Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marai. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 października 2025

Żar w Teatrze Polonia i Tindaro przez warszawskim Sheratonem

zdjęcie ze strony Teatru Polonia

Żar w Teatrze Polonia
Rzadko piszę o teatralnych sztukach, bowiem moje kompetencje do pisania o nich są jeszcze mniejsze niż do pisania o książkach. Nie mniej skoro zdarza mi się często narzekać na poziom teatralnych przedstawień nie mogę choćby nie wspomnieć o sztuce, która zrobiła na mnie tak dobre wrażenie, że zaliczyłam ją do jednej z najlepszych przedstawień, jakie widziałam w życiu.



Kiedy tylko usłyszałam, że w Teatrze Polonia Jan Englert postanowił wyreżyserować powieść Maraia Żar - wiedziałam, że muszę spektakl obejrzeć. Żeby napisać o czym jest Żar posłużę się własnym cytatem z wpisu o książce; Gdzieś na uboczu czasu i historii do pałacu starego węgierskiego generała przyjeżdża przyjaciel z lat młodości. Spotykają się, aby zamknąć pewien etap przeszłości. Dokładnie w tym miejscu i w takim samym otoczeniu ponad czterdzieści lat temu widzieli się po raz ostatni. Dręczące latami wątpliwości dotyczące przyczyny zdarzeń sprzed niemal pół wieku poddane zostały drobiazgowej analizie. Dobiegający kresu dni stary generał ma tylko jedno zadanie do spełnienia; uzyskanie odpowiedzi na nurtujące go pytania. Generał od dnia rozstania z przyjacielem wiódł monotonną egzystencję skupioną na oczekiwaniu.
Rolę generała gra Jan Englert. Odwiedzającym go przyjacielem z lat dzieciństwa i młodości jest Daniel Olbrychski. Epizodyczną rolę niani starego generała zagrała Maja Komorowska. Aktorzy – mistrzowie sceny. Miałam szczęście każdego z nich już oglądać i to nie raz, ale w takim zestawieniu obejrzałam ich po raz pierwszy.
Często narzekałam na blogu na udziwnienia czy robienie spektakli pod publiczkę. Przedstawienie Żar sprawiło, iż uwierzyłam, że w teatrze nie tylko dla mnie liczy się słowo, treść, emocje.
Świetny tekst i wspaniali aktorzy i mamy dzieło w najlepszym stylu.
Pan Englert wcale nie grał generała, on był generałem. Dialog, jaki toczyli dwaj panowie brzmiał tak prawdziwie, że można było zapomnieć, że jest się na widowni. Chwilami nawet miałam wrażenie, że jesteśmy świadkami intymnej rozmowy, że może nie wypada się jej przysłuchiwać. Nic nie było przerysowane, nie było grania na siebie. Wszystko wypadło tak naturalnie i prosto. Ponieważ obaj panowie są mniej więcej w wieku odtwarzanych postaci można było odnieść wrażenie, że pewne kwestie wypowiadają zarówno Henryk i Konrad jak i Englert i Olbrychski, a że były one niezwykle szczere – przyznam że byłam wzruszona, jakbym uczestniczyła w niezwykłym misterium. Wiem, może trochę przesadzam, ale byłam ogromnie poruszona i chyba nie tylko ja. Widownia – średnia wieku pięćdziesiąt plus – też wydawała się poruszona. Nigdy jeszcze nie bolały mnie ręce tak bardzo od bicia braw.
Miałam niepowtarzalną szansę oglądania tak wspaniałych aktorów w tak świetnej sztuce – a to wielka radość i ogromne przeżycie.


przed spektaklem
I jeszcze coś na pozór nie tak istotne, a jednak. Udało mi się zdobyć bilet (na czwarte od premiery przedstawienie) w siódmym rzędzie. A piszę o tym dlatego, iż okazało się, że z moim słuchem wszystko jest w najlepszym porządku. Ostatnimi czasy byłam przekonana, iż głuchnę, zdarzało mi się nie słyszeć tekstu, mimo wytężania słuchu. Mówiono, że pewnie siedziałam w złym miejscu (najczęściej siedzę w trzecim rzędzie, mam takie swoje przyzwyczajenie rząd trzeci miejsce skrajne😊), albo że siedziałam z prawej strony, a może trzeba było z lewej, lub pośrodku. Tymczasem okazało się, że wszystko z moim słuchem w porządku. Jeśli aktor ma dobrą dykcję, a nagłośnienie nie nawala to słychać nawet najciszej wypowiedzianą kwestię w ostatnim rzędzie. A ponieważ przedstawienie jest intymną rozmową kwestie często wypowiadane są cicho, co wcale nie przeszkadzało w odbiorze. Na sali panowało absolutne skupienie. Miałam nawet wrażenie, że widownia przestała oddychać, aby nie zakłócać przebiegu przedstawiania i lepiej chłonąć tekst.
To sztuka, która przypadnie do gustu wielbicielom teatru klasycznego, takiego, jaki ostatnimi czasy rzadko mamy okazję doświadczać. A jakiego bardzo mi brakowało. Nawet pomyślałam sobie, że to taka klamra, zaczęłam moją przygodę z teatrem w wieku lat 13 lub 14 z przedstawieniem Wesela w Teatrze Wybrzeże (takie piękne Wesele z tekstem Wyspiańskiego od początku do końca, bez wycinków czy przestawiania scen, klasycznie piękne z rozświetloną tańcami chatą, Stańczykiem w czerwieni i chocholim tańcem) i dotarłam do Żaru w Teatrze Polonia. Choć mam nadzieję, że zobaczę jeszcze parę pięknych przedstawień w życiu.

Tindaro Mitoraja przed hotelem Sheraton
                        
Tindaro Mitoraja
O rzeźbach Mitoraja wspominałam na blogu kilkakrotnie. Mam do nich słabość. Podoba mi się klasyka w nieco nowoczesnym wydaniu. Jego rzeźby przedstawiają najczęściej człowieka okaleczonego, niedoskonałego, a jednak silnego i pięknego, tudzież którąś z części ciała tego człowieka- herosa, najczęściej jest to głowa. Nie inaczej jest w przypadku Tindaro. Kto zna Mitoraja ten kojarzy przewróconą głowę na krakowskim Rynku bądź stojącą głowę w poznańskim Browarze. Moja znajomość z Mitorajem (ze sztuką Mitoraja) zaczęła się od drzwi rzymskiej świątyni Santa Maria degli Angeli (czyli Matki Boskiej wszystkich Aniołów). Od tamtej chwili wzbogacam kolekcję obejrzanych rzeźb Mitoraja. Rzeźba mierzy ponad cztery metry i waży ponad 3 tony i stała wcześniej w paryskiej dzielnicy La Defence. Od razu sięgnęłam do zdjęć z tej dzielnicy i choć mam stojące tam Ikarię i Ikara rzeźby Tindaro na nich nie znalazłam, co oznacza, iż w Paryżu jej nie widziałam. Tym większa radość ze zdobycia nowego eksponatu do mojej kolekcji. Tyndareos którego ma przedstawiać rzeźba był mitycznym królem Sparty i ojcem Heleny Trojańskiej. Artysta wyrzeźbił kilka wersji Tindaro – w postaci fragmentu głowy męskiej. Jedną z nich oglądałam we Florencji w Ogrodach Boboli. Tyle, że tamten Tindaro miał całkiem spękane rysy twarzy. Ten stojący (czasowo?) przy Placu Trzech Krzyży pod hotelem Sheraton ma twarz gładką lecz ze szramą (bądź plastrem na policzku). Nie pamiętam teraz czy zwróciłam uwagę na rewers rzeźby we Florencji, w Warszawie tył rzeźby jest niemal równie interesujący jak przód. Jest tam rzeźba w rzeźbie na filarach dwie głowy owinięte bandażem (?) od przodu i z tyłu a także na środku głowa maszkarona z otwartymi ustami i zabandażowanym nosem. Antyczne piękno okaleczone upływem czasu. Te rzeźby fantastycznie prezentują się w otoczeniu współczesnej architektury. I pisze to osoba, która za współczesną architekturą nie przepada. Domy z betonu i szkła nie robią na mnie dobrego wrażenia, jednak paryska dzielnica La Defence jeśli mi się podobała to właśnie z powodu tych fantastycznych rzeźb Mitoraja otoczonych drapaczami chmur.
Tindaro z drugiej strony



Z dalszej perspektywy



W ogrodach Boboli we Florencji

niedziela, 11 czerwca 2023

Sindbad powraca do domu Sandor Marai


Wydawnictwo Czytelnik rok 2008 (seria z Nike

Czy ja już pisałam, że uwielbiam tego człowieka? Jeśli nie to niniejszym to czynię. Zakochałam się czytając Żar, W podróży  mnie uwiodły. Każde kolejne spotkanie to była uczta duchowa. Potknęłam się na Zielniku, który może zbyt zachłannie chciałam poznać.

Sindbada wzięłam tak trochę przez przypadek, szukałam na bibliotecznych półkach czegoś lekkiego, bo dwie wcześniej wybrane książki były dość ciężkie, a ja miałam mały plecak. Miniaturowe wydanie Czytelnika z serii Nike ma jednak zawartość o wiele większą niżby wskazywały na to rozmiary książeczki. W zasadzie, gdyby ktoś zapytał o czym to jest - tak jak pytają najczęściej laicy musiałabym powiedzieć o wszystkim; o człowieku dojrzałym i jego powrocie do tego, co było, a co już przeminęło, ale nadal jest w nim i w tych wszystkich ludziach, których podróż bliższa jest celu niż początku, a których wrażliwość pozwala dostrzegać to co niewidzialne dla zwykłych zjadaczy chleba. O Węgrach – narodzie dumnym i odważnym, ale nie pozbawionym wad. O kobietach, które nadają sens egzystencji mężczyzn. O słowach, które kreują rzeczywistość. O smakach, bez których życie byłoby mdłe. O barwach, które czynią świat bardziej wyrazistym. O przemijaniu i o trwaniu, o miłości i o człowieku. O wrażliwości i o duchowości, a jednocześnie jest bardzo osadzone w realnej rzeczywistości, takie swojskie z kuflem piwa, tłuszczykiem ze słoniny i palinką ze śliwek.

O tym, że Marai potrafi pisać pięknie to ja wiedziałam od dawna. Jednak do tej pory znałam go bardziej jako mistrza portretów psychologicznych. Te jego minipowieści, gdzie poznajemy bohatera poprzez jedną rozmowę, te portrety ledwie naszkicowane a tak pełne i dogłębne sięgające jądra rzeczy. Tutaj poznajemy Maraia – mistrza słów. Powrót Sindbada do domu to przepiękny namalowany słowem obraz człowieczej wędrówki. Każde zdanie mogłoby być zaledwie przyczynkiem do napisania kolejnej opowieści. Każde zdanie kryje w sobie tak wiele treści i bogactwa, że z żalem przechodzi się do następnego. 

Nie jest to powieść dla osób, które szukają fabuły, akcji, dialogów. Bohater jest literatem, który pod presją musu twórczego popartej koniecznością opłacenia rachunków pisze artykuł do gazety. Kiedy drukarz niesie go do redaktora pyta z niedowierzaniem, czy coś z tego będzie, bo w zasadzie nic się tam nie dzieje, jakiś facet przez cały czas je rybę. To zdanie można by odnieść do powieści. W zasadzie Sindbad jedynie wyszedł z domu, aby napisać artykuł do gazety, tu przysiądzie tam wymieni parę słów z redakcyjnym kolegą, tu zagada do kelnera, czy dorożkarza.

Ileż spokoju i pogodzenia się ze światem zawiera poniższy fragment.

..Najpiękniejsza rzecz w życiu, przeżyć raz jeszcze majowy poranek, zanurzyć twarz w zmysłowych zapachach i oparach wiosennego słońca, wiedzieć, że życie mamy za sobą i nic nas już nigdy więcej nie zaboli, kobiety mogą sobie kłamać ile chcą, mężczyźni zdzierać pieniądze i zaprzątać głowę podłymi machinacjami, ale już my wiemy, że życie obojętnie toczy się dalej, z nami i bez nas, i wszystko przez co cierpimy, rozpłynie się w czasie i słonecznej przestrzeni tak samo, jak pod wpływem majowego słońca rozpływa się wisząca nad Dunajem mgła... (str. 29).
 
Nie wiem dlaczego, ale poniższe zdanie przypomina mi pewien wieczór poetycki, na którym czytano dzieła romantyków, a nam wówczas licealistom roiły się bohaterskie czyny i śpiewaliśmy ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie.

I widział dawny, zadymiony i niespokojny panteon, ów niezwykły, podekscytowany Olimp, gdzie w lożach na piętrze i w cieniu spiralnie zakręconych kolumn przysiadało, dyskutowało, marzyło, snuło plany i oczekiwało na coś pokolenie, którego największym zmartwieniem - poza dzienną porcją papierosów i sumą potrzebną na kolację - była jednak węgierska kultura, wiersz i proza, sen i upojenie, owo święte, nieziemskie odurzenie, które z rojeń, dymu papierosowego, przeżyć, losu, chorób i gorączkowych zamiarów, kultury i pomysłów ulepiło zamek z marzeń, wieczne i nieprzemijające Święte Węgry. [Albowiem Sindbad i dawni pisarze uważali swoją ojczyznę za świętą, ze wszystkimi jej grzechami i obrzydliwościami, podobnie, jak Dostojewski, dla którego święta była jego Rosja]. (Str. 75)

Wszyscy oni byli tu jeszcze wczoraj, w tych salach, pomiędzy śmiesznymi dekoracjami wytartej barokowej pompy, tu popijali gorzką kawę, pogryzali przekąski „literatki”, wspominali prowincjonalne zmierzchy i paryskie świty, dyskutowali o pieniądzach, Wiktorze Hugo i prawach Tiborca (postać z dramatu węgierskiego), szumieli i robili interesy, pisali i marzyli, i tak razem zachowywali i wyrażali coś, co było treścią i sensem Węgier. (str. 83)

Sindbad jak jego miano wskazuje to żeglarz - podróżnik. Jednak Sindbad nigdy nie był za granicą. O obcych krajach czytał tylko w ilustrowanych magazynach, bo był zdania, że dżentelmen nie powinien włóczyć się po świecie, gdzie podają podejrzane wina i potrawy przyrządzane z niewiadomych produktów, a kobiety kłamią w niezrozumiałym języku (str.126)

Jest taki opis spożywania obiadu w restauracji Londyn, (gdzie z biciem serca wszyscy oczekiwali na werdykt gościa dotyczący degustowanego trunku), niezwykle smakowity a przy tym zabarwiony nostalgią. .... Choć szef Londynu tym razem przeszedł samego siebie - szczęśliwie znalazł jeszcze kawałek mięsa z kością, które do niej ściśle przylegało, otaczało ją, było wystarczająco soczyste i zawierało spore kawałeczki tłuszczu, jak żeglarz lubił, a ponadto do wołowiny podał jeszcze wyciskającą łzy, ostrą drobną zieloną paprykę w occie - tym jednak razem karmił się bardziej wspomnieniem niż obiadem. Albowiem uczucie, które tego dziwnego majowego dnia ani na chwilę nie opuszczało serca żeglarza - że coś się kończy, jakiś styl, jakiś tryb życia, a może samo życie w ogóle?...-towarzyszyło mu również w czasie obiadu. Jadł z tym drążącym go, skrywanym niepokojem, i kilkakrotnie pogłaskał pod marynarką miejsce serca, bo w środku coś go bolało i pulsowało. (str. 162)

A po dobrym obiedzie musi być dobre wino. Niestety prawie już nie ma dawnych winiarni. A tylko tam Sindbad lubił kosztować wino.  Sindbad lubił wino tylko tam, gdzie poważnym mężczyznom nie przeszkadzają hałaśliwi ludzie, chichoczące i wprowadzające zamieszanie niewiasty ani zagadujący człowieka przygodni alkoholicy. Podobnie, jak bardzo mądre kobiety, które nie lubią, gdy podczas pieszczot i pocałunków mężczyzna przemawia do nich, co jest zupełnie niepotrzebne, ponieważ mowa jedynie odwraca uwagę od miłości, tak samo Sindbad nie lubił, gdy w winiarni nazbyt rozmowni sąsiedzi przy stoliku zakłócali próżnymi opowieściami i bezmyślnym wielosłowiem ten wyjątkowy, milczący, pełen godności i skupienia stan ducha, jaki charakteryzował nastrój człowieka popijającego wino (str.170). .. Wino było dla Węgra druhem, jak rumak i broń, towarzyszyło mu w zmaganiach życiowych, jak niegdyś giermkowie rycerzowi, wino pomagało znieść beznadziejność i bezsensowność życia, węgierskie wino zachowało w sobie coś z zapachu ziemi uprawianej krwią, potem i odwieczną pracą, walką i rozpaczą, lecz także światłem słońca, kiedy jego jesienne promienie okrywają złotym welonem obficie obsypane pomarszczonymi gronami winnymi, pachnące słodyczą wzgórza Tokaju czy Badacsony. (Str. 173)

Sindbad powraca do domu to najlepsza książka Maraia, jaką do tej pory przeczytałam, a przeczytałam ich kilka. Książka, którą chce się mieć na własnej półce. Niestety brak jej w księgarniach, a cena na allegro jest bardzo wysoka, ale nie tracę nadziei, że kiedyś uda mi się ją kupić.

A ja cóż? Ciągle w podróży, jeszcze nie wracam do domu. Jeszcze się łudzę i roję, jeszcze kleję połamane skrzydła ... A jutro wyruszam na kolejną krótką wyprawę.

środa, 15 grudnia 2021

Książki, na których lekturze poległam

W tym roku trafiło mi się wyjątkowo dużo książek, których lektura mnie pokonała. Może ma to związek z wiekiem, kiedy z jednej strony chłonność umysłu, co tu dużo mówić jest znacznie mniejsza, a z drugiej strony człowiek nie czuje się już tak zobligowany do tego, aby robić coś przeciwko sobie. Napiszę jedynie o tych książkach, których nie udało mi się przeczytać w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie)
Gertruda Stein Picasso (wyzwanie czerwcowe) - zapowiadało się na lekturę lekką i przyjemną. W końcu to esej o malarzu, o którym wiem niewiele, a sztuka leży w kręgu moich zainteresowań. W dodatku rzecz niewielka objętościowo, więc powinnam raczej mieć niedosyt po jej lekturze, a nie odkładać po parunastu stronach. Niestety styl pisania Stein mnie pokonał. Nie potrafiła ona wzbudzić we mnie, jako czytelniku krzty zainteresowania. Mogłabym mieć wątpliwość czy to styl autorki czy „zasługa” tłumaczki gdybym nie czytała wcześniej fragmentów twórczości Stein w książce Dwa życia (Gertruda i Alicja). Stein nie lubiła iść z prądem, eksperymentowała z formą, jej język twórczy musiał być oryginalny. W eseju nie jest on tak pokręcony jak w wyżej cytowanej książce nie mniej ciężko mi się czytało takie zdania: Walka była niezwykle trudna, albowiem z wyjątkiem ludowych rzeźbiarzy Afryki żaden artysta nie próbował jeszcze odtworzyć widzianej przezeń rzeczywistości, nie w takiej formie, w jakiej ona nam się ukazuje, ale w takiej, w jakiej wydaje nam się, że była, kiedyśmy ją widzieli i zapomnieli jaka wówczas była. (str.31wydawnictwo artystyczne i filmowe 1982 r.)
Maurice Druon Lew i Lilie (wyzwanie sierpniowe). Z dużym zainteresowaniem przeczytałam pierwsze trzy tomy serii Królowie przeklęci. Lubię historię, a historia Francji interesuje mnie szczególnie. Przez tom czwarty przebrnęłam, ale już piąty nieco rozczarował. Lew i lilie to szósta część sagi o królach panujących nad Sekwaną. Nie wiem, czy temat mnie znużył, czy też autorowi zabrakło pary, w każdym razie dotarłszy do rozdziału Olbrzym i zwierciadło odłożyłam książkę na półkę i tam leży do tej pory i czeka na większą przychylność czytelniczki. O ile nie mam żadnych wyrzutów, jeśli chodzi o wyżej wymienione dwie pozycje,  o tyle ze wstydem muszę wyznać, że pokonały mnie tak wielkie dzieła, jak Boska komedia Dantego (wyzwanie październikowe) i Księga ziół Sandora Maraia (wyzwanie grudniowe).  
Co do pierwszej pewnym wytłumaczeniem może być to, że czytelniczce nie po drodze z poezją. Divina Commedia to poemat z czternastego wieku, który przedstawia wędrówkę poety przez zaświaty: piekło, czyściec i raj. Niestety nie dotarłam nawet do czyśćca. Wędrówka przez kolejne kręgi piekielne tak mnie znużyła, że nie dałam rady. Naprawdę bardzo się starałam, ale albo ja nie dorosłam do poezji Dantego, albo zbyt małą mam wiedzę na temat jego czasów Dantego, aby docenić uroki dzieła (umiejętność wplecenia w poemat sobie współczesnych, umieszczając wrogów w piekielnych czeluściach, a ukochaną w raju), albo to nieumiejętność skupienia, a może (aż boję się napisać o arcydziele) rzecz się troszkę „zestarzała”. W każdym razie zamiast docenić piękno wierszy męczyłam się z przebrnięciem przez kolejne piekielne kręgi. Myślałam też, że to może kwestia tłumaczenia, ale moje wydanie tłumaczył Edward Porębowicz, a czytając tłumaczenie Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate to właśnie jego wersja odpowiada mi najbardziej. Może dlatego, że wisiała na drzwiach sali lekcyjnej języka polskiego przez cztery licealne lata - Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie (swoją drogą nie doceniałam wówczas poczucia humoru nauczycielki, która takie motto zamieściła na drzwiach, a była osobą ogromnie wymagającą).
Natomiast dlaczego Zielnik ziół mnie pokonał - tego nie rozumiem. Uwielbiam prozę Maraiego, na żadnej z jego książek dotąd się nie zawiodłam, a teraz jestem zawiedziona z powodu własnego zawodu. Księga ziół to nie powieść, to zbiór refleksji autora na temat życia, tego co w nim ważne, a co należałoby sobie odpuścić. Jedynym wytłumaczenie może być fakt, iż nie odpowiadał mi poradnikowy styl pisania (wręcz drażnił). Uważaj, aby nigdy nie działać w pośpiechu, w pracy, w życiu towarzyskim, także w powszednich czynnościach podporządkuj się surowym konsekwencjom faktów i sytuacji. Nie próbuj dwiema rękami robić to i tamto w tej samej chwili. Kiedy piszesz list, nie rozmawiaj przez telefon.. (str.50 wydawnictwo Czytelnik 2021). Nie trawię poradników. Na chybił trafił otworzyłam dziś książkę i padło na fragment o arcydziełach. Jeżeli tylko możesz żyj zawsze tak, abyś choć kilka chwili każdego dnia mógł poświęcić któremuś z zaklętych w kryształ arcydzieł ludzkiego ducha! Niech nie minie bodaj jeden dzień, byś nie przeczytał paru linijek Seneki, Tołstoja, Cervantesa, Arystotelesa, Pisma Świętego, Rilkego albo Marka Aureliusza. Każdego dnia wysłuchaj paru taktów muzyki, jeżeli nie sposób inaczej, choćby z pozytywki jakiś temat z Bacha, Bethovena, Glucka bądź Mozarta (str. 86). Dalej jest o obrazach i o tym, że te parę chwil zajmuje niewielki fragment dnia, a daje coś bezcennego. Przemawia to do mnie, podzielam zdanie autora, gdyby nie styl być może dałabym radę przeczytać całość. Postanowiłam jednak trochę za radą autora każdego dnia przeczytać jeden (na chybił trafił) wybrany fragment księgi. Może zielnik powinno się czytać tak jak Rozważania Marka Aureliusza (każdego dnia po jednym rozdziale).

Na zdjęciu u góry Bar w Folies-Bergere Edwarda Maneta z londyńskiej Galerii Courtaul. Obraz na zdjęciu jest nieco zamglony, tak jak mój wzrok dzisiaj (po okulistycznym zabiegu:)). Być może dlatego nie zauważyłam błędów stylistycznych. Mina Suzon wyraża także mój smutek z powodu wyżej opisanej klęski czytelniczej. Obok obraz z zasobów internetowych (źródło)

niedziela, 18 kwietnia 2021

Rozwód w Budzie Sandor Marai

Wydawnictwo Czytelnik 2019 rok

Rozwód w Budzie, choć zdecydowanie mniej esencjonalny przypomina Żar Maraia. Podobnie jak tam cała akcja dzieje się podczas jednego spotkania odbywającego się w trakcie jednej nocy. Do sędziego Krisfofera Komives przychodzi jego dawny kolega szkolny – doktor Greiner. Następnego dnia sędzia ma go rozwieść. Podobnie, jak w Żarze i tutaj mało znaczące zdarzenie z przeszłości wywrze skutek na życie kilku osób. Ustabilizowany zawodowo sędzia, przykładny mąż i ojciec, wspinający się powoli, ale mozolnie na szczebelkach urzędniczej kariery, pogodzony z otaczającym go światem, który może nie jest najlepszy, ale którego zamierza bronić, bo tylko on daje mu poczucie bezpieczeństwa i stabilizację poddany zostaje próbie. Wysłuchanie spowiedzi dawnego kolegi sprowokuje go do przewartościowania swojego życia.

Węgry u progu XX wieku. Z jednej strony mamy konserwatywne społeczeństwo (nazywane przez bohatera rodziną), mające swe wielopokoleniowe zwyczaje. Z drugiej strony pojawia się jakaś nerwowość, powstają nowe ruchy, które dążą do zburzenia starego porządku.

Bo na samym dnie, w samoświadomości rodziny, w nowym pokoleniu już coś dojrzewało-niezadowolenie, które szukało nowych haseł, by móc się wyrazić. Młodzi szykowali się do czegoś, zarówno na dole, jak i na piętrach, gdzie znajdowały się mieszczańskie apartamenty! Komives każdym nerwem wyłapywał owo szykowanie się, ale wyczuwał i to, że już nie należy do grupy tych młodych (str. 27).

Komives, choć nie uświadamia sobie tego, nie czuje się zbyt dobrze w tym świecie. Irytują go własne słabości, bunt organizmu, tycie i zawroty głowy. Nie lubi wieczornych spotkań ze znajomymi i niechętnie opuszcza miejsce pracy, w którym czuje się względnie bezpiecznie. Wychodząc z biura wpada w panikę z obawy przed otaczającym go światem.

Sędzia urodził się na granicy dwóch światów, denerwują go obyczaje przodków, konwenanse, brak okazywania uczuć, a jednocześnie nie potrafił się pogodzić z ideą burzenia starego porządku.

Życie to obowiązek, któremu trzeba uczynić zadość, oczywiście to ciężki i skomplikowany obowiązek, niekiedy trzeba go wypełnić z samo poświęceniem, jakoś znieść. … Umiał ludziom współczuć i ich żałować, nie umiał ich rozgrzeszyć. Wierzył w wolę; wola jest wszystkim głosił, wola i dobrowolne posłuszeństwo, a mówiąc łagodniejszymi słowami: tylko pokora, chrześcijańska pokora mogła pomóc miotającemu się człowiekowi przetrwać nieznośne…. trudne do wytrzymania życiowe kryzysy (str. 21)

Jeśli wszyscy pozostaną na swoich miejscach …. Jeśli wszyscy będą wypełniali swoje obowiązki, to może da się ocalić rodzinę, do której przynależał, na którą złożył przysięgę, na tę wielką, wielką rodzinę. (str. 27)

… żył w taktownym i ukrywanym ubóstwie, w kręgu rodzinnym, dokładnie i sumiennie wypełniał swój urząd, unikał krętych dróg labiryntu bieżącej polityki i stykał się tylko z ludźmi pochodzącymi z tego samego świata co on, jego własne życie, każdego dnia, o każdej godzinie, mogła poddać badaniu jakaś oficjalna władza…. Miał wrażenie, że jest pożytecznym i porządnym członkiem społeczeństwa. (str. 51).

Rozwód w Budzie to kolejne u Maraia wspaniałe studium psychologiczne. To także studium wpływu zimnego wychowania na całe późniejsze, dorosłe życie. Te niespełna dwieście stron tekstu kryje niezwykłe bogactwo treści. Jest tu mowa o tęsknocie, rezygnacji, pogodzeniu, obojętności, przemijaniu, o nie zagojonych ranach z przeszłości, o  a także o życiu pojmowanym, jako egzystowanie i o uczuciach, które z tej egzystencji mogę uczynić coś więcej. 

Rozwód w Budzie przy Żarze wypada nieco słabiej, ale jest pozycją wartą lektury dla osób, którym nie straszne psychologiczne rozważania. 

Marai jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

Książka przeczytana w ramach losowania u Anny 

czwartek, 9 lutego 2017

Zazdrośni Sandor Marai

Mimo krótkiej formy (250 stron) Zazdrośni wymagają sporego skupienia, które jednak odpłaca czytelnikowi z nawiązką. 
Peter Garren porzuca intratną posadę i wraca w rodzime strony, aby razem z rodziną czuwać u łoża umierającego ojca. 
Dwie części opowieści to dwa odrębne światy. 
Świat nowoczesności reprezentowany przez bezdusznego Emmanuela, który daje ludziom wszystko poza poczuciem wolności. Jego pracownicy (a może raczej poddani?) żyją niczym w złotej klatce. Z pozoru nikogo się tutaj nie więzi, a jednak każdy czuje się zniewolony. Zapewne dlatego Peter od dawna marzy, aby wreszcie wygarnąć swemu pryncypałowi „wszystko”, a owo wszystko zawiera się w dwóch słowach „dosyć” i „odchodzę”. Rzecz dzieje się w latach trzydziestych ubiegłego wieku, co jednak nie ma większego znaczenia. Opis stosunków międzyludzkich ma wymiar uniwersalny i równie dobrze mogłyby to być czasy współczesne. Świat Emmanuela jest odhumanizowany, wszystko jest w nim sztuczne, a relacje pomiędzy ludźmi powierzchowne. Jest to świat pozbawiony korzeni, zawieszony w próżni. Emmanuel udziela się w organizacjach pacyfistycznych, a jednocześnie produkuje śmiercionośną broń i uczestniczy w wojnach. 
Emmanuel chciał być dobry, ale w ostatniej chwili zawsze drżała mu ręka; czasami dawał więcej niż wypadało, skutkiem czego, ten kogo obdarował, skonfundowany i urażony kłaniał się uniżenie, jak ktoś, kto czuje, że coś jest nie w porządku, że może pogardzają nim z jakiegoś powodu, albo zastawili na niego pułapkę. (Str.65) Emmanuel uważał, że ludzie są samotni z powodu braku różnych rzeczy, a „dobry kupiec wypełnia tę samotność przedmiotami użytku codziennego, luksusem, marzeniami i zobowiązaniami”. Tyle, że marzenia dla Emmanuela miały całkiem wymierny wymiar. W otoczeniu Emmanuela nikt nie mógł się czuć całkiem bezpiecznie. Nie odprawiał współpracowników bez powodu, starał się być sprawiedliwy, wybaczał pomyłki, hojnie nagradzał pomysły, a jednak bano się go niczym wypadku przy pracy. (str. 67) 
Świat rodzinnego domu/miasta Petera to świat końca pewnej cywilizacji reprezentowanej przez mieszczański układ wartości, w którym tradycja odgrywa bardzo ważną rolę. To ona scala ten świat, podobnie, jak nestor rodu; Gabor Garren, będący uosobieniem tych wartości. Cała rodzina zjeżdża do domu w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące wszystkich pytanie o przyszłość, które jak to u Maraia, nie ma wymiaru jednostkowego. 
Ojciec [Gabor Garren] wiedział o świecie, wysiadując w swoim pokoju, wiedział coś, czego nie wiedzieli inni, którzy kręcili się po giełdach, pracowali w zakładach chemicznych Emmanuela, w chłodniach, w fabrykach zbrojeniowych i krążyli na parkietach sal tanecznych. Ojciec wiedział o świecie coś osobistego i pewnego, coś, czego oni nie wiedzieli. Żył w małym świecie, w najwęższym kręgu; ale trwał w łączności z wielkim prawdziwym światem. (str.115).
Rodzina, w której wychował się Peter w mieście nazywana była rodziną artystów, choć nikt nie wiedział w jakiej dziedzinie sztuki specjalizowali się Garrenowie. Mieli sklep, w którym niczego nie sprzedawali, mieli też drukarnię muzyczną, ale nie po to, aby w niej drukować nuty.
…było coś uspokajającego i podniosłego w fakcie, że w mieście działa – a dokładniej, mogłaby działać, gdyby tego chciano i gdyby było na nią zapotrzebowanie – drukarnia nut. … Gabor Garren był bez wątpienia artystą, choć nie lubił czytać, szczególnie zaś czytać nut; sztukę karmił własnym sercem i nerwami, a nade wszystko był człowiekiem niemetodycznym. (Str.134)
Oba te światy są nieco odrealnione, nieco poetyckie i tajemnicze, choć nie brak w nich całkiem realistycznych opisów. Jakże pięknych i niezwykle obrazowych opisów. Drukarnię nut ojciec urządził przed ponad dwudziestu laty w dwóch obszernych pomieszczeniach parterowego skrzydła, pod łukowatymi sklepieniami stało kilka niskich szaf z orzechowego drewna, wypełnionych kolorowymi barwnikami chemicznymi, gładko wyszlifowanymi tablicami z kamienia i cyny, stalowymi dłutami i cennymi płytkami miedzianymi; były tu nawet pojedyncze egzemplarze dawnych nut, które zecer ustawiał w drewnianej ramce. (Str.190). 
Artyści tej epoki nie muszą tworzyć, wystarczy że istnieją, są niepokojącym zjawiskiem, czymś niezdefiniowanym, są tym, co poprzedza epokę człowieka o jednolitych pragnieniach. Dziełem Garrenów było ich życie. Cały świat tej rodziny jest także nierealny; trudno powiedzieć skąd wzięła się ich pozycja społeczna i ekonomiczna.
Autor często posługuje się metaforami, co w połączeniu z obrazowymi opisami tworzy niesamowity klimat. 
Największym atutem są niezwykle wyraziście przedstawione portrety członków rodu Garrenów. Mimo, iż każdy z nich przedstawiony został, jako człowiek niepozbawiony wad i dziwactw to budzą oni sympatię; staramy się ich zrozumieć, a nawet współczujemy. Bohaterowie są niejednoznaczni; Tamas, który pragnie na siebie zwrócić uwagą zamykając się w sobie, Albert odnajdujący w domu rodzinnym rzeczy będące własnością innych i wykorzystujący czas oczekiwania na śmierć ojca jako czas beztroskich wakacji, Anna pełna kompleksów samotna kobieta czekająca na miłość, czy Edgar uważający, iż należy mu się od życia wszystko, co najlepsze. I to wszystko połączone rodzinnym tabu, iż nie mówi się o wadach i ułomnościach w rodzinie. 
Zazdrośni są kolejną częścią cyklu Dzieła Garrenów, myślę jednak, iż można przeczytać książkę jako odrębną całość. Tak też było w moim przypadku.
Nie nazwałabym Zbuntowanych najlepszą książką Maraia, choć z opisu na okładce (o ile można mu wierzyć) sam autor uważał ich za swoje największe dokonanie, ale jest to książka godna polecenia, choćby z uwagi na piękny język Maraia (a może i tłumacza pani Teresy Worowskiej) oraz niezwykle ciekawe portrety bohaterów. 
Książka przeczytana w ramach stosikowego wyzwania u Anny.

piątek, 5 czerwca 2015

Żar Sandor Marai

Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2011 r. 
Czytając utwory Maraia nie mogę wyjść z podziwu nad umiejętnością opisywania zwyczajnych historii w zajmujący sposób. Choć te historie stanowią jedynie pretekst dla snucia rozważań - w przypadku Żaru  -nad przyjaźnią, miłością, prawdą i niemożnością dotarcia do sedna zdarzeń. 

Gdzieś na uboczu czasu i historii do pałacu starego węgierskiego generała przyjeżdża przyjaciel z lat młodości. Spotykają się, aby zamknąć pewien etap przeszłości. Dokładnie w tym miejscu i w takim samym otoczeniu ponad czterdzieści lat temu widzieli się po raz ostatni. Dręczące latami wątpliwości dotyczące przyczyny zdarzeń sprzed niemal pół wieku poddane zostały drobiazgowej analizie. Dobiegający kresu dni stary generał ma tylko jedno zadanie do spełnienia; uzyskanie odpowiedzi na nurtujące go pytania. Generał od dnia spotkania wiedzie monotonną egzystencję skupioną na oczekiwaniu. 
Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. Najpierw się obraża. Potem pragnie zemsty. Potem czeka. Już od dawna czekał. Już nawet nie wiedział, kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie.(str. 15)
To spotkanie to szansa na poznanie motywów działania żony i przyjaciela; dwóch najbliższych osób, które tak boleśnie go zraniły. Kiedy czeka się na coś tak długo, uzyskanie odpowiedzi staje się już mniej ważne niż zadanie pytania. A może odpowiedź przestaje w ogóle być istotna. 
Związek, jaki łączył niegdyś dwóch przyjaciół był na tyle głęboki, że w przekonaniu starego człowieka żaden inny związek międzyludzki nie mógł być głębszy. Latami rozważał, co jest istotą przyjaźni.
… czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości, jaką sprawia sobie nawzajem dwóch ludzi, ponieważ się spotkali, ponieważ w pewnym okresie swego życia jednakowo myślą o pewnych problemach, ponieważ mają podobny gust, to samo ich bawi. Ale to nie jest przyjaźń. Niekiedy myślę zgoła, że jest to najsilniejszy związek w życiu… może dlatego taki rzadki. (str. 84)
Żar to powieść niezwykle esencjonalna. Od emocji, od żaru uczuć aż kipi. W spotkaniu uczestniczy dwoje siedemdziesięciolatków oraz wspomnienie nieżyjącej od dawna żony generała. I choć mówi niemal wyłącznie generał w milczeniu i rzadkich odezwaniach jego rozmówcy kryje się może więcej treści niż w rozważaniach Henryka. Atmosfera jest gęsta i duszna. Monolog momentami męczący. Piękny język, oszczędny (bez zbędnych słów) jest niezwykle treściwy, co sprawia, iż ciężko się od lektury oderwać. 
W pokoju, w którym odbywa się rozmowa / monolog żarzy się nie tylko światło świec, ale i iskry uczuć; dawno wygasłych – obudzonych po latach, trawione latami, tłamszone, skrywane wybuchają z wielką siłą; uczucia zawodu, żalu, przyjaźni, zemsty, niepewności, rozgoryczenia, miłości. 
Wydaje się nieprawdopodobne, jak ogromną siłę rażenia miało uczucie przyjaźni, wymagające tak wiele (może nazbyt wiele), ale jednocześnie przebaczające niemal wszystko. 
Książka na zaledwie 167 stronach mieści niezwykłe bogactwo treści. Lektura wymaga cierpliwości i skupienia, ale wynagradza te niedogodności z nawiązką. Wiele tu niedopowiedzeń, nie padają odpowiedzi na wszystkie pytania, wnioski, do których doszedł bohater być może obarczone są błędem, a jednak nie to okazuje się finalnie najważniejsze. 
Widziałem pokój i widziałem wojnę, widziałem nędzę i świetność, widziałem twoje tchórzostwo i moją butę, widziałem walkę i zgodę. Ale sensem każdego naszego postępku, u samego rdzenia życia, być może jednak był ten węzeł, który z kimś nas łączył - węzeł, albo namiętność, nazwij to jak chcesz. … A jeśli to przeżyliśmy, być może nie żyliśmy na próżno. (str. 165)
Życie podobnie, jak literatura pełne jest niedomówień.
Pewnego dnia budzisz się, przecierasz oczy; już nie wiesz dlaczego się obudziłeś. To co pokazuje słońce znasz dokładnie: wiosnę albo zimę, dekoracje życia, pogodę, porządek dnia. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego, nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego, budzącego grozę, ponieważ znasz każdą szansę, na wszystko już liczyłeś, nie czekasz już na nic, ani na złe, ani na dobre… to właśnie jest starość. Coś jeszcze żyje w twoim sercu, jakieś wspomnienie, jakiś mglisty cel, chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć, chciałbyś coś powiedzieć, czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze, że pewnego dnia nadejdzie ta chwila, i wtedy raptem poznanie prawdy i reakcja na nią nie będą już tak ważne, jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. (str. 153)
Polski tytuł powieści jest niezwykle adekwatny do jej zawartości. Żar mogę żarliwie polecić każdemu wymagającemu i wrażliwemu czytelnikowi.

piątek, 1 maja 2015

Pierwsza miłość Sandor Marai

Książkę kupiłam z dwóch powodów; pierwszy istotny, bo to Marai (twórca ceniony przeze mnie, choć jak dotąd poznałam jedynie dwie jego książki; Dziedzictwo Estery oraz W podróży), drugi prozaiczny to format (poręczne kieszonkowe wydanie z powodu, którego książka z łatwością zmieści się nawet w wypchanej, damskiej torebce). Przyznam, że początek lektury nie zapowiadał się najlepiej; pamiętnik pięćdziesięcioczteroletniego nauczyciela łaciny wskazywał na przeraźliwie samotną egzystencję człowieka, którego życie można określić jednym słowem; p u s t e. Spodziewałam się po autorze eksplozji emocji, a spotkałam bohatera, którego emocje nosiły temperaturę zbliżoną zeru, przeraźliwie nudnego dla otoczenia i siebie samego. Gaspar nie ma żony, dzieci, kochanki, przyjaciół, znajomych, psa, zainteresowań. Jednostajne dni spędza na prowadzeniu lekcji, wizytach w kasynie, spacerze na korso i spaniu. Jedynie sny bohatera wykazują jakąś namiastkę życia, są odmianą szarej, przewidywalnej wegetacji.

Szczegółowo nakreślony, zaplanowany, co do minuty plan dnia przeraża dojmującą pustką. Istnieje taki typ samotnego, starszego mężczyzny, dla którego pedanteria jest konieczna, jeśli nie chce, aby dzień mu się dłużył. Dzień trzeba zabijać, minuty na minutę, z godziny na godzinę, zwłaszcza, gdy bezcelowe spędzanie czasu męczy i denerwuje. (Str.10-11)
Gaspar jest nijaki i jego życie jest nijakie. Nie potrafi znaleźć żadnej stycznej z otaczającym go światem. Niby widzi swoją odmienność, niby chciałby coś zmienić; pewnego dnia postanawia wyjechać z domu, ale i tutaj, w nowym otoczeniu jego życie upływa na wytracaniu czasu. Jest we mnie próżnia, do której niekiedy czuję odrazę (Str. 47), ale nie potrafi z niej wyjść. Najchętniej siedzę bezczynnie na balkonie i nie myślę o niczym. Czasami krótki spacer, to wszystko. Bez ochoty schodzę na posiłki. (Str.41) Bo tak naprawdę Gaspar chce tylko jednego, „żyć w spokoju”, a jakakolwiek zmiana zakłóciłaby jego spokój. Jest zamknięty w kokonie, którego nie sposób przeniknąć, dostrzega swoją samotność, izolację, ale nie pozwala się nikomu do siebie zbliżyć. Motyw powtarzającego się snu, w którym matka każe mu czekać na wymierzenie kary sugeruje, iż może w dzieciństwie należałoby szukać przyczyn zachowania mężczyzny. Bohater wytwarza wokół siebie aurę, która zniechęca innych do próby przebicia się przez ten kokon.  
Pewnego dnia Gaspar otrzymuje wychowawstwo w klasie, w której znajduje się kilka dziewcząt. Stary nauczyciel początkowo je ignoruje, przez całe życie unikał kobiet. Z czasem zaczyna interesować się jedną z uczennic, a początkowo niegroźne zainteresowanie; obserwacja, niechęć do chłopca, którego dziewczyna obdarza sympatią, pomijanie go przy odpytywaniu uczniów, zaczyna z czasem przybierać coraz bardziej niepokojący charakter, aż przeradza się w obsesję. Atmosfera robi się gęsta i mroczna, a stary nauczyciel wraz z narodzinami pierwszego, spóźnionego uczucia zachowuje się coraz bardziej nieprzewidywalne. 
Pierwsza miłość należy do wczesnych powieści pisarza (wg Wikipedii była jego debiutem). Nie jest to pozycja tak dobra, jak jego późniejsze dzieło Dziedzictwo Estery, ale jest tu zapowiedź dobrej prozy. Ciekawa analiza psychologiczna bohatera i to coś, co sprawia, iż mimo monotonnego, drobiazgowego opisu codzienności podstarzałego nauczyciela łaciny jest w niej coś intrygującego, co nie pozwala na odłożenie książki na bok. I konkluzja, iż bez miłości nie można żyć; miłości do Boga, człowieka, czegokolwiek. 
Ale jest też inna samotność; ta parszywa. Która wysypuje się na skórze, jak świerzb, widać ją w spojrzeniu, w chodzie, w ruchach. Którą dostrzegają wszyscy; kobieta, dziecko, kelner. I wszyscy trzymają się z dala od kogoś takiego. To człowiek niebezpieczny. Żyje poza stadem. Dlaczego? Nieborak, możliwe, że nosi w sobie chorobę zakaźną, żyje sam. Raczy pan to zrozumieć? SAM! Bez kobiety, bez dzieci. Bez przyjaciela. Bez służącego. Bóg wypluł go ze swoich ust. To pan, to jestem ja. Co się stało, czym zawiniliśmy
(str. 59).
No właśnie, to pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Czy rzeczywiście była to grzeszna samotność, jak mawia o niej bohater?
Książkę przeczytałam w ramach wyzwanie Stosikowe losowanie u Anny.
Książkę polecam, jednak na książkę pierwszego kontaktu z Maraiem proponowałabym którąś z późniejszych jego powieści. 

niedziela, 8 czerwca 2014

W podróży Sandor Marai



Jesteśmy wędrowcami i poszukiwaczami przygód, włóczymy się bez paszportu, wędrujemy po nizinach, krainie życia, której prawdziwych granic dokładnie nie znamy.
Po książkę sięgnęłam dzięki wpisom u kaye i u nutty. Kiedy czytałam W podróży wydawało mi się, iż nie ma nic prostszego, niż opisanie wrażeń. Kiedy ktoś pisze tak prosto, tak lekko, tak jakby przelewał na papier to co nam w duszy gra, kiedy to co pisze przemawia do serca, odzwierciedla nasze życiowe credo, kiedy czytasz i mówisz sobie, o właśnie, lepiej bym tego nie ujęła to przecież napisanie o tym powinno być bułką z masłem. Dlaczego więc nie jest? Może z powodu braku umiejętności, a może z obawy, iż nie będę w stanie przekazać mądrości tych króciutkich, a jakże celnych spostrzeżeń, a może wreszcie, dlatego, że pisanie o rzeczach najprostszych jest niewyobrażalnie trudne. Jak uchwycić fantastyczną przenikliwość, intuicję i trafną ocenę sytuacji, kunszt literacki i celność spostrzeżeń. Bez wsparcia cytatami nie dam rady.
Czasami nachodzi mnie taka niepokojąca myśl, czy nie jestem jak ten malarz - dyletant u Maraia, który życie obserwuje z zewnątrz, nie dostrzegając tego, co tkwi podskórnie. Malarz podczas rejsu statkiem nie schodzi na ląd, a jedynie maluje piękne widoczki, takie, którym nic zarzucić nie można, poza tym, że nie sięgają głębi.
Maluje przez dwa tygodnie jak na akord, dzień w dzień niestrudzenie. …. Przyglądam mu się, dręczony jednocześnie wyrzutami sumienia, że sam zupełnie nic nie robię, nie sporządzam nawet notatek; ale pod koniec drugiego tygodnia z ulgą stwierdzam, że jego metoda jest zawodna. Już mnie nie zaspakaja uwiecznianie tego, co widzę, byle zgrabnie i w przyjemnej kolorystyce. Nie mogę się pogodzić z tym, że moje zajęcie to tylko kilka starannie wyretuszowanych fotografii, parę dobrych ujęć ze świata w wymiarach sześć na dziewięć. To trzeba inaczej… szczegóły trzeba zanurzyć w utrwalaczu pamięci, a potem w ogóle o wszystkim zapomnieć, bo dopiero później znacznie później nadać formę tym okruchom, które pozostały po trywialnych realiach. Istnieje inna rzeczywistość - odbicie, jakie świat pozostawia w tobie, jeśli jesteś artystą.
To zadziwiające, że pisząc tak niewiele (często są to zaledwie migawki, czy urywki pewnych zdarzeń, obserwacji, przemyśleń) autor potrafi wydobyć kwintesencję, zupełnie, jak gdyby naszkicował piórkiem parę kresek, a tu pojawił się obraz pełen barw i znaczeń.
Bo podróżowanie to dla pisarza (i dla mnie także) nie sposób przemieszczania się z miejsca na miejsce, nie zaliczanie kolejnych punktów na mapie, podróżowanie to sposób życia, to poznawanie świata, ludzi i siebie samego.
Z upływem lat człowiek zaczyna podróżować również do własnego wnętrza, a wewnętrzny kompas pokazuje inne kierunki. Dziesięć lat temu z entuzjazmem psa myśliwskiego pędziłem co ranek do okienka kabiny i oglądałem świat, wstrzymując dech z przejęcia. Teraz stałem się cierpliwszy i skromniejszy. Podróżny budzi się rano, zapala papierosa, niemrawo rozsuwa żaluzje w oknie kabiny i widzi naprzeciw kompleks żółtych domków na zboczu skalistego wzgórza. Aha- to Malta- myśli z satysfakcją i spokojną radością. Ale już nie biegnie spocony, żeby tą Maltę odkrywać. Najpierw się kąpie i nieśpiesznie je śniadanie. Potem obiera pomarańczę. Nóż nie wypada mu z ręki na myśl, że na lądzie czeka na niego Malta. Niech poczeka- myśli spokojnie. Jeśli dotychczas czekała… Sekret jego spokoju polega na tym, że do podróżowania trzeba być znacznie młodszym, lub znacznie starszym, niż ja obecnie. (pisze to w 38 roku życia)
Czytając chciałoby się powiedzieć, że choć wszystko się zmienia to jednak wszystko już było. Ileż to razy narzekamy na pośpiech odbijający się na (byle)jakości naszych podróży. Z rozrzewnieniem czytamy, jak podróżowano sto lat temu i wcześniej. Tymczasem podróżujący w  dwudziestoleciu międzywojennym  Marai ubolewa nad sposobem podróżowania sobie współczesnych.
Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.
Czyżbyśmy zatem idealizowali przeszłość. Skoro i my i oni zajęci bywamy jedynie rejestrowaniem rzeczywistości fleszem aparatu i okiem kamery, patrzymy, a nie widzimy, oglądamy, ale nie zastanawiamy się nad tym, co widzimy.
Siedzi w przedziale, przed nią rozkład jazdy i wieczorne gazety, mnie podejrzany wydaje się już sam rozkład jazdy, a co dopiero prasa! Do Wiednia będę czytała - mówi. Święty Krzysztofie, patronie podróżników, to po co ona jedzie? Ja czytam tylko w domu, w fotelu, który wybrałem umyślnie do tego celu, i przy świetle specjalnej lampy. W pociągu natomiast podróżuję. A ona będzie czytała do Wiednia, potem spała do Lugano, po przyjeździe będzie się dziwić cenom w pensjonacie, że okazały się wyższe, i górom, że niższe, po czym napisze o tym widokówkę, na miły Bóg!
Uśmiecham się serdecznie czytając o oburzeniu pisarza na taki sposób podróżowania. Ileż razy i ja zadziwiałam się z tego powodu. A z drugiej strony zazdroszczę komfortu czytania jedynie w domu w ulubionym fotelu. Cisza, spokój, pełna koncentracja.
Podróżowanie jest dla pisarza punktem wyjścia do snucia rozważań o życiu, pięknie, sztuce, kulturze, charakterze mieszkańców odwiedzanych miejsc, specyfice miejsca. Marai potrafi zachwycić zarówno detalem, jak i uniwersalizmem spostrzeżeń.
A wszystko to nasycone jest smutkiem a przez pisarza przemawia świadomość nietrwałości istniejącego status quo. Egzystencjalna zaduma nad przemijalnością miesza się z obawą przed nadciągającą w Europie burzą.
Pięknie wyraża je refleksja snuta w cieniu twarzy Michała Anioła wyrzeźbionej we florenckiej Piecie.
Wpatrywałem się weń z ciekawością, pośrodku na wpół zwariowanego świata, który w tych chwilach zapala niebezpieczne ognie nad pejzażami ludzkiej kultury, i zapragnąłem, żeby mi ta twarz odpowiedziała. Ale nie odpowiadała. Była pusta, poważna i pozbawiona uczuć. Nie pocieszała i niczego nie obiecywała. Nie było w niej ponurości, ani grozy, ale też żadnej łagodności. Twarz starca, który z jakąś szczególną ślepotą i czujnością pochyla się nad cierpieniem i nad światem, pusta twarz, zamknięta w tym pozbawionym patosu milczeniu, z którego nie wyrwie go już żadna ludzka władza ani bezczelność. … Wyszedłem stamtąd po spotkaniu, które nie przyniosło mi odpowiedzi na pytanie, na to jedyne pytanie, które w minionym czasie zajmowało coraz dotkliwiej wszystkich większych i mniejszych artystów, pisarzy, i ludzi ducha; Co robić, kiedy człowiek wewnętrznie nie ma nic wspólnego z epoką w której żyje? Twarz Michała Anioła nie odpowiedziała mi na to pytanie.
W podróży jest pozycją, do której będę wracać nie raz. Każdy króciutki szkic, każda miniaturka jest materiałem do przemyśleń. Jak mówi stara łacińska sentencja Navigarre necesse est, vivere non est necesse (żeglowanie/podróżowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością), a Marai doskonale to uchwycił.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Hurtownia książek-cz. 5 (Samozwaniec, Rożek, Korczak, Marai, Manfield)


Wykorzystując przymusowy pobyt w domu (z powodu silnej reakcji alergicznej na winogrona z Biedronki) postanowiłam choć w maleńkim stopniu zmniejszyć ilość blogowych zaległości recenzyjnych. Ilekroć piszę o swojej pisaninie „recenzje” uśmiecham się sama do siebie, grafomaństwo- ot- co, a nie żadne recenzje. Policzyłam i wyszło mi jedenaście zaległych lektur. Jedyne wyjście to kolejna hurtownia książek. Coraz ciężej pisze mi się o książkach przeczytanych kilka miesięcy temu. A zaległości sięgają już grudnia. Ach, gdzie te piękne czasy, kiedy ilość książek opisanych równała się ilości książek przeczytanych. Niestety nie mam zwyczaju robienia notatek, karteczki przyklejam z rzadka, więc pozostaje ledwie ślad w pamięci. A i ten z czasem blednie coraz bardziej.
Zalotnica niebieska Magdalena Samozwaniec. 
Znającym twórczość Magdaleny Samozwaniec (siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, córki Wojciecha Kossaka, wnuczki Juliusza Kossaka, kuzynki Zofii Kossak-Szczuckiej, autorki między innymi parodii Trędowatej Na ustach grzechu) nie potrzebuję do lektury zachęcać. Tych, którzy czytali Marię i Magdalenę muszę ostrzec, iż część historyjek i anegdotek opisana w MiM została w Zalotnicy niebieskiej powtórzona. I trudno się dziwić, wszak osoby w nich występujące są tożsame. To kolejna książka wspomnieniowa, w której siostra siostrze składa wyraz miłości i podziwu w sposób niemal bezkrytyczny. Może to trochę irytować, choć z drugiej strony to może uczucie zazdrości nam doskwiera, bo dobrze mieć taką siostrę - przyjaciela. Zalotnica niebieska to książka o silnych więzach rodzinnych (przyjaźni z siostrą, kumplostwie z ojcem), o czasach dwudziestolecia międzywojennego, o wielkich tej epoki, wśród których toczyło się życie Kossaków. Dla osób wielbiących klimat epoki i poczucie humoru pani Magdaleny, dla kochających poezję Marii ta książka to prawdziwa gratka i myślę, że nie będzie im wcale przeszkadzać powtarzalność. Osobiście, choć dużym sentymentem darzę książkę Maria i Magdalena nigdy nie byłam szczególną admiratorką ani dwudziestolecia międzywojennego, ani córek Kossaka. Co więcej po lekturze MiM nieco znielubiłam Lilkę (za jej egoizm i poczucie wyższości wobec osób mniej uzdolnionych, za próżność, powierzchowność), a w postawach obu sióstr pewien bezkrytycyzm wobec tatki. Paradoksalnie większe zrozumienie dla Lilki znalazłam w Zalotnicy niebieskiej, a to z powodu zamieszczonych tu wierszy. Paradoks polega na tym, iż w odbiorze poezji jestem kaleką i mimo kilkudziesięciu prób zmiany tego stanu rzeczy - jestem na poezję po prostu głucha. Jedyny rodzaj poezji, która do mnie przemawia to poezja śpiewana. Czytając książkę ze zdziwieniem stwierdziłam, że kilka z wierszy Pawlikowskiej słyszałam już wcześniej w postaci śpiewanej i bardzo mi się one podobały. Co więcej poznałam i polubiłam kilka kolejnych, co poczytuję sobie za duży krok na przód w przezwyciężaniu własnych ograniczeń. Myślę, że dzięki poezji, a także dzięki fragmentom korespondencji udało mi się nieco lepiej zrozumieć poetkę, a mój odbiór postaci stał się cieplejszy i życzliwszy. 
Nietypowy przewodnik po Krakowie Michał Rożek
Od pewnego czasu nie wyjadę nigdzie dopóki nie „poznam literacko” miasta, do którego zmierzam. Kiedy inni kupują foldery, bedekery, przewodniki pełne kolorowych zdjęć na kredowym papierze, ja czytam raczej literaturę, słucham muzyki, poznaję architekturę kraju, do którego zmierzam oraz zbieram informacje na temat zbiorów muzealnych. Ciężko mnie zadowolić „zwykłym” przewodnikiem zawierającym typowe turystyczne informacje, choć i takie przeglądam. Nietypowy przewodnik nie zawiera ani jednej kolorowej fotografii, ani jednego zdjęcia sztandarowych zabytków grodu nad Wisłą, a jest jak do tej pory najciekawszą pozycją o Krakowie, jaką czytałam. Nietypowy przewodnik po Krakowie to bogaty zbiór informacji z różnych dziedzin życia; zbiór faktów, i anegdotek. Autor prowadząc nas uliczkami i zaułkami królewskiego grodu z pasją opowiada o swoim ukochanym mieście. Całości dopełniają fragmenty wierszy oraz czarno-białe rysunki krakowskich detali; fragment gzymsu, posąg, kolumna, dorożka. Detal, który od razu przywodzi na myśl opisywany obiekt. Przed każdym spacerem znajduje się odręcznie narysowana mapka fragmentu miasta. Książkę można czytać od początku do końca chronologiczne, można też czytać rozdziałami, w zależności od potrzeb. Towarzyszyła mi podczas wszystkich spacerów po mieście. Jedyny minus to brak bibliografii.Książka przeczytana w ramach wyzwania z półki 2013
Król Maciuś Pierwszy Janusz Korczak 

Po audiobooka sięgnęłam pod wpływem lektury biografii Korczaka pióra Joanny Olczak-Ronikier. Na fali przewijających się refleksji, czy powinno się wracać do lektur dzieciństwa, czy też raczej pozostać przy pierwszym wrażeniu nieskażonym wiedzą i doświadczeniem nie mogę zabrać głosu, bowiem Króla Maciusia, jako dziecko nie czytałam. Jak przez mgłę kojarzę filmowe ekranizacje. Jak na Korczaka przystało bajka dla dzieci nie pozbawiona jest sporej porcji dydaktyzmu. W fikcyjnej krainie po śmierci króla jego następcą zostaje mały chłopiec Maciuś. Początkowo uzależniony od dorosłych pełni on funkcje reprezentacyjne, jednak z czasem ogarnięty dziecięcym marzeniem zdobycia sławy wyrusza wraz z przyjacielem na wojnę. Tam przechodzi trudną szkołę życia, nabiera doświadczenia i pokory. Po powrocie przejmuje ster rządów, wprowadza reformy, przyznaje dzieciom prawa dorosłych, jednak z czasem ulega podszeptom złych doradców i zaprzepaszcza wszystko, co osiągnął wcześniej. Za doprowadzenie kraju do upadku zostaje skazany na pobyt na bezludnej wyspie. Ta początkowo przygodowo-awanturnicza opowieść niesie smutne przesłanie i gorzką pigułkę o życiu dorosłych, którzy sobie i dzieciom zgotowali okrutny los. Jakoś trudno mi czytać Maciusia wyzwoliwszy się od wiedzy na temat drogi życiowej jego autora. Korczak zawsze traktował dzieci bardzo poważnie i po partnersku, dlatego przekazuje im wiedzę trudną na temat odpowiedzialności ludzi sprawujących rządy. Porusza w niej kwestie uczciwości, fachowości, lojalności, samodzielności, tolerancji. Podkreśla, jak ważne jest, aby dorośli nie zapominali o tym, że sami także byli kiedyś dziećmi. Mnie się książeczka podobała, choć nie jestem do końca przekonana, czy dzieci potrafią odczytać jej przesłanie. Polityka zawsze jawiła mi się i nadal tak mi się jawi, jako coś brudnego, wstrętnego, przytłaczającego, coś od czego chcę się trzymać z daleka i od czego chciałabym trzymać z daleka dzieci. Chyba jestem anarchistką. 
Dziedzictwo Estery Sandor Marai
Pierwsze spotkanie z prozą Maraia było udane i dobrze rokujące na przyszłość. Z odniesieniami do jego prozy spotykałam się zarówno w literaturze, jak i na zaprzyjaźnionych blogach, dlatego byłam jej niezmiernie ciekawa. Na pierwszy ogień sięgnęłam po krótką formę. Książeczka liczy nieco ponad sto stron. Jest to książka z gatunku tych, które zostają gdzieś w człowieku jeszcze długo po przeczytaniu, powodują literackiego kaca, bo nie zostają na powierzchni a włażą pod skórę. Książka mnie zaintrygowała. Myślę, że Marai zostanie moim dobrym znajomym, jak wcześniej np. Szabo, takim, którego można nie widywać latami, ale jak się pojawi zawsze znajdzie się z nim nić porozumienia. Po kilkudziesięciu latach milczenia do domu Estery przyjeżdża Lajos, jej jedyna miłość, oszust, fałszerz, nicpoń, kłamca, wampir emocjonalny, diabeł wcielony. Nie ma w rodzinie osoby, której by nie oszukał, a jednak wszyscy ponownie ulegają jego urokowi i każdy na nowo podejmuję jego grę. Krótka książeczka budzi spore emocje, dlaczego, jak to możliwe, czy jest jakiś powód, usprawiedliwienie, przyczyna. Autor nie udziela odpowiedzi, nie wiemy, dlaczego rodzina, dlaczego Estera po raz kolejny grają w grę, w której Lajos rozdaje karty. Lajos irytujący, wkurzający, niereformowalny, Lajos, który krzywdzi i oszukuje wmawiając ofierze, że to dla jej dobra. Estera opowiada całą historię z dystansem, nieco ironicznie, humorystycznie, choć jest to humor gorzki. Ona, podobnie, jak czytelnik próbuje zrozumieć swoje wybory. Tyle, że ich nie sposób zrozumieć. Podobał mi się klimat opowieści, tajemniczość, zaprzeczenie tezie, że wszystko da się wytłumaczyć. 
Garden party Katherine Mansfield 

Garden party to zbiór opowiadań, jakie Kaherine Mansfield wydała w 1922 r. Kilkakrotnie już podkreślałam, iż nie przepadam za krótką formą, jest taka ulotna i rzadko zostaje w pamięci na dłużej. Dziś po czterech miesiącach od lektury w pamięci pozostały jedynie; liryczno-poetycki klimat opowiadań, kilka szczegółowych opisów miejsc, parę postaci, znajdujących się w zwyczajnych sytuacjach i przeświadczenie, że nic tu nie dzieje się przypadkiem i zwyczajnie. Pamiętam tytułowe opowiadanie. W domu Laury trwają przygotowania do przyjęcia. Robotnicy przestawiają meble, dziewczęta szykują kwiaty, kucharki przygotowują jedzenie. W pewnej chwili okazuje się, iż w sąsiedztwie zmarł człowiek. Propozycja Laury, aby odwołać przyjęcie nie spotyka się ze zrozumieniem rodziny. Przyjęcie się odbywa, a po jego zakończeniu Laura zostaje wysłana do domu sąsiadów z poczęstunkiem. To zderzenie dwóch światów, bogactwa i biedy, obłudy i uczciwości, pozorów i szczerości, życia i śmierci, dwóch życiowych filozofii robi wrażenie. I wahania Laury - będące jakąś iskierką nadziei i niedopowiedzenie, czy to zdarzenie coś w jej życiu zmieni, czy też wszystko pozostanie po staremu. 
Uff, ależ odwaliłam kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty, zupełnie, jakbym była w pracy, a nie na zwolnieniu.