Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wachowicz Barbara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wachowicz Barbara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 grudnia 2020

Inowrocław - z tęsknoty za podróżowaniem urlopu wspominanie

W tym, że brakuje mi ostatnio wyjazdów nie ma nic dziwnego.  Dziwnym jest to, że bardziej tęsknię za podróżami do miejsc położonych całkiem blisko, niż za dalszymi wyprawami. Może ma to coś wspólnego z obecną sytuacją.  Zeszłoroczny urlop spędziłam w Inowrocławiu. Wybór miejsca podyktowany był bliskością dojazdu oraz sanatorium, z którego chciała skorzystać mama. 

Inowrocław uzyskał prawa lokacyjne w początkach trzynastego wieku. Z miastem związani są: urodzony w Szymborzu - niegdyś wsi podmiejskiej Jan Kasprowicz (pisarz, poeta, krytyk literacki, tłumacz), Władysław Łokietek oraz królowa Jadwiga. Inowrocławianie uczcili świętą nie tylko pomnikiem na Rynku, ale także ustanowili ją w 2007 roku patronką miasta. Z Inowrocławiem związany był również pisarz i skandalista - Stanisław Przybyszewski. 

Główną atrakcją są tężnie solankowe, to z ich powodu przyjeżdżają tutaj spragnieni wypoczynku i podreperowania zdrowia. Mikroklimat, jaki wytwarzają solanki stosuje się zarówno profilaktycznie jak i w leczeniu schorzeń górnych dróg oddechowych oraz paru innych dolegliwości. Spływająca po tarninie solanka pod wpływem wiatru tworzy naturalny aerozol solankowy. Podobno istniejące w tym miejscu przed wiekami tężnie są najstarszymi w Europie.  Tężnia otwarta blisko dwie dekady temu wygląda imponująco, składa się z kilku połączonych ze sobą wieloboków o wysokości dziewięciu metrów. Na jej szczycie znajduje się taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta i parku solankowego. Codzienne spacery pod tężnie były główną atrakcją pobytu, mimo niesprzyjającej dość chłodnej i wietrznej pogody.

Są one otoczone rozległym i bardzo malowniczym Parkiem Solankowym. Ten spory (85 ha) teren rekreacyjno-wypoczynkowy jest najchętniej odwiedzaną częścią Inowrocławia. Od wejścia, gdzie wita przybyłych rzeźba pawia pełniąca funkcję zegara słonecznego, zachwycają otaczające pawia piękne dywany kwiatowe. Mój pobyt przypadł na wrzesień, wyobrażam sobie, jak barwnie i malowniczo prezentuje się to miejsce wiosną czy latem. Na  terenie parku znajdują się sanatoria,  place zabaw, siłownie, pomniki, restauracje i kawiarnie. Sporo tam ławeczek, które pozwalają na odpoczynek w miłym otoczeniu. Tym co mnie ujęło są stawy. Woda we wszelkiej postaci ma dla mnie tajemniczą moc (może ma to coś wspólnego ze znakiem zodiaku, może z miejscem urodzenia, może z profesją ojca). Zawsze dobrze czuję się nad wodą, ona mnie uspakaja i odpręża. Największy ze stawów prowadzi przecinającym go mostkiem Nad Stawem wprost do wejścia na teren tężni. 

Poniżej kilka kwiatowych kobierców (na ostatnim zdjęciu kolorowe parasolki na solankowych pergolach)


 

Na terenie Parku znajduje się też Teatr Letni z muszlą koncertową. Niestety w czasie naszego pobytu nie odbywały się żadne koncerty. 

Prowadzący do tężni staw wygląda równie pięknie za dnia, jak i po zachodzie słońca.


Centralnym punktem miasteczka jest Rynek, jego główną atrakcją (poza pomnikiem patronki Św. Jadwigi)  jest fontanna. Mnie przypomina mini, a nawet mikro wersję tej z wrocławskiego rynku z tym połączeniem kamieni, szkła oraz wody. 

Na narożnym budynku łączącym Rynek z Deptakiem Królowej Jadwigi znajduje się mozaikowy zegar słoneczny, na którym przedstawiono historyczne herby miasta. 

Wrocław ma swoje krasnale, Zielona Góra Bachuski, a Inowrocław ma figurki średniowiecznych żaków. 

Jak wspomniałam mnie do Inowrocławia przyciągnęło nazwisko Jana Kasprowicza, który się tutaj urodził i tu spędził swe młode lata, a miasto do końca było bliskie sercu pisarza. Barbara Wachowicz w Czasie nasturcji tak sugestywnie i ciekawie opisuje drogę człowieka, który z wiejskiej chaty dotarł do najwyższych uniwersyteckich zaszczytów, że chciałoby się zobaczyć wszystkie te miejsca, w których kształcił się i dorastał. Mimo, że uczył się źle, siedział po dwa lata w jednej klasie, nauczyciele na niego narzekali, zdarzyło mu się za złe zachowanie siedzieć w karcerze 12 godzin to odwiedzając po latach Księstwo napisze -  od kilku lat włócząc się po świecie, uczułem jakąś nieokreśloną tęsknotę za owym kawałkiem kraju, gdzie przeżyłem najrańsze dni nie bardzo wesołego życia, gdzie mnie uczono czytać, pisać i rachować. * Aby chwilę później dodać, że rachować nie nauczono go wcale. Inowrocławianie pamiętają o swym krajanie, uhonorowano go pomnikiem, nadano jego imię Liceum Ogólnokształcącemu, powstało też Muzeum Jana Kasprowicza. Szalenie lubię takie małe muzea. Mają niepowtarzalny klimat i dają się łatwiej zapamiętać.  Dodatkową zachętą do odwiedzin była odbywająca się tam wystawa Sztuki Polskiej z kolekcji Antoniego Michalaka (z takimi nazwiskami, jak Wyspiański, Kossak, Okuń, Fangor, Kobro). Nie wszystkie dzieła z tej wystawy przypadły mi do gustu, ale obrazy i szkice z nurtu impresjonistycznego (malarzy młodopolskich) oglądałam z ogromną przyjemnością. Jak podczas każdej wizyty znalazłam sobie nie znane mi wcześniej nazwisko malarza, którego pracami się zainteresowałam. Tym razem padło na Stanisława Czajkowskiego - uczeń Gersona, Mehoffera, Wyczółkowskiego a w końcu samego Stanisławskiego. Urzekło mnie jego Notre Dame w Paryżu, a potem obejrzałam kolekcję bardzo przyjemnych dla oka obrazów w internecie. W Muzeum wyodrębniono salę, w której można obejrzeć najbardziej znanych Inowrocławian pędzla pana Mariana Adamczyka; poza innymi portretami znajduje się tu też portret przedwojennego prezydenta miasta Apolinarego Jankowskiego, któremu miasto zawdzięcza bibliotekę, pomnik Kasprowicza oraz lotnisko. Jestem pod wrażeniem nie tylko ciekawych eksponatów, ale i profesjonalizmu pań tam pracujących. Jeśli tylko któraś z pań zauważyła zainteresowanie zwiedzającego natychmiast służyła z objaśnieniami. Może to dziś standard, ale nie często się z nim spotykam. Miałam taki epizod w życiu - praca w Muzeum i wiem, że oprowadzanie, czy informowanie zwiedzających nie należało do obowiązków opiekunów ekspozycji muzealnych (tak wówczas nazywało się to stanowisko).

Stanisław Czajkowski

Na piętrze znajdują się wystawy poświęcone Janowi Kasprowiczowi, Stanisławowi Przybyszewskiemu oraz zrekonstruowany gabinet warszawskiego mieszkania Stanisława Szenica. Kolejne do kolekcji nazwisko. Szenic był urodzonym na początku ubiegłego stulecia prawnikiem, pisarzem oraz kolekcjonerem przedmiotów artystycznych (między innymi książek, litografii, rycin, porcelany, przycisków szklanych, rzeźb, obrazów). Cała kolekcja jest niezwykle ciekawa, ale mnie najbardziej zaciekawiły szklane kule służące jako przyciski do papieru. To chyba odezwały się jakieś niespełnione dziecięce marzenia, ale te kolorowe kule przyciągały wzrok silniej niż cała reszta. Przyciski eksponowane były w korytarzu co uniemożliwiło zrobienie dobrego zdjęcia. Niejakie, choć mgliste wyobrażenie o owych przyciskach do papieru mogą dać zdjęcia współczesnych szklanych kul. A wśród całej reszty kolekcji znajdowały się piękne stare meble, gotyckie i barokowe rzeźby, XVIII wieczna rycina Daniela Chodowieckiego. Okazale prezentowały się woluminy w niewielkiej biblioteczce.

W końcu  dotarłam do celu mojego zwiedzania, a były nimi sale Kasprowicza i Przybyszewskiego, gdzie znajdują się portrety pisarzy, ich rodzin, znajomych, ich zdjęcia, dzienniki, rysunki, książki przez nich napisane i inne pamiątki.



Kolejnym ciekawym miejscem wartym odwiedzenia w Inowrocławiu są świątynie. Znajduje się tutaj jeden z najstarszych na Kujawach kościołów zbudowanych w stylu romańskim. Ufundowany przez księcia Leszka syna Bolesława Kędzierzawego powstał pod koniec XII lub na początku XIII wieku. Mowa o kościele imienia Najświętszej Marii Panny, zwanym Ruiną (nazwę tę nadano na początku XIX wieku, kiedy kościół został najpierw zdewastowany, a następnie zniszczony w pożarze, groziła mu katastrofa budowlana).  Na początku XX wieku jego odbudową kierował zasłużony dla miasta ksiądz Antoni Laubitz, późniejszy biskup, zasłużony w obronie polskości na ziemi Kujawskiej. W czasie okupacji przerobiony na magazyn mebli. Odbudowany po wojnie. Od 2008 roku ma rangę bazyliki mniejszej. Jakże żałowałam, że kościół był zamknięty na cztery spusty. Te niewielki kościółek, z grubymi murami i malutkimi oknami i półkolistą absydą budził ciekawość. Ostatnią romańską świątynią tego typu oglądałam na wycieczce szkolnej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Więcej szczęścia miałam idąc do Kościoła Św. Mikołaja. Ten powstały w XIII wieku, jako drewniana świątynia obiekt (po dwukrotnym spłonięciu) odbudowano jako murowany w XV wieku, po wielu przeróbkach od stylu gotyckiego, przez barokowy po rekonstrukcję po przełomie XIX i XX wieku w stylu neogotyckim.  Odbywały się tu ważne wydarzenia historyczne;  na początku XIV wieku papież ogłosił w sporze pomiędzy Polską a Krzyżakami zwrot przez Zakon Pomorza Polsce, tutaj pertraktowała królowa Jadwiga z Wielkim Mistrzem Zakonu w sprawie pokojowego zakończenia sporu, tu w końcu przepowiedziała klęskę Krzyżaków pod Grunwaldem. Na początku XX wieku wikariuszem był tutaj wspomniany wcześniej ksiądz Antoni Laubnitz, późniejszy biskup gnieźnieński, społecznik i przyjaciel (jeszcze z czasów gimnazjalnych) Jana Kasprowicza.

Być może dzięki trwającym wewnątrz pracom budowlanym udało mi się wejść do środka i obejrzeć ten ważny dla miasta zabytek.

Kiedy przyjechałam do Inowrocławia byłam zawiedziona ubogą ofertą kulturalną, w centrum kultury nie odbywały się żadne przedstawienia, w muszli koncertowej nie było koncertów, a dwa kina miały tak ubogi repertuar, że nie zachęcały do odwiedzenia. Może trafiłam na martwy sezon (początek września). Okazało się jednak, że nawet w tym małym miasteczku jest parę rzeczy do obejrzenia. Mnie kilka dni pobytu nie wystarczyło do zobaczenia wszystkiego co sobie zaplanowałam. Miały być jeszcze wycieczki do Kruszwicy i Strzelna. Na szczęście Inowrocław leży blisko Gdańska, więc na pewno tam wrócę.

Jako, że w zeszłym tygodniu (12.12) minęła 160 rocznica urodzin Jana Kasprowicza zakończę jego słowami: Ten jest najszczęśliwszy z ludzi, komu zapału do ksiąg nikt nie ostudzi. 

*cytat z Czasu nasturcji Barbary Wachowicz Wydawnictwo Sport i Turystyka 1089 r.

sobota, 6 lutego 2016

Marie jego życia Barbara Wachowicz



Kobiety w życiu artysty to temat ciekawy, w życiu pisarza arcyciekawy. Zwłaszcza, jeśli pisarz związany był z wieloma. Co prawda pięć Marii w życiu Sienkiewicza w dzisiejszych czasach to zaledwie pięć, w czasach jemu współczesnych to aż pięć, zważywszy, że trzy z nich zostały jego żonami. Czy zatem miał szczęście w miłości, czy raczej pecha nasz pierwszy noblista. 

Na przeszkodzie zawarcia związku z pierwszą Marią (Kellerówną) stanęli rodzice, którym nie odpowiadała pozycja społeczna debiutującego literata, śmiałość (a może odmienność) poglądów, a także podejrzenie „związku” z aktorką Heleną Modrzejewską. 
Drugą Marię (z Szetkiewiczów) co prawda poślubił, ale szczęście trwało krótko. Wątłego zdrowia Marynia obdarzywszy go dwójką dzieci poważnie się rozchorowała i po kilkunastu miesiącach zagranicznych kuracji obumarła go nieboga. 
Trzecia Maria (Romanowska – Wołodkowiczowa) za sprawą swej przybranej matki ściągnęła na znanego już pisarza odium skandalu porzucając w sześć tygodni po ślubie. 
Czwarta Maria (Radziejowska) sama nie bardzo wiedziała, czego pragnie, najpierw unikając pisarza, a kiedy zdała sobie sprawę ze swoich uczuć On był już zajęty inną. 
I w końcu piąta Maria (Babska) daleka kuzynka stała się wierną towarzyszką ostatnich lat życia pisarza, zapewniając mu oparcie i będąc podporą, wierną towarzyszką życia, opiekunką jego dzieci, gospodynią w Oblęborku. 
Czy zatem można powiedzieć, iż pisarz miał pecha lokując swe uczucia tak niefortunnie. Wszak wszystkie (może poza Romanowską, pierwowzorem Linettki Castelli z Rodziny Połanieckich) darzyły go uczuciem. 
Tyle, że na przeszkodzie tych uczuć stawali a to rodzice, a to choroba, a to niezrównoważenie panny. 
Pani Barbara która pisarza darzy wręcz uwielbieniem ubolewa, że nie trafiła mu się miłość wielka i romantyczna, miłość, jaka stała się udziałem jego literackich bohaterów; Kmicica i Oleńki, Petroniusza i Eunice, Marka Winicjusza i Liwii, czy choćby Połanieckiego i Maryni. 
Książka powstała w wyniku analizy listów, pamiętników oraz wspomnień członków rodziny Sienkiewicza, przyjaciół oraz krewnych jego wybranek serca. Wiele tu ciekawostek, odniesień do literackich bohaterów, trochę historii. Trzeba docenić dociekliwość autorki w poszukiwaniu źródeł. Czytało mi się dobrze, aczkolwiek nie tak dobrze, jak Czas nasturcji. Być może z powodu sposobu wplatania cytatów w treść fabuły, w taki sposób, że trudno było mi oddzielić gdzie kończy się cytat, a gdzie zaczyna treść. Może też dlatego, że cytaty pozbawione są przypisów. Zauważyłam też niekonsekwencję w stosowaniu obcojęzycznych zwrotów, niektóre zostały przetłumaczone na polski, inne pozostały wyłącznie w oryginalnej wersji językowej. Ale to taka drobna przeszkoda, bowiem książkę (ok. 400 stron) przeczytałam w dwa dni.  
Tym, co raziło mnie w osobie pisarza były zdrobnienia. Sienkiewicz miał denerwującą manierę stosowania zdrobnień; pełno tu kociątek, rączętek, nóżynieczek, pyszczeczków i innych niuniunieczków. 
Pomiędzy opisem uczuć (listy pisarza pełne wspomnianych wyżej spieszczeń) odnajdujemy informacje na temat; początków literackiej kariery, licznych podróży, funduszu im. Maryni na rzecz zagrożonych chorobą piersiową artystów, jego stosunku do Ojczyzny, odbioru nagrody Nobla. To one wzbudziły moje największe zainteresowanie, ale to uczucia i ich adresatki są głównym tematem książki. 
Największą sympatią autorki cieszy się pierwsza żona pisarza. 
Bez niej nie mielibyśmy może ani Ogniem i mieczem, ani Potopu, bo ich autorowi przyzwyczajonemu dotychczas do kilkunastu fejletonowych nowelek, zbrakłoby wytrwałości do napisania obszerniejszych rozmiarów powieści. Ona przytłumiła w nim tę pesymistyczną nutę, która dźwięczała zawsze trochę rozpaczliwie we wszystkich jego poprzednich utworach, ona rozpogodziła ten umysł, co zbyt czarno zaczął już na świat patrzeć: ona była największym na ziemi jego uczuciem, przyjaciółką, powiernicą, doradczynią, krytykiem i jedyną osobą, o której sąd i zadowolenie dbał istotnie (pisze za Antonim Zalewskim Str.197 Marie jego życia Wydawnictwo literackie Kraków 1973 r. wydanie II).
Ze wszystkich pięciu Marii najbardziej interesująca wydaje się druga żona pisarza. Intrygujące są motywy, jakimi kierowała się decydując się na małżeństwo, a następnie ucieczkę od męża podczas miodowego miesiąca. 
Cytując jej syna z drugiego małżeństwa nie odnajdujemy wyjaśnienia:
Jeszcze sześć lat przed ,śmiercią matka zapytana o Sienkiewicza mówiła o nim z wielkim uznaniem. Że genialny pisarz, wielki patriota i prawdziwy gentelman. Zapytałem;- Dlaczego wyszłaś za niego? Dla pieniędzy? Dla sławy? – Zaprzeczyła gorąco; Nigdy w życiu. (Str. 270) 
Może  podobnie, jak Linettka Castelli była ona bezwolną marionetką w ręku swej opiekunki.
Sienkiewicz nie miał szczęścia w miłości (jedną stracił zbyt szybko, inną odnalazł zbyt późno), ale to one były jego natchnieniem i to także im zawdzięczamy Trylogię, Rodzinę Połanieckich, Quo vadis, Krzyżaków. 
A na koniec cytat dotyczący pojęcia starości na przestrzeni wieków, który zawsze bawi, zwłaszcza, kiedy jest się w podeszłym wieku:
Jest tu w Uffie właśnie niejaka Drozduczulska i choć niewiasta w podeszłym wieku (ma już 36 lat!!!), lecz o ślicznym głosie i „włoskiej metodzie” (str.131).
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny.  W bieżącym roku przypada setna rocznica śmierci naszego pierwszego noblisty, więc dobrze byłoby sobie go przypomnieć. Ja zamierzam sięgnąć po którąś z biografii. 
Czy możecie mi coś polecić?  

sobota, 29 listopada 2014

Hurtowo o książkach (Sven Hassel, Desmond Seward, Barbara Wachowicz i Zbigniew Uniłowski)

Zlikwidować Paryż Sven Hassel
Nie wiem skąd wpadłam na pomysł zakupu tej książki. Myślę, że tytuł zadziałał jak magnes. Ach ten Paryż – miły sercu w każdej odsłonie. Od wszelkich romansopodobnych skutecznie odstraszają różowo-lukrowe okładki, natomiast w tym przypadku zwiodła mnie stonowana czarno biała szata. Ponadto kołatały się gdzieś w głowie echa telewizyjnego programu o generale von Choltitz i jego roli w nie … zburzeniu (ocaleniu?) Paryża. Sven Hassel, duński żołnierz armii niemieckiej zesłany do jednostki karnej Wermachtu opisał własne przeżycia udziału w walkach na froncie zachodnim. Książka nie jest zła, tyle, że wtórna. To, co było świeże i nowe u Remarque`a w Na zachodzie bez zmian tutaj wydaje się zaledwie powieleniem pomysłu niemieckiego pisarza i nie zmienia tego kilkakrotne powołanie się na książkę. Ciekawe są natomiast rozpoczynające każdy rozdział wstawki będący fabularnym przedstawieniem autentycznych wojennych epizodów. Uważam, że książka byłaby o wiele ciekawsza, gdyby autor poszedł w kierunku rozwinięcia tych epizodów. Atutem książki jest znajomość wojennych realiów i obrazowy sposób ich opisania oraz ciekawa galeria typów spod ciemnej gwiazdy. Nie znalazłam jednak w książce nic odkrywczego.  
Caravaggio Awanturnik i geniusz Desmond Seward 
W biografii o malarskim geniuszu najciekawszy okazał się obraz życia i stosunków społecznych barokowej Italii (Rzym, Mediolan, Neapol) oraz oblicze Malty i Zakonu Maltańskiego ze schyłkowego okresu życia Michelangelo da Caravaggio. O samym malarzu dowiadujemy się niewiele więcej niż można przeczytać w encyklopedycznej notce w wikipedii. Burzliwe życie wielkiego geniusza, jego trudny porywczy, kłótliwy charakter opisuje autor w sposób suchy, bezbarwny i mało ciekawy. Wielka to szkoda, bo życie malarza to gotowy scenariusz filmowy. Autor zadał sobie wiele trudu, aby dotrzeć do źródeł, które wydają się niezbyt bogate. Są to głównie świadectw współczesnych malarzowi włoskich biografów. Seward przedstawia wiele informacji na temat malarza, wiąże jego zachowania z charakterem epoki, próbuje go nawet usprawiedliwiać okolicznościami, widać, iż lubi swojego bohatera, choć nie jest wobec niego bezkrytyczny. Jednak sama biografia, jest napisana w sposób dość nużący. Tę niewielką objętościowo książeczkę (179 stron) czytało mi się ciężko i długo. Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny. 
W ojczyźnie serce me zostało Barbara Wachowicz 
Książka stanowi udokumentowanie wystawy fotograficzno - literackiej zorganizowanej przez panią Barbarę Wachowicz w kilku miastach Polski w latach 1988-1990. Jest to zbiór zdjęć wykonanych podczas podróży odbytych szlakiem Mickiewicza, Słowackiego, Orzeszkowej, Reymonta, Żeromskiego i Wańkowicza okraszony fragmentami utworów naszych wielkich a także ich korespondencji i tego, co na ich temat pisali przyjaciele oraz badacze ich twórczości. Czarno - białe zdjęcia wykonane nieprofesjonalnym aparatem fotograficznym mają moc sprawczą przenoszenia w czasie. Patrząc na te niepodrasowane dzisiejszą obróbką zdjęcia można uwierzyć, że pejzaże, na które patrzymy są tymi samymi, które oglądali sto i dwieście lat temu nasi poeci i pisarze. Można by powiedzieć, że nic prostszego jak zamieszczenie wierszyka przy fotografii dworku, w którym gościł jego twórca. Ale to nie tak. Pani Wachowicz jest pasjonatką i ma dar wyboru tych najwłaściwszych wersów dla zilustrowania nastoju ducha, jaki towarzyszył podczas podróży. Z autorką mam tak, że kiedy zaczynam jej słuchać, czy czytać obawiam się przesady i patosu, a kiedy kończę dochodzę do wniosku, iż wszystko zostało pięknie wyważone. Podziw dla ukochanych pisarzy jest wyrazem szczerego zachwytu i nawet jeśli jest w nim nieco egzaltacji to mnie ona nie razi. I nie wiem, co bardziej mnie wzruszyło zdjęcia miejsc znanych, do których wyrywa się serce, zdjęcia miejsc, do których chciałabym, a nigdy nie dotrę, czy piękne strofy, które przypomniały mi, że kiedy i z poezją było mi po drodze (w tym ukochane strofy z Mickiewicza). Książka jest czymś więcej niż katalogiem z wystawy, bowiem zawiera jej pełną dokumentację, a jej wydanie uważam za bardzo dobry pomysł. Mając książkę w ręku miałam wciąż przed oczami blog Moje podróże literackie Agnieszki, która pięknie kontynuuje i rozwija pomysł pani Barbary. 
Wspólny pokój Zbigniew Uniłowski
Najlepszą pozycję zostawiłam sobie na deser. Wspólny pokój przedstawia życie kilku drugorzędnych przedstawicieli środowiska literackiego okresu dwudziestolecia międzywojennego w Warszawie. Od czasu do czasu padają znane nazwiska, choć występują one raczej rzadko. Powieść miała być (i w swoim czasie była) zjadliwym pamfletem na środowisko literatów okresu dwudziestolecia, lecz dziś największy jej walor upatruję w warstwie dokumentalnej. To znakomity obraz pewnego wycinka środowiska podany nieco archaicznym dla nas, ale ciekawym językiem tamtego okresu. Język nadaje klimat powieści i jest jej dodatkowym atutem. 
Opis życia pięciu mężczyzn i trzech kobiet, (panie stanowią jedynie epizodyczne, choć barwne tło wspólnego mieszkania), przedstawiony został w sposób niezwykle naturalistyczny. Fizjologia, brak intymności, znieczulenie, brudno, szaro i beznadziejne jest we wspólnym pokoju. Połączeni nędzą, brakiem perspektyw, zniechęceniem, snuciem wizji swego przyszłego losu często wdają się w kłótnie i awantury spowodowane koniecznością przebywania razem i brakiem intymności. Za dnia toczą zacięte dyskusje na temat kondycji literatury (z pojawiającym się często kompleksem niższości literatury polskiej wobec literatury europejskiej) oraz porządku społecznego (usprawiedliwiającego sposób zachowania bohaterów), nocami uskuteczniają wędrówki po lokalach za pożyczone lub wyłudzone pieniądze. Poniżej cytat jednego z bohaterów - Lucjana, będącego alter ego pisarza.
Nie chciałbym być czytanym przez samych rodaków, którzy by mówili, że mam serce płonące miłością do ojczyzny, że pragnę jak najlepiej i tak dalej. Serce Tomasza Manna też bije dla Niemiec, co mu nie przeszkadza być czytanym przez całą Europę. Te grzecznościowe nagrody Nobla dla Sienkiewicza i Reymonta niczego nie dowodzą, Diabli biorą, kiedy się weźmie do ręki współczesną książkę miernego nawet pisarza Niemiec czy Francji; od razu się czuje tę rasę, poziom, kulturę i te rzeczy tłumaczy się u nas, czyta się je, oni nie potrzebują robić tak jak my, żeby nasz Pen Club musiał płacić za wydanie w obcym języku jakiegoś Kadena czy cholera już wie kogo. Czy zastanawiałeś się, że poza paroma poetami i jednym Prusem nie mamy właściwie literatury?.. My nie zdajemy sobie sprawy, że artysta jest przede wszystkim dla świata, a potem dla narodu.
Książka przypomina mi w klimacie Zaklęte rewiry (znane jak dotąd wyłącznie w formie ekranizacji), choć książka Uniłowskiego powstała wcześniej. Polecam gorąco i nie zrażajcie się, jeśli nie wciągnie was od samego początku, jak to było w moim przypadku.

Dzisiejszy wpis dość długi, ale mam świadomość tego, że w hurtowni szuka się przede wszystkim tego, co przeczytało się, lub chciałoby się przeczytać samemu.

wtorek, 26 listopada 2013

Czas nasturcji Barbara Wachowicz (audiobook)



Czasami kilka miesięcy po lekturze pozostają z niej jedynie mgliste wrażenia, innym razem mimo upływu czasu lektura tkwi żywo w pamięci. Książka pani Wachowicz zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Czas nasturcji ścieżkami Kasprowicza to połączenie biografii poety z historią miejsc i osób, z którymi twórca był związany.
Pani Wachowicz wychodzi z założenia, iż człowiek bez korzeni jest niczym liść na wietrze, stąd pisząc o każdym z miast, w których Kasprowicz mieszkał pisze trochę o historii każdego z tych miejsc i pisze o jego wcześniejszych mieszkańcach, którzy wywarli wpływ na osobowość poety. Pisze o tradycjach i zwyczajach, szacunku dla człowieka, pogardzie dla pieniądza, miłości do języka, historii, ojczyzny.
Kasprowicz pochodził z wielodzietnej, bogobojnej, kultywującej tradycje chłopskiej rodziny. Mały Janek od dziecka kochał muzykę i to ona miała ogromny wpływ na jego wrażliwość, sposób patrzenia na świat oraz twórczość (vide jego Hymny, czy Księga ubogich z cytowanym niedawno na tym blogu Rzadko na moich wargach). Jest w nich rym i rytm.
Umiłowanie ty moje!
Kształty nieomal dziecięce!
Skroń dotąd nie pomarszczona,
Białe, wąziutkie ręce!
Lubię, gdy stajesz, ze mną
Na tym tu wiejskim balkonie,
Który poczerniał od deszczów,
Lecz dzisiaj mi w blaskach tonie.
Lubię, gdy z tego dzbana
Podlewasz kwiaty na grzędzie,
Marząca lub głośno mówiąca,
Jaka to rozkosz z nich będzie!
Lubię, gdy siedząc przy stole,
Sięgasz po kromkę chleba
I dzieląc ją, dajesz mi cząstkę,
Czy trzeba mi, czy nie trzeba.
 

Autorka Czasu nasturcji pisze o dzieciństwie w Inowrocławiu i o szkole, w której mówiło się w obcym języku, o ledwie średniej nauce Jasia, o Poznaniu, gdzie spędził młode lata, o jego historycznych bohaterach (dawnych rycerzach, piastowskich królach), a także o współczesnych Jankowi mieszkańcach tego grodu walczących o zachowanie narodowej tożsamości (Cegielski, Marcinkowski, Libert, Chłapowski). Pisze o Lwowie, gdzie udał się po pobycie w więzieniu za działalność socjalistyczną. To miasto poeta darzył szczególnym uczuciem; wszak spędził tu 35 lat życia zajmując się działalnością dziennikarską, krytyką literacką, działalnością teatralną, a także bywaniem na salonach. Jest tu mowa zarówno o pierwszych próbach literackich, zaangażowaniu w działalność społecznikowską, idealistycznej wierze w możliwość zmiany stosunków społecznych, jak i historia trzech małżeństw (z Teodozją Szymańską, Jadwigą z Gąsowskich oraz Marusią Bunin), z których dopiero ostatnie było szczęśliwe. Są ukochane Tatry i willa Harenda, w której spędził ostatnie lata życia. Jest Harenda ostatnim portem-przystanią, do którego dotarł po zawirowaniach i życiowych burzach. Pani Wachowicz pisze tak pięknym językiem i tak sugestywnie, że przeczytawszy (wysłuchawszy) pierwszych rozdziałów książki zajrzałam do rozkładu jazdy chcąc sprawdzić, jak długo potrwała by podróż do Inowrocławia, ponieważ zamarzyła mi się wycieczka śladami Kasprowicza.  Jest tu opisany los poety, który z wiejskiej chaty dotarł na szczyt uniwersytecki zdobywając najwyższe laury.
Doświadczenia biedy domu rodzinnego, samotności, nieudanych związków, odosobnienia, próba odnalezienia własnej tożsamości, szukanie porozumienia z Bogiem, hołd pięknu ziemi ojczystej - wszystko to owocuje przepiękną poezją. Fragmenty utworów cytowane w książce poruszają prostotą i pięknem, a pisze to osoba, która od lat deklaruje swą niekompatybilność z utworami pisanymi wierszem. Ta poezja jest tak niewyszukana i daje tak czytelny przekaz, że można się w niej rozanielić i roznamiętnić.

Lubię, gdy gubiąc się w dali,
Gdzie Wierch się rozsiadł Lodowy,
Czoło, przyćmione zadumą,
Do mojej tulisz głowy.
Ale najbardziej ja lubię
Ciekawość, co z oczu ci tryska,
Gdy wracam, jak zwykle, od pola,
Od lasu, od rzeki łożyska.
Gdy wracam z codziennej drogi,
Cały rozpłomieniony,
Pytasz się, cała w płomieniach,
Jakie przynoszę plony?
Czy w szumie wody lub drzewa
Nutę odkryłem świeżą
I czym już doszedł, co żyje
Za nieba i ziemi rubieżą?


I sama już nie wiem, co urzekło mnie bardziej; wzruszające losy człowieka i twórcy, jego walka z przeciwnościami losu, przyswajalność utworów, czy też piękna polszczyzna autorki. Wachowicz przedstawia życiorys poety w bardzo interesujący sposób, czuje się ogromną sympatię do obiektu badań, a jednocześnie nie jest to dzieło hagiograficzne. I chyba nie tylko moim zdaniem jest to świetnie napisana biografia człowieka, o którym do tej pory wiedziałam bardzo niewiele.
W czasach, kiedy patriotyzm jest pojęciem wyświechtanym i nadużywanym, autorka pisze o miłości do ojczyzny w sposób prosty, bez zadęcia, bez pompy, bez etykietek, bez nadmiernej egzaltacji (choć niektórzy właśnie egzaltację jej zarzucą), ale pisze tak, że to pisanie chwyta za serce, a czytelnik czuje dumę z przynależności do swojej nacji.

Czy mgły się przedarły, czym słyszał,
Jak dzisiaj, melodie skowrończe
I kiedy z zwątpieniem w pieśń własną
Raz ostatecznie zakończę?
Czy miałem tę szczęsną chwilę
Spojrzenia do głębi wnętrza,
By się przekonać, że jeszcze
Jakiś tam pokład się spiętrza?
Że w duszy niewyczerpanej -
Niech prawda ta będzie prawdziwa! -
Na hymn, co zagaśnie li z życiem,
Godnego starczy paliwa?
Strasznie to lubię, gdyż czuję,
W dolę zapatrzon wzajemną,
Że w takich mi drogich godzinach
Najbardziej żyjesz ze mną.
Umiłowanie ty moje!
Kształty nieomal dziecięce!
Skroń dotąd nie pomarszczona,
Białe, wąziutkie ręce!

Księga ubogich-księga XII

Moja ocena 5+/6