Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stone Irwing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stone Irwing. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 września 2012

Pasja życia Irwing Stone, czyli genialny szaleniec albo wartośc dodana szkolenia

Wydawnictwo Muza, Rok wydania 2002, ilość stron - 536.
Wczoraj wróciłam ze szkolenia. Moje zdanie na temat szkoleń wyraziłam tutaj.  Muszę jednak przyznać, iż to, z którego wróciłam będę wspominać całkiem miło, bo po pierwsze nie było takie nudne, jak zwykle bywają szkolenia, a po drugie po jego zakończeniu miałam całe popołudnia na czytanie. 
"Pasję życia", czyli biografię Vincenta Van Gogha pióra Irwinga Stone czytałam parę lat temu. Była to książka pierwszego kontaktu z pisarzem, a kontakt był niezwykle przyjemny. Teraz przed kolejną podróżą do Francji, a zwłaszcza do Arles, miejscowości niezwykle ważnej dla życia i malarstwa Vincenta postanowiłam do książki powrócić. 
Vincent Van Gogh jeden z największych malarzy wszech czasów, którego obrazy są dzisiaj chlubą prestiżowych muzeów i galerii całe życie borykał się z nędzą, brakiem akceptacji, osamotnieniem, a nawet wyszydzeniem (przydomek Fou-Roux, czyli Rudy - wariat towarzyszył mu długie lata). 

Wszystko w nim było osobliwe i śmieszne; strój, szorstkie maniery, rudawa broda, to, że nic nie robił, tylko siedział na polach i patrzył. Budził w mieszkańcach nieufność i lęk, chociaż nikomu nic złego nie uczynił i pragnął jedynie, by go zostawiono w spokoju. Był po prostu inny. Sam nic nie zauważył, nie przeczuwał, że ludzie go nie lubią (str 140).

Vincent długo szukał swojej drogi życiowej; poczynając od sprzedaży obrazów, poprzez pełnienie roli kaznodziei w osiedlu górniczym, uczenie dzieci, pomaganie biedakom aż po malowanie.  
"Pasja życia" nie jest zwykłą biografią malarza, powieść Stone to malowana piórem historia człowieka, który żył, by tworzyć, a tworzył, aby żyć. Vincent długo szukał celu i sensu istnienia, a kiedy już go znalazł był mu absolutnie wierny, pomny słów pewnego księdza, iż w życiu najważniejsza jest "odwaga i wola, aby czynić to, co raz uzna się za słuszne" (str.49). Kiedy Vincent uznał, iż malarstwo jest tym, bez czego nie potrafi funkcjonować, nie liczyło się nic innego poza malowaniem. Malował sercem, w taki sposób, aby patrzący widział na obrazie nie tylko przedstawioną tam postać, ale też jej historię, troski i radości, zdarzenia, które sprawiły, że znalazł się on w tym właśnie miejscu. 
Tematem jego pierwszych szkiców i obrazów było oddanie tego, co prawdziwe i ciekawe, a to oznaczało portretowanie biedoty, brzydoty, zniszczenia. 
Z czasem jego obrazy zyskały jaśniejsze barwy i pogodniejsze tony. 

Gdy maluję słońce, chcę, aby ludzie czuli, z jaką szybkością ono wiruje, jak promieniuje światłem, wydzielając fale olbrzymiej siły i gorąca. Gdy maluję łan zboża, chcę, aby ludzie czuli, jak atomy w ziarnie pęcznieją i wzbierają, aż kłos dojrzeje i pęknie. Gdy maluję jabłko, chcę aby ludzie czuli, jak sok owocu rozsadza łupinę, jak nasiona napierają na zewnątrz, pragnąc stać się nowym owocem (str.487).
Vincent, jak większość artystów nie zyskał uznania za życia, jego styl był zbyt nowatorski. Kiedy powoli zaczęto tolerować impresjonistów, ich dziwne muśnięcia pędzlem, pastelowe barwy, rozmyte kształty, pojawił się człowiek, którego obrazy napawały odrazą i przerażeniem. Najpierw maluje biedotę, potem prostytutkę, a w końcu obrazy będące wizją szaleńca, niepokojące, jak powiew mistrala w Arles.
Chmara ptaków runęła na niego z nieba. Tysiące czarnych, kraczących ptaków zatrzepotało skrzydłami dookoła. Rzuciły się na niego, wikłały mu się we włosach, wpadały do nosa, ust, uszu i oczu, oplotły i pokryły go gęstą chmurą czarnych, wijących skrzydeł (str.497).

Obok Pole pszenicy z krukami źródło zdjęcia
Jak wielu prekursorów był niezrozumiały i samotny. Właściwie jedynym przyjacielem Vincenta był jego brat Theo. Theo pracował w firmie Goupil, która zajmowała się sprzedażą obrazów. To między innymi, dzięki niemu zaczęto wystawiać w salonie sprzedaży obrazy impresjonistów. Doskonale rozumiał artystyczne pasje brata, jako jeden z pierwszych dostrzegł jego niepowtarzalny talent. Theo  wspierał brata przez całe życie, nie tylko zapewniając mu środki utrzymania, ale i podtrzymując na duchu w najcięższych momentach życia. Bogata korespondencja pomiędzy braćmi jest najlepszym źródłem informacji na temat życia Vincenta.
Z kart powieści wyłania się postać z jednej strony człowieka głęboko nieszczęśliwego; samotnego, niezrozumiałego, łaknącego uczucia (kobiety, które pokochał go odrzuciły, a jedyne, z którymi się związał były prostytutkami. O kobietach w życiu Van Gogha napiszę przy okazji jednego z kolejnych wpisów). A z drugiej strony jest to obraz człowieka, któremu dane było żyć pełnią życia; mimo głodu, chłodu, chorób, braku środków do życia, wiecznych wyrzutów sumienia, że nie potrafi się utrzymać, że jest ciężarem dla swego brata żył z pasją.
Nie szukał już powodzenia. Pracował, bo musiał, bo jedynie praca nie dopuszczała szaleństwa, darzyła zapomnieniem. Mógł żyć bez żony, dzieci i domu, bez miłości, przyjaźni, zdrowia, obchodzić się bez stałych dochodów, bez wygody i pożywienia - nawet bez Boga. Lecz nie mógł żyć bez czegoś, co było potężniejsze od niego samego, co było jego właściwym życiem - bez siły i zdolności tworzenia (str.451).

Obok zdjęcie jednego z autoportretów w Muzeum Orsay (zrobione komórką).

Van Gogh poznał w swoim krótkim 37-letnim życiu wielu artystów, niemal wszyscy przewijają się przez karty powieści, dzięki czemu z łatwością przenosimy się na paryski Montmartre, aby w oparach absyntu uczestniczyć w dyskusjach prowadzonych w Cafe Batignoles pomiędzy Vincentem, a Toulouse - Lautreciem, Cezannem, Pissarro, Gughenem, Zolą i wielu innymi. 
Najbardziej podobał mi się rozdział poświęcony Arles, w którym jego twórczy rozwój osiągnął punkt kulminacyjny. O Arles napiszę, jak tylko uda mi się je odwiedzić.  
Słońce arlezjańskie oślepiało Vincenta. Było wibrującą, płynną kulą cytrynowego ognia na jaskrawym błękicie i napełniało przestwór oślepiającym światłem. Przeraźliwy żar i ostra przejrzystość powietrza stwarzały jakiś nowy, nieznany świat (str.441).
Uwielbiam czytać biografie artystów pióra Stone. Są one napisane barwnym językiem, ciekawie i jeśli nawet zawierają nieco fikcji to jest to fikcja w granicach prawdopodobieństwa. Poza tym, że dowiaduję się sporo o życiu i twórczości bohaterów, to jeszcze widzę, że pisanie sprawiało przyjemność autorowi.
Ciekawym zabiegiem było nawiązanie do Germinala Zoli. Najpierw w rozdziale Borinage Stone opisuje pobyt Vincenta w osadzie górniczej, w którym życie toczy się niczym w powieści Zoli. Potem w rozdziale Paryż Vincent spotyka Zolę, który opowiada mu, iż zbierając materiały pisząc Germinal słyszał o Vincencie i roli, jaką odgrywał wśród mieszkańców osady. 

niedziela, 16 października 2011

Pasje utajone- biografia Zygmunta Freuda wg I.Stone

Ta książka od kilku już miesięcy stanowiła mój codzienny wyrzut sumienia. Wiedziałam, że nie muszę się spieszyć z jej oddawaniem, gdyż koleżanka, która książkę mi pożyczyła poszła na długie (ponad roczne) zwolnienie, zatem Pasje ustępowały miejsce kolejno wypożyczanym książkom bibliotecznym, książkom pożyczonym na kilka dni oraz książkowym nabytkom.
Lubię czytać biografie, a biografie napisane przez Stone w szczególności. Ma on bowiem dar ciekawego przedstawiania nie tylko spraw interesujących, ale i spraw banalnych, powszednich, zwyczajnych. Jego „Udręka i ekstaza” należy do moich ulubionych powieści, z wielką przyjemnością pochłonęłam Pasję życia i Bezmiar sławy. Nie rozumiem więc dlaczego, tak się broniłam przed przeczytaniem Pasji utajonych. Freud powiedziałby zapewne, że były to głęboko ukryte traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, może nawet z okresu prenatalnego. Na szczęście Freud nie zawsze i nie we wszystkim miał rację.
Zygmunta Freuda poznajemy, jako początkującego lekarza, marzącego o asystenturze na uczelni. Pochodzący z niezamożnej żydowskiej rodziny młodzieniec znajduje się na tym etapie drogi życiowej, kiedy powinien zacząć zarabiać na swoje utrzymanie oraz wspomóc rodzinę. To pozwoliłoby mu także poślubić ukochaną dziewczynę Martę Bernays.
Niestety ku jego rozpaczy, podziwiany przez niego profesor Brucke odmawia mu swego poparcia w uzyskaniu asystentury i uświadamia trudności, jakie czekałyby go na drodze kariery naukowej. Mentor radzi powrót do kliniki, uzupełnienie wiedzy i uzyskanie uprawnień dla rozpoczęcia praktyki lekarskiej. Krok, który wydaje się Zygmuntowi zaprzepaszczeniem jego marzeń o karierze naukowej na uczelni stanowi początek jego drogi naukowej, a także początek drogi ku psychoanalizie. Zaczyna praktykę w Szpitalu Powszechnym w Wiedniu, przechodząc przez różne jego oddziały, aż do zdobycia uprawnień docenta, co pozwala mu rozpoczęcie praktyki i poślubienie Marty. Początkowo Zygmunt mocno zainteresował się leczniczymi właściwościami kokainy. Dzięki jego doświadczeniom odkryto możliwość znieczulania pacjentów przed zabiegami chirurgicznymi oczu. Następnie na kilka miesięcy udaje się na praktykę do Paryża do Szpitala Salpetriere, gdzie poznaje możliwości leczenia objawów histerii za pomocą hipnozy. Tutaj po raz pierwszy odkrywa, iż u podłoża chorób nerwowych (histerii) leżą przyczyny natury psychicznej, a nie organicznej. Tutaj też dochodzi do wniosku, iż histeria przypisywana dotychczas wyłącznie kobietom dotyka także mężczyzn. Głoszenie tego poglądu wśród wiedeńskich lekarzy było przez długi czas powodem jego wyalienowania. Podobnie zresztą było z wykorzystywaniem hipnozy w leczeniu nerwic (histerii). Jeszcze większym szokiem dla purytańskiego środowiska Wiednia było głoszenie tezy o związku pomiędzy chorobami nerwowymi a problemami życia seksualnego, a już zupełnie nie do przyjęcia okazało się odkrycie seksualności dziecięcej oraz wpływu różnych „doświadczeń” małego człowieka w sferze życia erotycznego na jego dorosłe życie intymne. Od tej pory poznajemy krok po kroku mozolna próbę przebicia się przez skorupę uprzedzeń środowiska lekarskiego oraz przez barierę ludzkich zahamowań.
Freud stara się udowodnić, iż każdy człowiek od najwcześniejszego etapu życia odczuwa pociąg fizyczny i jest to czymś zupełnie naturalnym.
Odnalazłam w tym pewną analogię pomiędzy życiem i pracą Michała Anioła. Mistrz Buonarotti rzeźbił i malował nagie ciało męskie, twierdząc, iż nie ma nic nieprzyzwoitego w nagości, bowiem nagość jest czymś naturalnym i jest dziełem Stwórcy. Podobnie zdaje się uzasadniać Freud oskarżenia o nieprzyzwoitość głoszonych przez niego tez o zdominowaniu ludzkiej psychiki przez libido, czyż może być coś nieprzyzwoitego w tym, że każdy człowiek (no prawie każdy) odczuwa pociąg fizyczny. Freud uważa, iż skoro tacy się urodziliśmy, tacy zostaliśmy stworzeni, nie możemy tłumić naturalnych instynktów, nie możemy wstydzić się nagości naszej psychiki.
Stone jak zawsze fantastycznie oddaje klimat epoki końca XIX i początku XX wieku. Ożywają na kartach książki niczym stare fotografie; opisy uliczek, budynków, parków, świątyń Wiednia, wszystkiego, co pozwala przenieść się w miejscu i w czasie.
„Zygmunt często widywał cesarza Franciszka Józefa i jego świtę, jak we wspaniałych mundurach przejeżdżali konno tą ulicą [Kaiser Josef Strasse- łączącą ogród Francuski z promenadami i malowniczymi łąkami Prateru] lub odbywali krótką przejażdżkę w wytwornych kremowo złoconych karetach. … Minął aptekę Pod Św. Józefem z ozdobnymi flakonami na chemikalia w oknach wystawowych, po czym skręcił w lewo w Taborstrasse. Piekne sklepy, kawiarnie i restauracje wybudowane przy tej ulicy z okazji Wystawy Światowej w 1873 roku nadal znakomicie prosperowały. Dalej na rogu Grosse Pfargasse, stała czteropiętrowa kamienica, której najwyższe piętro podtrzymywały z dwóch stron kariatydy o klasycznych fryzurach starożytnych Greczynek”.
I zawsze gdzieś w tle można usłyszeć dźwięki muzyki. Wiedeń cały rozbrzmiewa muzyką.
Wspaniałe opisy zwyczajów mieszkańców pozwalają uczestniczyć razem z Zygmuntem w podwieczorkach, obiadach, spotkaniach rodzinnych, spacerach, wizytach w teatrze, czy w operze.
„Stół w jadalnym rozsunięto na całą długość i przykryto białym lnianym obrusem z duńskiego płótna. Przy każdym nakryciu stały zwinięte serwetki zatknięte w srebrne uchwyty. Nakrycie składało się z dużego talerza na drugie danie, głębokiego talerza na zupę oraz szklanki na giesshublera. Najmłodsza córka wniosła okrągły bochen chleba domowego pokrojonego na trójkątne kawałki. Chleb okrążył stół. Anna podała z kolei wazę z zupą, którą pani Freudowa nalewała do podanych talerzy. Następnie Róża wniosła półmisek z gęsią, Mitzi półmisek ze szparagami, a Dolfi czerwoną kapustę. … Nisko zawieszona lampa naftowa rzucała na stół ciepły krąg światła. Na ścianie nad kredensem połyskującym tacami i srebrną zastawą, wisiały w ramkach fotografie „mieszczańskiego rządu”.
Czytając te opisy miałam wrażenie, że siedzę w jednej z wiedeńskich kafejek, słucham walca Straussa, oglądam paradę wojsk Franciszka Józefa, popijam kawusię i delektuję się apfelstrudel (nie przepadam za tortem Sachera).
Pasje utajone to jednak nie tylko wspaniałe opisy Wiednia, rysu obyczajowego i tła historycznego (samobójstwo [?] arcyksięcia Rudolfa, zamordowanie Sissi, zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, I wojna światowa, upadek cesarstwa austro - węgierskiego, początek ruchu zwolenników malarza i anschluss Austrii).
Freud uwielbiał podróżować, a jego marzeniem było odwiedzenie Rzymu. Kiedy wreszcie po latach udało mu się to marzenie zrealizować ogarnęła go pasja zwiedzania miasta, zachłanne wędrówki od świtu po zmierzch; od Watykanu, po katakumby, od Piazza Navona po Muzea Kapitolińskie, od Koloseum po Sykstynę.
Z równą pasją zwiedzał też Paryż. Freud lubił czytać, chętnie odwiedzał muzea, teatry, operę.
Ale Freud poza swoimi zainteresowaniami sztuką to przede wszystkim badacz-naukowiec. Biografia pełna jest opisów chorób pacjentów, których leczył i których leczyli jego koledzy. Są to bardzo ciekawe przypadki. Jednak z czasem zaczynają one nieco nużyć, gdyż z góry można przewidzieć, że podłożem każdej choroby psychicznej będzie bądź to molestowanie w okresie dzieciństwa bądź traumatyczne wspomnienia widoku dorosłych w sytuacji intymnej, których dziecko nie potrafi zrozumieć. Zdumiewają spektakularne sukcesy, jakie przynosi hipnoza oraz „kuracja mówiona” (wizyty na kozetce u pana doktora), dzięki których Freud potrafi wyleczyć większość swoich pacjentów. Z innych źródeł wiadomym jest, iż twórcy psychoanalizy tak bardzo zależało na sukcesie, iż nie wszystkie przypadki zostały rzetelnie opisane, nie wszystkie diagnozy były trafne i nie każda kuracja przynosiła efekty.
Książka umożliwia też poznanie relacji rodzinnych doktora Freuda. Poznajemy go jako człowieka całe życie zakochanego w żonie. Poza tym można odnieść wrażenie, iż dzieci niewiele go interesowały. Jest co prawda dumny z córek i dobrze się z nimi dogaduje (córki odziedziczyły jego pasje naukowe, zwłaszcza Anna), ale bardziej jest to duma naukowca, niż ojca. Relacje z synami są ledwie letnie.
Pasje utajone pozwalają też na poznanie relacji Freuda z innymi lekarzami i naukowcami. Zwłaszcza ciekawe są jego stosunki z Karolem Yungiem (następcą) czy z Einsteinem.
Muszę przyznać, że poczułam się troszkę rozczarowana biografią. Znużyło mnie szczegółowe, a nawet drobiazgowe opisywanie ścieżki kariery doktora Freuda. Być może „winą” jest postać bohatera; naukowca, w którym nie dostrzegłam pasji, jaką przejawiali artyści: Michał Anioł, Van Gogh, Pissarro. Czytając pasje utajone odniosłam wrażenie, iż Freud był bardziej naukowcem niż pasjonatem. Zapewne nie ma w tym nic złego, zapewne to wielka zaleta u naukowca. Jednak nie poczułam sympatii dla osoby, której bardziej zależało na osiąganiu kolejnych stopni kariery naukowej i na przekonaniu do swoich poglądów innych, niż dotarciu do podłoża nerwic. No i to przekonanie o własnej nieomylności.
Może to zresztą jest czynnikiem charakterystycznym dla naukowców. Niemal każdy z opisanych przez Stone naukowców pokonuje mur uprzedzeń swoich „kolegów” i poprzedników. Dokonuje wielkiego odkrycia, którego nikt nie chce uznać, a następnie sam stanowi barierę nie do pokonania dla innych odkrywców.
Sam Freud, który długo walczył z uprzedzeniami kolegów lekarzy staje się niepodatnym na żadne argumenty młodszych kolegów i nie dopuszcza do świadomości możliwości, że i on także mógł popełnić błąd w swoich odkryciach.
Książka ciekawa, przeczytałam z przyjemnością, choć momentami nieco nużyła. Jej lektura zajęła mi nieco więcej czasu, niż lektura pozostałych książek Stone. Wymagała ona ode mnie większego skupienia. Z przeczytanych do tej pory książek Stone ta podobała mi się najmniej.
Mimo to, uważam, że warto było ją przeczytać; poznałam wiele interesujących faktów z życia ojca psychoanalizy, przeniosłam się o jedno stulecie w czasie, poznałam nieco lepiej Wiedeń, przypomniałam sobie emocje związane ze zwiedzaniem Rzymu i Paryża.
No i podczas lektury niejednokrotnie łapałam się na przeprowadzaniu autoanalizy własnej osobowości. Mam jednak wrażenie, że Stone opisując (kreując postać) Freuda troszkę go podkolorował. Czytałam swego czasu artykuł, z którego jawił mi się nieco inny obraz naukowca. Tym bardziej moja ciekawość została pobudzona i chciałabym poczytać coś jeszcze na temat, aby przybliżyć się ku prawdzie.
Zapomniałam dodać- co niniejszym czynię - książka (dwa tomy) liczy ponad 1200 stron.
Zdjęcia; 1-2 okładka książki, 3. Zygmunt Freud 1920 r., 4. Uczestnicy Kongresu Psychologicznego 1911 r.
Moja ocena - 4/6
I jeszcze jedno, jak poinformowała mnie koleżanka anglojęzyczna tytuł polskiego tłumaczenia tej biografii może być trochę mylący. W oryginale jest The Passions of the Mind, czyli Pasje Umysłowe... co dużo bardziej koresponduje z zawartością książki. Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam o jakie pasje utajone autorowi chodzi. Dzięki wsamrazik za wyjaśnienie.

piątek, 29 lipca 2011

Udręka i ekstaza Irwing Stone

Przenoszenie mojej biblioteki zacznę od mojej ukochanej książki. Udręka i ekstaza jest książką, która wiele zmieniła w moim życiu. To od niej zaczęła się moja fascynacja renesansem, Włochami i przede wszystkim Michałem Aniołem. 

Wiele już razy obiecywałam sobie mniej egzaltacji, mniej uniesień, a więcej rzeczowości, konkretów, rzetelnej, analitycznej oceny. Może kiedyś mi się to uda, ale na pewno nie tu i nie teraz.
Przeczytawszy biografię Michelangelo autorstwa Stone mój apetyt na pogłębienie o nim wiedzy zaczął się rozrastać. Od tej pory przeczytałam kilka innych książek biograficznych. Wyłania się z nich obraz człowieka o mało anielskim charakterze, człowieka porywczego, zapalczywego, kłótliwego, odludka, co zupełnie nie przeszkadza temu, że jest on moim ulubionym rzeźbiarzem, malarzem i architektem. A z wszystkich przeczytanych biografii "namalowana" przez Stone biografia artysty jest mi najbliższa, nawet, jeśli obraz, jaki się z niej wyłania nie jest dosłownym odbiciem rzeczywistości.
Stone skupia się na pokazaniu człowieka, uwikłanego z jednej strony w historię, a z drugiej w pasję twórczą. Człowieka, dla którego sztuka była udręką, gdy mu się coś nie udawało i ekstazą, gdy wszystko szło dobrze, człowieka, którym sztuka zawładnęła. 
Z kart książki wyłania się obraz geniusza, który nie miał ani łatwego życia, ani łatwego charakteru.
Wcześnie osierocony przez matkę mieszkał Michelangelo wraz z braćmi, macochą i wiecznie niezadowolonym z niego ojcem. Bracia; poza jednym próżniacy i nicponie. Macocha żyła jedynie po to, aby karmić swoją rodzin; dla niej celem i sensem egzystencji było szykowanie i podawanie posiłków. Ojciec natomiast przelewał wszystkie swe frustracje związane z nieumiejętnością zapewnienia rodzinie życia na wysokim poziomie, na tego syna, który jako jedyny z całego rodzeństwa pracował (zarabiał) i utrzymywał rodzinę. 
Lodovico Buonarroti całe życie krytykował wybór drogi życiowej syna (rzeźbiarz nie był wówczas uznawany artystą, był zaliczany do grona kamieniarzy i traktowany jak rzemieślnik, a signior Buonarroti miał wyższe aspiracje. Nawet, kiedy Michał Anioł zaczął osiągać uznanie i realizował papieskie zamówienia Buonarroti nie okazał dumy z potomka, co nie przeszkadzało mu domagać się od tegoż pieniędzy. I tak, jak to często była, dziecko (a całe życie jesteśmy dziećmi swoich rodziców), które otrzymuje najmniej miłości rodzicielskiej, najbardziej jej łaknie i robi wszystko, aby na nią „zasłużyć”, łącznie z próbą jej „kupienia”. Ojciec nie omieszkał wykorzystać tego głodu uczuć, żądając coraz to nowych przywilejów, o jakie utalentowany syn mógł się wystarać i coraz to większych pieniędzy; dla siebie, braci Michała Anioła i dla rodziny. Jedyną bliską Michelangelo osobą była pochodząca z rodziny kamieniarzy mamka. Twierdził nawet, że to z jej mlekiem wyssał zamiłowanie do dłuta i kamienia.
Michał Anioł całe swoje życie artystyczne związał najpierw z Medyceuszami, a później z kolejno panującymi papieżami (w tym trzema z rodu Medici). 
Żył, aby tworzyć dzieła genialne i tylko to było celem i sensem jego życia. Żył, aby tworzyć, a tworzył, żeby żyć. Jego ulubionym tworzywem był marmur, a ukochanym zajęciem rzeźbienie. Przymuszony przez papieża Juliusza II do przyozdobienia malowidłami ścian Kaplicy Sykstyńskiej wielokrotnie powtarzał, iż nie jest malarzem i nie potrafi malować. Ale jak już zaczął nie istniało nic innego. On, Michał Anioł musiał udowodnić całemu światu, że jego dzieło, jego Stworzenie Świata, którym przyozdobi sklepienie Kaplicy będzie najwspanialszym i najpiękniejszym obrazem Stworzenia świata, jakie kiedykolwiek powstało. Dlatego podjął się pracy kilkakrotnie większej, niż mu zlecono, pracy, której wykonanie zajęło mu kilka lat życia. Uważał, że jeśli robi coś, to musi robić to najlepiej, jak potrafi. Najlepiej jak jest to możliwe, a nawet niemożliwe. Kiedy rzeźbił, kiedy malował, a potem, kiedy robił cokolwiek innego, co zostało mu zlecone, często wbrew jego woli (jak np. kolejne obrazy; Sąd Ostateczny czy obrazy w kaplicy Paolińskiej, odlew papieskiego posągu w Bolonii, umacnianie murów obronnych we Florencji), nie liczyło się nic innego poza tworzeniem. Nie przerywał pracy ani na posiłek, ani na odpoczynek, ani na sen. Często tworzył po kilkanaście godzin dziennie, niemal nie sypiając. Życie towarzyskie uważał za stratę czasu, mierziły go spotkania, które kradły mu czas, jaki mógł poświęcić na rzeźbienie, malowanie czy pisanie sonetów. 
Wkładał w to co robił całego siebie, pragnął przekazać odbiorcom swoich dzieł uniesienia, towarzyszące aktowi ich tworzenia. Chciał, aby jego dzieła przemówiły. Może wtedy zostałby tak naprawdę zrozumiany. Tworzenie bywa bowiem ekstazą, kiedy jego efekt znajdzie odbiorców, którzy potrafią dzieło zrozumieć, pokochać, zjednoczyć się z nim. Tworzenie bywa też przekleństwem, kiedy wielu patrzy, a nikt nie widzi, wielu czyta, a nikt nie rozumie, wielu słucha a nikt nie słyszy. 
Michał Anioł nie miał wątpliwości, że tworzył dzieła nowatorskie, genialne, wiekopomne. Nie było w nim pokory. Potrafił zgromić każdego, kto tylko negował jego prace, łącznie z papieżami.
Było w nim wiele sprzeczności. Tworzył nie dla osiągnięcia sukcesów finansowych; tworzył z potrzeby serca, tworzył, żeby udowodnić sobie i innym, że robi to najlepiej, jak to możliwe. Często niezbędne mu do pracy materiały (w tym kosztowny marmur karraryjski) kupował ze swoich pieniędzy. Kiedy papież zlecił mu wydobywanie marmuru z miejsca, do którego nie prowadził żaden szlak komunikacyjny zaczął budować drogę z własnych funduszy. A jednocześnie był strasznie wyliczony (można rzec „skąpy”), żywił się chlebem i wodą, od święta pozwalając sobie na butelkę wina. Nie przykładał wagi do odzienia i do stanu posiadania. Do życia wystarczało mu stół, łóżko i narzędzia do rzeźbienia.
Z jednej strony zazdrościł innym twórcom (Leonardo, Rafaelowi, Bramante) ich łatwości nawiązywania kontaktów, umiejętności zdobywania „przyjaciół”, umiejętności cieszenia się życiem, a z drugiej strony potępiał ich i unikał „marnotrawstwa czasu”.
Nie potrafił pracować z nikim innym, ponieważ nikt nie dorastał jego talentowi. Dlatego tak wiele czasu zajmowało mu tworzenie.
Michał Anioł nie potrafił iść na kompromis, ani w tworzeniu, ani w życiu.
Jednak dla uczucia gotów był nawet błagać o jego niewielką cząstkę. Jego dwa wielkie uczucia pozostały odwzajemnione w niewielkim tylko stopniu. Uczucie do Victorii Colonny (przebywającej w klasztorze wykształconej wdowy, arystokratki poświęcającej się bardziej życiu przyszłemu niż doczesnemu) oraz do Tomasino Cavaleriego (młodego i pięknego arystokraty) nie mogły zaspokoić głodu uczuć, choć były namiastką radości w jego pozaartystycznym życiu. Michał Anioł wielbił piękno. A ponieważ sam nie był posągowo piękny, cierpiał z tego powodu katusze. Dlatego zapewne swe uczucia (przyjaźni do Tomasino i uwielbienia do Victorii) kierował do osób uważanych za niezwykle urodziwe.
Irwing Stone pisze w taki sposób, że czytając towarzyszymy Michałowi w jego ziemskiej wędrówce.
Czujemy radość i podniecenie ze spotkania z Medyceuszami, zachłyśnięcie się skarbami biblioteki i ogrodu sztuki Wawrzyńca Wspaniałego. Współczujemy, kiedy nie może doczekać się już pierwszego zlecenia. Towarzyszymy mu, kiedy nocą, w tajemnicy ustawia wraz z kilkoma pomocnikami posąg Piety w Bazylice Św. Piotra i potem, kiedy na szarfie szaty Matki Boskiej wykuwa w kamieniu „Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk to zrobił”. Niepokoimy się razem z nim, kiedy transportują posąg Dawida na Pizza Signoria, podczas którego to transportu staje się on celem kamieni rzucanych przez jego przeciwników.
Przeżywamy dreszczyk emocji (a może nawet obrzydzenia), kiedy przeprowadza w murach klasztoru swoje pierwsze sekcje zwłok, dla poznania szczegółów anatomii człowieka. Razem z nim wysłuchujemy kazań Savonaroli, z jednej strony pełni podziwu dla rewolucyjnych (odkrywczych i śmiałych) poglądów tego szalonego duchownego, a z drugiej strony pełni potępienia dla jego fanatyzmu, głupoty i buty.
I towarzyszymy mu przez całe długie prawie dziewięćdziesięcioletnie życie.
Michał Anioł wydaje się być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, gdyż jego pragnienia są tak wielkie, tak ambitne, a uwarunkowania historyczne tak niesprzyjające mu (jak choćby przekleństwo jego życia – kaplica nagrobna Juliusza II, którą tworzy przez czterdzieści lat), że nie ma szans na zrealizowanie swoich pragnień. A jednocześnie, kiedy tworzy, wydaje się najszczęśliwszym z ludzi, jego talent sprawia, że jego dzieła są „niemal równe” boskim. I pomyśleć, że może gdyby nie głupota i zachłanność żądnych sławy i rozpusty papieży Juliusza, Leona, Klemensa i ich następców to moglibyśmy podziwiać o wiele więcej tych cudownych dzieł sztuki.
Jak wynika z kilku przeczytanych przeze mnie biografii mistrza, mimo pewnych nieścisłości historycznych najważniejsze zdarzenia zostały przedstawione dość wiernie.
I tak jak Michał Anioł tworzył swe dzieła z pasją, tak Irwing Stone z pasją pisał tę biografię.
Tak też ja, za każdym razem, czytam ją z pasją.
Jeśli myślicie, że wiecie o czym jest Udręka i ekstaza to się mylicie- ten wpis to tylko zapowiedź pięknej przygody, a być może głębokiej znajomości na całe życie.