Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedeń. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 stycznia 2024

Muzeum historii sztuki w Wiedniu (część II)

 

Pomnik Marii Teresy z Muzeum Historii Sztuki (w tle)

Wielość dzieł sztuki w Muzeum nie pozwoliła wyczerpać tematu nawet przedstawiając go w tak skrótowy sposób. Stąd wpis kolejny.
Obrazy Caravaggia podziwiam od czasu kiedy oglądałam je w rzymskich świątyniach. To tam powinny się znajdować, w miejscach, dla których zostały stworzone. Nie wiem, czy Caravaggio był osobą wierzącą, w tamtych czasach chyba trudno byłoby nie być takową, ale na pewno świetnie znał Nowy Testament. Jego obrazy wskazują, iż doskonale znał biblijne przesłanie. Ich tematyka doskonale wpisuje się w sakralne otoczenie. Nie podzielali tego zdania dawni włodarze świątyń, dla których pokazanie w roli świętych zwykłych, prostych ludzi, często ze społecznego marginesu było nie dopuszczalne, a nawet bluźniercze. Znana kurtyzana w roli najświętszej panienki, czy uliczny nędzarz, jako apostoł lub święty to budziło oburzenie i sprzeciw.
Cierniem koronowanie Caravaggio
A jednak z czasem obrazy Michelangelo da Merisi (bo tak się nazywał malarz) coraz częściej zaczęły zdobić kościelne wnętrza. Dziś są one magnesem przyciągającym ludzi do odwiedzin świątyń, w których wiszą.  Sama podchodziłam kilkakrotnie do Santa Maria del popolo (Matki Boskiej wszystkich ludzi - piękne wezwanie), czy Bazyliki Sant` Agostino. Godziny otwarcia rzymskich kościołów to dla mnie zagadka do dziś, mimo wywieszonej informacji na kościele, czy w necie kilka razy odbijałam się od drzwi. W muzeum wiedeńskim znajduje się obraz Cierniem koronowanie Caravaggia. Obraz powstał w 1603 roku. Ma wymiary 127 na 165 centymetrów, czyli jest to dość duże dzieło, choć na monstrualnych kościelnych ścianach mogłoby ginąć. W scenie koronowania cierniem nie ma nic z boskości, a jest wiele z człowieczeństwa. Umęczony i poniżony człowiek z przechyloną na bok głową, na które twarz pada światło budzi nasze współczucie. Oprawcy, których twarze częściowo schowane są w cieniu są tu mniej ważni. Ich twarze są bez wyrazu, jakby mówili - my tylko wykonujemy rozkaz. Podobnie pilnujący zdarzenia żołnierz obojętnie patrzący na scenę. Słabość Jezusa-człowieka sprawia, że całym sercem jesteśmy z nim i chętni wyrwalibyśmy narzędzia męki z rąk tych, co nie wiedzą co czynią. W obrazach Caravaggio światło zawsze pada na ten fragment obrazu, na który malarz chce zwrócić naszą uwagę. Lubię Caravaggia za wprowadzenie pierwiastka ludzkiego do jego obrazów. Lubię też światło na jego obrazach, światło, które nazwałam boskim, bo uwypukla to co dobre, a skrywa to co złe. To ono sprawia, że Caravaggio jest niepowtarzalny.
Pieta Annibale Caracci
W tym samym czasie co Koronowanie cierniem powstała Pieta Annibale Carracci. Dziś Annibale jest mniej znany niż Caravaggio, czy Rafael, ale w czasach, kiedy żył i tworzył musiał cieszyć się dużym powodzeniem, o czym świadczy choćby to, że został pochowany w rzymskim Panteonie (tak przynajmniej podaje Internet). Jeśli to prawda świadczyłoby to o ogromnym poważaniu, jakim mógł się cieszyć za życia. W Panteonie pochowano niewielu Rzymian, w tym Rafaela i dwóch pierwszych władców zjednoczonego królestwa Włoch Wiktora Emanuela II i Umberta I. O Annibale dobrze wyrażali się i Caravaggio i Bernini - dwaj najwięksi przedstawiciele świata sztuki XVII wieku. Pieta powstała w latach 1603-1604 i ma wymiary 41 na 60,8 cm. W Piecie Carracciego układ ciała Chrystusa przypomina układ przyjęty przez Michała Anioła w watykańskiej piecie; bezwładne ciało osuwające się na kolanach matki, opadająca ręka, głowa odgięta do tyłu. Ciało Jezusa pozbawione jest oznak męki pańskiej, poza raną w boku przebitym włócznią. Nowością jest umieszczenie Jezusa i jego Matki nie na środku obrazu, a nieco po lewej stronie obrazu. Światło pada na bezwładne ciało Jezusa i twarz Maryi. Strona prawa skryta jest w cieniu, sprawia wrażenie zimnej i pustej. Maria opiera się o twardą, kamienną bryłę. Sarkofag? Twarze Chrystusa i Matki są umęczone cierpieniem. Stojące za Maryją aniołki próbują ją pocieszać. Co mnie zachwyciło w tym obrazie? Delikatność i kruchość postaci, no i oczywiście poświata nadająca całości odrealniony wymiar. Niebiesko blade światło padające na cały obraz, jedynie aniołki mające pocieszyć Maryję mają nieco żywsze kolory (co słabo widać na zdjęciu). Reszta jest stonowana, niczym naświetlona fluorescencyjną lampą, która wydobywa bladość ciała i twarzy. Nawet krajobraz za plecami Marii i jej syna mają wymiar księżycowy. I to właśnie ów klimat sprawił, że obraz zwrócił moją uwagę.
Tryptyk Madonna z dzieciątkiem Memlinga

Pozostając jeszcze w tematach religijnych nie mogłam przejść obojętnie wobec Hansa Memlinga i jego Tryptyku Madonny z dzieciątkiem.
W Gdańskim Muzeum znajduje się jeden z najbardziej w Polsce znanych obrazów malarstwa zachodniego Sąd ostateczny Memlinga. Pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą wskazując Damę z gronostajem Leonardo da Vinci znajdującą się w krakowskim muzeum Czartoryskich, czy Uczonego przy pulpicie lub Dziewczynę w ramie Rembrandta eksponowane w Galerii Arcydzieł na warszawskim zamku. Jednak będę się upierać, jako lokalna patriotka, iż dla mnie najważniejszym dziełem zachodu w Polsce jest Sąd Ostateczny Memlinga. Jest ważny dla mnie, gdyż towarzyszył mi przez lata. Był to jeden z pierwszych obrazów, któremu przyglądałam się tak dokładnie i tak często, jak żadnemu innemu.
Sąd Ostateczny Memlinga w Muzeum Narodowym w Gdańsku
Najpierw, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam muzeum, jeszcze jako dziecko (z tą nieodłączną dziecku wiarą w anioły i diabły i ognie piekielne, a więc po trosze z przestrachem, a po trosze z nadzieją), potem, kiedy pracowałam w Muzeum przez kilka miesięcy i codziennie przechodziłam obok (zaprzyjaźniłam się wówczas z zaludniającymi go postaciami), a później, kiedy z przyjaciółką oglądałyśmy go dywagując nad jedyną (naszym zdaniem) modelką, jaką pozyskał malarz (gdyż wszystkie kobiety wyglądały na tym obrazie identycznie, łącznie z długimi, rudymi, kręconymi włosami. Zapewne mało która chciała się rozebrać przed malarzem) i wreszcie, kiedy oglądałam go z moją matką chrzestną, a ona zastanawiała się, po której stronie wagi my się znajdziemy, czy w czeluściach piekielnych, czy na kryształowo zimnych schodach niebios (mam nadzieję, że jednak po żadnej ze stron).  Choć Memling jawił mi się, jako wielki artysta to miałam wrażenie, że to autor jednego obrazu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w Rzymie w Galerii Pamhilij Doria odkryłam Opłakiwanie Chrystusa. Był to obraz Memlinga nie robiący większego wrażenia, ot jeden z wielu, nieco naiwny w stylu malarstwa religijnego z końca XV wieku, ale to przecież „mój, a może raczej nasz” Memling. Jakże inny od Sądu ostatecznego. W wiedeńskim muzeum trafiłam na kolejnego Memlinga. Tryptyk Madonna z dzieciątkiem to obraz ołtarzowy. Na lewym skrzydle przedstawia Jana Chrzciciela, na prawym Jana Ewangelistę, a pośrodku scenę Adoracji Matki Boskiej z dzieciątkiem z aniołem oraz modlącym się donatorem opatem, Janem Crabbe. Obraz ten jeden z ostatnich obrazów mistrza Hansa nie zachwycił mnie przedstawieniem tematu, ot jeden z wielu podobnych, a jednak jest w nim jakiś ślad dawnej memlingowskiej liryki, no i jest to autor, do którego mam sentyment i zawsze chętnie będę oglądać jego dzieła, nawet, jeśli nie zawsze z zachwytem, to zawsze z przyjemnością.
Śmierć Kleopatry Guido Cagnacci
A teraz aby odejść nieco od świata religii do świata historii i mitologii zapraszam do obejrzenia Śmierci Kleopatry Guido Cagnacciego. Był to autor zupełnie mi nie znany przed wizytą w Wiedniu. Obraz powstał w latach 1659-1663, co oznacza, iż artysta pracował nad nim cztery lata. Mierzy 140 na 159,5 centymetrów. Obraz zwrócił moją uwagę połączeniem zmysłowości i intymności, śmierci i życia, spokoju i trwogi. Jad już przenika do krwi królowej, a ona spokojnie zasypia, jest półnaga, przysłonięta jedynie miękką materią od bioder do stóp. Na głowie ma koronę, w uszach kolczyki, a wąż jeszcze oplata jej rękę. Strwożone służki tłoczą się przy niej. Strwożone, bo wiedzą, jaki czeka je los. Ona siedzi dostojnie na tronie, jakby tylko zasnęła. Podobno malarz znany był ze zmysłowych portretów kobiecych, malował półnagie boginie, królowe, święte. Obraz, namalowany podczas pobytu na austriackim dworze bardzo spodobał się Leopoldowi I. Wcale się temu nie dziwię bo mnie spodobał się także. 
Judyta z głową Holofernesa Lucas Cranach Starszy
A teraz skierujmy się w stronę mitologii i przejdźmy do Judyty z głową Holofernesa Cranacha Lucasa Starszego. Tę mityczną historię z czasów Nabuchodonozora, kiedy wdowa po władcy zakrada się do obozu wroga, aby go w sobie rozkochać i w trakcie miłosnego aktu uciąć mu głowę przedstawia niemal każdy szanujący się malarz. Znamy choćby wersję baśniową Sandro Boticellego (Judyta krocząca przed służką niosącą w koszu na głowie odcięte trofeum), wersję namalowaną z kobiecego punktu widzenia przez Artemisię Gentileschi (zwłaszcza tę dotyczącą samego aktu zabójstwa, kiedy dwie kobiety szamoczą się z żyjącym jeszcze Holofernesem przykładając szablę do szyi mężczyzny), wersję ze światłocieniem Caravaggia, czy złotą wersję Klimta z silną kobietą i ledwie dostrzegalną głową wrogiego wodza. A to tylko kilka przykładów zapisu tej historii. W wiedeńskim Muzeum znajduje się odmiana niezwykle dystyngowana i elegancka namalowana przez Cranacha Lucasa Starszego. Judyta z wiedeńskiego muzeum (są dwie podobne wersje), jest długowłosą blond pięknością o subtelnej urodzie z wyrazem twarzy, która zastygła niczym maska obojętności. Kobieta ubrana jest dostojnie, jakby szła na bal, a nie wracała po dokonaniu mordu, w przepięknej aksamitnej sukni w odcieniu czerwieni (co podkreśla krwawy charakter zbrodni), w  charakterystycznym dla modelem Cranacha nakryciu głowy (niczym przekrzywiony na bakier naleśnik), w prawej dłoni trzyma wyciągnięty miecz, lewą przytrzymuje za włosy głowę Holofernesa, odciętą chwilę wcześniej. Jej twarz jest zimna i bez wyrazu, jakby spełniła swój obowiązek, a teraz wszystko jej jedno co się z nią stanie. Twarz Holofernesa wyraża bardziej zdziwienie, niż przerażenie, czy ból. Twarz zastygła w zdumieniu - o co chodzi, dlaczego, ta piękna i wątła kobieta zadała mi zdradziecki cios. Jeszcze przed chwilą leżała u mych stóp. Ale już z niego uchodzi życie i zdziwienie zamienia się w śmiertelną maskę.
Głowa Meduzy Petera Paula Rubensa

Kolejna mitologiczna scenka przedstawia głowę Meduzy. Meduza była najmłodszą z trzech sióstr Gorgon i w przeciwieństwie do swych sióstr nie była nieśmiertelną. Początkowo była piękną kobietą z długimi, bujnymi włosami, która za karę, iż ośmieliła się rywalizować z boską Ateną została zamieniona w odrażające stworzenie. Jej twarz okalały wijące się węże, a spojrzenie było tak przerażające, że wszystko na co spojrzała zamieniało się w kamień. Głowę Meduzy, źródło jej siły ściął przy pomocy Ateny Perseusz. I tą ściętą przez Perseusza głowę przedstawia Rubens.
Nie przepadam za malarstwem Rubensa, jego obrazy znane mi jedynie za sprawą puszystych modelek o rubensowskich kształtach nigdy nie budziły mojej sympatii. Nie trafiłam nigdy wcześniej na obraz tego malarza, o którym mogłabym powiedzieć, że mnie zachwycił. Ledwie mogłabym wymienić z pamięci parę jego obrazów; jak serię apoteozy Marii Medycejskiej (monumentalne dzieła zajmujące ogromną salę Luwru) czy Trzy gracje z Muzeum Prado w Madrycie (które z gracją niewiele miały wspólnego). No i trafiłam do Wiedeńskiego Muzeum i zobaczyłam Głowę Meduzy. Jest to najbardziej przerażająca wizja głowy meduzy, jaką widziałam. Nawet ta namalowana przez Caravaggia nie jest tak straszna, jak ta, która wyszła spod ręki Petera Paula Rubensa. Myślę, że sprawiły to wijące się wokół jej głowy węże, czerwona plama zastygłej krwi,  bladość lica Meduzy i jej zastygły w panice wzrok (ta, która przerażała innych sama została przerażona). Piękna w swej brzydocie jest ta Gorgona i porażająca jednocześnie. Wspominając Rubensa przypomniała mi się jego kopia Bitwy pod Anghiari – kopia obrazu Leonarda da Vinci. Ta kopia sprawia, iż Leonardo jeden jedyny raz w mojej ocenie wygrywa z Michałem Aniołem w potyczce prowadzonej na ścianach Palazzo Vecchio we Florencji. Kopia, która uświadamia nam, jak fantastyczne dzieło utraciliśmy.
Bitwa pod Anghiari kopia Rubensa z kartonu Leonarda da Vinci 
Po serii obrazów czas na rzeźbę. Nie ma jej może tak wiele w wiedeńskim muzeum, ale ta, która zdobi klatkę schodową (wspominaną we wcześniejszym wpisie) jest imponująca. Tezeusz walczący z centaurem Canovy ujął mnie z powodu klasycznego piękna materii i wykonania. Tezeusz był królewiczem i herosem w mitologii greckiej. Heros miał dwóch ojców wg legendy ateńskiego króla Egeusza i boga mórz i oceanów Posejdona. Mając takich ojców nie mógł nie wyrosnąć na herosa. W ilości bohaterskich prac chciał dorównać kuzynowi Heraklesowi. Najbardziej znany jest z pokonania Minotaura (syna królowej Krety) uwięzionego w Labiryncie. Stało się to dzięki pomocy księżniczki Ariadny i jego nici. Mit powszechnie znany w czasach mojej młodości, kiedy mitologia była lekturą szkolną, dziś zapewne uznany za wiedzę nieprzydatną do życia. Jednym z bohaterskich czynów Tezeusza było też pokonanie centaurów.
Tezeusz walczący z centaurem Antonio Canovy
Centaur to pół człowiek, pół koń. Centaury pojawiły się na weselu serdecznego przyjaciela Tezeusza i po spożyciu nadmiernej ilości trunków wdały w bójkę, a następnie rozochocone chciały porwać kilka kobiet gospodarzy. Tego Tezeusz i pan młody nie zdzierżyli i zabili paru napastników. Wówczas centaury które na chwilę się wycofały powróciły w większej ilości  odwetu. Szala zwycięstwa przechylała się to na jedną to na drugą stronę, aż w końcu dzięki bohaterskiemu Tezeuszowi i przy pomocy mieszkańców Tesali centaury zostały zwyciężone. Neoklasyczna rzeźba nawiązująca do antycznych wzorów przedstawia idealnych kształtów nagiego młodzieńca, wysportowanego i umięśnionego z pięknym nakryciem głowy (hełm przyozdobiony pióropuszem), który jedną ręką chwyta za gardło przeciwnika, kolanem przydusza go do ziemi, a uniesiona w drugiej ręce pałka zaraz spadnie na głowę centaura. Wydaje się, że Tezeusz czyni to jakby od niechcenia, w jego postaci nie widać wysiłku. Ekspresji nadaje całości wykrzywiony bólem wyraz twarzy centaura. Rzeźba – może poza tą abstrakcyjną - budzi mój ogromny szacunek i podziw. Zawsze zachwyca mnie to, jak człowiek z tak oporną materią, jak kamień, marmur mógł dokonać takich cudów.
Komentowanie - dostaję sygnały dotyczące problemów z komentowaniem. Nie znam powodów tych problemów. Ja sama mając takowe zmieniam przeglądarkę i działa. Przynajmniej dotąd działało. Sprawdzam też na bieżąco spam i nic tam nie trafia. Bardzo proszę o cierpliwość i podjęcie kolejnej próby za jakiś czas, bo wasze komentarze sprawiają mi radość i nadają sens pisaniu i publikowaniu.

czwartek, 4 stycznia 2024

Wiedeńskie Muzeum Historii Sztuki (część I)

Początek roku spędzam wspominając wrażenia z pobytu w Muzeum Historii Sztuki. 
Wnętrze Muzeum Historii Sztuki

Klatka schodowa
Ciekawy jest sam budynek muzealny - bliźniaczy ze stojącym po drugiej stronie Placu Marii Teresy budynkiem Muzeum Historii Naturalnej. Wybudowany w stylu włoskiego renesansu nie zachwyca z zewnątrz, w natłoku pięknych wiedeńskich budowli okalających Ring nie wyróżnia się szczególnie, za to wnętrze jest iście pałacowe. Decyzję o budowie obu muzeów podjął cesarz Franciszek Józef. Potrzebna była właściwa oprawa dla Habsburskiej kolekcji. Gromadzone przez wieki dzieła sztuki trzeba było godnie wyeksponować.
Zbiory narodowej pinakoteki zawdzięczają Austriacy umiłowaniu piękna przez przedstawicieli dynastii Habsburskiej. Kolekcja zawdzięcza swe początki XVI wiecznemu cesarzowi rzymskiemu Rudolfowi II. Był władcą Austrii, Czech, Węgier i Chorwacji. Zapisał się w historii, jako władca niezrównoważony, opętany szaleństwem, wyznawca kabalizmu i okultyzmu. Rudolf II był pasjonatem i kolekcjonerem dzieł sztuki. Kompulsywnie powiększał swoją kolekcję; sam zamawiał dzieła sztuki bezpośrednio u ich twórców, a jego posłańcy podróżowali po całej Europie dokonując zakupów obrazów. Miał w swojej kolekcji dzieła wybitnych malarzy XVI wieku. Zgłosił się do niego Arcimboldo chcąc zainteresować go swą sztuką. I zapewne mu się to udało.
Rudolf II jako Wertumnus

Znany jest wspaniały portret cesarza Rudolfa II, jako boga Wertumnusa stworzony z owoców i płodów ziemi (dziś obraz znajduje się w Szwecji. Wiele dzieł po śmierci cesarza uległo rozproszeniu po całej Europie). Ulubionymi malarzami władcy byli Peter Bruegel Starszy i Albrecht Dürer. Spadkobiercy Rudolfa dbali o jego zbiory i je powiększali, jednak największą zasługę miał w tym arcyksiążę Leopold Wilhelm (prawnuk Rudolfa). O ile pradziadek kierował się w zakupie dzieł sztuki gustem i swoim kryterium piękna, o tyle prawnuk obrał nowe kryterium - wartość historyczną dzieła. To on wprowadził zwyczaj opisywania dzieł sztuki notatkami o dacie powstania i pochodzeniu. Kolekcję powiększyła jeszcze cesarzowa Maria Teresa, a jej syn Józef II otworzył po raz pierwszy dla publiczności wspaniałą kolekcję habsburską. Miało to miejsce w 1781 r. czyli dwanaście lat wcześniej niż otwarcie Luwru. Dzisiejszą siedzibę narodowej galerii sztuki zaczęto wznosił sto lat później za Franciszka Józefa II. Podczas XIX wiecznej przebudowy Wiednia rozebrano stare mury i utworzono ponad pięciokilometrowy bulwar zwany Ringiem. Przy tej najbardziej reprezentacyjnej ulicy Wiednia usytuowano najważniejsze budowle; Ratusz, Parlament, Operę, Teatr i także wspomniane wyżej muzea.

Ja już wspomniałam w którymś z wcześniejszych wpisów moja znajomość z tym muzeum zaczęła się od klatki schodowej (i na tym zakończyła). Ponad trzydzieści lat temu podczas wycieczki do Wiednia udało mi się jedynie przestąpić próg muzeum i zobaczyć fantastyczną klatkę schodową. Powiedziałby ktoś, cóż może być ciekawego w klatce schodowej. Są jednak takie schody, które pozostają w pamięci na bardzo długo i przywołują miłe wspomnienia (jak schody w Pałacu w Casercie, czy spiralne schody w Muzeach Watykańskich). Nie zapamiętałam dokładnego wystroju wnętrza, malowideł na suficie, stojących u ich wierzchołka posągów i rzeźby, marmurów, złoceń, balustrad i kolumn i całej tej dekoracyjnej architektury wnętrza, ale zapamiętałam wrażenie jakie wywarła całość wówczas na mnie sprzed lat, zupełnie innej osobie. Był to może początek moich inklinacji w kierunku sztuki. Wrażenie monumentalności i piękna, estetyki i przyjemności, jakie sprawia obcowanie z takim wnętrzem sprawiło też pewien niedosyt. Niedosyt spowodowany zbyt krótkim przebywaniem w tym pięknym otoczeniu.

Oszustwo Gibeonitów wg Petera Coecke van Aelst (gobelin)
Teraz ponad trzydzieści lat po tym pierwszym spotkaniu zaczęłam zwiedzanie od wystawy gobelinów Rafael Złoto i jedwab (wystawa czasowa do 14 stycznia 2024 r.). Na zlecenie papieża Leona X (pierwszego z dwóch Medyceuszy na papieskim tronie) Rafael zaprojektował serię Apostołów w Kaplicy Sykstyńskiej. Według jego projektów oraz projektów Petera Coecke van Aelst (XVI wiecznego artysty niderlandzkiego) powstała seria pięknych gobelinów. Dla przykładu Oszustwo Gibeonitów Petera Coecke van Aelst. Autora drugiego gobelinu nie muszę przedstawiać. Ciekawą koincydencją było otrzymanie wieczorem tego samego dnia, którego oglądałam ów gobelin pozdrowień ze zdjęciem oryginału z Muzeów Watykańskich.
Fragment gobelinu Szkoła Ateńska wg Rafaela
Zbiory tego Muzeum są przeogromne, stąd nic dziwnego, że ogarnął mnie syndrom Stendhala (po raz kolejny w tym roku. Po raz pierwszy dopadł mnie w Konstancinie Jeziornej w Villi La Fleur). Kiedy po trzech godzinach oglądania zbiorów poczułam się już lekko zmęczona, ale przede wszystkim oszołomiona ogromem piękna i już miałam wychodzić trafiłam do sklepiku muzealnego, w którym widokówki reprodukcji przypomniały mi dzieła, jakich jeszcze nie obejrzałam. Wróciłam, żeby chociaż rzucić okiem na kolejne obrazy. Dzięki temu dotarłam na salę z obrazem Alegoria malarstwa Johannesa Vermeera. Jakie to szczęście. Nie odżałowałabym tej straty, nie przebolałabym, gdyby znowu ominął mnie kolejny Vermeer. Obiecałam sobie po amsterdamskim niepowodzeniu przy zakupie biletów na wystawę Vermeer wystawa wszech czasów, iż obejrzę przynajmniej te jego obrazy, które znajdują się w Europie. Alegoria malarstwa to ulubiony obraz malarza wśród historyków sztuki, podobnie, jak Dziewczyna z perłą jest ulubionym obrazem wśród publiczności (w czym spory udział ma kinematografia). Alegoria malarstwa to pean na cześć tej dziedziny sztuki, ale czy tylko. To nietypowy wśród obrazów Johannesa. Jest niezwykle duży (większość jego obrazów to obrazki o wielkości kilkudziesięciu centymetrów) liczy metr szerokości na metr dwadzieścia wysokości. Niezwykła jest też jego tematyka, pośród obrazów przedstawiających codzienne czynności życiowe; czytanie listu, granie na instrumencie, trzymanie okna, nalewanie mleka ten przedstawia akt tworzenia. Obraz doczekał się wielu interpretacji, ale do dziś nie wiemy, kim jest modelka w niebieskiej sukni z wieńcem laurowym na głowie i księgą oraz trąbką w ręku (przedstawiająca Muzę Klio), co autor miał na myśli, czyli co chciał nam przekazać. Co ma oznaczać wisząca na ścianie mapa, a co rozsunięta kotara. Obraz kryje w sobie wiele zagadek, bo i jego twórca stanowi dla nas zagadkę. Brak listów, pamiętników, brak dokumentów, wpisów w kronikach policyjnych (które wiele nam mówią np. o Caravaggio).
Alegoria malarstwa J. Vermeera (niestety zdjęcie marnej jakości)

Pracownia jest wyjątkowo uporządkowana, a malarz bogato i elegancko ubrany. Przedmioty znajdujące się na obrazie to atrybuty różnych dziedzin sztuki (malarstwa, poezji, muzyki, rzeźby, literatury czy architektury), a tytuł, jeśli nadany przez twórcę (w spisie obrazów po śmierci malarza nosi nazwę Sztuka malarska) przyznaje palmę pierwszeństwa jednej z nich. Nie to jednak jest ważne. Podobnie jak na innych obrazach Holendra najważniejsze są tu cisza i skupienie, nastrój intymności, światło padające na te elementy, które malarz chciał pokazać i cień, w którym pozostawił inne. To co u Vermeera przemawia do mniej najbardziej to cisza, spokój i poetyka obrazu, gra światłem i cieniem.

Ciekawa jest także historia obrazu. Początkowo miał pójść na spłatę wierzycieli malarza. Żona malarza chcąc go uchronić przed wierzycielami zapisała go swojej matce, jako spłatę długu zięcia wobec teściowej. Transakcję uznano jednak za nielegalną. Od 1813 roku obraz był własnością austriackiej rodziny Czerninów. W 1940 roku Jaromir Czernin sprzedał go Hitlerowi za sumę 1,65 mln ówczesnych marek. Spadkobiercy twierdzą, iż sprzedaż nastąpiła pod przymusem i walczą o prawo własności płótna, które dziś wisi w Muzeum Historii Sztuki.
Powrót z polowania/ Myśliwi na śniegu Peter Bruegel Starszy
Powrót z polowania, lub Myśliwi na śniegu Petera Bruegla Starszego to kolejny obraz, który zwrócił moją uwagę. Od dawna mam słabość do widoków zimowych przedstawionych w sztuce. Zawsze zwracałam uwagę na zimowe pejzaże (jak u Avercampa, czy choćby w Pejzażu zimowym z łyżwiarzami i klatką na ptaki tegoż Bruegla). Swoją drogą nie miałam pojęcia, iż Bruegel był uczniem wspomnianego wyżej Petera Coecke van Aelst (jak mogłam wiedzieć, skoro jeszcze do niedawna to nazwisko było mi zupełnie obce). Dla mnie Powrót z polowania to połączenie świata realnego ze światem fantazji. Sama zimowa sceneria ma w sobie coś z magii, biały puch, biała pierzynka, która zakrywa to co brudne i nieciekawe, a rzeczom brzydkim nadaje uroku. Jakże pięknie wyglądają suche badyle oszronione czy przyprószone śniegiem, czy nawet hałda śmieci pod śnieżną pierzynką. Widzimy tylko zewnętrzną powłokę rzeczy, a ich brzydkie wnętrze pozostaje ukryte. W Powrocie z polowania najważniejszy wydaje się Krajobraz, biały i czysty, ludzie są tylko jego dopełnieniem, scenerią; zarysem ciemnych postaci; powracający myśliwi, palący ognisko przed karczmą, niosący chrust, ślizgający się na zamarzniętym jeziorze.
Walka postu z karnawałem Peter Bruegel Starszy
Chyba nie tylko mnie obraz Myśliwi na śniegu skojarzył się z Zimowym pejzażem, bo oba były pretekstem do powstania utworu Jacka Kaczmarskiego pod tytułem Krajobraz zimowy.
Fragment utworu brzmi:

Człowiek w śniegu – krwi sczerniałej kropla
Ludzie w śniegu – urojenie roju
Drzewa w śniegu – żył i tętnic obraz
Domy w śniegu – Betlejem spokoju
Kruki na bieli – granatowe zabawki
Ponurzy anieli codziennej ślizgawki
Ludzie słabi, ludzie bezradni
Odstający w tłumie łyżwiarzy
Piruetem na mroźnej zapadni
Ocalają barwy swych twarzy
Niewidoczni, nieważni, niezgrabni
Ludzie wielcy – ludzie nadludzie
Co pojęli Kosmos i Boga
W rozśnieżonej się puszą tancbudzie
Na ułomnych wsparłszy się nogach
Krok mylących na lodzie, na złudzie
A jak już mowa o Kaczmarskim to nie mogłam nie pomyśleć o nim oglądając inny obraz Bruegla Walka postu z karnawałem. Na tym obrazie dużo się dzieje. Tak dużo, że aby dokładnie go obejrzeć należałoby spędzić przy nim co najmniej godzinę. Jest pełen znaczeń alegorycznych i jest swoistym komentarzem do sytuacji społeczno-religijnej. Zderzenie dwóch wizji świata – świętoszkowatego ascetyzmu, hipokryzji, powierzchowności i odrzucenia radości życia w oczekiwaniu na zbawienie w życiu przyszłym w opozycji do bezmyślnego rzucenia się w zabawę, skupienia na przyjemności bez jakiejkolwiek refleksji – stanowi uniwersalne przedstawienie dwóch światopoglądów.
I refleksja taka mnie dopadła oglądając owe dzieło na temat sprzeczności ludzkiej natury, którą spuentował w piosence Walka postu z karnawałem Jacek Kaczmarski:

Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku
Widzę co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku
Zmierzchem pójdę do kościoła, wyspowiadam grzeszki
Nocą przejdę się po rynku i pozbieram resztki

Z nich karnawałowo-postną ucztą jak się patrzy
Uraduję bliski sercu ludek wasz żebraczy
Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą
Dusza moja - pragnie postu, ciało - karnawału!
Giuseppe Arcimboldo  Lato 
Wspominałam wcześniej o malarzu nazwiskiem Arcimboldo. Po raz pierwszy oglądałam jego obrazy w paryskim Luwrze. Już wtedy zachwyciły mnie swoją pomysłowością. To malarz, który malował ludzkie portrety przy użyciu owoców, warzyw, płodów ziemi (trawy, zboża). Jego Portretu Rudolfa II jako Wertumnusa - boga przemian pór roku i dojrzewania plonów w mitologii rzymskiej przedstawianego często z liśćmi na głowie i z rogiem obfitości w ręku - w Muzeum Wiedeńskim nie ma. Są natomiast portrety Zimy i Lata, czy np. Ognia. Najbardziej okazały jest portret Lato z cyklu Pory roku. Kompozycja składająca się ze zbóż i dojrzewających latem owoców, pozornie chaotyczna jest przemyślana i składa się w harmonijny wizerunek człowieka. Podobno pierwowzorem był mieszkaniec habsburskiego dworu. Bibliofilom najlepiej znany jest portret bibliotekarza cały skomponowany z książek. 
Albrecht Durer Portret młodej wenecjanki

Portrety rzadko zwracają moją uwagę, ale jeśli już zwrócą to najczęściej jestem nimi zahipnotyzowana i nie dają mi długo o sobie zapomnieć. Do tego typu portretów należy portret młodej wenecjanki Albrechta Dürera. Twarz tej kobiety namalowana lekko z boku jest niezwykle delikatna i subtelna. Nie mam pojęcia, czy taką była modelka, czy to jej wyidealizowany wizerunek. Obraz pochodzi z 1505 roku z drugiej podróży malarza do Wenecji.
Dürer znany jest z serii autoportretów. Miałam okazję oglądać jeden z pierwszych jego autoportretów namalowany w wieku 13 lat (znajdujący się w Albertinie) i niezależnie od tego, czy idealizował swoich modeli, czy nie - nie można mu odmówić talentu.
Autoportret 13 letniego Durera w Albertinie
Idąc do Muzeum Historii Sztuki wiedziałam, że będzie tam Madonna w ogrodzie (zwana też Madonną na łące) Rafaela. W pierwszej chwili pomyliłam go z Piękną Ogrodniczką, który przedstawia także Madonnę, ze św. Janem i Dzieciątkiem. Powstał wówczas jeszcze jeden obraz o tej samej tematyce Madonna ze szczygłem.
Madonna na łące był prawdopodobnie pierwszym z tego cyklu obrazów. Namalowany został w 1506 r. dla Taddeo Taddei. Sprzedany został przez rodzinę Taddei arcyksięciu Ferdynandowi Karolowi w 1662 r. a ponad sto lat później za sprawą Marii Teresy udostępniony został publiczności w zbiorach Belwederu. Stąd znany jest też jako Madonna Belwederska.
Madonna w ogrodzie Rafaela
Madonna ma wyidealizowaną twarzyczkę, jak większość renesansowych madonn, twarzyczkę starożytnej bogini. Jest ona symbolem piękna nie tylko fizycznego, ale i tego duchowego. Jezus i mały Jan Chrzciciel wyglądają tu jak dwa małe cherubinki. I choć znajduje się tu symbol przyszłej męki Jezusa (krzyż w ręku Jana Chrzciciela) to obraz tchnie spokojem i niemal rodzinną sielanką.
I znowu wpis się rozrósł niebotycznie, a nie napisałam nawet o tych obrazach, które zrobiły na mnie największe wrażenie, albo zaciekawiły. Stąd pomysł podziału wpisu na więcej części (jeszcze nie wiem ilu).
Komentowanie - dostaję sygnały dotyczące problemów z komentowaniem. Nie znam powodów tych problemów. Ja sama mając takowe zmieniam przeglądarkę i działa. Przynajmniej dotąd działało. Sprawdzam też na bieżąco spam i nic tam nie trafia. Bardzo proszę o cierpliwość i podjęcie kolejnej próby za jakiś czas, bo wasze komentarze sprawiają mi radość i nadają sens pisaniu i publikowaniu.

niedziela, 10 grudnia 2023

Wiedeńskich spacerów ciąg dalszy - wokół Graben


Plac Graben
Kiedy mowa o Graben - placu, który (poza placami noszącymi miano świątyń, pomników i pałaców, jakie na nich usytuowano) jest najbardziej znanym wiedeńskim placem to nie sposób nie wspomnieć o Kolumnie Morowej. Kolumna, zwana też Kolumną Trójcy Świętej to najbardziej zadziwiający przykład wiedeńskiego baroku. Ja z uporem maniaka nazywam ją pomnikiem dżumy. Została wzniesiona przez cesarza Leopolda I na pamiątkę ocalenia go od epidemii dżumy w 1679 r. W tym miejscu grzebano zwłoki tych, którzy zginęli od zarazy. Początkowo stała tu drewniana kolumna, Dopiero po jakimś czasie zastąpiono ją marmurową wersją. To kłębowisko postaci sprawia ciekawe wrażenie, nie sposób zatrzymać wzroku na jednej postaci (taki tu tłum). Klęczy sam Leopold I, wokół i powyżej znajdują się liczne anioły, aniołki, symboliczne postacie z postacią Wiary górującej nad zarazą. Kolumna przyciąga wzrok i moje wyrazy uznania, dla tych, którzy będąc na Placu zauważyli dwie znajdujące się tu fontanny Józefa i Leopolda. Ja, nawet jeśli przechodziłam obok nie zwróciłam uwagi.


W bok od Placu Graben znajduje się wejście na Plac Święto Piotra. Jeśli ktoś ma skojarzenie z watykańskim Placem tego świętego niech je porzuci. Wiedeński plac to placyk wielkości małej działki budowlanej, na której znajduje się wciśnięta w otaczającą ją zabudowę świątynia. 
Kościół Św. Piotra na Placu Świętego Piotra


Kościół Św. Piotra
Nie miałam w planach wchodzenia do środka, bowiem w przeglądanym przed wyjazdem przewodniku nie wyczytałam niczego, co by szczególnie zwróciło moją uwagę. Oczywiście, w przewodniku każde miejsce opisywane jest w superlatywach, jako najstarsze, najpiękniejsze, największe, najbardziej znane, itd. Ani historii, ani anegdoty, ani któregoś z obrazów Caravaggio :) No nuda. Tymczasem, kiedy weszłam poczułam zawrót głowy od ilości dekoracji. Ja rozumiem, barok, złocenia, bogactwo, ale albo dawno nie byłam w tak zdobionej świątyni, albo ona jest wyjątkowa, albo jedno i drugie sprzęgło się razem. Rozumiem, że te przeładowane złotem świątynie nie u każdego budzą zachwyt, sama wolę te skromne kościółki z pojawiającym się gdzieś na ścianie wyblakłym freskiem, pięknym obrazem, czy rzeźbą, nie mniej ten kościół zrobił na mnie wrażenie.
Pierwszy istniejący w tym miejscu przybytek miał ufundować w 791 roku Karol Wielki. Niektóre źródła podają nawet, iż kościół istniał tutaj już w IV wieku. Zarówno jedna, jak i druga wersja jest interesująca. Ten istniejący współcześnie pochodzi z początku XVIII wieku. Budowę rozpoczęto pod kierunkiem Gabriela Montaniego, a ukończono na podstawie projektów pod kierunkiem Lucasa von Hildebranda, ucznia samego Carla Fontany. Studiował w Rzymie, nadzorował budowę wojskowych fortyfikacji dla Eugeniusza Sabaudzkiego we Włoszech, a po przyjeździe do Wiednia został nadwornym architektem Habsburgów. Jego dziełem są między innym Belweder (Dolny i Górny) i Hofburg. To on jest autorem lekko wgłębionej dwu wieżowej fasady i pokrytej miedzianą blachą kopuły kościoła św. Piotra. Jednak największe wrażenie robi jej bogate, barokowe wnętrze; złota ambona, złote ołtarze, złote zdobienia.
Wnętrze Św. Piotra

Najbardziej urzekły mnie kościelne ławki, bardziej przypominały stalle (siedzenia dla wyższego duchowieństwa) niż zwykłe parafialne siedziska. Są bogato rzeźbione od małych główek cherubinków na bocznych oparciach poprzez esy floresy z roślinno geometrycznych zdobień na placach ławek po urokliwe lampki - latarenki po bokach. Spotkałam się z takim oświetleniem po raz pierwszy. Myślę, że koncert w takim otoczeniu byłby ciekawym przeżyciem, choć może nadmiar bodźców nie pozwoliłby się skupić na muzyce. Codziennie odbywają się tu koncerty muzyki organowej. Oczywiście pod warunkiem, że siedzenie na twardej ławce nie dałoby się w kość naszym kościom ogonowym, co niestety na twardych kościelnych ławach zdarza się często. Podobno Kościół Świętego Piotra był ulubioną świątynią Sisi. Nie mam pojęcia, ile w tym prawdy, bo to informacja zaczerpnięta z internetu. Poniżej parę zdjęć z wnętrza świątyni.


Nieopodal Placu Graben idąc od Ringu w kierunku Placu Świętego Stefana znajduje się Nowy Rynek.
Plac, zwany kiedyś Rynkiem Mącznym, jest jednym z najstarszych w Wiedniu, pochodzi z 1200 r. Znajduje się tu dom mieszkalny z I połowy XVIII wieku. 
Widok z początku XVIII wieku (źródło)
Z Placu wchodzi się do Krypt cesarskich kościoła Kapucynów (o których pisałam tu). Moją uwagę zwróciła ciekawa fontanna, podobno uważana za najpiękniejszą w mieście. Ale to rzecz gustu. Mnie się spodobała na tyle, że poszukałam na jej temat informacji. Nazywa się Fontanną Donnera (od nazwiska twórcy - Georg Raphael Donner) lub fontanną Opatrzności. Pochodzi z 1739 r. Posągi pierwotnie ołowiane znajdują się dziś w Muzeum Baroku w Dolnym Belwederze. Pod koniec XIX wieku zastąpiły je kopie – posągi z brązu. Wokół siedzącej na podwyższeniu opatrzności bawią się wodą putta, a na obrzeżach fontanny alegorie czterech rzek (dopływów Dunaju). Bardzo ciekawa i dobrze wykonana fontanna sprawiała, że przystawałam przy niej ilekroć tamtędy przechodziłam.
Fontanna Donera

Jednak tym miejscem, do którego zmierza każdy turysta jest najważniejsza dla Wiednia świątynia - katedra Św. Stefana (nazywana też katedrą św. Szczepana). O ile kościół Św. Piotra to reprezentant baroku (przepych, dekoracyjność, teatralność), o tyle Katedra Św. Stefana to najwspanialszy przykład gotyku Wiedeńskiego (a nawet austriackiego).
Jak zawsze z katedrą problemem jest jej zmieszczenie w kadrze
Piętnaście lat temu został tu nagrany koncert Symphony of Vienna Sarah Brightman. Całość koncertu można obejrzeć tu  Na wideo można też zobaczyć wnętrze katedry. Od chwili obejrzenia koncertu marzyłam o tym, aby ponownie znaleźć się wewnątrz katedry i choć spróbować wyobrazić sobie, że jestem tam podczas koncertu. Aby wejść do świątyni nie trzeba biletu, ale już, aby przejść do nawy głównej i nawy znajdującej się po prawej stronie należy wykupić bilet (podobnie, jak przy wejściu do krypt, skarbca i na wieże). Ja zdecydowałam się wejść do nawy głównej, aby poczuć choć dalekie echo wrażeń sprzed lat piętnastu, usiąść w ławie, popatrzeć na organy towarzyszące wykonaniu Phantom of the Opera, a przy okazji przyjrzeć się detalom świątyni, odnaleźć te, które zapamiętałam z koncertu.



Świątynię konsekrowano w połowie XII wieku jako kościół parafialny poza murami miasta. Wiedeń obejmował wówczas okolice dzisiejszego placu Am Hof – czyli miejsce znajdujące się jakieś pięć minut drogi od katedry. Jedyną pozostałością romańskiego kościoła jest fasada z bramą głóną, słynną Bramą Olbrzymów. Nazwa pochodzi od legendy. Podczas budowania fundamentów miano się natknąć na olbrzymią, skamieniałą kość mamuta, którą zawieszono na architrawie (wisiała tam długi czas), jako pochodzącą z nogi olbrzyma.
Portal główny -Brama Olbrzymów
Co dziwne, z może zrozumiałe (nie jesteśmy historykami sztuki) informacje dotyczące datowania budowli, stylu, wyposażania umykają nam dość szybko, a legendy i anegdoty zapamiętujemy, jakby były czymś realnym. Po obu stronach romańskiej fasady znajdują się dwie wieże zbudowane na planie, zwane wieżami Pogan. Tym, co wyróżnia wiedeńską świątynię jest olbrzymia wieża główna, licząca 137 metrów wysokości stanowi najwyższy punkt orientacyjny w mieście. Nazywana jest pieszczotliwie Stefankiem. Jej budowę ukończono w I połowie XV wieku. Drugim wyróżnikiem katedry jest dach z wielobarwnych, łuskowatych dachówek. Katedra jest przepiękna i przebogata. Opis jej kapliczek, ołtarzy, posągów, obrazów mógłby zająć kilka wpisów.
Wieża Stefanek -prawie się zmieściła w kadrze

Ja jednak zwrócę uwagę jedynie na kilka wartych uwagi elementów. Przepiękna, bogato dekorowana rzeźbami i płaskorzeźbami, maswerkowymi zdobieniami ambona. Wykonana na przełomie XV i XVI wieku z piaskowca została ozdobiona postaciami świętych, a także popiersiem rzeźbiarza. Autorstwo przypisywane Antonio Pilgramowi zostało ostatnio podważone i wskazuje się na Mikołaja z Lejdy (twórcę nagrobka Fryderyka III Habsburga, o mowa niżej). Zarówno ambona, jak i prowadzące na nią schody otoczone balustradą są dekorowane ażurowymi maswerkami (z motywami geometrycznymi). Trudno oderwać wzrok od owej kazalnicy. Zarówno pod schodami ambony, jak i w bocznej nawie katedry umieszczono ciekawą rzeźbę twórcy ambony. Nazwaną ją Patrzący przez okno. Jest to mężczyzna trzymający w ręku cyrkiel i kątomierz i wyglądający przez okno.
Ambona





Wyglądający przez okno (twórca ambony) na ścianie nawy bocznej z przepiękną oprawą

Jednym z najcenniejszych zbiorów znajdujących się w świątyni jest Ołtarz z Wiener Neustadt.
Dzieło to pochodzące z I połowy XV wieku zamówione zostało przez cesarza Fryderyka III Habsburga. Nieznany jest jego autor, czy autorzy. Jest przykładem średniowiecznego poliptyku (nastawy ołtarzowej) wykonanej w drewnie i bogato polichromowanej. Ołtarz pierwotnie znajdował się w kościele przyklasztornym w Viktring, następnie w Wiener Neustadt, a dopiero pod koniec XIX wieku został umieszczony w Katedrze Św. Stefana. Znajdują się nań postacie Marii z Dzieciątkiem i św. Katarzyna i Barbara, a powyżej koronacja Marii Panny.
Ołtarz z Wiener Neustadt.
Po przeciwnej stronie świątyni znajduje się majestatyczny grobowiec cesarza Fryderyka III Habsburga wykonany z czerwonego marmuru. Jest to drugi pod względem wielkości nagrobek funeralny zdobiony płaskorzeźbami (technika bas-relief) w Austrii, zdobi go 240 rzeźb figuralnych. Zaprojektowany i zapoczątkowany został przez Mikołaja Gerhardta z Lejdy, przypuszczalnie nauczyciela Wita Stwosza. Zdołał on wyrzeźbić jedynie leżącego na sarkofagu cesarza i kilka postaci na postumencie. Resztę prac wykonali jego następcy dobudowując arkadową balustradę.
Grobowiec Fryderyka III Habsburga
Katedra jest miejscem ostatniego spoczynku nie tylko cesarza Fryderyka III, ale i paru innych władców i członków ich rodzin. Tutaj pochowano też Eugeniusza Sabaudzkiego (o którym wspominałam przy jednym z poprzednich wpisów, zleceniodawcę Belwederu). Katedralna krypta jest też miejscem spoczynku dwóch największych austriackich artystów doby baroku Johanna Lucasa von Hildebrandta (od Belwederu, Hofburgu i kościoła Św. Piotra) oraz Johanna Bernarda Fischera von Erlach (od kościoła Karola Boromeusza i Pałacu Schonbrun).
Katedra była świadkiem ślubu i ceremonii pogrzebowej Amadeusza Mozarta. Jak wynikałoby z pamiątkowej tabliczki uroczystości odbyły się w bocznej kapliczce katedry.
Kapliczka, w której brał ślub W. A. Mozart
Ja z oczywistych względów przyglądałam się małym organom w bocznej nawie, na których grał muzyk akompaniujący Sarah Brightman przy wykonywaniu utworu Upiór w Operze oraz dużym organom umiejscowionych nad wejściem głównym, gdzie stała artystka wraz z towarzyszącym jej wokalistą.
Organy główne nad wejściem do katedry
Katedra znajduje się na Placu Świętego Stefana. Vis a vis świątyni  znajduje się przeszklony budynek domu towarowego Haas Haus (zaprojektowany w 1985 roku). Jego wybudowanie w tym miejscu wzbudziło duże kontrowersje, jakie zwykle towarzyszą stawianiu nowoczesnych budowli nieopodal budowli historycznych. Mnie pomysł się spodobał, a zwłaszcza to, iż bryła świątyni w dobrą pogodę przepięknie odbija się w szybach domu towarowego. Rozumiem jednak, że nie każdemu ten pomysł odpowiada.

Dom towarowy Haas Haus vis a vis Katedry

czwartek, 7 grudnia 2023

Wiedeńskie spacery śladami jesieni i przeszłości

W Parku miejskim
Marzył mi się wypad przeplatany spacerami po wiedeńskich parkach. Powie ktoś, że to nie ta pora roku. Kiedy na dworze słota i deszcz, a rynki zdobią bożonarodzeniowe jarmarki nie czas szukać złotej  jesieni. Ale jak się człowiek uprze to nie ma siły, zmarznie, zmoknie a zobaczy, nie zawsze to, czego oczekiwał.


Przeczytałam, że najładniejszym wiedeńskim parkiem jest Burggarten, czyli Ogród Zamkowy. Z jednej strony otacza go Hofburg, z drugiej Albertina, wejście jest od strony Ringu. Służył rodzinie cesarskiej, jako prywatny ogród. Jego powstanie pośrednio zawdzięczamy Napoleonowi, który nakazał wysadzenie wałów obronnych przed pałacem cesarskim, bardziej zapewne ze względów psychologicznych niż strategicznych. To zdecydowało później o powiększeniu pałacu i upiększeniu terenu wokół jego murów. Dzięki temu w 1820 r. powstały ogrody Hofburga.
Ogród zamkowy Hofburga
Ogród jest nieduży, obeszłam go w dziesięć minut i ta jego klaustrofobiczność mi się nie spodobała. Zapewne, gdyby tak park znajdował się wokół mojego bloku bywałabym w nim codziennie. Jednak od wiedeńskiego królewsko-cesarskiego parku oczekiwałam większego rozmachu. Tyle, że zapewne, gdyby była taka możliwość ogród byłby dużo większy.

Pomnik Mozarta w Burggarten
Do parku weszłam od strony pomnika Mozarta. Przez chwilę zastanawiałam się nad imieniem muzycznego geniusza, z uwagi na świetny film Milosa Formana od razu nasuwa się Amadeusz, a przecież to było kolejne z imion twórcy. Swoją drogą Mozart stanowi wdzięczny obiekt selfie. Ilość chętnych do zrobienie zdjęcia niemal dorównuje tej, jaka gromadzi się pod Pocałunkiem Klimta w Belwederze.

Autorem pomnika jest Victor Tilgner austriacki rzeźbiarz. Ciekawostką jest to, iż należał do kręgu artystów, jakimi otaczał się hrabia Karol Lanckoroński ojciec Karoliny Lanckorońskiej. To on (Tilgner, a nie hrabia Lanckoroński) jest twórcą zdobiących Burgtheater postaci literatów i literackich bohaterów czy mitologicznych postaci. Pomnik Mozarta jest uważany za jego najwybitniejsze dzieło (powstał w 1896 roku). Rzeźbiarz zmarł w trakcie prac nad jego tworzeniem na atak serca. Stojący na wysokim postumencie muzyk sprawia wrażenie, jakby dyrygował orkiestrą. Postument otacza grono aniołków. Pomnik pierwotnie stał na Placu Albertina.
W Burggarten

Drugim ciekawym pomnikiem znajdującym się na terenie Parku jest pomnik Franciszka Józefa. Jest to replika autorstwa Josefa Tucha -ucznia Victora Tilgnera innego pomnika (wykonanego przez Johannesa Benka). Franciszek Józef doczekał się mnóstwa pomników, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, iż rządził przez 68 lat i cieszył się sporym poważaniem poddanych. Pomnik z Burggarten (pierwotnie przeznaczony do Parku Miejskiego najbardziej odpowiada moim wyobrażeniom o postaci cesarza. Niemłody już cesarz stoi wyprostowany i dumny, wygląda niezwykle dostojnie, a jednocześnie przyjaźnie, jak srogi, ale sprawiedliwy ojciec narodu.

Pomnik Franciszka Józefa w Burrgarten
Na terenie parku znajduje się jeszcze kilka pomników, jednak nie zdobyły one mojego zainteresowania. Spod przeszklonego budynku palmiarni rozlega się widok na niewielki akwen wodny z fontanną. Niestety podczas mojego pobytu akwen był tak zaśmiecony, że sprawiał niemiły widok, trudno też było zrobić zdjęcie, na którym nie byłoby widać całej masy plastikowych pojemników i papierowych pudełek. Samo otoczenie parku jest niezwykle dostojne. Budynek Hofburgu jest majestatyczny i bogato udekorowany, złota korona nad jego szczytem wskazuje do kogo należał. Liczne posągi i zdobienia ładnie prezentują się w słoneczny pogodny dzień. Kilka ławeczek umożliwia odpoczynek, jednak dość rześka pogoda temu nie sprzyja. Zapewne przyjemnie byłoby wypić kawę na dziedzińcu znajdującym się przed Palmiarnią, gdyby nie panująca tu temperatura. No cóż starsza pani przedkłada wnętrza nawet kosztem pięknych widoków. 
 
Z widokiem na Palmiarnię w Burggarten
Całkiem niedaleko Parku znajduje się Kościół Augustianów.
Nie nie będę opisywać jego ołtarzy, rzeźb, organów. Do kościoła wybrałam się z dwóch powodów. Po pierwsze był on świadkiem wielu ważnych uroczystości dotyczących rodziny cesarskiej, a tym samym ważnych dla dziejów Europy. To tutaj odbywały się zaślubiny cesarzowej Marii Teresy z Franciszkiem Stefanem Lotaryńskim. Ta rządząca czterdzieści lat cesarzowa mimo braku przygotowania miała opinię sprawnej władczyni. Dała Austrii szesnaścioro dzieci, z czego jedenaście córek. Ceremonia zaślubin w kościele Augustianów zapoczątkowała długie i szczęśliwe małżeństwo z człowiekiem uległym, kochającym, który mimo nadania mu tytułu cesarskiego nie miał dużego wpływu na politykę, był za to mecenasem sztuki.
Kościół Augustianów- świadek cesarskich zaślubin i pochówków

Kolejne zaślubiny nie były już tak szczęśliwe. Tutaj odbył się ślub per procura Marii Antoniny (córki Marii Teresy) z Ludwikiem XVI. Jako ciekawostka wszystkie córki Marii Teresy miały na pierwsze imię Maria, stąd można się pogubić wśród rodzinnych koligacji, biorąc pod uwagę, że cesarzowa zażyczyła sobie, aby wszystkie pierworodne wnuczki miały na imię Maria Teresa). Historię Marii Antoniny znamy doskonale - najsłynniejsza ofiara francuskiej gilotyny. Nieco mniej dramatycznie potoczyło się życie kolejnej Marii z rodu Habsburgów Marii Ludwiki, która została w tym kościele zaślubiona Napoleonowi Bonaparte. Wyszła za cesarza, kilka lat później cesarstwo upadło.

Wnętrze Kościoła Augustianów
Jednak najsłynniejszą ceremonią ślubną, jaka miała miejsce w kościele Augustianów był ślub Franciszka Józefa i Elżbiety Bawarskiej (znanej, jako Sissi). Prześliczna młodziutka dziewczyna, która już wie, że została skazana na życie w niewoli konwenansów i dworskiej etykiety, skazana na wieczną walkę z teściową idzie do ołtarza zapłakana. Zapewne otoczenie bierze to za łzy szczęścia, a może łzy emocji. Ma 17 lat i wie, że jej beztroskie i radosne życie się kończy. Nie wie jedynie, że przyjdzie jej zostać w tej złotej klatce czterdzieści trzy lata (najdłuższy okres panowania kobiety na cesarskim tronie w Austrii i najdłuższy okres cierpienia). Jej niedolę pogłębia wygłoszone przez arcybiskupa niezmiernie długi kazanie. Siedząc w pierwszej ławce świątyni przenoszę się do tego dnia który zapoczątkował serię tragicznych wydarzeń w życiu Elżbiety, życiu, które nadal wielu wyobraża sobie, jak spełnienie baśniowego snu o bogatym księciu i pałacowym życiu wśród luksusu i piękna.
 
Nagrobek Marii Krystyny dłuta Canovy

Tu też zaczęło się kolejne nieudane małżeństwo. Syn Elżbiety arcyksiążę Rudolf został przymuszony do poślubienia Stefanii Belgijskiej, kobiety, której nie kochał, a która ze względów dynastycznych została uznana za odpowiednią partię dla następcy tronu. I ten dzień był początkiem tragicznego końca w Meyerlingu.

Drugim powodem, dla którego odwiedziłam świątynię jest grobowiec arcyksiężnej Marii Krystyny, kolejnej z cór Marii Teresy (żony księcia Albrechta von Sachen-Teschen). Przepiękny nagrobek w postaci piramidy do której wnętrza zmierzają Maria Krystyna wraz z żałobnym orszakiem wykonał największy rzeźbiarz XVIII wieku Antonio Canova. Pełen dostojeństwa i zadumy nagrobek wykonano z karraryjskiego marmuru. Patrząc na ten grobowiec nie sposób nie pomyśleć o tym, który znajduje się w weneckiej świątyni Santa Maria Gloriosa dei Frai i upamiętnia samego Canovę.

Kolejnym parkiem, do którego kieruję swe kroki jest Park Miejski (Stadtpark). Pamiętałam go sprzed ponad trzydziestu lat, kiedy to stając przed pomnikiem Johana Straussa syna wyobrażałam sobie muzyczne koncerty na świeżym powietrzu, jakie wg słów przewodniczki miały się tam odbywać.
Pomnik Johana Straussa syna w Stadtparku
Marzył mi się taki koncert, jaki u nas odbywa się w Parku Łazienkowskim. Złoty pomnik i opowieści przewodniczki sprawiły, że park jawił się w mojej pamięci i wyobraźni ogromny i piękny i było mi żal, że nie mogę po nim pospacerować. Rozczarowanie też było ogromne. Park okazał się kolejnym niewielkim zielonym miejscem w mieście, a jego najświetniejszym punktem był właśnie pomnik muzyka. Słynny strumyk zwany Wiedenką przepływający przez park był zupełnie wyschnięty i wcale nie malowniczy. Nawet Pawilon kuracyjny Kursalon, w którym odbywają się koncerty muzyki mistrza wiedeńskiego walca nie przekonał mnie do tego parku. Zapewne zupełnie inaczej wyglądałby w moich oczach, gdybym odwiedziła go wiosną. Jest tam mały akwen wodny, który wynagrodził mi rozczarowanie parkiem.
Jesień w Stadtparku

Zapewne dziwnym wyda się mój zachwyt innym miejscem, miejscem które dla wielu jest mało sympatyczne i wywołuje nieprzyjemny dreszcz.
Nagrobek cesarza Karola VI-ojca Marii Teresy w Kryptach Kapucynów
Najważniejszą wiedeńską nekropolią są krypty znajdujące się w Kościele Kapucynów. Znajdują się tu 144 nagrobki przedstawicieli rodu Habsburgów, w tym 12 cesarzy i 15 cesarzowych. Znajdujące się tu głównie brązowe sarkofagi nagrobne wydają się imponujące, ale chyba największe wrażenie robi podwójna krypta stanowiąca miejsce pochówku Marii Teresy i jej małżonka Franciszka Stefana Lotaryńskiego. Podobno, kiedy pochowano Franciszka Maria Teresa często przychodziła tutaj posiedzieć przy jego krypcie. Wchodziła do tych zimnych, ciemnych pomieszczeń pełnych sarkofagów, rozświetlonych jedynie światłem pochodni albo świec. Byli zgodnym i szczęśliwym małżeństwem, a cesarzowa tęskniła za zmarłym i nie przeszkadzało jej upiorne otoczenie z prochami i szczątkami innych członków rodu. Na płycie grobowca znajdują się w pozycji półsiedzącej, półleżącej Franciszek i Maria. W narożnikach grobowca znajdują się korony Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Czech, Jerozolimy i Węgier.
Nagrobek Marii Teresy i jej małżonka

Nieco skromniejszy grobowiec należy do Franciszka Józefa (zmarłego w 1916 roku) ze znajdującymi się po bokach grobowcami Sissi (zabitej przez włoskiego anarchistę w Genewie) i arcyksięcia Rudolfa (który popełnił samobójstwo w Meyerlingu) Znajduje się tutaj także grobowiec zastrzelonego w Meksyku księcia Maksymiliana – brat Franciszka Józefa. Jak widać bycie członkiem rodziny cesarskiej
Zdobiące nagrobki memento mori
wiązało się z dużym ryzykiem utraty życia w okolicznościach nienaturalnych. Kiedy chowano Sisi panowała piękna tradycja przyjmowania zmarłych do Krypty. Orszak żałobny kołatał do drzwi a zakonnik pytał kim jesteś? Wtedy odpowiadano dwukrotnie wymieniając tytuły monarsze, na co Kapucyn odpowiadał nie znam cię. Na zadane po raz trzeci pytanie kim jesteś odpowiedziano Elżbieta biedna grzesznica drzwi Krypty zostały otwarte.


Nagrobki Franciszka Józefa, Sisi i Rudolfa

Na koniec park, który co prawda nie mógł zachwycić w szaro-burej jesiennej aurze, ale oczyma wyobraźni zobaczyłam go pięknym, w pełnej krasie. Jakże pięknie tam musi być, kiedy wszystko rozkwitnie, a słońce oświetli całość. 
Te ogrody wraz z rozciągającym się z nich widokiem fascynowały wielu artystów, w tym Bernardo Bellotto, znanego u nas jako Canaletto. O dziwo nazwa ta pochodzi od nazwiska wuja Canala, a nie od weneckich kanałów, które tak pięknie wymalował. Ponieważ Pałac Belwederski zbudowany dla księcia Eugeniusza Sabaudzkiego miał być jego letnią rezydencją nie mogło w nim zabraknąć ogrodów. Są to ogrody w stylu francuskim, czyli barokowe ogrody o regularnych kompozycjach roślinnych w kształcie różnych esów floresów, równo przystrzyżone udekorowane posągami, rzeźbami, fontannami. Niezwykle ładnie prezentują się na zdjęciach i obrazach.

Oglądany przez okno Belwederu ogród w całej jesiennej okazałości

Fragment Ogrodów z bliska

Rokokowy Sfinks w Belwederze


Widok z Belwederu Canaletta (muzeum sztuk pięknych. Niestety obraz wisi dość wysoko, więc jakość zdjęcia jest, jaka jest)