Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dehnel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dehnel. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2024

Śmierć na Wenecji Maryla Szymiczkowa

Od lektury ostatniej powieści duetu Dehnel i Tarczyński (znanego jako Maryla Szymiczkowa) minęło kilka dobrych lat i choć Złoty róg przeczytałam z ciekawością to muszę przyznać, że formuła opowieści nie bawiła mnie już tak jak podczas wcześniejszych lektur książek z serii profesorowa Szczupaczyńska na tropie. Owszem było ciekawie, ale miałam wrażenie, że ten sposób pisania nieco się oczytał, a pewne postacie wplatane są w treść na siłę. Dlatego też nie paliłam się do sięgania po kolejną, piątą już książkę przygód śledczych samozwańczej pani detektyw. Jednak po rekomendacji dwóch Małgorzat (jednej znanej wirtualnie, a drugiej całkiem realnie) książka znalazła się na półce w oczekiwaniu na swoją kolej. A ta przyszła dość szybko w stosikowym losowaniu u Anny, a lektura została pochłonięta w przeciągu dwóch dni i połowy nocy.

W mojej ocenie Śmierć na Wenecji poziomem dorównuje Tajemnicy Domu Helclów, a nawet ją przewyższa. Kryminał retro ponownie osadzony jest mocno w Krakowie, co jest niewątpliwe jego ogromnym atutem. Kraków ma bowiem w moim (i jak sądzę nie tylko moim) sercu miejsce szczególne. Rzecz dzieje się w 1903 r. podczas wielkiej powodzi. która zalała Błonie, park Jordana, ulice Wolską, Zwierzyniecką, Smoleńsk, Retoryka, Garncarską, Koletek, św. Agnieszki i kościół na Skałce. Profesorowa Szczupaczyńska sobie tylko może podziękować, za to, iż znalazła się w jej centrum, bowiem po kilkudziesięciu latach mieszkania w kamienicy Pod Pawiem na świętego Jana zamarzyło jej się mieszkanie bardziej nowoczesne, z wygodami, no i przede wszystkim z wanną. 
Kamienica Pod Śpiewającą Żabą
… coraz częściej była zapraszana przez znajomych i krewnych do mieszkań poza pierścieniem Plant; a to na Piasek, a to na Nowy Świat. Wydawało się, że nikogo już nie zawstydza wyprowadzka na takie rubieże; mieszkania były tam wyższe, jaśniejsze, wygodniejsze. Od czasów pamiętnej wizyty ….. w Domu Egipskim coraz częściej popatrywała w tamte okolice, na ulicę Retoryka, gdzie dobrą dekadę temu nad malowniczą rzeczką Rudawą wybudowano całe mnóstwo efektownych, nowoczesnych kamienic. Celował w tym szczególnie pan Talowski, człowiek niełatwy, ale architekt wzięty i pomysłowy, który nie tylko dom własny (zawsze stanowiący dla architektów rodzaj witryny sklepowej, w której prezentują swój kunszt), ale bez mała każdy budynek projektował, jako romantyczne zamczysko z gotyckiej powieści, pełne maszkaronów, zwierząt, wieżyczek i fantazyjnych szczytów, albo przynajmniej – renesansowe palazzo.(str.23) 
Kamienica pod śpiewającą żabą- detal

Kiedy więc w kamienicy Pod Śpiewającą Żabą zaprojektowanej przez pana Talowskiego opróżniło się mieszkanie na drugim piętrze pani profesorowa tak długo wierciła dziurę w brzuchu małżonka, aż ten niechętnie, ale wyraził zgodę na przenosiny. Nowoczesny, ale wykwintny dom, przyzwoici lokatorzy, zaraz obok można odetchnąć pełną piersią na Błoniach. Niby w mieście, a jak na wiledżiaturze. I jeszcze uroczy narożny, zwieńczony strzelistą iglicą wykusz, w którym .. stała [profesorowa] wykusz dający znakomity widok na krzyżujące się ulice i strzeliste mosty spinające brzegi głębokich kanalików, przy których wznosiły się piękne kościoły oraz pałace arystokratycznych rodzin. Porośnięta gęstą winoroślą fasada kamienicy odbijała się w wodzie niczym pałac w Canal Grande. (a profesorowa stałą niczym wenecka dogaressa..- str. 23-23)
Kamienica pod śpiewającą żabą od strony narożnej (z wykuszem który zachwycił tak Zofię)
Jak wiadomo kamienica Pod śpiewającą żabą mieści się na ulicy Retoryka (gdzie znajdują się też trzy inne kamienice projektu pana Talowskiego) tak więc, kiedy w lipcu 1903 roku wody Rudawy i Wisły zalały okoliczne ulice profesorowa mogła zająć się swoim ulubionym zajęciem; siadła w oknie i obserwowała, a jej bacznej uwadze nic nie umknęło. A zwłaszcza pływające w wodzie na Wenecji męskie ciało. Zofia nie byłaby sobą, gdyby natychmiast nie rozpoczęła śledztwa. Dostojna  matrona, żona profesora uniwersytetu krakowskiego poza prowadzeniem domu, a prawdę mówiąc poza nadzorowaniem służącej Franciszki i pilnowaniem mężowskiej diety niewiele miała do roboty, a zatem pojawienie się zwłok przyjęła niemal z entuzjazmem (w końcu, jeśli zwłoki musiały się pojawić, to nie mogły znaleźć właściwszego miejsca, aby wypłynąć). Pani profesorowa miała okazję, aby wysilić swe szare komórki i rozwiązać zagadkę. Wydawać by się mogło, iż powódź w postaci stojącej na ulicach wody o wysokości paru metrów będzie przeszkodą dla dystyngowanej damy. A jednak, kiedy w grę wchodzi śledztwo okazuje się, że pływanie w balii czy pojemniku po kiszonej kapuście nie może stanowić najmniejszej trudności. Podobnie, jak udanie się do gniazda rozpusty, siedliska dekadencji w Jamie Michalikowej, którą upatrzyli sobie na miejsce spotkań nie tylko różnej maści artyści, ale także o zgrozo panowie, którzy szczególny pociąg czuli do innych panów.
Fragment kamienicy pod osłem
Po raz kolejny Zofia Szczupaczyńska wchodzi na wyżyny intelektu, umiejętnie łącząc fakty, a dzięki prowadzonemu dochodzeniu (przesłuchaniom, rozmowom i eksperymentom śledczym) udaje jej się to, co nie udało się policji, odkrycie prawdy. A wszystko to czyni, jak zwykle w tajemnicy przed małżonkiem.
W tle jest Kraków z początku XX wieku, miasto, które ku zgryzocie jego dawnych mieszkańców staje się aż nazbyt nowoczesne, na ulicach pojawiają się automobile rozwijające zawrotną prędkość, przestępczość szerzy się niemożebnie, młodzież nie szanuje Ojca Świętego, a władze nie są przygotowane na wylewy rzek. I kiedy połowa Krakowa tonie w szaroburych wodach, druga połowa prowadzi codzienne życie.
Wisłą płyną porwane przez fale chaty, szopy, stodoły, a nawet budynki z cegielni z Przegorzał, tymczasem po drugiej stronie miasta, w teatrze, jak gdyby nigdy nic grają Traviatę Verdiego. Ktoś obok narzekał na to, że wiledżiatura w tym roku wyjątkowo nieudana, że ludzie wracają z Rabki i Zakopanego rozczarowani i w podłym nastroju. Inna pani sarkała, że deszcze niszczą kapelusze. (str.45).

Kamienica Festina lente (spiesz się powoli) ul. Retoryka
Wenecja to krakowska ulica, ale też Kraków zalany wodami rzek w powieści nie raz przypomina Wenecję licznymi na wiązaniami do wód kanałów, porównaniem jednostek pływających do gondol, a profesorowej do dogaressy. Błyskotliwy, uszczypliwy humor, nawiązania do współczesności i doskonałe osadzenie w czasie i miejscu sprawiają, iż lektura jest wciągająca, rozśmieszająca i pouczająca. Czyta się lekko, szybko, a lekturze towarzyszą wybuchy śmiechu. Polecam gorąco.
Kamienica pod osłem Talowskiego ul. Retoryka (z mottem Każdy jest kowalem swego losu)
Ponieważ kamienice Talowskiego wywołały zainteresowanie części czytelników podaję link do wpisu Ady, od którego zaczęło się moje zainteresowanie Talowskim i jego kamienicami. Przepiękny wpis i cudowny blog Ady o Krakowie, życiu, sztuce. Link do wpisu o kamienicach Talowskiego

czwartek, 28 stycznia 2021

ZŁoty róg Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński

Książkę przeczytałam w ramach losowania uAnny, przeczytałabym ją i bez tego, bowiem z ogromną przyjemnością pochłonęłam trzy wcześniejsze książki o dochodzeniach profesorowej Szczupaczyńskiej – wścibskiej pani Dulskiej, która inteligencją i zdolnością rozwiązywania kryminalnych zagadek dorównuje Pannie Marle. Przed lekturą zostałam ostrzeżona, iż Złoty Róg zbiera mało entuzjastyczne recenzje, więc nie powinnam oczekiwać po książce zbyt wiele. Ja, jednak założyłam, że książka będzie miłą lekturą i nie dam wiary głosom rozczarowanych czytelników. Profesorowa Szczupaczyńska sobie jedynie znanymi sposobami zdobywa zaproszenie na wesele Rydla z Mikołajczykówną, to wesele, które uwieczni w narodowym dramacie Stanisław Wyspiański. Oczywiście wykorzystuje swoją znajomość z Tadeuszkiem Żeleńskim i wyprawiwszy wpierw szanownego małżonka do dalekiej rodziny na wieś udaje się do Bronowic, choć myśli zaprząta jej znaleziony w sąsiedniej kamienicy niedający oznak życia młodzieniec i znaleziony przy nim tajemniczy kluczyk. Docierając na wesele zaczyna żałować, że tłukła się tyle czasu do miejsca, w którym nikt nie jest w stanie należycie docenić jej starań włożonych w przygotowanie odpowiedniej toalety i koafiury, a miastowi spoufalają się z chłopstwem, tak, że żal patrzeć. Szybko jednak myśli profesorowej zajmują tajemnicze postaci, które dostrzega na drugim planie. Są one bardziej interesujące niż bohaterowie pierwszego planu; państwo młodzi i ich goście. Profesorowa aspirując do miana kobiety obytej kulturalnie i nowoczesnej, zna (przynajmniej ze słyszenia) zarówno Wyspiańskiego, jak i Tetmajera. Wyspiański zachowuje się dziwnie, chowając gdzieś po kątach i obserwując gości, w czym pomaga mu żona. Okazuje się jednak, iż nie był tak dobrym obserwatorem, jak Zofia, bowiem umknęło mi to, co nie umknęło jej. Dostrzegając tajemnicze postacie podążyła ich tropem, dzięki czemu odkryła nić, która poprowadzi się do rozwiązania kryminalno-patriotycznej zagadki.Tym samym prawdziwym będzie jej stwierdzenie po premierze Wesela, iż to w ogóle nie tak było, no ale co tam Wyspiański może wiedzieć.
Wszystko to przeplatane dialogami z Wesela, zaprawione Plotką o Weselu Boya oraz tłem obyczajowo-historycznym daje lekturę lekką, łatwą i przyjemną. Nieco nużący jest wątek kryminalno-patriotyczny, dość mocno rozbudowany i zawikłany. Stanowi on niezwykle trafny komentarz do dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej (podobnie skomplikowanej). Nie pozostaje to bez uszczerbku dla poczynań detektywistycznych duetu Szczupaczyńska – sędzia Klossowitz.
Zofia Szczupaczyńska zaskoczy swych wiernych czytelników, kiedy dostojna matrona na chwilę pozwoli sobie na okazanie emocji.
Kolejny kryminał retro duetu Dehnel Tarczyński przenoszący do Krakowa z początku zeszłego wieku to całkiem przyjemna lektura, choć życzyłabym sobie, aby w kolejnym tomie mniej było komentarza do naszej rzeczywistości. Ale co tam pani Szymiczkowa napisze to przeczytam, nadal ma u mnie duży kredyt zaufania.

piątek, 29 grudnia 2017

Rozdarta zasłona Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński)


Po błyskotliwym sukcesie, jakim było rozwiązanie kryminalnej zagadki Domu Helclów profesorowa Zofia Szczupaczyńska zostaje postawiona przed kolejnym detektywistycznym wyzwaniem. Zwłaszcza, iż tym razem ofiarą pada jej własna służąca Karolcia, którą profesorowa jeszcze chwilę wcześniej podejrzewała o rażącą niewdzięczność. No, bo jakże to tak; porzucać służbę w okresie Wielkiej Nocy i to bez słowa wytłumaczenia - toż to się nie godzi. Upadek obyczajów wołający o pomstę do nieba. I choć oficjalnie śledztwo prowadzi komisarz Jednoróg, który podejrzanie szybko znajduje winnego, to całą pracę odwala dostojna krakowska matrona, przy małym współudziale oddanej Franciszki oraz obiecująco zapowiadającego się przyszłego  lekarza –  studenta Tadzia Żeleńskiego. O ile w Tajemnicy Domu Helclów mieliśmy do czynienia z Krakowem salonowym, o tyle w Rozdartej zasłonie autorka przenosi czytelnika do Krakowa skrytego przed oczyma jego szacownych mieszkańców grubą zasłoną pozorów; Krakowa cór Koryntu i handlarzy żywym towarem, w który to proceder zamieszani są wysoko postawieni urzędnicy państwowi.
Czy to możliwe, żeby w Krakowie, mieście dostojnych profesorów, wspaniałych fundacji, niezliczonych kościołów i klasztorów, nabożnych procesji z relikwiami świętego patrona, kryło się tyle plugastwa? Miasto odkrywało przed nią teraz zupełnie inne oblicze: ciemne, brudne, niezrozumiałe. Zakłamani ojcowie rodzin, małe domki na peryferiach, bezwzględni rajfurzy, młode wiejskie dziewczyny, które po paru latach zmieniają się w zniszczone do cna, trawione niezliczonymi chorobami wraki. (str. 193)
Akcja kryminalnego dochodzenia odbywa się na tle XIX wiecznego miasta, w którym równie ciekawie przedstawia się jego topografia (trwająca wówczas przebudowa grodu nad Wisłą przypominają Hausmanowską przebudowę Paryża), jak i zwyczaje jego mieszkańców (wielkanocny spacer na Emaus, powracanie urzędników po przerwie obiadowej na godzinę dolce far niente, wizyty ojców rodzin w domach uciech, najmowanie służących w renomowanej agencji, czy fetowanie Najjaśniejszego Pana). Ciekawie zostały nakreślone postacie zarówno głównych bohaterów (z profesorową i komisarzem Jednorogiem na czele), jak i postacie epizodyczne (jak Mańka Pomidor, czy lekarz płciownik Kurkiewicz). Język schyłku wieku, którym posługują się bohaterowie, pozbawiony współczesnych wtrętów nadaje autentyzmu przedstawionej historii. Zabawnie brzmią cytowane z Kurkiewicza (mającego swój autentyczny pierwowzór) wywody dotyczące błogoszczenia czy płciwa. Podobnie, jak czytane na zmianę przez małżonków artykuły z ówczesnej prasy wraz z komentarzami ich dotyczącymi. Lekkość pióra autorki (vel duetu literackiego Dehnel i Tarczyński) sprawia, iż powieść dobrze się czyta. Opowieść, której treścią jest poważne dochodzenie, nie pozbawiona jest humoru, a jej bohaterowie, choć nie wolni od przywar budzą dużą dozę sympatii. No bo czyż można nie polubić nieco próżnej, trochę snobistycznej krakowskiej mieszczki, która na równi z wypełnianiem obowiązków pani domu oddaje się pracy śledczej nie zważając na to, iż naraża się na poznanie brudnych sekretów współmieszkańców cesarsko-królewskiego miasta Krakowa. Całe szczęście, iż Ignacy Szczupaczyński, o którym żona nie mawia inaczej niż pan profesor, do ostatniej chwili pozostaje w błogiej nieświadomości zarówno co do prawdziwego sprawcy zbrodni, jak i roli jego żony w rozwiązaniu zagadki, bowiem w przeciwnym razie mógłby ucierpieć na tym, zarówno męski autorytet głowy rodu, jak i wzajemne relacje pomiędzy małżonkami.
Rozdarta zasłona jest może nieco słabsza literacko od Tajemnicy domu Helclów, niemniej to bardzo ciekawa pozycja literacka i życzę wszystkim współczesnym autorom takich pozycji.
Właściwie miałam nie pisać o Rozdartej zasłonie, bowiem powstało już wiele ciekawszych relacji, jednakże ponowna lektura sprawiła, iż postanowiłam i ja swoje trzy grosze wtrącić. 

wtorek, 2 lutego 2016

Tajemnica domu Helclów - retro kryminał pióra Maryli Szymiczkowej (Dehnela i Tarczyńskiego)

Paw (z Kamienicy pod Pawiem)
Z hotelu na ulicy Pijarskiej wychodząc wprost na pozostałości dawnych murów obronnych oczom ukazuje się znana wszystkim (prawie) Brama Floriańska. Chcąc dotrzeć na Rynek Główny mam dwie możliwości, albo zatłoczoną turystami i zeszpeconą szyldami sklepów drogą królewską (ulicą Floriańską), albo niemal pustą, cichą, niepozorną ul. Św. Jana. Wybieram z oczywistych względów tę drugą. 

Kiedy zaczynam czytać Tajemnicę Domu Helclów, której bohaterka Zofia Szczupaczyńska mieszka w Kamienicy Sub Pavone (czyli Pod Pawiem) na ulicy św. Jana 30 czuję dreszczyk emocji. Jakże przyjemnie czyta się książkę, której akcja dzieje się w znanych nam miejscach, a co dopiero, kiedy z książką w plecaku chadza się śladami bohaterki. 
W zasadzie to nie przepadam za kryminałami, wydaje mi się, że to gatunek, z którego wyrosłam, a może którego, jeszcze nie odkryłam, ewentualnie to efekt przesytu książkami Agathy, których pochłonęłam całkiem sporo. Nie ważne. Bowiem Tajemnica domu Helclów to nie jest typowy kryminał, co dla wielbicieli gatunku może być jej wadą, a co dla mnie było zaletą. Pojawia się tu zbrodnia i to niejedna, jednakże stanowi ona jedynie pretekst (tak to odczytuję) dla ukazania dziewiętnastowiecznego Krakowa i jego obywateli w krzywym, acz całkiem sympatycznym zwierciadle.

Kamienica Sub Pavone

Jest rok 1893. Miesiąc październik. Cały Kraków żyje zapowiedzianym w najbliższych dniach otwarciem Teatru Miejskiego (który dopiero za lat szesnaście otrzyma imię wielkiego wieszcza). Tym, co spędza sen z powiek krakowskich mieszczek jest zdobycie, jak najlepszego miejsca na widowni teatru. 
Również Zofia Szczupaczyńska, pani profesorowa, zamożna mieszczka (choć z kompleksami dotyczącymi prowincjonalnego pochodzenia),  ciosa kołki na głowie spolegliwego małżonka o zdobycie zaproszeń na premierową galę otwarcia. Trzeba bywać i trzeba być widzianym. Dlatego też do Teatru należy podjechać powozem, mimo, iż z kamienicy Pod Pawiem bliżej do teatru niż na postój dorożek.
Zajęcie właściwego miejsca w teatrze, wystaranie się o odpowiedni tytuł i pozycję dla męża, wybór pomocy domowej, zarządzanie domowym gospodarstwem to główne zajęcia XIX wiecznej pani domu. A jednak pani Zofii zdaje się to nie wystarczać. Pragnęła czegoś więcej - ale gdyby ktoś, niechby i Ignacy spytał ją; Zosiu, Zosieńko, ale „jakiego” więcej? Nie potrafiłaby odpowiedzieć… (str. 66). Może dlatego próbuje swych sił w pisaniu (bez powodzenia, redakcja odsyła jej nieudolne próby z druzgocącą opinią), zabiera się za organizowanie loterii charytatywnej na rzez dzieci skrofulicznych (co idzie jej dość opornie), aż w końcu, kiedy w Domu Helclów (Dom Opieki) ginie jedna ze pensjonariuszek angażuje się w jej poszukiwanie przejmując rolę nieudolnego funkcjonariusza policji.

Zofię cieszyło, iż maszkarony na dachu teatru nawiązują do tych z Sukiennic

Bohaterka to typowa krakowska mieszczka, dbająca o pozory, oszczędna, wścibska, nieco zakłamana, a jednak pani Szczupaczyńska budzi sympatię. Cały wątek kryminalny ma tutaj drugorzędne znaczenie. Choć pojawiają się niewyjaśnione zbrodnie, to tropienie mordercy nieco rozmywa się o poboczne wątki. Akcja płynie niespiesznie, leniwie i przyznam, iż zdarzało mi się gubić wątek detektywistycznych poszukiwań w tym, co dla mnie było największą zaletą powieści – obyczajowe tło Krakowa z końca XIX wieku. 
Samo rozwiązanie troszkę zaskakuje, jako że nie mamy szansy towarzyszyć śledztwu Szczupaczyńskiej do samego końca; to co najważniejsze bohaterka zachowała dla siebie, aby większy efekt aktorski wywołać sceną finałową, w której wyjawi mordercę i kulisy zbrodni. 
Pojawiające się nazwiska znanych postaci (Matejko, Sienkiewicz, Żeleński, Talowski), czy autentyczne miejsca (Św. Jana, Św. Tomasza, Długa, Plac Szczepański, Franciszkańska, cmentarz Rakowicki, kościół Mariacki), a także wydarzenia, którymi żyli mieszkańcy (otwarcie teatru, pogrzeb Matejki, zaślubiny Sienkiewicza) nadają literackiej fikcji cechy prawdopodobieństwa. Odczytuję Tajemnicę domu Helclów, jako literacki żarcik, nawiązanie do G.Zapolskiej (bohaterka przypomina nieco Dulską, choć jest od niej sympatyczniejsza, bowiem poza przywarami dysponuje intelektem, którego brak tej pierwszej) oraz do A.Christie (bohaterka przypomina też pannę Marple, choć jest od niej zdecydowanie mniej sympatyczna, ale za to jest „taka nasza, swojska”).

Obok rozwiązanie zagadki z poprzedniego wpisu, która okazała się bardzo prosta (Muzeum - Pałac Czartoryskich). Tędy zapewne musiała również chadzać (ewentualnie przemieszczać się powozem pani Szczupaczyńska.

Nie wiem, czy za jakiś czas będę pamiętać fabułę powieści, ale klimat tego sympatycznego kryminału w stylu retro na pewno. Polecam, jako niegłupią i odprężającą lekturę, zwłaszcza dla wielbicieli Krakowa, Młodej Polski i literackich żarcików. Wielbiciele kryminałów, w których trup ścielę się gęsto, krew leje strumieniami, a akcja błyskawicznie się zmienia – czytają na własną odpowiedzialność.

sobota, 17 marca 2012

Spotkanie z Jackiem Dehnelem


Prawie dokładnie rok temu (02.04.2011 r.) byłam na spotkaniu autorskim z panem Jackiem Dehnelem. Obywało się ono w pięknych wnętrzach Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku z okazji promocji książki Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya. Z twórczości Jacka Dehnela znałam wówczas Lalę, Balzakianę i Rynek w Smyrnie.
Ze spotkania z panem Jackiem wyszłam pod dużym wrażeniem. Jego ogromna wiedza, erudycja i talent, sprawiły, że powróciłam z mocnym postanowieniem zadbania o swój rozwój intelektualny; stwierdziłam bowiem, że stanowczo za mało czytam.
Było to rok temu. Dziś z perspektywy czasu mogę śmiało napisać, iż sytuacja uległa radykalnej poprawie, a moja znajomość literatury klasycznej znacznie wzrosła.

Wyszłam oczarowana osobowością autora, mądrością, nie tylko książkową, ale także tą życiową, wrażliwością, a także umiejętnością ciekawego opowiadania.

Dowiedziałam się nie tylko wiele o Goi, jego chorobie, rodzinie, toksycznych relacjach pomiędzy ojcem, synem i wnukiem, ich uwarunkowaniach, próbach zrozumienia, "uczłowieczenia", ale także o podłożu historycznym, czasach, w jakich przyszło żyć i tworzyć artyście, o Hiszpanii końca XVIII i początku XIX wieku.

Poznałam malarskie „fascynacje” autora, kulisy warsztatu literackiego oraz plany pisarskie.

Książka wykorzystuje pewne odkrycie naukowe przypisujące autorstwo paru obrazów Goi jego synowi, jak twierdził autor prawdopodobnym jest, iż obrazy uznane za najlepsze dzieło Goi wyszły spod pędzla jego syna, ale jest to prawdopodobieństwo, co do którego zapewne nigdy nie będziemy mieć pewności.
Jeśli lubicie twórczość pana Jacka i będziecie mieli okazję wybrać się na spotkanie gorąco polecam.
Podobnie, jak spotkanie, tak i książka Saturn wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie.
Zdjęcia: 1. Jacek Dehnel - zdjęcie promujące spotkanie w Gdańsku, 2. Ratusz Staromiejski w Gdańsku

czwartek, 29 grudnia 2011

Rynek w Smyrnie Jacka Dehnela (malarsko, poetycznie i refleksyjnie)

Na początek muszę wyznać, iż bardzo lubię prozę pana Jacka Dehnela, więc mogę nie być obiektywna w ocenie książki. „Rynek w Smyrnie” to zbiór sześciu opowiadań. Opowiadania, podobnie, jak felietony nie należą do moich ulubionych form literackich. Jednak fakt, iż wróciłam do nich do zaledwie dwóch latach od pierwszego czytania świadczy na ich korzyść.
Tym, co łączy opowiadania jest charakterystyczny dla autora styl pisania; barokowe, kunsztowne słownictwo, wrażliwość, malarskość opisów, nastrojowość, ulotność chwili i duża erudycja. Odnoszę wrażenie, że warstwa fabularna jest mniej istotna, jest jedynie przyczynkiem do snucia opowieści o chwili zatrzymanej w czasie. Gdybym miała opowiedzieć, o czym jest Rynek w Smyrnie, powiedziałabym, że o pięknie prozy życia, nie tej wzniosłej, bohaterskiej, nie tej utrwalonej na kartach historii, ale tej zwykłej, a niezwyczajnej. No i jeszcze o tragizmie życia polegającym na jego przemijalności.

Odniosę się jedynie do dwóch opowiadań; pierwsze i ostatnie, bo te podobały mi się najbardziej.
Patrząc na Stromboli” to malarska opowieść o pobycie pary zakochanych w pięknej okolicy południowych Włoch. Przed oczami czytelnika pojawiają się jak w galerii obrazy sennego, nagrzanego słońcem południa miasteczka, gdzie życie płynie wolno i leniwie. Bohaterowie niespiesznie smakują bogactwa natury i zachwycają się bogactwem krajobrazu; delektowanie się owocami bergamotki, opuncją, świeżą bułką, soczystymi pomidorkami i morelową marmoladą, oglądanie małych kościółków, rzeźb, fontann, no i Stromboli, czynny wulkan w tle marzeń o wycieczce na tę tajemniczą i piękną wyspę. Sielskość opowieści zmierza do zadziwiającego zakończenia.
Jako wielbicielce „Lali” spodobało mi się ostatnie opowiadanie „Filc”. Jest ono utrzymane w podobnym stylu i dotyczy podobnej tematyki rodzinnych opowieści. Pogrzeb wiekowej ciotki staje się punktem wyjścia dla snucia historii o życiu i przemijaniu. Proza pana Jacka zawsze zachwycała mnie swoją plastycznością. Jest tam taka cudownie malarska scena poszukiwania konfitur na półeczkach piwnicznej spiżarni, scena, która pobudza moją pamięć nie tylko wzrokową, ale i smakową. Już nie tylko widzę wszystkie te słoiczki pełne rubinowych, bursztynowych, miodowo płynnych zawartości, ale niemal czuję letnio - jesienne smaki na języku.

.... wybieraliśmy konfitury, koniecznie w małych słoiczkach, bo te były najbardziej czasochłonne w przyrządzaniu, a co za tym idzie, najsmaczniejsze. Dwudziestoletnie czereśnie, czereśnie, które tu nazywano hiszpankami i które rosły chyba tylko w tutejszym ogrodzie, bo na targu nigdzie nie można było ich dostać, czereśnie zmarszczone i zbrązowiałe, wyglądające jak spęczniałe rodzynki, czereśnie przechowujące w swym wnętrzu dwudziestoletnie pestki, które nadawały gęstemu syropowi migdałowego aromatu kwasu pruskiego. Albo pijane śliwki z nalewek, tak ciężkie od karmelu i alkoholu, że pozwalano nam zjeść tylko jedną do herbaty i jeśli byliśmy grzeczni, jedną wieczorem, przed snem, ale to nie było już to, bo niezadługo trzeba było umyć zęby, więc grubo ciosany eukaliptus i toporna mięta burzyły delikatne, rozchodzące się po podniebieniu śliwkowe posmaki. Konfitury z płatków różanych, ucieranych w drobny puch z cukrem i odrobiną soku z cytryny, który sprawiał, że zachowywały szlachetny odcień amarantu, zamiast zbrązowieć czy zsinieć. Słodki dżem z utartych papierówek, poprzetykany czarnymi goździkami i grudkami cynamonu. I jak tu wybrać, jak tu nie oniemieć? O, rozkosze wyboru, o słodkie minuty decyzji, rozciągnięte w czasie jak brązowa nitka scukrzonego syropu!

Czytając o całej rzeszy ciotek i wujów, ich zaletach, wadach, przyzwyczajeniach, ich zmaganiach z czasem ponownie przypomina mi się wiersz Szymborskiej „Muzeum” (cytuję go przy okazji wpisu o Lali tutaj).
Jeśli komuś nie podobała się Lala raczej powinien odpuścić sobie Rynek w Smyrnie.
Moja ocena- 4/6
Zdjęcia: 1. Okładka książki, 2. Stromboli - wyspa z czynnym wulkanem.

poniedziałek, 31 października 2011

Saturn, czyli o tym, jak ojciec syna pożera Jacek Dehnel

„Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya” to książka, która nie powinna mi się spodobać. Jest co prawda quasi biograficzną opowieścią o malarzu (a takie uwielbiam - Pasja życia, Udręka i ekstaza, Bezmiar sławy I. Stone), ale kumuluje w sobie wszystko to, co nie wzbudza we mnie cieplejszych uczuć:
- malarstwo Goi, które doceniam, ale nie przepadam,
- klimat Hiszpanii z przełomu wieków XVIII/XIX (ani epoka, ani kraj nie przyciągają mnie ku sobie),
- dosadny, momentami wulgarny język,
- książka, której klimat jest mroczny, posępny, przygnębiający a nawet „depresyjny” – nie jest to rodzaj literatury, który sprawiałby mi przyjemność.
A jednak lektura wciągnęła mnie od samego początku i nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam do końca. Napisana jest tak interesująco, że nie sposób się od niej oderwać. Przynajmniej ja nie byłam w stanie.
Jest w niej to coś, co powoduje, że czytanie staje się fascynującą przygodą. Nie wiem, jak autor to robi, ale czytałam zapominając o licznych obowiązkach.
Czytając Saturna czułam, że mam do czynienia z pisarzem, który jest równocześnie malarzem. Saturn jest dla mnie powieścią słowem malowaną.
Książka nie jest typową biografią, choć oparta na faktach, poprzedzona analizą biografii malarza oraz studiami nad jego korespondencją i zwyczajami XIX -wiecznej Hiszpanii, jest raczej portretem psychologicznym trzech mężczyzn.
Jest historią wzajemnych relacji; ojca (Francisco), syna (Javiera) i wnuka (Mariano). Relacji bardzo trudnych.
Przyczynkiem do napisania Saturna było odkrycie naukowe kwestionujące autorstwo Goi „Czarnych obrazów”. Jak pisałam nie pasjonuję się malarstwem Goi, a z serii czarnych obrazów znany był mi jedynie „Saturn pożerający swoje dzieci”.
Książka jest opowieścią o kilkunastu zdarzeniach z życia wielkiego Francisco i jego potomków. Każda opowieść przedstawiona jest z różnych punktów widzenia. Narratorami są ojciec, syn i wnuk.
Goya jeden z najwybitniejszych malarzy hiszpańskich; autor „Kaprysów”, „Mai nagiej” i „Mai ubranej”, „Portretu rodziny królewskiej” i „Okropności wojny” posiadał prawie wszystko. Miał zamówienia, uznanie, pieniądze, kochanki. Miał też syna, który nie spełniał jego oczekiwań. Żywiołowy, pełen pasji, temperamentu, jurny, czerpiący z życia pełnymi garściami (corridy, polowania, kochanki), a jednocześnie despotyczny i nieznośny Francisco nie mógł przeboleć, że trafił mu się syn flegmatyczny, introwertyczny, uległy, wrażliwy, wycofany, jak sam mawiał słowami autora „klucha, niedojda i baba”. Francisco pragnął ukształtować syna na swoje podobieństwo; chciał zrobić zeń swego następcę, swego rodzaju „kalkę”. Wyśmiewał syna, krytykował, drwił z niego, a ten coraz bardziej zamykał się w sobie i uciekał przed ojcem, światem, życiem. Uciekał w świat książek i wyobraźni, pielęgnując jednocześnie w sobie nienawiść w stosunku do ojca. A w przypisywaniu mu win i niegodziwości nie pozostawał ojcu dłużny.
I Mariano; fałszerz, oportunista, mający więcej wspólnego z dziadkiem niż ojcem. Jego mottem jest żyć przyjemnie i wygodnie z fortuny zgromadzonej przez przodków. Mariano jest bardziej obserwatorem historii niż jej uczestnikiem.
Powieść to historia ciągłej walki, rywalizacji między despotycznym ojcem a zbyt uległym synem. Historia nienawiści i próby buntu. Javier całe życie próbuje coś udowodnić ojcu. W powieści Dehnela malując „Kolosa”, a także Czarne obrazy. Dotychczasowe badania nie ustaliły, kto był autorem Czarnych obrazów i zapewne nigdy się tego nie dowiemy, ale przypisanie ich Javierowi jest ciekawą hipotezą.
Malując ten portret rodzinny autor nie opowiada się po żadnej ze stron, próbuje zrozumieć każdego.
Francisco był głuchy, a jest to kalectwo okrutne dla każdego człowieka, a dla artysty podwójnie. Stracił wszystkie swoje dzieci, poza jednym, które zawiodło jego oczekiwania. Przyczynił się do utraty swoich dzieci, wszystkie bowiem zmarły na skutek zatrucia ołowiem (saturnismo), będącego składnikiem farb.
Javier był niekochany, tłamszony przez ojca, poddany jego „dyktaturze”.
Język powieści bywa momentami dosadny i wulgarny, a jednak w tym akurat przypadku jest to całkowicie usprawiedliwiony zabieg.
Przerywnikami są opisy obrazów z Czarnej serii. Czytając je byłam zdziwiona, że postrzegam je zupełnie inaczej, nie widzę pewnych szczegółów, elementów, fragmentów. Dopiero posłowie tłumaczy, iż autor opisuje obrazy w ich pierwotnej wersji.
Moja ocena 5,5/6
A tak na marginesie im bardziej poznaję Goyę, tym bardziej zaczyna mi się jego malarstwo podobać.
Miałam dzisiaj pisać o dwóch książkach, które skończyłam czytać, ale Haloweenowy nastrój sprzyja demonom i straszydło.
Zdjęcia 1. Kolos - Francisco? Javier? Goya (niezależnie od autorstwa to obraz, który mi się podoba) 2. Gdy rozum śpi budzą się demony (z serii Okropności wojny).

wtorek, 16 sierpnia 2011

Ocalić od zapomnienia, czyli "Lala" Jacka Dehnela

Lala była moim pierwszym spotkaniem z autorem. Potem przeczytałam jeszcze "Balzakianę", "Rynek w Smyrnie", a ostatnio "Saturna". I chociaż wszystkie mi się podobały, a Saturna uważam za najlepszą książkę pana Jacka, to szczególnym sentymentem darzę właśnie "Lalę".
Jest to pełna ciepła opowieść o babci autora. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to mało zachęcająco. W czasach zachwytu, wręcz kultu młodości, kto by dziś chciał czytać o babci. A jednak jest to książka, którą warto przeczytać. Są to spisane przez autora opowieści jego babci o czasach jej rodziców i dziadków, czasach dzieciństwa, młodości, małżeństwa, czasach rewolucji, wojen, losach powojennych; czasach zwykłych i czasach niezwykłych. Jest to opowieść o świecie, którego już nie ma. Życie Lali było niezwykle barwne, pełne blasków, ale niepozbawione cieni.
Jest to nostalgiczna i wzruszająca opowieść, pełna miłości do bliskich i tak mądrych przemyśleń, że wydaje się niewiarygodne, że jej autorem jest tak młody człowiek. Dehnel zaczął pisać tę książkę mając lat dwadzieścia.
I to co jeszcze uderza mnie w prozie tego autora to jego niebywała erudycja. Książka pełna jest odniesień do literatury i do historii sztuki.
Autor opisując babcie, dziadków, ciotki, opisując przeszłość, próbuje ocalić od zapomnienia osoby, przedmioty, uczucia. I ten cel książki zostaje osiągnięty. W pamięci czytelników pozostanie na długo obraz babci Lali, która była osobą nietuzinkową; wykształconą, wrażliwą, mądrą, choć upartą i bywało kapryśną. Osobą pełną zalet, ale i nie pozbawioną wad. Ja zapamiętam babcię Lalę, jak chodziła z małym koszyczkiem po niedojrzałe śliwki, aby odwrócić uwagę Niemców i odzyskać fałszywe kenkarty. Zapamiętam też babcię Wandę (matkę jego prababci, "która rozumem nie grzeszyła, ale była mądra i uratowała życie swemu mężowi wydzierając go śmierci sprzed plutonu egzekucyjnego").
Zwrócił moją uwagę taki opis kilkakrotnie powtórzony o nieuchronności pewnych zdarzeń, o losie zapisanym, przed którym nie możemy uciec. Ktoś próbował ratować przed wojenną, a może rewolucyjną zawieruchą jakieś przedmioty przenosząc je z jednego miejsca w inne, bezpieczniejsze. Okazało się, że ocalało właśnie to miejsce opróżnione, a to które miało być tym bezpieczniejszym zostało unicestwione. Dziadek "człowiek bardzo oszczędny" nie pozwala babci na zakup kapelusza, a następnego dnia z powodu dewaluacji pieniądza traci wszystkie oszczędności.
Tak to czasami, a może częściej niż czasami kombinujemy za bardzo, bo życie i tak przyniesie nam to, co dla nas zaplanowało. Te nasze ubezpieczenia, oszczędności, szczepienia ..., a potem los i tak odbiera nam wszystko, co kochamy. Giną przedmioty, odchodzą ludzie. Pozostają wspomnienia.
W mojej pamięci pozostaną też rzeczy; gipsowe odlewy gargulców z Notre Dame z Paryża, ciepły, kolorowy, wełniany sweter młodego Żyda czy japońskie inkrustowane biureczko.
Książka mówi też o przemijaniu i odchodzeniu, o trudnym doświadczeniu, jakim jest opieka nad chorą, zniedołężniałą fizycznie i psychicznie, bliską osobą. Kiedy nie możemy pogodzić się z tym, jak niegdyś mądra i kochana osoba (babcia, mama, tata...) staje się nieporadna i zdziecinniała, jak nas rani, choć tego nie chce i jak ona czuje się zranioną, kiedy przez krótkie chwile jasności umysłu uświadamia to sobie.
Książka jest też pożegnaniem dzieciństwa (okresu beztroski i radości) i wejściem w świat dorosłości (odpowiedzialności i obowiązków).

Książka nostalgiczna, wzruszająca, ale nie pozbawiona zabawnych historyjek, nawet, jeśli czasami jest to śmiech przez łzy.

Moja ocena książki 6/6

Czytając „Lalę” przypomina mi się wiersz Szymborskiej Muzeum.

Są talerze, ale nie ma apetytu.
Są obrączki, ale nie m wzajemności
od co najmniej trzystu lat.

Jest wachlarz - gdzie rumieńce?
Są miecze - gdzie gniew?
I lutnia ani brzęknie o szarej godzinie.

Z braku wieczności zgromadzono
dziesięć tysięcy starych rzeczy.
Omszały woźny drzemie słodko
zwiesiwszy wąsy nad gablotką.

Metale, glina, piórko ptasie
cichutko tryumfują w czasie.
Chichocze tylko szpilka po śmieszce z Egiptu.

Korona przeczekała głowę.
Przegrała dłoń do rękawicy.
Zwyciężył prawy but nad nogą.

Co do mnie, żyję, proszę wierzyć.
Mój wyścig z suknią nadal trwa.
A jaki ona upór ma!
A jak by ona chciała przeżyć