Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zola. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

Jego ekscelencja Pan Minister Rougon Emil Zola



Lubię czytać powieści Zoli. Podoba mi się ich naturalistyczny sposób narracji, choć przebrnięcie przez opisy nędzy, plugastwa, ludzkiego okrucieństwa bywa traumatycznym przeżyciem. Jednak jak dotąd nie żałowałam czasu poświęconego książkom Emila. Choć przyznaję, że Opowieści niesamowite, czy Nantas nieco mnie znużyły.
Czytanie Zoli, to trochę tak jak oglądanie wczesnych obrazów Van Gogha, to co widzimy piękne nie jest, ale sposób, w jaki to namalowano, czy opisano może budzić podziw. Mój wzbudził.

Szósty tom cyklu Rougon-Macquartowie to studium homo politicus; obraz mocno odpychający, choć niezwykle prawdziwy. I znowuż geniusz autora przejawia się w tym, iż opisuje on nie tyle konkretnych osobników (choć bohaterowie mają cechy ówczesnych polityków), co pewien zbiór cech, jakie posiada człowiek opanowany żądzą władzy. Polityka dla bohatera i jemu podobnych jest szczeblem do osiągnięcia pozycji społecznej, władzy, pieniędzy, poklasku, kobiet. Bo do polityki wbrew populistycznym hasłom idzie się dla władzy i pieniędzy właśnie.
Eugeniusza Rougon poznajemy w 1857 r., kiedy na skutek intryg politycznych przeciwników zostaje odsunięty z piastowanego stanowiska. Starannie przygotowywana sieć sojuszy garstki „przyjaciół”, których los zależny jest od stanowiska Eugeniusza doprowadza go na szczyty władzy; zostaje ministrem. A wokół niego niczym satelici krążą mający spore potrzeby „przyjaciele”. Ktoś ma sprawę sądową, ktoś inny liczy na pomyślne rozstrzygnięcie sporu o spadek, ktoś czeka na koncesję, a jeszcze inny chciałby otrzymać posadę, są też tacy, którzy nie dla siebie proszą, ale dla innych, a to posag dla panny, którą bezecnie wykorzystał jakiś oficer, a to zapomogę dla znajomego, a to trafikę dla sąsiada….
Odtąd wielkiego Rougon … bawi to, że jest postrachem, że w błogim spokoju grona przyjaciół kuje pioruny, że swymi grubymi pięściami parweniusza okłada naród. „Źli tylko niech drżą, dobrzy niech patrzą śmielej”- napisał w jakimś okólniku; i grał swoją rolę Boga, zazdrosną o swą władzę dłonią jednym niosąc zagładę, innym ocalenie. Czuł przypływ niezmiernej dumy i bałwochwalcze uwielbienie dla własnej siły i inteligencji przeradzało się w formalny kult. Własna osoba była dla niego źródłem nieziemskiej rozkoszy. (str. 218) … Największą przecież rozkosz znajdował Rougon pyszniąc się tryumfem wobec swej kliki. Zapomniał o Francji, o wysokich urzędnikach, których miał u swoich stóp, o rzeszach petentów, którzy oblegali jego drzwi, po to, by żyć wśród niesłabnącego uwielbienia dziesięciu, czy piętnastu bliskich znajomych ze swego otoczenia. Jego gabinet był dla nich otwarty o każdej porze; zgodnie z jego wolą królowali w nim, na fotelach, a nawet przy jego biurku, on zaś twierdził, że lubi, kiedy mu się kręcą pod nogami niby wierne zwierzęta. (str.219).

Wszystko układa się po myśli pana ministra, do czasu, kiedy okazuje się, jak silnym przeciwnikiem jest odrzucona kobieta. Klorynda, kobieta, której pożądał, ale nie na tyle, aby się z nią ożenić, kobieta, której zawdzięczał swój powrót na szczyty władzy dzięki sieci intryg doprowadza do jego dymisji. Co gorsza, Rougon dowiaduje się, iż tej właśnie kobiecie zawdzięczał swą wysoką pozycję.
To jednak nie koniec kariery Eugeniusza. Droga polityka to sinusoida, na której się wznosi, upada i znowu wznosi. Dzięki intrygom, korupcji, nadużyciom, despotyzmowi, okrucieństwu, bezkompromisowi, który zostaje ostatecznie zwyciężony przez pójcie na kompromis wielki niegdyś pan minister powraca w nowej roli. Bo w końcu Eugeniusz wyznaje znaną od renesansu zasadę, iż cel uświęca środki.

..w przeciągu godziny przekreślił politykę całego swego życia i teraz zgodził się na fikcję parlamentaryzmu, by zaspokoić swą wściekłą żądzę władzy (str. 375).
Kiedy czyta się książkę, można odnieść wrażenie, jakby przez te prawie dwieście lat nic się nie zmieniło. Książka dotyczy fikcyjnych bohaterów i zdarzeń, osadzonych w autentycznych czasach II Cesarstwa. Jednakże mechanizmy, jakie opisuje były i są aktualne do dziś. 
Początkowo lektura nie budziła mojego zainteresowania, z uwagi na temat, który jest mi obmierzły i wstrętny nie mogłam wykrzesać z siebie jakichkolwiek emocji. Im jednak dalej zagłębiałam się w nią, tym większą sprawiała mi przyjemność. Doceniam wnikliwość obserwacji, celność sądów, umiejętność ich opisania w sposób, że nawet tak nieciekawy przedmiot obserwacji staje się w końcu zajmujący, no i niezmiernie ulegam urokowi opisów Zoli. Wiem, że niektórych właśnie owe opisy irytują, ja jednak mam do nich słabość. Rozkoszuję się malarskimi opisami osób, rzeczy, zdarzeń. Z przeczytanej właśnie lektury w pamięci zostanie obraz wenty dobroczynnej urządzanej przez panie z towarzystwa.

Na długich pokrytych czerwonym suknem stołach rozłożono towary: było tu więc kilka stoisk z paryskimi wyrobami galanteryjnymi i chińszczyzną, dwa kramy z zabawkami dla dzieci, pełen róż kiosk kwiaciarki, a wreszcie- niczym na podmiejskiej zabawie - „koło szczęścia” pod namiotem. Wydekoltowane, w balowych toaletach sprzedawczynie wdzięczyły się jak handlarki, uśmiechały jak modystki, które namawiają klientelę na stary kapelusz, szczebiotały pieszczotliwie i paplały, a przy tym nie mając pojęcia, wyceniały towary. Zabawiając się tak w panny sklepowe, pozwalały dotykać swych rąk dłoniom pierwszego lepszego nabywcy, a łaskotane ich dotykiem wybuchały wulgarnym chichotem. Tu księżniczka obsługiwała stragan z zabawkami, naprzeciw niej jakaś markiza sprzedawała sakiewki niewarte więcej jak dwadzieścia dziewięć su, nie oddając ich taniej niż po dwadzieścia franków. Obie rywalizowały ze sobą, upatrując triumf swych wdzięków w największym przychodzie, ściągały do siebie klientów, wabiły mężczyzn, stawiały bezwstydne ceny, a potem po zaciekłych targach, godnych rzeźniczek-oszustek, ofiarowywały w naddatku odrobinę siebie samych-koniec paluszków lub widok głęboko rozchylonego stanika- by skłonić nabywcę do poważnych zakupów. Dobroczynność była tu pretekstem. (str. 334). 
Książka przeczytana w ramach losowania U Anny. Zaliczona do paru wyzwań czytelniczych (Czytamy Zolę, Francuska kawiarenka literacka, Klasyka literatury popularnej).
Dopiero dzisiaj zauważyłam kilka nieopublikowanych komentarzy. Przepraszam moich gości, ale nie pokazały mi się wcześniej na poczcie, jak to bywało do tej pory. Już je udostępniłam i obiecuję częściej zaglądać na bloga i korzystać z jego narzędzi. Mam tych gości nie tak znowu wielu, aby pozwolić sobie na takie zaniedbania.  

wtorek, 8 grudnia 2015

Zdobycz Emil Zola


Jadalnia Napoleona III Luwr (tak mi się skojarzyło z epoką przebudowy Paryża)
Dawno już nie czytało mi się tak lekko i z taką przyjemnością. Zola potrafi malować słowami i uwodzić opisem. Paryż w jego wydaniu jest niczym rajski ogród, pełen przepychu i bogactwa, nawet, jeśli to tylko powierzchowna fasada, która szpetotę i zgniliznę moralną jego mieszkańców ukrywa w urzekająco pięknym otoczeniu. 
W drugiej części cyklu Rougon-Macqartowie autor rozprawia się z złodziejstwem i spekulacjami drugiego cesarstwa czyniąc bohaterem swej powieści Arystydesa Rougnon i członków jego rodziny (?) Tyle, że rodzina to pojęcie niezbyt pasujące do tworu, jaki powstał z połączenia nienasyconego chęcią zdobywania milionów parweniusza, bez skrupułów ze znudzoną życiem w luksusie Renatą oraz narcystycznym hermafrodytą Maksymilianem, żyjącym chwilą, bezwolnym synem Arystydesa i pasierbem, jego żony. 
Arystydesa, który pod naciskiem brata (ministra) zmienia nazwisko na przypominające suchy brzęk złota Sacchard „dobre, aby dostać się na galery lub zrobić miliony” zajmuje wyłącznie pomnażanie majątku. Jest w swej żądzy nieugięty, nie ma podłości, jakiej by się nie podjął dla pozyskania „paru franków”; ograbienie wspólnika czy żony, wyswatanie syna z kaleką, wyłudzenie z państwowej kasy milionów za ruinę niewarta nawet małej części jej wartości to dla niego codzienność. 
Jego młoda i śliczna żona, kapitał zakładowy, który zyskał, dzięki „szczęśliwemu zbiegowi okoliczności” (śmierć pierwszej żony i „kompromitacja” drugiej) znudzona wszystkimi rozkoszami, jakich zdążyła zaznać (bogactwo, powodzenie, romanse) szuka czegoś, co zapełniłoby jej pustkę. 
Już od pierwszej sceny, w której macocha zwierza się pasierbowi, że swoich pragnień otrzymania czegoś nieokreślonego widać, jaka będzie puenta ich wzajemnych relacji. 
Maksym „osobliwa mieszanina nienasyconych apetytów ojca i indolencji matki, zrobaczywiały owoc, w którym wady obojga uzupełniły się i pogłębiły”, wyrasta wśród przyjaciółek macochy, kobiecych łaszków, często w niewieścim przebraniu, traktowany, jak zabawka, laleczka, zniewieściały i bezwolny. Poddaje się równie łatwo miłosnym uściskom Renaty, jak i matrymonialnym planom ojca. 
Galerię typów spod ciemnej gwiazdy uzupełnia rajfurka Sydonia, siostra Arystydesta osoba o nieciekawej powierzchowności i nędznego charakteru. 
Zgodnie z założeniem autora cyklu Zdobycz to analiza złodziejskich spekulacji i oszustw II Cesarstwa, jakich dopuszczają się urzędnicy miejscy, którzy w planie rozbudowy Paryża dojrzeli możliwość zbicia milionowej fortuny, skupując grunta przeznaczone w planach do wywłaszczenia, podbijając ich cenę i otrzymując krociowe odszkodowania. Opis całego procederu jest tyleż fascynujący, co nużący dla czytelnika, dla którego kwestia pomnażania kapitału jest całkiem obca. Jednakże bez opisu procederu, jakiemu oddawał się Arystydes i jemu podobni nie byłaby Zdobycz tak wiarygodnym obrazem epoki. 
Z jednej strony jest złodziejska spekulacja i rodzenie się krociowych majątków, coś co w pewien sposób, mimo wstrętu budzi podziw dla talentów spekulanta, a z drugiej pustka, marnotrawienie czasu i pieniędzy na jałowe rozrywki (bale, operetki, przejażdżki, wizyty u krawców) oraz opis rozpasanego życia znudzonych przedstawicieli biznesu i ich „rodzin”. 
Zola piętnuje klasztorne wychowanie, w wyniku którego panna z dobrego, mieszczańskiego domu „wynosi duszę zbrukaną, serce odarte z dziewictwa” i ciekawość zakazanego owocu, piętnuje zniewieściałych młodzieńców marnotrawiących rodzinne fortuny, piętnuje moralność kobiet, którym splendoru dodaje częsta zmiana kochanków i piętnuje małość ludzi, którzy stanowią elitę społeczeństwa z racji posiadanego kapitału. 
Powieść na przykładzie „rodziny” Arystydesa ukazuje obraz stosunków społecznych z czasów przebudowy Paryża za barona Hausmana, to one są tutaj najistotniejsze, dlatego też trudno byłoby doszukać się psychologii jednostkowego bohatera. Zarówno Arystydes, jak i Maksym, Renata, czy Sydonia są jedynie typem bohatera, a nie bohaterem samym w sobie. 
Obraz był tak niepokojąco prawdziwy, iż autor został wezwany przez prokuratora i nakłoniony do zaprzestania druku. W liście do przyjaciela napisał: …Nuta złota i zmysłów, szmer milionów i potężniejący wrzask orgii brzmiały tak silnie, że postanowiłem napisać Zdobycz. … Nie można oskarżyć mnie o przejaskrawienie barw. Odwrotnie, nie ośmieliłem się nawet napisać wszystkiego. Zarzucana mi zuchwałość w mówieniu o sprawach drastycznych cofała się niejednokrotnie przed dokumentami, które posiadam”. (Emil Zola Halina Suwała str. 132).
Salon Napoleona III w Luwrze 
Zdobycz obfituje w bogate, pełne detali opisy. Są one niezwykle kunsztowne, niemal malarskie, wręcz baśniowe. I jest to zarówno zaletą powieści, jak i może być jej wadą. Nie każdego czytelnika zachwyci (mnie zachwyciła) powieść zbudowana z fotograficznych klisz/ obrazów miejsc, toalet, ogrodów, pejzaży. I nawet mimo woli dałam się uwieść cudownym opisom.
W rozedrganym mroku, za rzeźbionymi oparciami krzeseł boazerie, duży niski kredens, rozpostarte tu i tam płaty aksamitu majaczyły zaledwie. Mimo woli wzrok powracał ku stołowi, nasycał się jego przepychem. Środek zajmowało piękne surtout [ozdobny talerz] z matowego srebra o połyskującej cylezurze; przedstawiało ono grupę faunów porywających nimf; ponad nią, z szerokiego rogu opadały kiście naturalnych kwiatów olbrzymiego bukietu. Ustawione po dwóch krańcach wazy również pełne były kwiatów. Dwa kandelabry, związane z grupą środkową – dwóch satyrów w biegu, unoszących na jednej ręce zemdloną kobietę, a drugą podtrzymujących dziesięcioramienny świecznik- migotem świec pomnażały jeszcze blask żyrandola. Pomiędzy tymi ozdobami stały symetrycznie mniejsze i większe grzejniki z pierwszym daniem, a obok nich muszle z przystawkami, porcelanowe kosze, kryształowe czary, płaskie talerze, kompotiery na podstawkach, zawierające część deseru już podaną na stół. Wzdłuż kordonu talerzy armia kieliszków, karafek z wodą i z winem, małych solniczek - cała ta kryształowa zastawa była delikatna i lekka jak muślin, bez jednego rżnięcia, i tak przezroczysta, że nie rzucała ani odrobiny cienia. Surtout i większe nakrycia przypominały fontanny ognia; połyskliwymi ściankami grzejników przebiegały błyski; widelce, łyżki, noże o rękojeściach z perłowej masy tworzyły płomienne smugi; kieliszki rozpinały tęczowe łuki, a pośród tej ulewy iskier, tej masy rozpalonej do białości, karafki z winem znaczyły obrus plamami czerwieni. (Str. 28 Zdobycz Emil Zola Wydawnictwo Opolpress)
Natomiast poniższy zmysłowy opis oranżerii musiał rozpalać wyobraźnię czytelniczek na równi z opisem miłosnych uścisków kochanków. 
Spryskane czerwienią liście begonii i podobne do lanc białe liście popłanów stanowiły dalszy ciąg niezrozumiałych dla Renaty i Maksyma okaleczeń- tu i ówdzie dostrzegali jakby krągłe biodro lub kolano tarzające się po ziemi w brutalnej pieszczocie. Drzewa bananowe uginające się pod kiściami owoców mówiły im o hojnej płodności ziemi, a wilczomlecze, których pokraczne, kolczaste świece, pełne wstydliwych gruzłów majaczyły w mroku, zdawały się ociekać sokiem, występującą z brzegów ognistą strugą życia. W miarę jak spojrzenia ich zagłębiały się w zakamarki cieplarni, ciemność wypełniała się coraz zajadlejszą rozpustą liści i łodyg; nie rozróżniali już aksamitowców, łagodnych w dotyku, gloksynii o fioletowych dzwonkach, dracen podobnych do płytek lśniącej laki – był to jeden żywy krąg roślin złaknionych siebie i nienasyconych. Zasłonięte firankami lian altany rozpłomieniały zmysłowe marzenia Renaty i maksyma, zwinne pędy waniliowców, jadowic, kwiskwalisów, nadwoi stanowiły nie kończące się ramiona ukrytych kochanków, w łapczywym uścisku zgarniających wszelką rozkosz.  (Str.205 Zdobycz Emil Zola)
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny



piątek, 28 lutego 2014

Opowiadania niesamowite (czy rzeczywiście niesamowite?) Emil Zola (audiobook)


Na zbiór Opowiadań  niesamowitych składa się pięć nowelek Zgon Oliviera Becaille, Atak na młyn, Radykał, Feta, Nantas. O ostatniej z nich pisałam tutaj.
Tym, co łączy wszystkie nowelki jest dość zaskakujące zakończenie. Z perspektywy upływu czasu od lektury (jakieś pół roku) muszę przyznać, iż testu trwałości nie przeszły Radykał i Feta. Radykała nie pamiętam wcale, Fetę dość mętnie. 

Zapamiętałam natomiast i chyba na długo Zgon Oliviera Becaille, a to z powodu nietypowego sposobu prowadzenia narracji oraz osoby lektora. Zaskakującym jest to, iż dość długo nie można połapać się w stanie żywotności narratora; żyje, czy też nie, jest w stanie snu, letargu czy katatonii. 
Zakochany do szaleństwa w młodej żonie Olivier zachorował i dość nagle znalazł się w stanie krytycznym. Wezwany do pacjenta lekarz bez badania stwierdził zgon, wścibska sąsiadka udając troskliwość planuje wyswatanie młodej wdowy, zaś Olivier obserwujący zdarzenie z  perspektywy łóżka tudzież drewnianej skrzyneczki przejawia całą gamę doznań; miłości do żony i obaw o jej niezabezpieczoną przyszłość, strachu, niedowierzania, żalu, gniewu na własną bezsilność i głupotę innych. Dominujący temat strachu Oliviera przed śmiercią i pochowania żywcem nadają nowelce charakter makabreski. Zakończenie jest dość zaskakujące i trochę rozczarowujące. Olivier dostaje drugą szansę, której wydaje się nie potrafi wykorzystać, trudno też powiedzieć, czy dzięki nietypowemu doświadczeniu coś zyskał. Dobry pomysł, ale chyba nie do końca wykorzystany przez autora. Lektorem nowelki jest pan Artur Barciś, który wywiązał się ze swego zadania znakomicie, imitując obawy i rozterki Oliviera w sposób niezwykle przekonywujący, sprawiając, iż dreszczyk grozy przenika czytającego na wskroś. 

Z pięciu krótkich form moim zdaniem najlepszą nowelą jest Atak na młyn. Niczym w antycznej tragedii stawia pisarz swoich bohaterów przed wyborami, z których żaden nie jest dobrym. Córka zamożnego młynarza wpada w oko młodemu imigrantowi z Belgii. Przystojny lekkoduch, nie zyskuje początkowo sympatii przyszłego teścia. Z czasem, kiedy udaje mu się zyskać jego przychylność na przeszkodzie zakochanym staje historia (wojna francusko-pruska). Wioska, w której odbywają cię zaślubiny zostaje zaatakowana przez nieprzyjaciela, a dziewczyna poddana najcięższej próbie; może uratować jedno życie; ojca lub narzeczonego. Kiedy ta nie potrafi podjąć decyzji i kiedy wszystko wydaje się być przesądzone los tasuje karty. I tak kilkakrotnie. Odbieranie nadziei na szczęśliwe zakończenie miesza się nieustannie z wiarą w happy end. Zola zdaje się mówić, iż nieznane są wyroki opatrzności (losu), a człowiek jest jedynie marionetką w rękach siły wyższej.

Niestety, podobnie, jak w przypadku Nantasa lektorką jest pani Joanna Lissner, której egzaltowany i przejaskrawiony sposób narracji sprawia, iż słuchanie staje się dość męczące i irytujące. 

Z powstaniem Ataku na młyn, jednej z sześciu nowel (obok Baryłeczki Maupassanta, Z tornistrem na plecach Huysmansa, Upustem krwi Cearda, Burdelem pod Siódemką Hennique oraz Na pobojowisku Alexisa)  składających się na zbiór Wieczory medańskie łączy się wymyślona przez Maupassanta legenda. 
Zbieraliśmy się latem u Zoli w jego posiadłości, w Medanie (..). Pewnej nocy, gdy księżyc był w pełni (...) zaczęliśmy przypominać wszystkich sławnych gawędziarzy (...) Sceptyk Ceard wymamrotał, spoglądając na księżyc: Oto piękne romantyczne tło, należałoby je wykorzystać... Opowiadając sentymentalne historyjki, dorzucił Huysmans. Lecz Zola uznał, że to dobra myśl, będziemy sobie opowiadać historie. Ubawił nas ten pomysł i ustaliliśmy, żeby rzecz utrudnić, że tło obrane przez pierwszego obowiązywać będzie pozostałych (...) Usiedliśmy i wśród głębokiego spokoju uśpionych pól, w jasnym blasku księżyca Zola opowiedział nam straszną kartę z historii katastrof wojennych, zatytułowaną Atak na młyn (..) *
Ta piękna legenda, jak pisze pani Halina Suwała w biografii autora  ma niewiele wspólnego z prawdą. Pisarze podczas spotkań w Medanie i Paryżu postanowili wydać wspólnie tom nowel, który miał być manifestem "szkoły naturalistycznej".
Osobiście wolałabym, aby legenda okazała się prawdziwą, bowiem opowiadania stworzone ad hoc, w romantycznej aurze, dla wspólnej zabawy odczytywałabym inaczej. Za najlepszą nowelę ze zbioru Wieczory medańskie uznano Baryłeczkę.  
Po przeczytaniu paru powieści Zoli stwierdzam, iż są zdecydowanie lepsze, ciekawsze i głębsze od jego nowel.
 
Moja ocena całego zbiorku 3,5 (być może na dość niskiej ocenie zaważył także brak sympatii do krótkiej formy). 
* str. 221 Emil Zola autorstwa Haliny Suwały Wiedza Powszechna rok wydania 1968

środa, 7 sierpnia 2013

Rzym Emil Zola oraz wakacje od bloga


Rzym druga część cyklu Trzy miasta wydany został w 1895 r. Każda z części stanowi odrębną całość, można zatem poprzestać na przeczytaniu jednej części, choć oczywiście najlepiej byłoby przeczytać je wszystkie i to w kolejności, w jakiej zostały napisane (Lourdes, Rzym, Paryż), to bowiem pozwala poznać motywy zachowań głównego bohatera oraz poglądy jej autora w kwestii religii katolickiej i działania całej biurokratycznej machiny hierarchii kościelnej. Główny bohater to ksiądz Piotr Fromet, duchowny bez powołania, człowiek szlachetny i dobry, a jednocześnie człowiek poszukujący sensu życia (drogi duchowej). Jako dziecko wychowywany był przez reprezentujących odmienne światopoglądy rodziców; naukowca i pobożną katoliczkę (a nawet bigotkę). Matka w geście przebłagania Boga za grzechy męża, którego religią była nauka oddała młodzieńca do duchownej posługi. W części pierwszej trylogii - Lourdes Piotr podróżował z pielgrzymką do miejsca objawień Bernadety. Ponieważ poszukiwania zamiast spokoju duszy i ukojenia, przyniosły jedynie rozczarowanie oraz gorycz Piotr szuka celu/sensu czy może odkupienia poprzez miłosierdzie. Mimo kryzysu wiary (a właściwie mimo braku wiary) tkwi w stanie kapłańskim, chyba jedynie ze względu na życzenie i pamięć matki. Dochodzi do wniosku, iż jedyną drogą ratunku dla chrześcijaństwa pogrążonego w kryzysie wartości będzie powrót do korzeni, czyli do nauki Chrystusa. Pisze więc książkę Nowy Rzym, w której przypomina nauki głoszone przez Zbawiciela, a także przez papieża Leona XIII w czasach, kiedy jeszcze był zwykłym duchownym. Przedstawia też propozycję reform kościoła katolickiego. Niewielka i wydawać by się mogło mało znana/ znacząca książeczka wpisana zostaje na indeks ksiąg zakazanych (podobnie, jak książka Zoli, czy dzieła dla przykładu Kopernika, Galileusza, Woltera). Ksiądz Piotr w swej naiwności i prostoduszności udaje się do Rzymu, aby tutaj bronić zawartych w książce idei przed kościelną inkwizycją. Kiedy zawodzą już wszystkie sposoby, a spotkania z kościelnymi dostojnikami nie przynoszą efektów, pozostaje ostatnia deska ratunku - wizyta u Ojca Świętego, który jako człowiek z natury dobry i sprawiedliwy nie może nie zrozumieć pobudek księdza Piotra - tak myśli nasz bohater. Ma on przecież jak najlepsze intencje. Niestety Piotr nie rozumie, iż papież (Leon XIII) jest jedynie urzędnikiem, który bronić będzie istniejącego status quo za wszelką cenę. Papież docenia wartość książki, ale uznaje ją za niebezpieczną dla wiernych. Jakże mógłby się zgodzić na zmianę istniejącego status quo, wszak byłoby to przyznaniem, iż kościół wypaczył nauki głoszone przez Chrystusa; nauki miłosierdzia, ubóstwa, cnotliwego życia. Jak może żądać reform osoba uzależniona od finansowego wsparcia osób, które zadowolone są z istniejącego stanu rzeczy.
To świętokradztwo, bezbożność, bluźnierstwo. Jest tylko jedna religia, nasza święta religia katolicka, apostolska i rzymska. Poza nią są tylko ciemności i potępienie... Rozumiem, że masz na myśli powrót do pierwotnego chrześcijaństwa; ale schizma protestancka, tak karygodna, tak zgubna, też powstała pod tym pretekstem. Gdy tylko oddalamy się od ścisłego przestrzegania dogmatów, od bezwzględnego poszanowania tradycji, wpadamy w straszliwą otchłań... Ach, schizma, schizma, mój synu, to niewybaczalna zbrodnia, morderstwo prawdziwego Boga, bestia nieczystej pokusy, pobudzona przez piekło dla zatraty wiernych. Gdyby w twojej książce były tylko te dwa słowa: „Nowa religia", należałoby ją zniszczyć, spalić, jak śmiertelne niebezpieczeństwo dla dusz.
Utrzymywanie najbiedniejszych wyznawców Chrystusa w przekonaniu, iż istniejący porządek społeczny jest wolą Boga, a sprawiedliwości mogą oczekiwać jedynie po śmierci stanowi wygodną argumentację dla książąt kościoła. Odniosłam wrażenie (być może mylne), iż Papież dostrzegł w Piotrze to, czego nie dostrzegli inni duchowni (bo być może nie widzieli w tym zagrożenia/problemu), a mianowicie brak wiary.
Piotr wyjeżdża z Rzymu pokonany, wraca z przeświadczeniem, iż jedynym rozwiązaniem dla ludzkości jest nowa „świecka religia”.
Powieść jest doskonałym obrazem życia urzędników hierarchii duchownej; urzędników, gdyż trudno nazwać wyznawcami Chrystusa osoby zainteresowane jedynie tym, co dziś nazwalibyśmy „ścieżką rozwoju kariery”. Myślę, że temat nie stracił na aktualności, choć mam nadzieję, że sytuacja przedstawia się choć troszkę lepiej.
Piotr uświadomił sobie, jakim był głupcem marząc o papieżu władającym tylko światem ducha. Rojenia jego wydały mu się tak różne od rzeczywistości, tak niewłaściwe, że ogarnął go wstyd pomieszany z rozpaczą. Papież ewangeliczny, sprawujący rządy jedynie nad ludzkimi duszami — było to pojęcie zupełnie obce dla prałata rzymskiego. Na wspomnienie dworu papieskiego, skostniałego w rytualnych przepisach, zakrzepłego w pysze i żądzy władzy, zdał sobie sprawę, że taka myśl musiała przejmować przerażeniem i budzić fizyczną wprost odrazę. Jakże dziwaczny i godny pogardy był w oczach rzymskiego duchowieństwa ten twór północnej wyobraźni, papież bez ziemi i poddanych, bez zbrojnego orszaku i dworzan, jedynie duch, jedynie autorytet moralny, rządzący światem tylko dobrocią i miłością. To rzymskie duchowieństwo, wielbiące światło i przepych, pobożne, ale także pełne przesądów, zostawiało Boga ukrytego głęboko w tabernakulum, aby sprawować rządy w jego imieniu z największym pożytkiem dla nieba, chytre jak zwykli politycy, uprawiające krętactwa pośród rozpętanych apetytów ludzkich, zdążając cichym krokiem dyplomatów do definitywnego zwycięstwa Chrystusa na ziemi, który w osobie papieża miał zawładnąć pewnego dnia wszystkimi narodami świata. Jakże zdumiałby się prałat francuski, kardynał Bergerot, ten święty biskup pełen wyrzeczenia się i miłosierdzia, gdyby znalazł się w świecie watykańskim. Ileż trudu kosztowałoby go zrozumienie tych stosunków, jakże cierpiałby nie mogąc znaleźć wspólnego języka z tymi ludźmi bez ojczyzny, z tymi kosmopolitami wiecznie schylonymi nad mapą dwóch półkul, pogrążonymi w kombinacjach mających im zapewnić panowanie nad światem!
W „Rzymie” moim zdaniem mniej jest Zoli naturalisty, choć i tu nie zabrakło kilku niezłych opisów życia nędzarzy, to jednak po pierwsze nie dorównują one, ani tym z części pierwszej, ani tym z części trzeciej (nie mówiąc już o Germinalu), po drugie autor skupia się raczej na opisie domostw i pałaców rzymskiej arystokracji, zarówno świeckiej, jak i duchownej. I choć niektóre z tych domostw wymagałyby odnowy, to bardziej przydałaby się odnowa moralna, niż fizyczna. Mamy więc opisy spotkań, bali, uczt, knowań, zawiązywania sojuszy i ubijania interesów, a jednym z wiodących wątków powieści jest kwestia unieważnienia małżeństwa przez papieża. Poznajemy zatem tajniki i sposoby, jakimi „załatwia” się rozwiązanie świętego i nierozerwalnego węzła małżeńskiego. Wydaje mi się, iż w zamyśle autora wątek ten miał służyć zdyskredytowaniu katolicyzmu, jako religii przeciwnej naturze. Jest to jednak w mojej ocenie wątek dość dziwaczny, zwłaszcza jego finał wydaje mi się „niesmaczny” (oddanie się ukochanemu po jego śmierci). W powieści Rzym więcej jest Zoli filozofa, niż Zoli społecznika, co moim zdaniem nie wychodzi książce na dobre. Nie można autorowi odmówić bystrości obserwacji, trafności spostrzeżeń, wnikliwości analiz, nieco gorzej z portretami psychologicznymi bohaterów.
Nie wiem, czy to przesyt tematem, czy też odczytanie utworu, jako troszeczkę nazbyt nachalnego przekonywania czytelnika do poglądów autora spowodowały, iż z całego cyklu Trzy miasta – Rzym czytało mi się najciężej. W Rzymie obraz kościoła katolickiego jest zdecydowanie negatywny, a krytyka poczynań jego urzędników narasta wraz z kolejnymi rozczarowaniami księdza Piotra, wraz z odkrywaniem zakłamania, obłudy i fałszu, jakie reprezentują osoby należące do najwyższej hierarchii kościelnej. Przedstawiony przez pisarza obraz tego wycinka społeczeństwa (zresztą wcale nie lepiej prezentują się tutaj przedstawiciele arystokracji świeckiej) przedstawia się niezwykle realistycznie (i niestety znajomo), ale nie przekonuje mnie takie nazwałabym to trochę „na siłę” przekonywanie do własnych racji (jakiekolwiek by one nie były). I nie ma to nic wspólnego z moim światopoglądem.
Oczywiście, nie umieściłabym książki na indeksie, tak tej, jak żadnej innej, gdyż uważam, że człowiek ma prawo do wolności poglądów i przekonań, a na to dał mu Stwórca rozum, aby dokonywał wyboru, a takie zakazywanie czytania powoduje jedynie ciekawość i wzrost popularności „zakazanego owocu”.
Cieszę się, że przeczytałam Rzym, bo bez tego czułabym niedosyt. Jako osobę zakochaną w Rzymie rozczarowały mnie opisy miasta, poza panoramą Rzymu, jaka jawi się Piotrowi zaraz po przyjeździe do miasta mam wrażenie, że Zola Rzymu nie czuje i podobnie, jak nie darzy sympatią jego mieszkańców, tak i nie darzy cieplejszymi uczuciami miasta. Jedyny ciekawszy opis dotyczy kaplicy Sykstyńskiej.
Bogatsza w doświadczenia z lektury Trzech miast najwyżej oceniłam Lourdes.
Moja ocena 3,5/6
Jeśli ktoś doczytał wpis do końca to informuję, iż robię sobie wakacje od blogowania, nie wiem dziś, ile one potrwają dwa-trzy tygodnie, miesiąc, a może trochę dłużej. Czuję potrzebę odpoczynku od wirtualnej rzeczywiści, by mam nadzieję wrócić z nową energią i chęcią do pisania.


wtorek, 4 czerwca 2013

Lourdes Zmil Zola


Emil Zola, "Lourdes", tłum. Eligia Bąkowska, PIW, 1962. 

Pierwsza część trylogii o trzech miastach jest początkiem drogi księdza Piotra Fromet poszukującego drogi do odnalezienia wiary. A gdzie jej szukać najlepiej, jak nie w miejscu objawienia Matki Boskiej, w miejscu uświęconym wiarą tysięcy pielgrzymów oraz cudownymi ozdrowieniami. Zola przed napisaniem powieści odbył pielgrzymkę do Lourdes pragnąc zrozumieć mechanizm rządzący religijnym fanatyzmem „wiernych”. Biorę to słowo w cudzysłów, bowiem bohaterowie powieści, poza nielicznymi wyjątkami, jak Maria czy proboszcz Peyramale, są raczej fanatycznym zbiorowiskiem ludzi, którzy przybyli dobić targu z Maryją (ja coś Tobie, Ty coś mnie).

Oczami księdza Piotra (kapłana bez wiary) obserwujemy uczestników pielgrzymki i ich opiekunów i poznajemy ich ukryte pragnienia. Biały pociąg wiezie tych, którym medycyna odmówiła szansy na uzdrowienie. Zapełniają go chorzy na raka, gruźlicy, suchotnicy, paralitycy, chorzy na choroby skórne a także cierpiący na schorzenia o podłożu neurologiczno-psychologicznym. Piotr towarzyszy przyjaciółce z dzieciństwa sparaliżowanej Marii Guersaint, która jedzie w intencji uzdrowienia obojga, zdając sobie sprawę z wielkiej tajemnicy księdza, jaką jest jego brak wiary. Sceptycznie nastawiony ksiądz Piotr nie chcąc martwić swojej przyjaciółki nie dzieli się z nią obawami o bezcelowości podróży i przekonaniami, iż cudów nie ma. Jednakże, zasięgnąwszy opinii kilku lekarzy zdaje sobie sprawę z tego, że silny bodziec psychiczny może dziewczynę uleczyć. Pragnie tego głęboko nie tylko ze względu na Marię, ale także upatrując w tym szansę na „uleczenie” własnej zbolałej duszy targanej pomiędzy chęcią uwierzenia, a niemożnością uwierzenia. Z jednej strony nie wierzy, ale z drugiej chce uwierzyć, z jednej strony zakłada, że jeśli się zdarzy to, czego pragnie dla Marii, będzie to miało naukowe uzasadnienie, a z drugiej liczy na to, że może coś drgnie w jego sceptycznym i racjonalnym podejściu do kwestii wiary. Czy cud się zdarzy, a jeśli tak, to, co będzie jego podłożem, głęboka wiara, wstrząs psychiczny czy też przypadek?

Przy okazji pielgrzymki obserwujemy zjawisko religijnego fanatyzmu, zakłamania pątników oraz możliwości, jakie daje miejsce święte przedsiębiorczym ojcom kościoła oraz mieszkańcom miasteczka. Autor opisuje, jak pozbyto się z Lourdes Bernadetty, której ukazała się Matka Boska i proboszcza-pierwszego opiekuna Lourdes. Opisuje walki, jakie rozgrywały się pomiędzy mieszkańcami, a kościołem o podział „łupów”.

… nowe Lourdes: woźnice, sprzedawcy świec, kobiety oferujące pokoje do wynajęcia, zaczepiające klientów przed dworcem, moc umeblowanych domów z dyskretnymi pokojami, tłum korzystających z zupełnej swobody księży, targane namiętnością panie pielęgniarki i zwyczajni przechodnie pragnący zaspokoić swoje apetyty. Widział też żądzę zarobku rozpętaną przez deszcz milionów, całe miasto w pogoni za zyskiem, sklepy, które zmieniały ulice w bazary i zjadały się wzajemnie, hotele, które obdzierały pielgrzymów, nie wyłączając Błękitnych Sióstr, utrzymujących restaurację, i ojców z Groty, zbijających fortunę na Bogu. Jakże smutna i straszna jest wizja niewinnej Bernadety, która roznamiętnia tłumy, każe im gonić za mirażem szczęścia, kieruje ku nim rzekę złota i doprowadza wszystko do zgnilizny! Wystarczyło, aby wionęło tędy przesądem, aby ludzie się zbiegli, aby przypłynął pieniądz, a ten uczciwy zakątek ziemi zdemoralizował się...

Jest w założeniu Zoli troszkę niekonsekwencji. Bo z jednej strony przekonuje on, iż cudów nie ma, a każde uzdrowienie da się racjonalnie uzasadnić, z drugiej strony opisuje niewytłumaczalne przypadki uzdrowień, a jego bohater "modli" się o cud uzdrowienia, tak jakby rozum mówił mu co innego, a serce co innego. 
Krytycy przypisują Zoli jednostronne spojrzenie na zjawisko, jakim jest Lourdes, stawianie po jednej stronie naiwnej wiary, zabobonu litości, nieszczęścia, złudzenia symbolizowanego przez Marię Guersaint, po drugiej rozumu, nauki i umiłowania prawdy, których rzecznikiem jest ks. Piotr. Nie mogę zgodzić się z taką oceną powieści. Bowiem poza słowami potępienia dla ludzkiej zachłanności, głupoty i fanatyzmu Zola przedstawia także piękno i radość przeżyć, jakie daje ludziom wiara i nadzieja, potęgę wiary (chociażby w możliwość wyzdrowienia) a także, choć, nie na pierwszym planie, ale w tle, cichą rzeszę ludzi bezinteresownie pomagających potrzebującym; pielęgniarzy i wolontariuszy. A to, że jest ich zdecydowanie mniej niż tych, którzy zwietrzyli tu szansę na bogactwo i rozgłos odzwierciedla jedynie smutną prawdę o ludzkich ułomnościach. 

Oczywiście można się nie zgadzać z Zolą w kwestii jego światopoglądu czy wyznawanych wartości, ale nie można mu odmówić, iż opisał zarówno organizację ruchu pielgrzymkowego, jak i materialistyczne nastawienie części kleru w sposób niezwykle celny i realistyczny. Nie dostrzegam w książce ataku na wiarę, ale krytyczne spojrzenie na fanatyzm religijny i ludzką obłudę.

Nic dziwnego, iż taki punkt widzenia spowodował umieszczenie zarówno powieści, jak i autora na indeksie ksiąg zakazanych.

Powieść jest też kolejnym przykładem powieści naturalistycznej, czego najlepszym przykładem jest opis „uzdrawiającej kąpieli” w wodzie, w której pływają kawałki bandaży, płaty skóry, krwi, ropy, fragmenty ludzkich ciał, w której zanurzano dziesiątki chorych z otartymi ranami, wrzodami, chorobami skóry, a także nieboszczyka. Opis wywołuje dreszcz obrzydzenia i niesmak. 

Zola napisał powieść po odbyciu dwóch pielgrzymek do Lourdes oraz przeprowadzeniu szeregu rozmów z księżmi, organizatorami pielgrzymek i z lekarzami, zapoznaniu się z historią Bernadety i proboszcza Peyramale, o czym szczegółowo pisze Halina Suwała w biografii Emil Zola. 

Po książkę sięgnęłam dzięki wpisowi u koczowniczki.

A moja ocena książki jest tożsama z jej oceną 5/6

Nigdy nie byłam w Lourdes, nie umiem opisać, jak dzisiaj wygląda tak ważne dla milionów katolików miejsce kultu. Zapraszam natomiast na blog Łucji-Marii, która pisze o swojej pielgrzymce do Lourdes  tu 
Parę refleksji na temat Lourdes snuje też nutta (klik)