Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2024

Łódź odkrycia i rozczarowania

 

ja w krzywym odbiciu (pasaż Rózy)

Łódź zapamiętana sprzed lat Po raz pierwszy byłam tam  czterdzieści lat temu, kiedy w całym kraju nie można było niczego dostać w sklepach. Łódź zagłębie tekstylne było rajem dla pań domu, które posiadając maszyny do szycia i zdolności krawieckie mogły się tam obkupić we wszelkiego rodzaju tkaniny. Czułyśmy się wówczas, ja i mama, jak ubogie krewne, które odwiedziły bogatą ciotkę w Ameryce z paroma dolarami w portfelu. Nie bardzo pamiętam jakie kupiłyśmy materiały, ale wydaje mi się, że przepiękną spódnicę w kolorze gołębim w kolorowe grochy wielkości piłeczek do tenisa, zawdzięczałam tej rodzinnej wycieczce. Koleżanka, z którą wybrałam się do Łodzi zapytała, czy odwiedziłyśmy wtedy Manufakturę. Rozbawiła mnie tym, bowiem my pojechaliśmy w ściśle określonym celu; zdobycia towarów. Nie wiem, czy miałyśmy konkretne plany. W sklepach nie było niczego, więc każdy przedmiot był na wagę złota. Mama skupiła się na tkaninach, ja na szkle. Miałam wówczas manię zbierania malutkich dzbanuszków, menzurek i różnych takich bibelotów, które zbierały potem kurz na półkach, ale i cieszyły oko. Przynajmniej moje było bardzo nimi ucieszone.
W muzeum włókiennictwa (Manufaktura)
Tym razem do Łodzi wybrałyśmy się z Magdą w celach poznawczych. Choć obie chyba trochę za bardzo nastawiłyśmy się na odnalezienie Łodzi sprzed lat i tej atmosfery bogactwa (ja), klimatu (koleżanka).
Niestety wycieczka przypadła w kiepskim dla mnie okresie. Jeszcze nie wykurowałam się po powrocie z Włoch, a już wpadłam w kolejną infekcję. Wyjazd nie mógł czekać, bowiem nie jechałam sama. Po raz pierwszy wychodziłam z domu, jak na ścięcie bez cudownego podekscytowania, jakie od lat towarzyszy każdej mojej podróży.
Manufaktura (miejsce dawnych fabryk Poznańskiego) z punktu widokowego na dachu
Dodatkowo Łódź zawsze kojarzyła mi się z teatrem muzycznym, a jak na złość w wybranym dużo wcześniej terminie nie grano żadnego musicalu. Również inne teatry nie miały nam nic do zaoferowania. Z tej desperacji poszukiwania ciekawego spektaklu prowadziłam też w środkach komunikacji miejskiej korzystając z internetu w telefonie. Niemal codziennie zaglądałam na strony nielicznych łódzkich teatrów, a w końcu wstukiwałam same nazwy teatrów. No i udało mi się dokonać zakupu na spektakl w Teatrze Powszechnym. Szkoda tylko, że zamiast łódzkiego pomyłkowo zakupiłam bilet do teatru warszawskiego, co zauważyłam w przeddzień wyjazdu.
Fortepian Rubinsteina na Piotrkowskiej (rzeźby postaci moim zdaniem mało udane)
Kiedy przyjechałyśmy do Łodzi przywitał nas deszcz. Czując się kiepsko nie miałam ochoty na spacery, ale trzeba było coś zjeść. No i tu kolejny niewypał - bar turystyczny, który z reguły oferuje smaczne, domowe i niedrogie posiłki zaproponował mi miskę pełną ziemniaków (lubię ziemniaki i mogłabym od biedy na nich poprzestać) polanych sosem czosnkowym (co sprawiało, iż ziemniaki były niezjadliwe) z kawałkami suchego i twardego mięsa. Miała to być potrawka z kurczaka. Skubnęłam ze trzy razy widelcem i zostawiłam całość. I zamiast powiedzieć bufetowej, że danie było niezjadliwe zapewniałam ją, że to jedynie dla mnie zbyt duża porcja.
Pierwszy dzień z powodu pogody i naszego nie najlepszego samopoczucia został spisany na straty. No może nie do końca, bowiem świetnie rozmawiało się nam przy kawce i herbatce w mieszczącej się w Manufakturze cukierni znanej sieci. Śmiałam się nawet, że w sumie mogłyśmy w Gdańsku pójść do owej cukierni, a niekoniecznie tłuc się ponad cztery godziny pociągiem, żeby sobie porozmawiać.
Sala lustrzana w wilii Herbsta
Kolejny dzień rozpoczęłyśmy od wizyty w Willi Herbsta. I to był dobry wybór. Herbstowie należeli do jednej z najbogatszych rodzin łódzkich fabrykantów. Karol Wilhelm Scheibler (teść Edwarda Herbsta) łódzki król bawełny był pierwowzorem Reymontowskiego Bucholza w Ziemi obiecanej. Jako kolejne pokolenie tej wzbogaconej pod koniec XIX wieku rodziny – Edward i jego żona Matylda mogli wieść dostatnie i wygodne życie. Spadkobiercy potentata włókienniczego, którego majątek pod koniec życia wynosił około 14 milionów rubli nie poprzestali jednak na odcinaniu kuponów. Edward wraz z synami Scheiblera Karolem i Adolfem po śmierci teścia utworzyli spółkę akcyjną, która zarządzała olbrzymim majątkiem zmarłego, a sam Edward został jej dyrektorem. Mógł też zająć się na większą skalę niż teść dobroczynnością. Budowa potrzebnych miastu gmachów: szkół, szpitali, budowa domów mieszkalnych dla robotników, organizacja straży pożarnej (przy licznych pożarach fabryk czy to przypadkowych, czy też będących jedynym wyjściem dla bankrutujących właścicieli niezwykle przydatnej), organizacja sklepu fabrycznego, ochronki dla dzieci, ambulatorium i biblioteki to tylko część ich działalności. 
Jadalnia w Wilii Herbsta
Rodzina wspierała akcje charytatywne a także budowę kościołów i świątyń różnych wyznań. Edward Herbst zabiegał o otwarcie filii banku Polskiego w Łodzi. Sam pochodził z rodziny o korzeniach niemieckich, ale mieszkał na terenach dawnej należących do Rzeczpospolitej, za jego życia wchodzących w skład Królestwa Polskiego (zabór rosyjski). Edward był nawet kilkakrotnie odznaczony orderami przyznawanymi przez władze carskie między innymi za zasługi przy budowie cerkwi Aleksandra Newskiego w Łodzi. Był członkiem zarządu towarzystwa Kolei Fabryczno - Łódzkiej, której pierwszą inwestycją była linia łącząca Łódź z Koluszkami. Kierował Towarzystwem Kredytowo - Miejskim, stał na czele komitetu założycielskiego Banku Handlowego w Łodzi. Był też współzałożycielem Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie, zasiadał w zarządzie szpitala miejskiego oraz był honorowym konsulem generalnym Austro - Węgier w Królestwie Polskim. Przyczynił się też do powstania pierwszej polskiej gazety w Łodzi (Dziennika Łódzkiego). Posługiwał się płynnie językami niemieckim, polskim i rosyjskim. Była to ważna i zasłużona dla miasta persona.
Pokój starszej pani
Willa Herbsta wybudowana została pod koniec XIX wieku w stylu neorenesansowym. Była siedzibą Matyldy i Edwarda Herbstów. Mieści się u zbiegu ulic Tymienieckiego i Przędzalniczej w sąsiedztwie dawnej fabryki scheiblerowskiej i przyfabrycznego osiedla robotników Księży Młyn. Miał zatem Edward blisko do pracy. Fabrykę widział z okien swej rezydencji. Wyobrażam sobie, że nie był to wówczas najbardziej pożądany widok z okien. Może dlatego rodzina Herbstów tak upodobała sobie Sopot i wybudowała tu willę przy ul. Szkolnej (dziś Kościuszki) na swą letnią rezydencję, a sam Edward z fabrykanta na starość zamienił się w ogrodnika.
Salon orientalny
Po wyprowadzce Edwarda i jego żony do Sopotu (wówczas Zoppot) willę zamieszkiwał syn Leon z żoną Aleksandrą. Opuścili ją pod koniec 1941 r. wyjeżdżając do Wiednia. Tam Leon zmarł bezpotomnie. Jego żona powróciła do Łodzi po wojnie, aby wkrótce wyjechać do Berlina, gdzie urwał się po niej ślad.
Willa przetrwała wojnę w dobrym stanie, zdewastowana została przez jej powojennych użytkowników. W 1976 roku została przejęta przez Muzeum Sztuki w Łodzi i po gruntownej rekonstrukcji powstał tu oddział Muzeum, w którym prezentowane są wnętrza typowe dla łódzkiej elity przemysłowej z przełomu XIX i XX wieku.
Znający mnie wiedzą, iż nie przepadam za pałacowymi wnętrzami, razi mnie ich przepych, bogactwo na pokaz, te wszystkie lustra, kryształy, marmury. Zdarzają się jednak wyjątki. Willa Herbsta zwana też Pałacykiem Herbstów zauroczyła mnie swoistym klimatem i przede wszystkim oranżerią, w której dziś można się napić kawy. No i tym, co dla mnie najważniejsze znajdującą się w gmachu starej powozowni małą galerią malarstwa polskiego z przełomu XIX i XX wieku, czyli tego rodzaju malarstwa, jakie bardzo cenię i lubię.
Oranżeria (gdzie wypiłyśmy sobie kawkę i podyskutowałyśmy o obrazach)
Oczywiście wystój wnętrz jest bardzo ładny i może zachwycić odwiedzających. Sala balowa zainteresuje swą wielkością, sala lustrzana blaskiem (złoto i lustra i przepiękne dwa kominki), jadalnia pięknym nakryciem stołu z porcelaną zdobioną motywami roślinnymi zaczerpniętymi z zielnika (aż chciałoby się zasiąść do stołu tylko brak odpowiedniego stroju onieśmiela). Książki znajdują się w salonach przeznaczonych dla panów (salon dla panów, gabinet, biblioteka). W salonach dla pań królują toaletki, szafy, lustra, bibeloty (salon pani, salon starszej pani, salonik panieński. Zwłaszcza ten ostatni rozczula, był bowiem salonikiem najmłodszej i jedynej córki Herbstów Anny Marii, zmarłej, jako dziecko. Często przytaczana jest historia, jak to ulicę Przędzalniczą wyłożono słomą, aby koła przejeżdżających wozów nie zakłócały odpoczynku chorego dziecka).
Galeria sztuki w starej powozowni
Koniec dziewiętnastego wieku to okres zainteresowania orientem, głównie japońszczyzną, nie mogło więc i tu zabraknąć saloniku orientalnego z kolekcją przedmiotów rodem z dalekiego wschodu. Wszystkie pomieszczenia zdobią obrazy znanych malarzy, posążki, rzeźby, piękne tapety, sztukaterie, boazerie, dywany. Jednak gdyby nie galeria malarstwa i oranżeria zapewne szybko bym o tym pałacyku zapomniała. Galeria malarstwa jest skromna, składa się z trzech zaledwie pomieszczeń, jednak znajdujące się tam obrazy (zwłaszcza te w pomieszczeniu drugim i trzecim) bardzo przypadły mi do gustu, ponieważ ogromnie lubię ich twórców i z chęcią obejrzałam nowe dzieła. Gierymski, Rodakowski, Wyczółkowski, Siemiradzki, Stanisławki, Axentowicz, Wyspiański, Mehoffer, Boznańska. W oranżerii - przeszklonym jasnym pomieszczeniu pełnym zieleni wypiłyśmy z Magdą dobrą kawę i spędziłyśmy miło czas rozmawiając o obejrzanych obrazach, a nie spodziewałyśmy się tam takich odkryć.
Rybak Wyczółkowskiego
Tego dnia spotkały nas jeszcze dwa miłe odkrycia. Pierwsze to obiad w knajpce Imber na Piotrkowskiej. Wątróbka z jabłkiem była tak pyszna i tak duża, że najadłyśmy się obie jedną porcją, a co więcej wróciłyśmy kolejnego dnia na tatar ze śledzia i pasztet z kaczki - równie smakowite. Drugie to Pasaż Róży. Dziękuję Eli, że zwróciła mi nań uwagę.
Znajduje się przy Piotrkowskiej 3 w podwórku-pasażu prowadzącym do ulicy Zachodniej. Pasaż ma symbolizować drogę, jaką przeszła córka pani Joanny Rajkowskiej od niewidzenia do widzenia. Dziewczynka miała raka siatkówki i świat widziała tak, jak my widzimy się we fragmentach luster zdobiących kamienice w pasażu. Ściany kamienic zostały pokryte kawałkami nieregularnie pociętych luster (trójkąty, romby, kwadraty i inne nieregularne kształty). Pokrywają one wszystkie elementy kamienic. Owe fragmenty luster w świetle dnia odbijają słoneczne promienie, całość aż się skrzy, mieni, błyszczy, a w ich rozbitych taflach można oglądać własny wizerunek w krzywym zwierciadle; poszarpany, rozbity, nierzeczywisty. Taki, jakim widziała świat chora córeczka pomysłodawczyni. Jest to piękne zwrócenie uwagi na chorobę, a jednocześnie ciekawy wizualnie fragment miasta. Dzięki jasności tu panujące miejsce nabiera wymiaru lekkości.
Pasaż Róży
Ulica Piotrkowska – to chyba największe dla mnie rozczarowanie w Łodzi. Zapamiętałam ją, jako ulicę pełną sklepów fantastycznie zaopatrzonych, Magda, jako ulicę kawiarni i restauracji. Nie znalazłyśmy, ani jednego, ani drugiego. Owszem było kilka butików, ale ich asortyment był ubogi. Było też parę jadłodajni, ale one nie zachęcały do odwiedzin z krzykliwymi szyldami w najgorszym stylu (pizza, pierogi, kebab, sushi, kuchnia azjatycka). My szukałyśmy kuchni polskiej, lokalnej, żydowskiej. W końcu znalazłyśmy jedną. Nie było stoliczków na zewnątrz (może nie ta pora roku- wszak to był marzec dopiero). Nie znalazłyśmy na Piotrkowskiej klimatu, jaki miałyśmy nadzieję znaleźć. Ale możliwe, że po prostu nie trafiłyśmy we właściwy moment.
Jedna z ciekawszych kamienic na Piotrkowskiej Kamienica pod Gutenbergiem (tu wydano najstarszą łódzką gazetę  Lodzer Zeintung)
Manufaktura – czyli Galeria Handlowa znajdująca się na terenie dawnego kompleksu fabrycznego Izraela Poznańskiego (kolejnego łódzkiego potentata włókienniczego) może i by mnie zachwyciła, gdybym nie widziała kilku podobnych na terenie kraju. Owszem, doceniam sposób zagospodarowania niszczejących w latach siedemdziesiątych pofabrycznych terenów, jednak zupełnie nie czuję klimatu.
Maszyny włókiennicze w Muzeum Włókiennictwa w Manufakturze
Jedynie w małej salce mieszczącej muzeum włókiennictwa oglądając film o historii fabryki, stare zdjęcia jej pracowników, zardzewiałe elementy fabrycznej maszyny, czytając tablice ostrzegawcze (które pojawiły się zapewne długo po tym, jak puszczono w ruch pierwsze urządzenia), patrząc na kulki bawełny, z której wytwarzano tkaniny można poczuć przez chwilę ów klimat grozy, jaki towarzyszył codziennemu życiu pracujących tu w końcu XIX wieku robotników. Dla mnie to świadectwo ogromnej niesprawiedliwości dziejowej, nędzy, wyzysku człowieka, którego zmuszano do wyniszczającej trwającej w najgorszym okresie nawet szesnaście godzin dziennie pracy przy niebezpiecznych maszynach. A zaraz obok Manufaktury znajduje się ogromny, wg mnie większy niż Pałac Królewski w Warszawie Pałac Izraela Poznańskiego - człowieka, który zbił majątek na pracy niewolniczej robotników. Nie byłam w środku, oglądałam zdjęcia zrobione przez Magdę - bogactwo i przepych aż rażą. A trzeba też pamiętać, że i ten człowiek pod koniec życia (obawa przed karą w życiu pozagrobowym czyni cuda) zajął się dobroczynnością (sierocińce, szkoły, szpitale, pomoc w budowie świątyń. Ba, został nawet prezesem Żydowskiego Towarzystwa Dobroczynności).
Fragment Pałacu Poznańskiego
Zarówno Poznański, jak i wspomniany wyżej Scheibler zostali odznaczeni orderami od władz carskich za wkład w budowę soboru Aleksandra Newskiego. Sobór znajduje się w sąsiedztwie stacji kolejowej Łódź Fabryczna i Parku Stanisława Moniuszki (niewielki skwer raczej niż park). Powstała dzięki łódzkim fabrykantom, którzy chcąc przypodobać się carskim władzom pokryli niemal 90 procent kosztów budowy świątyni. Zaprojektował ją pan Hilary Majewski - naczelny architekt miasta Łodzi. To on jest twórcą większości budynków i budowli w Łodzi, w tym wspomnianych wyżej Wilii Herbstów, czy Pałacu Poznańskiego, czy wielu kamienic na Piotrkowskiej. Hilary Majewski był synem majstra kominiarskiego, który studiował w Petersburgu, a dzięki państwowemu stypendium odbył podróże do Włoch, Francji, Austrii i Bawarii, gdzie mógł zapoznać się z tamtejszą architekturą. Cerkiew wyświęcono w 1884 r. Funkcjonowała w czasie I wojny światowej, a także po wojnie. Nigdy nie planowano jej zamknięcia, czy rozebrania. Podczas II wojny duchowieństwo z soboru wydawało łódzkim żydom fałszywe metryki chrztu. Sobór działał również po wojnie. A w 1971 r. wpisano go do rejestru zabytków. Został gruntownie odrestaurowany na początku XXI wieku. Sobór zbudowano w stylu rosyjsko-bizantyjskim.
Sobór Aleksandra Newskiego
Nie miałam możliwości obejrzenia jego wnętrza, ale niezwykle dekoracyjna, kolorowa budowla z przepięknymi kopułami jest obiektem ze wszech miar godnym odwiedzenia. Nie miałam okazji oglądać tego typu architektury wcześniej, z tym większą przyjemnością przyglądałam się łódzkiej świątyni. Zapewne te rosyjskie są i bogatsze i okazalsze, jednak łódzka ma także ogromny urok. A trzeba też wziąć pod uwagę, że wzniesiono ją niemal wyłącznie z prywatnych funduszy łódzkich fabrykantów.
Reasumując, mimo iż wizytę w Łodzi początkowo uznałam za rozczarowującą jest tam zapewne wiele ciekawych miejsc wartych odwiedzenia. Także poza tymi, o których wspomniałam (Pałacyk Herbsta, Pasaż Róży, Sobór).
Brama wejściowa na Żydowski Cmentarz
No i tradycyjnie co mi się nie udało - otóż ze trzy godziny zajęła mi próba odwiedzenia łódzkiego cmentarza żydowskiego. Dojazd na cmentarz zajmuje około pół godziny, autobusy kursują rzadko. Zgodnie z informacją na stronie cmentarza w dniu odwiedzin był on czynny. Wejście miało znajdować się przy ulicy Brackiej. Kiedy doszłam do bramy wejściowej – zamkniętej- przeczytałam tabliczkę, iż wejście znajduje się przy ulicy Zmiennej. Obeszłam mury wzdłuż Brackiej, Zmiennej i Inflanckiej, co zajęło mi około godziny. Wejścia nie znalazłam. Powierzchnia cmentarza to około 43 ha. Jedyna korzyść z wycieczki to duża ilość kroków, jakie zrobiłam tego dnia. To kolejny niewypał z żydowskim cmentarzem. Poprzednio we Wrocławiu trafiłyśmy z koleżanką na dzień zamknięty. Tyle, że tam to nasze niedopatrzenie (nie miałyśmy pojęcia o dniach odwiedzin).
I jeszcze parę zdjęć z Łodzi
Kominek z sali lustrzanej Wilii Herbsta



Portret żony Józefa Mehoffera (Willa Herbsta)
 

Spośród mało udanych rzeźbionych posągów sympatycznie prezentuje się Miś Uszatek (choć może to nostalgia za dzieciństwem bezpowrotnie utraconym)


Przepyszne wątróbki w Imberze


I małe co nieco w Chudym Ciachu (obok Manufaktury)



niedziela, 4 lutego 2024

Łódź w Ziemi obiecanej Reymonta

Po 13 latach wróciłam do lektury Ziemi obiecanej. Wybieram się do Łodzi, a żadna inna książka nie kojarzy mi się z Łodzią tak mocno, jak ta właśnie. Kiedy pod koniec XIX wieku z małej zamieszkałej przez niecały tysiąc mieszkańców osady staje się miastem o ponad dwustu tysięcznym zaludnieniu zmienia się jej wygląd, jej architektura, jej przekrój społeczny, zmienia się wszystko.
Rośnie industrialne miasto z ceglanymi fabrykami, dymiącymi kominami, płynącymi rynsztokami resztami farb i chemicznych odczynników pomieszanych ze śmieciami i błotem. Ludzkie mrowie wcześnie rano zmierza wprost do paszczy ceglanych potworów, które wypiją z nich wszystkie soki i wyplują na śmietnik historii. I to jest ta Ziemia obiecana? Ta szara, brudna, zamglona, pełna smrodu i niedoli Łódź.
Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krańcach miasta niby wielkie śmietniska- napełniło Piotrkowską szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących w świetle latarń, stukiem suchych drewnianych podeszw trepów i gwarem jakimś sennym oraz chlupotem błota pod nogami. Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary, człapali się środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni ustawiali się bezładnymi kupami przed bramami fabryk, drudzy uszeregowani w długiego węża, znikali w bramach, jakby połykani z wolna przez buchające światłem wnętrza. (str.15).
A jednak Łódź dawała nadzieję na szybkie wzbogacenie lub chociażby na możliwość godziwego zarobku. Opowieści - wysyłanych na wieś w poszukiwaniu taniej siły roboczej przedstawicieli fabrykantów, którzy na tę okazję wyposażeni byli w drogie ubrania, złote sygnety, trochę gotówki i roztaczali przed biedakami wizję dostatniego życia w mieście - potrafiły skusić niejednego do porzucenia dotychczasowego życia na roli. I przybywali tu, gdzie:
... Rynsztokami płynęły ścieki z fabryk i ciągnęły się wstęgi brudnożółte, czerwone i niebieskie; z niektórych domów i fabryk, położonych za nimi, przypływ był tak obfity, że nie mogąc się pomieścić w płytkich rynsztokach, 1`występował z brzegów zalewając chodniki, kolorowymi falami, aż po wydeptane progi niezliczonych sklepików, ziejących z zabłoconych wnętrz brudem i zgnilizną, zapachem śledzi, jarzyn gnijących lub alkoholu. Domy stare, obdarte, brudne, poobtłukiwane z tynków, świecące niby ranami nagą cegłą, miejscami drewniane, albo ze zwykłego pruskiego muru, który pękał i rozsypywał się przy drzwiach i oknach, o krzywych obsadach futryn, pokrzywione, wyssane, zabłocone, stały ohydnym rzędem domów-trupów, pomiędzy którymi wciskały się nowe, trzypiętrowe kolosy o niezliczonych oknach, jeszcze nie tynkowane, bez balkonów, z tymczasowymi oknami, a pełne już ludzkiego mrowia i stuku warsztatów tkackich, jakie pracowały bez względu na niedzielę, turkotu huczącego maszyn szyjących tandetę, na wywóz i przenikliwego zgrzytu kołowrotków, na których zwijano przędzę na szpulki do użytku ręcznych warsztatów. (str. 112-113)
Widok jak na Powiślu w Lalce Prusa; brud, nędza, zdziczenie, aż strach się tam zapuścić.
Ale przecież każdemu wydawało się, że i on dojdzie do majątku, jak któryś z królów bawełny, czy choćby pomniejszych łódzkich książąt. Były to przecież czasy, kiedy kariera od tkacza do właściciela fabryki nie była niemożliwą, wystarczyła pracowitość i trochę szczęścia. A wówczas można było postawić sobie nawet pałacyk.
…. po obu stronach ulicy, ciągnącej się olbrzymią linią aż do Bałut, stały zbitą masą domy, pałace podobne do zamków włoskich w którym były składy bawełny; zwykłe pudła murowane o trzech piętrach, poobdzierane z tynków; domy zupełnie stylowe o złoconych balkonach żelaznych barocco, powyginane, wdzięczące się, pełne amorków we fryzach i nad oknami, przez które widać było szeregi warsztatów tkackich, malutkie, drewniane, pogięte domki o zielonych omszałych dachach, za którymi wznosiły się w dziedzińcach potężne kominy i korpusy fabryk, tuliły się do boku pałacu, o ciężkim renesansowo-berlińskim stylu, z czerwonej modelowej cegły i wszystkich odrzwiach i futrynach z kamienia, z wielką płaskorzeźbą na frontonie, przedstawiającą przemysł, o dwóch bocznych pawilonach zakończonych wieżami, a rozdzielonych od głównego korpusu prześliczną żelazną kratą, za którą w głębi wznosiły się kolosalne mury fabryki; domy ogromem i wspaniałością podobne do muzeów, a które były składami gotowego towaru; domy przeładowane ozdobami w różnych stylach, bo na parterze renesansowe kariatydy podtrzymywały murowany ganek w staroniemieckim stylu, nad którym drugie piętro a` la Louis XV wdzięczyło się falistymi liniami w obramowaniu okien, a zakończały piękne facjatki pękate, podobne do pełnych szpulek, domy które z powagą świątyń wznosiły mury ogromne, ozdobione surowo, pełne majestatu, na którym złociły się litery ryte w tablicach marmurowych; Szaja, Mendelsohn, Herman Buholc itd. (str.108).
Niestety łut szczęścia dopisywał nielicznym, pozostali, jeśli chcieli dojść do bogactwa musieli być przebiegli i cyniczni, oszukiwać, kraść, defraudować, a sumienie zostawić w lombardzie. Jest taka fantastyczna scena, kiedy Moryc Welt idzie do swego partnera biznesowego, od którego otrzymał dużą ilość pieniędzy i mówi mu, iż nie odda pieniędzy, bo on sam potrzebował ich do uruchomienia interesu. Argumentacja Moryca aż zatyka czytelnika, a co dopiero wczorajszego wspólnika. Maurycy Welt za bardzo był łódzkim „Gründerem”, żeby mógł mieć jakie wahania sumienia, przeszkadzające mu zrobić dobry interes chociażby na skórze przyjaciół, jeśli ten interes sam szedł mu w ręce. (str.109) Tak, bo w Łodzi nie można było być uczciwym i rzetelnym w prowadzeniu interesów. Przynajmniej do czasu, aż dorobiono się pierwszych milionów. Potem można było się bawić w dobroczynność, zakładać szpitale, ochronki, kasy pożyczkowe, czy inwestować w kulturę lub  dbać o bezpieczeństwo. Ale zanim to nastąpiło:
Łódź była brudna, źle oświetlona, źle zabrukowana, .. domy waliły się corocznie na głowy mieszkańców,.. w bocznych ulicach w biały dzień zarzynali się ludzie scyzorykami. … Tysiące ludzi marło z głodu, tysiące ludzi ginęło z nędzy, tysiące ludzi walczyło całym wysiłkiem o nędzny byt, a ta walka cicha i straszna przez swoją ustawiczność, walka prowadzona nawet bez nadziei zwycięstwa, zżerała więcej ludzi rocznie niźli najgroźniejsze epidemie. (str. 280).
Ale jak tłumaczył jeden z bohaterów (Halpern) to była cena rozwoju, to był koszt, jak należało ponieść, aby stworzyć miasto przyszłości, bogate i piękne.
A tymczasem życie codzienne toczyło się swym nieprzerwanym biegiem. Na Starym Mieście odbywał się targ. Opis niczym w Brzuchu Paryża u Zoli. Jest gwarno, tłoczno, kolorowo, trochę brudno, trochę nędznie i bardzo różnorodnie. Wrzaskliwy chaos przewalał się jak falą z jednej strony rynku na drugi. Nad tym rojowiskiem głów, włosów rozwianych, rąk wzniesionych, łbów końskich, toporów rzeźnickich, połyskujących nagle w słońcu, podnoszonych nad rozrąbywanym mięsem, olbrzymich bochenków chleba, niesionych z powodu tłoku nad głowami, żółtych, zielonych, czerwonych, fioletowych chustek, powiewających niczym sztandary na kramach garderoby; czapek i kapeluszy, wiszących na kołkach, butów, szalików bawełnianych, co jak węże kolorowe trzepotały się na wietrze i uderzały w twarze przeciskających się; blaszanych naczyń błyskających w słońcu; stosów słoniny, kup pomarańcz, poukładanych na straganach w pryzmy, kul, świecących jaskrawo na tle czerni ludzkiej i błota, które gniecione, rozrabiane, tratowane, mieszane, rzygało strumieniami spod kół na stragany i na twarze, i wylewało się z Rynku do rynsztoków i na ulice, z czterech stron okalające targ, którymi toczyły się wolno olbrzymie wozy piwowarskie, pełne antałków. (ten przepiękny opis ciągnie się na stronach 114-115 i wart byłby cały przytoczenia).
Po raz kolejny wpadłam w zachwyt czytając Reymontowską Ziemię obiecaną. Można ją odczytywać na wiele sposobów. Tym razem skupiłam się na wizerunku miasta i jego mieszkańców, ale to tylko jeden z wielu tu poruszonych aspektów. Jest tu wspaniała plejada postaci, bardzo różnorodnych, w większości bohaterów, z którymi nie chcielibyśmy się identyfikować. Od królów bawełny poczynając mamy tu panów Bucholca i Szaję. Ich pierwowzorami byli odpowiednio Karol Scheibler i Izrael Poznański. W fabryce Poznańskiego dzień roboczy trwał nawet szesnaście godzin a pracowano także w część dni świątecznych. Dzisiejsza Manufaktura Łódzka to miejsce dawnej fabryki Poznańskiego. Można obejrzeć też Pałac Poznańskiego i Pałac Herbsta – zięcia Scheiblera, pełniący dziś funkcję Muzeum Narodowego z bogatą galerią zbiorów. Przy okazji polecam film Ziemia obiecana Wajdy z fantastyczną sceną porzucania pracy przez Horna (Piotr Fronczewski). Horn w tej scenie filmowej jest nieco bardziej wyrazisty niż jego literacki pierwowzór. Ta scena to marzenie każdego sfrustrowanego pracownika o rozwiązaniu stosunku pracy, kiedy w końcu można powiedzieć szefowi, co się o nim myśli. O myśli się z reguły, to co wyartykułował filmowy Horn. Szaję zaś dobrze charakteryzuje scena, w której domaga się od pracowników zapłaty za korzystanie z jego gazu przy gotowaniu wody na herbatę, albo propozycja przeznaczenia zysku wypracowanego przez robotników na zakup nowego wyposażenia domu fabrykanta (będzie im przyjemnie, że w moim domu taka piękna rzecz się znajdzie).
Są tu także inteligenci, artyści, drobni ciułacze, cwaniaczki, zbiedniała szlachta, średniozamożni żydzi, inżynierowie, naiwne dziewczątka. Jest też paru uczciwych; Trawińscy, ojciec Maksa Bauma, Anka narzeczona Karola Borowieckiego i jego ojciec, a także Myszkowski. 
Myszkowski, który twierdził:
Dbam o pieniądze, jak o dzień wczorajszy. … Dlatego, aby zarobić rubla więcej niż potrzeba, nie wstanę pięć minut wcześniej niż mi się chce, a dlatego, aby zarobić nawet miliardy- nie poświęcę przyjemności pełnego człowieczego życia, nie wyrzeknę się patrzenia na słońce, spacerów po powietrzu. Swobodnego oddychania, myślenia nad trochę większymi rzeczami niż miliardy, kochania, itd., itd.
Ja nie będę robił, robił, robił! Bo ja chcę żyć, żyć, żyć! Nie jestem bydlęciem pociągowym ani maszyną, jestem człowiekiem. Tylko głupiec chce pieniędzy i dla zrobienia milionów poświęca wszystko, życie i miłość, i prawdę i filozofię, i wszystkie skarby człowieczeństwa, a gdy się tak już nasyci, że może pluć milionami, cóż wtedy?
Zdycha na materacu wypchanym tytułami własności. Wielka pociecha, zupełnie tej samej wartości, jak gdyby zdychał na gołej ziemi. A gdyby go później spytano, jak żył? Powiedziałby” Robiłem. Po co? Zarobiłem miliony! Na co? No, żeby mieć miliony, żeby ludzie podziwiali, żeby jeździć powozem i imponować głupcom i żeby zdechnąć w połowie życia, zdechnąć z wycieńczenia pracą. (str. 276-277)
Do tego samego wniosku dochodzi Bucholc w swych ostatnich chwilach, kiedy stary i schorowany czuje się opuszczony przez wszystkich i Karol Borowiecki, kiedy osiągnie wszystko do czego dążył, a co nie dało mu to ani spełnienia, ani szczęścia ani spokoju.
Cytaty pochodzą z Ziemi obiecanej Wydawnictwo SBM Sp. z o.o. rok wydania 2021.
Jestem ponownie pod wrażeniem wyśmienitej prozy Reymonta. 
Wyjątkowo bez zdjęć, bo Łódź w moich planach jest w marcu.