Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy-moja miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy-moja miłość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2024

Aosta stolica autonomicznego regionu Valle d`Aosta

Porta Praetoria

Kiedy po raz pierwszy trzydzieści lat temu pojechałam do Aosty wydała mi się mało ciekawym miejscem. Jakieś ruiny, brama wjazdowa, na katedrę nie zwróciłam większej uwagi. Brak wiedzy i brak zainteresowań spowodował, iż bardziej zajmował mnie ryneczek z lokalnymi produktami niż XV wieczne freski na fasadzie świątyni, czy kamienne pozostałości starożytnych budowli. Potem byłam przez lata kilkakrotnie w Aoście, zawsze traktowałam ją, jako miejsce w zastępstwie. Skoro nie mogę pojechać do Turynu (i oglądać całunu turyńskiego czy muzeum egipskiego), albo do Mediolanu (popatrzeć na katedrę) to niech już będzie Aosta. W końcu to jakaś atrakcja, przejażdżka samochodem drogą położoną wśród Alpejskich szczytów, jakaś kawa, obiad i zakupy.
Łuk Augusta
Po latach, kiedy zaczęłam interesować się architekturą, sztuką i historią nie mogłam się nadziwić temu, że będąc w takim miejscu nie umiałam docenić jego urody i bogactwa. Aosta jest nazywana Rzymem Alp. Wspominałam, już o tym, że za przesadę uważam  porównywanie jednych miast do innych i nazywanie ich mianem np. Wenecji północy (ileż to ja już tych imitacji Wenecji spotkałam, a przecież Wenecja jest jedna i niepowtarzalna, tak samo, jak jeden jest Rzym). Aosta jest od Rzymu młodsza, mniejsza i zabytków w niej nie tak wiele. Jej niewielka powierzchnia nieco ponad 21 km kwadratowych stanowi zaletę, bo dzięki temu nie jest ani tak oblężona przez turystów, ani tak rozległa. Ma ona ciekawą historię; jak większość miast i osad Italii, związaną z Rzymem i jego podbojami. Dziś mieszkają tam potomkowie cezarów zatem wszelkie ślady obecności rzymian są tu pielęgnowane i upamiętniane (rzymski most, rzymska brama, rzymski teatr, rzymska wieża, rzymska droga). Dawno wyginęli pierwsi mieszkańcy tych terenów, więc nikt nie będzie płakał nad tymi, których już nie ma, a którzy tu kiedyś żyli.  W V wieku przed naszą erą ziemie Europy północnej, dzisiejszej Francji, północnych Włoch i Belgii stanowiły krainę zwaną Galią, krainę tę zamieszkiwali Celtowie.
August Oktawian wita przybywających

W Dolinie (dziś zwanej doliną Aosty i posiadającą status autonomicznej krainy) osiedlili się Celtyccy Salassowie. Ich osady były rozproszone, nie było tu żadnych skupisk miejskich. Gdzie sobie jakaś grupka Salassów znalazła dogodne miejsce tam się osiedlała (koczowała). Położenie Doliny było strategiczne oraz ważne z punku widzenia gospodarki (zapewniało dostęp do Europy północnej). Rzymianie przez lata próbowali podbić Salassów, aby otworzyć sobie drogę na północ i zachód Europy. Sukcesywnie podboje przyniosły zwycięstwo dopiero w 25 r. p. n. e., kiedy zniecierpliwiony brakiem militarnych sukcesów Juliusz Cezar wysłał dużą ekspedycję wojskową. Dolina została podporządkowana Rzymowi i można było połączyć Rzym z Europą budując drogę Via delle Gallie (galijską). Nazwa Doliny pochodzi od nazwy osady, którą zaczęto tworzyć po zwycięstwie Rzymian. Zbudowana na wzór rzymskich obozów wojskowych osada nazwana została Augusta Praetoria Salassorum (dzisiejsza Aosta). Augusta ponieważ jej założycielem był August Oktawian adoptowany syn Juliusza Cezara. Osada posiadała główną drogę biegnącą przez centrum, otoczona była murami obronnymi, prowadziły do niej cztery bramy wjazdowe. 
Porta Praetoria
Dziś najbardziej znaną jest Porta Praetoria – główny wjazd do Augusty Preatoria Salassorum pochodzący z 25 r. p.n.e. Również z tego roku pochodzi Arco di Augusto Łuk Augusta postawiony z okazji zwycięstwa nad Salassami. To właśnie pomiędzy Porta Praetoria a Arco di Augusto biegnie główna ulica Aosty. O ile Łuk Augusta nie zrobił na mnie większego wrażenia (rozbestwiona innymi Łukami Tryumfalnymi, zwłaszcza w Rzymie, czy Paryżu), o tyle brama wjazdowa zachwyciła mnie solidnością i monumentalnością. Składa się z dwóch łuków, każdy posiada wjazd główny dla wozów i dwa mniejsze dla pieszych. Bramy były niegdyś zamykane furtami. W skład bramy wchodziły też dwie prostokątne wieże obronne. Prace wykopaliskowe z początku naszego wieku pozwoliły odsłonić oryginalną nawierzchnię z czasów budowy bramy znajdującą się około 2,5 metra poniżej obecnego poziomu drogi. W średniowieczu na szczycie jednego z łuków bramy (XII w.) wybudowano kaplicę, pod którą znajdował się piec do wypieku chleba, o czym dziś świadczą ciemne ślady na kamieniu. Brama zbudowana została z kamiennych bloków połączonych łupkiem wydobywanym z dna rzeki Dora Baltea (główna rzeka płynąca przez Dolinę Aosty - dopływ Padu). Najbardziej spodobało mi się owa podwójność bramy. Są to dwie bramy pomiędzy którymi znajduje się niewielka przestrzeń; miastu zapewniono podwójną obronę.
Cryptoporticus
Kiedy byłam w Aoście trzydzieści lat temu jedną z większych atrakcji były ruiny rzymskiego teatru na tle których robiłyśmy sobie zdjęcia. Niestety teraz ruiny są w trakcje prac renowacyjnych, więc nie udało mi się ich obejrzeć i skonfrontować z dawnymi wspomnieniami. Szkoda, bo te ruiny należą do najbardziej romantycznych widoczków miasta. Sam teatr pochodził także z 25 r. p.n.e. Po odrestaurowaniu w 2011 r. był wykorzystywany do pokazów muzycznych i spektakli teatralnych.
Cryptoporticus
Odkryłam natomiast inną starożytną pozostałość, mianowicie cryptoporticus - podziemną galerię. Kiedyś tego rodzaju galerie podziemne służyły, jako spichlerze. Ta jednak miała zapewnić wyrównanie terenu, który był w tym miejscu pochyły. Być może pełniła też funkcje polityczno-liturgiczne i była punktem łączącym sacrum (pobliskiej katedry) i profanum (miejsca handlu - rynku). Trudno jednoznacznie określić przeznaczenie Cryptoporticus, niemniej trzeba przyznać, że jest to ciekawa architektonicznie budowla. Już sama niejasność przeznaczenia sprawia, że wydaje się tajemnicza (może odbywały się tu spotkania członków sekretnego bractwa, może tu spiskowali przeciwnicy władzy, a może spotykali się kochankowie, wyobraźnia podpowiada różne rozwiązania). Dziś trzy korytarze przedzielone nawą z filarami stanowić mogą scenografię historycznego filmu. Korytarze liczą około 70-80 metrów długości i są oświetlone częściowo przez boczne okienka. I co ważne mało kto je odwiedza, więc można to miejsce mieć przez chwilę dla siebie. A my podróżnicy jesteśmy samolubni i nie lubimy się dzielić.
XV wieczne freski w atrium Katedry
Obok podziemnej galerii znajduje się Katedra. W miejscu uważanym za święte wzniesiono w IV w. wczesnochrześcijańską katedrę. Była potężną budowlą, która poprzez baptysterium połączona była z podziemną galerią. Jej przebudowę rozpoczęto w XI wieku zastępując wcześniejszą katedrę - Katedrą poświęconą Wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny i Św. Janowi Chrzcicielowi. Kolejna przebudowa miała miejsce w XV i XVI wieku. Obecna fasada w neoklacystycznym stylu pochodzi z II połowy XIX wieku. Czyli nic nadzwyczajnego, historia, jaka towarzyszy większości świątyń; wznoszenie nowych w miejsce starych, przebudowywanie, rozbudowywanie, nawarstwianie stylów. Tym, co nas dziś (a przynajmniej mnie) zawsze najbardziej interesuje jest poszukiwanie najstarszych elementów świątyń, czyli tego, co pozostało ze stylu romańskiego. W katedrze są to dwie wieże zegarowe, krypta i część fresków sufitowych. One ciekawią z powodu swej historii. 
Fresk na bocznej ścianie atrium
Ale wzrok przykuwają inne freski, te w atrium przed wejściem do świątyni. Przedstawiają sceny z życia Najświętszej Marii Panny. Są tak bajecznie kolorowe i przepięknie mienią się w słońcu, że trudno przejść obok nich obojętnie. Wnętrze katedry w porównaniu z owym atrium wydało się niepozorne. Może jest we mnie coś z dziecka, które wprawia w zachwyt wielobarwność. Te freski są niczym książeczki z ilustracjami, które czytywałam lata temu. Wówczas w owych czasach szarości i smutku ilustracje w książkach dla dzieci były taką namiastką magii, iluzją piękna. Zapewne i świątynne dekoracje miały spełniać podobną rolę, zachęcać do życia pobożnego i cnotliwego, które przedstawiano w pogodny sposób.
W kościele Św. Orso
Ciekawym miejscem jest również Kolegiata Św. Orso (Ursusa. Ursus dotychczas kojarzył mi się wyłącznie z sienkiewiczowskim bohaterem, a okazuje się, że był też święty tego imienia). Tu mamy do czynienia z dobrze zachowanym przykładem architektury romańskiej, zwłaszcza na krużganku z przepięknymi kapitelami (kapitele to najwyższe części filarów zwieńczone dekoracyjnymi ozdobami w kształcie roślinnym, zwierzęcym, czy jak tutaj scenkami z życia świętego i scenkami biblijnymi). Każdy z kapiteli (głowic) jest ozdobiony inną scenką. Były one wykonane z białego marmuru i pokryte ciemnym lakierem. Aż 37 z 52 głowic jest oryginalne. Krużganek powstał w XI wieku, a od wieku XII przez kolejne sześć stuleci służył Wspólnocie Augustynów. Obecnie część krużganku podlega restauracji, co nieco odbiera uroku całości, niemniej można zobaczyć większość z zachowanych filarów. W kościele Św. Orso, który także pochodzi z XI wieku zachowały się freski sufitowe (określane, jako przykład sztuki ottońskiej). W kościele znajduje się też pochodzący ze wcześniej znajdującej się w tym miejscu V-wiecznej  świątyni  fragment mozaiki podłogowej.
Krużganki i dziedziniec

Jeden z kapiteli jeszcze nieodrestaurowany
I choć do Aosty przyjeżdża się w poszukiwaniu śladów przeszłości; starożytności, stylu romańskiego, czy renesansu to moją uwagę przykuła też świątynia, której wnętrze jest barokowe. Wiem, co pomyślicie; złoto, nadmiar, przepych. Tyle, że kościół Św. Stefana jest nietypowy; że tak polecę cytatem z filmu Kler – złoty, a skromny. Bo złoto nie jest tu elementem dominującym. Dominuje barwa obrazów i ołtarzy. Albo przynajmniej jest tu równowaga pomiędzy złotymi zdobieniami a kolorami obrazów. W tym ciekawa delikatnie turkusowa barwa drewna na którym znajdują się obrazy ołtarzowe. Do tego świątynia na fasadzie ma odrestaurowane niedawno XV wieczne freski.
Ołtarz główny w kościele Św. Stefana w Aoście
To oczywiście tylko część ciekawych architektonicznie budowli w Aoście, część poznana podczas dwóch krótkich półtora godzinnych wizyt. Oczywiście architektura to nie wszystko. Uroku dodaje miastu jego położenie wśród alpejskich szczytów. Okazało się, że Aosta jest miasteczkiem, które ma całkiem sporo do zaoferowania zainteresowanym historią architektury odwiedzającym. Dla miłośników górskich widoków jest znajdująca się w pobliżu kolejka górska w Pile. Niestety tej atrakcji nie zdążyłam wypróbować.

Fasada kościoła Św. Stefana

A poniżej jeszcze parę zdjęć, które jakoś mi się wcześniej nie zmieściły.

Atrium katedry Aosta- detal


fresk boczny katedra Aosta

Widoczne w tle romańska wieża zegarowa katedry

Dziedziniec przed wejściem na krużganki Kompleksu Św. Orso


Mozaika z V wiecznej świątyni stojącej w miejscu dzisiejszej świątyni Św. Orso

Detal ze świątyni Św. Orso

Kapitel na krużgankach Kompleksu Św. Orso


Kolejny z kapiteli

Kaplica ołtarzowa w Kościele Św. Stefana

Ołtarzyk w kościele Św. Stefana

No i oczywiście najładniejsza widokówka z Aosty

Czy taki widok spod Porta Praetoria 

Albo takie relikty przeszłości spotykane na przydrożnych murkach


wtorek, 5 marca 2024

Saint Vincent - baza wypadowa do eksploracji Doliny Aosty

Widok na Saint Vincent z tarasu domu wujostwa
Moje włoskie lutowe wakacje rozpoczęłam w Dolinie Aosty. Po raz pierwszy od dawna (szesnastu lat) podczas wyjazdu zamieszkałam u rodziny. Rodzina mieszka w Saint Vincent malutkiej mieścinie położonej w Dolinie Aosty (wysokogórskim regionie obejmującym partie Alp włoskich, szwajcarskich i francuskich). Najbardziej znanym i najwyższym szczytem górskim jest położony 4810 m n.p.m. Mont Blanc. Dom wujostwa położony jest na zboczu górskim, a z jego tarasu rozpościera się przepiękny widok na szczyty górskie. Teraz było troszkę za zimno na jedzenie na świeżym powietrzu, ale kiedy jest parę stopni więcej jedzenie posiłków z takimi widokami to niezwykła przyjemność. Samo miasteczko Saint Vincent położone jest w dolinie i liczy jakieś cztery i pół tysiąca mieszkańców. Jak wspominałam w poprzednim poście niegdyś było najbardziej znane z kasyna. Dziś ta jaskinia hazardu podupada, zdaje się, że jest w stanie likwidacji. Zapewne martwi to mieszkańców, było to bowiem źródło dochodów, które pozwalało na dostatnie życie zatrudnionym w nim mieszkańcom. Podobno, każda rodzina miała przynajmniej jednego przedstawiciela zatrudnionego w kasynie. Pracował tam lata temu brat mojego włoskiego wujka. Pamiętam swoją rozczarowującą wizytę w kasynie, wizytę, którą poprzedzała jakaś biurokratyczna machina związana z okazywaniem paszportu i uzyskiwaniem zezwolenia. Dziś myślę, że owo zezwolenie prawdopodobnie dotyczyło wprowadzenia osób, które nie przysporzą kasynu pieniędzy, a jedynie pokręcą się po sali. I choć wizyta mnie rozczarowała, bo kasyno nie przystawało zupełnie do moich (wykreowanych na filmach) wyobrażeń to zapewne zrobiła wrażenie, bo do niedawna trzymałam bilet wstępu, a rzadko mi się to zdarzało i zdarza, abym kolekcjonowała tego typu pamiątki. Dziś patrząc na jego szklaną fasadę podziwiałam odbijające się w słońcu górskie szczyty.


Odnaleziony bilet wstępu do kasyna sprzed 31 lat

Obok kasyna znajduje się chluba pięciogwiazdkowy hotel Billia pochodzący z początku XX wieku zbudowany w stylu Belle Epoque. Z ciekawości zajrzałam na cenę noclegu. No nawet za cenę samodzielności i pięknego basenu nie zdecydowałabym się na nocleg (którego cena oscyluje około dwóch tysięcy za noc).
Hotel Billa (nieco osłonięty przed wścibskimi spojrzeniami)
Drugim po kasynie magnesem przyciągającym turystów (choć trzeba przyznać, że w miasteczku nie ma tłumów) są Termy. W drugiej połowie XVIII wieku niejaki pan Jean Baptist Perret odkrył tu żródła termalne. Wypływająca ze skały położonej na wysokości 680 m n.p.m. woda została uznana za mającą właściwości lecznicze, potwierdził to królewski medyk, co spowodowało wzrost zainteresowania wśród XVIII wiecznej arystokracji. Skład wód termalnych korzystnie wpływa na leczenie problemów oddechowych i trawiennych. W 1900 roku wybudowano kolejkę górską, która ułatwiała dostanie się z centrum miasteczka na wzgórze, na którym znajdowały się Termy. Dziś trwają prace nad przywróceniem działania kolejki. Przydałaby się, bowiem dom wujostwa znajduje się wysoko zboczu górskim, a zjazd do miasteczka bez samochodu jest mocno utrudniony. Przy czym, o ile zejść można, o tyle wspięcie się na nóżkach po górskim zboczu to droga nie dla seniora. Budynek kolejki górskiej wymaga dziś renowacji, choć i tak wygląda o wiele ciekawiej niż sam budynek mieszczący kompleks termalny, znajdujący się w malowniczym punkcie wzgórza, z którego jest wspaniały widok na całą dolinę. Nie miałam okazji skorzystać z wód termalnych, właściwie nie wiem dlaczego. Może z powodu wielości innych atrakcji, a może z braku problemów trawienno oddechowych. Sam budynek Term nie przedstawia się na tyle ciekawie, abym kiedykolwiek zrobiła mu zdjęcie. Natomiast już budynek kolejki (Funicolare) zasłużył sobie na uwiecznienie. 
Budynek kolejki do Term (obecnie remontowanej)


Sama miejscowość jest niewielka, trzy równoległe uliczki i kilka przekątnych. Najładniejsza jest główna uliczka biegnąca od Term i kościoła Św. Vincentego do granicy miasta z kolejną gminą Châtillon.
Kościół Św. Vincenta
Zatrzymajmy się przy kościele sięgającym czasów średniowiecza. Kościół pod wezwaniem Św. Vincenta został zbudowany przez benedyktynów w XI wieku w stylu romańskim. Kościół prawdopodobnie wybudowano na pozostałościach rzymskiej wilii z II i III wieku. Mimo licznych przebudów w trakcie wieków i nakładania się stylów architektonicznych do dziś znajdują się tam romańskie pozostałości widoczne we fragmentach ścian, posadzki, w krypcie (niestety niedostępnej do zwiedzania w czasie mojego pobytu), obronnym charakterze budowli (małe okienka, masywna bryła, surowość formy). W absydzie znajdują się piętnastowieczne freski.
Wewnątrz kościoła Św. Vincenta


Fragment zewnętrznego fresku na fasadzie kościoła

Znajdująca się przy kościele wieża – dzwonnica w postaci prostopadłościanu ze stożkowatym wykończeniem oraz cylindryczna przybudówka (nie znam fachowej nazwy, może sukienka w kropki mi podpowie) są charakterystyczne dla znajdujących się w Dolinie Aosty świątyń.

Niezwykle mnie ta świątynia ujęła. Mała, skromna, wiekowa i klimatyczna. A muszę napisać, że choć często piszę o świątyniach, to nie każda odwiedzana mnie zachwyca. Są takie, do których wchodzę, pokręcę się i wychodzę bez emocji i których wystroju nie pamiętam za chwilę, bowiem są tak podobne jedna do drugiej, że zlewają się w pamięci. Przed kościołem Św. Wincentego znajduje się rzeźba Chrystus z dziećmi. Jak dla mnie jest w niej szczerość, prostota, pozbawiona jest tego religijnego napuszenia, jakie często znajduję w sztuce sakralnej.
Chrystus z dziećmi przy kościele Św. Vincenta

Główna uliczka Via Emilie Chanoux prowadzi do placyku szumnie nazwanym Placem - Piazza Cavalieri di Vittorio Veneto. Znajduje się przy nim pomnik poległych w trakcie II wojny światowej a także fontanna. Przy tym placyku odbywają się wszystkie najważniejsze wydarzenia miejskie. Lata temu uczestniczyłam w koncercie muzycznym, który miał tu miejsce. Tu też koncentruje się życie towarzyskie. Idąc dokądkolwiek nie sposób ominąć tego placyku, a w niedzielę obowiązkowo wejść do Bar La Piazetta na filiżankę kawy, kieliszek trunku i małe co nieco (z reguły cannoli). Jak to w małym miasteczku wszyscy wszystkich znają, czego miałam okazję doświadczyć, kiedy weszłam po raz drugi do owego baru i zostałam przywitana jak dobra znajoma (witamy ponownie, miło cię widzieć i wskazano „mój stolik”). Pozostali goście byli witani po imieniu i krótką pogawędką. Będąc we Włoszech należy zapomnieć o pośpiechu, jeśli kelner ucina pogawędkę z innymi klientami baru wypada się tylko uśmiechać i cierpliwie czekać. Festina lente ma tu swoje codzienne zastosowanie.
Główna uliczka miasteczka z widocznym po lewej stronie barem La Piazzetta 

Przerwa w spacerze

Główna uliczka

Mijając placyk Rycerzy Vittorio Veneto dochodzi się do końca uliczki ze sklepikami i kafejkami i wchodzi na promenadę Vialle Piemonte z tarasem panoramicznym z widokiem na szczyty Alp. Po przeciwnej stronie drogi znajdują się wspominany wcześniej Hotel Billa i Kasyno.
Promenada miasteczka

Życie w miasteczku toczy się niespiesznie. I choć każda wymiana zdań pomiędzy jego mieszkańcami bywa niezwykle impulsywna i żywiołowa nie zmienia to faktu, iż Saint Vincent wydaje się oazą spokoju.


Widok z tarasu przy promenadzie

Choć mieszkałam w Saint Vincent nadmiar pomysłów moich i ciotki nie pozwolił nam na dłuższe przebywanie w miasteczku, bowiem traktowałyśmy je jako bazę wypadowo- noclegową do robienia bliższych i dalszych wypadów. 

niedziela, 3 marca 2024

Torcello - czyli w okolicy Wenecji

Zanim o Torcello małe wprowadzenie.
Postanowiłam czcić moje odejście z pracy coroczną wycieczką z włoskim akcentem. Rok temu obok Paryża była karnawałowa Wenecja. W tym roku trasa mojego zwiedzania była bardziej urozmaicona. Zaczęłam od pobytu u rodziny w Dolinie Aosty. Moja ciocia Wanda mieszka w malutkiej miejscowości St. Vincent znanej … kilka lat temu mawiano, że z najsłynniejszego kasyna w Europie. Nie znam się na kasynach, zanim Wanda zamieszkała w St. Vincent nie słyszałam ani o miasteczku, ani o tamtym kasynie. Miałam okazję je odwiedzić jakieś trzydzieści lat temu. Wyszłam rozczarowana, bowiem moje wyobrażenia o bywalcach kasyn były zgoła inne. Miało to być miejsce, gdzie damy w pięknych strojach i bogatej biżuterii u boku dystyngowanych dżentelmenów oddają się grom w ruletkę, blackjacka czy bakarata. Tymczasem z elegancji pozostały jedynie krawaty, których wymagano od panów. Ubrania uczestników gier nie wyróżniały się niczym. Lokal sprawiał ponure wrażenie, mnóstwo papierosowego dymu, kieliszki z alkoholem, ponure wymięte twarze uczestników. Jedynie zielone sukno stolików zaznaczało, iż mamy do czynienia z jaskinią hazardu. Wyszłam rozczarowana nie chcąc nawet przegrać małej sumki, którą na tę okazję otrzymałam od włoskiego wujka. Przez lata St. Vincent było dla mnie małą mieściną z dużym kasynem, ale co ważniejsze było też miejscem, z którego przy dobrej pogodzie widać Mont Blanc. To zawsze oddziaływało na wyobraźnię. Zaraz przypominał mi się monolog Kordiana i moje maturalne wypracowanie.
Odwiedzałam ciocię kilkakrotnie, jednak od czasu, kiedy zaczęłam samodzielnie podróżować Dolina Aosty wydała mi się mało interesującym miejscem. Tymczasem okazała się ona całkiem ciekawym i klimatycznym miejscem, podobnie, jak znajdujące się w jej pobliżu usytuowane w górach zamki i forty obronne. Wanda zadbało o to, aby mój pobyt u niej był jak najbardziej atrakcyjny. Odwiedziłyśmy fort di Bard, Pont Saint Martin, zamki w Aymavilles i Fenis, Aostę, Mediolan i Turyn, a także byłyśmy na moście Pont d`Ael. Tydzień bardzo intensywnego zwiedzania przeplatany czasem wypoczywania i słodkiego lenistwa. Z Turynu wyruszyłam w samodzielną dalszą podróż; poprzez Bolonię do Wenecji, aby zakończyć wędrówkę w Weronie skąd wracałam do Gdańska.
Wzdłuż kanału na Torcello
Pierwszy wpis poświęcam Torcello - malutkiej wysepce, jakże często pomijanej przez odwiedzających Wenecję (czasami zahaczających o Burano czy Murano). Zawsze podobała mi się nazwa wyspy, brzmi ona niezwykle smakowicie, jak kawałek ciastka z kremem. I w zasadzie miałam jedynie takie smaczne skojarzenia.
Po raz pierwszy usłyszałam nieco więcej o Torcello w audycji w moim ulubionym radio prowadzonej przez ulubionego historyka sztuki. Pan Olaf Kwapis mówi tak pięknie o odwiedzanych miejscach, że byłby w stanie zachęcić do podróży nawet do piekła.    I rzeczywiście piekło się w audycji o Torcello pojawiło, ale o tym za chwilę.
Torcello było kiedyś najważniejszą z wysp (dziś zwanych weneckimi), znajduje się tu najstarszy z kościołów laguny. W V wieku było to pierwsze miejsce osiedlenia uciekinierów z Altinum, najbardziej na wschód wysuniętego rzymskiego miasta, jakie padło ofiarą najazdu Hunów pod wodzą Atylli. Po jego splądrowaniu i spaleniu w 452 roku mieszkańcy zaczęli przenosić się na pobliskie wyspy. W 639 r. przeniósł się tu także biskup, który wybrał Torcello na swoją siedzibę. Torcello w szczytowym momencie swych dziejów liczyło 20 tysięcy mieszkańców, co przy powierzchni niecałego pół kilometra kwadratowego było imponującą liczbą. Ludzie żyli z rolnictwa, rybołówstwa, produkcji soli i handlu morskiego. Torcello zaczęło podupadać w XIV wieku, kiedy malaria zdziesiątkowała jego mieszkańców, kanały zaczęły się zamulać, a znajdująca się zaledwie kilka km dalej Wenecja stanowiła konkurencję. Dziś liczba mieszkańców wyspy liczy nie więcej niż kilkanaście osób.
Lapidarium na dziedzińcu muzealnym

Kiedy przypływa tu vaporetto z Burano (a cała podróż tramwajem wodnym trwa pięć minut) ma się wrażenie, jakby dotarło się do innego świata. Taka tu cisza i spokój. Vaporetto przywozi kilka (w sezonie być może kilkanaście osób). Torcello jest jak przepiękna, stara nekropolia i takie też można odnieść wrażenie na dziedzińcu muzeum dell`Eustario (dawnego XIV wiecznego pałacu), gdzie znajduje się lapidarium (miejsce przechowywania starych kamiennych rzeźb, inskrypcji, nagrobków). Wyobraźnię rozpala stojący tu tron Atylli przypominający o hordach barbarzyńców. Legenda powiada, iż zasiadająca na nim osoba w ciągu roku wejdzie w związek małżeński. Wolałam nie sprawdzać jej na własnej skórze (a nuż by się sprawdziła) i nie siadłam na tronie. Najprawdopodobniej było to siedzisko dawnych sędziów z Torcello.
Tron Atylli
Na wyspie nie można zabłądzić. Od przystanku vaporetto wzdłuż kanału prowadzi ścieżka wprost na dziedziniec muzeum, pod katedrę Santa Maria e Assunta i kościół św. Fosci. Za katedrą znajduje się dzwonnica (dziś punkt widokowy, z którego można oglądać pobliskie Burano).
Kościół Św. Fosci z katedrą Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w tle

Przyznam, że tym razem to nie smakowite skojarzenia a właśnie mozaiki wewnątrz katedry były magnesem, który mnie tu sprowadził. Sama katedra pochodzi z roku 639 tj. roku przybycia na Torcello biskupa. Nic w tym dziwnego, namiestnik duchowny potrzebował godnej swej osoby i swego urzędu oprawy. Jej stylizowany na bizantyjski wystrój – decorum w postaci mozaik jest urzekający. Za wstęp trzeba zapłacić parę euro, ale uważam że warto. Co prawda, ku mojemu zaskoczeniu wewnątrz nie można robić zdjęć (co było tym bardziej dziwne, że dzisiaj już nawet w takim miejscu jak Ostatnia Wieczerza Leonardo da Vinci w refektarzu kościoła Santa Maria della Grazie można zdjęcia robić) ale nikt nie zabroni patrzeć i zapisywać na kartach pamięci. Całkiem możliwe, że zdjęcia i tak nie oddałyby uroku owych mozaik, co sugerowałyby znajdujące się w Internecie nieliczne fotografie. 
Pozostałości Baptysterium przed wejściem do Katedry
W przykościelnym sklepiku można nabyć widokówki, dzięki którym udało mi się lepiej zapamiętać to, co sprawiło tak dużą przyjemność dla oka. I dopiero ujrzawszy zrozumiałam co miał na myśli Tadeusz Różewicz pisząc, iż widział piękne piekło na Torcello. W absydzie katedry znajduje się XIII wieczna mozaika przedstawiająca Najświętszą Marię Pannę a po bokach anioły w tym anioł Gabriele. Natomiast po przeciwnej stronie vis a vis ściany ołtarzowej znajduje się Sąd Ostateczny (mozaika z przełomu XII i XIII wieku). Sąd miał ostrzegać przed piekłem, w którym znajdą się grzesznicy, cały szkopuł w tym, że to piekło jest znacznie ciekawsze, a zaludniający je grzesznicy (nie dostrzegałam w nim kobiet) mają o wiele więcej życia niż ci znajdujący się po prawicy pana. Ich twarze nie przedstawiają rozpaczy, mimo iż ich ciała smagają piekielne ognie, a zarówno diabły, jak i anioły strącają ich w czeluście piekielne. Jedynie czaszki zawistników wyjadane przez węże budzą niejakie przerażenie. Zdecydowanie piekło wydaje się ciekawsze niż bezbarwne i nijakie zapełnione świętymi niebo. Ale może to jedynie moje odczucia, a może potwierdzenie tego, że zło bardziej jest pociągające od dobra. Te mozaiki nie są tak wiekowe, jak mozaiki oglądane przeze mnie w rzymskim kościele św. Praksedy, ale są na swój sposób urzekające. Poczułam w tej świątyni dobry klimat. Szkoda jedynie, że nie było tak krzeseł lub ławek, w których można by sobie posiedzieć i nasycić oczy.
Mozaika Sądu Ostatecznego (z widokówek)



Widokówki ze sceną Sądu Ostatecznego

Anioł Gabriele (jeden z aniołów otaczających Najświętszą Maryję)
Posiedzieć można w znajdującym się obok kościele Św. Fosci. Pochodzi on z XI wieku. Zbudowany na planie krzyża greckiego, z zewnątrz ma kształt kulisty otoczony portykiem wspartym na kolumnach z ozdobnymi kapitelami. Niezwykle surowy wystrój wnętrza nie pozbawiony jest pięknych acz skromnych zdobień (XV wieczna rzeźba Madonny z dzieciątkiem, sarkofag świętej, jej figurka czy fresk ją przedstawiający).
Wnętrze kościoła Św. Fosci

O dawnym znaczeniu Torcello mogą świadczyć też świątynie, jakie się tam znajdowały

Na wyspie znajduje się jedyny z dwóch mostków bez poręczy (drugi w Wenecji). Jest to XV wieczny kamienny mostek, zwany mostem diabła. I kolejna legenda ponoć 24 grudnia pojawia się na nim diabeł.
Most Diabła (Ponte Diavolo) 

Kolejną atrakcją wysepki jest Lokanda Cipriani – knajpa znana z tego, że jadali w niej słynni goście; jak królowa Elżbieta II, książę Karol i Diana, czy co ciekawsze Ernest Hemingway. Miał on tam nawet napisać fragment powieści Za rzekę, w cień drzew (przyznam, że tytuł zupełnie mi nieznany. Może teraz poń sięgnę). Nie miałam szczęścia zjeść królewskiego posiłku, bowiem Lokanda była zamknięta. Luty- okres poza sezonem.
Locanda Cipriani
Jednak tym, co dla mnie było na Torcello najmilsze to niesamowita cisza i spokój, po zatłoczonej Wenecji, po jaskrawo krzykliwym Burano tutaj można było spotkać się z własnymi myślami, zwolnić, pobyć w miejscu o pięknej historii i jak to w przypadkach nekropolii bywa zamyślić się, nad zmiennością dziejów i przemijaniem i naszą tu krótką obecnością. 
Mam nadzieję na kolejne wpisy w niedługim czasie. Jednak powrót w towarzystwie zapalenia zatok, jakie przyplątało się w połowie pobytu nieco pokrzyżował moje plany wcześniejszej publikacji.