Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowska Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowska Maria. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 maja 2024

Kowalska ta od Dąbrowskiej Sylwia Chwedorczuk

Anna
Anna Kowalska była niezłą pisarką, autorką dziennika, animatorką życia kulturalno-społecznego, świetnie znała języki obce, była kobietą o postępowych poglądach, żoną i matką. A mimo to w pamięci potomnych pozostała głównie, jako partnerka Marii Dąbrowskiej. I chociaż tytuł biografii napisanej przez Sylwię Chwedorczuk nawiązuje do relacji obu pisarek autorka przywraca Annie należne miejsce w historii literatury.
Od dzieciństwa była Anna (masywna postać nie pozwala nazwać jej Anią) indywidualistką. Wychodząc za mąż sprecyzowała swoje oczekiwania; nie chciała być kurą domową, gosposią, kucharką, panią od robienia zakupów i sprzątania, chciała poznawać świat i ludzi, opisywać swe spostrzeżenia, chciała się rozwijać twórczo. 
W tamtych czasach była to odważna deklaracja, zwłaszcza wobec starszego o dziesięć lat małżonka, Jerzego Kowalskiego, profesora Uniwersytetu Lwowskiego. Na szczęście mąż rozumiał i podzielał poglądy żony. Początek związku przedstawiał się niczym sielanka; podobne doświadczenia samotnego dojrzewania, wspólne podróże i plany. Pierwszy wspólny dom zapełnia się gośćmi. Kowalscy prowadzą bujne życie towarzyskie. Maria Kuncewiczowa po latach wspomina w liście owo profesorsko – burżujskie mieszkanie, które … miało dionizyjską atmosferę. ... Pamiętam, jak patrzyłam z mego łóżka-tapczanu przez szeroko otwarte drzwi na Was dwoje przy śniadaniu i myślałam sobie; mam gorączkę i wydaje mi się, że to widzę, że przecież czytam rozdział powieści; ale po jakiemu? Po grecku? Po francusku Nie mam pojęcia, ale jeżeli to są żywi ludzie, to ich życie jest nietutejsze, helleńsko - Anatolo-France`owskie. To samo jest w Pani książkach. To jest życie poprawione, widziane przez olbrzymi obszar wiedzy i przez temperament słoneczny. (str. 78). Anna jednak coraz częściej czuła się niespełniona. Podczas licznych podróży służbowych Jerzego wpadała w wir zajęć domowych i nie mogła znaleźć sposobu realizacji ambicji pisarskich. Doskwierał jej brak możliwości zarobkowania, nie podobała się rola kobiety zależnej od męża. Nie spełniała się też w miłości, którą Jerzy traktował, jako połączenie aktu fizycznego z przyjaźnią. Anna zarzucała mu, że jego jedyną miłością jest praca. 
Pierwsze próby literackie
Liczne podróże stają się przyczynkiem do napisania wspólnej powieści. Pierwsze napisane przez małżonków książki nie zostają przyjęte entuzjastycznie. Sporadycznie zdarzają się jednak przyjazne recenzje. Maria Czapska o drugiej z książek spółki małżeńskiej Mijają nas pisze, że porusza ważne tematy i ukazuje niełatwy los zmagającego się z przeciwnościami człowieka (podkreśla ton dowcipnego sceptycyzmu i łagodnej ironii – str. 94).
Pisanie jest jedynym sposobem na życie dla Anny. Nie załamują ją niepochlebne krytyki, bo wie, że to jedyna możliwość realizacji swego losu poza zwykłymi koleinami pozostawania w sferze przeciętności (str. 100).
Paradoksalnie to wojna sprawia, iż Anna lepiej przystosowuje się do rzeczywistości niż Jerzy, bowiem zmuszona jest zarabiać i zyskuje dzięki temu pewną niezależność. A jednocześnie coraz bardziej oddala się od męża, który jest samotnikiem i dobrze się czuje sam ze sobą.
Anna i Maria
Sporą część biografii stanowi wzajemna relacja Anny i Marii. Nie była to łatwa relacja. Pomijając fakt, iż obie miały partnerów (jedna towarzysza życia Stanisława Stempowskiego, druga męża, a także  dziecko), obie były zaborcze, miały trudne charaktery, literackie ambicje i bywały dla siebie okrutne. Odniosłam wrażenie, że Maria była bardziej zaborcza w tej relacji. Nie spodobała mi się jej samolubność (sugerowanie partnerce porzucenia męża, kiedy sama opiekowała się Stempowskim, a także wpędzanie w poczucie winy z powodu zajścia w ciążę przez Annę). Nie podobały mi się również docinki Marii sugerujące brak talentu Anny, był to cios poniżej pasa dla niewierzącej w swój literacki sukces partnerki. Gdyby jednak nie było między nimi uczucia związek nie przetrwałby tyle lat. Od listopada 1945 r. do stycznia 1948 r. (czyli w przeciągu 2 lat i trzech miesięcy) wymieniły ze sobą ponad trzy tysiące stron listów. Odpychały się i przyciągały jednocześnie. Panie zamieszkały razem dopiero w 1954 r. i mieszkały wspólnie kilka lat. I to, co mogłoby się wydawać wspólnym dążeniem okazało się udręką. I to nie tylko z powodu obecności Tuli, która irytowała Marię, ale z powodu różnicy charakterów i oczekiwań (Anna potrzebowała ciszy i skupienia, Maria towarzystwa i gwaru). 
Wrocław
Biografia przybliża postać Anny, ale też przybliża środowisko, w jakim obracali się Kowalscy; najpierw Lwów, potem Warszawę, powojenny Wrocław (w którym Anna mieszkała do 1954 r.) i znowu Warszawę. Ciekawy wydał mi się opis Wrocławia (może dlatego, iż o Lwowie czy Warszawie czytałam już wcześniej sporo, a z Wrocławiem spotkałam się po raz pierwszy). 
Wrocław w momencie zakończenia wojny jest zrujnowanym miastem, w którym wciąż mieszkają Niemcy i stacjonują Oddziały Armii Czerwonej. Gdy w sierpniu 1945 r. na konferencji poczdamskiej zapada decyzja o przekazaniu Polsce Śląska, do Wrocławia zaczyna napływać ludność z Polski Centralnej, Wielkopolski oraz wysiedleńcy z kresów Wschodnich, wśród których przeważają mieszkańcy Lwowa oraz Wileńszczyzny. W bliskim sąsiedztwie mają odtąd żyć nieznające się wcześniej grupy, kultywujące różne zwyczaje, wywodzące się z rożnych środowisk i sfer społecznych. Jedną z nich są profesorowie i asystenci akademiccy, którzy biorą na siebie ciężar utworzenia w mieście politechniki i uniwersytetu. (str.192). Rektor połączonych uczelni powierza Kowalskiemu stanowisko dziekana, organizację Wydziału Humanistycznego i kierowanie zakładem Filologii Klasycznej.
Pejzaż miasta, w którym ma się odrodzić życie naukowe nie napawa optymizmem. Część Wrocławia jest całkowicie zburzona, przybyłych przerażają spalone domy, oczy drażnią niemieckie napisy, wszechobecne śmieci, porzucony sprzęt wojskowy, rozbite witryny sklepowe. Jeszcze w połowie stycznia 1945 r. miasto było nietknięte wojną, ale gdy Armia Czerwona podeszła do jego granic, Niemcy uczynili z Breslau, który i tak spodziewali się utracić,, broniącą się twierdzę. W beznadziejnej walce w gruzach legły całe dzielnice, w tym budynki, w których mieściły się ważne miejskie instytucje, ponieważ obrońcy nie zważając na zabytki i cenne budowle, organizowali w nich punkty dowodzenia, rozmieszczali stanowiska artyleryjskie i obserwacyjne, organizowali składy amunicji- stawały się więc one celem ataku nacierających wojsk sowieckich. Żołnierze niemieccy sami także wyburzyli część kamienic w centrum miasta po to, by utworzyć na powstałym w ten sposób placu lotnisko. Zaciekłe walki o miasto doprowadziły do tego, że Wrocław w chwili zakończenia wojny był jednym z najbardziej zniszczonych miast Europy. (str. 193).
Pisarka
We Wrocławiu powstają pierwsze docenione przez krytyków samodzielne twory literackie. Anna realizuje się krótkiej formie, pisze głównie opowiadania. Zawierają one sporo wątków autobiograficznych. Styl Kowalskiej jest prosty, oszczędny, a jednocześnie pełen treści, jak piszą krytycy. Opowiadania greckie życzliwie przyjmują Hanna Mortkowicz - Olczakowa i Jarosław Iwaszkiewicz. Olczakowa pisze - Zdumiewający jest fakt, że taka właśnie proza, z całą świeżą i gwałtowną siłą ekspresji, z treścią swą ludzką i dramatyczną, gorzką i rewolucyjną prawdą o człowieku potrafiła się jeszcze pojawić wśród uproszczeń i szablonów wspomaganych dziś przez opinię oficjalną (str. 246). Iwaszkiewicz - Przeczytałem ją natychmiast od deski do deski i tylko żałowałem, że taka krótka. Szereg zwartych dramatów, z których każdy dałby się rozwinąć na cały tom. I to nadzwyczajne wyczucie południa, ten dokładny obraz kraju narysowany szczegółami, które tworzą z opowiadań Pani małe arcydzieła. (str. 246-247). Entuzjastycznie wypowiadają się Julian Przyboś i Andrzej Kijowski.
Dziś w bibliotece wojewódzkiej w Gdańsku nie ma ani jednego egzemplarza Opowiadań greckich, a z całej twórczości Anny Kowalskiej wypożyczyć można jedynie Dzienniki. Jest też parę artykułów na temat Safony autorstwa Kowalskiej, samej Safony brak.
Maria Dąbrowska za najlepszą książkę Anny uważa Na rogatce (wspomnieniową książkę o matce). Jerzy Stempowski uważa ją za arcydzieło.

Książka Sylwii Chwedorczuk to jedna z lepszych przeczytanych przeze mnie ostatnio biografii o interesującej, zapomnianej pisarce. To wnikliwe studium postaci niezwykle obiektywne spojrzenie na kobietę, człowieka, literata, pisane z sympatią ale bez stawiania na piedestale. 
Cytaty pochodzą z książki Kowalska ta od Dąbrowskiej wydanej przez Marginesy w 2020 r.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

środa, 11 listopada 2020

W tym wszystkim wstaje Polska i nikt nie widzi, jak jest piękna...

11 listopada 1918 roku (z dziennika Marii Dąbrowskiej)

W nocy była strzelanina. Rano od wczesnej godziny rozbrajanie oficerów niemieckich na wszystkich rogach ulic. Ale rozbraja nie tylko milicja, lecz i tłum, masa broni dostaje się na pewno esdekom*, a nawet po prostu opryszkom. Przez cały dzień odbieranie od Niemców majątku wojskowego i przejmowanie władz cywilnych. Przez cały dzień na ulicach tłumy. Ruch tramwajowy normalny. Wszędzie samochody z naszymi żołnierzami. Piłsudski rozczarował mnie. Witany przez tłum, powiedział  z balkonu, że jest chory na gardło. Cóż to w takiej chwili, w takiej chwili może kogo obchodzić. (A teraz mi się to właśnie podoba. Dopisek z maja 1943 r.)

W wielu względach czuję się bardziej ancien  régime niż należąca do tego nadchodzącego świata**. Mimo wszystko tak jak w Rosji jak w Niemczech zwycięża teraz nie ideał ludowy, ale materializm pod wszelkimi postaciami ducha. Narody wczorajszego pokroju wolałyby zginąć niż przyjąć tak upadlające warunki, jakie koalicja narzuciła Niemcom, ale lud dążący do „nowego życia”, płaszczy się z pokorą i przyjmuje. Więcej we mnie zrozumienia dla tych marynarzy z Kolonii***, którzy postanowili rozejmu nie przyjąć i całemu światu rzucić rękawicę, idąc na beznadziejną bitwę na morzu, niż dla tych, którzy są awangardą rewolucji. Ha, z tego jednak wyjdzie idea i czysta piękność, ale w danej chwili będzie chodziło przede wszystkim o brzuchy. Komendantem Warszawy został mianowany Minkiewicz ****(…). To zdaje się dobrze. Jest już w Warszawie niemiecka rada żołnierzy, która porozumiewa się z Piłsudskim. Wielu żołnierzy niemieckich chodzi z czerwonymi  znakami, inni, Polacy pewnie, z biało-amarantowymi kokardami u czapek. W tym wszystkim wstaje Polska. I nikt nie widzi, jak jest piękna. Nikt nie spostrzega w tym zgiełku.

*esdecja socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy działająca na przełomie XIX i XX wieku marksistowska partia polityczna

** Dąbrowska miała wówczas 29 lat, więc nieco niezrozumiałe wydaje się ta duchowa przynależność do starego porządku,

*** Dąbrowska chyba myli Kolonię z Kilonię, gdzie 3 listopada 1918 r. wybuchł bunt marynarzy

****Generał Henryk Minkiewicz w latach 1918-1920 walczył na froncie wschodnim z Ukraińcami i Armią Czerwoną, po napaści Rosji na Polskę w 1939 r. został osadzony w obozie w Kozielsku, zginął prawdopodobnie w Katyniu.

 

środa, 29 lipca 2015

Dzienniki Dąbrowskiej - tom piąty

Skończyłam czytać Dzienniki. Trochę mi się ich lektura rozciągnęła w czasie, ale może to i dobrze, tyle tu ciekawostek, tyle rzeczy, które chciałoby się wynotować, zapamiętać. Tyle refleksji, które są mi szczególnie bliskie, jak ta poniższa w ostatnich dniach:

Obserwuję u siebie ohydną skłonność do siedzenia godzinami na krześle albo tapczanie bez ruchu w jakiejś bezmyślnej czarnej rozpaczy. Przedzieram się przez powracające stany prostracji, wydzieram z ciemności po omacku - to co chcę jeszcze powiedzieć, wyrazić, zostawić. 2.11.1958 r. 
I tyle nazwisk znajomych z różnych dziedzin życia. 
Ciekawa refleksja na temat dostojników świata katolickiego (przywodząca na myśl skojarzenia z Papieżem Franciszkiem) …Ciemne masy katolickie (w każdym razie w Polsce) i świeckie, i duchowne (księża) w ogromnej części nie są w stanie zrozumieć dwu papieży nowatorów, a nawet ich nienawidzą. [Jan XXIII i Paweł VI]. Czy Watykan zdoła wygrać walkę „o nowe” z własną swoją owczarnią? Co gorsza nasz Wyszyński, tak gorąco przyjmowany przez wielkiego Jana, jest podobno „le dur”[twardy] i sprzeciwia się wszelkim próbom Konkordatu, który jest jednak koniecznością w dziele tej ewolucji Kościoła. Podobno watykańskim kandydatem na Prymasa Polski jest nowy arcybiskup Wojtyła, człowiek nowego ducha. Ale prymasostwo jest dożywotnie ...Tylko, jeśli prawdą jest to co mówią o Wojtyle- dzisiejszy Kraków może być nosicielem nowego… 3.02.1964 r.
Po co je notuję, czy będę do nich kiedyś wracać, czy zdążę je przejrzeć po raz kolejny? A jednak fakt, że jeszcze to robię daje być może złudne poczucie sensu lektury. Kiedy pamięć coraz bardziej szwankuje takie wypisywanie pozwala utrwalić to, co w danej chwili jest mi bliskie/ważne. 
Tom piąty obejmuje lata 1958 – 1965. Ostatnie lata życia; pełne goryczy spowodowanej niemocą twórczą, zmęczeniem, chorobami, oczekiwaniem kresu. Pisanie ostatniej (niedokończonej) powieści Przygody człowieka myślącego to dla Dąbrowskiej męka. Czasami odnoszę wrażenie, iż robi wszystko inne, aby nie pisać kolejnych rozdziałów. 
Ale są to też lata niepozbawione radości dnia codziennego; spotkania z ludźmi, pisanie artykułów, lektury, wizyty w teatrze, na koncertach i najnowsze odkrycie - dziesiąta muza. Krytyczne uwagi na temat telewizji z wcześniejszych tomów zastąpił zachwyt nad filmem. Wielbiciele tej dziedziny sztuki mogą tu znaleźć uwagi na temat kultowych (i nie tylko) filmów z końca lat pięćdziesiątych i początków sześćdziesiątych (jak choćby Ostatni dzień lata, Popiół i diament, Dolce vita, Stracone złudzenia Grahama Greene`a, Awantura o Basię). Ponownie sporo miejsca zajmują opinie na temat przeczytanych lektur, czy obejrzanych spektakli, którym należałoby poświęcić odrębny wpis (wpisy).
I wciąż pojawia się refleksja dotycząca pisania Dzienników; strata czasu - czy dokumentowanie zdarzeń? 
…. Z powodu wydania fragmentów Dziennika Virginii Woolf jest parę cierpkich uwag o „dziennikach” pisarzy. Że są rzeczą zbędną i nawet niebezpieczną, stwarzają m.in. surogat twórczości, odciągający od twórczości prawdziwej. To mnie od razu zdetonowało i wprawiło w rozpacz, zniechęciło do kontynuowania „Dziennika”. W samej rzeczy, po cóż ja to robię? Sama się nudzę czytając…. 15.07.1958 r. 
A ja nie. Ja się nie nudziłam, choć przyznaję, że było parę fragmentów mniej zajmujących, zwłaszcza te, które dotyczyły fachowych rozważań nad literaturą czy osób, których nazwiska były mi zupełnie obce. A jednak to właśnie w piątym tomie występuje najwięcej bliskich mi postaci, bo one albo żyją nadal, albo żyją wciąż w mojej pamięci. Schyłek życia Dąbrowskiej zazębia się z początkiem mojego, dlatego z ciekawością czytałam o tym, co poprzedzało dzień mojego przyjścia na świat. W dniu tym Dąbrowska napisała „Tragedią starości nie jest starzenie się, ale to, że czujemy się młodzi”. Dziś nie potrafię się z tym zgodzić. Największą obawą przejmuje mnie to, iż mogłabym stracić radość istnienia i chcę się czuć młodo, choć może inaczej pojmujemy czucie się młodym.
Coraz mniej jest tu polityki, coraz więcej refleksji na temat życia i sztuki. Choć oczywiście nie sposób uniknąć polityki zupełnie, zwłaszcza tej, która zapisuje karty historii.
Od tygodnia konflikt Rosja-USA zaostrzył się tak, że właściwie wojna światowa, a właściwie globowa- bo to idzie o istnienie globu ziemskiego- wisi na włosku [kryzys kubański] Na lament ludzkości zgodzono się na jakieś rozmowy. Ludzie mówią „koniec świata odłożono o trzy tygodnie”- i trochę zelżało w sklepach, z których wykupywano już wszystko. To zdanie „koniec świata odłożony” brzmi jak żart, ale nie jest żartem. Poszło o Kubę… Ze względu na zbliżającą się wojnę atomową, a z nią koniec świata, zrobiłyśmy sobie dziś z Anną (a raczej Mela zrobiła) królewski obiad: barszczyk (domowego kiszenia) z kruchymi słonymi krążkami, wyborną kaczkę z jabłkami i czerwonym winem i na deser migdałowy tort. 28.10.1962 r. 
A mnie się przez długi czas wydawało, że młodość moich rodziców upływała niemal w sielance. I co ja przygotowałabym sobie na taki odłożony koniec świata? Sałatkę z rukoli i sushi z kieliszkiem białego wina.
No i to co staje się już istotą jej życia. 
Starość to najbardziej niespokojny okres życia. To miotanie się, jak na dworcu, z którego pociąg- ważny ostateczny pociąg ma niebawem odjechać. Męczący stan…. 15.07.1958 r. 
Jestem w o wiele większej dekompozycji duchowej, niż ktokolwiek może to sobie wyobrazić. Męczy mnie uczucie wypuszczania wszystkich spraw życia z ręki. …. Czuję się niewygodnie w istnieniu i nie wiem, czy to kwestia starości, czy po prostu nie umiem już sobie stworzyć warunków dobrych na samopoczucie. 28.04.1958 r. 
I chyba najbardziej optymistyczne zdanie z kresu podróży … Jak to się dzieje, że mimo tylu rozpaczy właściwie czuję się szczęśliwa? To już koniec nadchodzi, a mnie się ciągle zdaje, że znowu żyć zaczynam, że jeszcze tyle przede mną. 2.10.1958 r.
Zastanawiam się, jaką prawdę obiektywną postawiają dzienniki? Są przecież efektem rozmyślań ważnych i ważkich na daną chwilę, prawdziwych dziś, innych jutro, za miesiąc, rok czy dekadę. 
W ostatnim tomie jest dużo słów o doskwierającej samotności, ale są też i takie .. męczą mnie już ci goście-łaknę samotności, jak kania wody. Tylko do czego mi ta samotność potrzebna? Nie do twórczości, już, ale do napisania listu potrzebuję całego dnia spokoju, skupienia, bezludzia… 20.08.1958 r.
I ta ciągłe powracająca myśl aby nie całkiem umrzeć… wszyscy wierzący i niewierzący, módlcie się za mnie, abym żyła sto lat. Mam jeszcze coś do powiedzenia sobie, ludziom i czasom. A raczej, a raczej- coś do utrwalenia jako znak, symbol naszych rzeczy, czy też może mam do rozwiązania i uchwycenia w plastycznej konkretności abstrakcyjne symbole i znaki naszych czasów.. 7.07.1959 r.
Czy ta myśl nie przyświeca i nam piszącym blogi, chęć uchwycenia czegoś istotnego, wypowiedzenia jakiejś ważnej myśli tak do końca.

sobota, 23 maja 2015

Dzienniki Marii Dąbrowskiej tom czwarty

Czwarty tom Dzienników czytałam z uczuciem wszechogarniającego smutku. Obejmuje on okres od 1951 do 1957 roku. Dąbrowska jest kobietą ponad sześćdziesięcioletnią, pisarką w okresie kryzysu twórczego, osobą żyjącą w siermiężnej rzeczywistości początków budowy państwa socjalistycznego, widzącą wady funkcjonowania systemu. 

Smutno jakoś i trwożnie żyć na tym świecie (20.01.51 r.), Ach, jakbym chciała jeszcze odzyskać czucie młodości! (16.02.51 r.). Ludzie mnie jakoś nudzą i niecierpliwią. Dokądkolwiek nie pójdę, z kimkolwiek się zobaczę, wracam śmiertelnie znudzona. Marzę o ludziach, z którymi spotkanie uskrzydlałoby i uszczęśliwiało, bo sama też zrobiłam się nudna i postna (10.01.52 r.).
Znów trzy tygodnie sine linea, O Samuelu Pepysie, o, Gouncourcie - dodajcie mi sił, charakteru i wytrwałości, bym na co dzień notowała. Ale tak mam mało już chęci do czegokolwiek. Nie jestem w dobrym stanie ciała, ani ducha. …nie czuję się wcale tak jak ci wspaniali starcy, co zdają się nigdy nie mieć na pamięci bliskiego kresu wędrówki. (12.12.52 r.) 
Jestem jakaś śmiertelnie smutna i zniszczona, a choć zarabiam dosyć na kilka osób, jakie mam do utrzymania i podtrzymania, choć powodzi mi się, a nawet umiem pisać lepiej, niż umiałam - życie nie przedstawia już dla mnie żadnego interesu i nie jest już dla mnie żadną pod żadnym względem przyjemnością. (3.04.54 r.)
Pisanie powieści (Przygody człowieka myślącego) idzie opornie, co pisarka tłumaczy sytuacją w kraju, w którym pisarz nie czuje się wolny. 
Gdybym miała swobodę mówienia wszystkiego, potrafiłabym wyprowadzić nawet z najdrastyczniejszych faktów pozytywne wnioski z dzisiejszej rzeczywistości. (28.02.51 r.). Jakiś rodzaj dna rozpaczy. Mój pierwszy brulion opowiadania dobiega końca, ale jak dotąd nie mogę się w nim dopatrzeć wartości. Jestem .... nieszczęśliwa, a za nieszczęście uważam to, że jestem taka nieszczęśliwa. Nie ma się prawa być aż tak nieszczęśliwym i tak do gruntu zniechęconym. Nawet gdy się poniesie najbardziej niepowetowane straty. A mimo wszystko jeszcze tak chciałabym się odrodzić. (22.11.54 r.).
W to uczucie zniechęcenia wkraczają chwile radości spowodowane udziałem w przedstawieniach teatralnych (można odnieść wrażenie, że Dąbrowska bywała w teatrze przynajmniej raz w miesiącu), czy spotkaniem ciekawego rozmówcy. Ilość osób, które wspomina jest ogromna. Same przypisy z krótkimi notkami biograficznymi zajmują niemal połową Dzienników.
Czas spędza głównie na tłumaczeniach (Czechow, Gorki, poprawki do wcześniejszego tłumaczenia Pepysa), przygotowywaniu artykułów rocznicowych, referatów oraz pisaniu opowiadań. 
Sporo miejsca zajmuje opis realiów społeczno-politycznych i udział pisarki w życiu publicznym. 
Na początku 1952 roku umiera wieloletni przyjaciel, towarzysz życia pisarki Stanisław Stempowski. Wyrzucam sobie, że mu za mało w te lata dawałam z siebie, że nie wszystkie siły ducha i życia zużyłam na to, aby powstrzymać ten proces umierania, no, choćby jeszcze na rok, może przez ten rok doczekałby się, najdroższy, czegoś, co by go ucieszyło. Jakie to dla mnie niepojęte- ja prawie więcej cierpię po Jego odejściu niż po śmierci Mariana [mąż pisarki]. Dłużej z nim żyłam, o całe dwanaście lat. A nadto wtedy byłam młoda i tyle jeszcze nadziei przede mną. A teraz nie mam żadnych. Nie umiem tworzyć, ani zajmować się sprawami ogólnymi, gdy nie mam szczęśliwego życia osobistego. (9.07.52 r.)
W 1954 roku pisarka zamieszkuje ze swoją przyjaciółką (towarzyszką życia) i jej córką. Między wierszami daje się zauważyć napięte relacje łączące obie panie, a kością niezgody wydaje się być córka Anny Kowalskiej, Tulcia. 
Męczy mnie tylko, że Anna cały dzień zajmuje się Tulcią i nie ma czasu pracować. I że, jak Anna mówi, dla Tulci przeniesienie się z Wrocławia jest taką tragedią, że gdyby miała świadomość tego, co się dzieje, popełniłaby samobójstwo. (24.09.54 r.)
Tulcia jest z pozoru łatwym dzieckiem i tzw. grzecznym, a przede wszystkim niehałaśliwym. Ale w istocie rzeczy ma dużo kaprysów, przekory, egoizmu i egotyzmu. […] Ale na punkcie Tulci Anna jest „niedotykalna”. ..Nic nie wiesz, nic nie rozumiesz” odpowiada, gdy ośmielę się zrobić jakąś uwagę. (29.09.54 r.) W całym cytacie najważniejsze jest chyba nie to, co napisane, ale to czego nie ma, trzy kropki w nawiasie. 
Być może przyczyną był stosunek pisarki do dzieci w ogóle. 
Co do mnie nie jestem aż taką apologetką sprawy dzieci. Znam bardzo wymyślne i okrutne sposoby znęcania się dzieci nad rodzicami. Dzieci to na ogół istoty koszmarne w swym egoizmie, instynktach niszczycielskich, oschłości serca. Jak i wśród dorosłych są tylko czarowne wyjątki. Dzieci wymagają opieki, ale nie uważam, żeby były o włos bardziej godne litości czy współczucia jak dorośli. Jak nie istniała dla mnie odrębna sprawa kobieca, tak nie istnieje dla mnie odrębna sprawa dziecka. Istnieje sprawa ludzka. (22.02.55 r.) 
W życiu pisarki pojawiają się też chwile radości. Święta zeszły na niczym, choć czułam się z Anną, Tulcią i naszym tajemniczym cudem-panną Hanią- tak szczęśliwie i dobrze, jak tylko jeszcze mogę i potrafię. Boże Narodzenie, którego żywy, wonny i śpiewny czar dawno zetlał (po śmierci Mariana), odzyskuje w obecnych warunkach nieco nowych rumieńców życia. (1.1.56 r.). 
Dopiero dziś przez cały dzień nie wypaliłam ani jednego papierosa. To świadczy, że jestem szczęśliwa i moje życie nabiera sensu. Zdaje się, że mogę być szczęśliwa tylko żyjąc na wsi. Szkodzi mi wielkie miasto. (19.02.56 r.). 
Jestem teraz w zgoła innym usposobieniu od tego, co mnie niedawno trapiło - od tych nastojów łaknących samotności. Odczuwam nasz dom, jako największe, dostępne mi szczęście, a w nim Annę i Tulcię, jako wcielenie idealnego współżycia. (15.11.55 r.)
Pisanie Dzienników jest dla Dąbrowskiej niezwykle ważne, mają one pozostawić świadectwo czasów. 
… mam do stracenia tylko jedną, ale dla mnie piekielnie ważną rzecz-te moje dzienniki. Nie, aby miały jakąkolwiek wartość literacką, ale że przez nie tylko jestem w stanie wystąpić kiedyś, choćby po śmierci, jako świadek czasów. Dla ich zachowania dałabym bodaj wszystko - nawet życie, a w razie ich utraty – nie warto by mi żyć ani godziny więcej. (10.05.56 r.) Nie znaczy to jednak iż nie dopada jej zwątpienie, czy to notowanie, które zabiera tak wiele czasu ma jakikolwiek sens. Przepisując stare zapiski dochodzi do wniosku, że takie pisanie na gorąco zniekształca osąd rzeczywistości. 
Wynotowałam całe mnóstwo fragmentów, podkreśliłam ich jeszcze więcej. Ale na koniec chciałam jeszcze przytoczyć poniższy cytat.
Czytam Seneki Listy do Lucyliusza- egzemplarz wydany w 1781 roku. Od tego czasu leży tu nierozcięty. Jestem jego pierwszą po 170 latach czytelniczką. … W późnej porze życia zabieram się do starożytności, i o dziwo znajduję w niej wiele pokrewnego sobie. (16.12.56r.)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Dzienniki Marii Dąbrowskiej tom III (lata 1945-1950)


W Dzienniki Dąbrowskiej wsiąkłam już na dobre. Skończywszy tom IV zakupiłam całość i myślę, że będzie to jedna z tych lektur, do których będę powracać. Dzienniki z pierwszych lat powojennych zawierają wiele ciekawostek, w tym opis realiów społeczno-politycznych. Dla pisarki sporym rozczarowaniem jest fakt wypaczenia idei, w którą wierzyła. Jak już wspominałam Maria Dąbrowska była osobą o lewicowych poglądach (przed wojną mocno zaangażowaną w działalność spółdzielczą). Po wojnie nie potrafi  zaakceptować otaczającej jej rzeczywistości a jednocześnie nie ma siły, aby się tej rzeczywistości zdecydowanie przeciwstawić. Za swoje przyjmuje  motto cytowane z Dzienników Goncourtów „przepisuję słowa Gautiera z powodu procesu Flauberta o „Madame Bovary”. Dla sum bardzo skromnych, które muszę zarabiać, gdyż inaczej umarłbym z głodu, mówię tylko pół czy ćwierć tego, co myślę - a i to jeszcze ryzykuję, że za każde zdanie będą mnie ciągać przed trybunały (08.10.45 r.). Jest w tym trochę przesady, bowiem jak sama później wspomina nigdy nie należała do osób, którym brakowało pieniędzy. A jednak nie mogła pisać tego co chciała.
Nawet na listy interesantów odpowiadam chętniej, niż podejmuję twórczość, której nie mogę w pełni swobody rozwinąć. Klasyczny rozwój monarchii idzie od despotyzmu do monarchii konstytucyjnej, liberalnej. Przypuszczam, że taką samą drogą idzie rozwój demokracji. Obecnie przeżywamy okres demokracji despotycznej w różnych jej odmianach… Możliwe, że taki system jak obecnie przyniesie Polsce istotne korzyści. Możliwe, że Polska nie ma dziś lepszej szansy, że nie ma w ogóle innej szansy istnienia. Bywają takie chwile w życiu narodów. Ale po co udawać, że system jest inny? Każdy rząd musi starać się o zaufanie narodu. Tym bardziej rząd, co przychodzi drogą niemoralną, jak to bywa po wojnach i w czasie przewrotów. Ale takie postępowanie nie jest w stanie podnieść zaufania do rządu i nawet ci, co je mieli albo go nabrali- tracą je. Dziś przesłano nam zaproszenie na zebranie przedwyborcze naszego domu. Napisano na nim „obecność obowiązkowa”. Jeśli nawet taki człowiek jak ja czuje mimowolne zastraszenie czytając to - cóż dopiero mówić o zwykłym, szarym człowieku, zależnym, bojącym się stracić posadę, mieszkanie, kartki, bojącym się wiecznie prześladowań policji. (12.01.47 r.)
Pisze o kłamliwym przemówieniu Bieruta do dziennikarzy cudzoziemskich, o zniesieniu święta 3 Maja, o wrzeniu w masach robotniczych, o absurdzie współzawodnictwa pracy, wyśrubowanych normach, barku kultury władzy i chamstwie urzędników, o skierowaniu pisarzy na obserwacje do fabryk, aby włączyli się w propagandowy nurt polityki rządu. Niejednokrotnie opisuje nieprzyjemne wizyty w Urzędzie Skarbowym.
Często myślę o tak straszliwym zbezczeszczeniu słowa-że aż jest żenujące używać go do celów artystycznych. Konieczne byłoby jakieś poświęcenie sakralne słowa, jak poświęca się nowo zbudowany kościół. Wtedy byłoby może znów przydatne do użytku ludzkiego. Wieczorem, kiedy jedliśmy kolację, przyszła dr Hanka z wiadomością, że aresztowana została pani Krzeczkowska, kobieta przeszło sześćdziesięcioletnia, złamana i chora, mąż, znany socjalista, profesor WSH, umarł po wyjściu z Pawiaka za Niemców; syn zginął w Powstaniu Warszawskim. Według najlepszej wiedzy i wiary tych, co ją znają, nie miała nic do czynienia z konspiracją… Czy na Boga te sześć milionów zamordowanych Polaków nie jest dosyć, czy mamy utonąć we krwi tej reszty, co pozostała? Czy w nikim z tych ludzi nie ozwie się nigdy sumienie? Jakże straszliwy jest los mojej nieszczęsnej Ojczyzny…. Biedna pani Hanka, która z takim zachwytem przyjęła obecną postać polskiej rzeczywistości, bije głową w mur z powodu p. Tadeusza i pani Krzeczkowskiej. (…) Kontroluję siebie, czy nie myślę tylko kategoriami małego przeznaczonego na zagładę środowiska intelektualistów. Lecz nie, nie jestem osobiście zainteresowana, aby krytykować. Mnie jest dobrze - i ja jestem jeszcze wielką konformistką w porównaniu z masami robotniczo-chłopskimi. (17.06.47 r.)
Od wojny mijają dwa lata, a Dąbrowska, mimo niezłych warunków materialnych nadal nie może pisać.
Patrzę na moje mieszkanie takie miłe, takie ocalone. Na moją niemożność pracy, na niezłe (a nigdy mi wcale więcej nie było potrzeba, jak niezłych) warunki materialne- na wszystko, co niegdyś było źródłem radości, i widzę, jak to wszystko nic nie znaczy, gdy nie jest dodatkiem do powszechnej radości, do powszechnego szczęścia. Nie bezpośredni przymus i gwałt nad duszą pisarza, bo tego jeszcze nie ma, paraliżuje twórczość, ale ta atmosfera czyhania, czatowania na pisarza i na jego dzieło, ta atmosfera złych możliwości, natrętnego wrzasku, jest powietrzem, które dusi, zatruwa, zabija. I ta niemożność mówienia prawdy, całej swojej wewnętrznej prawdy, którą pisarz i tak sam ogranicza, by nie oślepiała. Dawniejsze prześladowania (persecutions) karały za prawdę wypowiedzianą - dziś nie dopuszcza się nawet do jej wyszeptania. (28.12.47 r.)
Sporo tu refleksji na temat sytuacji politycznej nie tylko w Polsce, ale i Europie.
W gruncie rzeczy Zachód, i to w szczególności Francja, nie może nam przebaczyć, że musiał „mourir pour Dantzig” Prawdziwą chęcią, jedynym i prawdziwym obliczem zachodu było zniszczenie Rosji Sowieckiej. Jeśliby to się udało za cenę zagłady Polski, czy też jej okrojenia na rzecz Niemiec- zgodziliby się na to bez wahania. […] Oni chcieli zawsze, chcą nadal i będą chcieli żeby Rosję pobiły Niemcy, chcieli i chcą nadal, żeby im za to zapłacić Polską. W roku 1939 istotne pragnienie Zachodu było, aby Polska oddała Niemcom Gdańsk i „korytarz” i żeby Niemcy ruszyły na Rosję. Do ich dostatecznym wykrwawieniu się i uszczupleniu potencjału gospodarczego Zachód ruszyłby w sukurs, by podzielić się rosyjskim łupem. Kiedy się stało inaczej, kiedy trzeba było wspomagać Rosję przeciwko Niemcom-Zachód ze złą radością zapłacił za nadmierne wykorzystanie pomocy rosyjskiej[…]. (14.11.48 r.). Jakże przerażająco brzmią te słowa dzisiaj...
A jednak, mimo wszystko, odnoszę wrażenie, że chciała wierzyć, że ta nowa Polska ma przed sobą przyszłość, że nie system jest zły, a jedynie ludzie, którzy popełniają nadużycia i go wypaczają. Dziwi mnie, że przed wojną nienawidzono Polski, że reakcyjna i feudalna. Teraz jej nienawidzą, że postępowa, rewolucyjna i socjalistyczna. (14.11.48). Szczególnie dziwi ta postępowość powojennej Polski.
Dzienniki zawierają krytyczne spojrzenie na emigrację, która niczego dobrego dla kraju nie zrobiła. Po krytyce intelektualistów, którzy nie zadbali nawet o rozpowszechnienie najlepszych dzieł polskiej kultury przychodzi krytyka przeciwników powojennej Polski. 
Czy wreszcie przeciwstawili tutejszej- jakąś koncepcję polityczną, która by tam kazała się szanować, coś zaważyła, stała się bodaj przedmiotem światowej dyskusji? Jeśli tu nie można dyskutować o różnych poglądach na demokrację i wolność, tam można było jawnie głosić, jak oni pojmują Polskę demokratyczną i wolną. Nic, nic i nic. Jest to rzeczywiście najzupełniej pusta intelektualnie i moralnie ze wszystkich naszych emigracji. (20.11.48 r.)
Przepisując Dziennik za rok 1936 trzynaście lat później dziwiła się, jak bardzo nie cierpiała ówczesnego stanu rzeczy, który teraz  wydawał się mniej złym od obecnego.
Po powrocie do Warszawy po wojnie pisarka nadal mieszka na Polnej razem ze Stanisławem Stempowskim i Franią (pomocą domową. Osobie Frani poświęca sporo miejsca w Dziennikach). Ich mieszkanie jest miejscem licznych spotkań z przyjaciółmi i znajomymi. Anna Kowalska po śmierci jej męża jest częstym gościem w mieszkaniu na Polnej.
Życie codzienne pisarki upływa na pisaniu artykułów, szkiców, tłumaczeniu (przetłumaczyła Dzienniki Pepysa oraz Opowiadania Czechowa). Napisała sztukę teatralną „Stanisław i Bogumił”.

Sporo tu opisów wrażeń z wizyt w teatrze, kinie, koncertów, wystaw malarskich. Nie zabrakło też refleksji związanych z lekturą (czemu poświęcę osobny wpis). Poniżej dwa bardzo smakowite opisy. Pierwszy to opis jubileuszu Teatru Polskiego drugi polowania.
Uroczyste przedstawienie z Prezydentem i rządem. Pierwszy raz byłam na takim w obecnej Polsce. Przyjechaliśmy wcześnie i widzieliśmy, jak cały skład teatru z Szyfmanem na czele biegnie kłusem (dosłownie) na powitanie Bieruta. Jednocześnie zaczął napływać nowy Grande monde. Panie o pospolitych, brzydkich twarzach i wymyślnych koafiurach, ubrane w długie wieczorowe suknie, prawie wyłącznie czarne i przeważnie źle uszyte. Piękną suknię miała tylko Cela Nalepińska. Gdy ją pochwaliłam, szepnęła mi na ucho, że to paryska suknia Dalborowej, jeszcze z czasów „dyplomatycznych” jej męża, którą Cela na tę okazję od niej pożyczyła. (13.07.48 r.)

Po powitaniach dowiedziałam się, że w majątku jest tego dnia polowanie. Chłopi z pałkami- to nagonka (to nie zmieniło się od czasów pańszczyźnianych- chłopi naganiają zwierzynę, panowie strzelają) Zjechali wszyscy okoliczni dygnitarze z Grodziska, powiatu (Nowy Tomyśl), i Poznania. A więc: dyrektor poznańskiego oddziału Banku Rolnego, dyrektorzy głównych przemysłów państwowych, jakiś generał Gniatczyński, komendant Milicji, jakiś komendant UB etc…. Po polowaniu nagonka dostała wódki i kiełbasy, po kawale chleba i poszła do domu. Komitet folwarczny dostał obiad w osobnej stancji, panowie obiadowali w świetlicy. Zabito na ten cel świnię. Zajęcy padło 205, z czego 150 odstawiono do spółdzielni Jedność Łowiecka, 30 wziął Bank- po jednym każdy z dwunastu myśliwych, trzy dostał mój szwagier za zorganizowanie polowania. Specjalnie przywieziona kucharka gotowała im…. Chłopów było w nagonce z młodzieżą 120, zgonionych z dwu folwarków. Zresztą nie tak ściśle zgonionych, gdyż dostali swoją dniówkę i mówią „Nam to wszystko jedno, czy tu robić, czy tam”. Osobiście jednakowo mało zainteresowani są w wynikach czegokolwiek, przy czym jako kółka w maszynie się kręcą. Mówią też: Co się zmieniło? Przódzi my robili na dziedzica, tera na rząd czy na Bank. Dla nas się nie zmieniło. Jeszcze my woleli dziedzica. Ludzie nie lubią anonimatu. (8.01.49). 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Maria Dąbrowska i pieniądze (czyli cytatów kilka z III tomu Dzienników)


Remarque w Łuku Triumfalnym mówił „Wszystko, co można dostać za pieniądze jest tanie”.
Trudno z tą myślą polemizować, a jednak bezsprzecznie są one ważne dla naszej egzystencji. Maria Dąbrowska należała do tych szczęśliwców, którzy, jak sama napisała w maju 1950 r. zawsze mieli pieniądze.  W okresie od 1945 do 1950 (który to okres obejmuje tom III Dzienników) wyłowiłam sporu wzmianek na temat pieniążków; są tu ceny różnych usług i towarów, wysokość zaliczki za napisanie sztuki, wynagrodzenie urzędników, czy wysokość kwot, którymi wspomagała innych. Pierwsza powojenna wzmianka dotyczy wizyty w „restauracji”. Na halach odkrywam zabawną rzecz - improwizowane uliczne restauracyjki. Kobiety w saganach doskonale opatrzonych gałganami i papierem w rodzaju dogrzewaczy sprzedają pyzy (kluski z surowych kartofli), fasolę z sosem, zupy, a na deser przecierany kompot rabarbarowy. Zjadam pół porcji pyzów, za którymi przepadam i wypijam szklankę kompotu. Kosztowało 15 zł. Pyzy były świetne, okraszone, gorące. To będzie moja stołówka. (30.05.45 r.) Cztery lata później ceny przedstawiały się już inaczej, czemu trudno się dziwić.
…. poszliśmy ze St. (Stanisławem Stempowskim) na obiad do „Centrali Rybnej” na Nowym Świecie (między Placem Trzech Krzyży a Alejami Jerozolimskimi) i tam zjedliśmy w „probierni rybnej” ja – leszcza, St- sandacza. Ale z St. Nie ma żadnej przyjemności znaleźć się w restauracji. Szuka najtańszych potraw (choć ja płacę), chce jeść obiad „popularny” za 80 zł, że niby taki biedny. …. (1.10.49 r.). Dąbrowska kilkakrotnie wspomina o „oszczędności St.”, gdy tymczasem sama lubiła pozwolić sobie na małe przyjemności gastronomiczne. Zmęczone i obciążone sprawunkami poszłyśmy na obiad do prywatnej restauracji Pod rybką na Św. Mikołaja. I tu spotkała nas miła niespodzianka. Gdy niedawno na świeżo upaństwowionym „Monopolu” podano nam zamiast dwu porcji kaczki dwie porcje kości, za które zapłaciłam 1.100 zł, tu wypiłyśmy dwie wódki, zjadłyśmy znakomitego śledzia w oliwie i świetnie przyrządzoną sarnią pieczeń plus dwie duże (co prawda nieświetne) czarne kawy za 830 zł. Pieczeń sarnia kosztowała 175 zł porcja. (31.10.49 r.)
Zaraz po wojnie otrzymała propozycję wystawienia  sztuki „Stanisław i Bogumił”. Proponuje mi [Szyfman] zaraz 10.000 zaliczki i wpisanie na listę pracowników Teatru Polskiego z odpowiednimi przydziałami. (9.10.45 r.).
Pisarka nie musiała się wówczas martwić się o swój warsztat pracy. Przyszedł list z Prezydium Rady Ministrów zawiadamiający o przyznaniu 10.000 zł na kupno maszyny. Wobec tego poszłam do firmy Antoszewski na Marszałkowskiej i założywszy wszystkie niemal domowe pieniądze kupiłam maszynę.  (24.11.45 r.)
Dalej jest mowa o przykładowych cenach. Frania poszła dziś na targ kupić sobie- jak ją namawiałam- prześcieradła i poszewki. Kiedy wróciła, okazało się, że kupiła sobie śliczną nową wełnianą suknię za 1.300 zł. Jest tym kupnem tak przejęta i uszczęśliwiona, że cały wieczór była w świetnym humorze. (3.11.45 r. Frania była pomocą domową Dąbrowskiej i Stempowskiego. Trochę zdziwiło mnie istnienie „instytucji pomocy domowej” w tych czasach). Dąbrowska traktowała Franię, jak członka rodziny. Wzięłam ją do niego (lekarza) nie na tanią wizytę szpitalną (w Szpitalu Ewangelickim), ale na prywatną za 1.500 zł. Gdyż tylko za tę cenę spodziewam się, że Frania będzie przestrzegała przepisów lekarza. (1.10.49 r.)
Przy kłopotach finansowych ratowano się wynajmem lokali. To lokator? To student? Tak, to student. […] podług dekretu musimy płacić teraz cztery tysiące komornego, to on nam zawsze tę połowę zapłaci, te dwa tysiące. (17.11.48 r.)
Nie zabrakło też takich, co na wojennym nieszczęściu próbowali się wzbogacić. Wczoraj rano poszłam do Ministerstwa Odbudowy (dziwnym trafem-dawne Gimnazjum królowej Jadwigi), żeby pani Nowowiejskiej oddać 5.600 złotych. Jest to stary weksel Jadzi, że panią Pasławską i panią Nowowiejską żyrowany, a który teraz każą płacić. Podobno ktoś ocalił i przywiózł z Kanady cały portfel weksli KKO – ku utrapieni najbiedniejszych przecie ludzi. Weksle zamiast arrasów. A te weksle to były pożyczki udzielane przez KKO inteligencji na przeżycie czasów okupacji. (25.02.49 r.) Dąbrowska nie przykładała dużej wagi do pieniędzy, ale lubiła od czasu do czasu notować swoje wydatki, dzięki temu możemy czerpać ciekawe informacje na temat ówczesnej kondycji finansowej. Dąbrowska często obdarowywała ludzi, oczywiście najhojniej Annę Kowalską, z którą się przyjaźniła i z którą później zamieszkała.
W dzień wyjazdu z Wrocławia poszłyśmy z Anną do Domu Towarowego. Kupiłam Annie kołdrę i niebieską z „jedwabnego” rypsu kołderkę dla Tulty (Maria – córka Anny Kowalskiej), podpinkę dla kupionej kołdry i jasiek dla Anny. Wszystko razem kosztowało dwanaście tysięcy, więc bardzo niedrogo. Annie, która jest teraz w poważnych tarapatach finansowych, zostawiłam 40 tysięcy…. Dziś była Julka Iwańska- zjadła z nami obiad. Ponieważ mówiła, że chce kupić paltko dla swej trzyletniej ciotecznej wnuczki, dałam jej na ten cel dwa tysiące. (5.11.49 r.)
Jestem bardzo zmartwiona i skłopotana sprawami Anny, które układają się jak najgorzej. Nikt z mego otoczenia nie może sobie dać rady. Dziś wysłałam Danusi 5 tysięcy złotych, a już w godzinę potem przyszedł list od Władzi Królikowej (mojej dawnej służącej) proszący o większą pomoc. Chwała Bogu wobec tych dużych wydań stoję dobrze, ale ja należę do rzadkich w Polsce ludzi, co zawsze mają pieniądze, nawet wtedy gdy zarabiają bardzo mało. (27.05.50 r.)
Pewną informację na temat zarobków urzędniczych daje poniższy zapis. Zuzia jest urzędniczką w tym samym majątku państwowym, co p. Hubert. Zarabia 15 tysięcy, a on 8 tysięcy plus ordynaria. Ale mogą chować inwentarz ile chcą i mam wrażenie, że jakoś dają sobie radę…. Dałam Frani na święta 4 tysiące zł, Wyglądałom tysiąc, Maniusiowi, chłopcy od dozorcy - 500, Bogusiowi (bratu) 15 tysięcy, naszym studentkom J. 10 tysięcy, Annie posłałam 50 tysięcy-razem 80 tysięcy. (26.12.49 r.).
Jako ciekawostkę wynotowałam poniższy wpis.
Byłyśmy zaproszone na 25 lecie ślubu Parandowskich. Przygotowywali się do tej uroczystości z niesłychanym namaszczeniem i podobno przeznaczyli na ten cel 250 tysięcy złotych. … To przyjęcie nie było ani wesołe, ani bardzo udane. (9.08.50 r.)
Szukając w Internecie informacji na temat przeciętnego wynagrodzenia w latach 45-49 znalazłam dane dotyczące powojennego wynagrodzenia nauczycieli, które, jak wiadomo nie są reprezentatywne dla całej populacji zatrudnionych. W opracowaniu Szkolnictwo polskie w latach 1945-1975 z uwzględnieniem miasta Włocławka pani Barbara Moraczewska podaje, iż w roku 1946 miesięczne wynagrodzenie nauczyciela w szkole podstawowej przeciętnie kształtowało się od 5.200,00 zł do 12.000,00 zł, natomiast w roku 1949 r. wynosiło od 11.300,00 zł do 21.500,00 zł. Zgodnie z informacją podaną w Monitorze Polskim z 1990 roku przeciętne wynagrodzenie za rok 1950 wyliczono na kwotę 551,00 zł miesięcznie. W październiku 1950 roku miała miejsce denominacja, zgodnie z którą każde 100 złotych w banku, cenach, zobowiązaniach czy pensjach (do stu tysięcy złotych) przeliczono na nowe 3 złote, a każde 100 zł w gotówce na nowe 1 złoty. A zatem przeciętne miesięczne wynagrodzenie tuż przed denominacją wynosiło 55.100,00 zł. A zatem koszt wyprawienia rocznicy ślubu u Parandowskich był rzeczywiście niebagatelny, jeśli informacje, jakie doszły do Dąbrowskiej były prawdziwe.
Informacja na temat wymiany pieniądza była pilnie strzeżoną tajemnicą państwową. We wpisie z 2.11.50 r. Dąbrowska opisuje dzień, w którym się o niej dowiedziała. …W sobotę wyszliśmy rano do miasta, by kupić na jutro bilety… Po drodze wstąpiliśmy do Banku Rzemiosł i Handlu, gdzie podjęłam 300 tysięcy złotych, mając zamiar pożyczyć Wackom, opędzić kłopoty mojej rodziny, kupić futerko dla Anny, kupić materiał na domowe ubranie dla St. I tym podobne. Zadziwił mnie niezwykły w tym cichym banku ruch przy kasach - czekałam długo jak nigdy. … W niedzielę rano o wpół do ósmej otworzyłam radio i posłyszałam jakiś komunikat wypowiedziany tragicznym głosem, który przypominał mi dwa tragiczne dla momenty dziejów Polski; śmierć Piłsudskiego i owo tragiczne w dniu 7 września 1939 r. „Blaskota, Blaskota, Bolesław wzywa do Warszawy.” Usłyszałam zdanie „Wszyscy pracownicy banków- tu cała litania nazw instytucji bankowych- stawią się dziś o ósmej rano”. Od razu domyśliliśmy się, że stało się coś z pieniędzmi. … Od razu zrozumiałam, że ta reforma czyni mnie bankrutem. Miałam bowiem niezręczność przenieść połowę moich należności z Czytelnika na moje konto bankowe w Banku Rzemiosł i Handlu, w związku z zamiarem kupna owego nieszczęsnego domu w Rejentówce. Będę ukarana za to, że nie zużyłam tych pieniędzy na własną korzyść, lecz zostawiłam je w banku na użytek państwa. 
Poza powyższą informacją zawierającą emocjonalny stosunek do denominacji znalazł się jedynie rzeczowy wpis na temat wymiany zawierający ironiczną radę Putramenta. Niech pani troszeczkę przyspieszy tempo. Niech pani wsiądzie z nami do tego tramwaju. My gotowi jesteśmy dla pani go troszeczkę zatrzymać. (3.11.50 r.)