Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orwell Georges. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orwell Georges. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

Na dnie w Paryżu i w Londynie George Orwell


Gdyby nie polecenie książki przez Czarę pewnie nigdy bym do niej nie dotarła. Orwell jest co prawda autorem dwóch pozycji, które cenię bardzo wysoko (Folwarku zwierzęcego i Roku 1984), ale nie sądzę, abym z własnej woli sięgnęła po mało znaną książkę, debiut literacki pisarza.
Wpis dzisiaj długi za przyczyną cytatów. 
Książka, jak pisze w posłowiu wydawca, jest powieścią autobiograficzną zawierającą opis doświadczeń pisarza z czasów, kiedy zamieszkiwał w najuboższych londyńskich dzielnicach chcąc poznać życie bezrobotnych, żebraków i włóczęgów oraz z czasów, kiedy w Paryżu zatrudniony w (co prawda) eleganckim hotelu, wykonywał pracę pomywacza i posługacza kuchennego. Sam autor pisał, iż wszystkie przedstawione w książce historie są prawdziwe i jeśli nie przydarzyły się jemu, to jego znajomym, był ich świadkiem, lub pozyskał dowody ich prawdziwości.

W pierwszej części bohater – narrator mieszkający w Paryżu Anglik podejmuje się przeróżnych dorywczych zajęć, aby w końcu znaleźć pracę w restauracji nowo utworzonego hotelu. Kiedy zastawił już wszystko co miał do zastawienia w lombardzie, kiedy skończył się ostatni grosz, a on niemal zdychał z głodu wegetując na łóżku ledwie okryty jakimiś łachmanami znalazła się wymarzona praca. Niestety była to praca pomocnika kuchennego; praca ciężka i tak naprawdę nikomu nieprzydatna. Kilkanaście godzin dziennie bez przerwy, w pośpiechu, zaduchu, wyziewach kuchennych odpadków, w niekończącym się nigdy ciągu zadań do wykonania.

"A jednak [….] plongeurzy, choć stoją na dolnym szczeblu hierarchii, odczuwają coś w rodzaju dumy zawodowej. Jest to duma - wołu roboczego-osoby, która wykona dowolną ilość pracy. Jak się wydaje na tym poziomie można się szczycić już tylko zdolnością do ciężkiej harówki".

Cytaty dotyczące nużącej, męczącej, nikomu niepotrzebnej pracy, jako żywo odbijają stan moich ostatnich odczuć pewnie dlatego z taką lubością wyłuskuję je z tekstów literackich.

"Niewolnik- jak mawiał Marcus Kato powinien pracować, gdy nie śpi. Nie ma większego znaczenia, czy jego praca przynosi pożytek, czy nie - on musi pracować, albowiem praca sama w sobie jest znakomitym zajęciem, przynajmniej dla niewolników".

"Uważam, iż praprzyczyną instynktu, który każe jednym ludziom nieustannie zaprzęgać innych do bezużytecznej pracy, jest zwykły strach przed tłumem. Tłum bowiem (jak się wydaje bogatym) składa się ze zwierząt tak dalece prymitywnych, że gdyby tylko ofiarować im odpoczynek, stałyby się niebezpieczne, lepiej przeto zapewnić im jakieś zajęcie, żeby nie miały czasu na myślenie".
Tłem do snucia przez bohatera filozoficznych rozmyślań jest realistycznie tło – paryskich rynsztoków, spelunek, zaplecza hotelowego, gdzie wśród brudu, odpadków, insektów i gryzoni przygotowuje się wykwintne i elegancko serwowane potrawy.

W kuchni panował jeszcze gorszy brud. Powiedzenie, że kucharz paryski pluje do zupy, nie jest bynajmniej metaforą, a jedynie stwierdzeniem faktu. Taki kucharz to wprawdzie artysta pierwszej wody, ale jego artyzm nie ma nic wspólnego z czystością. W pewnej mierze kucharz jest brudny, dlatego, że jest artystą; żeby zaś potrawy wyglądały na półmisku elegancko, podczas ich przyrządzania nie sposób przestrzegać zasad higieny. Gdy na przykład szef kuchni sprawdza, czy stek został dobrze wysmażony, nie posługuje się w tym celu widelcem. Ujmuje mięso w palce, po czym rzuca je z powrotem na patelnię, następnie przejeżdża po nim kciukiem i oblizuje palec, żeby przekonać się o smaku sosu, powtarza te czynności, wreszcie postępuje krok do tyłu i kontempluje danie niczym artysta malarz wydający sąd o obrazie, w końcu zaś miłosnym ruchem kładzie stek na talerz, posługując się przy tym różowymi, tłustymi palcami, z których każdy oblizał tego rana setki razy....wręcza potrawę kelnerowi. Ten zaś oczywiście macza w sosie palce- wstrętne zatłuszczone paluchy, którymi wciąż przygładza ubrylantowane włosy....Ujmując rzecz z grubsza, im droższe posiłki, tym więcej w nich potu i śliny.

Po takim opisie odchodzi ochota na korzystanie z paryskich restauracji (a może z jakichkolwiek restauracji). Autor pozostawił jednak czytelnikowi pewną nadzieję, bowiem zauważył prawidłowość polegającą na tym, że jakość potraw jest odwrotnie proporcjonalna do ceny, jaką się za nie płaci (im wyższa cena tym gorsza jakość). A to szansa dla niezamożnej klienteli, która korzysta raczej z małych knajpek niż luksusowych, eleganckich restauracji. Choć czy dzisiejsza gastronomia nie różni się od dziewiętnastowiecznej - nie mam pojęcia. I może lepiej nie dociekać, bowiem inaczej zostałoby nam jedno wyjście – suchy prowiant.

Restauracja, którą opisywał bohater (a także restauracja, w której pracował autor) należała do jednej z najbardziej luksusowych w mieście, a mimo to, a może właśnie dlatego;

"Pomijając brud, na porządku dziennym było oszukiwanie gości przez patrona na czym tylko się dało. Surowce, z których przyrządzano dania były najczęściej nader pośledniej jakości, choć kucharze wiedzieli w jaki sposób nadawać potrawom wykwintny wygląd. Mięso było w najlepszym wypadku pośledniego gatunku, co się zaś tyczy warzyw żadna pani domu nawet by na nie na targu nie spojrzała. Pewnego dnia kelnerowi spadło pieczone kurcze do szybu windy; wylądowało na dnie, wprost na warstwie odpadków złożonej z ułomków chleba, podartych papierów i podobnego śmiecia. Kurcze po prostu wytarliśmy ścierką i ponownie wysłaliśmy na górę. W części hotelowej opowiadano sobie obrzydliwe historyjki o używanej pościeli, której nie wysyłano do pralni, tylko zwilżano, prasowano i zanoszono do numerów. …Klozety dla personelu wyglądały, jak żywcem przeniesione z Azji środkowej, ręce zaś mogliśmy myć jedynie w zlewach używanych do płukania naczyń".

Praca trwała po kilkanaście godzin na dobę, nic więc dziwnego, iż pracujący tu ludzie za jedyną rozrywkę uważali możliwość wyspania się (mam wrażenie, iż dzisiaj niektórzy wyeksploatowani pracownicy także marzą jedynie o tym, aby się porządnie wyspać). W takich warunkach nikogo nie dziwi popełnione pod oknem morderstwo. Pracownicy są tak zmęczeni, że po skonstatowaniu, iż leżący pod ich oknami człowiek jest martwy, idą spać. Na dnie w Paryżu przetrwać mógł tylko ten, kto potrafił wykazać się odpowiednim sprytem, co oznaczało oszustwo, bądź złodziejstwo.

Kiedy bohaterowi obiecano pracę w Londynie wydawało mu się, iż złapał Pana Boga za nogi. Tymczasem na skutek niesprzyjających okoliczności zmuszony był zawrzeć bliższą znajomość z bezdomnymi włóczęgami i żebrakami, poznając dogłębnie zakłady opieki społecznej, w których za grosze oferowano dach nad głową i …niewiele ponadto (pomieszczenia, w których nocowało kilkanaście lub kilkadziesiąt osób, bez sanitariatów, bez okien, często bez łóżek, zawsze bez krzeseł; brudne, zaszczurzone, pełne smrodu i zaduchu). Na dnie w Londynie cierpiało się chłód, głód i poniżenie (pracowników poddawano przymusowym rewizjom oraz badaniom –które z opieką medyczną nie miały nic wspólnego), a jednak wiele osób nie wyobrażało sobie innego sposobu na życie poza żebraczką i włóczęgostwem, bowiem dawały one pewnego rodzaju poczucie wolności.

"Żebractwo jest zawodem jak każdy inny, oczywiście całkowicie bezużytecznym, ale przecież wiele poważnych zawodów jest całkowicie bezużytecznych. Porównanie żebraka z przedstawicielami wielu innych profesji wypada dlań całkiem korzystnie. Jest on uczciwy, czego nie można powiedzieć o sprzedawcach większości patentowanych leków, jest szlachetny w przeciwieństwie do właściciela niedzielnej gazety, jest sympatyczny w porównaniu z domokrążcą; krótko mówiąc jest on wprawdzie pasożytem, ale pasożytem całkowicie nieszkodliwym".
Co ciekawe, pomoc oferowały także organizacje kościelne, tam zapłatą była konieczność uczestnictwa w nabożeństwie, co dla większości włóczęgów było zbyt wysoką ceną nawet za godziwsze warunki noclegu oraz całkiem niezłe pożywienie. Książka opisuje sposób życia na dnie; zwyczaje, zachowania, rozkład dnia, spędzanie wolnego czasu oraz mentalność osób spoza nawiasu społeczeństwa. Poza głównym bohaterem mamy okazję poznać jego niezwykle interesujących towarzyszy niedoli. Książka napisana jest prostym, jasnym językiem, przedstawia ciemne i smutne strony życia ludzi na dnie w sposób niezwykle realistyczny, dokładnie i z detalami.

I choć wolę poznawać miasta od ich jaśniejszej strony, to bez tej drugiej strony ich obraz byłby niepełny.

Moja ocena 4,5/6

piątek, 7 czerwca 2013

Rok 1984 George Orwell


Rok 1984 - George Orwell
Po przeczytaniu "Folwarku zwierzęcego", który zapadł mi głęboko w pamięć sięgnęłam po "Rok 1984". Do tej pory byłam przekonana, że czytałam książkę jeszcze wówczas, kiedy znajdowała się ona na indeksie książek zakazanych. Teraz wydaje mi się, że musiałam wówczas (w latach osiemdziesiątych) czytać jakieś jej fragmenty, ponieważ to, co znajduje się w mej pamięci ma się nijak do niedawnej lektury.

Książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.
Określana jako antyutopia o podtekstach politycznych. Zainspirowana kontaktem autora z praktyczną stroną ideologii komunistycznej.
Rok 1984 przedstawia czasy absolutnego totalitaryzmu, totalitaryzmu, dla którego "nazizm jest niemal sielankowym wspomnieniem".

Akcja dzieje się w fikcyjnym mocarstwie Oceanii, w której rządzi nieliczna grupa ludzi, zwana Partią Wewnętrzną przy pomocy podrzędnych urzędników (Partii Zewnętrznej) wykorzystując pozbawionych jakichkolwiek praw proli. Na czele Partii stoi mityczny Wielki Brat (raczej wytwór wyobraźni, niż rzeczywista postać). Obywatele podlegają permanentnej inwigilacji przez 24 godziny na dobę; w pracy, w domu i poza nim. Mieszkania i miejsca pracy wyposażone są w ekrany, które nie tylko non-stop nadają propagandowe treści, ale i „obserwują” ludzi. Obserwacja trwa zarówno w dzień, jak i w nocy, obserwacja dotyczy nie tylko zachowań, ale też gestów, mimiki twarzy a nawet myśli, które specjaliści potrafią odczytywać z najdrobniejszych, pozornie nic nie znaczących ruchów, min. Obywatel, aby uniknąć ewaporacji (unicestwienia zarówno fizycznego, jak i duchowego) musi non stop kontrolować swoje myśli, a na twarz przybierać maskę obojętności, musi nauczyć się także umiejętności błyskawicznej zmiany poglądów i nie wyrażania absolutnie żadnego zdziwienia postępowaniem partii. Bowiem, jeśli Partia (Wielki Brat) twierdzą, że dwa plus dwa jest pięć to znaczy, że jest pięć.
W Oceanii przeszłość istnieje tylko w dokumentach, a raczej iluzja przeszłości. Jest ona bowiem poddawana ciągłej zmianie, poprzez zmianę treści gazet i informacji. W końcu nie sposób dotrzeć do tego, co jest, co było prawdą, a co jej zaprzeczeniem. Każdy dokument natychmiast po otrzymaniu ulega zniszczeniu w tzw. ”luce pamięci”. A kształtowana przez nieustanną propagandę pamięć staje się z czasem niepamięcią, albo używając nowomowy „bezpamięcią”. "Kto rządzi przeszłością w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w jego rękach jest przeszłość" mówi jeden ze sloganów Partii.
W świecie strachu nie ma miejsca na ludzkie uczucia, dzieci obserwują rodziców, małżonkowie małżonków, sąsiedzi sąsiadów, każdy na każdego składa donosy.
Najtragiczniejszym nie jest to, że adwersarzy, politycznych oponentów się niszczy (unicestwia), ale to, że wymazuje się ich z pamięci ludzkiej.
Książka nie jest odwzorowaniem rzeczywistości, jest jej karykaturą. Ale nie jest też czystą fikcją. Jest projekcją tendencji, jakie Orwell zaobserwował w otaczającej go komunistycznej rzeczywistości. Jest tam więc opis; szarej i brudnej, nijakiej jakości życia w „komunie”, propagandowych metod, jakimi posługiwały się władze nie zważając na inteligencję swoich słuchaczy, przywilejów partyjnej „wierchuszki”, wyszukanych tortur stosowanych wobec politycznych przeciwników, a także metod prowokacji tajnych służb. Przedstawiony przez Orwella obraz świata jest przerażający. Lektura momentami powoduje odrazę (ach te wyszukane tortury), momentami powoduje wściekłość na bezczynność ludzi, na ich bezwolność, na paraliżujący ich strach. Momentami zaskakuje. I na pewno zmusza do refleksji i zastanowienia.
Czy dzisiaj, kiedy żyjemy w rzeczywistości, która „w przeważającej mierze jawi się nam jako demokratyczna” ostrzeżenie Orwella traci na aktualności? Czy dzisiaj możemy zaprzeczyć tezie, że jedynym celem władzy jest utrzymanie władzy (i to władzy wszelakiej, nie tylko politycznej)? Czy problem dotyczy jedynie dziedziny polityki?
 
Moja ocena 6/6

Mnie powieści Orwella nieodmiennie kojarzą się ze znacznie  mniejszym środowiskiem, które jest doskonałym poletkiem doświadczalnym, gdzie władza testuje, jak daleko może się posunąć w swojej niegodziwości i braku poszanowania dla człowieka, a w słowniku pojęć na dziś przymiotnik bardzo dobry staje się równoznaczny z przymiotnikiem przeciętny
Opinię książki po raz pierwszy zamieściłam na blogu Z dziennika grafomanki w średnim wieku.

wtorek, 15 listopada 2011

Folwark zwierzęcy oraz Dr Jekyll i pan Hyde


Folwark zwierzęcy.
Czasami pewne tytuły odstręczają mnie od tematu (książki, filmu, spektaklu) i trudno byłoby mi wyjaśnić dlaczego. Wtedy żadne argumenty nie są w stanie przekonać, że nie mam racji. Tak było z "Folwarkiem zwierzęcym". Wiedziałam przecież, że nie jest to rzecz o hodowli zwierząt, a jakoś nie miałam ochoty przeczytać.
Podobnie było z musicalem "Taniec Wampirów". Usłyszawszy tytuł i nazwisko reżysera stwierdziłam, że to nie dla mnie. Jakże teraz tego żałuję. 
Na szczęście, w przypadku książki udało mi się ów błąd naprawić.
Książka autorstwa George Orwella (powstała w okresie drugiej wojny światowej)wydana została w Anglii w 1945 r. W Polsce pierwsze oficjalne wydanie miało miejsce w 1988 r.
Tematem lektury jest opis stosunków panujących na folwarku, który z dworskiego, po wygnaniu zeń ludzi przez zwierzęta zamienia się w folwark zwierzęcy, aby w końcu przeistoczyć się znowu w folwark dworski. Folwark, w którym niektórzy z dotychczasowych ciemiężonych stają się ciemiężycielami.
Pierwsze skojarzenia podczas czytania to analogia zachowań zwierząt do zachowań ludzi oraz analogia praw rządzących folwarkiem do praw rządzących państwem o ustroju komunistycznym. 
Ale Folwark ma bardziej uniwersalną wymowę, jest on ostrzeżeniem przed wszelkiego rodzaju totalitaryzmem.
Pewnego dnia zwierzęta pod wpływem płomiennego przemówienia krasomówczego knura (Majora) uświadomiwszy sobie swoją ciężką dolę postanawiają przejąć gospodarstwo i zaprowadzić nowy, lepszy ład. Porządek, w którym wszystkim będzie żyło się lepiej, dostatniej i sprawiedliwiej. Ustalają swoisty katalog praw (siedem zasad nowego porządku zwanego „animalizmem”). Dość prędko jednak piękna idylla zmienia się w dyktaturę jednego gatunku nad pozostałymi, dyktaturę, która okazuje się bardziej okrutna niż system, który panował przed wprowadzeniem nowego ładu.
Książka w sposób bardzo prosty i dowcipny, zarazem po mistrzowsku przedstawia poważne zagadnienia.
Postaci zwierząt są tak sugestywnie przedstawione, że znawcy historii bez trudno odgadną, kto był pierwowzorem każdego ze zwierzęcych bohaterów.
Jednakże nawet nie znając realiów historycznych (historii Rosji Radzieckiej) można w każdym zwierzęciu dopatrzeć się znajomych, ludzkich cech, ponieważ prezentują one pewne stereotypy zachowania, właściwe dla ludzi każdej epoki. Dla przykładu; knur Napoleon - przywódca, to osobnik, który powoli, ale metodycznie dąży do realizacji celów, knur - Major, ojciec duchowy przemian, to ten, który chciał dobrze, a wyszło jak zwykle, knur - Squeler (krzykacz), to minister propagandy (tych u nas i dzisiaj dostatek, właściwie niemal każdy polityk to krzykacz), koń pociągowy - Bokser – to przodownik pracy, zawsze lojalny wobec przywódcy, oddany do fabryki kleju (taki smutny los czeka poczciwych, acz bezkrytycznych fanatyków), osioł - Benjamin, cyniczny wobec przemian (gdybym miała przyrównać się do któregoś zwierzaka, to właśnie Benjamin byłby mi najbliższy, choć jeszcze do niedawna byłam koniem pociągowym), klacz - Mollie, klacz, która ucieka z folwarku (dzisiejsza emigracja, choć tutaj przyczyny mogą być bardzo różnorodne i nie chciałabym generalizować), kruk - Mojżesz– duchowny (wyznawca zasady, cokolwiek by się nie działo, niech się dzieje wola nieba), czy wreszcie psy odpowiedzialne za utrzymanie władzy (sowicie wynagradzane większym przydziałem karmy, telefonami komórkowymi, dietami, służbowymi samochodami itp..).
Treść lektury wciąga, można przeczytać jednym tchem. Książka bardzo dobra i pouczająca. Nadaje się także dla dzieci. Naprawdę gorąco polecam. Mając określić jednym zdaniem napisałabym – geniusz w prostocie.
Moja ocena 5,5/6


Doktor Jekyll i pan Hyde
Tematem noweli Doktor Jekyll i pan Hyde autorstwa Roberta Stevensona opublikowanej po raz pierwszy w 1886 r. jest dwoistość natury ludzkiej. Pewien niezwykłej prawości człowiek (dr Jekyll) zapragnął poznać smak zbrodni. Sporządza więc eliksir, który umożliwia mu zmianę osobowości (w pana Hyde). Tym sposobem w jednej osobie zamieszkują dwie; nieposzlakowanej opinii lekarz, filantrop, czyniący dobro oraz nędzna kreatura, zbrodniarz będący ucieleśnieniem zła. Przyjęło się, iż określenie "Jekyll i Hyde" oznacza kogoś o dwulicowej osobowości.
Książka stała się inspiracją wielu filmów (nie widziałam żadnego), a także inspiracją do powstania musicalu (wysłuchałam dwóch piosenek z tego musicalu na I Europejskim Festiwalu Duetów Musicalowych i Operetkowych Face to Face w Poznaniu. To właśnie dzięki tym piosenkom sięgnęłam po książkę).
Zdaniem narratora każdy człowiek nosi w sobie zarówno pierwiastki złego, jak i dobrego.
Nie wiem, dlaczego, ale mnie nowela nie zachwyciła. Może to sam temat mnie nie wciągnął, a może klimat jest zbyt posępny i mroczny. Mówi się, że jest to najlepsze studium dwoistości natury człowieka. Nowela jest dla mnie nieprzekonująca. Jedyne, co mi się podobało mi się to ostrzeżenie przed skutkami eksperymentów. Doktor Jekyll odkrył eliksir, dzięki któremu potrafi się zamienić w bestię. Okazuje się jednak, że jest to proces nieodwracalny i bestia przejmuje kontrolę na doktorem, powrót do pierwotnej postaci staje się niemożliwy. 
Moja ocena 3,5/6