Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie-stosiki-podsumowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie-stosiki-podsumowania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 listopada 2021

Sztukmistrz z Lublina, Isaac Bashevis Singer

Po lekturę sięgnęłam w związku z planowaną wycieczką do Lublina. Miał to być jeden z drogowskazów do poznania miasta. Niestety jeśli o tę motywację chodzi lektura okazała się totalną porażką. Albo czytałam nie dość wnikliwie, albo Lublina w książce nie ma. Jeśli chodzi o przyjemność z lektury to książkę czytało się wyjątkowo lekko i szybko.

Było to moje drugie spotkaniem z Singerem, wcześniej czytałam Cienie nad rzeką Hudson (pierwszy wpis na blogu), a ponieważ niewiele z tamtej lektury pamiętam można stwierdzić, iż poznaję Singera na nowo. Sztukmistrz z Lublina to historia Jaszy (Żyda) używającego życia pełnymi garściami. Ma żonę, dom, stodoły, spichrze i stajnie w Lublinie, mieszkanie w Warszawie i kilka kochanek w trasie. Żyje  z pokazywania sztuczek, wykonuje akrobacje, chodzi na linie, potrafił otwierać zamki bez klucza. Jest człowiekiem wykształconym, jako chłopiec studiował Talmud, w swoim warszawskim mieszkaniu ma bibliotekę, antyki i zbiór afiszy, wycinków prasowych i recenzji, z Emilią - kobietą, dla której wydaje się gotowy na zmianę sposobu życia - dyskutował o religii, filozofii, nieśmiertelności duszy, cytował jej urywki z Talmudu, rozmawiali o Koperniku i Galileuszu. 

Jasza, choć tak jak ojciec i dziadek, tu się urodził [w Lublinie], pozostał obcym, nie tylko dlatego, że odrzucił swe żydostwo,  także dlatego, że wszędzie czuł się obco, zarówno tu, jak w Warszawie, pośród Żydów i gojów. Wszyscy mieli uregulowane życie i domy, on zaś był w ciągłych rozjazdach. Mieli dzieci i wnuki, on ich nie miał, Mieli swego Boga, swych świętych i przywódców, on miał tylko wątpliwości. Dla nich śmierć oznaczała raj, dla niego tylko strach (str.15).

Jasza poszukuje swojej drogi, ale poszukuje dość nieudolnie. Uciekając od jednej kobiety w ramiona kolejnej, wiąże się z następną, dla której gotów jest zmienić wiarę i popełnić przestępstwo. Wszystko to brzmi nawet przekonywająco, aż dochodzi do epilogu o cudownym nawróceniu, który pozwala przypuszczać, iż głównym celem opowieści było przekonanie czytelnika, iż bez wiary człowiek błądzi, grzeszy, popełnia przestępstwa i nie może być szczęśliwy. Tyle, że trudno uwierzyć w przemianę bohatera, który zamiast zmierzyć się ze światem i jego pokusami ucieka przed nimi.

Główny bohater jest ciekawą postacią. Wciąż grał jakąś inną rolę. Był kłębowiskiem osobowości, wierzący i heretyk, dobry i zły, fałszywy i szczery. Potrafił kochać wiele kobiet jednocześnie. Oto gotów jest zaprzeć się swej religii, a jednak znalazłszy nową stronę wydartą ze świętej księgi zawsze ją podnosi i przyciska do ust. (str.46). Ten Jasza choć tak zmienny, złożony, irytujący w swym postępowaniu względem kobiet i irytujący w swej chwiejności (po raz pierwszy spotkałam się w literaturze z tak chwiejnym i często zmieniającym decyzję mężczyzną) był ludzki. W przeciwieństwie do pani Emilii, której wyrachowany egoizm czynił z niej pustą lalkę.  

Sztukmistrz z Lublina to ciekawie opowiedziana historia z rozczarowującym zakończeniem.  

Spodobał mi się natomiast fragment tyczący Polaków, którzy podobnie jak pozostali goje nie są przedstawieni zbyt sympatycznie, ale jakże trafnie. Zostawiają wszystko i gdzieś sobie idą. (...) To cała Polska. I jeszcze narzekają, że kraj się rozpada. (...) Taki to kraj, mruczał - jedyne, co umieją to buntować się co kilka lat i brzęczeć kajdanami. (str. 129)

Kiedy przypomniałam sobie swoje wrażenia z lektury Cieni nad rzeką Hudson to Sztukmistrz wypada na ich tle słabiej. Nie mniej wart jest lektury. Nie mogę stwierdzić, że książka mi się nie podobała, ale nie spełniła moich (może zbyt dużych) oczekiwań.

Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny (wrzesień 2021) 

niedziela, 10 lutego 2019

Kulturalny styczeń (koncert Bocellego i styczniowe lektury)


 
Trailer koncertu z 26 stycznia 2019 r.
Zawodna pamięć powoduje, iż wiele wrażeń szybko zanika. Ulotność zachwytów i rozczarowań przemija, a pozostaje jedynie mgliste wspomnienie. Czasami znaleziony po czasie bilet, lub zapis w kalendarzu wywołuje konsternację (w odniesieniu do tego, co osadziło się na zwojach pamięci - pozostają jedynie okruchy doznań). Inaczej rzecz się ma, kiedy wzruszenia zostaną choćby naszkicowane. Kiedy zdołałam pogodzić się z faktem, iż nie utrwalę każdej przeczytanej książki, wysłuchanego koncertu czy wydarzenia, w którym brałam udział postanowiłam choć zdawkowo o nich wspomnieć, aby zostawić sobie furtkę do powrotu (kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy uwolni się człowiek od obowiązków i będzie mógł cały oddać sferze ducha), a w ostateczności w ten sposób (chociaż) utrwalić chwile, bez których to codzienne egzystowanie nie miałoby sensu.
Styczeń nie był dla mnie miesiącem bogatym w kulturę (tydzień miałam wyłączony z życiorysu z powodu choroby); przeczytałam niewiele (jedynie trzy książki, czwarta jeszcze w lekturze) i uczestniczyłam w jednym koncercie.
O książkach pisałam (zbiorze opowiadań Amok Zweiga i Podróżach z Herodotem). Trzecia książka to próba sprawdzenia, jak dziś odbieram książkę, którą czytałam, jako nastolatka, wówczas oczarowana jej bohaterką. Krystyny Siesickiej Jezioro osobliwości było dla mnie wówczas, lata temu potwierdzeniem tezy, że rodzice nie są w stanie nas (młodych) zrozumieć. Utożsamiałam się z Martą, podkochiwałam w Michale, pałałam brzydkim uczuciem do matki Marty i drażnił mnie ojciec Michała. Dzisiaj w historii rodzinnego konfliktu nie potrafię identyfikować się z bohaterką, choć rozumiem jej zawód postawą matki.
Wciąż czytam (po raz wtóry) Listy do brata Van Gogha. O lekturze pisałam kilka razy (między innymi tu). A nadal czuję niedosyt. Odnajduję tu tak wiele ciekawych myśli, że żałuję, iż książki nie mam w swoich zbiorach, aby móc do niej sięgać, ilekroć przyjdzie na to ochota. Vincent mimo braków w wykształceniu był bardzo oczytanym człowiekiem. W jego korespondencji do brata można odnaleźć wiele interesujących poglądów na życie, sztukę, literaturę, miłość, przyjaźń. Po raz kolejny wynotowuję sobie fragmenty lektury, z których jeszcze – jak wierzę- skorzystam.

No i last but not least Koncert Andrea Bocelli w gdańskiej Ergo-Arenie. Temu utalentowanemu wokaliście, o przepięknym głosie, brak techniki wokalnej (co zarzucają mi znawcy) nie przeszkodził w zdobyciu ogromnej publiczności. Nie mnie oceniać technikę, mnie się jego wykonania po prostu podobają, doceniam też to, że nierzadko trudne w odbiorze utwory (jak choćby Nessun dorma) dzięki swoim wykonaniom czyni bardziej przystępnymi, co pozwala szerszemu kręgowi odbiorców dostrzec w nich piękno. Czytając wcześniejsze recenzje koncertów, z których wynikało, iż Bocelli jest przewidywalny (za co kocha go polska publiczność), a w jego koncertach przeważają utwory doskonale znane, spodziewałam się takiego właśnie repertuaru.


Tu Bocelli z Brightmann w Canto della terra

Tym razem artysta zaskoczył widownię, poświęcając pierwszą część utworom operowym, czym uszczęśliwił zapewne wielbicieli tego gatunku muzycznego. Na telebimach prezentowano fragmenty oper, w których występował. Po pierwszym utworze Va, pensiero z Nabucco w wykonaniu chóru akademickiego Akademii Morskiej w Gdyni nastąpiły arie z Rigoletta, Traviaty, Cyganerii i Romea i Julii (tyle rozpoznało moje niewprawne ucho i dojrzało na ekranie oko). Podziwiałam odwagę prezentacji takiego repertuaru na hali widowiskowo-sportowej wypełnionej dziesięcioma tysiącami słuchaczy (wielu przybyło z odległych zakątków świata). Publiczność nie dała po sobie poznać niedosytu, cierpliwie czekając na dalszą część. I nie zawiodła się. Część druga miała zdecydowanie lżejszy charakter (utwory musicalowe, popularne pieśni neapolitańskie, czy znane hity „Mamma, Funiculi funicula, O sole Mio, Time to say goodbye). Moim ulubionym wykonaniem była Canto Della terra wykonane w duecie z Ikaria Della Bidia (które do tej pory znałam z interpretacji Sarah Brightann i Alessandro Safina). Artyście towarzyszyła również sopranistka Maria Aleida (w ariach operowych), skrzypaczka Anastasiya Petryshak (jakże ona pięknie grała) oraz tancerze Stavros Pittas i Julia Polakowska (z teatru muzycznego w Gdyni). Ku radości (głównie) żeńskiej części widowni z ojcem wystąpił Matteo Bocelli w utworze Fall on me. Słuchałam go po raz pierwszy i to z dużą przyjemnością. 
 
Fall on me 

Najbardziej wzruszającym momentem koncertu było zadedykowanie Ave Maria pietras prezydentowi Gdańska, który zginął tragicznie kilka dni wcześniej. Kiedy na ekranie pojawiło się zdjęcie Andrei w towarzystwie Pawła Adamowicza i jego żony z tekstem - Panie prezydencie nigdy o Panu nie zapomnimy – chyba nie tylko mnie popłynęły łzy.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Antykwaryczne nabytki, czyli rośnie stosik

Dawno nie zamieszczałam zdjęć książkowych nabytków. Zaprzestałam to robić, bo każdy taki stosik to wyrzut sumienia. W biblioteczce zaczyna brakować miejsca, a ja ulegam nałogowi kupowania nowych książek. Ich ilość rośnie w tempie odwrotnie proporcjonalnym do tempa mojego czytania. A jednak nie umiem się powstrzymać. Odkrycie tanich księgarni (i tych wirtualnych i tych realnych) było radością, a stało się utrapieniem, bo jak już wstąpię - to nie mogę się powstrzymać od kupna. Właśnie dlatego prezentowanie wyników mojego nałogu nie jest dla mnie powodem do dumy. Oczywiście uwielbiam oglądać cudze stosy i stosiki, mam wówczas wrażenie, że w moim szaleństwie nie jestem odosobniona, uwielbiam, tym bardziej, jeśli wypatrzę tam znane tytuły. Poproszona przez Anię z bloga Moje zaczytanie zdecydowałam się zaprezentować ostatnie hurtowe nabytki. Zdjęcie pierwsze prezentuje zakupy w antykwariacie (i prezent od blogerki). Są to: Stanisława Wasylewskiego Klasztor i kobieta (o ile dobrze pamiętam pisała o niej montgomerry -impulsem był wpis plus kilka pozytywnych komentarzy), Marie jego życia Barbary Wachowicz (tę książkę chciałam przeczytać od zawsze), Czarny anioł Miki Watariego (jest efektem wizyty w zakładzie kosmetycznym, podczas której jedna z klientek z takim entuzjazmem opowiadała o tej książce, że natychmiast zaczęłam jej szukać), 24 godziny z życia kobiety Stefana Zweiga (na tę książkę powoływano się często przy okazji recenzji innych książek Zweiga), Lampart Lampedusy (to klasyka, na którą natykam wszem i wobec), Wspólny pokój Zdzisława Uniłowskiego (zakupiony pod wpływem zachęcającego opisu na okładce; we wspólnym pokoju mieszkali dawni bywalcy Małej Ziemiańskiej- znam to miejsce, w którym mieściła się Ziemiańska i mam doń duży sentyment), Czarny książę Iris Murdoch (to prezent od Izy z Filetów z Izydora), Wyzwania patrycjusza Sandora Maraia (o pisarzu czytałam wiele pochlebnych opinii i sporo też czytałam cytatów z jego książek u nutty oraz kaye, one to sprawiły, iż polubiłam pisarza, jeszcze zanim przeczytałam jego książkę, a do tej pory czytałam jedynie Dziedzictwo Estery oraz W podróży).
Na drugim zdjęciu znajdują się ostatnie internetowe zakupy; wśród nich pięć tomów Dzienników Marii Dąbrowskiej, w które ostatnio wsiąkłam. Zakreślam, notuję i wciąż mi mało. Przeczytałam cztery tomy z biblioteki, a kiedy okazało się, iż piątego tomu żadna z filii nie posiada -nie miałam wyjścia. Idąc za ciosem - dziennikowego szaleństwa nabyłam też Dziennik Gouncourtów, o którym wciąż czytam w różnych pozycjach. Ponadto dwie biografie, które w tym roku zdecydowanie dominują w moich lekturach (Goya i Boy Żeleński), o pierwszej, o ile mnie pamięć nie myli wspominał przy okazji lektury Saturna Jacka Dehnela marlow. Dwie książki Imre Kertesza to także efekt komentarzy u marlowa na temat literatury węgierskiej (Ja inny oraz Kadysz za nienarodzone dziecko). Dwie ostatnie to wynik sympatii włosko-francuskich (Alberto Moravii Podróż do Rzymu i Waldemara Łysiaka Francuska ścieżka) - mam nadzieję, że tytuł odpowiada treści. Ostatnia książka to niespodzianka (dobrana do kwoty zakupów uprawniającej do darmowej dostawy) Mariusza Karpowicza Piękne nieznajome (z okładki wyczytałam, iż jest to rzecz o warszawskich zabytkach, więc coś co lubię).
Zaczęłam już czytać Piąty tom Dzienników Dąbrowskiej oraz Kertesza Ja inny.

piątek, 3 stycznia 2014

Kalejdoskop minionego roku (czyli przeżyjmy to raz jeszcze)



Koniec roku to tradycyjnie podsumowania. Lubimy liczyć, porządkować, układać w zbiory, to daje nam orientację, czy było lepiej, czy gorzej, a może tak samo. I mimo, iż zarzekamy się, że przecież nie chodzi nam o bicie rekordów, to przyjemnie podbudowuje nas świadomość, tego, że udało nam się poznać więcej i więcej. To takie naturalne dążenie człowieka, aby więcej i aby lepiej, aby głębiej i aby w pełni. Wciąż w drodze, w poszukiwaniu, w dążeniu, drążeniu, próbie uchwycenia tego, co nieuchwytne. Postanowiłam i ja sobie troszkę podsumować miniony rok.
Czytelniczo
Moim odkryciem w literaturze obcej stali się Proust (przeczytałam W stronę Swanna oraz W cieniu zakwitających dziewcząt) oraz Josef Brodski (przeczytałam Znak Wodny, a na półce stoi Dyptyk Petersburski). Autorzy ci oczarowali i skradli serce. Kontynuowałam znajomość z Emilem Zolą (Paryż, Rzym, Lourdes, Kartka miłości, Opowieści niesamowite, Germinal (powtórnie) oraz biografia pisarza pióra Haliny Suwały), poznałam też trochę twórczość Stefana Zweiga (Niecierpliwość serca oraz biografie Balzaka, Marii Stuart i Marii Antoniny) i muszę przyznać, że było to całkiem miłe spotkanie.
W literaturze polskiej  (która niestety nie jest moją najsilniejszą stroną) odkryłam panią Marię Wachowicz (Czas nasturcji zauroczył pięknym językiem oraz zainteresował postacią jej bohatera), przeczytałam dwie książki Iwaszkiewicza (Podróże do Włoch oraz Matkę Joannę od aniołów i nie były to niemiłe spotkania), pogłębiam znajomość z Herbertem (Martwa natura z wędzidłem - kolejny zachwyt nad umiejętnością ciekawego pisania o rzeczach z pozoru błahych i całkiem zwyczajnych) oraz z panią Bożeną Fabiani (Moje nowe gawędy o sztuce). Pani Fabiani pisze tak przystępnie i ciekawie, że przeczytanie kolejnego tomu rozbudza apetyt na dalszą lekturę.


To nie był mój rekordowy rok pod względem ilości przeczytanych książek (przeczytane w 2013), ale książki, które przeczytałam w zdecydowanej większości oceniłam pozytywnie. Największe rozczarowanie przyniosła mi książka, po której spodziewałam się może zbyt wiele, a może czegoś zupełnie innego. Wszystko przemawiało za, bo i temat związany z próbą odzyskania bezcennego dzieła sztuki i przyrównanie do powieści Dana Browna (jedni pisali o podobieństwie, inni podkreślali wartość na zasadzie kontrastu wybitnego dzieła z "miernotą, gniotem, grafomanią i czym tam jeszcze określono książki" pisarza, do którego mam słabość. Dla osoby, której dwie najgłośniejsze książki Browna przyniosły szereg ciekawych odkryć artystycznych (od Berniniego poprzez Rafaela a na Durerze kończąc) i przełożyły się na parę cudownych podróżniczych wzruszeń (piękne rzymskie świątynie, tajemnicza londyńska Temple, paryskie odkrycia w Luwrze, Saint Sulpice odkrywane dzięki lekturze to tylko niektóre z tych inspiracji) takie nawiązanie było ważkim argumentem. Oczekiwałam podobnych wzruszeń, wartkiej lektury, nowych artystycznych odkryć. Dodatkowym argumentem za były świetne blogowe recenzje u trzech osób prezentujących zupełnie odmienne światopoglądy i skrajnie różne polityczne sympatie, no bo skoro podoba się tak bardzo (recenzje były entuzjastyczne, a zapał jednej z blogerek, kiedy mi o książce opowiadała wydawał się zaraźliwy) osobom o tak skrajnie różnych oczekiwaniach to książka nie może być nieinteresująca.
Kupiłam w prezencie dla koleżanki pewna, że lektura pójdzie mi gładko i za parę dni będę mogła książkę nadać na poczcie. I tu nastąpił pierwszy zgrzyt. Czytałam, czytałam i czytałam i właściwie zmuszałam się, aby doczytać do końca, bo przecież czasami dopiero finałowa scena nadaje nowego znaczenia, pozwala na inne odczytanie powieści, jest kluczowa. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego, ale zupełnie mnie lektura nie wciągnęła. A przecież temat kradzieży dzieł sztuki, próba ich odzyskania, sensacyjne wątki, zamach terrorystyczny, pościgi, ukrywanie się, strzelanina, mini wykłady na temat malarstwa oraz sposobów odszukiwania zaginionych (skradzionych dzieł sztuki), mocno naciągana (acz wcale nie będąca nieprawdopodobną) teoria dotycząca odpowiedzialności pewnego mocarstwa za wybuch II wojny światowej powinny sprzyjać lekturze. Tymczasem ja byłam rozczarowana zarówno fabułą, jak i sposobem prowadzenia narracji. Nie poczułam cienia sympatii do żadnego z bohaterów, ich postacie wydawały mi się nieciekawe i papierowe. A już szczytem wszystkiego były dziecinne pyskówki uskuteczniane przez jedną z bohaterek. Na plus tej książce muszę oddać, że jakąś tam nową wiedzę pozyskałam. No i jeszcze podobało mi się parę trafnych spostrzeżeń na temat Polaków. Chodzi o Bezcennego pana Miłoszewskiego.
Muzycznie
Rok temu brakło mi koncertów, ten był bardzo bogaty w muzyczne ucztowanie (od koncertu pożegnalnego Vai Con Dios, poprzez koncerty Il Divo, Gregorian aż po Stare Dobre Małżeństwo i koncert finałowy festiwalu piosenek Agnieszki Osieckiej). Spełniły się także moje musicalowe marzenia.
W styczniu obchodziłam bardzo okrągłe urodziny, a pięknym prezentem, jaki otrzymałam, zupełnie niespodziewanie, była filmowa adaptacja musicalu Les Miserables. Prezentem urodzinowym była też październikowa wycieczka po Europie, a jej najpiękniejszym momentem możliwość obejrzenia Nędzników na londyńskim West Endzie. Rozczarowaniem musicalowym były natomiast Deszczowa piosenka w Teatrze Roma w Warszawie oraz Phantom of the Opera w Londyńskim Her Majesty (dobre wykonanie i efekt całości psuł mi operowy głos Eryka-upiora, którego partie moim zdaniem są partiami do rockowego wykonania, jako przeciwwaga dla lirycznego głosiku słodkiej Cristine. Tak więc londyński Upiór (jak dla mnie) przegrał w konkurencji z warszawskim).
Podróżniczo
Długo w tym roku czekałam na moje wakacje, ale kiedy już zaczęłam podróże to odwiedziłam spory kawałek Europy; od Londynu, poprzez Paryż, Wenecję, Florencję, Rzym aż po Amsterdam. Do tej pory zdołałam się podzielić zaledwie maleńką cząstką wrażeń. 
Plany - tradycyjnie; żadnych planów. No może jeden malutki, pisać jedynie o wybranych pozycjach czytelniczych. Gdzieś tam, na samym początku mojego pisania założyłam sobie, (chyba błędnie), że będę pisać o każdej przeczytanej książce, o każdym obejrzanym spektaklu, wysłuchanym koncercie, odbytej podróży, a takie założenie i niemożność jego spełnienia wprawia tylko we frustracje. A przecież pisanie ma być przyjemnością, a nie obowiązkiem. I tego życzę każdemu - dużo radości i wielu przyjemności we wszystkich dziedzinach życia.
 
No to może jeszcze jeden plan- chciałabym nauczyć się pisać bardziej lakonicznie, daleko mi do Prousta, a zdania buduję czasami tak dalece rozbudowane, że sama muszę je dwa razy przeczytać, aby przypomnieć sobie, co autor miał na myśli, choć kiedy piszę mam wrażenie, że jestem mistrzem intelektu (to miał być żart).
Zdjęcia z ostatniej wycieczki do Amsterdamu 1. Widok sprzed Rijskmuseum, 2. Dom handlowy w świątecznej szacie, 3. Targ kwiatowy, 4. W muzeum Van Gogha
A na 2014 rok życzę równowagi pomiędzy światem realnym a wirtualnym (sobie też:)

czwartek, 12 grudnia 2013

O cudzie, czyli nietypowy (przypadkowy) sposób promocji czytelnictwa


Jest godzina piąta czterdzieści pięć rano. Za oknem ciemna noc. Autobus ruszył z pierwszego przystanku, kumoszki z osiedla zaczęły już relacjonować przebieg poprzedniego popołudnia i wieczora, parę osób prowadzi poranną porcję telefonicznych konwersacji, a ja zdążyłam zatopić się w świat korespondencji Vincenta z Theo. I kiedy zupełnie niewinnie, bez żadnych podtekstów i ukrytych intencji pociągam nosem, ktoś obok zaczyna mówić. Ze zdziwieniem konstatuję, iż słowa wypowiadane przez siedzącego obok mężczyznę skierowane są do mnie „Jeśli śmierdzę, to niech się Pani nie krępuje i mi powie”. Bardziej zdziwiona, niż przestraszona (zniesmaczona?) stwierdzam, iż ja nic nie czuję. Na co Pan kontynuując tak pięknie nawiązaną znajomość zagaja „Bo wie Pani, ja trochę wypiłem, właściwie, to cały czas piję, czekam, aż otworzą sklepy, aby kupić piwo, no to i może trochę śmierdzę. Ale jak śmierdzę, to Pani powie, a ja wysiądę”.

W tej chwili nos wyczuwa to co miał poczuć, no ale jak tu miłemu Panu powiedzieć, że „i owszem, nieco cuchnie”, tym bardziej, że w zasadzie nie jest to woń zmieszana z innymi niemiłymi woniami, ot po prostu jedzie od niego, jak z gorzelni. Pan ośmielony brakiem protestu z mojej strony kontynuuje rozmowę (prawdę powiedziawszy jest to raczej dialog), moja rola ogranicza się do potakiwania głową od czasu do czasu.

„Jak to miło, że Pani czyta. Dzisiaj to niewiele ludzi czyta książki. Tylko te jakieś ebooki i audiobooki (te, co to Pani wie na słuchawkach). A ja uważam, że nie ma, jak taka tradycyjna książka. Wie Pani, mogę Pani coś polecić do czytania. Jest taka bardzo dobra książka. KIK wydał. Teraz jej Pani nigdzie nie kupi, ale przez Internet może sobie Pani zamówić. Kosztuje grosze, a jest naprawdę świetna. Nie to, co te śmiecie, które teraz wydają”. I tu wymienił nazwę książki i autora. Nie zapamiętałam autora, ale w tytule było coś z cudem. Tak mnie zaintrygowała ta rekomendacja, że sięgnąwszy do katalogu książek wydanych przez KIK odnalazłam. Otóż polecaną książką jest Cud generalny. Powieść nadziei Parala Vladimira. Książka została wysoko oceniona w biblionetce i nieźle na portalu Lubimy czytać.

I co z tego wynika?

Otóż przed chwilą zamówiłam książkę na allegro (a przy okazji jeszcze parę innych). Nie wiem, czy to byłby skuteczny środek zachęty do lektury, na mnie zadziałał. 
Jestem ciekawa, czy książka mi się spodoba, ale chyba jeszcze bardziej ciekawa tego, co zrobiło tak dobre wrażenie na miłym współpasażerze). W powiedzeniu, że podróże kształcą jest wiele prawdy (i wcale nie muszą to być podróże przez pół Europy).

wtorek, 23 kwietnia 2013

Książka na dzień książki

Co robicie? Pewnie co najmniej połowa z was kupuje, licytuje lub już dokonała zakupów. W końcu dziś taki wyjątkowy dla nas łasuchów książkowych dzień, taki czytelniczy Tłusty Czwartek. Dlatego i ja uległam pokusie i zakupiłam kilka książek. Co prawda na niektóre zamówienie złożyłam wcześniej, ale tak się złożyło, że odebrałam dopiero dzisiaj. Miało już nie być stosików. Nie chce mi się wyciągać poustawianych już na półkach książek, ale pochwalę się nabytkami związanymi z dzisiejszym dniem.

1) Olimpio, czyli życie Wiktora Hugo Andre Maurois,
2) Han z Islandii Wiktor Hugo,
3) Monet Paskal Bonafoux,
4) Emil Zola Halina Suwała
5-6) Nędznicy Wiktor Hugo*.
*Aż dziw, że nie miałam dotąd w bibliotece mojej ukochanej książki.
Ale ponieważ apetyt mam spory zaraz polatam sobie po internetowych księgarniach, które kuszą dość obniżkami
Dziś też spakowałam książki dla dziewczyn, które wzięły udział w akcji Oddam w dobre ręce. Zapraszam do korzystania. 

środa, 26 grudnia 2012

Mikołaj się spisał

Tegoroczny Mikołaj nie zawiódł w przeciwieństwie do atmosfery wigilijnej, która z roku na rok coraz bardziej napięta i delikatnie mówiąc "przykra". Moje dojrzewanie do spędzania świąt poza domem niedługo wyda owoce. Jak na razie odważyłam się jedynie na wielkanocne wagary. Ale ... spuszczę zasłonę milczenia i będę się cieszyć, że przeżyłam, choć nie bez szwanku na zdrowiu.
Na osłodę pod choinką znalazłam całkiem sporą kolekcję książek, które zamówiłam sobie (wysyłając list do jednego z Mikołajów), tym sposobem uniknęłam prezentów nietrafionych.
 
I tak znalazły się tam dwa tomy Malarstwa białego człowieka W.Łysiaka (t.1 i 3 - jako uzupełnienie otrzymanego rok temu t.2), Alan Riding A zabawa trwała w najlepsze oraz Georges Simeon Paryski ekspres (w klimacie Paryża) a także Z.Herbert Martwa natura z wędzidłem i Josif Brodski Znak wodny (te ostatnie sprezentowałam sobie sama).

Z tematem świąt łączy się temat kartek świątecznych, które jak listy odchodzą w przeszłość. Coraz ich mniej wysyłamy, coraz mniej otrzymujemy. Z tym większą radością pochwalę się paroma kartkami, które otrzymałam w tym roku. Niewiele, ale każda bardzo dla mnie ważna, bo od miłych korespondentów.
 Serdecznie dziękuję za każdą karteczkę z życzeniami.
Tegoroczny Mikołaj był dla mnie wyjątkowo łaskawy. Pisałam już kilka dni temu o pięknych podarunkach otrzymanych od blogowych przyjaciół. A dziś chciałam jeszcze dodać, iż dzień po opublikowaniu wpisu dotarła do mnie przesyłka z Włoch zawierająca lekarstwo na smutki. Edyta dziękuję Ci jeszcze raz. 

Moje spostrzeżenia na temat świąt opisałam już dwa lata temu 
i rok temu   Ponieważ tegoroczne byłyby jeszcze bardziej gorzkie nie będę ich opisywać. 
Tym serdeczniej dziękuję wszystkim, którzy sprawili mi radość życzeniami, pamięcią, podarkami.
A teraz dzę pakować walizkę :) aby i moje święta były piękne.
 

wtorek, 27 listopada 2012

Kulturalny stosik jesienny


No i znowu się chwalę. Nie miałam pojęcia, że ze mnie taka chwalipięta. Myślałam zawsze, dziewczę skromne, oczy spuszcza, kiedy patrzą, nie pytanie się nie odzywa, a tu proszę. Wyszło szydło z worka. Miałam już nie zamieszczać stosików, ale kilka moich nabytków to otrzymane od innych blogerów książki, więc nie wypada mi o nich nie wspomnieć. No, nie wypada. Nie chcem, ale muszem. W ostatnim czasie moją nową biblioteczkę zasiliły takie wymarzone pozycje jak:
1) Karol Schulz Kamień i cierpienie (rzecz o moim ulubieńcu Michale Aniele), polecana w komentarzach u Łucji,
2) Julia Frey Henri Toulouse Lautrec (polecony przez Lirael),
3)  Jonatthan Jones Pojedynek mistrzów (Leonardo da Vinci -Michał Anioł),
4) Bożena Fabiani Moje gawędy o sztuce (dzięki wpisowi u Montgomerry), czytałam wcześniejszą część,
5) Llosa Vargas Pantaleon i wizytanki (dzięki recenzji u Karoliny),
6)  Magda Szabo Tajemnica Abigel (dzięki ZWL i wielu innym zachwytom oraz własnemu zauroczeniu prozą Szabo),
7) Guy de Maupassant - Bel Ami (Uwodziciel) - Edyta to z twego polecenia, no i własnego zachwytu opowiadaniami,
8) Doris Lessing Drugie opowieści afrykańkie - zakup w Biedronce; była tania, miała dużą czcionkę, no i dwie z trzech czytanych książek pisarki podobały mi się,
9) Delphine de Vigan Nic nie oprze się nocy - pod wpływem recenzji u Czary (pierwszy tak impulsywny zakup- przeczytałam recenzję, weszłam do internetowego sklepu i zamówiłam,
10) Maurice Druon -Prawo mężczyzn IV część serii Królowie przeklęci- przeczytałam III części bez wstrętu, a z przyjemnością, teraz muszę przeczytać pozostałe części,
11) Jean-Paul Carracalla Paryż śladami pisarzy - polecona u Marty, jako dobra książka z Paryżem w tle, a Marta współautorka książki o Paryżu wie, co mówi :),
12) Wiktor Hugo Ludzie morza- nabytek antykwaryczny- z miłości do Hugo.
Jak widać nie jestem zupełnie niepodatna na wpływy.

Ponadto w stosie siedzą:
- dwie książeczki Jana Grzegorczyka - Chaszcze i Piszczyk, które otrzymałam od Manniczytania - jako nagrodę za wierne czytelnictwo jej bloga :) Bardzo serdecznie dziękuję Magdo,
- wygraną u Sardegny w akcji Podaj dalej książkę mojego ukochanego pisarza Katedra Najświętszej Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo, lub jak kto woli Dzwonnika z Notre - Dame (jest to mój drugi egzemplarz tej książki, bowiem pierwszy wydany przez Zieloną Sowę pozostawia wiele do życzenia. Mam też audiobooka i ebooka tej powieści :) Bardzo dziękuję Zuzi za książkę. 
A przy okazji przypominam, iż u mnie można otrzymać książkę Wątpliwości Salaiego - wystarczy zgłosić udział i chęć podzielenia się inną książką z kolejnym uczestnikiem akcji.

No i na koniec jest Ryszard III (w przekładzie Barańczaka) W. Szekspira - pożyczony u monmarty.    Wielkie dzięki Moniko.
Od jakiegoś czasu nie zamieszczam podsumowań, znajdują się one w zakładce Przeczytane w 2012 roku. Tak więc, jeśli ktoś pała żądzą zapoznania się z ilością przeczytanych przeze mnie w tym miesiącu/ roku książek to niech czem prędzej uda się do w/w zakładki.


A że stosik jest kulturalny, a że się chwalę na potęgę, to pochwalę się jeszcze innymi atrakcjami jakie czekają mnie w sezonie zimowym 2012-2013. Otóż w marcu przyszłego roku w Gdyni odbędzie się koncert grupy Gregorianie, a w Warszawie zespołu Vaya Con Dios (pożegnalny koncert) i na obie te imprezy się wybieram. Ponadto czekają mnie dwie wizyty w Teatrze Starym w Krakowie (Tartuffe Moliera z Krzysztofem Globiszem oraz Chłopcy nieznanego mi autora ze znaną mi Anną Dymną i Jerzy Trelą w obsadzie) oraz wizyta w nowym teatrze gdańskim na Kolacji dla głupca (z Piotrusiem Fronczewskim-aż mi się gęba śmieje). No a to co mi się jeszcze roi w główce to marzenie, które jeszcze pozostaje w sferze marzeń. 
No to moi drodzy- obyśmy tylko zdrowi byli.
A ja czem prędzej udaję się do "Ludzi morza", bo koniec miesiąca zbliża się szybkimi krokami, a ja dopiero w połowie lektury, bo zasłuchałam się w Zalotnicy niebieskiej M.Samozwaniec.