze oczekując potwierdzenia swej urody. 

"Na jakimś mostku przerzuconym nad wąskim kanałem, na przykład na Ponte del Paradiso, można oddać się marzeniom, zasłuchać się, na długo odejść spojrzeniem w zieloną głębię z lekka kołyszących się zwierciadlanych obrazów. W takich chwilach odsłania nam się inna Wenecja, której nie znają liczni bywalcy Floriana i której istnienia nie sposób odgadnąć, sądząc po lekkomyślnym i dziecinnie próżniaczym życiu na placu Świętego Marka.  (...) Dzisiejsza Wenecja jest tylko widmem dawnego życia, a ustawiczne święto na Placu Świętego Marka to tylko uczta na miejscu porzuconym przez gospodarzy".

Muratow szuka dawnej Wenecji w dziełach jej artystów. A te najciekawsze częściej zdobią ściany świątyń (jak tu opisane) niż prestiżowych galerii. I tak wędruje pisarz w poszukiwaniu obrazów Belliniego, Carpaccio, Tycjana, Veronesse, Tiepolo, Giorgione czy Tintoretto, a kiedy staje przed nimi zapomina o wszystkim, co do tej pory mu ciążyło, bo "dla nas ludzi Północy wody Laguny są w istocie wodami Lety.Gdy stoimy przed starymi obrazami zdobiącymi kościoły weneckie, gdy płyniemy gondolą lub gdy błądzimy po milczących uliczkach czy nawet wśród przypływów i odpływów gwarnej fali ludzkiej na Placu Świętego Marka, wszędzie tam pijemy łagodne wino zapomnienia. Wszystko, co zostało za nami, całe nasze dawne życie przestaje nam ciążyć".

I między innymi za to właśnie kocham Wenecję,  za te jej wody zapomnienia, które pozwalają zostawić za sobą ciężki bagaż dawnego życia, niczym zbyt ciężką walizkę w hotelu. I choć jak pisałam, najpiękniejszą książką o Wenecji, jaką do tej pory przeczytałam jest Znak wodny Brodskiego, to muszę przyznać, że i Muratow o Wenecji (i nie tylko o niej) pisze pięknie i interesująco (pisze głównie o najbardziej znanych jej mieszkańcach; o Gozzim, Goldonim, Casanovie, Tintoretto, Giorgione i ich dziełach). A może to sama Wenecja sprawia, że inaczej pisać się o niej nie da. 
We wpisie wykorzystałam zdjęcia z dwóch spotkań z Wenecją. 
Cytaty z książki Muratow Obrazy Włoch Wenecja, Wydawnictwo Zeszyty literackie rok 2012.
A jutro o tej porze będę prawdopodobnie fruwała gdzieś w przestworzach i będzie fruwała marynara na koncercie Garou. Wtedy i ja napiję się wód letejskich i na parę dni zapomnę o szarości dnia codziennego. 

wtorek, 28 stycznia 2014

Dyptyk petersburski Josif Brodski


Zeszyty Literackie Rok wydania 2003

Im niżej opada rtęć w termometrze, tym wygląd miasta staje się coraz bardziej fantastyczny. Dwadzieścia pięć stopni mrozu to już dość, ale temperatura nie przestaje się obniżać i jak gdyby uporawszy się z ludźmi, rzeką i budowlami, sięga teraz idei i pojęć abstrakcyjnych. Domy wzdłuż bulwaru, z płynącym nad ich dachami białym dymem, coraz bardziej przypominają zatrzymany pociąg: jego kierunek to wieczność. (str. 24)

W Petersburgu byłam tylko raz, nazywał się wówczas Leningradem, ja miałam pięć lat i miałam nieco ponad metr wzrostu. Niewiele zapamiętałam z kilku miesięcy pobytu, ale to co zapamiętałam to klimat miasta, który odnajduję w szkicu Brodskiego Przewodnik po przemianowanym mieście. Dla mnie były to wydrążone w śniegu tunele sięgające wysokości dorosłego człowieka, słońce iskrzące się w płatkach śniegu, skrzypienie pod butami i przejmujące zimno, które hartuje człowieka na długie lata. Pamiętam, że odbierałam je, jako piękne, bajkowe i trochę groźne miasto (z powodu monumentalności budowli). Te zamarznięte sople lodu, te piękne fontanny, to sprawiające wrażenie czystości miasto (dzięki bieli śniegu) robiło na dziecku wrażenie miasta z tysiąca i jednej nocy.
W Petersburgu wszystko może się zmienić prócz tutejszej pogody. I światła. To światło północne, blade i rozsiane; oko i pamięć nabierają w nim niezwykłej bystrości. (…) …chodzenie pod tym niebem. Po bulwarach z cynamonowego granitu, wzdłuż ogromnej szarej rzeki, już samo przez się poszerza życie i uczy dalekowzroczności. W ziarnistości granitowego bulwaru w pobliżu nieustannie płynącej wody jest coś, co nasyca stopy zmysłowym pragnieniem chodzenia. Wiatr znad morza, przesycony zapachem wodorostów, uleczył tu niemało serc przepełnionych kłamstwem, rozpaczą i poczuciem bezradności. Jeśli to sprzyja zniewoleniu, niewolnikowi można wybaczyć. W tym mieście jakoś łatwiej znieść samotność niż gdzie indziej, bo samo miasto jest samotne (str. 23)

Za czasów Piotra I ziściły się dążenia dynastii Romanowów; uzyskano dostęp do morza. Marzeniem cara, człowieka nie bojącego się wyzwań, wykształconego i otwartego na zachód, pozbawionego kompleksów niższości wobec Europy było wybudowanie miasta-portu; okna na Europę. Wyzwanie było tym trudniejsze, iż budowę należało przeprowadzić od podstaw, na podmokłym gruncie i na słabo zaludnionych terenach. Był władcą i to władcą absolutnym, więc wizja zbudowania miasta innego, niż dotąd istniejące, nie naśladującego, a stanowiącego wzór do naśladowania, potwierdzającego pozycję Rosji i nadającego ton Europie, zmieniła się w rzeczywistość. Cóż z tego, że wysokim kosztem, czy przyszłe pokolenia podziwiając pomniki przeszłości będą pamiętać o krzyżach na placu budowy.

"Kiedy tak się zdarza, że wizjoner jest w dodatku cesarzem, wówczas działa bez wszelkiej litości. Określenie metod, których używał Piotr, jako "przymusowe", byłoby zbyt delikatne. Opodatkował wszystko i wszystkich, chcąc zmusić swoich poddanych do podbijania nowych obszarów. Przy Piotrze poddani korony rosyjskiej mieli dość ograniczone możliwości: pobór do wojska albo odprawa na budowę Sankt-Petersburga, przy czym trudno orzec, co bardziej groziło śmiercią. Dziesiątki tysięcy poginęły bezimiennie w błotach newskiej delty, której wyspy zyskały sobie sławę nie lepszą niż współczesny Gułag. Z tą tylko różnicą, że w wieku osiemnastym wiedziałeś, że budujesz, i miałeś szansę, że otrzymasz ostatnie namaszczenie i drewniany krzyż na mogile. Zapewne Piotr nie mógł w inny sposób wykonać swojego planu. (….) Powszechne podporządkowanie wszystkiego i wszystkich, o które starał się Jeździec Spiżowy, zrodziło rosyjski totalitaryzm, którego owoce smakują niektórym lepiej niż nasiona. Masy wymagały decyzji na skalę masową, a Piotr ze względu na swoje wykształcenie i ze względu na historię Rosji nie był zdolny do niczego innego. Traktował ludzi zupełnie tak samo, jak ziemię, na której wznosił swoją przyszłą stolicę. (…)To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. (str. 8-9)

Petersburg, zaplanowany, jako nowy Amsterdam, dziś nazywany jest Wenecją północy. To zapewne wszechobecność wody spowodowała, iż tak ważne miejsce w sercu poety zajęła potem Wenecja, tutaj powracał wielokrotnie, co znamienne wyłącznie zimą i tutaj spoczął (Znak wodny).

Dwadzieścia kilometrów biegu Newy w obrębie miasta, dzielącej się w samym jego środku na dwadzieścia pięć wielkich i małych odnóg, stwarza mu takie wodne lustro, że narcyzm staje się czymś nieuniknionym. Odbijając się co sekundę w tysiącach metrów kwadratowych płynnego srebrnego amalgamatu, miasto jak gdyby dosłownie jest stale fotografowane przez rzekę, a tak zdjęty metraż wpada do Zatoki Fińskiej, która w słoneczny dzień wygląda jak zbiornica tych oślepiających fotografii. Nic dziwnego, że niekiedy miasto sprawia wrażenie skrajnego egoisty, zajętego wyłącznie swoją własną powierzchownością. Z pewnością w takich miejscach bardziej zwraca się uwagę na fasady niż na wygląd sobie podobnych. Niewyczerpane, przyprawiające o zawrót głowy mnóstwo odbić tych pilastrów, kolumnad i portyków wskazuje naturę tego kamiennego narcyzmu, nasuwa myśl, że, przynajmniej w świecie nieożywionym, można traktować wodę jak skondensowany Czas.(str.12-13)
Kiedy Petersburg, jako kolebkę rewolucji przemianowano na Leningrad stał się on na szczęście pustą jej kolebką.

Wojna domowa szalała wokół niego i w całym kraju, straszliwe pęknięcie podzieliło naród na dwa wrogie obozy; ale tu nad brzegami Newy, po raz pierwszy od wieków, panował spokój, a trawa wyrastała ze szpar między płytami trotuarów i kamieniami bruku opustoszałych placów. Głód robił swoje, a razem z nim Czeka (dziewicza nazwa KGB), ale poza tym miasto zostało pozostawione samo sobie i swoim widziadłom. Jak długo kraj ze stolicą przywróconą w Moskwie staczał się ku przyrodzonemu sobie klaustro- i ksenofobicznemu stanowi, Petersburg nie mając gdzie się podziać, trwał nieruchomo w swoim kształcie miasta dziewiętnastowiecznego zupełnie jak gdyby pozował do fotografii. (str. 22)
Jedyną zmianą było wybudowanie na przemysłowych przedmieściach nowych budowli oraz polityka mieszkaniowa nakazująca do mieszkań ludzi bogatych dokwaterowywać biedotę. Znak wodny Brodskiego uznałam za najpiękniejszy obraz Wenecji, Przewodnik po przemianowanym mieście to portret miasta, który w sercach tych, którzy kiedykolwiek odwiedzili miasto wzbudzi nostalgię i chęć powrotu, zaś u tych, którzy nigdy tam nie byli zrodzi marzenie odbycia choćby krótkiego spaceru nad Newą.
Moje blogowe koleżanki pisząc (tutaj Imani i tu Kaye) o Dyptyku petersburskim oddały głos poecie ograniczając pisanie do zacytowanych fragmentów eseju. Myślę, że miały rację.

Nie potrafię napisać o swoich wrażeniach tak esencjonalnie i tak harmonijnie, zachowując proporcje w oddaniu odczuć zmysłowych i nie popadając w przesadę, jak czyni to Brodski pisząc o swoim mieście. Trudno wyobrazić sobie, jak na zaledwie dwudziestu paru stronach można napisać tyle o charakterze miasta, jego historii, klimacie, literaturze ("literatura rosyjska zrodziła się nad brzegami Newy" pisze Brodski), jak wyrazić tyle uczuć; tkliwości, miłości, ciepła, podziwu. I podobnie, jak w Znaku wodnym i tutaj zachwycam się prostotą i pięknem języka (ukłony w stronę tłumacza Pawła Hertza) oraz umiejętnością przekazania prozaicznej rzeczywistości w sposób poetycki i chwytający za serce.

W skład wydanego przez Zeszyty Literackiego Dyptyku petersburskiego wchodzi także esej W półtora pokoju. Jest to hołd złożony najbliższym; pełen uczucia obraz rodziców, których zmuszony był zostawić samych w półtorej pokoju, rodziców, którym nie mógł towarzyszyć w starości, chorobie, których nie dane mu było pożegnać. Próba ocalenia pamięci o przeszłości, gestów, spojrzeń, wypowiedzianych lata temu słów, zachowań, mimiki twarzy, zapamiętanych przedmiotów, zawsze wzrusza, a kiedy jest ona tak udana, jak w tym przypadku, mogę jedynie pochylić czoło przed umiejętnościami pisarza i wrażliwością człowieka.

Każde dziecko, choć w różnym stopniu, łaknie dorosłości i nie może doczekać się, kiedy w końcu opuści dom- to gniazdo, to więzienie. Wyrwać się! Ku prawdziwemu życiu! Ku szerokiemu światu. Ku samodzielności. To życzenie spełnia się w końcu. I przez jakiś czas istnieją tylko nowe horyzonty, absorbujące budowanie własnego gniazda, urządzanie własnej rzeczywistości. Potem pewnego dnia, gdy człowiek opanuje już nową rzeczywistość i osiągnie samodzielność, raptem przychodzi wiadomość, że stare gniazdo zniknęło, a ci którym zawdzięcza życie, umarli. Tego dnia czuje się jak skutek nagle pozbawiony przyczyny. Strata jest tak ogromna, że aż niezrozumiała. Umysł, spustoszony przez cios, doznaje skurczu, co jeszcze bardziej potęguje klęskę. Pojmujemy, że młodzieńczą pogonią za samodzielnością, ucieczką z gniazda, uczyniliśmy się bezbronnymi. Źle się stało, ale możemy obarczać winą naturalny porządek rzeczy. (str.51).

Kiedy czytam o rodzicach Josifa to wydaje mi się, że widzę ich na tej ograniczonej przestrzeni, tak bezbronnych w swym osamotnieniu,  pogodzonych z losem, którego nie mogą i nie chcą zmienić. 

Lubili operowe arie, tenory i gwiazdy filmowe czasów swojej młodości. Malarstwo nie interesowało ich zbytnio, mieli pojęcie o sztuce „klasycznej”, lubili rozwiązywać krzyżówki i byli zakłopotani i zaniepokojeni moimi próbami literackimi. Uważali, że postępuję niesłusznie, martwili się moją sytuacją, ale popierali mnie w miarę swoich możliwości, gdyż byłem ich dzieckiem. Później, gdy udało mi się tu i tam coś wydrukować, byli zadowoleni, a nawet dumni; ale wiem, że gdybym okazał się zwyczajnym grafomanem i próby moje zakończyły się niepowodzeniem, ich stosunek do mnie byłby taki sam. Kochali mnie bardziej niż siebie samego i prawdopodobnie w ogóle by nie zrozumieli mojego poczucia winy w stosunku do nich. Najważniejsze, że był chleb na stole, czysta odzież i dobre zdrowie. To były dla nich synonimy miłości, i lepsze były one niż moje. (str. 72-73)

                                                                              Źródło zdjęcia

Gdybym miała porównać Dyptyk ze Znakiem wodnym postawiłabym między nimi znak równości, oba są napisane pięknym językiem, pełne poezji, są wyrazem wrażliwości i umiejętności ich twórcy.

Moja ocena - oczywiście nie może być inna, jak 6/6.