Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2026

Randez vous ze śmiercią Agaty Christie i Fabrykantka aniołków Camili Lackberg


W natłoku wrażeń podróżniczo - wystawienniczych nadszedł czas na kilka zdań z lektury kryminałów, jakie wylosowałam w stosikowym losowaniu u Anny. (styczeń i luty). Z marcową książką (Doktor Faustus Tomasa Manna) nie idzie mi tak łatwo.


Randez vouz ze śmiercią Agata Christie

Tak jak do niedawna zaczytywałam się kryminałami Donny Leon tak teraz wpadłam jak śliwka w kompot z czytaniem kryminałów Agaty Christie. O fabule kryminału trudno pisać, aby nie zdradzić zbyt wiele. Tu rzecz dotyczy zbrodni popełnionej na starszej pani, osobie, która czerpała satysfakcję z dręczenia całej rodziny. Nic dziwnego, że któregoś dnia syn owej despotki powiedział do siostry, iż ją trzeba zabić. Świadkiem owej rozmowy jest Herkules Poirot, więc kiedy kobieta umiera (pozornie z przyczyn naturalnych) owa zasłyszana rozmowa jest jednym z argumentów przemawiających za tym, iż śmierć nie była naturalną. Czytając miałam nieodparte skojarzenie podobieństwa z morderstwem opisanym w Orient Expresie, ba nawet w samej opowieści przywołano owo morderstwo, jednak zbieżność okazuje się pozorna i przypadkowa. Herkules Poirot jak to on ma w zwyczaju uruchamia swoje szare komórki i w ciągu doby dochodzi do ustalenia przyczyn zgonu tylko i wyłącznie rozmawiając ze świadkami. Bo jak twierdzi, świadek nawet kłamiąc i zacierając ślady mimowolnie mówi prawdę, trzeba tylko wszystko dokładnie porównać i przeanalizować. Dziś mamy monitoring, logowanie telefonów, media społecznościowe, a wiele zbrodni pozostaje nierozwiązanych. Herkules Poirot jak to ma w zwyczaju aby przedstawić wersję zdarzeń zbiera wszystkich zainteresowanych i odstawia przedstawienie, analizując po kolei każdą osobę pod kątem możliwości popełnienia przestępstwa. Zadufany w sobie narcystyczny, mały Belg i tym razem dochodzi do prawdy, bo nic nie jest mu w stanie umknąć. Uważałam i nadal uważam Agatę Christie za królową kryminałów.



Fabrykantka aniołków Camila Lackberg

Jeszcze do niedawno nazwisko Lackberg było ością niezgody pomiędzy mną, a moją przyjaciółką Magdą, która zachwycała się jej twórczością wychwalając jej książki pod niebiosa a mną, która twierdziłam, że przeczytawszy jedną z książek pisarki (Księżniczka z lodu) jestem mocno rozczarowana i nie zamierzam więcej sięgać po kolejne. Słowa dotrzymałam przez ponad dwanaście lat. Wybierając się do Rzymu nagrałam parę audiobooków dla mojej włoskiej gospodyni Edyty, a wiedząc, że lubi kryminały nagrałam też Camilę Lackberg. Audiobooki dołączyłam do listy książek do przeczytania i kiedy wylosowano mi Fabrykantkę aniołków pomyślałam, że znowu będę się zżymać podczas słuchania. Włączyłam audiobooka podczas prasowania, myśląc, że nic nie stracę, jeśli sobie będzie leciało w tle. Ponad dwanaście godzin słuchania tak mnie wciągnęło, że wysłuchałam lekturę w przeciągu dwóch dni i połowy nocy. Pisałam kiedyś, iż od kryminałów dużo nie oczekuję, ma być intrygująco, ma zaciekawić, niezbyt krwawo, nie lubię emanowania brutalnością, naiwnością, sentymentalnością i seksualnością. To co w niedużej ilości nadaje kolorytu, czy pikanterii w nadmiarze jest nudne. Tutaj zagrały wszystkie czynniki, a w dodatku poza zwykłą zbrodnią jest jeszcze wątek polityczny (jak się wydaje antycypowany przez autorkę, bowiem, wg jej słów dopiero pisząc posłowie to, co miało być fikcyjnym założeniem w książce - stało się faktem i to właśnie we Szwecji, w której dzieje się akcja kryminału). Fabuła nie toczy się linearnie, po kolei poznajemy fragmenty układanki, które niczym puzzle z początku wydają się całkiem nieprzystające do siebie, mieszają się osoby, zdarzenia, czas akcji, przeskakujemy z lat dwudziestych zeszłego stulecia do siedemdziesiątych, wracamy w lata czterdzieste, aby za chwilę znowu znaleźć się w końcówce XX wieku. A wszystko zaczyna się od przypadkowego pożaru w domu remontowanym przez młode małżeństwo. Z domem wiąże się niewyjaśnione sprzed ponad dwudziestu lat tajemnicze zniknięcie zamieszkującej posiadłość pięcioosobowej rodziny. Została tylko mała roczna dziewczynka. To właśnie ona po latach po stracie dziecka wraca z mężem, aby wyremontować dom i to ona omal nie ginie w pożarze. Zaskakujące zwroty akcji, zero zbędnych dłużyzn, ciekawi bohaterowie. Może jedynie zdeterminowanie postaw kobiet w rodzinie bohaterki przez ich przeszłość budziło trochę moją wątpliwość, ale pewnie z psychologicznego punktu widzenia jest to uzasadnione. Wydaje się, iż każda z kobiet z kolejnego pokolenia popełnia błędy, których nie potrafiła wybaczyć własnej matce, no może poza niezrównoważoną wielbicielką Hermana Goeringa, bo i wątek niemieckich faszystów się tu pojawia, choć marginalny, nie mniej mogący mieć wpływ na prawicowe sympatie Szwedzkich „patriotów” . Wysłuchawszy tej książki jestem w stanie zgodzić się z Magdą, że pani Lackberg potrafi napisać niezłą książkę. Nie wiem, czy zatem skrytykowana przeze mnie Księżniczka z lodu to był jednostkowy przypadek, czy może trafiłam na niewłaściwy dla lektury czas. Z ciekawości dołączyłam do moich lektur i zamierzam to sprawdzić.

niedziela, 19 stycznia 2025

Zając o bursztynowych oczach Edmund de Waal (historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie)

Wydawnictwo Czarne rok 2013
Kiedy ponad dekadę temu przeczytałam recenzję książki u Lirael natychmiast ją zamówiłam. Rzadko mi się to zdarza, abym tak bezgranicznie zaufała gustowi drugiego czytelnika, choć akurat zdaniu Lirael można było zaufać. Co sprawiło, że książka wylądowała na półce na długie lata - nie wiem. Lirael wkrótce potem przestała prowadzić bloga, a ja wpadłam w wir innych lektur. Z czasem moje wrażenia z lektury recenzji się zatarły, a książka pokryła kurzem. Wylosowaną w stosikowym losowaniu wzięłam do ręki bez nadmiernych oczekiwań.

Teraz mogę tylko wyrazić żal, że zrobiłam to tak późno. Gdybym przeczytała ją przed podróżą do Paryża, czy do Wiednia mogłabym podążyć śladami jej bohaterów, może nie tak wnikliwie jak autor opowieści, ale zapewne z dużym sentymentem, bowiem książka chwyta za serca i zbliża do bohaterów, których życie było ciekawe, choć momentami tragicznie trudne.
Zając o bursztynowych oczach to historia rodziny opowiedziana przez pryzmat kolekcji japońskich figurek. Autor Edmund de Waal potomek jednej z najbogatszych żydowskich rodzin Ephrussi odziedziczył po stryjecznym dziadku kolekcję netsuke; małych miniaturowych rzeźb z drewna i kości słoniowej przedstawiających figurki zwierząt i postaci.
Były to miniaturowe rzeźby do trzymania w dłoniach, drobiazgi, które dodawały splendoru salonowi czy buduarowi. Gdy oglądam ryciny japońskich przedmiotów widzę, że paryżanie nie bali się nadmiaru materii: kość słoniową przykrywali jedwabiem, jedwab wieszali nad stolikiem z lak, stolik z laki zastawiali porcelaną, na podłodze rozrzucali otwarte wachlarze. Dotyk łaknący nowych doznań, dłonie dokonujące odkryć, przedmioty dotykane z uczuciem, plus caresse [czyli pieszczotliwie]. (str. 68).

Postanowił wówczas opisać ich historię, znaczenie, jakie miały dla swych właścicieli, prześledzić drogę jaką przebyły z Japonii do Paryża, potem Wiednia, Tokio i Londynu. Żeby tego dokonać autor przez kilka lat podróżował śladami kolekcji, ale przede wszystkim śladami swych przodków, odwiedzał miejsca, w których toczyło się ich życie, biblioteki, galerie, archiwa, w których znajdowały się stare gazety, dokumenty, mapy, obrazy, czytał odziedziczone przez ojca listy, dzienniki, zeszyty. Prowadził drobiazgowe śledztwo, aby ustalić co działo się z ze składającą się z 264 figurek XVII wieczną kolekcją począwszy od 1870 roku, kiedy zakupił ją Charles Ephrussi. Dziś nazwisko Ephrussi niewiele nam mówi, ale w drugiej połowie XIX wieku była ona powszechnie znana, była jedną z najbogatszych rodzin żydowskich w Europie. „W roku 1860 rodzina stała się największym eksporterem zboża na świecie. James de Rotschild znany był w Paryżu, jako Le Roi de Juifs [król żydów]. Rodzinę Ephrussich można było określić mianem Le Rois du Ble-Królów Pszenicy. Choć byli Żydami, szczycili się własnym herbem, pszenicznym kłosem i heraldycznym trójmasztowym okrętem pod pełnymi żaglami. Pod okrętem widniała rodzinna dewiza: Quod honestum [to, co szlachetne]. Jesteśmy ponad wszelkim podejrzeniem. Możecie nam zaufać. Zasadniczy plan polegał na tym, by korzystając z rodzinnej siatki kontaktów i powiązań, zbudować i sfinansować gigantyczne przedsięwzięcie gospodarcze: mosty na Dunaju, koleje żelazne w Rosji i we Francji, doki i kanały. Z dobrze rozwijającego się domu handlowego Ephrussi i spółka miało przekształcić się w międzynarodową potęgę finansową. Stworzyć własny bank. Odtąd każda udana transakcja rządowa, każde przedsięwzięcie podjęte wespół ze zubożałym arcyksięciem, każdy klient wciągnięty poprzez swoje zobowiązania w krąg rodziny Ephrussi miały budować splendor tego rodu i stopniowo oddalać od Ukrainy i kolebiących się po jej drogach skrzypiących wozów z pszenicą” (str. 39)

Dom Nany przy Parku Monceau 

Śledząc losy kolekcji podążamy za losami członków rodu. Bogactwo w rodzinie żydowskiej łączyło się  z wykształceniem, znajomością języków obcych, obyciem, kulturą, obracaniem się w kręgach ludzi nie tylko uprzywilejowanych, ale też artystycznie uzdolnionych, to też dobroczynność i gromadzenie dzieł sztuki. Akcja opowieści obejmuje ponad sto lat. Nie będę streszczała fabuły, chciałabym jednak zasygnalizować tylko (może jako zachętę dla osób, którym bliskie są klimaty ludzkiego losu na przestrzeni dziejów oparte na faktach, osadzone w historii, dziejące się w otoczeniu znanych nam nazwisk i w miejscach tak pięknych architektoniczne) historię dwóch pierwszych właścicieli kolekcji.
We wnętrzu Muzeum Camondo (źródło). Nie dysponuję zdjęciem kamienicy Ephrussich w Paryżu (tutaj mógł bywać Charles przynajmniej sporadycznie)

Pierwszym był Charles. Nie musiał nic robić, rodowe pieniądze umożliwiały mu wygodną egzystencję na wysokim poziomie. Interesami zajęli się dwaj starsi bracia, on mógł bywać w kawiarniach, na balach, wdawać się w romanse i wydawać pieniądze. I po części to robił. Ale to mu nie wystarczało, interesował się sztuką, literaturą, pracował w gazecie, był krytykiem sztuki, napisał biografię Durera, był też kolekcjonerem dzieł sztuki, a także  wspierał artystów. Spotykał się z literatami, malarzami, dziennikarzami, a nawet pozował do znanego obrazu Renoira Śniadanie wioślarzy (ten pan w cylindrze odwrócony plecami do widza to Charles), na jego postaci mógł być wzorowany Swann z W poszukiwaniu straconego czasu Prousta.

Będąc w Paryżu (czy potem w Wiedniu) nie znałam historii rodu, jednak nieświadomie wędrowałam śladami rodziny Ephrussich. Otóż jedna z rodowych kamienic/pałaców mieściła się w paryskiej dzielnicy Monceau obok Parku. Zaprowadziła mnie tam paryska blogerka pokazując kamienicę, którą uważano za mieszkanie Nany Emila Zoli. Zwiedziłyśmy też pałacową kamienicę rodziny Camondo (o której wspominałam tu), gdzie usłyszałam pasjonującą historię innej żydowskiej rodziny. Byli oni sąsiadami Ephrussich. Paryskie mieszkanie pierwszego właściciela kolekcji netsuke wydaje się niezwykle odpowiednim lokum dla figurek. Stały pięknie wyeksponowane w towarzystwie innych dzieł sztuki, odwiedzane przez malarzy i pisarzy, brane do rąk, żyjące wraz z gospodarzem i jego gośćmi, były bezpieczne.
Śniadanie wioślarzy Renoir (Źródło) 

W jego mieszkaniu czuje się nie tylko bogactwo, ale i solidne studia. To nie są przypadkowe dzieła kupione przez nuworysza. „Udziela się przyjemność, jaką Charles musiał odczuwać, w obcowaniu z przedmiotami; zaskakujący ciężar adamaszku, chłód emalii, patyna brązu, faktura haftu na gobelinach” (str. 50). Czy wy też doznajecie ekscytacji słysząc słowa adamaszek, jedwab, alabaster, to coś jak fizyczna przyjemność z kontaktu z przedmiotem, bezosobowym wytworem rąk ludzkich, a jednak czymś co ma duszę. Otoczeniem kolekcji japońskich figurek są rysunki i medaliony, renesansowe emalie i szesnastowieczne gobeliny wykonane na podstawie kartonów Rafaela, marmurowa figurka dziecka w stylu Donatella, majolika Luki della Robbia przedstawiająca młodego fauna. To wszystko w muzeum byłoby tylko ekspozycją z tabliczką nie dotykać, gdzie jedyny kontakt przedmiot miałby z delikatną miotełką omiatającą z kurzu, tutaj są to towarzysze życia, umilacze czasu. Jak pisze autor - Są to przedmioty, które kumulują w sobie emocje towarzyszące ich tworzeniu (str.29), a ja dodałabym kumulują emocje towarzyszące ludziom, w których otoczeniu się znajdują. Są niemymi świadkami ich życia. A życie Charlesa było imponujące. Spełniał się w tym co lubił, zajmował tym, co go interesowało. Żył w ciekawych, choć trudnych czasach. Ataki antysemickie nie ominęły i jego, choć w porównaniu z tym co spotkało jego wiedeńskich krewnych były niczym. Pogardliwe miny, napastliwe artykuły, zerwanie stosunków, niepodanie ręki były przykrym doświadczeniem, ale nie tragedią, jaka miała miejsce parę lat później w Wiedniu.
Pałac Ephrussich Wiedeń (Źródło)

Mniej szczęścia miał kuzyn Charlesa - Victor. Był także kolejnym dzieckiem i drugim w kolejności synem. I jego najbardziej interesowała sztuka, a zwłaszcza książki (zgromadził bogaty księgozbiór), jednak z powodu ucieczki starszego brata musiał przejąć rodzinny interes i zająć się pomnażaniem majątku. Wiedeński Pałac Ebhrussich znajduje się przy Ringu, niemal vis a vis Uniwersytetu. Przechodziłam tamtędy codziennie, bowiem znajduje się tam połączenie linii tramwajowej, autobusowej i przystanku metra. Musiałam mijać ten Pałac kilkakrotnie, jednak poza tym, że na parterze znajdowało się Casino nie zwrócił on mojej uwagi. Wiedeń - z jego monumentalną, klasycystyczną zabudową ma tyle ciekawych budowli, że mógł mi umknąć ten, który wydał się jeszcze jednym więcej pałacem – kamienicą, nieco przysadzistym i ciężkim z zewnątrz i niedostępnym dziś dla postronnych wnętrzem. To tam trafiła kolekcja figurek podarowana Victorowi w prezencie ślubnym. Niestety nie było to szczęśliwe małżeństwo, choć nie miało to wówczas większego znaczenia. Małżeństwo miało być trwałe i dać potomków. Piękna żona najbardziej interesowała się strojami, balami, bywaniem w teatrze, operze i zmianą kochanków. Nie podzielała literackich zainteresowań Victora. To do jej buduaru trafiła kolekcja figurek. Odtąd mogły być one świadkami intymnych spotkań, zmian sukni a także towarzyszami zabaw dzieci, którym pozwalano wyjmować figurki z witryny i bawić się nimi.
Okres wiedeński był niezwykle burzliwy w dziejach rodu i dziejach Europy. Narastanie nastrojów antysemickich tonowane przez Franciszka Józefa, zamach na arcyksięcia Ferdynanda, wybuch I wojny, lata kryzysu powojennego, rozczarowanie z powodu przegranej wojny, szukanie winnych, ponowny antysemityzm tym razem podsycany przez władze i tragedia II wojny. Tragedia dla ludzkości, ale przede wszystkim dla rodzin żydowskich, biedni od razu trafiają do obozów koncentracyjnych, bogaci są najpierw okradani z majątku, godności, nierzadko też życia. Jedynie nielicznym udaje się uciec, tym, którzy mają albo środki, albo ustosunkowanych czy obrotnych znajomych.
Najciężej pisze się o książkach porywających, książkach, które budzą w nas emocjonalny stosunek do bohaterów opowieści, a taką książką jest właśnie Zając o bursztynowych oczach. Słowo pisane blednie wobec ogromu buzujących w nas wrażeń. Autor pisze w sposób niezwykle emocjonalny, ale zarazem rzeczowy. Nie ma tu miejsca na fantazjowanie, zapisywanie białych kart rodowej historii. Jeśli nie udało się dotrzeć do faktów, czy zdarzeń autor pozostawia je niedopowiedziane. Poszukiwania źródeł, które początkowo miały mu zająć kilka miesięcy trwały kilka lat. A efekt tych poszukiwań jest fantastyczny. Historia budowania marki małej odeskiej firmy handlującej zbożem poprzez dojście do fortuny wartej miliony koron aż do zmuszenia do wyzbycia się wszystkiego jest niezwykle interesująca. Czytelnik współodczuwa wraz z bohaterami opowieści. Bardzo wzruszyła mnie opowieść o wiernej pokojówce Annie, której pozwolono pomagać nazistom przy sporządzaniu inwentarza majątku Ebrussich, a ona dzień po dniu wynosiła w kieszeni fartucha po jednej malutkiej figurce z kolekcji netsuke, aby po wojnie mieć co oddać dzieciom właścicieli. Rozśmieszyła natomiast historia zakupu obrazu Maneta. Obraz przedstawiał pęczek szparagów związanych źdźbłem słomy. Manet zażądał zań ośmiuset franków, jednak Charles zapłacił mu tysiąc. Tydzień później Charles otrzymał mały obrazek przedstawiający pojedynczą łodygę szparaga z bilecikiem, iż pęczek był niekompletny.

Bohaterowie są silni, nie poddają się, potrafią się pozbierać a nawet odbudować swe życie, a czasem i fortuny w innym miejscu. Przykre jest to, że wciąż muszę od nowa szukać tego swojego, nowego miejsca. A także budzące wewnętrzny sprzeciw i irytację to, iż oprawcy rzadko bywają ukarani. Gorzej, oni śmieją się ofiarom w twarz zajmując zaszczytne miejsca w powojennej hierarchii społecznej. A w Austrii wygląda to wyjątkowo okrutnie, jeśli większość wojennych zbrodniarzy została amnestionowana.

Książka może być i lekcją historii i nauką o przemianach, o stosunkach społecznych, o sztuce i literaturze, ale przede wszystkim jest opowieścią o ludziach i ich emocjach. Opowieść prowadzona przez pryzmat kolekcji figurek to ciekawy zabieg literacki na zbudowanie fabuły. To nie jest smutna książka, choć mówi też o czasach tragicznych bywają w niej zabawne historyjki i wzruszające. Ale przede wszystkim są to historie pasjonujące i prawdziwe. Ponoć autor wzbraniał się przed pisaniem kolejnej sagi rodzinnej o Europie Środkowej. Dla mnie jest to jednak taka saga. Książka przywodzi mi na myśl książkę  Europa w rodzinie czas odmieniony Marii Czapskiej.

Z racji moich pasji najbardziej zainteresowały mnie fragmenty odnoszące się do świata kultury i sztuki; miejsca, w których pojawiają się Degas, Renoire, Zola, Proust, France, Goncourt, Roth, Alejhem. To tylko nieliczni przedstawiciele świata kultury, nie sposób wymienić ich wszystkich.

Dużą zaletą opowieści są zdjęcia pozwalające skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością poprzez osoby bohaterów a także ich otoczenie (obrazy, jakimi się otaczali, przedmioty, kamienice). Nieocenione jest drzewo genealogiczne rodu, do którego sięgałam przez długi czas, dopóki nie zapamiętałam rodzinnych koligacji. Żałuję jedynie, iż zdjęcie kolekcji netsuke jest małe i niezbyt wyraźne, w końcu to ona dała pomysł powstania książki. I znowu przypomina mi się wiersz Szymborskiej, który kilkakrotnie tu cytowałam Muzeum z tym już dziś niestety nieaktualnym fragmentem
Co do mnie, żyję, proszę wierzyć.
Mój wyścig z suknią nadał trwa.

A jaki ona upór ma!
A jakby ona chciała przeżyć!

To one przedmioty po nas pozostają, niemi świadkowie naszego istnienia.

Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny. Ogromne dzięki osobie losującej. Nie wiem, czy trafi mi się druga tak pasjonująca lektura w tym roku. 
Znowu miałam problem z klasyfikacją. Zaliczyłam do sagi rodzinnej i to mniejszy problem. Jak zakwalifikować autora, który wg Wikipedii jest angielskim artystą - mieszka w Londynie, dziadek pochodzi z Holandii, babka urodziła się w Wiedniu i pochodzi z rodu Ephrussich o korzeniach żydowskich, a praprzodkowie wywodzą się z Odessy (choć urodzeni w Berdyczowie).

piątek, 5 sierpnia 2022

Iść ciągle iść za marzeniem, czyli Lord Jim Conrada

Lord Jim, zanim został gdzieś w głuszy półwyspu Malajskiego nazwany Lordem był młodym podoficerem pływającym na statku z pielgrzymami. Od dzieciństwa marzył o bohaterskich czynach, które staną się jego udziałem, niestety w chwili próby zawiódł. Czy to z powodu nadmiaru bujnej wyobraźni, czy też na skutek całkiem ludzkiego strachu w chwili próby Jim nie zachował się tak, jak należy.

Kiedy statek wpłynął na przeszkodę i groziło mu zatonięcie Jim wyobrażając sobie panikę i chaos, jaką wywoła to w kilkuset pogrążonych we śnie pasażerach nie zrobił kompletnie nic. Stał wbity w miejsce i z obrzydzeniem obserwował swego kapitana i jego pomocników, którzy szykowali się do ucieczki. Jim potępiał ich tchórzostwo. On zamierzał utonąć razem z pozostałymi. Dróg ratunku nie dostrzegał, skoro łajba nie miała wystarczającej ilości szalup.  

Jednak w ostatniej chwili wyskoczył do opuszczonej na wodę szalupy. Może czyni to ze strachu, do którego nie potrafi się przyznać nawet przed sobą. Od tej pory wyrzuty sumienia stale go prześladują.  I nie będzie miało żadnego znaczenia, że pasażerów statku uratowano.

Jim jest niezwykle ludzkim bohaterem, popełnia straszny, okrutny błąd, ulega strachowi bądź to przed własną wyobraźnią (jak sam chce wierzyć), bądź takiemu rzeczywistemu, paraliżującemu strachowi, którzy nakazuje walczyć o życie w chwili bezpośredniego zagrożenia. 

Jim jest człowiekiem skomplikowanym, pełnym sprzeczności, niezrozumiałym, zwłaszcza, kiedy jako jedyny  wśród członków załogi, którzy uciekli z tonącego statku stawi się przed sądem, aby ponieść za swój czyn odpowiedzialność. Choć uważa, że  nie popełnił błędu, to  poczucie honoru nakazuje mu stawienie czoła sytuacji. Nie mógłby uciec ponownie. To poczucie utraconego honoru, które będzie mu nakazywało ciągłe poszukiwanie okazji do naprawienia błędu stanie się niezrozumiałe nawet dla tych kilku osób, których zainteresuje los Jima, i które będą mu życzliwe. 

Wydaje się, że jedynie Stein, bogaty i szanowany kupiec rozumie go tak naprawdę, nazywając romantykiem, wiernym zasadom. To on powie, iż najważniejszym jest Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem - i tak wiecznie, aż do końca.  

Jim od najmłodszych lat pragnął zostać bohaterem, uratować kogoś z opresji, los dał mu na to szansę, wystarczyło jedynie zostać na statku wraz z jego pasażerami i zostałby okrzyknięty bohaterem, a on tej szansy nie wykorzystał. I już całe życie będzie nosił piętno tego, który postąpił niehonorowo, nie tyle w opinii innych, co własnej.  Jim nabiera wiatru w żagle po spotkaniu Marlowa (narrator), który wskazuje  mu szansę sprawdzenia się. On tej szansy nie zmarnuje. I choć Jim tym razem nie popełni błędu,  to los postawi go przed kolejnymi dylematami.

Lord Jim jest wymagającą lekturą, pisaną z pozycji kilkorga narratorów, bez zachowania chronologii czasowej co nie ułatwia odbioru, a jednak trud włożony w lekturę wynagradza czytelnikowi interesującymi dylematami moralnymi.

Tak, potwierdzam przeczytaną u Marlowa (Galeria Kongo) konkluzję, iż tej książki się nie zapomina. 

Stawia wiele pytań, nie udzielając  na nie odpowiedzi. Możemy sami poszukać argumentów na usprawiedliwienie, lub potępienie Jima, a możemy też dojść do wniosku, że bywają sytuacje, w których nie ma dobrych rozwiązań. A może pytania są ważniejsze od odpowiedzi. 

Jako niepoprawna romantyczka uważam, że trzeba iść za marzeniem, iść ciągle iść, aż do końca. Nawet, jeśli do dla innych niezrozumiałe. 

Książkę przeczytałam w ramach stosikowego wyzwania u Anny.

czwartek, 17 lutego 2022

Anioł Panny Garnet Salley Vickers

Mam do tej książki szczególny sentyment. Pierwszy kontakt z debiutancką opowieścią Salley Vickers wywołał pozytywne wrażenia i choć zdaję sobie sprawę, że powieść nie należy do odkrywczych można ją zaliczyć do przyjemnych czytadeł. Tytułowa bohaterka jest emerytowaną nauczycielką historii, która po śmierci jedynej przyjaciółki postanawia spędzić pół roku w Wenecji. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że decyzja wyjazdu jest pierwszą zaskakującą decyzją w dotychczas uporządkowanym i nudnym życiu wypełnionym obowiązkami zawodowymi oraz partyjnymi spotkaniami. Julia sympatyzuje z komunistami. Jako dziecko Julia została nauczona, by jak najbardziej upragnione przyjemności zostawiać sobie na potem, do chwili aż wszystkie obowiązki zostaną spełnione.(str. 86)

Purytańskie wychowanie przez despotycznego ojca oraz wrodzona nieśmiałość spowodowały, iż Julia zamknęła się przed życiem na samym jego początku. Życie było dla niej jedynie spełnianiem obowiązków, pełno w nim było nakazów, zakazów i rygorów, które sama sobie narzuciła. Wyglądało tak, jakby przyświecała jej dewiza, im mniej od życia oczekujesz (im mniejsze są twoje pragnienia), tym mniejsze będzie rozczarowanie i gorycz z powodu niespełnienia. W obawie przed wyszydzeniem, czy zranieniem Julia była zawsze ostrożna w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich.

Ale  kiedy tylko przylatuje do Wenecji jej życie toczy się innym torem, zupełnie, jakby to miasto wyzwoliło Julię z kokonu, w jakim tkwiła mieszkając całe życie w Londynie. Od pierwszego dnia pobytu nawiązuje znajomości, niektóre z nich przekształcą się z czasem w przyjaźnie. Pomyślała o tych wszystkich latach, w czasie których nikogo na nic nie zaprosiła (za wyjątkiem Hariet…). Obawiając się odmowy, pokazywała światu twarz niezależności, a były o pozory. Gdyby była zdolna do sformułowania takich stwierdzeń i przyznania się sama przed sobą w tamtym monotonnych latach, prawdopodobnie zawyrokowałaby wtedy, że była zbyt mało atrakcyjna, by ktokolwiek chciał się z nią zaprzyjaźnić. (str. 60)

Całe życie upłynęło jej na unikaniu ludzi, gdyż obawiała się, jak to teraz zrozumiała, że jej nie polubią,

 Anioł z Tobiaszem nad portalem Kościoła Saint Rafaello

lub nie zaakceptują.
(str. 69)

I nawet, jeśli niektóre zranią to Julia dopiero teraz poznaje smak życia, z jego blaskami i cieniami. Czerpie radość zarówno ze zwykłych codziennych przyjemności, jak i pogłębiania wiedzy. Od pierwszego spotkania z kamiennym aniołem w Chiesa Saint Rafaello (do którego od dzieciństwa czuła sentyment mimo swych komunistycznych przekonań) zostaje owładnięta pragnieniem poznania jego biblijnej historii.

Narracja przebiega dwutorowo; jeden nurt opowieści to historia pobytu Julii w Wenecji, drugi to apokryficzna wersja biblijnej Księgi Tobiasza. Oba nurty są jednakowo interesujące, oba się przeplatają i zazębiają między sobą. Historia miesza się z teraźniejszością, postaci realne mają swoje odniesienia w mitycznej opowieści, a cała powieść pełna jest symboliki i alegorii. Apokryficzny mit o losach Tobiasza i wspomagającego go anioła Rafała staje się kluczem do rozwiązania współczesnych problemów.

A wszystko to na tle Wenecji, do której Julia przybyła poza sezonem, dzięki czemu poznaje jej inne oblicze; zamglone, deszczowe, pełne wilgoci i przede wszystkim pozbawione tłumu turystów, bardziej codzienne.

Cztery lata temu będąc w Wenecji udało mi się odwiedzić kościół odgrywający tak dużą rolę w powieści, przechadzałam się uliczkami, którymi wędrowała Julia z swym cicerone.

Historia Tobiasza prowadzonego przez anioła Rafała zainspirowała wielu malarzy. Jednym z najbardziej znanych jest obraz "Tobiasz i anioł" namalowany przez Andreę Verocchio przy współuczestnictwie Leonarda da Vinci. 

Lubię książki, które żyją we mnie swoim własnym życiem, tak jak Annioł panny Garnet, który zaowocował kolekcją obrazów ilustrujących historię Tobiasza i Anioła Rafaela. Poniżej te, które udało mi się obejrzeć dotychczas:

Verrocchio w National Gallery w Londynie

Tycjan  w Galleria dell` Accademia w Wenecji

Nie pamiętam nazwiska malarza  w Galleria dell` Accademia we Florencji

Nie pamiętam, czy w Galeriach londyńskiej i weneckiej można było robić zdjęcia, chyba nie, skoro nie mam ani jednego. 

Z ogromną chęcią obejrzałabym rzeźbę autorstwa Wita Stwosza, która znajduje się w zbiorach  Muzeum w Norymberdze



poniedziałek, 21 maja 2018

Mag John Fowles oraz Wakacje nad Adriatykiem Zofia Posmysz, czyli hurtowo o książkach


Z uwagi na dłuższą przerwę w pisaniu (od stycznia do maja) oraz chwilowe unieruchomienie w domu przeczytane na przełomie roku książki powoli zacierają się w pamięci. Postanowiłam wygrzebać szczątkowe notatki i wspomnieć o książkach, bo warte są tego ze wszech miar, a w szczególności Wakacje nad Adriatykiem, które wywarły na mnie duże wrażenie, zmuszając do refleksji i zadania sobie różnych istotnych życiowo pytań.
Mag John Fowles

Po raz pierwszy z Magiem spotkałam się będąc na studiach. I jak to często w tym okresie młodzieńczym bywa lektura mnie zafascynowała. Z perspektywy czasu zapamiętałam z niej dwie rzeczy; przewijające się w tle wyspy greckie, ach jak ja pragnęłam wtedy tam się znaleźć oraz tajemniczość, jaka towarzyszy bohaterowi.
Dziś, kiedy zaczęłam czytać Grecja zeszła nieco na plan dalszy, a tajemniczość ustąpiła miejsca manipulacji, nie mistycyzmowi, nie metafizyce, a właśnie manipulacji. Uczucia towarzyszące lekturze były pełne sprzeczności, od zdziwienia, co ja w tym widziałam, fascynacji, irytacji, podziwu, znużenia, po stwierdzenie, że w sumie to jest dobra książka. Autor ma sprawne pióro, niezły styl, bogatą wyobraźnię i umiejętność wykreowania interesującej intrygującej rzeczywistości, tylko wydaje mi się, że trochę za bardzo przekombinował, albo ja nie umiałam odczytać wszystkich jego intencji.
Nicholas Urfe, młody, cyniczny człowiek, poszukiwacz przygód przyjmuje posadę nauczyciela języka angielskiego na greckiej wyspie. Pozostawia w kraju dziewczynę, bo nie chce się wiązać, szuka odmiany i ucieczki od odpowiedzialności. Na wyspie poznaje lokalnego milionera Maurice`a Conchisa, który wciąga go w dziwaczną grę, w której fantazja miesza się z rzeczywistością.
Zwroty akcji, ciągłe odkrywanie, iż to, co przed chwilą było rzeczywistością jest jedynie misternie uknutą intrygą najpierw budziły ciekawość i podziw, jednak z czasem zaczynały irytować. Głownie z tego powodu, że sama dałam się zmanipulować.
Nicholas został poddany eksperymentowi psychologicznemu, którego celu nie potrafię zrozumieć, bowiem wykreowanie całego niezwykłego, tajemniczego, pięknego, ale i okrutnego świata dla wejścia w psychikę jednego człowieka jest dla mnie mało przekonujące. Czy Maurice chce przeprowadzić naukowe doświadczenie, czy też chce dać nauczkę młodemu człowiekowi, chce mu coś udowodnić, czy po prostu znudzony luksusową egzystencją uczynił sobie ekscytującą zabawę kosztem jej uczestników, którzy (poza Nicholasem) nie bardzo wiemy, czy są jej uczestnikami, czy także ofiarami. A może my (czytelnicy) jesteśmy po prostu kolejnym elementem gry, jaką prowadzi autor. Gry, która ma nam uświadomić, iż "Każdy człowiek wart jest trochę więcej, niż sądzą o nim inni, a zarazem - trochę mniej, niż myśli o sobie sam."
Książkę polecam, jednak ostrzegam; jeśli lektura was wciągnie - siedemset stron to dość czasochłonne zajęcie.
Wakacje nad Adriatykiem Zofia Posmysz 
Znakomita książka.
Wbrew sugerującemu relaks tytułowi rzecz dotyczy historii dwóch kobiet, których losy splotły się w dramatycznych okolicznościach obozowych. Narratorka, zwana dalej Sekretarką z chwilą trafienia za druty robi wszystko, aby przetrwać, a najlepszym na to sposobem jest wejście w łaski uprzywilejowanych więźniarek. Poznawszy ich sekret otrzymuje większe porcje jedzenia i lżejsze zajęcia, a tym samym nadzieję na przeżycie kolejnego kwadransa, godziny, dnia. Bo takim jednostkami miary liczone jest życie w obozowej rzeczywistości. Sekretarka uważa, iż należy walczyć pazurami o każdy oddech i każdą chwilę. Nie zastanawia się nad ceną. I wtedy spotyka Ptaszkę, dziewczynę z pozoru słabą, niezdolną do walki o życie i do życia. Dziewczynę, której zachowanie wydaje się irracjonalne, zupełnie, jakby sama prosiła się o skierowanie do komory gazowej. Między Sekretarką a Ptaszką zawiązuje się więź, która sprawia, że Sekretarka postanawia uratować Ptaszkę, a Ptaszka upatruje w Sekretarce osobę, której będzie mogła powierzyć swój sekret, swoją niepełnioną winę.
Traumatyczne obozowe przeżycia sprawiają, że nawet kilka lat po wojnie na sam dźwięk języka wroga odżywają lęki i pojawia się dręczące poczucie winy, iż narratorka nie zachowała się etycznie w czasie próby. Opowieść oparta na kontrastach. Z jednej strony leniwe, upalne plażowanie nad morzem, sielski klimat wakacji, z drugiej wykańczające fizycznie bytowanie wśród głodu, brudu, smrodu, zimna, strachu i permanentnego poczucia zagrożenia życia. Z jednej strony kompromis (zamykanie oczu na tragedię współwięźniarek za cenę możliwości przeżycia jeszcze kilku chwil), z drugiej dobrowolne udanie się do obozu za to, iż było się zbyt łatwowiernym i za bardzo wierzyło w człowieczeństwo.
Lektura trudna z uwagi na temat, a także z uwagi na styl pisarki (długie zdania, dialogi wplecione w tok rozważań bohaterki). Te trudności zostają nagrodzone/ zrekompensowane opowiedzianą przez narratorkę historią i refleksjami, jakie niesie. Jak chociażby ta wynikająca z rozmowy Sekretarki z przypadkowo spotkanym po wojnie Niemcem.
Z upływem lat granica między nami i wami staje się coraz mniej wyraźna, jesteście w nas na równi z waszymi ofiarami, jesteście częścią nas, a my jesteśmy w jakimś stopniu waszym dziełem, ależ tak, w jakiś sposób stworzyliście nas, bez waszego w naszym życiu udziału nie bylibyśmy tym, czy jesteśmy, bylibyśmy przeciętnymi, niewyróżniającymi się niczym, w zwykły sposób porządnymi ludźmi albo może szlachetnymi jednostkami, w każdym razie pozbawieni bylibyśmy samowiedzy… Str. 275 wydawnictwo Znak, rok wydania 2017
Obie książki przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny.

sobota, 17 maja 2014

Pojedynek mistrzów Leonardo da Vinci i Michał Anioł Jonathana Jonesa oraz trochę o niemoralności Buonarrotiego



Kiedy mówimy Florencja myślimy renesans, kiedy mówimy renesans myślimy o jego najwybitniejszych przedstawicielach Michale Aniele i Leonardo da Vinci (kolejność u każdego będzie wiązała się z palmą pierwszeństwa, jaką dzierży jeden z nich w naszym osobistym rankingu). W moim przypadku nie może być wątpliwości kogo postawię na pierwszym miejscu. Może dlatego czytając Pojedynek mistrzów ciekawa byłam przede wszystkim komu kibicuje pisarz i muszę przyznać, iż mimo, że można to wydedukować z treści książki, autor robi to w sposób bardzo subtelny starając się zachować, na ile to możliwe, obiektywizm i nieopowiadanie się po żadnej ze stron.
Jeśli dwóch wybitnych ludzi żyje w tym samym czasie i do tego w tym samym miejscu oznacza to nieuchronną rywalizację. Dla postronnych to szansa oglądania wciąż nowych i wciąż bardziej genialnych wytworów intelektu, wyobraźni i talentu. Dla zainteresowanych powód do frustracji, ale też impuls do twórczych poszukiwań.
Kiedy Florencja po wygnaniu Medyceuszy, a następnie pozbyciu się (spaleniu) szalonego mnicha Savonaroli na powrót stała się republiką stojący na jej czele gonfalonier Soderini wspierany radami Nicolo Machiavellego stanął przed niełatwym zadaniem utrzymania porządku i wzmocnienia miasta. Czasy były niezwykle burzliwe. Florencja pozbyła się wspaniałego dworu i charyzmatycznego przywódcy, mieszkańcy utracili wiarę we własne siły po francuskim najeździe z 1494 r., a podległa jej Piza uparcie broniła świeżo odzyskanej niepodległości. Skarbiec był pusty, poczucie bezpieczeństwa i poczucie siły uległy gwałtownemu osłabieniu.
Bitwa pod Casciną


W tym czasie Leonardo maluje Monę Lisę a Michał Anioł tworzy Dawida. Pomiędzy oboma artystami skrzy napięcie, Michał Anioł zarzuca starszemu koledze, iż nie potrafi dokończyć tego, czego się podjął, Leonardo drwi z uznanego za symbol Nowej Florencji Dawida mającego być wyrazem jej siły, męstwa, odwagi i patriotycznych uczuć. Leonardo rysuje  karykaturę posągu i zarzuca twórcy nieprzyzwoitość; radzi przyodzianie Dawida w biodrową przepaskę. Straszna to zniewaga dla młodszego kolegi, zwłaszcza, iż Leonardo nie kryje się ze swoimi inklinacjami do młodych mężczyzn. I taki człowiek zarzuca jego dziełu (a może jemu samemu) niemoralność. No właśnie, zarzuca Michałowi Aniołowi, bowiem dostrzega w jego dziełach wyraz tajonych pragnień, odgaduje to, co mistrz stara się starannie ukrywać, jego pociąg do męskiego ciała.
W 1503 roku pada rzucone obu wyzwanie; udekorowanie Sali Wielkiej Rady Palazzo Vecchio freskami, które wzmogą ducha walki i patriotyzmu mieszkańców grodu. Wydaje się, że obu to nie na rękę, ale z drugiej strony ego artysty nie pozwala cofnąć się przed szansą pokonania i upokorzenia rywala, wykazania swojej nad nim przewagi.
Leonardo za temat dzieła obiera Bitwę pod Anghiari, Buonarotti Bitwę pod Casciną.
fragm. Bitwy pod Anghiari
Który z nich zdobędzie palmę pierwszeństwa, czy Leonardo, którego dzieło do dziś dnia jest inspiracją dla  następców (autor pisze o Rubensie, dzięki kopii którego możemy  podziwiać je nadal, jak i Picassie, w którego Guernice można rozpoznać wpływ mistrza), czy Michał Anioł, którego dzieło bardziej odpowiadało zapotrzebowaniu zamawiających, było wyrazem męstwa, chwały, patriotycznych uczuć i w pewien sposób gloryfikacją walki (w przeciwieństwie do dzieła Leonarda, które można by nazwać pierwszym przejawem pacyfizmu w dziejach sztuki). Ostatecznie obaj zostali pokonani przez historię i czas (ciągłe odrywanie twórców od pracy, wojenne zawieruchy oraz zastosowana przez Leonardo technika malowania spowodowały, iż dzieła przetrwały jedynie w rysunkach, szkicach i kopii). Leonardo i Michał Anioł walczyli ze sobą, a jednocześnie obaj (świadomie, bądź nie) czerpali wzajemnie ze swoich doświadczeń. Podoba mi się sposób, w jaki autor przedstawia obu twórców, z szacunkiem, a jednocześnie bez stawiania żadnego z nich na piedestale.
Epizod rywalizacji został przedstawiony na tle szesnastowiecznej historii Florencji oraz ościennych miast, przywołując na karty książki najwybitniejszych przedstawicieli włoskiego renesansu i włoskiej polityki.
Sposób opisu obu dzieł jest tak plastyczny, że nie widząc obrazu można go dojrzeć oczyma wyobraźni.
„Na ogromnym rysunku zawieszonym w ponurej Sali piekło już
bitwa pod Anghiari
się
rozpętało. Koń wbijał zęby w gładką pierś przeciwnika z dzikim błyskiem w oku, niczym jakieś monstrum. Te piękne zwierzęta, te cavalli, zachowywały się teraz jak bezduszne, bezrozumne bestie. Oszalały w ogniu bitwy. Pod końskimi brzuchami i nogami ludzie walczyli desperacko na ziemi, unurzani w krwi i błocie, za chwilę miały ich stratować potężne kopyta. Jakiś żołnierz krzyczał rozpaczliwie, przygnieciony przez nieprzyjaciela, który mimo, że wprost nad nimi dwoma stał dęba ogromny koń, patrzył leżącemu w oczy, szykując się do wbicia mu sztyletu w gardło. Inny mężczyzna leżał przerażony, osłaniając się tarczą przed kopytami, podczas gdy nad jego głową toczyła się zajadła walka o drzewce z łopoczącym kawałkiem materiału. Jeden z żołnierzy z czaszką barana na napierśniku i kolczastą muszlą na ramieniu, odwrócił się z grymasem na twarzy tak, aby obiema rękami złapać z tyłu podobne do włóczni drzewce, podczas gdy przeciwnicy nacierali z prawej strony; jeden z nich z podniesioną przyłbicą przypominającą groteskową maskę, próbował wyrwać mu sztandar. W ogniu walki stary żołnierz o twarzy wykrzywionej wściekłością nie puszczał drzewca, wznosząc miecz gotowy odciąć ramię przeciwnika… To kwintesencja bitwy, chaosu z piekła rodem” *

Przyznaję, iż oglądając wcześniej rysunki i szkice obu dzieł nie zwróciłam nań większej uwagi. Po lekturze książki wiem, że podczas najbliżej wizyty w Luwrze nie przejdą obojętnie przed Rubensowską kopią Leonarda.
fragm. Bitwy pod Anghiari
Od dawna zastanawiała mnie kwestia homoseksualizmu Michała Anioła. Powodem tego zainteresowania był fakt, iż w żadnej z dotychczas przeczytanych o Buonarrotim książek nie spotkałam się z informacjami na temat tej strony jego życia, natomiast bardzo często słyszałam/ czytałam stanowcze opinie na temat odmiennej orientacji rzeźbiarza. Dziwiło mnie, iż sprawa wydaje się oczywista, a ja nie mogę dotrzeć do źródeł. Lektura książki Jonesa rzuciła nieco światła na sprawę. Jak pisze autor Pojedynku mistrzów Buonarroti był żyjącym w celibacie (cnotliwym), nie afiszującym się ze swymi zainteresowaniami homoseksualistą, który nie odważył się na życie zgodne ze swoją naturą. Był człowiekiem wielce religijnym, więc fakt tajonych skłonności musiał być powodem wielu rozterek, być może nie chciał się przyznać sam przed sobą. Zdradzała go sztuka, w której wyrażał tajone w realnym życiu żądze. To co sam artysta tłumaczył, jako wyraz hołdu dla piękna i miłości idealnej, zdaniem Jonesa było wyrazem miłości, której istotę stanowiło pożądanie fizyczne. Autor pisze, iż "nic (poza legendami) nie przemawia przeciwko słowom Michała Anioła, że żył w celibacie, a jego miłość była czysta”**  A zatem wygląda na to, że pożądanie stało się dlań sztuką, a sztuka zmysłowym spełnieniem.
„Michał Anioł otwarcie wyrażał uwielbienie dla męskiego ciała, ale do końca nie sprecyzował, co to w istocie oznacza”***
„Michał Anioł unikał łamania reguł obowiązujących w społeczeństwie i nie chciał obnosić się ze swoją odmiennością, taką, jaka cechowała Leonarda i sprowadziła na starszego artystę mnóstwo nieprzyjemności”****
A ja nadal chcę wierzyć, że rzeźby tego tytana były wyrazem
Dawid Michała Anioła 
uwielbienia dla piękna dzieła Stwórcy, a że było to męskie ciało, no cóż…, nie on pierwszy i nie ostatni uległ tej fascynacji. Przykłady można by mnożyć.

Ponad siedem stron bibliografii robi wrażenie. Książka jest bardzo starannie wydana, na kredowym papierze, w sztywnych okładkach, okraszona fotografiami i reprodukcjami dzieł i co ważne dla pewnej grupy wiekowej czytelników ma sporą czcionkę, co sprawia, iż prawie trzystu stronicową pozycję można pochłonąć bardzo szybko. Jedyne co mnie przeszkadza w lekturze to umieszczenie przypisów na końcu książki, ale to właściwie drobiazg.

Ilekroć sięgam po kolejną książkę o Michale Aniele obawiam się rozczarowania, bo po pierwsze Udręce i ekstazie, (mimo, że nie jest to typowa książka biograficzna), nic moim zdaniem nie jest w stanie dorównać, a po drugie obawiam się zawsze, iż kolejna książka nie zadośćuczyni moim oczekiwaniom. Ta książka naprawdę godna jest polecenia. 
Łańcuszki - wizyta w Luwrze oraz lektura Giorgio Vasariego Żywotów najsłynniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów
*str.201-202  Pojedynek mistrzów Jonathan Jones, wydawnictwo Świat książki, rok wydania 2012,
 ** str. 150 tamże,
*** str. 149 tamże,
**** str. 143 tamże.