Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 11 czerwca 2024

Łódź odkrycia i rozczarowania

 

ja w krzywym odbiciu (pasaż Rózy)

Łódź zapamiętana sprzed lat Po raz pierwszy byłam tam  czterdzieści lat temu, kiedy w całym kraju nie można było niczego dostać w sklepach. Łódź zagłębie tekstylne było rajem dla pań domu, które posiadając maszyny do szycia i zdolności krawieckie mogły się tam obkupić we wszelkiego rodzaju tkaniny. Czułyśmy się wówczas, ja i mama, jak ubogie krewne, które odwiedziły bogatą ciotkę w Ameryce z paroma dolarami w portfelu. Nie bardzo pamiętam jakie kupiłyśmy materiały, ale wydaje mi się, że przepiękną spódnicę w kolorze gołębim w kolorowe grochy wielkości piłeczek do tenisa, zawdzięczałam tej rodzinnej wycieczce. Koleżanka, z którą wybrałam się do Łodzi zapytała, czy odwiedziłyśmy wtedy Manufakturę. Rozbawiła mnie tym, bowiem my pojechaliśmy w ściśle określonym celu; zdobycia towarów. Nie wiem, czy miałyśmy konkretne plany. W sklepach nie było niczego, więc każdy przedmiot był na wagę złota. Mama skupiła się na tkaninach, ja na szkle. Miałam wówczas manię zbierania malutkich dzbanuszków, menzurek i różnych takich bibelotów, które zbierały potem kurz na półkach, ale i cieszyły oko. Przynajmniej moje było bardzo nimi ucieszone.
W muzeum włókiennictwa (Manufaktura)
Tym razem do Łodzi wybrałyśmy się z Magdą w celach poznawczych. Choć obie chyba trochę za bardzo nastawiłyśmy się na odnalezienie Łodzi sprzed lat i tej atmosfery bogactwa (ja), klimatu (koleżanka).
Niestety wycieczka przypadła w kiepskim dla mnie okresie. Jeszcze nie wykurowałam się po powrocie z Włoch, a już wpadłam w kolejną infekcję. Wyjazd nie mógł czekać, bowiem nie jechałam sama. Po raz pierwszy wychodziłam z domu, jak na ścięcie bez cudownego podekscytowania, jakie od lat towarzyszy każdej mojej podróży.
Manufaktura (miejsce dawnych fabryk Poznańskiego) z punktu widokowego na dachu
Dodatkowo Łódź zawsze kojarzyła mi się z teatrem muzycznym, a jak na złość w wybranym dużo wcześniej terminie nie grano żadnego musicalu. Również inne teatry nie miały nam nic do zaoferowania. Z tej desperacji poszukiwania ciekawego spektaklu prowadziłam też w środkach komunikacji miejskiej korzystając z internetu w telefonie. Niemal codziennie zaglądałam na strony nielicznych łódzkich teatrów, a w końcu wstukiwałam same nazwy teatrów. No i udało mi się dokonać zakupu na spektakl w Teatrze Powszechnym. Szkoda tylko, że zamiast łódzkiego pomyłkowo zakupiłam bilet do teatru warszawskiego, co zauważyłam w przeddzień wyjazdu.
Fortepian Rubinsteina na Piotrkowskiej (rzeźby postaci moim zdaniem mało udane)
Kiedy przyjechałyśmy do Łodzi przywitał nas deszcz. Czując się kiepsko nie miałam ochoty na spacery, ale trzeba było coś zjeść. No i tu kolejny niewypał - bar turystyczny, który z reguły oferuje smaczne, domowe i niedrogie posiłki zaproponował mi miskę pełną ziemniaków (lubię ziemniaki i mogłabym od biedy na nich poprzestać) polanych sosem czosnkowym (co sprawiało, iż ziemniaki były niezjadliwe) z kawałkami suchego i twardego mięsa. Miała to być potrawka z kurczaka. Skubnęłam ze trzy razy widelcem i zostawiłam całość. I zamiast powiedzieć bufetowej, że danie było niezjadliwe zapewniałam ją, że to jedynie dla mnie zbyt duża porcja.
Pierwszy dzień z powodu pogody i naszego nie najlepszego samopoczucia został spisany na straty. No może nie do końca, bowiem świetnie rozmawiało się nam przy kawce i herbatce w mieszczącej się w Manufakturze cukierni znanej sieci. Śmiałam się nawet, że w sumie mogłyśmy w Gdańsku pójść do owej cukierni, a niekoniecznie tłuc się ponad cztery godziny pociągiem, żeby sobie porozmawiać.
Sala lustrzana w wilii Herbsta
Kolejny dzień rozpoczęłyśmy od wizyty w Willi Herbsta. I to był dobry wybór. Herbstowie należeli do jednej z najbogatszych rodzin łódzkich fabrykantów. Karol Wilhelm Scheibler (teść Edwarda Herbsta) łódzki król bawełny był pierwowzorem Reymontowskiego Bucholza w Ziemi obiecanej. Jako kolejne pokolenie tej wzbogaconej pod koniec XIX wieku rodziny – Edward i jego żona Matylda mogli wieść dostatnie i wygodne życie. Spadkobiercy potentata włókienniczego, którego majątek pod koniec życia wynosił około 14 milionów rubli nie poprzestali jednak na odcinaniu kuponów. Edward wraz z synami Scheiblera Karolem i Adolfem po śmierci teścia utworzyli spółkę akcyjną, która zarządzała olbrzymim majątkiem zmarłego, a sam Edward został jej dyrektorem. Mógł też zająć się na większą skalę niż teść dobroczynnością. Budowa potrzebnych miastu gmachów: szkół, szpitali, budowa domów mieszkalnych dla robotników, organizacja straży pożarnej (przy licznych pożarach fabryk czy to przypadkowych, czy też będących jedynym wyjściem dla bankrutujących właścicieli niezwykle przydatnej), organizacja sklepu fabrycznego, ochronki dla dzieci, ambulatorium i biblioteki to tylko część ich działalności. 
Jadalnia w Wilii Herbsta
Rodzina wspierała akcje charytatywne a także budowę kościołów i świątyń różnych wyznań. Edward Herbst zabiegał o otwarcie filii banku Polskiego w Łodzi. Sam pochodził z rodziny o korzeniach niemieckich, ale mieszkał na terenach dawnej należących do Rzeczpospolitej, za jego życia wchodzących w skład Królestwa Polskiego (zabór rosyjski). Edward był nawet kilkakrotnie odznaczony orderami przyznawanymi przez władze carskie między innymi za zasługi przy budowie cerkwi Aleksandra Newskiego w Łodzi. Był członkiem zarządu towarzystwa Kolei Fabryczno - Łódzkiej, której pierwszą inwestycją była linia łącząca Łódź z Koluszkami. Kierował Towarzystwem Kredytowo - Miejskim, stał na czele komitetu założycielskiego Banku Handlowego w Łodzi. Był też współzałożycielem Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie, zasiadał w zarządzie szpitala miejskiego oraz był honorowym konsulem generalnym Austro - Węgier w Królestwie Polskim. Przyczynił się też do powstania pierwszej polskiej gazety w Łodzi (Dziennika Łódzkiego). Posługiwał się płynnie językami niemieckim, polskim i rosyjskim. Była to ważna i zasłużona dla miasta persona.
Pokój starszej pani
Willa Herbsta wybudowana została pod koniec XIX wieku w stylu neorenesansowym. Była siedzibą Matyldy i Edwarda Herbstów. Mieści się u zbiegu ulic Tymienieckiego i Przędzalniczej w sąsiedztwie dawnej fabryki scheiblerowskiej i przyfabrycznego osiedla robotników Księży Młyn. Miał zatem Edward blisko do pracy. Fabrykę widział z okien swej rezydencji. Wyobrażam sobie, że nie był to wówczas najbardziej pożądany widok z okien. Może dlatego rodzina Herbstów tak upodobała sobie Sopot i wybudowała tu willę przy ul. Szkolnej (dziś Kościuszki) na swą letnią rezydencję, a sam Edward z fabrykanta na starość zamienił się w ogrodnika.
Salon orientalny
Po wyprowadzce Edwarda i jego żony do Sopotu (wówczas Zoppot) willę zamieszkiwał syn Leon z żoną Aleksandrą. Opuścili ją pod koniec 1941 r. wyjeżdżając do Wiednia. Tam Leon zmarł bezpotomnie. Jego żona powróciła do Łodzi po wojnie, aby wkrótce wyjechać do Berlina, gdzie urwał się po niej ślad.
Willa przetrwała wojnę w dobrym stanie, zdewastowana została przez jej powojennych użytkowników. W 1976 roku została przejęta przez Muzeum Sztuki w Łodzi i po gruntownej rekonstrukcji powstał tu oddział Muzeum, w którym prezentowane są wnętrza typowe dla łódzkiej elity przemysłowej z przełomu XIX i XX wieku.
Znający mnie wiedzą, iż nie przepadam za pałacowymi wnętrzami, razi mnie ich przepych, bogactwo na pokaz, te wszystkie lustra, kryształy, marmury. Zdarzają się jednak wyjątki. Willa Herbsta zwana też Pałacykiem Herbstów zauroczyła mnie swoistym klimatem i przede wszystkim oranżerią, w której dziś można się napić kawy. No i tym, co dla mnie najważniejsze znajdującą się w gmachu starej powozowni małą galerią malarstwa polskiego z przełomu XIX i XX wieku, czyli tego rodzaju malarstwa, jakie bardzo cenię i lubię.
Oranżeria (gdzie wypiłyśmy sobie kawkę i podyskutowałyśmy o obrazach)
Oczywiście wystój wnętrz jest bardzo ładny i może zachwycić odwiedzających. Sala balowa zainteresuje swą wielkością, sala lustrzana blaskiem (złoto i lustra i przepiękne dwa kominki), jadalnia pięknym nakryciem stołu z porcelaną zdobioną motywami roślinnymi zaczerpniętymi z zielnika (aż chciałoby się zasiąść do stołu tylko brak odpowiedniego stroju onieśmiela). Książki znajdują się w salonach przeznaczonych dla panów (salon dla panów, gabinet, biblioteka). W salonach dla pań królują toaletki, szafy, lustra, bibeloty (salon pani, salon starszej pani, salonik panieński. Zwłaszcza ten ostatni rozczula, był bowiem salonikiem najmłodszej i jedynej córki Herbstów Anny Marii, zmarłej, jako dziecko. Często przytaczana jest historia, jak to ulicę Przędzalniczą wyłożono słomą, aby koła przejeżdżających wozów nie zakłócały odpoczynku chorego dziecka).
Galeria sztuki w starej powozowni
Koniec dziewiętnastego wieku to okres zainteresowania orientem, głównie japońszczyzną, nie mogło więc i tu zabraknąć saloniku orientalnego z kolekcją przedmiotów rodem z dalekiego wschodu. Wszystkie pomieszczenia zdobią obrazy znanych malarzy, posążki, rzeźby, piękne tapety, sztukaterie, boazerie, dywany. Jednak gdyby nie galeria malarstwa i oranżeria zapewne szybko bym o tym pałacyku zapomniała. Galeria malarstwa jest skromna, składa się z trzech zaledwie pomieszczeń, jednak znajdujące się tam obrazy (zwłaszcza te w pomieszczeniu drugim i trzecim) bardzo przypadły mi do gustu, ponieważ ogromnie lubię ich twórców i z chęcią obejrzałam nowe dzieła. Gierymski, Rodakowski, Wyczółkowski, Siemiradzki, Stanisławki, Axentowicz, Wyspiański, Mehoffer, Boznańska. W oranżerii - przeszklonym jasnym pomieszczeniu pełnym zieleni wypiłyśmy z Magdą dobrą kawę i spędziłyśmy miło czas rozmawiając o obejrzanych obrazach, a nie spodziewałyśmy się tam takich odkryć.
Rybak Wyczółkowskiego
Tego dnia spotkały nas jeszcze dwa miłe odkrycia. Pierwsze to obiad w knajpce Imber na Piotrkowskiej. Wątróbka z jabłkiem była tak pyszna i tak duża, że najadłyśmy się obie jedną porcją, a co więcej wróciłyśmy kolejnego dnia na tatar ze śledzia i pasztet z kaczki - równie smakowite. Drugie to Pasaż Róży. Dziękuję Eli, że zwróciła mi nań uwagę.
Znajduje się przy Piotrkowskiej 3 w podwórku-pasażu prowadzącym do ulicy Zachodniej. Pasaż ma symbolizować drogę, jaką przeszła córka pani Joanny Rajkowskiej od niewidzenia do widzenia. Dziewczynka miała raka siatkówki i świat widziała tak, jak my widzimy się we fragmentach luster zdobiących kamienice w pasażu. Ściany kamienic zostały pokryte kawałkami nieregularnie pociętych luster (trójkąty, romby, kwadraty i inne nieregularne kształty). Pokrywają one wszystkie elementy kamienic. Owe fragmenty luster w świetle dnia odbijają słoneczne promienie, całość aż się skrzy, mieni, błyszczy, a w ich rozbitych taflach można oglądać własny wizerunek w krzywym zwierciadle; poszarpany, rozbity, nierzeczywisty. Taki, jakim widziała świat chora córeczka pomysłodawczyni. Jest to piękne zwrócenie uwagi na chorobę, a jednocześnie ciekawy wizualnie fragment miasta. Dzięki jasności tu panujące miejsce nabiera wymiaru lekkości.
Pasaż Róży
Ulica Piotrkowska – to chyba największe dla mnie rozczarowanie w Łodzi. Zapamiętałam ją, jako ulicę pełną sklepów fantastycznie zaopatrzonych, Magda, jako ulicę kawiarni i restauracji. Nie znalazłyśmy, ani jednego, ani drugiego. Owszem było kilka butików, ale ich asortyment był ubogi. Było też parę jadłodajni, ale one nie zachęcały do odwiedzin z krzykliwymi szyldami w najgorszym stylu (pizza, pierogi, kebab, sushi, kuchnia azjatycka). My szukałyśmy kuchni polskiej, lokalnej, żydowskiej. W końcu znalazłyśmy jedną. Nie było stoliczków na zewnątrz (może nie ta pora roku- wszak to był marzec dopiero). Nie znalazłyśmy na Piotrkowskiej klimatu, jaki miałyśmy nadzieję znaleźć. Ale możliwe, że po prostu nie trafiłyśmy we właściwy moment.
Jedna z ciekawszych kamienic na Piotrkowskiej Kamienica pod Gutenbergiem (tu wydano najstarszą łódzką gazetę  Lodzer Zeintung)
Manufaktura – czyli Galeria Handlowa znajdująca się na terenie dawnego kompleksu fabrycznego Izraela Poznańskiego (kolejnego łódzkiego potentata włókienniczego) może i by mnie zachwyciła, gdybym nie widziała kilku podobnych na terenie kraju. Owszem, doceniam sposób zagospodarowania niszczejących w latach siedemdziesiątych pofabrycznych terenów, jednak zupełnie nie czuję klimatu.
Maszyny włókiennicze w Muzeum Włókiennictwa w Manufakturze
Jedynie w małej salce mieszczącej muzeum włókiennictwa oglądając film o historii fabryki, stare zdjęcia jej pracowników, zardzewiałe elementy fabrycznej maszyny, czytając tablice ostrzegawcze (które pojawiły się zapewne długo po tym, jak puszczono w ruch pierwsze urządzenia), patrząc na kulki bawełny, z której wytwarzano tkaniny można poczuć przez chwilę ów klimat grozy, jaki towarzyszył codziennemu życiu pracujących tu w końcu XIX wieku robotników. Dla mnie to świadectwo ogromnej niesprawiedliwości dziejowej, nędzy, wyzysku człowieka, którego zmuszano do wyniszczającej trwającej w najgorszym okresie nawet szesnaście godzin dziennie pracy przy niebezpiecznych maszynach. A zaraz obok Manufaktury znajduje się ogromny, wg mnie większy niż Pałac Królewski w Warszawie Pałac Izraela Poznańskiego - człowieka, który zbił majątek na pracy niewolniczej robotników. Nie byłam w środku, oglądałam zdjęcia zrobione przez Magdę - bogactwo i przepych aż rażą. A trzeba też pamiętać, że i ten człowiek pod koniec życia (obawa przed karą w życiu pozagrobowym czyni cuda) zajął się dobroczynnością (sierocińce, szkoły, szpitale, pomoc w budowie świątyń. Ba, został nawet prezesem Żydowskiego Towarzystwa Dobroczynności).
Fragment Pałacu Poznańskiego
Zarówno Poznański, jak i wspomniany wyżej Scheibler zostali odznaczeni orderami od władz carskich za wkład w budowę soboru Aleksandra Newskiego. Sobór znajduje się w sąsiedztwie stacji kolejowej Łódź Fabryczna i Parku Stanisława Moniuszki (niewielki skwer raczej niż park). Powstała dzięki łódzkim fabrykantom, którzy chcąc przypodobać się carskim władzom pokryli niemal 90 procent kosztów budowy świątyni. Zaprojektował ją pan Hilary Majewski - naczelny architekt miasta Łodzi. To on jest twórcą większości budynków i budowli w Łodzi, w tym wspomnianych wyżej Wilii Herbstów, czy Pałacu Poznańskiego, czy wielu kamienic na Piotrkowskiej. Hilary Majewski był synem majstra kominiarskiego, który studiował w Petersburgu, a dzięki państwowemu stypendium odbył podróże do Włoch, Francji, Austrii i Bawarii, gdzie mógł zapoznać się z tamtejszą architekturą. Cerkiew wyświęcono w 1884 r. Funkcjonowała w czasie I wojny światowej, a także po wojnie. Nigdy nie planowano jej zamknięcia, czy rozebrania. Podczas II wojny duchowieństwo z soboru wydawało łódzkim żydom fałszywe metryki chrztu. Sobór działał również po wojnie. A w 1971 r. wpisano go do rejestru zabytków. Został gruntownie odrestaurowany na początku XXI wieku. Sobór zbudowano w stylu rosyjsko-bizantyjskim.
Sobór Aleksandra Newskiego
Nie miałam możliwości obejrzenia jego wnętrza, ale niezwykle dekoracyjna, kolorowa budowla z przepięknymi kopułami jest obiektem ze wszech miar godnym odwiedzenia. Nie miałam okazji oglądać tego typu architektury wcześniej, z tym większą przyjemnością przyglądałam się łódzkiej świątyni. Zapewne te rosyjskie są i bogatsze i okazalsze, jednak łódzka ma także ogromny urok. A trzeba też wziąć pod uwagę, że wzniesiono ją niemal wyłącznie z prywatnych funduszy łódzkich fabrykantów.
Reasumując, mimo iż wizytę w Łodzi początkowo uznałam za rozczarowującą jest tam zapewne wiele ciekawych miejsc wartych odwiedzenia. Także poza tymi, o których wspomniałam (Pałacyk Herbsta, Pasaż Róży, Sobór).
Brama wejściowa na Żydowski Cmentarz
No i tradycyjnie co mi się nie udało - otóż ze trzy godziny zajęła mi próba odwiedzenia łódzkiego cmentarza żydowskiego. Dojazd na cmentarz zajmuje około pół godziny, autobusy kursują rzadko. Zgodnie z informacją na stronie cmentarza w dniu odwiedzin był on czynny. Wejście miało znajdować się przy ulicy Brackiej. Kiedy doszłam do bramy wejściowej – zamkniętej- przeczytałam tabliczkę, iż wejście znajduje się przy ulicy Zmiennej. Obeszłam mury wzdłuż Brackiej, Zmiennej i Inflanckiej, co zajęło mi około godziny. Wejścia nie znalazłam. Powierzchnia cmentarza to około 43 ha. Jedyna korzyść z wycieczki to duża ilość kroków, jakie zrobiłam tego dnia. To kolejny niewypał z żydowskim cmentarzem. Poprzednio we Wrocławiu trafiłyśmy z koleżanką na dzień zamknięty. Tyle, że tam to nasze niedopatrzenie (nie miałyśmy pojęcia o dniach odwiedzin).
I jeszcze parę zdjęć z Łodzi
Kominek z sali lustrzanej Wilii Herbsta



Portret żony Józefa Mehoffera (Willa Herbsta)
 

Spośród mało udanych rzeźbionych posągów sympatycznie prezentuje się Miś Uszatek (choć może to nostalgia za dzieciństwem bezpowrotnie utraconym)


Przepyszne wątróbki w Imberze


I małe co nieco w Chudym Ciachu (obok Manufaktury)



28 komentarzy:

  1. Ta Łódź to mój podróżniczy wyrzut sumienia. Oglądam ją na innych blogach i co raz planujemy wyjazd. Nie wiem czy jakaś klątwa czy coś innego, ale gdy zbliża się termin wyjazdu zawsze coś wyskakuje. Podoba mi się Łódź widziana Twoimi oczami, ale już nie bulwersuje mnie tak bardzo przepych bogaczy. Jak świat światem zawsze była bieda i bogactwo i teraz też to jest widoczne. Dobrze, ze część tych pieniędzy została spożytkowana na budowę szkół, kościołów czy straży pożarnej oraz na zakup dzieł sztuki. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, że bieda i bogactwo było, jest i będzie, takoż samo, jak niesprawiedliwość, wyzysk i dobre uczynki. Nie wiem dlaczego akurat w Łodzi mnie tak to ubodło. Może to skutek niedawnej lektury Ziemi obiecanej i poczytaniu sobie o imć Izaaku Poznańskim. Te szesnaście godzin pracy na dobę plus praca w dni świąteczne tak mocno przemówiło do mojej wyobraźni. I pewnie stąd ta niechęć do Poznańskiego i jego epatowania bogactwem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna wycieczka, wspaniała relacja :). Łódź pamiętam z dzieciństwa, byłam tam raz tylko, z rodzicami po drodze na wakacje i doprawdy nie było tam nic dla mnie interesującego. Bardzo długo miałam obraz nudnego, szarego, sennego miasta. Od jakiegoś czasu jednak Łódź stała się modnym punktem do zwiedzania, bo włożono dużo wysiłku i pieniędzy w odnowienie zabytkowych kamienic i fabryk, zagospodarowano zaniedbane przestrzenie. Ciągle mam w planach wycieczkę, żeby to wszystko obejrzeć. Widziałam gdzieś ciekawą relację z Łodzi, gdzie pokazywano interesujące miejsca właśnie dalej od Piotrkowskiej. Jak to często bywa, to co najlepsze - schowane jest przed tłumem wycieczkowiczów w bocznych zaułkach. Oczywiście pałace, bogactwo i przepych są imponujące, ale dla mnie ciekawsze są miejsca z tzw. artystyczną duszą :). Tak czy inaczej - najbardziej zazdroszczę oglądania tych wspaniałych obrazów naszych mistrzów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie miejsca z artystyczną duszą- stąd tak bardzo byłam zadowolona z Wilii Herbsta i Pasażu Róży. Sobór pewnie też zachwyciłby mnie jeszcze bardziej, gdybym mogła wejść do środka. Pałace, jako takie- jako świadectwa pomysłowości architektów są ładne, widowiskowe, bywają ciekawe, ba, nawet czasami klimatyczne (komuś mogą być bliskie z uwagi na historię czy ich mieszkańców), ale i ja przedkładam miejsca pomysłowo zagospodarowane, czasami jest to zwykły mural, który nadaje miejscu klimat, czasami ciekawa rzeźba (lubię połączenie nowoczesności z tradycją- nie każda rzeźba nowoczesna do mnie przemawia, ale bardzo mnie cieszy, jak tak się dzieje). I zdecydowanie uważam, że nie ma nudnych miast/miejsc, tylko my czasami nie umiemy w nich dostrzec ukrytego piękna, bo nie zawsze jest ono dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Pamiętam, jak pokazywałam komuś Kazimierz krakowski i osoba ta była rozczarowana, bo spodziewała się oczywistego piękna- czystych, schludnych kamieniczek, może pałacyków, a tu grafiti, zaśmiecone ulice i pozrywane afisze na oknach, a jednak jest tam urok. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Jeżeli człowiek ma gorsze samopoczucie, to tak jakoś jak w łańcuszku sypią się inne sytuacje. Dobrze, że jednak coś Znalazłyście dla siebie. Tak czasami bywa. Też miewam takie nie miłe przygody. Następnym razem będzie lepiej. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, czasami spot niekorzystnych zdarzeń determinuje nasze postrzeganie miejsca. Ale jeśli jest co wspominać to zawsze jakaś korzyść. Pozdrawiam także

      Usuń
  5. Łódź jest piękna, to i tak zobaczyłaś więcej niż ja podczas swojej wycieczki do Łodzi, ale mieliśmy bardzo mało czasu na Łódź. Za to bardzo po0dobał mi się Gdańsk.
    Pozdrawiam:)*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem zapraszam do Gdańska, ale może poza sezonem. W sezonie sama chciałabym stąd uciec :)

      Usuń
  6. Bardzo interesująca relacja, wycieczka mimo różnych poślizgów chyba jednak na plus. W sumie zachęciłas mnie do podobnej wyprawy tym bardziej że zupełnie niedawno dowiedziałam się że w Łodzi jest Muzeum Awangardy, które powstało jako pierwsze na świecie. Założył je Władysław Strzemiński z Katarzyną Kobro podobno mają ciekawe zbiory może Maja chciała by zobaczyć chętnie bym ją wzięła że sobą. Ja w Łodzi byłam kilka razy ale dość dawno temu nawet raz przez miesiąc na kursie i wtedy sporo zwiedzałam i byłam dwa razy w operze. Fakt że to było inne miasto więc warto było by zobaczyć je ponownie. Jeśli tam dotrę z pewnością skorzystam z Twoich doświadczeń to z cmentarzem naprawdę traumatyczne! Cieszę się że podobał Ci się Pasaż Róży pięknie opisałas tę historię i miło mi że o mnie wspomniałaś przy tej okazji. Co do mojej prośby to napiszę Ci przed Twoim wyjazdem ale generalnie chodzi o to żebyś w razie możliwości zajrzała do kościoła który jest dwa kroki od Duomo. Ale o tym napiszę później co i jak. Na razie serdecznie pozdrawiam bo głową mi pęka mam wrażenie że się przeziębiłam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zrobiwszy bilans zysków i strat tych pierwszych jednak nieco więcej. I dobre lokum nam się trafiło i poza pierwszym dniem jedzonko smaczne, towarzystwo miłe no i jednak coś tam się spodobało, coś każda z nas odkryła dla siebie (jednego dnia się rozdzieliłyśmy). Muzeum Awangardy chyba by mnie nie zainteresowało, choć nauczyłam się nie, aby nie mówić że nigdy ... bo jednak gusta się zmieniają i może jednak... Doświadczenie z cmentarzem miało jeszcze ciąg dalszy związany z brakiem przystanka autobusowego w miejscu w którym miał się znajdować i konieczności przejścia kolejnego kilometra w poszukiwaniu. :) Mam nadzieję, że jednak to nie przeziębienie. Zdrowia życzę (kurując skręconą kostkę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Umiesz wzbudzać wspomnienia. Jakby dawno niesłyszana piosenka. Tak pięknie i fotograficznie to opisałaś, że nie sposób się nie odnieść.
    Ja byłam w Łodzi 50 lat temu po raz pierwszy! Jako świeżo upieczona licealistka pojechałam z rodzicami na wczasy do Strykowa, tam był zalew, a w ośrodku mieliśmy nawet basen. Mam zdjęcia z tamtych czasów i na FB byśmy się wymieniły:) Pewnego dnia zorganizowano wczasową wycieczkę do Łodzi. Pochodząc z miasta średniej wielkości, wtedy 50-tysięcznego, byłam Łodzią zachwycona. Już wtedy zwiedzaliśmy pałace dawnej burżuazji, ale bardziej z zewnątrz, bo dokładnie nie pamiętam. A potem były zakupy. Koszulową bluzkę z elastiku, którą wtedy kupiłam, pamiętam do tej pory. Chodziłam w niej z 10 lat i zachowałam gdzieś w szafie u rodziców. Była tak cenna jak z pewexu. Mama umiała szyć i nakupowała dużo materiałów. Mniej więcej w tamtym czasie Wajda nakręcił Ziemię obiecaną i wtedy Łódź, 200km od mojego miasta znowu mnie zainteresowała. Przesiadałam się tylko w Łodzi Kaliskiej. Zeszło 4 lata aż skończyłam liceum. Parę moich znajomych poszło tam na studia i jeździłam na imprezy do akademika i klubu "Balbina". Ja studiowałam tylko w Rzeszowie i wycieczki do większych ośrodków były dla mnie atrakcją. Takie kółka czasami zdarzało się robić, Łódź, Warszawa, Lublin, Rzeszów. Kraków innym razem. Całe noce z przesiadkami na twardych ławkach.
    Potem długa przerwa i dopiero po 2004 roku. Już w międzyczasie córka dorosła i pojechała do UK. Odwoziłam ją na lotnisko im. S. Reymonta. Jechało się bokiem przez miasto, brzydkimi przedmieściami, przez ogromne blokowiska, odrapane i zaniedbane. Taka współczesna Ziemia obiecana. Fani czyli kibole Łódź Bałuty i Łódź Widzew walczyli ze sobą nawet w Anglii. Czytałam wtedy w Angorze. W 2008 roku dawna koleżanka studencka zaprosiła mnie na sylwestra, obie miałyśmy żałobę po rodzicach. A jeszcze wcześniej zostałyśmy wdowami. Do tej pory spotykałyśmy się w rodzinnym mieście. Ona miała kupić bilety na koncert do Teatru Wielkiego, ale zabrakło biletów, bo miał prowadzić B. Kaczyński i poszłyśmy do Teatru Muzycznego na operetkę Offenbacha. Potem przeszłyśmy tą słynną Piotrkowską i bardzo mi się podobała, taka ożywiona sylwestrową nocą. Potem przegadałyśmy całą noc. 2 stycznia zabrała mnie do Manufaktury, wtedy nie tak dawno odrestaurowanej. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, widziałam w Anglii takie rewitalizacje. Byłyśmy w kinie na filmie Australia z Nicole Kidman, też wzruszający. Nie wiedziałam, że Japończycy atakowali Australię. Dopiero wtedy wszedł na ekrany.
    Potem już do Łodzi nie pojechałam. Loty do UK uruchomiono w Rzeszowie i mieliśmy bliżej.
    i tak przeleciało 50 lat. Sorry za tak długi komentarz. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Kochana uwielbiam tak długie komentarze. Świadczą o tym, że mój wpis uruchomił w twoich wspomnieniach jakieś być może wcześniej zapomniane kadry, że przeczytałaś z uwagą i ciekawością. Wiem, że z większym zainteresowaniem czyta się o miejscach nam znanych, bo konfrontujemy to z naszymi wspomnieniami. Choć oczywiście chętnie czyta się o nowych miejscach, aby znaleźć inspirację do kolejnych odkryć. Znowuż twoje wspomnienia ożywiają moje. Piszesz, że masz zdjęcia z tamtych czasów. Ja niestety nie mam żadnego, bowiem byliśmy tylko i aż na zakupach. A ówczesne klisze fotograficzne 24 czy 36 klatkowe tata zachowywał na specjalne okazje-urodziny, święta, podróże. Ale nie zakupy:) Kolorowa bluzka z elastiku :) Jak moja spódnica, którą mam na czarnobiałym zdjęciu, bo wybrała się na wycieczkę do Budapesztu:) oczywiście wraz ze mną. Moja mama także potrafiła szyć i dzięki temu mogłam czasami pokazać się w czymś innym, niż większość koleżanek. Teatralne wspomnienia- fantastyczna sprawa, choć wtedy pewnie rozczarowaniem była tylko operetka zamiast wizyty na koncercie prowadzonym przez Bogusia. Ach z jaką on pasją opowiadał o tych operach, mimo, iż wówczas do opery raczej by mnie nie zagoniono kijami to słuchałam tych opowieści z ciekawością. I te przegadane noce- dziś nie mam na to kondycji. Film Australia pamiętam. Masz o wiele więcej wspomnień związanych z Łodzią niż ja. Ciekawych wspomnień, kawał życia. Bardzo lubię takie osobiste komentarze. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Zachęcający wpis, może wreszcie w tym roku się przejadę, ponoć coraz szybciej można do Łodzi dojechać koleją. I pewnie natychmiast pobiegnę do Herbsta.;) Dzięki za wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu jak miło, że wpadłaś. Pałacyk Herbsta polecam. Nie wiem, jak z Warszawy, z Gdańska podróż trwała ponad cztery godziny, ale z Warszawy zapewne jest pendolino, a ono śmiga szybciej.

      Usuń
  11. Kroki krokami, ale mimo wszystko żal straconego czasu, skoro jednak nie udało Ci się zwiedzić tego cmentarza. Trzy godziny to sporo czasu, mogłaś wykorzystać go w lepszy sposób, no ale nie miałaś prawa wiedzieć.

    Małe co nieco wcale nie takie małe, ale za to bardzo apetycznie wyglądające :)

    Generalnie to ochoczo Ci przytakiwałam głową w czasie lektury tego wpisu, bo kiedy człowiek nie jest w pełnej formie zdrowotnej, to i ukochane podróże nie cieszą tak bardzo.

    Również nie jestem miłośniczką bizantyjskiego przepychu i pałacyków, powiem Ci jednak, że czasami zastanawiam się, jak by to wyglądało, gdybym kiedyś stała się obrzydliwie bogata? Czy za zmianą statusu finansowego poszłaby zmiana upodobań wnętrzarskich? Łatwo wpaść w pułapkę, zarzekać się, że jednak nie, lecz... "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono", jak pisała poetka.

    Chyba jesteś taką osobą, jakie lubię, czyli bezkonfliktową i z taktem :) I chyba też trochę podobną do mnie, bo ja na ostatnim wyjeździe także byłam rozczarowana jednym daniem, ale mimo wszystko zrobiłam dobrą minę do złej gry, i potwierdziłam właścicielce baru, że wszystko było OK. To miła kobieta, nie chciałam jej sprawiać przykrości, ani robić obory. Tym bardziej, że deser już był smaczny, tylko to danie główne (a w zasadzie mięso utopione w nadmiarze sosu BBQ) nie takie, jak chciałam... Zrzuciłam to jednak na zły wybór.

    OdpowiedzUsuń
  12. No właśnie, gdybym wiedziała, że moja przejażdżka na cmentarz zakończy się li tylko zrobieniem paru tysięcy kroków pewnie wybrałabym inne miejsce odwiedzin, gdzie poza krokami jeszcze zobaczyłabym coś ciekawego. A tak obejrzałam sobie cmentarny mur. Moja siostra zapytała- jak to- ty z Gdańska i nie przeskoczyłaś? No cóż nie nadaję się na rewolucyjnego przywódcę bo nie dałam rady, mur był dużo wyższy ode mnie i murowany.
    Małe co nieco na zdjęciu należało do Magdy, co nie przeszkadzało temu, że kolejnego dnia po nieudanej wycieczce na cmentarz sama też takie co nieco zamówiłam (choć dla usprawiedliwienia o 100 kalorii mniej kaloryczne :) Bo w tej kawiarni każde ciacho miało podaną kaloryczność. Mnie się to podoba, choć niektórych mogłoby zniechęcać.
    Zgadzam się, że nie wiemy, jakie byłybyśmy i jak zachowywałybyśmy się w innych warunkach życiowych, ani tych gorszych, ani tych lepszych. Choć co do pałacu to odpada - bo ja lubię małe klimatyczne mieszkanka, nawet na jesień życia zamieniłam większe mieszkanie na mniejsze. I to nie tylko ze względów ekonomicznych.
    Jestem zdecydowanie bezkonfliktowa, jak mi coś bardzo doskwiera to ucieknę raczej niż zacznę się kłócić. Na palcach ręki można by policzyć ile razy w życiu podniosłam głos i zrobiłam awanturę (nie licząc relacji z mamą).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to bardzo, bardzo mi się to podoba, bo nie lubię głośnych i konfliktowych ludzi, którzy tylko doszukują się drugiego dna i powodu do wszczęcia awantury. Są też zawodowi narzekacze - gdziekolwiek by się nie udali, zawsze im źle: coś nie pasuje, muszą narzekać i krytykować. Męczą mnie takie osoby, jeśli tylko mogę, to odcinam się od nich bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia z tego powodu.

      A co do ciasta, to bardzo dobrze, musiałaś przecież osłodzić sobie tę cmentarną porażkę ;) No i dobrze, że jednak nie próbowałaś sforsować muru ani go przeskoczyć - jeszcze byś sobie coś uszkodziła! Jeśli nie tym razem, to może innym, w końcu cmentarz nie zając - nie ucieknie. A jeśli jest nadal czynny, to może jedynie przybyć na nim mogił.

      Ja również nie chciałabym mieszkać w ogromnej willi. Robiłyby na mnie wrażenie, gdybym była podlotkiem, jestem jednak w takim wieku, w którym widzę duży dom i myślę sobie... ile tu sprzątania! Teraz myślę pragmatycznie. Małe jest przytulne :) Szczerze mówiąc, to nie wiem, po co bogaczom tak rozległe rezydencje. Niektóre są wielkie jak lotnisko! Rozumiem, że duży dom odzwierciedla status właściciela, ale i tu można zachować umiar, zamiast budować pałacyki, w których pomieściłaby się mała wioska. Z drugiej strony, niektórzy mają tyle pieniędzy, że zwyczajnie nie wiedzą, co z nimi zrobić...

      Usuń
    2. O to właśnie. Sprzątanie, bałagan i jakieś poczucie obcości w dużych przestrzeniach. W małych czuję się bezpieczniej. A gdyby jeszcze było dwupoziomowe trzeba by wspinać się po schodach. A w małym mieszkanku wszystko jest po ręką. Ja zresztą zawsze skłaniałam się ku minimalizmowi - minimum rzeczy. Jedyny zakup co do którego nie mam wyrzutów sumienia to książki :) Z ludźmi narzekającymi (spoza rodziny) zerwałam kontakty - mam ten komfort, że nie muszę ich utrzymywać. Jesień życia miewa swoje zalety, niewiele już trzeba, a sporo można (poza wadami, które każdy zna i o których nie warto wspominać, bo nie będziemy tu powielać mojego nieulubionego cytatu, który wysłuchuję kilka razy w tygodniu nie udała się panu B . starość).

      Usuń
    3. Otóż to :) Doskonale ujęłaś w słowa również moje odczucia, bo tak właśnie to widzę. A jak sprawnie idzie sprzątanie takiego niewielkiego metrażu: rachu-ciachu i po strachu! ;) Nie trzeba uprawiać prokrastynacji, odkładać porządków na bliżej nieokreśloną przyszłość - w minimalistycznie urządzonym małym domku bądź mieszkaniu obowiązki domowe niemal same się wykonują ;)
      Mnie od zawsze przytłaczał nadmiar rzeczy, dlatego u siebie w domu nie mam graciarni, chyba zwyczajnie nie potrafiłabym odpoczywać w takich warunkach. Mam za to sporo zieleni w kuchni (w tym w postaci roślin), bo uspokaja :))

      A co do książek, to kocham bezgraniczną miłością, ale dawkuję sobie tę miłość - muszę, bo w przeciwnym razie wykupiłabym cały asortyment księgarni! Korzystam głównie z biblioteki, ale od czasu do czasu sprawię sobie nowe pachnące cudeńko - w maju był to piękny album o latarniach, który od dawien dawna za mną chodził, był jednak bardzo drogi, więc nigdy nie zdecydowałam się na kupno. Aż do dnia, w którym zobaczyłam go w sporej promocji - to był znak dla mnie :)

      Usuń
    4. Zieleń też bardzo lubię, niestety muszę się ograniczać z liczbą kwiatów do kilku doniczek, które na czas moich wyjazdów wstawię do dwóch dużych misek z wodą, inaczej by padły. A co do książek też korzystam z bibliotek, a kupuję już niemal wyłącznie albumy, bo te wolę swoje i nowiutkie albo niektóre biografie. Zwyczajnie na pozostałą literaturę zaczyna brakować miejsca. Jak dobrze, że bywają promocje :)

      Usuń
  13. Małgosiu swoim postem i zdjęciami zachęciłaś mnie do kolejnej wizyty w Lodzi. Byłam kilka lat temu i to miasto naprawdę mnie zauroczyło. Jest kilka miejsc, które chciałabym jeszcze raz zobaczyć. Niestety, wybrałam zły termin na odwiedzenie Łodzi. Był lipiec i wszędzie było mnóstwo ludzi. W restauracji trudno było znaleźć wolny stolik.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ty żałujesz, że w lipcu i było tłoczno (swoją drogą nie podejrzewałabym Łodzi o takie zainteresowanie latem), a ja że w marcu i chłodno i deszczowo. Choć, nie tak deszczowo, jak się obawiałam i nie tak chłodno, jak można by się w marcu spodziewać. A brak wolnego stolika w knajpce bywa irytujący, jak człowiek się umęczy chodzeniem i nie może w spokoju usiąść i zjeść. Przydarzyło mi się to ostatnio w Białymstoku, gdzie mając półtorej godziny od zameldowania do wyjścia do teatru nie znalazłam miejsca w restauracji i musiałam się zadowolić kawałkiem niesmacznej pizzy w jakimś obskurnym barze. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem moja mama lubiącą szyć i jej przyjaciółka zawodowa krawcowa często do Łodzi jeździły na zakupy. I zawsze przywoziły mi kolorowe skarpety, które uwielbiałam i ta słabość została mi do dzisiaj, noszę tylko skarpety we wzorki 🙂. Wyjątek robię jedynie latem bo taka pstrokacizna średnio pasuje do białych trampek.
    Podobnie jak Ty nie lubię pałacowych wnętrz bo w przepychu nie umiem dostrzec piękna ani uroku. Podobnie mam z większością kościołów. Ale są i kościoły, i pałace, które mi się podobały.
    Z Łodzi do Warszawy niedaleko, pojechałyście do teatru?

    OdpowiedzUsuń
  16. Masz zatem miłe wspomnienia- kolorowe skarpetki, do których upodobanie ci pozostało. Ja świątynie niektóre lubię, ale jak się nad tym zastanawiam to z uwagi na sztukę- obrazy, rzeźby, jakiś specyficzny klimat. Na pewno nie z powodu złoceń- choć owe złocenia czasami też robią klimat.
    Czy niedaleko- to kwestia względna- 1,5 godziny w jedną stronę. Względna, bo gdyby to był jeden z musicali, czy jakiś koncert ulubionego wokalisty/tki, albo spektakl, który bardzo chciałabym obejrzeć, to pewnie byłoby to niedaleko. A skoro był to spektakl, który fajnie byłoby obejrzeć, ale niekoniecznie telepać się nań półtorej godziny (ryzykując w przypadku opóźnienia bezcelowość takiej podróży) to już jest to daleko :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jak widzę nazwisko Scheibler to zawsze kojarzy mi się ono z Adelą Marią Scheibler jedną z córek Karola Wilhelma Scheiblera. To dla niej Adolf Buchholtz odkupił od Zachertów niewielki pałacyk w Supraślu i rozbudował go tak aby godny był córki łódzkiego twórcy imperium przemysłowego - taki warunek postawił Adolfowi przyszły teść. Młodzi pobrali się dopiero wtedy kiedy pałac był gotowy. Jednak Adela nie cieszyła się długo pożyciem małżeńskim, bowiem wkrótce jej mąż zmarł na skutek wypadku. Zrozpaczona młoda wdowa zleciła wybudowanie kaplicy grobowej na supraskim ewangelickim cmentarzu, w której to po trzydziestu latach sama spoczęła obok ukochanego męża...
    Łódź znam tylko z przejazdów przez nią i mimo iż mieszkała w niej matka chrzestna mojego męża to nigdy jej nie odwiedzaliśmy. Zazwyczaj to ona przyjeżdżała w nasze rodzinne strony. Łódź podobnie jak inni blogerzy znam z blogowych wpisów...
    Przyjemny post i miłe komentarze.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Przechodziłyśmy obok tego pałacyku i nawet coś mi o nim opowiadałaś, ale upływ czasu zatarł te informacje. Zaczęłam szukać zdjęć i wczoraj nie mogłam znaleźć ani jednego z Supraśla. Dziś rano uświadomiłam sobie, że szukałam w folderze Białystok, a tymczasem mam folder mniejsze miejscowości. Zdjęcia są, choć robione zza płota:) Co przypomina mi, że w Łodzi byłyśmy na filmie Sami swoi początek. Bardzo nam się spodobał, bo i śmieszny i poruszał poważne tematy, bo początek Samych swoich na ziemiach wschodniej niegdyś rzeczpospolitej nie był łatwy i przypadał na straszny czas. Moim zdaniem warto obejrzeć. Ale i do Białegostoku i Supraśla bym wróciła, bo zdjęcia mam takie niekoniecznie ładne. Zobaczę co grają w Filharmonii i może wybiorę się na dwa trzy dni na jesieni. Czy budynek można zwiedzać, a przynajmniej czy można wejść za płot i podejść bliżej? Nie pamiętam, czy mi o tym mówiłaś, więc przepraszam, jeśli tak. Skoro to dziś Liceum Plastyczne to pewnie można w dzień roboczy podejść bliżej? A swoją drogą piękne mają budynki edukacji na wschodzie w Supraśli Pałac Bucholtzów a w Białymstoku Pałac Branickich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Budynek można zwiedzać. O ile pamiętam była to chyba niedziela. Byłam wtedy bardzo zmęczona (powód znasz) i nie mogłam poświęcić Ci więcej czasu. W okolicach Supraśla też jest co zwiedzać i gdzie dobrze wypocząć. Zapraszam i pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Dzięki za informację. Kto wie, może się wybiorę. Na razie mam tysiąc pomysłów i sporo planów, a chwilowo muszę zwolnić z dalszymi planami. Proza życia. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).