Wydawnictwo Muza, Rok wydania 2002, ilość stron - 536.
Wczoraj wróciłam ze szkolenia. Moje zdanie na temat szkoleń wyraziłam tutaj. Muszę jednak przyznać, iż to, z którego wróciłam będę wspominać całkiem miło, bo po pierwsze nie było takie nudne, jak zwykle bywają szkolenia, a po drugie po jego zakończeniu miałam całe popołudnia na czytanie.
"Pasję życia", czyli biografię Vincenta Van Gogha pióra Irwinga Stone czytałam parę lat temu. Była to książka pierwszego kontaktu z pisarzem, a kontakt był niezwykle przyjemny. Teraz przed kolejną podróżą do Francji, a zwłaszcza do Arles, miejscowości niezwykle ważnej dla życia i malarstwa Vincenta postanowiłam do książki powrócić.
Vincent Van Gogh jeden z największych malarzy wszech czasów, którego obrazy są dzisiaj chlubą prestiżowych muzeów i galerii całe życie borykał się z nędzą, brakiem akceptacji, osamotnieniem, a nawet wyszydzeniem (przydomek Fou-Roux, czyli Rudy - wariat towarzyszył mu długie lata).
Wszystko w nim było osobliwe i śmieszne; strój,
szorstkie maniery, rudawa broda, to, że nic nie robił, tylko siedział na
polach i patrzył. Budził w mieszkańcach nieufność i lęk, chociaż nikomu
nic złego nie uczynił i pragnął jedynie, by go zostawiono w spokoju. Był po prostu inny. Sam nic nie zauważył, nie przeczuwał, że ludzie go nie lubią (str 140).
Vincent długo szukał swojej drogi życiowej; poczynając od sprzedaży obrazów, poprzez pełnienie roli kaznodziei w osiedlu górniczym, uczenie dzieci, pomaganie biedakom aż po malowanie.
"Pasja życia" nie jest zwykłą biografią malarza, powieść Stone to malowana piórem historia człowieka, który żył, by tworzyć, a tworzył, aby żyć. Vincent długo szukał celu i sensu istnienia, a kiedy już go znalazł był mu absolutnie wierny, pomny słów pewnego księdza, iż w życiu najważniejsza jest "odwaga i wola, aby czynić to, co raz uzna się za słuszne" (str.49). Kiedy Vincent uznał, iż malarstwo jest tym, bez czego nie potrafi funkcjonować, nie liczyło się nic innego poza malowaniem. Malował sercem, w taki sposób, aby patrzący widział na obrazie nie tylko przedstawioną tam postać, ale też jej historię, troski i radości, zdarzenia, które sprawiły, że znalazł się on w tym właśnie miejscu.
Tematem jego pierwszych szkiców i obrazów było oddanie tego, co prawdziwe i ciekawe, a to oznaczało portretowanie biedoty, brzydoty, zniszczenia.
Z czasem jego obrazy zyskały jaśniejsze barwy i pogodniejsze tony.
Gdy maluję słońce, chcę, aby ludzie czuli, z jaką szybkością ono wiruje, jak promieniuje światłem, wydzielając fale olbrzymiej siły i gorąca. Gdy maluję łan zboża, chcę, aby ludzie czuli, jak atomy w ziarnie pęcznieją i wzbierają, aż kłos dojrzeje i pęknie. Gdy maluję jabłko, chcę aby ludzie czuli, jak sok owocu rozsadza łupinę, jak nasiona napierają na zewnątrz, pragnąc stać się nowym owocem (str.487).
Vincent, jak większość artystów nie zyskał uznania za życia, jego styl był zbyt nowatorski. Kiedy powoli zaczęto tolerować impresjonistów, ich dziwne muśnięcia pędzlem, pastelowe barwy, rozmyte kształty, pojawił się człowiek, którego obrazy napawały odrazą i przerażeniem. Najpierw maluje biedotę, potem prostytutkę, a w końcu obrazy będące wizją szaleńca, niepokojące, jak powiew mistrala w Arles.
Chmara ptaków runęła na niego z nieba. Tysiące czarnych, kraczących ptaków zatrzepotało skrzydłami dookoła. Rzuciły się na niego, wikłały mu się we włosach, wpadały do nosa, ust, uszu i oczu, oplotły i pokryły go gęstą chmurą czarnych, wijących skrzydeł (str.497).
Jak wielu prekursorów był niezrozumiały i samotny. Właściwie jedynym przyjacielem Vincenta był jego brat Theo. Theo pracował w firmie Goupil, która zajmowała się sprzedażą obrazów. To między innymi, dzięki niemu zaczęto wystawiać w salonie sprzedaży obrazy impresjonistów. Doskonale rozumiał artystyczne pasje brata, jako jeden z pierwszych dostrzegł jego niepowtarzalny talent. Theo wspierał brata przez całe życie, nie tylko zapewniając mu środki utrzymania, ale i podtrzymując na duchu w najcięższych momentach życia. Bogata korespondencja pomiędzy braćmi jest najlepszym źródłem informacji na temat życia Vincenta.
Z kart powieści wyłania się postać z jednej strony człowieka głęboko nieszczęśliwego; samotnego, niezrozumiałego, łaknącego uczucia (kobiety, które pokochał go odrzuciły, a jedyne, z którymi się związał były prostytutkami. O kobietach w życiu Van Gogha napiszę przy okazji jednego z kolejnych wpisów). A z drugiej strony jest to obraz człowieka, któremu dane było żyć pełnią życia; mimo głodu, chłodu, chorób, braku środków do życia, wiecznych wyrzutów sumienia, że nie potrafi się utrzymać, że jest ciężarem dla swego brata żył z pasją.
Nie szukał już powodzenia. Pracował, bo musiał, bo jedynie praca nie dopuszczała szaleństwa, darzyła zapomnieniem. Mógł żyć bez żony, dzieci i domu, bez miłości, przyjaźni, zdrowia, obchodzić się bez stałych dochodów, bez wygody i pożywienia - nawet bez Boga. Lecz nie mógł żyć bez czegoś, co było potężniejsze od niego samego, co było jego właściwym życiem - bez siły i zdolności tworzenia (str.451).
Obok zdjęcie jednego z autoportretów w Muzeum Orsay (zrobione komórką).
Van Gogh poznał w swoim krótkim 37-letnim życiu wielu artystów, niemal wszyscy przewijają się przez karty powieści, dzięki czemu z łatwością przenosimy się na paryski Montmartre, aby w oparach absyntu uczestniczyć w dyskusjach prowadzonych w Cafe Batignoles pomiędzy Vincentem, a Toulouse - Lautreciem, Cezannem, Pissarro, Gughenem, Zolą i wielu innymi.
Najbardziej podobał mi się rozdział poświęcony Arles, w którym jego twórczy rozwój osiągnął punkt kulminacyjny. O Arles napiszę, jak tylko uda mi się je odwiedzić.
Słońce arlezjańskie oślepiało Vincenta. Było wibrującą, płynną kulą cytrynowego ognia na jaskrawym błękicie i napełniało przestwór oślepiającym światłem. Przeraźliwy żar i ostra przejrzystość powietrza stwarzały jakiś nowy, nieznany świat (str.441).
Uwielbiam czytać biografie artystów pióra Stone. Są one napisane barwnym językiem, ciekawie i jeśli nawet zawierają nieco fikcji to jest to fikcja w granicach prawdopodobieństwa. Poza tym, że dowiaduję się sporo o życiu i twórczości bohaterów, to jeszcze widzę, że pisanie sprawiało przyjemność autorowi.
Ciekawym zabiegiem było nawiązanie do Germinala Zoli. Najpierw w rozdziale Borinage Stone opisuje pobyt Vincenta w osadzie górniczej, w którym życie toczy się niczym w powieści Zoli. Potem w rozdziale Paryż Vincent spotyka Zolę, który opowiada mu, iż zbierając materiały pisząc Germinal słyszał o Vincencie i roli, jaką odgrywał wśród mieszkańców osady.


_-_Wheat_Field_with_Crows_(1890).jpg)




