Nie przepadałam za literaturą półwyspu iberyjskiego, nie przemawia do mnie ten rodzaj pisania, nie wciąga, nie zachwyca, nie urzeka*. Aby jednak nie zamykać się na nowe doznania od czasu do czasu sięgam po któregoś z pisarzy iberyjskich. Ponieważ nie tak dawno temu czytałam Baltazara i Blimundę Saramago i lektura pozytywnie mnie zaskoczyła sięgnęłam po Historię oblężenia Lizbony, tym bardziej, iż Portugalia stanowi cel mojej tegorocznej wakacyjnej wycieczki.
Raimundo Silva, redaktor w średnim wieku, prowadzący monotonne i uporządkowane życie samotnego mężczyzny, zajmujący się korektą różnego rodzaju książek trafia na taką, której lektura staje się punktem zwrotnym w jego niezwykle przewidywalnym egzystowaniu. I nie dlatego, że książka jest interesująca, wręcz przeciwnie.
Na czterystu trzydziestu siedmiu stronach nie natrafiono na żaden nowy fakt, żadną polemiczną interpretację, żaden nie wydany dokument, żadne nowe odczytanie faktów. Jedynie kolejne powtórzenie opowiedzianej już dziesięć tysięcy razy i doszczętnie wyeksploatowanej historii oblężenia, opis miejsc, mów i dzieł rzeczywistych ludzi, przybycie krzyżowców do Porto i ich morska przeprawa, że wpłynęli na Tag, wydarzenia z dnia świętego Piotra, ultimatum dla miasta, problemy na miejscu, bitwy, ataki, kapitulacja, w końcu plądrowanie miasta.(str. 39 Historii oblężenia Lizbony wydanej przez Dom wydawniczy Rebis 2002 r.)
Nie potrafiąc zdobyć się na szczerą recenzję książki Silva wpada na szatański pomysł, aby zmienić historię i dopisać wyraz „nie” przed zdaniem o pomocy krzyżowców w zdobyciu oblężonej przez Maurów Lizbony. I tak Silva decyduje się na małe szaleństwo; przeinaczenie faktów. Chyba sam nie rozumie, dlaczego to robi. Może ma już dość monotonii. Z niepokojem oczekuje konsekwencji. Jedno małe „nie” powoduje lawinę wydarzeń. Poznaje kobietę, otrzymuje propozycję napisania alternatywnej historii, w której uzasadni odmowę udzielenia pomocy przez Krzyżowców, zakochuje się.
Miałam nadzieję, iż napisanie alternatywnej historii oblężenia miasta doprowadzi do spekulacji, jakie byłyby konsekwencje pozostawienia Portugalczyków samych sobie. Jednak nie. Silva pisze nową historię, która kończy się tak samo; Portugalczycy bez pomocy Krzyżowców zdobywają miasto, więc historia toczy się utartymi koleinami. Ale jeden wyraz zmieniający sens zdania zmienia też życie człowieka. Redaktor zaczyna pisać książkę i zdobywa kobietę. Historia oblężenia Lizbony toczy się równolegle z historią zdobywania kobiety.
Plusy; przeniesienie do XII wiecznej Portugalii, uchwycenie klimatu miasta zajętego przez Maurów (świetny fragment opisujący modlitwę muezina), oddanie atmosfery średniowiecznych bitew z poprzedzającymi je negocjacjami, modlitwami, przemowami z obu stron, szczękiem broni, jękami rannych i krzykiem zabijanych, rozrywkami walczących, ciągnącymi za wojskiem cywilami. Ponadto ciekawy pomysł, co by było gdyby Krzyżowcy zamiast pomóc chrześcijanom urażeni w swej dumie wybrali bardziej prestiżowe zadanie zdobycia Jerozolimy. Tyle, że Silva nie pisze nowej historii Portugalii, a …
Minusy… pisze nową historię Silvy, a raczej historię bezbarwnie opisanego romansu redaktora. Tym samym historia nudnawego pana redaktora zamienia się w historię nudnawego romansu. Ta część dwutorowo opisywanej historii jest zdecydowanie słabsza.
Język; sama nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy język, jakim pisze autor jest zaletą, czy wadą książki. Na pewno jest znakiem rozpoznawczym Saramago. Nie umiem nawet z przekonaniem stwierdzić, czy jeśli czytaliście już którąś z książek Portugalczyka i ten sposób pisania przypadł wam do gustu, będzie tak i tym razem. Czytanie rozwlekłych zdań, pozbawionych interpunkcji, bez wydzielonych dialogów stanowić może sporą trudność. Co prawda można się do tego przyzwyczaić i po kilku stronach niemal nie zauważać nowatorstwa, ale nie ma co do tego gwarancji. O ile w Baltazarze i Blimundzie zostałam oczarowana takim właśnie sposobem narracji, o tyle w Historii oblężenia Lizbony przeszkadzał mi on do końca lektury.
A może wszystko zależy od treści, a język jest sprawą drugorzędną.
A może wszystko zależy od treści, a język jest sprawą drugorzędną.
Reasumując; ani polecam, ani odradzam. Ja w każdym razie, mimo wskazanych minusów i trudności nie żałuję, że przeczytałam, choć, o ile po wcześniejszej lekturze miałam w planach czytanie całego Saramago, o tyle teraz do kolejnej lektury podejdę z umiarkowanym zaufaniem.
*Dokonując geograficznego podziału lektur na kraje ich twórców odkryłam, iż Quatrocento, książkę, która mnie urzekła napisała Hiszpanka, tym samym muszę przyznać, iż i ja trafiłam na dobrą książkę z półwyspu Iberyjskiego.
*Dokonując geograficznego podziału lektur na kraje ich twórców odkryłam, iż Quatrocento, książkę, która mnie urzekła napisała Hiszpanka, tym samym muszę przyznać, iż i ja trafiłam na dobrą książkę z półwyspu Iberyjskiego.



