Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szkocka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szkocka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Medyceusze – nie tylko mecenasi sztuki Paul Strathern

Do książki o Medyceuszach wracam co jakiś czas. Ród ten fascynuje mnie nie tyle z powodu jego umiejętności dyplomatyczno-politycznych, czy umiejętności gromadzenia bogactw, co z powodu mecenatu, jakim objęci zostali przez nich niemal wszyscy uzdolnieni ludzi mieszkających we Florencji, a w przypadku Katarzyny i Marii Medici także na terenie Francji. Oczywiście wszystko jest ze sobą powiązane, gdyby nie byli majętni i nie mieli władzy nie mieli by możliwości objęcia patronatem artystów, naukowców, humanistów. Nie pamiętam, u kogo to czytałam, bodajże u Kapuścińskiego, nawet despotom, których rządy pozostawiły po sobie coś trwałego i pięknego jesteśmy w stanie więcej wybaczyć. Chyba dlatego tak lubię Medyceuszy, za to ich wspierani rozwoju sztuki, nauki, za tworzenie bibliotek, budowę świątyń, ochronki dla podrzutków (szpitala niewiniątek). I nawet jeśli robili to na chwałę własnego rodu, z bojaźni bożej (przed karą za lichwę), dla pozostania w pamięci potomnych to chwała im za to.

Czy Medyceusze byli tyranami? W pewnym sensie tak, bowiem obowiązywała zasada, kto nie z nami, ten przeciwko nam, a zatem, jeśli chciało się mieć jakiekolwiek znaczenie w historii miasta, jeśli chciało się wygodnie i bezpiecznie żyć i zostać objętym ochroną rodu należało być lojalnym. Nie wolno było się sprzymierzać z politycznymi przeciwnikami rodu.  Niestety, czasami układ sił politycznych zmieniał się tak szybko, że trudno było za tym nadążyć. Dzisiejszy sprzymierzeniec stawał się jutro wrogiem, aby za parę dni, lub tygodni znowu być przyjacielem. 

Czy sami parali się brudną robotą? Niezwykle rzadko. Najczęściej, przeciwników wykańczano finansowo - wysokimi podatkami czy konfiskatą mienia. Rozpowszechnioną była też kara wygnania z miasta (sami także jej doświadczyli). 

Czy byli kochliwi i niewierni? Bywali, choć nie odbiegli w tym od pozostałych przedstawicieli epoki. Mężczyźni po ich wyswataniu starali się przynajmniej pozornie dochowywać wierności współmałżonkom, mimo, iż nie zawsze takie polityczne układy sprzyjały udanym związkom.  

Katedra Santa Maria del Fiore z Kopułą Bruneleschiego
Kiedy szukano odpowiedniej żony dla Wawrzyńca Wspaniałego wyglądało to trochę, jak zakup klaczy, a nie aranżowanie małżeństwa. Z powodu choroby ojca Piero Medyceusza (zwanego Podagrykiem) wybrać żonę pojechała jego matka Lukrecja, która informowała małżonka o przyszłej synowej: Jest dość wysoka i ma jasną skórę, Szlachetna w obejściu, bez wyrafinowania Florentynek, lecz łatwo sobie je przyswoi… Twarz nieco okrągła, lecz miła. Nie mogłam dojrzeć jej piersi, gdyż Rzymianki je zakrywają, ale wydają się kształtne… Sądzę, że przewyższa przeciętne dziewczyny, lecz nie można jej porównywać do naszych córek. I dodała, jeśli Wawrzyniec ją zaaprobuje, poinformuję cię o tym. (str. 157) Wawrzyniec nie miał jednak wiele do powiedzenia, panna Orsini pochodziła ze starego rzymskiego rodu, nie dość, więc że była dobrze urodzona, mariaż z nią umożliwiał rodzinie awans społeczny, dodatkowo jej ród dysponował własną armią, której Medyceuszom  brakowało.

Książka zawiera tak ogromną ilość informacji na temat członków rodu począwszy od Giovanni Bicci, przez Kosmę (Pater Patrie), Piera Podagryka, Wawrzyńca (Il magnifico), Piera nieszczęśliwego, poprzez papieży Leona X i Klemensa VII, potomków rodu brata Kosmy (z Kosmą I na cele) aż po dwie francuskie królowe Katarzynę i Marię, że nie sposób napisać choćby po kilka zdań o każdym z nich. A mimo tego nie przytłacza nadmiarem. 

Z racji zainteresowań skupiłam się na mecenacie. Autor wskazuje nazwiska kilkudziesięciu osób, których ród objął swą protekcją. Byli to głównie artyści, a oni jak wiadomo bywają chimeryczni i kapryśni.

I tak Brunelleschi najwybitniejszy ówczesny architekt - twórca kopuły katedry Santa Maria del Fiore był człowiekiem drażliwym i zgryźliwym. Zanim dostał zlecenie na kopułę wziął udział w konkursie na drzwi do Baptysterium. Konkurs wygrał Lorenzo Ghiberti, zaś Fillippo … dumny, łatwo obrażający się, skryty i obdarzony wybuchowym usposobieniem….(str. 111) tak się rozgniewał, że się spakował i wyjechał do Rzymu.  Jednym z jego ulubionych nawyków było wysyłanie ordynarnych i obelżywych anonimowych wierszy tym, którzy go urazili. (str. 111). Brunelleschi czuł się tak upokorzony, że postanowił porzucić sztuki piękne i pozostać architektem. Jak się okazało przegranie konkursu na drzwi okazało się brzemienne w skutkach, dzięki zmianie profesji, pobytowi w Rzymie, studiom nad antycznymi budowlami Filippo stworzył kopułę, która do dziś zachwyca i stała się wzorem dla jego następców.  

Widok na Katedrę ze wzgórza Michealangelo
Znana jest historyjka (może prawdziwa, a może legenda aurea) związana z jego przystąpieniem do konkursu na budowę Kopuły. Niemal pół wieku katedra funkcjonowała bez niej, bowiem nie było architekta, który podjąłby się tego karkołomnego zadania. Wydawało się, że twórcy świątyni zaprojektowali ją zbyt ogromną, aby znalazł się śmiałek, któremu uda się zaprojektować takie jej zwieńczenie, które nie spowoduje katastrofy budowlanej. Filippo zaproponował jajowatą kopułę podtrzymywaną przez kamienne żebra. Kiedy komisja zażądała dokładnych projektów zapytał, czy ktoś potrafi postawić jajko w pionie. Wówczas wszyscy zaprzeczyli, a on mocno uderzył jajkiem o stół i pęknięte postawił w pionie. Kiedy zaczęto oponować, iż każdy by tak potrafił Brunelleschi stwierdził, że nie pokaże planów, bowiem wówczas uzyska taką samą odpowiedź. Wiele metod, które zastosował przy budowie było wcześniej nieznanych, a on sam nie był pewny czy jego praca się powiedzie. Nie wdając się w techniczne szczegóły stworzył dzieło spektakularne bez którego nie wyobrażamy sobie dziś krajobrazu Florencji, bez którego mogłoby nie być Kopuły Bazyliki Świętego Piotra w Rzymie.

Kiedy Brunelleschi wyjeżdżał do Rzymu po przegranym konkursie na drzwi Baptysterium wyjechał  z nim młody Donatello, człowiek o równie wybuchowym charakterze. Donatello na zamówienie pewnego genueńskiego kupca, któremu polecił go Kosma Medyceusz wykonał rzeźbioną z brązu głowę naturalnej wielkości. Kupiec odmówił zapłaty i odmawiał jej nadal, kiedy Kosma polecił ustawić głowę na gzymsie swego pałacu, aby ją lepiej obejrzeć. Wówczas Donatello wpadł we wściekłość i zepchnął głowę z gzymsu. Kupiec widząc roztrzaskaną rzeźbę (zapewne w obawie przed reakcją Kosmy, który był protektorem rzeźbiarza) obiecał zapłacić dwa razy tyle za wyrzeźbienie drugiej. Donatello nie ugiął się i odmówił. Kosma nie potępił takiego zachowania swego pupila, bowiem zdawał sobie sprawę z odmienności artystycznej duszy … należy traktować tych nadzwyczaj genialnych ludzi jak niebiańskie duchy, a nie juczne zwierzęta.. (str.117).

David Donatella
Sprzeczność osobowości Donatella wyraża też opisana poniżej historyka. Prezentował średniowieczną pogardę dla doczesności, nie dbał ani o stroje ani o pieniądze. Co zarobił wkładał do koszyka w pracowni i mówił uczniom, aby brali bez pytania, jeśli potrzebują gotówki. Wymagał natomiast lojalności. Kiedy jeden z pracowników uciekł Donatello gonił go aż do Ferrary, chcąc go zabić. Donatello podobnie, jak wielu ówczesnych artystów był homoseksualistą. Nie można mieć co do tego wątpliwości, kiedy się spojrzy na jego Dawida, choć znawcy twierdzą, że nie jest to wyłącznie artystyczny manifest. Donatello nie musiał robić coming outu, bowiem nie krył się ze swoją orientacją. Homoseksualizm był częściowo tolerowany z uwagi na surowe normy obyczajowe zakazujące zbliżeń z niezamężnymi kobietami i brak domów publicznych w okolicy. Rzeźba Dawida stanowi połączenie piękna dwóch pierwiastków męskiego i żeńskiego (ma coś z hermafrodyty), a zatem platoński ideał równowagi.

Kolejnym protegowanym Medyceuszy był Fra Filippo Lippi wcześnie osierocony syn rzeźnika, którego wychowywała ulica. Kiedy ciotka umieściła go w klasztorze musiał złożyć  śluby zakonne. Tam zafascynowany pracą Masaccia przy malowaniu fresków w kaplicy Branacaccich odkrył w sobie talent do malowania. Niestety brat Lippi był niezwykle kochliwy, co było przyczyną wielu jego problemów; ucieczki i uwięzienia nie omijały utalentowanego artysty. Tylko ów niepospolity talent Lippiego tłumaczy niewyczerpaną cierpliwość, jaką Cosimo de`Medici miał do tego krnąbrnego artysty.  Jego mecenasów spotykała ustawiczna niewdzięczność- była to jedna ze stałych cech charakteru Lippiego. Przy tym malarzu patronackie skłonności Medyceuszy były ciągle wystawiane na próbę. Kosma, a potem Piero nauczyli się wstrzymywać zapłatę za zlecenia do chwili ich ukończenia, choć czasami nawet to okazywało się nieskuteczną zachętą. Ostatecznie Lippi dostał pracownię w Palazzo Medici i został tam uwięziony. Dostarczano mu posiłki i materiały malarskie, lecz nie mógł nigdzie wyjść, dopóki nie skończył zamówionego obrazu…. Kiedyś podarł prześcieradła, związał je w linę i na tej linie uciekł przez okno. (str. 147) Zniknął na kilka dni, a służący Kosmy przeszukiwali domy publiczne oraz spelunki w jego poszukiwaniu. Jednak talent malarza zjednał mu nie tylko Kosmę, bowiem za jego wstawiennictwem papież Piccolomini (sam doskonale rozumiejący Lippiego, gdyż słynął z ogromnej ilości kochanek) zwolnił go ze ślubów kościelnych wraz z Lukrecją, siostrą zakonną, która spodziewała się ich dziecka. Lippi szybko porzucił żonę i dziecko i udał się realizować kolejne religijne zamówienia i prowadzić jeszcze bardziej hulaszcze życie. Umarł otruty przez rodzinę dziewczyny, którą uwiódł.

Pico della Mirandola

Protegowanych Medyceuszy były dziesiątki, jeśli nie setki. Przewijają się wśród nich tak wielkie nazwiska jak dla przykładu Ficino, Polizziano, Pico Della Mirandola, Boticelli, Michał Anioł, Rafael Santi, Cellini, Galileusz, Rubens. Medyceusze - mecenasi sztuki, tyrani, kochankowie to książka do której wracam niezwykle chętnie, bowiem jej lektura jest dla mnie nie tylko niewyczerpanym źródłem informacji, ale też daje ogromną przyjemność czytania. Same  nazwiska jej bohaterów rozbudzają wyobraźnię; rody Pitti, Strozzi, Pazzi, Collona, Borgia,  della Rovere, Piccolomini, Cibo, Sforza, Ferrante, Walezjusze – ci wszyscy rozpustni, wojowniczy, przekupni papieże, spiskujący możnowładcy, skrytobójczy książęta. Dziś po latach czyta się o ich spiskach, układach, występkach, wojnach i zbrodniach jakby to był niezły kryminał. A na przeciwnym biegunie zależni od nich malarze, rzeźbiarze, architekci, złotnicy, filozofowie, odkrywcy, naukowcy, humaniści i myśliciele.Bardzo dobrym pomysłem jest zamieszczenie w książce drzewa genealogicznego, do którego często sięgałam podczas lektury. Ciekawe są też portrety i fotografie miejsc. Najbardziej zainteresował mnie portret Pico della Mirandola. Wg relacji Poliziano był on herosem, któremu natura nie poskąpiła przymiotów i ciała i ducha. Dla przypomnienia był filozofem, humanistą, naukowcem, astronomem, poetą - człowiek wszechstronnie wykształcony. Również autor książki stwierdza, na podstawie zamieszczonego w Galerii Uffizi portretu (powyżej), iż był niewyobrażalnie piękny. Zdziwiło mnie to, gdyż wydał mi się mocno zniewieściały, co okazuje się nie znajdywało potwierdzenia w upodobaniu młodzieńca do ryzykownych przygód z mężatkami. 

Madonna z dzieciątkiem Lippi w Palazzo Medici

fragment jednego z moich ulubionych fresku Botticellego (Luwr)











Ta książka to dla mnie fantastyczna przygoda i duża przyjemność. Napisana przystępnym językiem i mimo sporej ilości informacji nie przytłacza. 

Kolejny raz mam problem z ujednoliceniem czcionki. Poprawiałam kilka razy i jak widać bez efektu. Czuję się pokonana przez bloggera. 

piątek, 14 grudnia 2012

Dolina trwogi Artur Conan Doyle (audiobook)

Dolina trwogi, w innym przekładzie Dolina strachu Artur Conan Doyle (audiobook)
Kolejna książka o przygodach Sherlocka Holmesa. Wydana niemal sto lat temu (ok 1915 r.). Holmes po raz pierwszy pojawił się w powieści Studium w szkarłacie. Conan Doyle napisał łącznie o Holmesie cztery powieści (z których trzy już poznałam; Studium w szkarłacie, Pies Baskerwillów i Dolina Trwogi, została mi jeszcze Znak czterech) i 56 opowiadań.
Do Holmesa i jego nieodzownego pomocnika Watsona przychodzi zaszyfrowany list od Freda Polocka podwładnego Moriatiego (określanego przez Holmesa geniuszem zbrodni). Dzięki inteligencji detektywa drogą dedukcji odkrywa on, że niejaki John Douglas zostanie wkrótce zamordowany. W chwilę potem mieszkanie na Baker Street odwiedza inspektor Scotland Yardu i informuje o śmierci pana Douglasa. Jeśli sądzicie, że zdradziłam puentę to jesteście w błędzie. Niebawem się okazuje, że nic nie jest takim, jakim się być wydaje. Bohaterowie przenoszą się na miejsce zbrodni, gdzie błyskotliwy detektyw wkrótce odkrywa kto i jak, pozostaje jedynie pytanie dlaczego. Przy okazji po raz kolejny możemy obserwować butę i zarozumiałość stróżów prawa, żeby nie powiedzieć pewien rodzaj głupoty, który każe im ogłaszać z fanfarami każdy kolejny trop, by za chwilę się z niego wycofać.
Dolina trwogi, podobnie, jak wcześniej poznane Studium szkarłatu to dwie powieści w jednej; część pierwsza przedstawia kulisy zbrodni aż do momentu złapania „winnego”, druga to retrospektywna opowieść o jej genezie (zbrodni). Zwolenników Holmesa może rozczarować fakt, iż w tej drugiej (o wiele dłuższej i treściwszej) opowieści Holmes występuje jedynie, jako osoba stawiająca kropkę nad „i”. Mnie jednak ta druga część podobała się bardziej, pozbawiona była żmudnych etapów pracy policji i ich kolejnych pomyłek.  Muszę przyznać, że dość szybko odgadłam, kto był "ofiarą" w części pierwszej i kto był nowo przyjętym członkiem Stowarzyszenia Masonów, w części drugiej. I tutaj pojawia się odwieczny dylemat, czy skoro ja – osoba, która nie potrafi nie tylko odgadnąć mordercy w niemal żadnym z czytanych przez siebie kryminałów, a nawet zapamiętać go i czytając po raz kolejny wciąż się głowi, kto zabił, czy skoro taka osoba odgaduje zarówno w pierwszej, jak i w drugiej części niemal wszystkie elementy układanki, to czy jest to wynik chwilowego olśnienia umysłu, czy też powieść jest nieco słabsza. Pozostając jednak nadal pod urokiem kryminałów Doyle uznałam, że był to fuks. Ponadto, to co najistotniejsze czyli finał okazał się i dla mnie nieprzewidywalny.
Druga część, której akcja dzieje się w działającej pod przykrywką Masońskiego Stowarzyszenia – mafii, jak nic przypomina mi Gomorrę Roberta Saviano, choć nie ma w niej tak drastycznych opisów zbrodni, to mechanizm początków mafii jest przedstawiony całkiem realistycznie.
Książkę wysłuchałam w ramach wyzwania Trójka E-pik (powieść zachodniego autora z dreszczykiem).

 No to ukończyłam wyzwanie :) a teraz lecę piec keksa :)

wtorek, 6 grudnia 2011

Pies Baskervilów Conan Doyle

Dla odmiany kryminał- detektywistyczny, który także można zaliczyć do klasyki literatury popularnej. Któż z nas nie zna (chociażby z telewizji) przygód błyskotliwego detektywa Sherlocka Holmesa. I znowu kłania się literatura całkowicie mi nie znana. Z kryminałów zaczytywałam się w książkach Agatie Christe oraz Joanny Chmielewskiej. Nie przypominam sobie natomiast, abym kiedykolwiek czytała coś Conan Doyla. W klimacie kryminał przypomina Wichrowe Wzgórza. Rzecz dzieje się w pobliżu bagien w Devonshire, a jednej z ostatnich scen towarzyszą opadające opary mgieł i wycie psa.
Na rodzie Baskervilów od kilku już lat ciąży straszna klątwa, zgodnie z którą jej przedstawiciele giną w niewyjaśnionych okolicznościach, a ich śmierci towarzyszy piekielna zjawa, ziejący ogniem pies. 

Sherlock Holmes przy pomocy wiernego przyjaciela i pomocnika - dr Watsona próbują rozwiązać zagadkę śmierci Karola Baskerville, chroniąc jednocześnie życie jego spadkobiercy Henryka Baskerville. Czy uda im się i tym zarazem zapobiec zbrodni i doprowadzić mordercę na ławę sądową? Sam Holmes twierdzi, iż sprawa, której się podjął należy do najcięższych w jego zawodowej karierze. 
Czy odnalezione na bagnach zwłoki mężczyzny należą do Henryka Baskervile? Czy wędrówka dr Watsona do jaskini ukrywającego się nieznajomego mężczyzny zakończy się szczęśliwie? 
Lektura wciągająca, czyta się lekko, intryga rozwija się płynnie, trzyma w napięciu niemal do samego końca.
Polecam, jako rzecz wartą przeczytania.

wtorek, 15 listopada 2011

Folwark zwierzęcy oraz Dr Jekyll i pan Hyde


Folwark zwierzęcy.
Czasami pewne tytuły odstręczają mnie od tematu (książki, filmu, spektaklu) i trudno byłoby mi wyjaśnić dlaczego. Wtedy żadne argumenty nie są w stanie przekonać, że nie mam racji. Tak było z "Folwarkiem zwierzęcym". Wiedziałam przecież, że nie jest to rzecz o hodowli zwierząt, a jakoś nie miałam ochoty przeczytać.
Podobnie było z musicalem "Taniec Wampirów". Usłyszawszy tytuł i nazwisko reżysera stwierdziłam, że to nie dla mnie. Jakże teraz tego żałuję. 
Na szczęście, w przypadku książki udało mi się ów błąd naprawić.
Książka autorstwa George Orwella (powstała w okresie drugiej wojny światowej)wydana została w Anglii w 1945 r. W Polsce pierwsze oficjalne wydanie miało miejsce w 1988 r.
Tematem lektury jest opis stosunków panujących na folwarku, który z dworskiego, po wygnaniu zeń ludzi przez zwierzęta zamienia się w folwark zwierzęcy, aby w końcu przeistoczyć się znowu w folwark dworski. Folwark, w którym niektórzy z dotychczasowych ciemiężonych stają się ciemiężycielami.
Pierwsze skojarzenia podczas czytania to analogia zachowań zwierząt do zachowań ludzi oraz analogia praw rządzących folwarkiem do praw rządzących państwem o ustroju komunistycznym. 
Ale Folwark ma bardziej uniwersalną wymowę, jest on ostrzeżeniem przed wszelkiego rodzaju totalitaryzmem.
Pewnego dnia zwierzęta pod wpływem płomiennego przemówienia krasomówczego knura (Majora) uświadomiwszy sobie swoją ciężką dolę postanawiają przejąć gospodarstwo i zaprowadzić nowy, lepszy ład. Porządek, w którym wszystkim będzie żyło się lepiej, dostatniej i sprawiedliwiej. Ustalają swoisty katalog praw (siedem zasad nowego porządku zwanego „animalizmem”). Dość prędko jednak piękna idylla zmienia się w dyktaturę jednego gatunku nad pozostałymi, dyktaturę, która okazuje się bardziej okrutna niż system, który panował przed wprowadzeniem nowego ładu.
Książka w sposób bardzo prosty i dowcipny, zarazem po mistrzowsku przedstawia poważne zagadnienia.
Postaci zwierząt są tak sugestywnie przedstawione, że znawcy historii bez trudno odgadną, kto był pierwowzorem każdego ze zwierzęcych bohaterów.
Jednakże nawet nie znając realiów historycznych (historii Rosji Radzieckiej) można w każdym zwierzęciu dopatrzeć się znajomych, ludzkich cech, ponieważ prezentują one pewne stereotypy zachowania, właściwe dla ludzi każdej epoki. Dla przykładu; knur Napoleon - przywódca, to osobnik, który powoli, ale metodycznie dąży do realizacji celów, knur - Major, ojciec duchowy przemian, to ten, który chciał dobrze, a wyszło jak zwykle, knur - Squeler (krzykacz), to minister propagandy (tych u nas i dzisiaj dostatek, właściwie niemal każdy polityk to krzykacz), koń pociągowy - Bokser – to przodownik pracy, zawsze lojalny wobec przywódcy, oddany do fabryki kleju (taki smutny los czeka poczciwych, acz bezkrytycznych fanatyków), osioł - Benjamin, cyniczny wobec przemian (gdybym miała przyrównać się do któregoś zwierzaka, to właśnie Benjamin byłby mi najbliższy, choć jeszcze do niedawna byłam koniem pociągowym), klacz - Mollie, klacz, która ucieka z folwarku (dzisiejsza emigracja, choć tutaj przyczyny mogą być bardzo różnorodne i nie chciałabym generalizować), kruk - Mojżesz– duchowny (wyznawca zasady, cokolwiek by się nie działo, niech się dzieje wola nieba), czy wreszcie psy odpowiedzialne za utrzymanie władzy (sowicie wynagradzane większym przydziałem karmy, telefonami komórkowymi, dietami, służbowymi samochodami itp..).
Treść lektury wciąga, można przeczytać jednym tchem. Książka bardzo dobra i pouczająca. Nadaje się także dla dzieci. Naprawdę gorąco polecam. Mając określić jednym zdaniem napisałabym – geniusz w prostocie.
Moja ocena 5,5/6


Doktor Jekyll i pan Hyde
Tematem noweli Doktor Jekyll i pan Hyde autorstwa Roberta Stevensona opublikowanej po raz pierwszy w 1886 r. jest dwoistość natury ludzkiej. Pewien niezwykłej prawości człowiek (dr Jekyll) zapragnął poznać smak zbrodni. Sporządza więc eliksir, który umożliwia mu zmianę osobowości (w pana Hyde). Tym sposobem w jednej osobie zamieszkują dwie; nieposzlakowanej opinii lekarz, filantrop, czyniący dobro oraz nędzna kreatura, zbrodniarz będący ucieleśnieniem zła. Przyjęło się, iż określenie "Jekyll i Hyde" oznacza kogoś o dwulicowej osobowości.
Książka stała się inspiracją wielu filmów (nie widziałam żadnego), a także inspiracją do powstania musicalu (wysłuchałam dwóch piosenek z tego musicalu na I Europejskim Festiwalu Duetów Musicalowych i Operetkowych Face to Face w Poznaniu. To właśnie dzięki tym piosenkom sięgnęłam po książkę).
Zdaniem narratora każdy człowiek nosi w sobie zarówno pierwiastki złego, jak i dobrego.
Nie wiem, dlaczego, ale mnie nowela nie zachwyciła. Może to sam temat mnie nie wciągnął, a może klimat jest zbyt posępny i mroczny. Mówi się, że jest to najlepsze studium dwoistości natury człowieka. Nowela jest dla mnie nieprzekonująca. Jedyne, co mi się podobało mi się to ostrzeżenie przed skutkami eksperymentów. Doktor Jekyll odkrył eliksir, dzięki któremu potrafi się zamienić w bestię. Okazuje się jednak, że jest to proces nieodwracalny i bestia przejmuje kontrolę na doktorem, powrót do pierwotnej postaci staje się niemożliwy. 
Moja ocena 3,5/6