Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Van Gogh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Van Gogh. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 marca 2023

Van Gogh zamiast Vermeera

Słoneczniki Amsterdam
Kiedy wszyscy amatorzy sztuki przybywają do Amsterdamu obejrzeć jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną wystawę dzieł Johannesa Vermeera, ja idę do Muzeum Van Gogha. Moje zachowanie można by uznać za przejaw ekscentryczności, chęć bycia oryginalną czy pójścia pod prąd, gdyby nie to, że przyczyna absencji w Rijksmuseum była bardziej prozaiczna. Zamiar obejrzenia  zbioru obrazów Vermeera pojawił się w dniu, w którym o nim usłyszałam. Takiej okazji nie mogłam przegapić, jedyna możliwość obejrzenia niemal wszystkich uznanych za autentyczne dzieł Johannesa. Zależało mi zwłaszcza na przyjrzeniu się tym wypożyczonym spoza Europy i znajdującym się na co dzień w rękach prywatnych kolekcjonerów. Jeszcze w październiku zarezerwowałam noclegi i zakupiłam bilety na samolot. Pozostało już tylko kupić bilety do galerii. Niestety, wyprzedały się w ciągu dwóch dni pierwszych dni sprzedaży internetowej, kiedy ja bawiłam w Wenecji. Czterysta pięćdziesiąt tysięcy biletów na cały okres trwającej od 10 lutego do 4 czerwca wystawy wyprzedane w ciągu dwóch dni. Początkowe niedowierzanie ustąpiło miejsca rozczarowaniu i poczuciu straty. W końcu jednak doszłam do wniosku, iż w życiu nie można mieć wszystkiego i trzeba będzie to przyjąć ze spokojem.
 Słoneczniki Amsterdam

A skoro nie mogłam obejrzeć obrazów Vermeera (pocieszając się, że kilka, a może i kilkanaście z nich już widziałam) postanowiłam zrobić sobie przyjemność i po raz kolejny wybrać się do Muzeum Van Gogha.
Mimo tego, iż temat odwiedzin w galeriach sztuki bliski jest niewielu (choć jak widać tych niewielu  liczy przynajmniej owe czterysta pięćdziesiąt tysięcy) zdecydowałam się napisać parę słów dotyczących wrażeń z wizyty u Vincenta.
Jego znakiem rozpoznawczym są Słoneczniki. Tylko które? Namalował w sumie jedenaście obrazów przedstawiających te kwiaty; z czego cztery w Paryżu, a siedem w Arles. Warto zajrzeć chociażby na stronę zawierającą reprodukcję wszystkich jedenastu obrazów.
Skąd pomysł na malowanie Słoneczników? Vincent nie miał pieniędzy, aby płacić modelowi, malował więc to, co było pod ręką. Mieszkał w Paryżu na rue Lepic na Montmartre, gdzie rosło sporo słoneczników. Sporo ich też leżało na ulicach. Malował je w różnych stadiach rozwoju, nierzadko już przekwitłe. Malowanie ich studium w Paryżu było wprawką do później malowanych na Prowansji.
Kiedy wyjechał do Arles postanowił przyozdobić obrazami słoneczników pracownię w żółtym domku. Chciał pokazać koledze artyście (Gauguinowi), jak spory poczynił postęp w studiach malarskich. Początkowo zgodnie z wyznawaną zasadą malował wyłącznie z natury. Pierwsze dwa obrazy to niewielkie bukiety w wazonach charakteryzujące się tłem o sporym kontraście kolorystycznym (tła wpadające w turkus i granat niezwykle wyraziście podkreślały pomarańczowo żółte kule kwiatów).
Słoneczniki Amsterdam

Jednak tym najbardziej znanym jest kompozycja przedstawiająca piętnaście słoneczników w wazonie, żółte kwiaty na żółtym tle. To niesamowite, iż mimo tak monochromatycznych barw obraz jest niezwykle wyrazisty, a żółte na żółtym wcale nie ginie, wręcz przeciwnie, wydawać się może, że żółte tło uwypukla żółte kwiaty słonecznika. Być może z powodu zastosowanej techniki malarskiej, nakładania grubej ilości farby w taki sposób, że przypomina to bardziej płaskorzeźbę niż obraz. Znajdujący się dziś w National Galery w Londynie obraz namalowany został w sierpniu 1888 roku.
Po najbardziej znanej artystycznej kłótni, która zaowocowała napadem szaleństwa Vincenta (i obcięciem sobie ucha) Gauguin wyraził chęć zatrzymania Słoneczników. Van Gogh odmówił prośbie kolegi proponując jednocześnie, iż namaluje kopię tego obrazu i podaruje go Gauguinowi (doceniając jego artystyczny gust). Po latach Gauguin będzie twierdził, iż to on zainspirował Vincenta do namalowania cyklu słoneczników.
Jedna z kopii namalowanych z myślą o Gauguinie znajduje się w amsterdamskim Muzeum Van Gogha.
W zasadzie trudno tutaj mówić o kopii, bowiem Vincent namalował ten sam temat, ale na nowo. Malował z pamięci i wyobraźni, wspomagając się wcześniej namalowanym widokiem. Był to pewnego rodzaju pokłon w stronę Gauguina, który zawsze krytykował uparte trzymanie się przez Vincenta malowania z natury. Ta kopia jest podobna do oryginału, a jednak różniąca się nie tylko kolorystyką (co widać na pierwszy rzut oka - zdecydowanie ciemniejsza, co sprawia wrażenie smutku), ale i niuansami.
Kwitnący migdałowiec

Przed wyjazdem miałam okazję obejrzeć film Tajemnica słoneczników Van Gogha (z serii sztuka na ekranie), gdzie przedstawiono eksperyment polegający na próbie odtworzenia słoneczników dzisiaj. Ponieważ nie istnieją ani pigmenty, jakimi posługiwał się Vincent, ani materiał, na jakim malował na potrzeby eksperymentu stworzono zarówno odpowiednie farby, jak i płótno. Okazało się, że farby różniły się między sobą zarówno gęstością, sposobem i czasem schnięcia, trwałością, barwą odtworzoną, co powodowało, iż malowanie było nie lada wyzwaniem. Pewne partie trzeba było malować szybciej, z innymi należało się wstrzymać, pewne delikatniej, inne nakładając grubsze warstwy. A efekt końcowy zaskakiwał, bowiem obraz, który powstał miał zdecydowanie bardziej wyrazisty kolor w stosunku do tego znajdującego się w muzeum (były to kolory wpadające w intensywny pomarańcz).
Żółty domek Vincenta w Arles

To wszystko, mimo iż niezwykle ciekawe, to jednak jedynie techniczne niuanse, ciekawostki, o których nie myślimy patrząc na Słoneczniki. Pomijając jego symbolikę, warstwę znaczeniową, podteksty (tylko przykładowo mówiące o odtworzeniu różnych stadiów ludzkiego życia od narodzin do śmierci, o oddaniu hołdu słońcu, Bogu, miłości czy przyjaźni), jest on odzwierciedleniem prostoty i piękna natury, namiastką słonecznego dnia, wciąż żywą naturą, która sprawia, że robi się cieplej na sercu. Rozjaśnia przestrzeń i sprawia, iż większość oglądających fotografuje nie tyle obraz, co siebie na jego tle. Takie selfie ze słonecznikami daje fotografującym poczucie bliskości z malarzem i jego dziełem.
Słoneczniki to pierwsze i najbardziej powszechne skojarzenie z Vincentem, jak Straż nocna z Rembrandtem, czy Mona Lisa z Leonardem da Vinci.
Pokój Vincenta

Nie mniej moim ulubionym obrazem Vincenta jest Kwitnący migdałowiec. Myślę, że to kolorystyka obrazu i jego delikatność sprawia, że tak bardzo do mnie przemówił. Te dwa obrazy Słoneczniki i Kwitnący migdałowiec rywalizują o uczucia i kieszeń odwiedzających muzeum w sklepiku z pamiątkami w postaci niezliczonej ilości gadżetów (pocztówek, reprodukcji, chusteczek, apaszek, koszulek, okładek notatników, torebek, siatek, filiżanek, kubeczków, pudełek, ołówków, książkowych zakładek). O dziwo podobno największe przychody zapewnia muzeum sprzedaż pocztówek z reprodukcjami obrazów. Przychody znacznie przekraczające koszty zakupu obrazów. Podczas tegorocznych odwiedzin w muzeum z smutkiem stwierdziłam brak Kwitnącego migdałowca.Musiałam poprzestać na wspomnieniu obrazu sprzed kilku lat.
Pary w parku Voyer d`Argenson w Asnieres

Zawsze dużą przyjemność sprawia mi  oglądanie także niezwykle wyrazistych i pełnych kolorów obrazów - w Amsterdamie są to na przykład Żółty domek, Pokój Van Gogha w Arles, czy martwa naturę - wazon z irysami. Ponownie uległam zachwytowi na obrazem pary starych, rozczłapanych kamaszy nie mogąc wyjść z podziwu, jak tak prozaiczny przedmiot, jak para starych butów może zostać dziełem sztuki.
Martwa natura- Irysy w wazonie

Odkryciem tegorocznych odwiedzin był widok, którego nie pamiętam z wcześniejszej wizyty w galerii Para w parku Voyer d`Argenson w Asnieres, obraz mniej znany i na pierwszy rzut oka raczej przypisałabym go któremuś z impresjonistów nie Vincentowi.

Buty


Na tym zdjęciu Gladiole i astry chyba najlepiej widać grubo nakładane warstwy farby. 

Na zakończenie zupełnie mi nieznany Van Gogh (nie wiem dlaczego tak mnie dziwi temat, wszak pierwszych swych sił próbował Vincent w zawodzie pastora)
Pieta

sobota, 6 kwietnia 2019

List do Vincenta (Van Gogha)


Napisał Pan tak wiele listów do brata. Przeczytałam wszystkie, które zostały wydane. Przepraszam, bo to nie ja byłam ich adresatką. Wiem, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, kierowała mną ciekawość poznania osoby, o której życiu czytałam sporo, a także osoby, która stworzyła wiele pogodnych i pięknych obrazów, choć życie miała niezwykle ciężkie. Pisze Pan prostym i niewyszukanym językiem o rzeczach ważnych i choć czasami Pańskie sądy wydawać się mogą naiwne niczym mądrości popularnego dziś autora bestsellerów to przyjmuję je z rozwagą, bo wiem, że pisane były szczerze i z głębi serca. 

    A napisał Pan;
Tam, gdzie są konwenanse, jest nieufność,
a z nieufności rodzą się najrozmaitsze intrygi.
Gdybyśmy byli trochę szczersi,
życie dla wszystkich stałoby się łatwiejsze.
(str. 227 Listów do brata Vincenta Van Gogha 
 Wydawnictwo Czytelnik 1998 rok)
Pozwoli Pan, że będę się zwracała do niego po imieniu. Na tyle, na
ile poznałam Cię Vincencie wolałbyś taki sposób komunikacji, bez konwenansów i zakłamania. Twoje listy zawierają ogromne bogactwo myśli i nie sposób się do nich odnieść w krótkiej formie. Pisałeś je do Brata, ale myślę, że też dla siebie. Zawsze samotny, nie mógłby się obejść bez tej korespondencji, która zastępowała mu rozmowę, w której zwierzał się ze wszystkich spraw, ze wszystkich myśli, z wszystkich uczuć- nie miał bowiem obok siebie nikogo, z kim mógłby się nimi podzielić (str.7) napisała w przedmowie do twej korespondencji tłumaczka.
A zatem korespondencja miała zastępować Ci stosunki międzyludzkie, bo była bezpieczniejszą formą kontaktu. Była zastępstwem i rekompensatą. Pisząc o sobie, utwierdzał się zarazem w swoim istnieniu, które nigdy nie było oparte na pewnych podstawach, a w miarę postępu choroby ulegało coraz większym zachwianiom (str. 7) napisała dalej tłumaczka.
To smutne, ale dzięki twoim listom, Vincent, jakiego nie znali Tobie współcześni zyskał szansę poznania przez potomnych. Czy byłoby to pociechą dla Ciebie, osoby, która jak podkreślasz - nie miała żadnej potrzeby pokazywania się, osoby, która nie lubiła tego, co dziś nazywamy celebrowanie własnej postaci, a przecież pisząc te listy nie mogłeś przewidzieć, że po latach zyskasz tak wielu czytelników/ odbiorców. Ty pisałeś do brata, przyjaciela i marszanda w jednym.
Podoba mi się twoja definicja sztuki Vincencie - Sztuka to natura plus człowiek. Natura, rzeczywistość, prawda, z której artysta wydobywa sens, istotę, charakter, która wyraża, oczyszcza, wyzwala, oświetla. (str.80). Czy można by to było ująć lepiej i prościej, moim zdaniem - nie.
Często wyrzucałeś sobie, iż byłeś nadmiernym obciążeniem dla Theo. Niekiedy zastanawiam się poważnie nad tym, czy nie jestem czasem ciężarem dla ciebie i dla rodziny, czy stałem się już naprawdę niezdatny do czegokolwiek i czy mam się uważać za człowieka niepotrzebnego i za intruza. A może byłoby lepiej, gdyby mnie w ogóle nie było już na tym świecie, skoro i tak muszę stale wszystkim ustępować z drogi. Gdy pomyślę, że tak jest w istocie, ogarnia mnie uczucie smutku i muszę walczyć z całych sił, żeby nie wpaść w melancholię. … Jeśliby tak było w istocie, to nie chciałbym już długo żyć na tym świecie (str. 85) 
Jakże mi przykro z tego powodu, że czułeś się niepotrzebnym bytem. Twoje obrazy dają radość tak wielu ludziom, że chcę wierzyć, iż z wyżyn swego jestestwa dostrzegasz to i jest ci choć trochę z tego powodu miło. Dawanie radości jest obdarzaniem drugiego człowieka czymś bezcennym. Ten wewnętrzny ogień, którym chciałeś ogrzać tak wiele istnień rozświetla dziś nasze twarze i dusze. I tylko szkoda, że nie mogłeś tego doświadczyć wtedy, kiedy nie znajdowałeś porozumienia wśród ludzi, a także (czasami/ często?) u brata. Gdybyś tylko mógł uważać mnie za coś innego niż za próżniaka najgorszego rodzaju, byłbym bardzo zobowiązany. (str. 93).
Z ogromną radością przeczytałam, że lubiłeś  czytać i czytałeś wiele. Cały czas zastanawiam się, skąd brałeś pieniądze na książki, skoro tak często nie miałaś na chleb czy płotno. Mam nadzieję, że udało Ci się odnaleźć w książkach, to czego nie odnalazłeś w ludziach – piękno, współodczuwanie świata, mądrość. Chciałbym, żeby wszyscy ludzie zdobyli tę umiejętność, którą ja zaczynam powoli zdobywać, umiejętność czytania książki bez wysiłku, w krótkim czasie, z zachowaniem na długo silnego wrażenia. (str.105).
Twoje słowa o sławie, o której nie marzyłeś …jestem przeświadczony o moim powodzeniu w przyszłości. Nie stanę się od razu jakąś wielką sławą, ale będę chyba takim przeciętnym, uczciwym malarzem. Jeżeli używam słowa „przeciętny”, to dlatego, że chcę by moje malarstwo było uznane za rzetelną i rozumną pracę, żeby miało jakąś rację bytu, żeby wreszcie mogło się gdzieś na coś przydać (str.111) brzmią teraz i proroczo i paradoksalnie. Różne są opinie na temat twego malarstwa, ale chyba tylko głupiec nazwie Van Gogha malarzem przeciętnym. A co do tego, że Twoja praca stanie się przydatna - jeśli interesowałoby cię zdanie amatorki, która się nie zna na sztuce, ale która bez niej nie wyobraża sobie życia to napiszę tylko, że poranek Bożego Narodzenia, który spędziłam wśród obrazów (w Muzeum twego imienia w Amsterdamie) należał do najcudowniejszych świątecznych poranków. Przywoływał w pamięci święta z lat dziecięcych, kiedy człowiek potrafi czerpać
radość z prostoty. Możliwość ogarnięcia wzrokiem tylu przepięknych odbić natury wywołała ekstazę wzruszenia i tego, coraz rzadszego z wiekiem przywołania faustowskiego okrzyku o trwaniu chwili. I choć najmilsze doznania towarzyszą osobistym kontaktom z twoimi obrazami (które mam szczęście podziwiać w różnych europejskich muzeach), to także oglądanie albumów, czy ich reprodukcji we wszelakiej postaci powoduje błogostan. A wiem, że takich osób głodnych Twojej Vincencie sztuki są tysiące, bo nie wszystkim wystarcza do życia egzystowanie i wspinanie się po szczebelkach tzw. kariery.
Piszesz …Jestem artystą … słowo to oznacza: zawsze szukać i nigdy nie móc osiągnąć doskonałości (str. 167) – myślę, że żyć także oznacza ciągle poszukiwać odpowiedzi na odwieczne pytania i nigdy ich nie znajdować. Ale może właśnie nie o to chodzi, żeby je znaleźć, a o to, aby je sobie zadawać. A co do doskonałości wybacz, że się z Tobą nie zgodzę. Ale jak wcześniej wspomniałam, ja jestem tylko amatorką, co kocha sztukę. Dla mnie Twoje prace są kompletne, harmonijne i nie wyobrażam sobie, aby mogły wyglądać inaczej, bo powstały z miłości do piękna natury i miłości do drugiego człowieka.
W pracy staram się, jak mogę najlepiej, .. rysunek, a myślę i malarstwo, mam we krwi i to się z czasem okaże (str. 179). To prawda, okazało się kilkanaście lat po twoim odejściu. I trudno pojąć, dlaczego pod koniec XIX wieku ludzie uważali je za złe i dziwaczne.
Wielu ludzi twierdzi, że mam nieprzyjemny charakter. Często bywam nieznośny, melancholijny i rozdrażniony; pożądam sympatii, tak jakbym był głodny i spragniony, a gdy mnie nią nie darzą, staję się obojętny na wszystko i impertynencki; przez co dolewam jeszcze oliwy do ognia. Nie lubię przebywać w towarzystwie, stosunki z ludźmi, rozmowy z nimi są dla mnie najczęściej i przykre i kłopotliwe (str. 198).
Rozumiem te stany aż nadto dobrze, czym może pochlebiam sobie, bowiem to cecha ludzi nadwrażliwych, tych, którzy żyją (chcą żyć) w przeświadczeniu, że ludzie są dobrzy, szczerzy i mądrzy, a kiedy ich wyobrażenia rozbijają się o brutalną rzeczywistość wpadają w irytację. Nie umiemy udawać, brakuje nam dyplomacji, boimy się braku akceptacji. 

To jeden z listów, jaki powstał po lekturze Listów do brata Vincenta Van Gogha. Chciałam do książki  wrócić ponownie, ponieważ odnajduję w niej poza olbrzymim smutkiem autora, także pokrewieństwo dusz odrzuconych nadwrażliwców, którzy tak bardzo chcieliby odnaleźć człowieka w człowieku. 
Zdjęcia obrazów, rysunków, szkiców i listów Vincenta z Muzeum Vincenta Van Gogha w Amsterdamie.
Kilkutygodniowa przerwa w pisaniu została wymuszona kłopotami z laptopem.

niedziela, 8 października 2017

Twój Vincent najbardziej malarski obraz, jaki oglądałam w kinie

Vincent
O filmie słyszeli pewnie już niemal wszyscy. Powstały w polsko-brytyjskiej koprodukcji film z dużymi szansami na nominacje do Oskara, w dodatku film, który nie podzieli rodzimej widowni (choć tutaj niczego nie można być pewnym), to nieczęste ostatnio wydarzenie.
Film animowany stworzony techniką malarską, co oznacza, iż gra aktorów (ucharakteryzowanych na sportretowane przez Vincenta postaci mu współczesnych) została namalowana farbami olejnymi w stylu twórczości Vincenta. 65 tysięcy obrazów namalowanych przez ponad 100 malarzy składa się na przepiękny obraz całości. Bohaterowie poruszają się wewnątrz autentycznych obrazów Vincenta; dla przykładu w kawiarni nocnej, pod rozgwieżdżonym niebem Arles, na topolowej alejce wiodącej na stare cmentarzysko Alyscamps, na żółtozłotych polach Prowansji, pod kościołem w Auvers i w wielu innych dobrze znanych wielbicielom Van Gogha
Armand Roulin syn przyjaciela Vincenta naczelnika poczty Josepha Roulin
miejscach. Obrazy ożywają na ekranie, aktorzy sprawiają wrażenie, jakby byli wciąż od nowa malowani. Oglądamy aktora, aby za chwilę oglądać jego portret, który porusza się, mówi, żyje. A wszystko nasycone barwami, pulsujące, wirujące, w ruchu, jakby malowane na naszych oczach tylko w przyspieszonym tempie. Oglądanie tego filmu to prawdziwa uczta duchowa, myślę, że nie tylko dla wielbicieli sztuki, a dla nich absolutne must see. Dla osób, które trochę znają dzieła Van Gogha dodatkową atrakcją będzie rozpoznawanie obrazów wykorzystanych w filmie, a dla podróżników odnajdywanie namalowanych przez Vincenta widoków Prowansji. 
Co do warstwy fabularnej ta jest zdecydowanie słabsza. Malarz został przedstawiony dość jednowymiarowo, jako; wrażliwy, subtelny, zalękniony, introwertyk, niezwykle osamotniony. Zupełnie pominięto te cechy malarza, które charakteryzują jego osobę w powszechnym odbiorze; furiata, awanturnika, pijaka, bywalca burdeli. Rozumiem motyw działania pomysłodawców, skupienie się na człowieku i jego dramacie niezrozumienia przez otoczenie, ale jednak taki obraz jest nie do końca prawdziwy. Tylko, myślę, że pomysłodawcom nie o to tutaj chodziło. Nie o

Armand w kawiarni nocą w Arles
tworzenie psychologicznego portretu Vincenta, a raczej złożenie hołdu malarzowi poprzez ożywienie jego twórczości, zaciekawienie osobą twórcy, ocieplenie funkcjonującego w świadomości powszechnej obrazu szaleńca, obrazu także nieprawdziwego, bo Vincent to przecież postać dużo bardziej złożona i wymykająca się prostym etykietom. Ponadto pomysłodawcy filmu chcieli skupić się na próbie wyjaśnienia zagadkowej śmierci malarza, dlatego fabuła opiera się na detektywistycznej historii poszukiwania adresata ostatniego listu Vincenta przez Armanda Roulin. Rzecz dzieje się dwa lata po śmierci Vincenta. Młody człowiek początkowo nie darzy sympatią nieżyjącego malarza (jak większość mieszkańców miasteczka uważa go za wariata i dziwaka, niezasługującego na szacunek), zostaje jednak przekonany przez ojca, aby spełnić ostatnią wolę Vincenta. Udaje się na poszukiwanie; najpierw Theo, potem doktora Gacheta, a w końcu Jo Van Gogh. Spotykając się z ludźmi, którzy znali malarza próbuje wyjaśnić zagadkę tajemniczej, samobójczej (?) śmierci artysty. Tyle, że poznając kolejne hipotezy wcale nie przybliża się do rozwiązania zagadki. Niemniej każda z przedstawionych hipotez wydaje się prawdopodobna i do nas należy, w którą uwierzymy.
Adeline Ravoux
Jak wspomniałam fabuła jest dosyć prosta, co pozwala w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu. Osoby zaznajomione z biografią malarza nie dowiedziały się z filmu niczego nowego, jednak dla osób, które nazwisko malarza kojarzą jedynie ze słonecznikami, gwieździstą nocą i obciętym uchem będzie to okazja do lepszego poznania jego historii.
Wśród aktorów wystąpił w roli tytułowej jedyny Polak w obsadzie Robert Gularczyk. Kolejne polskie akcenty to reżyser Dorota Kobiela (we współpracy z Hugh Welchman). Ta dwójka wraz z Jackiem Dehnelem są twórcami scenariusza. Należy także wspomnieć przepięknie harmonizującą z opowiadaną historią muzykę Clinta Mansella. 
O ile staram się nie używać określenia magiczny, które uważam za nadużywane w blogosferze, tak tym razem zrobię wyjątek. Twój Vincent jest dla mnie obrazem magicznym, a jego magię może oddać w pełni jedynie duży ekran kinowy. Ogromna (tytaniczna) praca twórców (artystów) przyniosła wspaniały efekt. 
Gorąco polecam, zwłaszcza, iż ze zdziwieniem zauważyłam, że drugiego dnia emisji sala kinowa w sobotę wypełniona była jedynie w około 30 procentach. Za mała reklama, czy też etykieta filmu animacyjnego? 
Zwiastun filmu

Poniżej jak zmieniał się wizerunek aktora grającego Josepha Roulin na potrzeby filmu

Powiązane wpisy - Listy Vincenta do brata
Lektury Van Gogha - cz.1  (czyli co czytał i myślał na temat książek)
Lektury Van Gogha - cz. 2
Kobiety w życiu Van Gogha
Biografia I. Stone Pasja życia
W Muzeum Van Gogha w Amsterdamie
Śladami Van Gogha w Arles

Polecam też publikowane w Płaszczu zabójcy przez Piotra fragmenty listów Vincenta 

sobota, 2 sierpnia 2014

Co czytał Van Gogh? - cz. 2


Nocna straż Rembrandt
Pisałam już o literaturze francuskiej w życiu holenderskiego malarza. Wydaje się, że była ona w sposób szczególny bliska Vincentowi, tak jakby Francja była nie drugą, a pierwszą jego Ojczyzną. Vincent czytał też sporo literatury angielskiej i rosyjskiej.

Poniżej kilka informacji, co czytał i opinii na temat autorów i i książek. Najwcześniejsze relacje  w Listach dotyczą Dickensa. Pojawiają się także Charlotta Bronte (jako Currer Bell) oraz amerykanka Beecher Stowe. W lekturze niedoszłego kaznodziei, syna pastora nie mogło zabraknąć także Biblii, o której wspomina od czasu do czasu, głównie na zasadzie porównań, bądź to do literatury, bądź do malarstwa.
Dostałem od wuja Cora książkę A Child1s History of England Dickensa. Nie pamiętam, czy już ci pisałem, że książka ta to szczere złoto. Czytałem w niej między innymi opisy bitwy pod Hastings. Myślę, że gdy czyta się z uwagą takie książki, jak Moltleya, Dickensa lub Les Croisades Grusona, to człowiek może łatwo wyrobić sobie jasny i prosty pogląd na cały kształt historii. (Str. 62 Listów)
Oczywiście czytając tego rodzaju wpis mam natychmiast zamiar sięgnąć po Dickensa, którego czytywałam za młodu z wielką zresztą przyjemnością. Książka, która dałaby prosty pogląd na cały kształt historii musi być niezwykle ciekawa, zwłąszcza dla kogoś, kto lubi czytać książki umiejscowione głęboko w historii.
Zacząłem więc studiować książki, które znajdowały się w moim zasięgu- Biblię, Histoire de la Revolution Micheleta, a potem, ostatniej zimy, Szekspira, trochę Wiktora Hugo i Dickensa, Beecher-Stowe, ostatnio Ajschylosa i wielu innych, mniej klasycznych, wielkich małych mistrzów. (Str. 87 Listów)
Żydowska narzeczona Rembrandt
Nie wiem, czy znasz książkę Dickensa Mała Dorrit, w której występuje postać Doyce`a. Można go uważać za przedstawiciela tych wszystkich, którzy wzięli sobie za dewizę „How to do it?” Nawet jeśli nie znasz wspaniałej postaci robotnika z tej książki, to zrozumiesz jego charakter z kilku zdań. Gdy nic z jego pragnień się nie spełniło, gdy wszędzie natrafiał na obojętność lub gorsze jeszcze przykrości mawiał: To nieszczęście niczego nie zmienia, sprawa jest tak samo słuszna teraz (po klęsce), jak była wtedy (przed klęską). Str. 220 Listów
Wydaje się, iż i Vincent przyswoił sobie ten pogląd i dzięki niemu dość długo zachowywał równowagę, mimo niemożności zdobycia zrozumienia.
Nie wiem, czy czytujesz czasem angielskie książki, jeśli tak, to polecam ci bardzo Shirley pióra Currer Bell (Charlotty Bronte), autorki powieści Jane Eyre. Jej książki są tak piękne, jak obrazy Millaisa, Boughtona czy Herkomera. (str.104-105 Listów)
Przeczytaj koniecznie L`Amour i La Femme, a jeżeli będziesz mógł te książki dostać, to także My wife and I i Our neighbours pióra Beecher Stowe lub Jane Eyre i Shirley pióra Currer Bell (jak wyżej). Powiedzą ci dużo więcej o tych rzeczach i dużo wyraźniej niż ja. (Str. 129 Listów)
No proszę, a mawia się, że książki Bronte to literatura kobieca. Ileż razy spotykałam się (moim zdaniem niesłusznie) z określeniem ich mianem czytadeł, czy romansideł (co miało wydźwięk pejoratywny).
Miłość do książek była dla Holendra równie ważna, jak miłość do malowania obrazów. Już w poprzednim wpisie wspominałam, że te dwie dziedziny sztuki wzajemnie się u Vincenta przenikają, w książkach odnajduje kolory, obrazy, pejzaże, w obrazach widzi historie, o których czytał.
Pielgrzymi w Emaus Rembrandt
Jeśli możesz więc przebaczyć mi zgłębianie obrazów, musisz się też zgodzić, że miłość do książek jest tak samo święta jak miłość do Rembrandta, i myślę nawet, że oba uczucia się uzupełniają. Lubię bardzo portret męski Fabritiusa, który pewnego razu długo oglądaliśmy w muzeum w Haarlem: było to podczas naszej wspólnej przechadzki. Tak, ale równie lubię Sydneya Cartona Dickensa z jego Opowieści o dwóch miastach i mógłbym ci wskazać w innych książkach postaci dziwnie podobne. I myślę, że Kent z Szekspirowskiego Króla Leara jest równie szlachetny i niepospolity jak jakaś postać Th. De Keysera, choć Kent i król Lear żyli rzekomo dużo wcześniej. Żeby nie powiedzieć więcej. Mój Boże, jaki Szekspir jest piękny. (nie odnotowałam strony :()

Bardzo chciałbym tu mieć Szekspira, żeby czytać go od czasu do czasu. Istnieje pełne wydanie za szylinga, Dicks Shilling Shakespeare. Nie brak też innych wydań i myślę, że tańsze nie są gorsze od drogich. W każdym razie chciałbym, żeby koszt nie przekraczał trzech franków. (Str. 458 Listów)
Książki nie były chyba zbyt drogie, skoro nawet cierpiący niedostatek artysta, który często niedojadał mógł sobie na nie pozwolić, choć pewnie sporo dostawał od brata lub znajomych.
Dziękuję ci serdecznie za Szekspira. Ta lektura nie pozwoli mi zapomnieć tej odrobiny angielskiego, jaką pamiętam, ale nade wszystko- jakie to piękne. Zacząłem od czytania cyklu, który znam najmniej; kiedyś zajęty czymś innym i nie mając czasu zaniedbałem go; jest to cykl królewski. Przeczytałem już Ryszarda II, Henryka IV i połowę Henryka V. Czytam nie myśląc o tym, czy idee ludzi tamtych czasów są takie same jak nasze i co by się stało, gdyby porównać je z poglądami republikanów, socjalistów, itd. Ale
Autoportret Fabritius (uczeń Rembrandta)
podobnie, jak u pewnych powieściopisarzy współczesnych, najbardziej wzruszające u Szekspira jest to, że głosy tych ludzi, które dochodzą do nas po wiekach, nie wydają nam się nieznane. Tyle w tym życia, że mam wrażenie, jakbym ich znał i widział wszystko. I to jeszcze, co jeden Rembrandt ma wśród malarzy, ma także Szekspir; czułość w spojrzeniu, którą widzimy w Pielgrzymach z Emmaus, w Żydowskiej narzeczonej, w dziwnej postaci anioła na płótnie, które miałeś szczęście widzieć- ta wstrząsająca czułość, ta nieskończona nadludzka, a tak naturalna. (Str. 460 Listów) Muszę wrócić do Szekspira. Ostatnio jakoś wszystko popycha mnie do Szekspira; i Vincent i Dąbrowska i ten nowo (już prawie) wybudowany teatr szekspirowski, w którym we wrześniu odbędzie się pierwsze przedstawienie i niedawno obejrzane miniatury z Szekspira i planowane amatorskie przedstawienie Snu nocy letniej i czytane ostatnio Poskromienie złośnicy.
Z literatury rosyjskiej wspomina Tołstoja i Turgieniewa.
Zdaje się, że w książce Moja religia Tołstoj daje do zrozumienia, że jakkolwiek ma się rzecz z krwawą rewolucją, istnieje również intymna i utajona rewolucja w sercach ludzi, z której narodzi się nowa religia lub raczej coś zupełnie nowego, co nie będzie miało imienia, ale będzie miało tę moc pocieszania i czynienia życia znośnym, jak kiedyś religia chrześcijańska. Przypuszczam, że ta książka jest bardzo interesująca, w końcu ludzie będą mieli dość cynizmu i blagi i zechcą żyć bardziej muzycznie. (Str. 378 Listów)
W  Rijksmuseum  (w tle Syndycy cechu sukienników)
































































































































Z opisu malarza rzecz przypomina mi trzecią część trylogii Zoli o miastach – Rzym.
Książka Tołstoja Moja religia została wydana po francusku już w 1885, ale nie natrafiłem na nią nigdy w żadnym katalogu. Wydaje się, że Tołstoj nie bardzo wierzy w zmartwychwstanie czy to ciała czy duszy. Zwłaszcza nie bardzo wierzy w niebo, toteż roztrząsa zagadnienia niczym nihilista, ale w pewnym sensie w przeciwieństwie do nihilistów- przywiązuje wielkie znaczenie do czynienia dobrze tego, co się czyni, ponieważ prawdopodobnie ma się tylko to. (Str. 381Listów)
Nie znam jeszcze książek Turgieniewa, ale niedawno czytałem jego życiorys, który bardzo mnie zainteresował. Turgieniew ma wiele wspólnego z Daudetem, obaj chętnie posługują się modelami, stwarzając z 5 czy 6 modeli jakiś jeden, wspólny typ. (Str.305 Listów)
No cóż, mogę jedynie powiedzieć, iż ja także nie znam książek Turgieniewa. 
Zdjęcia: pierwsze i ostatnie mojego autorstwa z Rijksmuseum w Amsterdamie, pozostałe z Wikipedii.

czwartek, 17 lipca 2014

Co czytał Van Gogh (część 1)


Słoneczniki z Muzeum w Amsterdamie
Van Gogha znamy jako malarza postimpresjonistycznego, twórcę takich dzieł, jak Słoneczniki, Autoportrety, Gwieździsta noc czy Taras kawiarni nocą. To tylko te najbardziej znane tytuły. Niemal każdy słyszał o kłótni z Gaughinem i obciętym uchu. Ale kto wie o tym, iż Vincent bardzo lubił czytać. W Listach do brata pada wiele nazwisk autorów, znanych i tych, którzy odeszli w zapomnienie, bądź znani są jedynie wąskiemu gronu specjalistów. Vincent zaczytywał się głównie powieściami Zoli, Hugo, czytał Maupassanta, ale czytał także literaturę angielską (zachwyt wzbudził Szekspir, nie pogardził Dickensem, a także literaturą, stworzoną przez panie; Austin, Bronte Cherlotte) czy literaturę rosyjską (tu przeważa Tołstoj).
Opinie Vincenta podobają ogromnie mi się podobają, bo są pełnie autentycznego zachwytu, szczerości, nie są podbudowane teorią, znawstwem, wykształceniem, odbierał literaturę sercem, intuicją. Często odbierał ją poprzez porównanie z malarstwem.
W dzisiejszym wpisie skoncentruję się na literaturze francuskiej.
Zacznę od mniej znanego autora Julesa Micheleta, na którego książki powoływał się w listach wielokrotnie pełen zachwytu dla dzieł tego pisarza i filozofa. Michelet był autorem kilkunastotomowej historii Francji i twórcą „białej” legendy Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Co ciekawe był też sympatykiem i obrońcą Polski (autorem takich dzieł, jak Kościuszko, legenda demokratyczna, Pologne et Russie oraz La Pologne Martyce) a także zwolennikiem integracji europejskiej. Zacząłem więc studiować książki, które znajdowały się w moim
Autoportret w Muzeum w Amsterdamie
zasięgu - Biblię, Histoire de la Revolution Micheleta, a potem, ostatniej zimy, Szekspira, trochę Wiktora Hugo i Dickensa, Beecher-Stowe, ostatnio Ajschylosa i wielu innych, mniej klasycznych, wielkich małych mistrzów
. (str. 87 Listów)
Jak ciężko jest czytać, kiedy w domu czytanie uznaje się za dziwactwo. Ojciec - pastor uznawał jedną tylko książkę, a była nią Biblia.
Gdy ojciec widzi mnie z francuską książką, w ręku, z Micheletem, lub Wiktorem Hugo, zaraz myśli o podpalaczach, mordercach i „nieobyczajności”: to jest naprawdę zbyt głupie, więc rozumie się samo przez się, że nie daję się zwodzić na manowce tego rodzaju gadaniną. Nieraz mówiłem ojcu, żeby przeczytał choć kilka stron takiej książki, a na pewno się wzruszy, ale on z uporem odmawiał. Gdy ta moja miłość zakorzeniła się w moim sercu, wtedy czytałem po raz drugi książki Micheleta L`Amour i La Femme i pod ich wpływem zacząłem nareszcie rozumieć wiele rzeczy, które dotąd były dla mnie zagadką. Raz powiedziałem ojcu wprost, że więcej wagi przywiązuję do rad Micheleta niż do rad własnego ojca, gdyby już mi przyszło wybierać kogo mam posłuchać. Wtedy przypomnieli mi historię stryjecznego dziadka, który zwariował pod wpływem francuskich idei i w końcu się rozpił. (str. 126 Listów) Myślę, że dla paru co najmniej osób zabrzmi ten cytat znajomo.
Kolejny autoportret z Muzeum w Amsterdamie
Vincent widzi sporo analogii pomiędzy malowaniem a pisaniem, a także pomiędzy oglądaniem obrazów, a czytaniem książek.
Byłoby więc nieporozumieniem, gdybyś trwał w przekonaniu, że coraz mniej na przykład obchodzi mnie Rembrandt, Millet, Delacroix czy cokolwiek innego, jest bowiem przeciwnie; rzecz jedynie w tym, że w wiele rzeczy trzeba wierzyć i wiele kochać - jest coś z Rembrandta w Szekspirze i z Corregia w Michelecie, i z Delacroix w Victorze Hugo, i jest Rembrandt w Ewangelii i Ewangelia w Rembrandcie, to właściwie wychodzi na jedno, pod warunkiem, że dobrze rozumiemy, o co chodzi, i chcemy patrzeć na rzecz z właściwej strony, zdając sobie sprawę z ekwiwalencji porównań, które nie mają na celu pomniejszenia zasług oryginalnych osobowości. […] Jeśli możesz więc przebaczyć mi zgłębianie obrazów, musisz się też zgodzić, że miłość do książek jest tak samo święta jak miłość do Rembrandta, i myślę nawet, że oba uczucia się uzupełniają.
Z czytaniem książki jest tak, jak z oglądaniem obrazów; trzeba bez wahania, bez wątpliwości, spontanicznie i z pełną świadomością znaleźć piękno tam, gdzie ono jest naprawdę. Stopniowo staram się uporządkować moje książki; przeczytałem zbyt wiele, żeby zarzucić dalszą systematyczną lekturę. Chciałbym przynajmniej trochę śledzić literaturę współczesną
…. Jeżeli Stracone złudzenia Balzaka są dla ciebie zbyt długie (dwa tomy), zacznij od jednotomowego Ojca Goriot. Ledwie zaczniesz czytać książki Balzaka, zobaczysz, wszystko inne pójdzie w kąt, nie na darmo nadano Balzakowi przezwisko „weterynarza od chorób nieuleczalnych”. (str.104-105 Listów) Myślę, że gdyby Vincent miał możliwość słuchania muzyki dodałby i tę dziedzinę włączyłby w krąg swoich zainteresowań i uznał ich wzajemną korelację.
Czytam obecnie Lekarza wiejskiego Balzaca, bardzo piękne, jest tam kobieta, nie szalona, ale zbyt wrażliwa, czarująca, przyślę ci to, jak skończę. (str. 445 Listów)
Jego opinie o pisarzach i książkach są króciutkie i często zazębiają się o opinie na temat innych pisarzy i innych książek, ale wskazują na spore oczytanie malarza i jego zainteresowanie literaturą.
Czy czytałeś nową książkę Guy de Maupassanta Mocny, jak
Kolejny amsterdamski autoportret
śmierć
? O co tam chodzi? Z lektur tego rodzaju czytałem ostatnio Marzenie Zoli; uważam, że bardzo piękna jest postać kobiety, hafciarki i opis złotego haftu. Bo to jest jak gdyby problem koloru: różnych żółci, czystych i złamanych. Mężczyzna wydaje mi się mało żywy i wielka katedra także napawa mnie melancholią. Tylko tło liliowe i niebiesko czarne wydobywa jasną postać.
(str. 455 Listów) Te różne połączenia żółci, złota i lila jako żywo przypomina opis Żniwiarza.
Czytałem Piotra i Jana Guy de Maupassanta, to piękne, czy znasz wstęp wyjaśniający, że artysta ma prawo do przesady, do tworzenia w powieści świata piękniejszego, prostszego, bardziej pocieszającego? Dalej Maupassant cytuje powiedzenie Flauberta; talent to długa cierpliwość, a oryginalność to wysiłek woli i wytężona obserwacja. (str.324 Listów)
Najczęściej pojawiający się autorzy to i moi ulubieńcy Hugo i Zola.
Jestem ciągle pod wrażeniem książek Zoli. Jakże tam świetnie odmalowano paryskie hale targowe. (str. 210 Listów. Chodzi zapewne o Brzuch Paryża)
Przeczytałem dwie książki Zoli: Grzech księdza Mouret i Jego ekscelencja pan minister Rougon. Obie bardzo ładne. Cóż za szlachetna postać ten Pascal Rougon, lekarz występujący w wielu książkach Zoli, zawsze gdzieś na drugim planie. Może służyć za przykład, że chociaż jakaś rasa chyli się ku upadkowi, to jednak dzięki woli i zasadom zawsze może uniknąć katastrofy. Odkrył w swym zawodzie jakąś siłę, dzięki której mógł przezwyciężyć obciążenia odziedziczone po własnej rodzinie. Zamiast ulegać wrodzonym skłonnościom, znalazł prostą, jasną drogę. Nie pogrążył się w tym bagnie, w którym wszyscy inni Rougonowie znaleźli zgubę. On i Francoise z Brzucha Paryża to dla mnie najsympatyczniejsze postacie. (str. 212 Listów)
Żółty dom w Amsterdamskim Muzeum
Jakże piękne są książki Zoli! Często zwłaszcza wracam myślami do jego W matni. Powiedz, jak jest właściwie z twoją lekturą Balzaka? Ja skończyłem już Nędzników. Wiem, że Wiktor Hugo przeprowadza analizę zupełnie inaczej niż Balzac czy Zola, ale i on także potrafi dotrzeć do sedna rzeczy. (str. 230 Listów)
Przeczytałem Mes Hansie (Moje nienawiści) Zoli. Książka ta ma dużo zalet, chociaż w swoich ogólnych rozważaniach, moim zdaniem, Zola się myli. To jednak jest bardzo słuszne: Zwróćcie tylko uwagę; to, co się podoba publiczności, jest zawsze najbardziej banalne, jest czymś, co przywykliśmy widywać co roku. Ludzie przyzwyczaili się do takiej ckliwości i do tak pięknych kłamstw, że z całą stanowczością przeciwstawiają się teraz rzeczom silnym i prawdziwym”. (str. 234 Listów)
Przed chwilą otrzymałem Germinal i zaraz zabrałem się do czytania. Przeczytałem już 50 stron, cóż to za skapiała lektura! Ja także byłem tam kiedyś. 
Przeczytałem na nowo Wszystko dla pań Zoli i ta książka wydaje mi się coraz piękniejsza. (str. 330 Listów)
Książki Zoli będą nadal piękne i przetrwają, bo jest w nich życie. (str. 461 Listów)
No i czas na mojego ulubieńca.
Po książce Zoli zdobyłem się nareszcie na przeczytanie Roku dziewięćdziesiątego trzeciego Wiktora Hugo. Jest to zupełnie inna tematyka. Napisane jest, a raczej namalowane tak, jakby to robił Decamps czy Jules Dupre, z ekspresją, jaka cechuje Ary Scheffera w obrazach Płaczący i Krający płótno czy jego drugoplanowe postaci z obrazu Christus Consolator. Bardzo bym ci radził to przeczytać, jeżeli nie czytałeś, bo subtelność, z jaką ta książka jest napisana, jest dzisiaj coraz rzadsza, a wśród nowych utworów nie widzę naprawdę nic szlachetniejszego. (str. 218 Listów. Po takiej rekomendacji i ja przeczytać muszę)
Bardzo mi się podoba piękne powiedzenie Wiktora Hugo; „Religie
Chyba nie wymaga podpisu :) też w amsterdamskim muzeum
przemijają, ale Bóg pozostaje”.
(str. 221 Listów. Mnie także bardzo się owo powiedzenie podoba)
Przeczytałem Straszny rok Wiktora Hugo (chodzi chyba o Rok dziewięćdziesiąty trzeci, który Hugo nazywał strasznym, bo nie znalazłam w bibliografii powieści o takim tytule). Jest tu nadzieja, ale… nadzieja w gwiazdach. Uważam, że to prawdziwe i dobrze powiedziane, i piękne, zresztą w to wierzę. Ale nie zapominajmy, że ziemia jest również planetą, a więc gwiazdą, globem ziemskim. (str. 347 ListówWiktor Hugo powiedział: „Ponad rozsądkiem jest jeszcze sumienie”. Czujemy, że coś jest dobre i prawdziwe, chociaż na zdrowy rozum i zgodnie z wyrachowaniem wydaje nam się niezrozumiałe i zagmatwane. (str. 222 Listów)

Część druga lektur Van Gogha tu