Łączna liczba wyświetleń

sobota, 30 marca 2024

Coś na kształt życzeń


Gdy dokoła mam przyjaciół grono
A na stole chleb i wina dzban
Widzę pytań sens, które we mnie płoną
I na najtrudniejsze z nich odpowiedź znam.
Dusza moja w Panu się weseli
Sławię apostolskie służby me
A w jesieni lat pilnie w Ewangelii
Spiszę je, bym nie wszystek umarł, nie!
Ten fragment utworu z musicalu Jezus Christ Super Star towarzyszący scenie ostatniej wierzy Chrystusa z uczniami. 
Miałam w tym roku ogromną przyjemność ujrzenia na własne oczy dzieła Leonarda da Vinci w Refektarzu Bazyliki Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Mogłam je zobaczyć, chwilę przed nim posiedzieć i nawet porobić zdjęcia. Ich jakość, jest jaka jest, ale też fresk pamiętajmy jest mocno nadszarpnięty zębem czasu. Nie mniej wygląda na żywo lepiej, niż się spodziewałam, czy raczej obawiałam. Prace konserwatorskie czynią co mogą, aby zachować dla potomności dzieło. 
Ostatniej Wieczerzy chciałabym poświęcić osobny wpis. Dziś ma ona posłużyć mi za ilustrację świątecznych życzeń. Nie Chrystus na krzyżu, nie Zmartwychwstały, a jeszcze żywy, bardziej ludzki niż boski,  w otoczeniu apostołów. 

Zdrowych, pogodnych i pełnych życzliwości dla bliższych i dalszych Świąt i poświątecznych dni


poniedziałek, 25 marca 2024

Aosta stolica autonomicznego regionu Valle d`Aosta

Porta Praetoria

Kiedy po raz pierwszy trzydzieści lat temu pojechałam do Aosty wydała mi się mało ciekawym miejscem. Jakieś ruiny, brama wjazdowa, na katedrę nie zwróciłam większej uwagi. Brak wiedzy i brak zainteresowań spowodował, iż bardziej zajmował mnie ryneczek z lokalnymi produktami niż XV wieczne freski na fasadzie świątyni, czy kamienne pozostałości starożytnych budowli. Potem byłam przez lata kilkakrotnie w Aoście, zawsze traktowałam ją, jako miejsce w zastępstwie. Skoro nie mogę pojechać do Turynu (i oglądać całunu turyńskiego czy muzeum egipskiego), albo do Mediolanu (popatrzeć na katedrę) to niech już będzie Aosta. W końcu to jakaś atrakcja, przejażdżka samochodem drogą położoną wśród Alpejskich szczytów, jakaś kawa, obiad i zakupy.
Łuk Augusta
Po latach, kiedy zaczęłam interesować się architekturą, sztuką i historią nie mogłam się nadziwić temu, że będąc w takim miejscu nie umiałam docenić jego urody i bogactwa. Aosta jest nazywana Rzymem Alp. Wspominałam, już o tym, że za przesadę uważam  porównywanie jednych miast do innych i nazywanie ich mianem np. Wenecji północy (ileż to ja już tych imitacji Wenecji spotkałam, a przecież Wenecja jest jedna i niepowtarzalna, tak samo, jak jeden jest Rzym). Aosta jest od Rzymu młodsza, mniejsza i zabytków w niej nie tak wiele. Jej niewielka powierzchnia nieco ponad 21 km kwadratowych stanowi zaletę, bo dzięki temu nie jest ani tak oblężona przez turystów, ani tak rozległa. Ma ona ciekawą historię; jak większość miast i osad Italii, związaną z Rzymem i jego podbojami. Dziś mieszkają tam potomkowie cezarów zatem wszelkie ślady obecności rzymian są tu pielęgnowane i upamiętniane (rzymski most, rzymska brama, rzymski teatr, rzymska wieża, rzymska droga). Dawno wyginęli pierwsi mieszkańcy tych terenów, więc nikt nie będzie płakał nad tymi, których już nie ma, a którzy tu kiedyś żyli.  W V wieku przed naszą erą ziemie Europy północnej, dzisiejszej Francji, północnych Włoch i Belgii stanowiły krainę zwaną Galią, krainę tę zamieszkiwali Celtowie.
August Oktawian wita przybywających

W Dolinie (dziś zwanej doliną Aosty i posiadającą status autonomicznej krainy) osiedlili się Celtyccy Salassowie. Ich osady były rozproszone, nie było tu żadnych skupisk miejskich. Gdzie sobie jakaś grupka Salassów znalazła dogodne miejsce tam się osiedlała (koczowała). Położenie Doliny było strategiczne oraz ważne z punku widzenia gospodarki (zapewniało dostęp do Europy północnej). Rzymianie przez lata próbowali podbić Salassów, aby otworzyć sobie drogę na północ i zachód Europy. Sukcesywnie podboje przyniosły zwycięstwo dopiero w 25 r. p. n. e., kiedy zniecierpliwiony brakiem militarnych sukcesów Juliusz Cezar wysłał dużą ekspedycję wojskową. Dolina została podporządkowana Rzymowi i można było połączyć Rzym z Europą budując drogę Via delle Gallie (galijską). Nazwa Doliny pochodzi od nazwy osady, którą zaczęto tworzyć po zwycięstwie Rzymian. Zbudowana na wzór rzymskich obozów wojskowych osada nazwana została Augusta Praetoria Salassorum (dzisiejsza Aosta). Augusta ponieważ jej założycielem był August Oktawian adoptowany syn Juliusza Cezara. Osada posiadała główną drogę biegnącą przez centrum, otoczona była murami obronnymi, prowadziły do niej cztery bramy wjazdowe. 
Porta Praetoria
Dziś najbardziej znaną jest Porta Praetoria – główny wjazd do Augusty Preatoria Salassorum pochodzący z 25 r. p.n.e. Również z tego roku pochodzi Arco di Augusto Łuk Augusta postawiony z okazji zwycięstwa nad Salassami. To właśnie pomiędzy Porta Praetoria a Arco di Augusto biegnie główna ulica Aosty. O ile Łuk Augusta nie zrobił na mnie większego wrażenia (rozbestwiona innymi Łukami Tryumfalnymi, zwłaszcza w Rzymie, czy Paryżu), o tyle brama wjazdowa zachwyciła mnie solidnością i monumentalnością. Składa się z dwóch łuków, każdy posiada wjazd główny dla wozów i dwa mniejsze dla pieszych. Bramy były niegdyś zamykane furtami. W skład bramy wchodziły też dwie prostokątne wieże obronne. Prace wykopaliskowe z początku naszego wieku pozwoliły odsłonić oryginalną nawierzchnię z czasów budowy bramy znajdującą się około 2,5 metra poniżej obecnego poziomu drogi. W średniowieczu na szczycie jednego z łuków bramy (XII w.) wybudowano kaplicę, pod którą znajdował się piec do wypieku chleba, o czym dziś świadczą ciemne ślady na kamieniu. Brama zbudowana została z kamiennych bloków połączonych łupkiem wydobywanym z dna rzeki Dora Baltea (główna rzeka płynąca przez Dolinę Aosty - dopływ Padu). Najbardziej spodobało mi się owa podwójność bramy. Są to dwie bramy pomiędzy którymi znajduje się niewielka przestrzeń; miastu zapewniono podwójną obronę.
Cryptoporticus
Kiedy byłam w Aoście trzydzieści lat temu jedną z większych atrakcji były ruiny rzymskiego teatru na tle których robiłyśmy sobie zdjęcia. Niestety teraz ruiny są w trakcje prac renowacyjnych, więc nie udało mi się ich obejrzeć i skonfrontować z dawnymi wspomnieniami. Szkoda, bo te ruiny należą do najbardziej romantycznych widoczków miasta. Sam teatr pochodził także z 25 r. p.n.e. Po odrestaurowaniu w 2011 r. był wykorzystywany do pokazów muzycznych i spektakli teatralnych.
Cryptoporticus
Odkryłam natomiast inną starożytną pozostałość, mianowicie cryptoporticus - podziemną galerię. Kiedyś tego rodzaju galerie podziemne służyły, jako spichlerze. Ta jednak miała zapewnić wyrównanie terenu, który był w tym miejscu pochyły. Być może pełniła też funkcje polityczno-liturgiczne i była punktem łączącym sacrum (pobliskiej katedry) i profanum (miejsca handlu - rynku). Trudno jednoznacznie określić przeznaczenie Cryptoporticus, niemniej trzeba przyznać, że jest to ciekawa architektonicznie budowla. Już sama niejasność przeznaczenia sprawia, że wydaje się tajemnicza (może odbywały się tu spotkania członków sekretnego bractwa, może tu spiskowali przeciwnicy władzy, a może spotykali się kochankowie, wyobraźnia podpowiada różne rozwiązania). Dziś trzy korytarze przedzielone nawą z filarami stanowić mogą scenografię historycznego filmu. Korytarze liczą około 70-80 metrów długości i są oświetlone częściowo przez boczne okienka. I co ważne mało kto je odwiedza, więc można to miejsce mieć przez chwilę dla siebie. A my podróżnicy jesteśmy samolubni i nie lubimy się dzielić.
XV wieczne freski w atrium Katedry
Obok podziemnej galerii znajduje się Katedra. W miejscu uważanym za święte wzniesiono w IV w. wczesnochrześcijańską katedrę. Była potężną budowlą, która poprzez baptysterium połączona była z podziemną galerią. Jej przebudowę rozpoczęto w XI wieku zastępując wcześniejszą katedrę - Katedrą poświęconą Wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny i Św. Janowi Chrzcicielowi. Kolejna przebudowa miała miejsce w XV i XVI wieku. Obecna fasada w neoklacystycznym stylu pochodzi z II połowy XIX wieku. Czyli nic nadzwyczajnego, historia, jaka towarzyszy większości świątyń; wznoszenie nowych w miejsce starych, przebudowywanie, rozbudowywanie, nawarstwianie stylów. Tym, co nas dziś (a przynajmniej mnie) zawsze najbardziej interesuje jest poszukiwanie najstarszych elementów świątyń, czyli tego, co pozostało ze stylu romańskiego. W katedrze są to dwie wieże zegarowe, krypta i część fresków sufitowych. One ciekawią z powodu swej historii. 
Fresk na bocznej ścianie atrium
Ale wzrok przykuwają inne freski, te w atrium przed wejściem do świątyni. Przedstawiają sceny z życia Najświętszej Marii Panny. Są tak bajecznie kolorowe i przepięknie mienią się w słońcu, że trudno przejść obok nich obojętnie. Wnętrze katedry w porównaniu z owym atrium wydało się niepozorne. Może jest we mnie coś z dziecka, które wprawia w zachwyt wielobarwność. Te freski są niczym książeczki z ilustracjami, które czytywałam lata temu. Wówczas w owych czasach szarości i smutku ilustracje w książkach dla dzieci były taką namiastką magii, iluzją piękna. Zapewne i świątynne dekoracje miały spełniać podobną rolę, zachęcać do życia pobożnego i cnotliwego, które przedstawiano w pogodny sposób.
W kościele Św. Orso
Ciekawym miejscem jest również Kolegiata Św. Orso (Ursusa. Ursus dotychczas kojarzył mi się wyłącznie z sienkiewiczowskim bohaterem, a okazuje się, że był też święty tego imienia). Tu mamy do czynienia z dobrze zachowanym przykładem architektury romańskiej, zwłaszcza na krużganku z przepięknymi kapitelami (kapitele to najwyższe części filarów zwieńczone dekoracyjnymi ozdobami w kształcie roślinnym, zwierzęcym, czy jak tutaj scenkami z życia świętego i scenkami biblijnymi). Każdy z kapiteli (głowic) jest ozdobiony inną scenką. Były one wykonane z białego marmuru i pokryte ciemnym lakierem. Aż 37 z 52 głowic jest oryginalne. Krużganek powstał w XI wieku, a od wieku XII przez kolejne sześć stuleci służył Wspólnocie Augustynów. Obecnie część krużganku podlega restauracji, co nieco odbiera uroku całości, niemniej można zobaczyć większość z zachowanych filarów. W kościele Św. Orso, który także pochodzi z XI wieku zachowały się freski sufitowe (określane, jako przykład sztuki ottońskiej). W kościele znajduje się też pochodzący ze wcześniej znajdującej się w tym miejscu V-wiecznej  świątyni  fragment mozaiki podłogowej.
Krużganki i dziedziniec

Jeden z kapiteli jeszcze nieodrestaurowany
I choć do Aosty przyjeżdża się w poszukiwaniu śladów przeszłości; starożytności, stylu romańskiego, czy renesansu to moją uwagę przykuła też świątynia, której wnętrze jest barokowe. Wiem, co pomyślicie; złoto, nadmiar, przepych. Tyle, że kościół Św. Stefana jest nietypowy; że tak polecę cytatem z filmu Kler – złoty, a skromny. Bo złoto nie jest tu elementem dominującym. Dominuje barwa obrazów i ołtarzy. Albo przynajmniej jest tu równowaga pomiędzy złotymi zdobieniami a kolorami obrazów. W tym ciekawa delikatnie turkusowa barwa drewna na którym znajdują się obrazy ołtarzowe. Do tego świątynia na fasadzie ma odrestaurowane niedawno XV wieczne freski.
Ołtarz główny w kościele Św. Stefana w Aoście
To oczywiście tylko część ciekawych architektonicznie budowli w Aoście, część poznana podczas dwóch krótkich półtora godzinnych wizyt. Oczywiście architektura to nie wszystko. Uroku dodaje miastu jego położenie wśród alpejskich szczytów. Okazało się, że Aosta jest miasteczkiem, które ma całkiem sporo do zaoferowania zainteresowanym historią architektury odwiedzającym. Dla miłośników górskich widoków jest znajdująca się w pobliżu kolejka górska w Pile. Niestety tej atrakcji nie zdążyłam wypróbować.

Fasada kościoła Św. Stefana

A poniżej jeszcze parę zdjęć, które jakoś mi się wcześniej nie zmieściły.

Atrium katedry Aosta- detal


fresk boczny katedra Aosta

Widoczne w tle romańska wieża zegarowa katedry

Dziedziniec przed wejściem na krużganki Kompleksu Św. Orso


Mozaika z V wiecznej świątyni stojącej w miejscu dzisiejszej świątyni Św. Orso

Detal ze świątyni Św. Orso

Kapitel na krużgankach Kompleksu Św. Orso


Kolejny z kapiteli

Kaplica ołtarzowa w Kościele Św. Stefana

Ołtarzyk w kościele Św. Stefana

No i oczywiście najładniejsza widokówka z Aosty

Czy taki widok spod Porta Praetoria 

Albo takie relikty przeszłości spotykane na przydrożnych murkach


wtorek, 19 marca 2024

Zamki, twierdze i inne atrakcje w Dolinie Aosty

Aosta widok na góry
Podczas pobytu w Dolinie Aosty rodzina zadbała o to, aby mój pobyt tam jak najbardziej uatrakcyjnić. Gdyby nie ciotka Wanda, która była moim kierowcą i przewodnikiem nie zobaczyłabym nawet połowy miejsc, do których dotarłam dzięki jej pomocy.

W Dolinie Aosty jednym z najzamożniejszych i najważniejszych rodów był ród Challants. To z ich nazwiskiem związane są historie kilku znajdujących się w Dolinie zamków. Ród Challants to ród szlachecki pojawiający się na przełomie XI i XII wieku. W okresie średniowiecza i renesansu posiadali dużą władzę i rządzili większością terenów Doliny w im. rodziny Savoy (Sabaudowie to jedna z najstarszych dynastii w Europie rządząca od X wieku. Wiktor Emanuel Savoy syn ostatniego króla Włoch; z jednej z gałęzi dynastii sabaudzkiej, zmarł w wieku 86 lat w na krótko przed moim przylotem do Włoch, a bogato celebrowane uroczystości pogrzebowe miałam okazję oglądać we włoskiej telewizji). Rodzina Challants nosiła tytuły władców Cly, Ussel, Fenis, Varey, Verres i Graines, baronów Chatillon, wicehrabiów Aosty i lordów Aymavilles i hrabiów Challant. Z władzą wiąże się jej godna oprawa w postaci siedziby. Wówczas były to zamki.
Aymavilles - droga na zamek
Dziś jednym z najbardziej okazałych zamków będących kiedyś w posiadaniu rodziny jest zamek w Aymavilles. Niech was jednak nie zmyli jego wygląd. W ciągu wieków był czterokrotnie przebudowywany. Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z 1207 r. Był wówczas dość skromnym, czworobocznym budynkiem o funkcji obronnej. Więcej informacji na temat budowli zachowało się od czasów, kiedy przejęła go w XIV wieku rodzina Challants. Cztery narożne wieże, które nadają budowli charakteru bardziej dekoracyjnego a jednocześnie lekkości powstały w wieku XV. Wówczas też powstał podwójny mur oraz dobudowano czwartą kondygnację. 
Zamek w Aymavilles
Kolejne duże zmiany miały miejsce w wieku XVIII, kiedy między wieżami dobudowano ozdobne loggie, a wnętrza zostały przekształcone dla większej wygody jego mieszkańców. Zamek z budowli obronnej, ufortyfikowanej stał się rezydencją reprezentacyjną, otoczoną zielenią. Kolejne zmiany miały miejsce na przełomie XIX i XX wieku, kiedy zamek po raz kolejny przebudowano z przeznaczeniem na utworzenie tu muzeum. W 1970 roku stał się on własnością Regionu Valle d` Aosta i po kolejnej przebudowie, a raczej restauracji i wyposażeniu go w zbiory Akademii Świętego Anzelma od 2000 r. został udostępniany do zwiedzania.
Makiety pokazujące historię przebudowy zamku

Ostatnia kondygnacja z fragmentami XV wiecznego sklepienia, murów i posadzki (w części pod oknami)
Trasa zwiedzania prowadzi od pomieszczeń znajdujących się na parterze (tam można zobaczyć drzewo genealogiczne rodu). Ja jednak proponowałabym zacząć zwiedzanie od ostatniej kondygnacji (na którą można wjechać windą, co mnie bardzo ucieszyło, bo szalenie nie lubię wspinania pod górkę). Znajdują się tam makiety przedstawiające wygląd zamku po kolejnych przebudowach, wyświetlany jest film pokazujący kolejne zmiany wyglądu oraz film dokumentujący zakres prac renowacyjnych. Dopiero wówczas można zrozumieć choć po części jego historię i zachodzące tu zmiany. Dodatkowo na ostatniej kondygnacji znajdują się fragmenty murów, sufitu i posadzek pochodzące z XV wieku.
Jedne z pierwszych monet jeszcze mało przypominające pieniądze, raczej kawałek kruszcu 
Dzięki zbiorom z Akademii Św. Anzelma można tu obejrzeć artefakty z czasów, kiedy zamek był zamieszkany: meble, obrazy, posągi, rzeźby, przedmioty użytku codziennego. Mnie szczególnie zainteresowała kolekcja numizmatyczna, co jest o tyle zastanawiające, że nigdy wcześniej tego rodzaju relikty przeszłości mnie nie pasjonowały. Aż tu nagle zaczęłam wyszukiwać monet upamiętniających znanych mi cesarzy rzymskich. Może to zasługa kameralności kolekcji  (jedna salka) która nie przytłaczała ogromem zbiorów (jak np. Muzeum Czapskich, które zgromadziło dzięki pasji Emeryka Czapskiego tysiące, jeśli nie miliony monet z różnych okresów dziejów).
Dobrze, że dziś zakochani na mostach nie wieszają takich kłódeczek
Będąc w Aymaville podjechałyśmy obejrzeć znajdujący się w pobliżu most - akwedukt z czasów rzymskich. Pont d`Aël pełnił dwie funkcje; transportu wody oraz transportu ludzi i zwierząt. Umieszczony na wysokości 56 metrów pozwala podziwiać  przepiękne widoki (znajdujący się pod nim wąwóz i płynący tam strumyk). Nie miałam okazji wejść do wnętrza akweduktu, aby przez oszkloną posadzkę spojrzeć w „przepaść”, bowiem poza sezonem most nie jest udostępniony do zwiedzania, ale już sam rzut oka z góry w czeluść pod nim powodował drżenie nóg. Most jest wiekowy, bo pochodzi sprzed naszej ery (3 rok p.n.e.), a wybudowany został przez prywatnego przedsiębiorcę wydobywającego marmur z lokalnych kopalni potrzebny do budowy między innymi nowo powstającej rzymskiej kolonii Augusta Praetoria – czyli Aosty.
Pont d`Ael

Na zdjęciu nie widać głębokości wąwozu pod mostem, a wierzcie iż była naprawdę duża

Kolejnym ciekawym zamkiem, wyglądającym jak zamek z bajki jest zamek w Fenis. Podobnie, jak zamek w Aymavilles i on należał do rodziny Challants. Pochodzi z XIII wieku. Ponieważ znajduje się na łagodnym wzgórzu, a dostęp do niego w przeciwieństwie do większości zamków położonych na szczytach, czy zboczach gór nie jest utrudniony posiada on inne elementy budowli, które miały za zadanie bronić jego mieszkańców przed niepożądanymi gośćmi. Przede wszystkim są to podwójne mury otaczające zamek i liczne wieże obserwacyjne. W murach znajdują się maleńkie szczeliny-okienka umożliwiające obserwację i ostrzał, a same mury są blankowane.
Zamek w Fenis
Czas największego rozkwitu zamku przypada na okres, kiedy jego właścicielem był Bonifacio I Challant. Pełnił on ważne polityczne i wojskowe stanowiska na dworze sabaudzkim. To jemu zawdzięczamy bogate zdobienia zamku i dziedzińca w kolorowe freski, których wykonanie zlecił znanemu wówczas malarzowi  Giacomo Jaquerio. W XVIII wieku ostatni właściciel zmuszony był oddać zamek za długi ojca. Od tej pory (1716 r.) zamek popadał w ruinę. Pod koniec XIX wieku dzięki inicjatywie miłośnika średniowiecza, architekta Alfredo d` Andrade zamek został odkupiony, odrestaurowany i na początku XX wieku oddany na własność państwa.
freski na dziedzińcu i na piętrze Zamku w Fenis
We wnętrzu znajduje się dziś niewiele mebli; parę kufrów i skrzyń, w których przechowywano ubrania i domowe sprzęty, a także łoże z baldachimem. Jest tam kominek wielkości ogromnej sali i wysoki na dwa piętra, jego górne przestrzenie wykorzystywano, jako wędzarnię. Było to ponoć największe wówczas w Europie palenisko. Rozpalane pozwalało gościom rezydującym piętro wyżej spać w cieple.
Filozofowie i myśliciele

freski w kaplicy

freski na dziedzińcu ze św. Jerzym ratującym księżniczkę
Najpiękniejsze i najbardziej reprezentacyjne są jednak freski ścienne. W pamięci pozostaje będący wizytówką zamku fresk umieszczony nad paradnymi schodami dziedzińca przedstawiający Św. Jerzego ze smokiem broniącego księżniczki. To częsty temat włoskich fresków. Od razu na myśl przychodzi mi fresk znajdujący się w kościele św. Anastazji w Weronie, dla obejrzenia którego trzeba mocno zadrzeć do góry głowę.

Jedna z licznych wież obserwacyjnych
Po przeciwnej stronie znajduje się fresk przedstawiający św. Krzysztofa. Nie mniej dekoracyjne są freski znajdujące się pierwszym piętrze prezentujące mędrców i filozofów oraz te w zamkowej kaplicy, przedstawiające świętych.
Fort di Bard
Inną ciekawą budowlą jest twierdza Bard (ford d Bard) – ufortyfikowany kompleks budowli powstały w XIX wieku na zlecenie Domu Sabaudzkiego położony na skałach nad wąwozem i nad rzeczką Dora Baltea. Nazwa fortu pochodzi od nazwiska pierwszych właścicieli znajdującej się tu twierdzy (rodziny Bard). W maju 1800 r. armia austro-piemonckich żołnierzy zatrzymała tu sto razy liczniejszą armię Francuzów rujnując plany Napoleona ataku na Dolinę i Turyn. Nakazał on zrównać fort z ziemią. Na polecenie Karola Alberta z Sabaudii w 1830 r. w obawie przed kolejnymi atakami ze strony Francuzów fort został odbudowany przez włoskiego inżyniera i wojskowego Francesco Antonio Olivero. Pełnił on swe funkcje militarno-obronne do końca XIX wieku. W 1975 r.  przeszedł na własność autonomicznego Regionu Doliny Aosty, a w latach osiemdziesiątych otworzył się jako atrakcja turystyczna. Po pracach konserwatorskich został ponownie otwarty w 2006 r, jako muzeum Alp. Dziś często wykorzystywany jest przy kręconych tu filmach (stanowi piękną scenografię). Twierdza wykorzystywana jest również, podobnie, jak część zamków znajdujących się w Dolinie Aosty, jako miejsce wystaw, imprez kulturalnych, czy zajęć dydaktycznych dla dzieci i młodzieży.
Portret damy Klimta wersja ostateczna

Portret damy wersja pierwotna

Na górne kondygnacje można podejść obchodząc twierdzę na piechotę lub podjechać trzema kompleksami przeszklonych zewnętrznych wind.
Z twierdzy i wjeżdżających na górę wind rozciąga się wspaniały widok na znajdujące się w dole miasteczko, dolinę, rzekę.
Widok na rzekę spod twierdzy
Podczas wizyty w forcie miałyśmy okazję obejrzeć wystawę historia jednego obrazu, której bohaterem był obraz Klimta Portret damy. Można było obejrzeć, w jaki sposób obraz uległ przemalowaniu - z portretu kobiety w ciemnej sukni i czarnym kapeluszu, z boa na szyi w portret kobiety w jasnej sukience bez nakrycia głowy i z gołą szyją. Po niedawnych odwiedzinach w muzeach wiedeńskich było to ciekawe dopełnienie wiedzy na temat Gustawa Klimta.
W Muzeum Alp najbardziej zainteresowały mnie minerały
Dolinę Aosty odwiedzałam pod koniec karnawału i na początku postu. Kiedy wybrałyśmy się do Pont Saint Martin malutkiej mieścinki znanej ze starego rzymskiego mostu nie przypuszczałam, że trafimy w sam środek zabawy urządzanej na koniec karnawału. W miasteczku odbywały się wyścigi rydwanów. Na niedługim odcinku około stu metrowej uliczki ścigały się dwie drużyny składające z kilku osób ciągnących rydwan z pasażerem, który musiał mocno się trzymać za obręcz pojazdu bowiem rydwan pozbawiony był tylnej ścianki. Wzdłuż uliczki, na starcie i mecie znajdowali się chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka dopingujący swoje drużyny. Wszyscy poprzebierani byli w różnokolorowe stroje reprezentujące różne insule (domy). 
Most Diabła w przeddzień końca karnawału w Pont Saint Martin

Równouprawnienie- rydwany ciągną też panie

Choć to chyba obraz bliższy temu rzeczywistemu
Przy mecie wyścigu trudno było przejść
Ulice udekorowane były proporcami domostw. Meta zaś znajdowała się przy kamiennym, rzymskim moście, zwanym Mostem Diabła. Skąd się wzięła nazwa Mostu Diabła? Ponoć mieszkający tu w okresie średniowiecza ludzie nie chcieli uwierzyć, iż most pochodzi z epoki rzymskiej uknuli zatem legendę, że jest on dziełem diabła.  A było to tak, otóż pewien biskup o imieniu Marcin podróżując do Rzymu zatrzymał się w małej alpejskiej wiosce nad górskim potokiem Lys. Kiedy nocą wody potoku wezbrały i zniszczyły jedyną drewnianą kładkę biskup musiał zatrzymać się na dłużej w oczekiwaniu na wybudowanie nowej kładki. Ponieważ mieszkańcy nie mogli dojść do porozumienia, nie chcąc drewnianej kładki, a obawiając się kosztu budowy kamiennego mostu, biskup postanowił im pomóc prosząc jedynie, aby byli zawsze gościnni dla przyjezdnych, a sam wdał się w pertraktacje z diabłem, który zobowiązał się most wybudować szybko i tanio w zamian za duszę pierwszej istoty, jaka po moście przejdzie. Most powstał w jedną noc, ale nikt nie chciał nań postawić nogi dowiedziawszy się o warunku diabła. Dlatego biskup puścił na most psa. Wściekły diabeł chciał zniszczyć most, ale biskup postawił tam krzyż, więc diabeł zniknął na dobre. Od 1900 r. co roku na koniec karnawału z mostu zwisa kukła diabła, która wieczorem przy blasku sztucznych ogni jest palona. Nie jestem zwolennikiem ludycznych zabaw, ale doceniam taki sposób integracji mieszkańców, wymaga to wysiłku; przygotowania strojów i pojazdów. A zabawa pozwala na wspólne spędzenie czasu. Odświętny nastrój udzielił się i nam, co uczciłyśmy wstępując do baru na kawę i dolci.
Most Diabła z innej strony
Na zakończenie wspomnę jeszcze o zamku Ussel, który poznałam trzydzieści lat temu podczas pierwszego pobytu u mojej polsko-włoskiej rodziny (na ślubie i weselu ciotki Wandy). Pod zamkiem Ussel znajdowała się tratoria (czyli knajpa), którą prowadził mój wujek. Samo wesele wujostwa odbywało się więc nieomal pod zamkiem na świeżym powietrzu. Tam też pod ruiny udawałyśmy się z siostrą odwiedzając wujostwo w ich miejscu pracy. Byłam też na jednej z wystaw fotografii na zamku (lata temu). Dziś nie jest on udostępniony do zwiedzania, można podziwiać jedynie jego mury.  Zamek pochodzi z połowy XIV wieku i należał, a jakże by inaczej do kolejnego z przedstawicieli rodu Challants. Został wybudowany na planie prostokąta (ostatnia forma średniowiecznego zamku). Wykorzystywano go głównie jako więzienie. Zamek pod koniec XX wieku wykupił przedsiębiorca Marcel Bich (ten od jednorazowych długopisów. Młodsi czytelnicy nie będą go znali) i podarował go administracji regionu Doliny Aosta. Zamek wystąpił we włoskim serialu o Przygodach barona Münchausena.

Zamek w Ussel -zdjęcie sprzed 30 lat

Kolejne zdjęcie z Ussel. Niestety na pozostałych zdjęciach jest rodzina, a nie mam pozwolenia na publikację ich zdjęć, co rozumiem, bo sama też się na to nie zgadzam
Oczywiście o Dolinie Aosty nie można napisać pomijając jej klejnot w koronie, czyli samą Aostę, ale jej należy się odrębny wpis.
Nieco dłuższa przerwa w pisaniu spowodowana była kolejnym wyjazdem, a nawet dwoma.