Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2026

Tamara Łempicka Projekt artystka Kizette de Lempicka - Foxhall


Autoportret w zielonym bugatti (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)

Książka jest wydana niezwykle ładnie i dekoracyjnie. Kredowy papier, sztywna okładka z reprodukcją Portretu Iry P., wewnątrz duża ilość niezwykle kolorowych, wyrazistych zdjęć obrazów i czarno-białe fotografie z rodzinnych archiwów. Eleganckie wydanie przyciąga wzrok zupełnie jak obrazy z jej najlepszego twórczo okresu (lat dwudziestych i trzydziestych). Obrazy Tamary są nasycone barwami, połyskujące, z wyraźnymi konturami, dopracowane do ostatniego szczegółu. Jak sama twierdziła, nie cierpiała malarstwa rozmytego, nieczystego (a za takie uważała impresjonizm).


Koszyk winogron (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)


Malowanie wrażeń, impresji było jej obce, sama doceniała malarstwo ostre i czyste (wyraziste). „Cezanne narysował kilka jabłek, ale te jabłka były źle narysowane. A kolory- dlaczego to wszystko jest takie brudne? Gdy pojechałam do Włoch, we wszystkich muzeach ujrzałam obrazy namalowane w XV wieku przez Włochów. Uwielbiałam je. Pomyślałam; dlaczego mi się spodobały? Ponieważ były takie wyraźne, tak schludne. Kolory były wyraźne, czyste, impresjoniści malowali bardziej z wyobraźni niż z natury, nie malowali dobrze, nie dbali o technikę. Pomyślałam: ich malarstwo jest brudne. Nie jest precyzyjne. Pamiętaj o precyzji. Obraz musi być schludny i czysty” (str. 67). Swoje obrazy uważała za precyzyjne i skończone. I takie niewątpliwie były. Piękne, wycyzelowane, doprecyzowane, przykuwające uwagę. I choć podobają mi się ogromnie, mam wrażenie, że są trochę powierzchowne, na pokaz, niczym wyretuszowane zdjęcie celebrytki, ładne opakowanie, wystylizowana postać, sztuczność. Nawet ich zamyślenia są wyreżyserowane, dziś byłyby to wydęte usteczka i wysunięta nóżka. Może dlatego nie lubię zdjęć pozowanych. Nie ma w nich prawdy. One krzyczą patrzcie i podziwiajcie. I ja podziwiam.

Tamara kochała się w pozorach, w gestach, kreowała siebie na filmową gwiazdę, tak często zmieniała opowiadane historie, że trudno dziś wyłuskać, co z jej biografii jest prawdziwe, a co kolejną z wersji, które na różne potrzeby tworzyła.


Muzykantka (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Tamara, jaka wyłania się z kart książki jest postacią na pokaz, albo grała tak często, że nikt nie poznał prawdziwej Tamary, albo z powodu ciągłego kreowania własnego wizerunku sama uwierzyła w tę Tamarę, doskonałą, utalentowaną, którą nie obowiązują żadne reguły, czy normy. Jedno trzeba jej przyznać, była niezwykle pracowita i miała talent.

Jej obrazy są niezwykle dekoracyjne, jak sama nazwa wskazuje art. deco. Są wyrazem tęsknoty bycia perfekcyjnym, niezależnym, wolnym, niezwyciężonym. Jej kobiety są jak ze stali, ich ciała otulone zwiewnymi szatami pod spodem noszą zbroję. Nawet, jeśli ich wolność jest pozorna, bo wymagająca nieustannego bywania, pokazywania się, udawania.

Może łatwiej będzie zrozumieć Tamarę, kiedy uświadomi się otoczenie, w jakim żyła. Otarła się o rewolucję w Rosji, cena, jaką zapłaciła za uwolnienie męża z rosyjskiej niewoli była ceną, którą tylko kobieta może zapłacić, żyła w powojennej Europie, w której ludzie chcieli odreagować ciężkie czasy wojny i powojennej biedy, jednocześnie obawiając się kolejnej wojny. Stąd zapewne ta ucieczka od rzeczywistości w świat ułudy i pozorów.


Dziewczyna w rękawiczkach (wystawa w MNK 2022 r.)

Artyści … żyli tak, jakby istnieli w dziele sztuki i tworzyli dzieła sztuki, o tym, jak żyli. Rezultatem było życie, pełne póz, w którym bawili się formami, podbijali stawkę, każdym gestem, każdą kupowaną kreacją, każdym wydanym przyjęciem, każdym romansem, każdą książką, którą napisali, każdym namalowanym portretem. Napełniała ich czysta energia, przeciwstawiali się czasowi i historii, próbując wykorzystać swoją sztukę do wykreowania chwili, doświadczeń, aby stała się ponadczasowym wyrazem ich epoki. Krótko mówiąc żyli niebezpiecznie- tak, jak wyobrażano sobie, że żyje kobieta ze słynnego autoportretu Łempickiej, znanego pod tytułem Autoportret w zielonym bugatti” (str. 88).

Nie na darmo nazywano ich straconym pokoleniem.

Książkę odbieram tak jak samą malarkę, jako piękną okładkę z kolorowymi ilustracjami, spośród których trudno dostrzec bohaterkę. Nie dowiedziałam się z niej wiele nowego, ponad to co już wiedziałam z wcześniejszych lektur.

Autorką jest córka Kizette - dlatego najciekawszy jest wątek dotyczący wzajemnych relacji córki z matką. Od dzieciństwa była jedynie dekoracyjnym dodatkiem dla kariery Tamary. Miała się dobrze komponować na zdjęciach z matką, ona anielsko niewinna, dziecięca i mama wytworna, elegancka, wyzywająca. Miała grać jej młodszą siostrę. Potem przez lata niepotrzebna; oddana pod opiekę babki, opiekunki, czy szkół. Na starość miała być uległą pomocnicą, służącą, sekretarką, szoferem, pielęgniarką, zrezygnować z rodziny, z siebie, aby poświęcić się zaspakajaniu zachcianek matki.

Przyznam, że o ile mało mnie wzruszało życie Tamary, jej liczne romanse, kochankowie, czy kochanki, złe traktowanie ludzi, o tyle terroryzowanie córki jest dla mnie nie do wybaczenia.


Kobieta z gołębiem (Konstancin Jeziorna Vila La Fleur)

Czy książkę warto przeczytać? Tak, jeśli ktoś interesuje się sztuką, Tamarą, art. deco, a nie czytał nic wcześniej na ten temat. Jeśli zna się biografię warto książkę obejrzeć z uwagi na doskonałą jakość ilustracji (część dotyczy obrazów znajdujących się w prywatnych zbiorach) i dużą ilość zdjęć archiwalnych. Czytanie niewiele wniesie nowego do stanu wiedzy na temat malarki.

No może jedynie taka refleksja, mnie naszła, że choć Kizette starała się zachować obiektywizm i pisząc w trzeciej osobie pisała, że mimo wszystko bardzo była przywiązana do matki i nie potrafiła bez niej żyć, podziwiała ją i dla niej chciałaby przechować pamięć o malarce - to może książka została napisana dla opisanej poniżej historii (jako swego rodzaju mała zemsta na matce)

Potrzeba dominowania nad otoczeniem rosła do rozmiarów obsesji, w miarę jak coraz bardziej traciła kontrolę nad zdolnością do malowania. …Mąż Kizette zachorował śmiertelnie na raka płuc i Kizette nie mogła już sobie pozwolić na priorytetowe traktowanie żądań matki, które stawały się coraz bardziej nieracjonalne. Tamara poinformowała Kizette o zmianie testamentu. Zapisała w nim, iż Kizette musi być z nią w ostatnich chwilach jej życia, aby w ogóle otrzymać coś z jej majątku. Wydzwaniała z Meksyku do Kizette, żądając informacji, dlaczego jej jedyna córka ją zaniedbuje. Gdy Kizette była w szpitalu, Tamara telefonowała do pokoju Foxy`ego (umierającego zięcia). Mówiła, że tego nie rozumie. Również była chora. Ona także potrzebowała opieki. „Skoro twój mąż jest w szpitalu’ -powiedziała Tamara- „wynajmij pielęgniarkę do opieki nad nim i przyjedź do mnie na trzy dni” (str. 169-170).

Przyznam się, że gdyby tak było nie miałabym Kizette tego za złe (od miłości do nienawiści droga jest całkiem bliska).

Kobieta w polskim stroju ludowym (wystawa na Zamku w Lublinie 2022 r.)


Zdjęcia wybrałam nieco tendencyjnie (te bardzo dekoracyjne) pomijając takie, jak Starzec, Matka przełożona, Żebrak z mandoliną, Uchodźcy czy mój ulubiony Ucieczka (jako wyjątki potwierdzające regułę)

sobota, 7 lutego 2026

Tratwa z pomarańczami Maciej Hen (wspomnienia z dzieciństwa autora przeplatane moimi)


Bardzo lubię prozę Józefa Hena, natomiast twórczości  Macieja nie miałam okazji poznać. Często śmiejemy się ze znajomymi próbując określać panów seniorem i juniorem, przy czym junior ma lat ponad siedemdziesiąt. Tratwa z pomarańczami to taka wspomnieniowa książka dotycząca najwcześniejszego okresu życia pisarza.
Lata dzieciństwa i wczesnej młodości autora nie do końca pokrywają się z moimi (jednak te osiem lat różnicy to nie tak wiele, aby nasze wspomnienia były skrajnie różne). Zawsze z ciekawością czyta się o zdarzeniach znanych, z jeszcze większą, o tych których nie doświadczyło się samemu. Momentami jednak można dziękować opatrzności, iż nie doświadczyło się tego, co było udziałem autora - ostracyzmu (w tym przypadku wynikającego z żydowskiego pochodzenia). Takie książki mają tę cechę, iż wywołują falę wspomnień na temat własnych zapamiętanych fragmentów zdarzeń,  przedmiotów, które miały dla nas znaczenie, potraw, których smaku nie zapomnieliśmy, czy psot, których się dopuściliśmy, a także dawno zapomnianych krewnych majaczących w pamięci.

„Jednak głównym celem naszych wycieczek wzdłuż Dąbrowskiego były Delikatesy na rogu alei Niepodległości, których nazwę tata objaśniał mi wciąż na nowo, za każdym razem przywołując przedwojenne powiedzonko: „mydło, powidło i inne delikatesy”. Kiedy się tam wchodziło, natychmiast uderzał w nozdrza przyjemny aromat kawy mielonej na miejscu w wielkim elektrycznym młynku z przezroczystym kielichem pełnym ziaren osuwających się z wolna w głąb mechanizmu. Stawaliśmy w kolejce po różne frykasy; krojoną w plastry faszerowaną gęś, cukierki kukułki, kilka plasterków salami albo wędzonego łososia, a czasem parę deko chleba świętojańskiego, który nie był żadnym chlebem, tylko garścią suchych strąków śliwkowego koloru, z brunatnymi fasolkami w środku, dającymi się gryźć i mających słodkawy smak. Raz kiedy byłem z tatą w Delikatesach, jemu aż oczy zabłysły na widok wystawionych tego dnia konserw z ukośnym napisem Karp na czerwonym tle. Tata kupił kilka puszek i zaraz po przyjściu do domu bez słowa jedną z nich otworzył, zawartość przeniósł delikatnie na talerzyk, z chytrą miną postawił przed mamą- i czekał na jej reakcję. …. Nawet dobre-orzekła po chwili, na co tata rozpromienił się triumfalnie” (str. 50-51)

Tu jednak, albo odmienność miejsc zamieszkania, albo owe osiem lat różnicy sprawiło, iż ze wspominanych wiktuałów znałam w okresie dzieciństwa jedynie kukułki. Faszerowanej gęsi nie jadłam nigdy, salami poznałam dopiero w latach osiemdziesiątych w czasie wycieczki na Węgry, wędzony czy świeży łosoś zaczął bywać u nas jeszcze później, mimo, iż mieszkaliśmy całe życie na wybrzeżu, a o chlebie świętojańskim w takiej wersji, jak opisuje go autor słyszę po raz pierwszy. Konserwy rybne bywały, ale w postaci szprotek, makreli bądź śledzi w sosie pomidorowym czy oleju.

Na początku autor zastanawia się co było najstarszym z jego wspomnień. „szczerze mówiąc, nie mam co do tego całkowitej pewności, bo kiedy usiłuję sobie coś przypomnieć z tego najwcześniejszego dzieciństwa, majaczą mi przed powiekami tylko jakieś ciemne, niewyraźne kształty. A wtedy wyobraźnia sprytnie podsuwa zapach gotowanego przez mamę krupniku z mięsem z kury, fasolą i suszonymi grzybami albo dobiegające gdzieś z drugiego pokoju trajkotanie mojej starszej siostry Madzi i stukot taty maszyny do pisania.” (str. 9).

Kiedy myślę o swoim najwcześniejszym wspomnieniu pamięć podsuwa mi taki obraz, jest sobota, dzień pastowania podłogi, dywan zwinięty leży na stole, rodzice na klęczkach szorują podłogę, a ja siedzę cichutko pod stołem i oglądam film. Cichutko, aby rodzice się nie zorientowali, bo być może nie pozwolili by mi go obejrzeć. Były dwa rodzaje filmów, których nie wolno mi było oglądać (te z przemocą i te z golizną. I chyba do dziś został mi jakiś awers co do tego rodzaju scen, zwłaszcza w teatrze ich nie lubię). Film opowiadał o dziadku i wnuczku, którzy w wyniku wypadku autobusu trafiają na Sąd Ostateczny, a tam oglądają na ekranie swoje złe uczynki, Trzeba osądzić, kto trafi do piekła, a kto do nieba. Sprawdziłam, iż film nazywał się Piekło i niebo i powstał w roku 1966. Miałam wówczas trzy lata, ale chyba oglądałam go ze dwa, może trzy lata później. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To, że chłopczyk sądzony był za zjedzenie kiełbasy w piątek i za to miał zostać ukarany (czy został nie jestem pewna, bo o wiele ważniejsze było dla mnie to, że tak błahe przewinienie było w ogóle rozpatrywane na sądzie ostatecznym. Było to tak niesprawiedliwe, a ja film utożsamiłam z religią, która każe niewinne dzieci za takie głupstwo. Swoją drogą, czy dziś ktoś jeszcze przestrzega postu w piątki - nie wiem, nie mam w swoim otoczeniu gorliwych katolików. Czy to jest jeszcze naruszeniem kościelnych reguł? Rodzice nieświadomi wpływu telewizji na ich pierworodną nieletnią córeczkę w najlepsze froterowali podłogę filcowymi szmatami pod stopami. Zapach pasty do podłogi tak mi się wówczas podobał, ponieważ kojarzył się z poczuciem bezpieczeństwa, z domem, sobotą – dniem, w którym tata był w domu. A w filmie grała cała plejada wspaniałych aktorów. Swoją drogą chętnie bym go dziś obejrzała.

Maciej nie był narażony na wpływ telewizji na światopogląd, bowiem tata nie wyraził zgody na zakup telewizora. W domu za to było dużo prasy i to obcojęzycznej, mieli zatem szersze pole widzenia i ojciec i syn, jak troszkę dorósł. W domu (jak to w domu pisarza) było sporo książek, a młody Maciek sięgał po literaturę nie zawsze adekwatną do swojego wieku. Zanim jeszcze poszedł do szkoły czytał Szekspira Sen nocy letniej czy Wesołe kumoszki z Windsoru. Ja zaś kiedy nauczyłam się czytać przeżywałam katusze w związku z czytaniem na czas (wprowadzono taki eksperyment, kiedy byłam bodajże w drugiej klasie- liczono ile słów przeczyta dziecko w ciągu trzech minut. Pamiętam traumę wynikającą z tego, że wzorowa uczennica nagle dostała tróję za zbyt wolne czytanie. A moją lekturą były wówczas Na jagody, czy Bajka o sierotce Marysi. Płynnie czytać zaczęłam w okolicy trzeciej klasy podstawówki, a za Szekspira zabrałam się dopiero w ósmej klasie.

Autor pisze o tajnym znaczeniu pierwszej litery drugiego imienia członków rodziny. Dla mnie przez wiele lat takim tajnym znakiem była liczba czterdzieści i cztery. Wówczas wszyscy moi koledzy i koleżanki doskonale wiedzieli, co oznacza owo czterdzieści i cztery, była w tym jakaś magia, poczucie jedności niedostępnej tym, którzy nie znali znaczenia liczby. Coś co nas wyróżniało, wiara w martyrologię, jako naznaczenie wybranych. Dziś niewiarygodne, jak niewiele osób z niższym ode mnie peselem wie, co oznacza liczba 40 i 4

W kulturze kamuflażu, którą przesiąkli moi rodzice, taka jedna literka M czy S wystarczała dla zaspokojenia potrzeby zachowania pamięci. Po swoim pierwszym ślubie postanowiłem urzędowo potwierdzić to, że wszyscy znają mnie, jako Maćka, ale chcąc jednak zachować sobie tego Mariana jako drugie imię, bez zastanowienia pozbyłem się dotychczasowego drugiego – Ryszard- które wydawało mi się zupełnie nieistotnym dodatkiem. I okazało się, że sprawiłem tym przykrość tacie, który dowiedziawszy się o zmianie już po fakcie, zdradził mi, że ten Ryszard miał upamiętnić jego ojca, Rubina. (str. 103). Swoją drogę – czy ktoś dziś używa drugiego imienia, pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu podawało się w urzędowych dokumentach, dziś coraz rzadziej. Mam co prawda drugie imię w dowodzie, ale już w rozliczeniach podatkowych ich brak. A pamiętam jak mocno zastanawiałam się nad trzecim imieniem przyjmowanym podczas bierzmowania. Wtedy było dla mnie istotne, a dziś gdyby nie było imieniem mojej siostry nie pamiętałabym go wcale.

Wiele podobieństw we wspomnieniach i jedna zasadnicza różnica - pochodzenie, które u pana Macieja determinowało wiele, znosić musiał wiele nieprzyjemności, a jako chłopak wiele razy obrywał od chłopców, którzy tak wówczas, jak i dziś uważali (uważają) się za prawdziwych patriotów.

Dobrze się to czytało i miło przy okazji wspominało własne doświadczenia z czasów dzieciństwa. Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

niedziela, 22 grudnia 2024

Madonna znika pod szklanką kawy Włodzimierz Kalicki i Monika Kuhnke plus świąteczne życzenia

Madonna pod jodłami Cranach (wystawa na Wawelu 2021 r.)

Kilka razy wspominałam na tym blogu książkę Na ratunek Italii (o ratowaniu dzieł sztuki podczas wojny).

Historia ratowania rodzimych dzieł sztuki opisana w książce Sztuka zagrabiona tom 2 Madonna znika pod szklanką kawy jest historią bardziej rozciągniętą w czasie, gdyż dotyczy poszukiwań zagrabionych dzieł sztuki, które nie trafiły do repozytoriów na terenie Austrii czy Niemiec, a znalazły się w rękach prywatnych kolekcjonerów, bądź państwowych galerii sztuki za granicą kraju, z wcześniej zrabowanych transportów czy magazynów. Wydaje się, iż o wiele łatwiej było odkryć ogromne repozytoria z dziełami sztuki (jak to miało miejsce w przypadku dzieł, o których opowiada książka Na ratunek Italii) niż śledzić losy poszczególnych dzieł z rozparcelowanych kolekcji.
Książka przedstawia mrówcze działania podejmowane przez polskich obrońców dzieł sztuki, którzy prowadzą drobiazgowe śledztwa w celu odnalezienia a następnie odzyskania zagrabionych dzieł.

Jak się okazuje samo odnalezienie dzieła – jakże często będące dziełem przypadku; w czym pomocą służy internet i informacje zamieszczane na stronach Domów Aukcyjnych, to dopiero początek prowadzonych działań. Potem należy dowieść, że dzieło należało do zbiorów polskich galerii narodowych, czy też prywatnych posiadaczy. Dopiero później ruszała cała skomplikowana machina prawnicza (batalie sądowe trwające miesiącami, a nawet latami), nierzadko też potrzeba sporej ilości środków, aby je odkupić. Tak, odkupić coś co należało do dziedzictwa kulturowego naszego kraju należało na nowo zakupić. 

W książce przedstawiono nie tylko sam proces odzyskiwania dzieł sztuk, choć on niewątpliwie jest tu najważniejszy, ale i historię owych obrazów, figurek, dewocjonaliów, to w jaki sposób powstały, bądź zostały nabyte przez pierwszego i kolejnych właścicieli.

Książkę rozpoczyna historia Chłopca ze snopkiem na głowie Aleksandra Gierymskiego. To, że miałam przyjemność oglądać obraz we Wrocławskim Muzeum Narodowym niewątpliwie wpłynęło na bardziej emocjonalny odbiór tej historii.

Książkę czyta się jak scenariusz sensacyjnego filmu. Autorzy przeprowadzają dochodzenie w celu odtworzenia drogi, jaką odbył obraz od momentu powstania w Bronowicach (przynajmniej w części szkicu) do Wrocławskiego Muzeum (poprzez Kraków, Wiedeń, Wilno – wystawy, Gieronomy i Santa Catarina - miejsca zamieszkania marszanda i kolekcjonera -pierwszego właściciela Chłopca, Wiedeń i Warszawę - miejsca zamieszkania kolejnego z właścicieli Chłopca).
Chłopiec ze snopkiem na głowie MNW (2021 r.)

Pani Monika Kuhnke (współautorka książki) jest historykiem sztuki i od lat zajmuje się problematyką polskich strat wojennych, zatem kiedy widzi w internetowym katalogu Domu Aukcyjnego obraz chłopca ze snopem zboża na głowie rozpoczyna się śledztwo. Jest rok 2004 r. A to już prawie finał historii, która rozpoczęła się pod koniec XIX wieku w w podkrakowskich Bronowicach. Tam, gdzie miało miejsce najsłynniejsze z polskich wesel. To tutaj na zaproszenie Włodzimierza Tetmajera (malarza i poety) przyjechał Aleksander Gierymski.
O ile dość dobrze znany jest nabywca Chłopca Ignacy Korwin Milewski o tyle już kolejny właściciel pozostaje enigmą. Znany z nazwiska dr. Henryk Aszkenazy nie pozostawił po sobie żadnego portretu, ani żadnej informacji charakteryzującej jego osobę.

Podziwiam zacięcie z jakim autorzy prześledzili losy obrazu wykorzystując do tego archiwalne dokumenty muzeów w Polsce, Niemczech, Austrii, Ameryce, listy akcjonariuszy przedwojennych banków, listy lokatorów warszawskich kamienic, książki telefoniczne, zbiory archiwów narodowych itp., itd. Jak z małego skrawka papieru z kilkoma zaledwie wyrazami udaje się powiązać portretowaną przez malarza cesarzy i monarchów żonę kolekcjonera sztuki.
Szczególnie zainteresował mnie rozdział trzeci dotyczący odnalezienia obrazu Leona Wyczółkowskiego W pracowni artysty zwany też Żałobnicą. Po raz kolejny możemy docenić zalety internetu, gdy na stronach Domu aukcyjnego pojawia się informacja o wystawieniu na sprzedaż obrazu, który figuruje wśród zaginionych dzieł sztuki co daje sygnał osobom śledzącym losy zaginionego dziedzictwa kulturowego do działania.
Zaginione dzieło Stryowskiego Żydzi modlący się nad Radunią ze strony

Pani Anna Tyczyńska z Muzeum Narodowego w Warszawie, która widzi informację a także zdjęcie mającego podlegać licytacji obrazu zna go jedynie z opisu. Nie zachowało się bowiem żadne zdjęcie obrazu. Wie, że należałoby zablokować licytację do czasu zbadania, czy obraz nie należy do skradzionych podczas wojny obrazów z kolekcji Muzeum. Polskie władze są jednak ostrożne po mającej kilka lat wcześniej aferze z innym obrazem. Sprawa dotyczyła obrazu Wilhelma Stryowskiego Taschlich Żydzi modlący się w Nowy Rok przy młynie nad Radunią.
Wówczas wniosek o wstrzymanie licytacji należącego (jak byli przekonani wnioskodawcy) wcześniej do zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku obrazu Stryowskiego i podjęte działania doprowadziły nieomal do konieczności zapłaty ogromnego odszkodowania przez władze polskie. Okazało się bowiem, iż licytowany obraz był identycznym, ale nie tożsamym z tym należącym wcześniej do Muzeum Gdańskiego. Stryjowski namalował kopię obrazu uzyskawszy zamówienie od kupca z Niemiec.

Owe zawirowania spowodowały, że tym razem nie podjęto stanowczych kroków w celu odzyskania dzieła, które jak się okazało było autentycznym dziełem Leona Wyczółkowskiego skradzionym podczas wojny. A przeprowadzona w Niemczech licytacja obrazu, co do którego władze polskie nie zgłosiły stanowczych praw potwierdziła prawa nowego właściciela do dysponowania obrazem.

Kilkanaście miesięcy później pojawia się propozycja odsprzedaży obrazu złożona polskiemu antykwariuszowi. Prezes Domu Aukcyjnego w Warszawie dowiadując się o tej możliwości wpada na pomysł zakupu obrazu przez sponsora i podarowania go Muzeum. Takie działanie mogło by przynieść spore korzyści marketingowe zaczynającego wówczas swą działalność Domu Aukcyjnego Desa Unicum, ale w związku ze skomplikowaną sytuacją prawną należało sprawę przeprowadzić bardzo delikatnie, w absolutnej tajemnicy i pod warunkiem, iż Muzeum Narodowe przyjmie ten dar, a obraz natychmiast po przekroczeniu granicy zostanie przekazany do muzeum. W przeciwnym razie zarząd Domu Aukcyjnego mógł być posądzony o paserstwo.
Nie znalazłam krucyfiksu o którym mowa w książce w moich zbiorach, ale znalazłam dwie plakietki z kolekcji Czartoryskich z Limogenes. Zdjęcia tego nie oddają, ale w rzeczywistości wyglądają przepięknie a pochodzą z XVI wieku (są to pokryte emalią błyszczące jakby kafelki)

I tak tak poświęciwszy sporo energii na znalezienie sponsora, który wyłoży ogromną sumę na zakup obrazu, dokonawszy jego nielegalnego przewiezienia przez granicę (i znowu jak z filmu, kiedy trzech poważnych panów przewozi w reklamówce pięćdziesiąt tysięcy euro dla niepoznaki upijając się w Warsie sporą dawką alkoholu a następnie tego samego dnia przewozi owinięty w folię i niedbale wrzucony pod stolikiem Warsu obraz kontynuując degustację napojów wyskokowych dla osłabienia czujności celników. A na końcu nieomal zapominając obraz zabrać z wagonu restauracyjnego) obraz trafia do prawowitego właściciela. Przekazanie obrazu Muzeum miało miejsce w 2011 roku.

Jeszcze ciekawsza jest historia najsłynniejszego obrazu ze zbiorów europejskich znajdującego się w Polsce (zaraz po Damie z łasiczką Leonarda da Vinci). Rzecz dotyczy Madonny pod jodłami Lucasa Cranacha. Pisałam trochę o historii obrazu we wpisie dotyczącym wystawy obrazu na Wawelu w 2021 r. Jest ona naprawdę pasjonująca, a sam tytuł książki jest z nim związany. Nie będę tutaj zdradzała, co on oznacza, gdyż przyznam, że i mnie mocno zaintrygował, jakim cudem Madonna mogła zniknąć pod szklanką kawy.

Każdy rozdział poświęcony czy to bardziej rozpoznawalnemu dziełu sztuki (jak Chłopiec ze snopkiem Gierymskiego, czy Madonna pod jodłami Cranacha) czy to mniej powszechnie znanym dziełom sztuki (jak XII wiecznym wyrobom z Limogenes z kolekcji Czartoryskich, czy XV wiecznej figurce królowej Polskiego Morza z kościoła w Swarzewie) to niezwykle interesująca historia.

Dziś oglądając dzieła sztuki w galeriach czy świątyniach często nie myślimy o tym, jak daleką przeszły drogę, aby znaleźć się tu, gdzie finalnie trafiły, ile poświęcenia wymagało ich ratowanie i ile wysiłku i pomysłowości włożono w ich zagrabienie czy też odzyskanie.

Odkąd przeczytałam tę książkę baczniej przyglądam się informacjom zamieszczonym przy dziełach znajdującym się w galeriach sztuki.
Taką informację znalazłam przy poniższym obrazie


Wnętrze katedry w Mediolanie Marcin Zalewski - malarz XIX wieczny

Pierwszy tom Sztuki zagrabionej Uprowadzenie Madonny jest dziś nie do dostania. Na allegro osiąga zaporowe ceny. Kto zainteresowany historią sztuki polecam tom II Madonna znika pod szklanką kawy.

Zaginięcie obrazów najczęściej kojarzymy z nadzwyczajnymi wydarzeniami jak wojny, powodzie czy rabunki. Zdarza się jednak, iż obrazy giną w niewyjaśnionych okolicznościach w czasach pokoju. Będąc ostatnio na wystawie prac Józefa Chełmońskiego w MNW miałam okazję oglądać niezwykle urokliwy obrazek Matula są. Obraz wystawiony po raz pierwszy w Warszawskiej Zachęcie w 1871 r., zaginął na wiele lat. Potem pojawił się w prywatnej kolekcji i był w niej do 1986 r., aby ponownie zaginąć. Jeszcze w 2023 r. obraz znajdował się na liście dzieł zaginionych, których poszukiwało Warszawskie Muzeum Narodowe. 
Matula są Chełmoński MNW - wystawa obrazów Chełmońskiego

Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny. 

Nie wiem czy zdążę zamieścić wpis przed świętami (wątpliwe to z powodu niewielkiej ilości czasu połączonej z infekcją gardła i trzema dniami w łóżku) a zatem wykorzystując kolejne dzieło z kolekcji emalii w Limogenes 

Plakietka ze sceną Bożego Narodzenia (wiek XVI)


Życzę wszystkim 
Spokojnych, Pogodnych i Zdrowych 
(bez żadnych infekcji i innych paskudztw) 
Świąt Bożego 
Narodzenia
w dobrej atmosferze
(z rodziną, bliskimi lub samym sobą- jak kto lubi)



 

środa, 1 maja 2024

Kowalska ta od Dąbrowskiej Sylwia Chwedorczuk

Anna
Anna Kowalska była niezłą pisarką, autorką dziennika, animatorką życia kulturalno-społecznego, świetnie znała języki obce, była kobietą o postępowych poglądach, żoną i matką. A mimo to w pamięci potomnych pozostała głównie, jako partnerka Marii Dąbrowskiej. I chociaż tytuł biografii napisanej przez Sylwię Chwedorczuk nawiązuje do relacji obu pisarek autorka przywraca Annie należne miejsce w historii literatury.
Od dzieciństwa była Anna (masywna postać nie pozwala nazwać jej Anią) indywidualistką. Wychodząc za mąż sprecyzowała swoje oczekiwania; nie chciała być kurą domową, gosposią, kucharką, panią od robienia zakupów i sprzątania, chciała poznawać świat i ludzi, opisywać swe spostrzeżenia, chciała się rozwijać twórczo. 
W tamtych czasach była to odważna deklaracja, zwłaszcza wobec starszego o dziesięć lat małżonka, Jerzego Kowalskiego, profesora Uniwersytetu Lwowskiego. Na szczęście mąż rozumiał i podzielał poglądy żony. Początek związku przedstawiał się niczym sielanka; podobne doświadczenia samotnego dojrzewania, wspólne podróże i plany. Pierwszy wspólny dom zapełnia się gośćmi. Kowalscy prowadzą bujne życie towarzyskie. Maria Kuncewiczowa po latach wspomina w liście owo profesorsko – burżujskie mieszkanie, które … miało dionizyjską atmosferę. ... Pamiętam, jak patrzyłam z mego łóżka-tapczanu przez szeroko otwarte drzwi na Was dwoje przy śniadaniu i myślałam sobie; mam gorączkę i wydaje mi się, że to widzę, że przecież czytam rozdział powieści; ale po jakiemu? Po grecku? Po francusku Nie mam pojęcia, ale jeżeli to są żywi ludzie, to ich życie jest nietutejsze, helleńsko - Anatolo-France`owskie. To samo jest w Pani książkach. To jest życie poprawione, widziane przez olbrzymi obszar wiedzy i przez temperament słoneczny. (str. 78). Anna jednak coraz częściej czuła się niespełniona. Podczas licznych podróży służbowych Jerzego wpadała w wir zajęć domowych i nie mogła znaleźć sposobu realizacji ambicji pisarskich. Doskwierał jej brak możliwości zarobkowania, nie podobała się rola kobiety zależnej od męża. Nie spełniała się też w miłości, którą Jerzy traktował, jako połączenie aktu fizycznego z przyjaźnią. Anna zarzucała mu, że jego jedyną miłością jest praca. 
Pierwsze próby literackie
Liczne podróże stają się przyczynkiem do napisania wspólnej powieści. Pierwsze napisane przez małżonków książki nie zostają przyjęte entuzjastycznie. Sporadycznie zdarzają się jednak przyjazne recenzje. Maria Czapska o drugiej z książek spółki małżeńskiej Mijają nas pisze, że porusza ważne tematy i ukazuje niełatwy los zmagającego się z przeciwnościami człowieka (podkreśla ton dowcipnego sceptycyzmu i łagodnej ironii – str. 94).
Pisanie jest jedynym sposobem na życie dla Anny. Nie załamują ją niepochlebne krytyki, bo wie, że to jedyna możliwość realizacji swego losu poza zwykłymi koleinami pozostawania w sferze przeciętności (str. 100).
Paradoksalnie to wojna sprawia, iż Anna lepiej przystosowuje się do rzeczywistości niż Jerzy, bowiem zmuszona jest zarabiać i zyskuje dzięki temu pewną niezależność. A jednocześnie coraz bardziej oddala się od męża, który jest samotnikiem i dobrze się czuje sam ze sobą.
Anna i Maria
Sporą część biografii stanowi wzajemna relacja Anny i Marii. Nie była to łatwa relacja. Pomijając fakt, iż obie miały partnerów (jedna towarzysza życia Stanisława Stempowskiego, druga męża, a także  dziecko), obie były zaborcze, miały trudne charaktery, literackie ambicje i bywały dla siebie okrutne. Odniosłam wrażenie, że Maria była bardziej zaborcza w tej relacji. Nie spodobała mi się jej samolubność (sugerowanie partnerce porzucenia męża, kiedy sama opiekowała się Stempowskim, a także wpędzanie w poczucie winy z powodu zajścia w ciążę przez Annę). Nie podobały mi się również docinki Marii sugerujące brak talentu Anny, był to cios poniżej pasa dla niewierzącej w swój literacki sukces partnerki. Gdyby jednak nie było między nimi uczucia związek nie przetrwałby tyle lat. Od listopada 1945 r. do stycznia 1948 r. (czyli w przeciągu 2 lat i trzech miesięcy) wymieniły ze sobą ponad trzy tysiące stron listów. Odpychały się i przyciągały jednocześnie. Panie zamieszkały razem dopiero w 1954 r. i mieszkały wspólnie kilka lat. I to, co mogłoby się wydawać wspólnym dążeniem okazało się udręką. I to nie tylko z powodu obecności Tuli, która irytowała Marię, ale z powodu różnicy charakterów i oczekiwań (Anna potrzebowała ciszy i skupienia, Maria towarzystwa i gwaru). 
Wrocław
Biografia przybliża postać Anny, ale też przybliża środowisko, w jakim obracali się Kowalscy; najpierw Lwów, potem Warszawę, powojenny Wrocław (w którym Anna mieszkała do 1954 r.) i znowu Warszawę. Ciekawy wydał mi się opis Wrocławia (może dlatego, iż o Lwowie czy Warszawie czytałam już wcześniej sporo, a z Wrocławiem spotkałam się po raz pierwszy). 
Wrocław w momencie zakończenia wojny jest zrujnowanym miastem, w którym wciąż mieszkają Niemcy i stacjonują Oddziały Armii Czerwonej. Gdy w sierpniu 1945 r. na konferencji poczdamskiej zapada decyzja o przekazaniu Polsce Śląska, do Wrocławia zaczyna napływać ludność z Polski Centralnej, Wielkopolski oraz wysiedleńcy z kresów Wschodnich, wśród których przeważają mieszkańcy Lwowa oraz Wileńszczyzny. W bliskim sąsiedztwie mają odtąd żyć nieznające się wcześniej grupy, kultywujące różne zwyczaje, wywodzące się z rożnych środowisk i sfer społecznych. Jedną z nich są profesorowie i asystenci akademiccy, którzy biorą na siebie ciężar utworzenia w mieście politechniki i uniwersytetu. (str.192). Rektor połączonych uczelni powierza Kowalskiemu stanowisko dziekana, organizację Wydziału Humanistycznego i kierowanie zakładem Filologii Klasycznej.
Pejzaż miasta, w którym ma się odrodzić życie naukowe nie napawa optymizmem. Część Wrocławia jest całkowicie zburzona, przybyłych przerażają spalone domy, oczy drażnią niemieckie napisy, wszechobecne śmieci, porzucony sprzęt wojskowy, rozbite witryny sklepowe. Jeszcze w połowie stycznia 1945 r. miasto było nietknięte wojną, ale gdy Armia Czerwona podeszła do jego granic, Niemcy uczynili z Breslau, który i tak spodziewali się utracić,, broniącą się twierdzę. W beznadziejnej walce w gruzach legły całe dzielnice, w tym budynki, w których mieściły się ważne miejskie instytucje, ponieważ obrońcy nie zważając na zabytki i cenne budowle, organizowali w nich punkty dowodzenia, rozmieszczali stanowiska artyleryjskie i obserwacyjne, organizowali składy amunicji- stawały się więc one celem ataku nacierających wojsk sowieckich. Żołnierze niemieccy sami także wyburzyli część kamienic w centrum miasta po to, by utworzyć na powstałym w ten sposób placu lotnisko. Zaciekłe walki o miasto doprowadziły do tego, że Wrocław w chwili zakończenia wojny był jednym z najbardziej zniszczonych miast Europy. (str. 193).
Pisarka
We Wrocławiu powstają pierwsze docenione przez krytyków samodzielne twory literackie. Anna realizuje się krótkiej formie, pisze głównie opowiadania. Zawierają one sporo wątków autobiograficznych. Styl Kowalskiej jest prosty, oszczędny, a jednocześnie pełen treści, jak piszą krytycy. Opowiadania greckie życzliwie przyjmują Hanna Mortkowicz - Olczakowa i Jarosław Iwaszkiewicz. Olczakowa pisze - Zdumiewający jest fakt, że taka właśnie proza, z całą świeżą i gwałtowną siłą ekspresji, z treścią swą ludzką i dramatyczną, gorzką i rewolucyjną prawdą o człowieku potrafiła się jeszcze pojawić wśród uproszczeń i szablonów wspomaganych dziś przez opinię oficjalną (str. 246). Iwaszkiewicz - Przeczytałem ją natychmiast od deski do deski i tylko żałowałem, że taka krótka. Szereg zwartych dramatów, z których każdy dałby się rozwinąć na cały tom. I to nadzwyczajne wyczucie południa, ten dokładny obraz kraju narysowany szczegółami, które tworzą z opowiadań Pani małe arcydzieła. (str. 246-247). Entuzjastycznie wypowiadają się Julian Przyboś i Andrzej Kijowski.
Dziś w bibliotece wojewódzkiej w Gdańsku nie ma ani jednego egzemplarza Opowiadań greckich, a z całej twórczości Anny Kowalskiej wypożyczyć można jedynie Dzienniki. Jest też parę artykułów na temat Safony autorstwa Kowalskiej, samej Safony brak.
Maria Dąbrowska za najlepszą książkę Anny uważa Na rogatce (wspomnieniową książkę o matce). Jerzy Stempowski uważa ją za arcydzieło.

Książka Sylwii Chwedorczuk to jedna z lepszych przeczytanych przeze mnie ostatnio biografii o interesującej, zapomnianej pisarce. To wnikliwe studium postaci niezwykle obiektywne spojrzenie na kobietę, człowieka, literata, pisane z sympatią ale bez stawiania na piedestale. 
Cytaty pochodzą z książki Kowalska ta od Dąbrowskiej wydanej przez Marginesy w 2020 r.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

niedziela, 4 lutego 2024

Łódź w Ziemi obiecanej Reymonta

Po 13 latach wróciłam do lektury Ziemi obiecanej. Wybieram się do Łodzi, a żadna inna książka nie kojarzy mi się z Łodzią tak mocno, jak ta właśnie. Kiedy pod koniec XIX wieku z małej zamieszkałej przez niecały tysiąc mieszkańców osady staje się miastem o ponad dwustu tysięcznym zaludnieniu zmienia się jej wygląd, jej architektura, jej przekrój społeczny, zmienia się wszystko.
Rośnie industrialne miasto z ceglanymi fabrykami, dymiącymi kominami, płynącymi rynsztokami resztami farb i chemicznych odczynników pomieszanych ze śmieciami i błotem. Ludzkie mrowie wcześnie rano zmierza wprost do paszczy ceglanych potworów, które wypiją z nich wszystkie soki i wyplują na śmietnik historii. I to jest ta Ziemia obiecana? Ta szara, brudna, zamglona, pełna smrodu i niedoli Łódź.
Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krańcach miasta niby wielkie śmietniska- napełniło Piotrkowską szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących w świetle latarń, stukiem suchych drewnianych podeszw trepów i gwarem jakimś sennym oraz chlupotem błota pod nogami. Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary, człapali się środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni ustawiali się bezładnymi kupami przed bramami fabryk, drudzy uszeregowani w długiego węża, znikali w bramach, jakby połykani z wolna przez buchające światłem wnętrza. (str.15).
A jednak Łódź dawała nadzieję na szybkie wzbogacenie lub chociażby na możliwość godziwego zarobku. Opowieści - wysyłanych na wieś w poszukiwaniu taniej siły roboczej przedstawicieli fabrykantów, którzy na tę okazję wyposażeni byli w drogie ubrania, złote sygnety, trochę gotówki i roztaczali przed biedakami wizję dostatniego życia w mieście - potrafiły skusić niejednego do porzucenia dotychczasowego życia na roli. I przybywali tu, gdzie:
... Rynsztokami płynęły ścieki z fabryk i ciągnęły się wstęgi brudnożółte, czerwone i niebieskie; z niektórych domów i fabryk, położonych za nimi, przypływ był tak obfity, że nie mogąc się pomieścić w płytkich rynsztokach, 1`występował z brzegów zalewając chodniki, kolorowymi falami, aż po wydeptane progi niezliczonych sklepików, ziejących z zabłoconych wnętrz brudem i zgnilizną, zapachem śledzi, jarzyn gnijących lub alkoholu. Domy stare, obdarte, brudne, poobtłukiwane z tynków, świecące niby ranami nagą cegłą, miejscami drewniane, albo ze zwykłego pruskiego muru, który pękał i rozsypywał się przy drzwiach i oknach, o krzywych obsadach futryn, pokrzywione, wyssane, zabłocone, stały ohydnym rzędem domów-trupów, pomiędzy którymi wciskały się nowe, trzypiętrowe kolosy o niezliczonych oknach, jeszcze nie tynkowane, bez balkonów, z tymczasowymi oknami, a pełne już ludzkiego mrowia i stuku warsztatów tkackich, jakie pracowały bez względu na niedzielę, turkotu huczącego maszyn szyjących tandetę, na wywóz i przenikliwego zgrzytu kołowrotków, na których zwijano przędzę na szpulki do użytku ręcznych warsztatów. (str. 112-113)
Widok jak na Powiślu w Lalce Prusa; brud, nędza, zdziczenie, aż strach się tam zapuścić.
Ale przecież każdemu wydawało się, że i on dojdzie do majątku, jak któryś z królów bawełny, czy choćby pomniejszych łódzkich książąt. Były to przecież czasy, kiedy kariera od tkacza do właściciela fabryki nie była niemożliwą, wystarczyła pracowitość i trochę szczęścia. A wówczas można było postawić sobie nawet pałacyk.
…. po obu stronach ulicy, ciągnącej się olbrzymią linią aż do Bałut, stały zbitą masą domy, pałace podobne do zamków włoskich w którym były składy bawełny; zwykłe pudła murowane o trzech piętrach, poobdzierane z tynków; domy zupełnie stylowe o złoconych balkonach żelaznych barocco, powyginane, wdzięczące się, pełne amorków we fryzach i nad oknami, przez które widać było szeregi warsztatów tkackich, malutkie, drewniane, pogięte domki o zielonych omszałych dachach, za którymi wznosiły się w dziedzińcach potężne kominy i korpusy fabryk, tuliły się do boku pałacu, o ciężkim renesansowo-berlińskim stylu, z czerwonej modelowej cegły i wszystkich odrzwiach i futrynach z kamienia, z wielką płaskorzeźbą na frontonie, przedstawiającą przemysł, o dwóch bocznych pawilonach zakończonych wieżami, a rozdzielonych od głównego korpusu prześliczną żelazną kratą, za którą w głębi wznosiły się kolosalne mury fabryki; domy ogromem i wspaniałością podobne do muzeów, a które były składami gotowego towaru; domy przeładowane ozdobami w różnych stylach, bo na parterze renesansowe kariatydy podtrzymywały murowany ganek w staroniemieckim stylu, nad którym drugie piętro a` la Louis XV wdzięczyło się falistymi liniami w obramowaniu okien, a zakończały piękne facjatki pękate, podobne do pełnych szpulek, domy które z powagą świątyń wznosiły mury ogromne, ozdobione surowo, pełne majestatu, na którym złociły się litery ryte w tablicach marmurowych; Szaja, Mendelsohn, Herman Buholc itd. (str.108).
Niestety łut szczęścia dopisywał nielicznym, pozostali, jeśli chcieli dojść do bogactwa musieli być przebiegli i cyniczni, oszukiwać, kraść, defraudować, a sumienie zostawić w lombardzie. Jest taka fantastyczna scena, kiedy Moryc Welt idzie do swego partnera biznesowego, od którego otrzymał dużą ilość pieniędzy i mówi mu, iż nie odda pieniędzy, bo on sam potrzebował ich do uruchomienia interesu. Argumentacja Moryca aż zatyka czytelnika, a co dopiero wczorajszego wspólnika. Maurycy Welt za bardzo był łódzkim „Gründerem”, żeby mógł mieć jakie wahania sumienia, przeszkadzające mu zrobić dobry interes chociażby na skórze przyjaciół, jeśli ten interes sam szedł mu w ręce. (str.109) Tak, bo w Łodzi nie można było być uczciwym i rzetelnym w prowadzeniu interesów. Przynajmniej do czasu, aż dorobiono się pierwszych milionów. Potem można było się bawić w dobroczynność, zakładać szpitale, ochronki, kasy pożyczkowe, czy inwestować w kulturę lub  dbać o bezpieczeństwo. Ale zanim to nastąpiło:
Łódź była brudna, źle oświetlona, źle zabrukowana, .. domy waliły się corocznie na głowy mieszkańców,.. w bocznych ulicach w biały dzień zarzynali się ludzie scyzorykami. … Tysiące ludzi marło z głodu, tysiące ludzi ginęło z nędzy, tysiące ludzi walczyło całym wysiłkiem o nędzny byt, a ta walka cicha i straszna przez swoją ustawiczność, walka prowadzona nawet bez nadziei zwycięstwa, zżerała więcej ludzi rocznie niźli najgroźniejsze epidemie. (str. 280).
Ale jak tłumaczył jeden z bohaterów (Halpern) to była cena rozwoju, to był koszt, jak należało ponieść, aby stworzyć miasto przyszłości, bogate i piękne.
A tymczasem życie codzienne toczyło się swym nieprzerwanym biegiem. Na Starym Mieście odbywał się targ. Opis niczym w Brzuchu Paryża u Zoli. Jest gwarno, tłoczno, kolorowo, trochę brudno, trochę nędznie i bardzo różnorodnie. Wrzaskliwy chaos przewalał się jak falą z jednej strony rynku na drugi. Nad tym rojowiskiem głów, włosów rozwianych, rąk wzniesionych, łbów końskich, toporów rzeźnickich, połyskujących nagle w słońcu, podnoszonych nad rozrąbywanym mięsem, olbrzymich bochenków chleba, niesionych z powodu tłoku nad głowami, żółtych, zielonych, czerwonych, fioletowych chustek, powiewających niczym sztandary na kramach garderoby; czapek i kapeluszy, wiszących na kołkach, butów, szalików bawełnianych, co jak węże kolorowe trzepotały się na wietrze i uderzały w twarze przeciskających się; blaszanych naczyń błyskających w słońcu; stosów słoniny, kup pomarańcz, poukładanych na straganach w pryzmy, kul, świecących jaskrawo na tle czerni ludzkiej i błota, które gniecione, rozrabiane, tratowane, mieszane, rzygało strumieniami spod kół na stragany i na twarze, i wylewało się z Rynku do rynsztoków i na ulice, z czterech stron okalające targ, którymi toczyły się wolno olbrzymie wozy piwowarskie, pełne antałków. (ten przepiękny opis ciągnie się na stronach 114-115 i wart byłby cały przytoczenia).
Po raz kolejny wpadłam w zachwyt czytając Reymontowską Ziemię obiecaną. Można ją odczytywać na wiele sposobów. Tym razem skupiłam się na wizerunku miasta i jego mieszkańców, ale to tylko jeden z wielu tu poruszonych aspektów. Jest tu wspaniała plejada postaci, bardzo różnorodnych, w większości bohaterów, z którymi nie chcielibyśmy się identyfikować. Od królów bawełny poczynając mamy tu panów Bucholca i Szaję. Ich pierwowzorami byli odpowiednio Karol Scheibler i Izrael Poznański. W fabryce Poznańskiego dzień roboczy trwał nawet szesnaście godzin a pracowano także w część dni świątecznych. Dzisiejsza Manufaktura Łódzka to miejsce dawnej fabryki Poznańskiego. Można obejrzeć też Pałac Poznańskiego i Pałac Herbsta – zięcia Scheiblera, pełniący dziś funkcję Muzeum Narodowego z bogatą galerią zbiorów. Przy okazji polecam film Ziemia obiecana Wajdy z fantastyczną sceną porzucania pracy przez Horna (Piotr Fronczewski). Horn w tej scenie filmowej jest nieco bardziej wyrazisty niż jego literacki pierwowzór. Ta scena to marzenie każdego sfrustrowanego pracownika o rozwiązaniu stosunku pracy, kiedy w końcu można powiedzieć szefowi, co się o nim myśli. O myśli się z reguły, to co wyartykułował filmowy Horn. Szaję zaś dobrze charakteryzuje scena, w której domaga się od pracowników zapłaty za korzystanie z jego gazu przy gotowaniu wody na herbatę, albo propozycja przeznaczenia zysku wypracowanego przez robotników na zakup nowego wyposażenia domu fabrykanta (będzie im przyjemnie, że w moim domu taka piękna rzecz się znajdzie).
Są tu także inteligenci, artyści, drobni ciułacze, cwaniaczki, zbiedniała szlachta, średniozamożni żydzi, inżynierowie, naiwne dziewczątka. Jest też paru uczciwych; Trawińscy, ojciec Maksa Bauma, Anka narzeczona Karola Borowieckiego i jego ojciec, a także Myszkowski. 
Myszkowski, który twierdził:
Dbam o pieniądze, jak o dzień wczorajszy. … Dlatego, aby zarobić rubla więcej niż potrzeba, nie wstanę pięć minut wcześniej niż mi się chce, a dlatego, aby zarobić nawet miliardy- nie poświęcę przyjemności pełnego człowieczego życia, nie wyrzeknę się patrzenia na słońce, spacerów po powietrzu. Swobodnego oddychania, myślenia nad trochę większymi rzeczami niż miliardy, kochania, itd., itd.
Ja nie będę robił, robił, robił! Bo ja chcę żyć, żyć, żyć! Nie jestem bydlęciem pociągowym ani maszyną, jestem człowiekiem. Tylko głupiec chce pieniędzy i dla zrobienia milionów poświęca wszystko, życie i miłość, i prawdę i filozofię, i wszystkie skarby człowieczeństwa, a gdy się tak już nasyci, że może pluć milionami, cóż wtedy?
Zdycha na materacu wypchanym tytułami własności. Wielka pociecha, zupełnie tej samej wartości, jak gdyby zdychał na gołej ziemi. A gdyby go później spytano, jak żył? Powiedziałby” Robiłem. Po co? Zarobiłem miliony! Na co? No, żeby mieć miliony, żeby ludzie podziwiali, żeby jeździć powozem i imponować głupcom i żeby zdechnąć w połowie życia, zdechnąć z wycieńczenia pracą. (str. 276-277)
Do tego samego wniosku dochodzi Bucholc w swych ostatnich chwilach, kiedy stary i schorowany czuje się opuszczony przez wszystkich i Karol Borowiecki, kiedy osiągnie wszystko do czego dążył, a co nie dało mu to ani spełnienia, ani szczęścia ani spokoju.
Cytaty pochodzą z Ziemi obiecanej Wydawnictwo SBM Sp. z o.o. rok wydania 2021.
Jestem ponownie pod wrażeniem wyśmienitej prozy Reymonta. 
Wyjątkowo bez zdjęć, bo Łódź w moich planach jest w marcu. 

środa, 24 stycznia 2024

Śmierć na Wenecji Maryla Szymiczkowa

Od lektury ostatniej powieści duetu Dehnel i Tarczyński (znanego jako Maryla Szymiczkowa) minęło kilka dobrych lat i choć Złoty róg przeczytałam z ciekawością to muszę przyznać, że formuła opowieści nie bawiła mnie już tak jak podczas wcześniejszych lektur książek z serii profesorowa Szczupaczyńska na tropie. Owszem było ciekawie, ale miałam wrażenie, że ten sposób pisania nieco się oczytał, a pewne postacie wplatane są w treść na siłę. Dlatego też nie paliłam się do sięgania po kolejną, piątą już książkę przygód śledczych samozwańczej pani detektyw. Jednak po rekomendacji dwóch Małgorzat (jednej znanej wirtualnie, a drugiej całkiem realnie) książka znalazła się na półce w oczekiwaniu na swoją kolej. A ta przyszła dość szybko w stosikowym losowaniu u Anny, a lektura została pochłonięta w przeciągu dwóch dni i połowy nocy.

W mojej ocenie Śmierć na Wenecji poziomem dorównuje Tajemnicy Domu Helclów, a nawet ją przewyższa. Kryminał retro ponownie osadzony jest mocno w Krakowie, co jest niewątpliwe jego ogromnym atutem. Kraków ma bowiem w moim (i jak sądzę nie tylko moim) sercu miejsce szczególne. Rzecz dzieje się w 1903 r. podczas wielkiej powodzi. która zalała Błonie, park Jordana, ulice Wolską, Zwierzyniecką, Smoleńsk, Retoryka, Garncarską, Koletek, św. Agnieszki i kościół na Skałce. Profesorowa Szczupaczyńska sobie tylko może podziękować, za to, iż znalazła się w jej centrum, bowiem po kilkudziesięciu latach mieszkania w kamienicy Pod Pawiem na świętego Jana zamarzyło jej się mieszkanie bardziej nowoczesne, z wygodami, no i przede wszystkim z wanną. 
Kamienica Pod Śpiewającą Żabą
… coraz częściej była zapraszana przez znajomych i krewnych do mieszkań poza pierścieniem Plant; a to na Piasek, a to na Nowy Świat. Wydawało się, że nikogo już nie zawstydza wyprowadzka na takie rubieże; mieszkania były tam wyższe, jaśniejsze, wygodniejsze. Od czasów pamiętnej wizyty ….. w Domu Egipskim coraz częściej popatrywała w tamte okolice, na ulicę Retoryka, gdzie dobrą dekadę temu nad malowniczą rzeczką Rudawą wybudowano całe mnóstwo efektownych, nowoczesnych kamienic. Celował w tym szczególnie pan Talowski, człowiek niełatwy, ale architekt wzięty i pomysłowy, który nie tylko dom własny (zawsze stanowiący dla architektów rodzaj witryny sklepowej, w której prezentują swój kunszt), ale bez mała każdy budynek projektował, jako romantyczne zamczysko z gotyckiej powieści, pełne maszkaronów, zwierząt, wieżyczek i fantazyjnych szczytów, albo przynajmniej – renesansowe palazzo.(str.23) 
Kamienica pod śpiewającą żabą- detal

Kiedy więc w kamienicy Pod Śpiewającą Żabą zaprojektowanej przez pana Talowskiego opróżniło się mieszkanie na drugim piętrze pani profesorowa tak długo wierciła dziurę w brzuchu małżonka, aż ten niechętnie, ale wyraził zgodę na przenosiny. Nowoczesny, ale wykwintny dom, przyzwoici lokatorzy, zaraz obok można odetchnąć pełną piersią na Błoniach. Niby w mieście, a jak na wiledżiaturze. I jeszcze uroczy narożny, zwieńczony strzelistą iglicą wykusz, w którym .. stała [profesorowa] wykusz dający znakomity widok na krzyżujące się ulice i strzeliste mosty spinające brzegi głębokich kanalików, przy których wznosiły się piękne kościoły oraz pałace arystokratycznych rodzin. Porośnięta gęstą winoroślą fasada kamienicy odbijała się w wodzie niczym pałac w Canal Grande. (a profesorowa stałą niczym wenecka dogaressa..- str. 23-23)
Kamienica pod śpiewającą żabą od strony narożnej (z wykuszem który zachwycił tak Zofię)
Jak wiadomo kamienica Pod śpiewającą żabą mieści się na ulicy Retoryka (gdzie znajdują się też trzy inne kamienice projektu pana Talowskiego) tak więc, kiedy w lipcu 1903 roku wody Rudawy i Wisły zalały okoliczne ulice profesorowa mogła zająć się swoim ulubionym zajęciem; siadła w oknie i obserwowała, a jej bacznej uwadze nic nie umknęło. A zwłaszcza pływające w wodzie na Wenecji męskie ciało. Zofia nie byłaby sobą, gdyby natychmiast nie rozpoczęła śledztwa. Dostojna  matrona, żona profesora uniwersytetu krakowskiego poza prowadzeniem domu, a prawdę mówiąc poza nadzorowaniem służącej Franciszki i pilnowaniem mężowskiej diety niewiele miała do roboty, a zatem pojawienie się zwłok przyjęła niemal z entuzjazmem (w końcu, jeśli zwłoki musiały się pojawić, to nie mogły znaleźć właściwszego miejsca, aby wypłynąć). Pani profesorowa miała okazję, aby wysilić swe szare komórki i rozwiązać zagadkę. Wydawać by się mogło, iż powódź w postaci stojącej na ulicach wody o wysokości paru metrów będzie przeszkodą dla dystyngowanej damy. A jednak, kiedy w grę wchodzi śledztwo okazuje się, że pływanie w balii czy pojemniku po kiszonej kapuście nie może stanowić najmniejszej trudności. Podobnie, jak udanie się do gniazda rozpusty, siedliska dekadencji w Jamie Michalikowej, którą upatrzyli sobie na miejsce spotkań nie tylko różnej maści artyści, ale także o zgrozo panowie, którzy szczególny pociąg czuli do innych panów.
Fragment kamienicy pod osłem
Po raz kolejny Zofia Szczupaczyńska wchodzi na wyżyny intelektu, umiejętnie łącząc fakty, a dzięki prowadzonemu dochodzeniu (przesłuchaniom, rozmowom i eksperymentom śledczym) udaje jej się to, co nie udało się policji, odkrycie prawdy. A wszystko to czyni, jak zwykle w tajemnicy przed małżonkiem.
W tle jest Kraków z początku XX wieku, miasto, które ku zgryzocie jego dawnych mieszkańców staje się aż nazbyt nowoczesne, na ulicach pojawiają się automobile rozwijające zawrotną prędkość, przestępczość szerzy się niemożebnie, młodzież nie szanuje Ojca Świętego, a władze nie są przygotowane na wylewy rzek. I kiedy połowa Krakowa tonie w szaroburych wodach, druga połowa prowadzi codzienne życie.
Wisłą płyną porwane przez fale chaty, szopy, stodoły, a nawet budynki z cegielni z Przegorzał, tymczasem po drugiej stronie miasta, w teatrze, jak gdyby nigdy nic grają Traviatę Verdiego. Ktoś obok narzekał na to, że wiledżiatura w tym roku wyjątkowo nieudana, że ludzie wracają z Rabki i Zakopanego rozczarowani i w podłym nastroju. Inna pani sarkała, że deszcze niszczą kapelusze. (str.45).

Kamienica Festina lente (spiesz się powoli) ul. Retoryka
Wenecja to krakowska ulica, ale też Kraków zalany wodami rzek w powieści nie raz przypomina Wenecję licznymi na wiązaniami do wód kanałów, porównaniem jednostek pływających do gondol, a profesorowej do dogaressy. Błyskotliwy, uszczypliwy humor, nawiązania do współczesności i doskonałe osadzenie w czasie i miejscu sprawiają, iż lektura jest wciągająca, rozśmieszająca i pouczająca. Czyta się lekko, szybko, a lekturze towarzyszą wybuchy śmiechu. Polecam gorąco.
Kamienica pod osłem Talowskiego ul. Retoryka (z mottem Każdy jest kowalem swego losu)
Ponieważ kamienice Talowskiego wywołały zainteresowanie części czytelników podaję link do wpisu Ady, od którego zaczęło się moje zainteresowanie Talowskim i jego kamienicami. Przepiękny wpis i cudowny blog Ady o Krakowie, życiu, sztuce. Link do wpisu o kamienicach Talowskiego

niedziela, 18 czerwca 2023

Ocalić sztukę Bożena Fabiani (Włochy podczas II wojny światowej)

Mojżesz Michała Anioła
Tematyka ratowania dzieł sztuki w trakcie dziejowych kataklizmów jest bliska wszystkim pasjonatom sztuki. Na co dzień odwiedzając galerie rzadko zastanawiamy się, jakim sposobem to czy inne dzieło przetrwało do naszych czasów. Myśli  nachodzą nas w obliczu takich dramatów, jak powodzie, trzęsienia ziemi, pożary, rewolucje, akty terroru czy wojny.

Autorka (podobnie jak Robert Edsel autor książki Na ratunek Italii) skupia się na kwestii ratowania zabytków znajdujących się na terenie Włoch. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem na terenie tego państwa znajduje się niezwykłe bogactwo niematerialne ludzkości; dziedzictwo kulturowe pokoleń o bezcennej wartości, która ma też wymiar materialny liczony w kwotach, od których można by dostać zawrotu głowy.

I choć lektura może momentami wydawać się nużąca, kiedy wyliczane są po kolei dzieła znajdujące się na terenie działań wojennych, sposób ich zabezpieczenia, bądź brak podjętych działań, nazwiska osób zaangażowanych w ich ochronę, a potem opisy bezmiaru zniszczeń wojennych i strat w tychże dziełach to jest to działanie zamierzone. Pokazuje ono, jak wielką pracę musieli wykonać zarówno obrońcy zabytków, jak i zwykli ludzie, dla których ocalenie piękna było zadaniem ważniejszym czasami niż własne życie.
David Donatella


Książka zawiera kilka dygresji artystycznych dotyczących ratowanych dzieł sztuki. Jedna z nich dotyczy Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci.
Cud ocalenia był cudem połowicznym, bowiem fresk uległ nieodwracalnym zniszczeniom. Narażony na działanie pleśni (szczelnie osłonięty workami z piaskiem) wymagał natychmiastowej konserwacji. Niestety osoby, które się nią zajmowały działając pod presją czasu, braku właściwych środków, nie zawsze dostatecznie biegłe w swym fachu spowodowały, iż to co możemy dziś oglądać w refektarzu jest jedynie cieniem dzieła Leonardo.

Tu pozwolę sobie na dość obszerny cytat z notatek Kennetha Clarka (członka ekipy obrońców zabytków, który przywołuje też autorka)

Św. Piotr o zbrodniczo niskim czole jest jedną z najbardziej niepokojących postaci z całego malowidła, gdy tymczasem kopie ukazują, że pierwotnie jego głowa była odchylona do tyłu i widoczna w dużym skrócie. Twórca przemalowań nie mógł dać sobie rady z tym trudnym rysunkowo skrótem i potraktował go jako deformację. Podobnie nie udało mu się uporać z niezwykłym upozowaniem głów Judasza i św. Andrzeja. Na podstawie kopii wiemy, że Judasz był początkowo przedstawiony en profil perdu (z profilu zaledwie widocznego z głową uciekającą w bok), co potwierdza także rysunek samego Leonarda znajdujący się w Windsorze. Podczas konserwacji namalowano go w w pełnym profilu i wpłynęło to niekorzystnie na wyraz tej złowrogiej twarzy. Św. Andrzej widoczny był w niemal doskonałym profilu, który przemalowanie zmieniło w konwencjonalne en trois quart (w trzech czwartych), a w dodatku przekształciło dostojne oblicze starca w odrażającą maskę małpiej hipokryzji. Głowa Św. Jakuba całkowicie dziełem konserwatora i w pełni świadczy, jak nie dorastał on do tego zadania. (str. 307)
Chory Bachus Carravaggio


… Przepadło bardzo wiele, także stroje. Leonardo nie chciał, żeby ubiory apostołów kojarzyły się z ich rzemiosłem, z rybołówstwem. Chciał, żeby podkreślały ich misję apostolską. Był zarówno przeciwnikiem aktualizacji w sztuce sakralnej, jak i antykizacji, i ubrał ich po swojemu: „stwarzałem moje suknie, moje płaszcze i ich fałdy, podług moich ciał!”-napisał. Powstaje pytanie, dlaczego wobec tego trwają kosztowne starania o ocalenie dzieła tak skażonego? Sam mistrz pewnie by się śmiertelnie przeraził, gdyby zobaczył dzisiaj, co się zrobiło z jego dzieła. Więc dlaczego tak o nie walczymy?

Dlatego, że mimo wszystko nadal jest to arcydzieło, błysk talentu. Pozostało tu coś, czego ani wodom gruntowym, ani konserwatorom sprzed lat, ani powojennej pleśni nie udało się zniszczyć; koncepcja i klimat malowidła z dwunastoma postaciami wielkości ponadnaturalnej, ukazanymi inaczej, niż to zrobiło wielu artystów przedstawiających ten sam temat. ….(str. 308).

Leonardo …. podłożył dynamit pod zebranych apostołów, wpadł na pomysł, żeby oprzeć treść obrazu na słowach Jezusa zapowiadających, że jeden z was mnie wyda”. Można wyobrazić sobie, jakie to wywołało poruszenie! Jeden z nas? Kto na miłość boską? Malarz wsadził kij w mrowisko i zamienił go w pędzel. Studiował w miarę możliwości duszę każdego z apostołów z osobna, żeby odgadnąć jego reakcję, do tego dobierał gesty, zeby widz łatwo mógł odgadnąć z ich ruchów myśl ich ducha”, jak napisał, a wszystko notował słowami i rysunkami. O Piotrze wiedział, że miał temperament porywczy, więc zerwał go ze stołka z nożem w ręce i nachylił ku Janowi nad Judaszem (bo zdrajcę posadził między nimi) z prośbą, by spytał, kto to taki, a on już się z nim porachuje! Jan z natury łagodny, posmutniał i- jak wiemy z Ewangelii- zadał pytanie Rabbiemu i uzyskał odpowiedź. (str. 309).
 Piza Plac Cudów


Tu wyjaśnia się zagadka pozornie niczyjej ręki z nożem (dzieła nieudolnego konserwatora).

O trudnościach na jakie napotykali obrońcy sztuki pisałam w poście dotyczącym książki Roberta Edsela (o braku samochodów, paliwa, skrzyń do przewozu, materiałów do osłony, konserwacji, zakwaterowania, żywności, przepustek, zezwoleń, o nalotach, ostrzałach, indolencji, głupocie, braku wiedzy, świadomości, pazerności i chęci przypodobania się zwierzchnikom, naiwności i wadze przypadku, który raz obracał bezcenne dzieło sztuki w nicość, a innym razem sprawiał, że tuż obok doszczętnie zburzonej ściany świątyni ostał się nietknięty obraz czy rzeźba.

Jest też mowa o paradoksach historii jak stawianie pomników złodziejom, zapominanie o bohaterach, czy brak odpowiedzialności zbrodniarzy. Jest taka scenka wspominana przez jednego z obrońców dzieł sztuki, kiedy oni tułają się bez zakwaterowania i wyżywienia, a niemieccy oficerowie w galowych mundurach w najlepszych ocalałych hotelach piją szampana z okazji zakończenia wojny, którą przegrali. Zamieszczone w książce ilustracje (mimo, że słabej jakości) dają wyobrażenie zniszczeń i cudem wydaje się to, że tak wiele dzieł zdołano uratować. Książkę kończy wzruszająca scena powrotu dzieł sztuki do domu, do galerii, w których do dziś możemy je podziwiać. I choć od zakończenia wojny minęło prawie osiemdziesiąt lat do dziś nie odnaleziono zagrabionych wówczas 1653 dzieł-rzeźb, arrasów, mebli, wyrobów rzemiosła artystycznego i przede wszystkim obrazów. To kolejna książka, którą dobrze mieć na półce, aby od czasu do czasu do niej zerknąć, może przy kolejnym wydaniu przydałby się indeks nazwisk i dzieł sztuki, aby łatwiej można było odszukać interesującą w danej chwili pozycję. I choć książka zawiera ogrom informacji czytałam jednym tchem i z wielkim zainteresowaniem.
freski Ghirlandaio w Santa Maria Novella

Bo jak napisał Leonardo da Vinci sztuka leczy z nieokrzesania pierwotnego. A ja dodam sztuka nadaje sens naszej egzystencji, dlatego tak ważne jest aby wiecznie trwała.
Dzięki uprzejmości kolegi Tomka dostałam namiar na film będący ilustracją działań Obrońców sztuki (Monuments Man). Polecam (poza treścią wspaniała obsada)
Cytaty z książki Ocalić sztukę Bożena Fabiani Wydawnictwo PWN rok 2019
Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowe losowanie u Anny

czwartek, 11 sierpnia 2022

Spojrzenie wstecz Rozmowy Justyna Dąbrowska

Z ogromną przyjemnością wspominam lekturę Miłości wartej starania tejże autorki, stąd pomysł sięgnięcia po kolejną książkę  autorki.

Spojrzenie wstecz to seria rozmów, jaką autorka (psycholog z zawodu) przeprowadza z ludźmi ze świata kultury i nauki. Rozmówcami są ludzie dojrzali (najmłodsi są już blisko osiemdziesiątki, a najstarsza rozmówczyni zbliża się do setki). Bohaterowie reprezentują różne dziedziny życia, niektóre zupełnie mi obce, co nie oznacza, że ich spostrzeżenia czy przemyślenia na temat  życia, wiary, przyjaźni, wojny, agresji, szacunku, miłości i oczywiście przemijania są mniej interesujące. Może najmniej stycznych znajduję z pewnym panem, którego przemyślenia są głęboko filozoficzne, a ja w tej dziedzinie ledwie utrzymuję się na powierzchni. 

Z przyjemnością natomiast odnajduję własne (czasami nieuświadomione) myśli w wypowiedziach  osób o tak bogatym dorobku naukowym czy artystycznym, zaś refleksje, które mnie się nie nasunęły stanowią temat do przemyśleń. Krótko o zaledwie trzech z dwunastu bohaterów wywiadów.

Jerzy Jedlicki historyk idei, działacz opozycji antykomunistycznej, autor wielu książek i publikacji twierdzi, iż najciekawszą jego książką jest ta, której nie napisał. Najlepsze pomysły zostaną po mnie jako tytuły prac nienapisanych i ewentualnie spisy treści, pobieżne konspekty. O czym byłabym ta książka? O ateizmie, źródłach zła (czy nienawiść i okrucieństwo są zaprogramowane przez ewolucję, czy przez cywilizację, czy obie razem), honorze, szacunku, przyjaźni. Honor to według niego  rozdęte ego, które nie widzi nic poza sobą, przesadne dbanie o własne dobre imię i o to, jak widzą nas inni. Może to prowadzić do tragicznych skutków. Nawet jeśli nie zgodzimy się z taką definicją, trudno nie dostrzec w niej sporej dawki prawdziwości.  Receptą na eliminację zła jest wzajemne poszanowanie, które mogłoby zostać zapoczątkowane przez eliminowanie agresji z języka. Agresja w wypowiedziach zarówno publicznych, jak i prywatnych bardzo mnie razi, więc podzielam zdanie pana Jerzego. Zaczyna się od mowy nienawiści, a kończy na agresji czynnej. A trzeba dodać, iż książka została wydana w 2012 roku, czyli rozmowy prowadzone były dekadę temu, a temat wciąż coraz bardziej palący. Najbardziej rozśmieszyło mnie stwierdzenie pana Jerzego, że powodem napisania  książki byłaby chęć przekonania się, czy posiada światopogląd. ..bo nie jestem tego pewien. Podejrzewam, że mam, i to mi oczywiście pochlebia, ale nie jestem tego całkiem pewien. Kokietowanie to, a może szczerość w którą nie każdy uwierzy?

Danuta Szaflarska - aktorka i łączniczka w powstaniu warszawskim. Pamiętam ją z wielu ról, ale  najlepiej z jednej z ostatnich – bohaterki filmu Pora umierać. Pani Danuta wspomina doświadczenia wojenne, które osiadły w niej na zawsze i wryły się w pamięć,  jak obrazy, których nie można usunąć, bo będą tam trwać aż do końca, a jednocześnie mówi o wielkiej radości życia i jego docenianiu, o ciągłym planowaniu i pracy, która jest pasją i życiem zarazem. I tu pojawia się stwierdzenie, którego zazdroszczę; Praca jest błogosławieństwem. Nie ma nic piękniejszego kiedy człowiek całe życie robi, to co kocha najbardziej. Zazdroszczę, bowiem moja praca nie daje mi satysfakcji i z niecierpliwością odcinam dni na centymetrze, jakie pozostały do jej zakończenia.

A co na temat przemijania mówi kobieta w wieku lat dziewięćdziesięciu siedmiu? najtrudniejsze dla kobiety jest, jak się kończy trzydzieści lat. To jest najgorsze. Bo wtedy się wie, że się opuszcza młodość. A potem to już zabawa. Myślę, że dziś ta granica wieku, kiedy kobieta czuje się młodo znacznie się przesunęła, dla niektórych do czterdziestki, a dla innych nawet do pięćdziesiątki.

Największą przyjemność przyniosła mi rozmowa z panią  profesor z dziedziny medycyny, neurolog- Ireną Hausmanową- Petrusiewicz, która cieszy się życiem jakby odwrotnie proporcjonalnie do upływu lat. Zupełnie, jakby z perspektywą nadchodzącego końca to co jeszcze zostało smakowało lepiej i intensywniej. Bo najważniejsze w życiu jest samo życie. Dziewięćdziesięciotrzyletnia kobieta mówi- Ja czuję teraz radość życia. Naprawdę. Tego przedtem nie miałam.…Żeby mi zdrowie dopisywało, żebym rozumiała, co się dzieje, żebym mogła życie chłonąć. …. Nie chodzi mi o jakieś używanie życia, tylko żeby ono się toczyło wokół mnie, żeby w nim po prostu tkwić. (str. 39). Jakże mi się to podoba, to podejście do życia i to czerpanie zeń pełnymi garściami. Staram się przeczytać i to, i tamto, czytam po nocach i poświęcam wiele czasu rzeczom, z których prawdopodobnie nie będę nigdy korzystać, ale to wszystko sprawia mi ogromną przyjemność. Ogromną. (str. 39) Sama mogłabym powiedzieć to o sobie, ileż to rzeczy robię, zapewne nikomu niepotrzebnych, ale tak ważnych dla mnie, dających radość i poczucie sensu. Ta ciągła potrzeba poznawania. A z drugiej strony czerpanie radości z rzeczy zwyczajnych (coś ciekawego się widziało, spotkało się ciekawego człowieka, ma się bliskich i nie ma za dużych kłopotów).  I to chcenie, aby jeszcze tak wiele zobaczyć, choć wie się, że to nierealne.  I jeszcze jedna bliska mi cecha - za żadne skarby nie myśleć o przemijaniu. I kolejna- czytanie. Noce i dnie mogę czytać bez końca. Lubię tkwić w życiu książkowych bohaterów…. Jak wydali Prousta-opuściłam tydzień zajęć, żeby go przeczytać. (str. 41). Rozumiem to doskonale, wzięłam kiedyś dzień urlopu tak, aby wyjść ze świata literackiej fikcji i wrócić do rzeczywistości.

Rozmów i bohaterów jest dwunastu. Wspólnym mianownikiem wszystkich wypowiedzi jest cieszenie się życiem, jego trwaniem, pogoda ducha (wbrew chorobom, zniedołężnieniu, nienadążaniu za uciekającym światem). Jak twierdzi jeden z bohaterów, jak świat mi ucieknie tak daleko, że przestanę go zupełnie rozumieć- wówczas uznam, że pora odejść. Bycie takim staruszkiem to moje marzenie. Można usiąść i  rozpaczać nad zmarnowanym życiem i brakiem perspektyw, niewykorzystanymi szansami, a można też zacząć żyć, nawet, jeśli nigdy dotąd się tego praktykowało. 

Polecam rozmowy, bo prowadząca je ma talent do zadawania właściwych pytań a rozmówcy są ludźmi o bogatej osobowości i ogromnym doświadczeniu życiowym. Warto jest spojrzeć na życie z ich perspektywy. Perspektywy osoby, która już nic nie musi. A tak wiele jeszcze chce.

Książka przeczytana w ramach sierpniowego wyzwania u Ani (stosikowe losowanie).