![]() |
| Wydawnictwo Dwie siostry 2009 |
Francuska kawiarenka literacka
Łączna liczba wyświetleń
poniedziałek, 15 lipca 2024
Uciekinierka Alice Munro
sobota, 8 czerwca 2024
Kłębowisko żmij Francois Mauriac
![]() |
| Wyd. Benedyktynów 2010 r. |
wtorek, 30 maja 2023
Wiwisekcja Patrick White, czyli bardzo krótka recenzja subiektywna
Wiwisekcja (czyli wg definicji szczegółowa analiza czyjejś osobowości albo doświadczenie na żywym organizmie) to studium postaci malarza Hurtle'a Duffielda, który jako kilkuletnie dziecko został przez swych rodziców odsprzedany bogatej rodzinie Courtneyów. Matka sądziła, iż w ten sposób zapewni mu lepsze życie, da możliwość rozwijania talentów. Hurtle finalnie staje się rozpoznawalnym i cenionym malarzem, choć jego obrazy są dość kontrowersyjne. Hurtle maluje to co brzydkie, dziwne, wstydliwe. Jest malarzem awangardowym, którego sztukę rozumie niewielu, a jednak osiąga sukces. Nie potrafiąc nawiązać żadnych relacji z ludźmi szuka sensu w sztuce, chce znaleźć w niej prawdę o życiu i człowieku poprzez obnażanie jego słabości. Mam mieszane uczucia związane z tą lekturą. Z jednej strony napisana jest pięknym literackim językiem, przyjemnie się to czyta jeśli uda się skupić na lekturze, bo jest ona wymagająca, moim zdaniem o wiele bardziej niż Przepaska z liści, gdzie słowa płynęły wartkim potokiem. Przy lekturze Wiwisekcji trzeba uważać, aby niesione nurtem wód myśli nam nie odpłynęły, a my wraz z nimi gdzieś daleko poza kręgi powieści. A jest to powieść obszerna liczy osiemset stron. Jej lektura zajęła mi sporo czasu właśnie z powodu owego odpływania myśli poza nurt główny. A z drugiej strony poczułam jakiś zawód, że tym razem autor skupił się na brzydkiej stronie życia, tym co wynaturzone, kalekie, wstydliwe. Doskonale rozumiem to, że tacy jesteśmy, takie jest życie, niemniej zawsze, a ostatnio jeszcze intensywniej skupiam się na jasnej stronie życia i to ona mnie bardziej pociąga. Jest w tej powieści artyzm w opisie twórczych zmagań bohatera i jego prób wypowiedzenia się przez sztukę, ale ten artyzm do mnie nie przemówił. Reasumując, jeśli nie znacie twórczości White to nie polecam Wiwisekcji na książkę pierwszego kontaktu. Natomiast, jeśli już czytaliście noblistę, to koniecznie spróbujcie, bo warto przekonać się samemu, czy książka was bardziej zachwyci, rozczaruje, a może znuży.
czwartek, 10 lutego 2022
Przepaska z liści Patrick White szansa na najlepszą powieść nadchodzącego roku
Żona podejrzewała, że jego siła polega na zdolności do cierpliwego znoszenia nudy, nie przyszło jej na myśl, że może odkrył powinowactwo z krajobrazem, tak człowiekowi nieprzychylnym (str. 11).
Samotne dzieciństwo, a później małżeństwo z człowiekiem o dwadzieścia lat starszym sprzyjało skłonności do marzeń. Samodzielne wędrówki po zaułkach życiowych doświadczeń stały się jej najbardziej chyba luksusową przyjemnością. (str.26)
Zdawała się skomponowana z rozedrganych piórek, wątków konwersacji i źle maskowanej chciwości, gdy wodziła wzrokiem od ramion osoby zaszczyconej jej wizytą, poprzez brosze z gemma i biust (ten szczegół ledwie musnęła dyskretnym spojrzeniem), aż do frędzli szala. (str. 26)
W niedoskonałym lustrze wilgotnym, olśnionym oczom ukazała się pocętkowana skóra, przywodząc na myśl jakąś bezimienną istotę, zabłąkaną na rogu ulicy we mgle dżinu i niepewności (str. 47)
Ileż tu pola do wyobraźni. Zdania, które sprawiają, że lektura zwalnia. Rozbieram je na czynniki pierwsze. Kiedy już akceptuję, że mąż pani Merivale ma zdolność cierpliwego znoszenia nudy i niemal buduję całą postać wtedy okazuje się, że on jednak wcale się nie nudzi a odnajduje przyjemność w obcowaniu z nieprzyjaznym krajobrazem. A samotne wędrówki po zaułkach życiowych doświadczeń. Jakież to wspaniałe sformowanie. Oczywiście dla miłośników wartkiej akcji i sporej dawki dialogów będzie to przeszkoda być może nie do przebrnięcia. Ja natomiast z radością witałam kolejne spowalniacze.
Wkrótce po przyjeździe pana Roxburgha Ellen sama doszła do przekonania, że dla niego książki zawierają więcej treści niż całe toczące się wokół życie. (str. 51)
Ostatnie zdanie to nie popis wirtuozerii słownej autora (a może tłumacza), ale doskonała charakterystyka jednego z bohaterów. Bo Przepaska z liści to nie tylko piękny język, ale także doskonały portret psychologiczny pani Roxburgh. O ile pan Roxburgh wydaje się nieskomplikowany (starszy od żony, dobrze wykształcony, oczytany, słabowitego zdrowia dżentelmen), o tyle panią Roxburgh trudno rozgryźć. Początek niemal jak z Pigmaliona, tyle, że Austin Roxburgh nie brał udziału w zakładzie polegającym na wprowadzeniu do towarzystwa niewykształconej, biednej dziewczyny. On wybrał Ellen na żonę, zauroczony jej witalnością. W oczach otoczenia została podporą, która ochoczo spełnia rolę opiekunki, podczas, gdy jej mąż oddaje się studiowaniu Wergiliusza. Jednak to, jak skomplikowaną osobą jest Ellen okaże się w chwili próby. Odwiedziwszy brata pana Roxburgh małżonkowie wsiadają na statek płynący z Australii w kierunku domu. Statek się rozbija, ocaleje jedynie pani Roxburgh (i jeden z członków załogi). Nazywanie Ellen panią Roxburg doskonale oddaje jej wyobcowanie w każdym ze światów, do jakich trafia (czy to w rodzinie męża i wśród jego znajomych, czy to w świecie konwenansów którymi rządzi się społeczność australijska, czy wreszcie w świecie Aborygenów, którzy nie mają powodu, aby traktować ją lepiej, niż sami są traktowani przez białych). Ellen żyjąc na pograniczy dwóch światów, cały czas musi coś udawać, najpierw aby nie wzbudzić niezadowolenia męża, potem, aby nie być przedmiotem drwin towarzystwa, aż w końcu, aby przeżyć. Skrajne, żeby nie powiedzieć traumatyczne doświadczenia sprawiają, iż Ellen dojrzewa, pojawia się szansa na odnalezienie spokoju i możliwość zrzucenia coraz to nowej maski. Przemiana, jakiej doświadcza główna bohaterka może ilustrować słowa panny Scrimshow W każdej kobiecie są tajemne głębie, o których sama nawet nic nie wie, dopóki wcześniej czy później coś ich nie wzburzy. (s. 20).
W powieści mamy zderzenie dwóch światów świata cywilizacji ze światem natury, w którym instynkt samozachowawczy zwycięża z zasadami, etyką, moralnością. Początek powieści jest taki wiktoriański, opis przetrwania Ellen to opis prymitywnej, momentami odrażającej walki o przetrwanie. Zakończenie znowu przenosi do świata konwenansów, który wydaje się jego mieszkańcom lepszym, bardziej moralnym, doskonalszym (wyższym) od świata dzikusów.
A to wszystko na tle przyrody australijskiej Tasmanii, w sąsiedztwie koloni karnej do której wysyłano złoczyńców.
Zwróciłam też uwagę na jeszcze jeden szczegół, otóż bohaterką jest pani Roxburg, ale nawet postaci, będące drugoplanowymi, a czasem nawet trzecioplanowymi są tak świetnie scharakteryzowane nierzadko jednym zdaniem, że zapadają w pamięć (jak choćby wspomniany wyżej pan Merivale).
Dawno nie czytałam tak dobrze napisanej książki, tak esencjonalnej, tak pełnej emocji, tak poruszającej i zmuszającej do stawiania sobie pytań. Czytając powieść szkoda byłoby opuścić nawet jedną linijkę, i to nie tylko z uwagi na przepiękny język (bo to można powiedzieć jest tylko i aż opakowanie), ale też z powodu głębokiej treści, która kryła się niemal pod każdym liściem australijskiej dżungli.
Książka na długo pozostanie w pamięci i zapewne sięgnę po kolejną książkę tego autora.
Na zakończenie jeszcze jedno zdanie z okresu pobytu bohaterki u Aborygenów. Chętnie dopuszczała do głowy te nasuwające się na chybił trafił obrazy, wolała je niż uporządkowane sekwencje myśli, które mogłyby ją zmusić do zastanowienia się nad przyczynami i sensem jej obecności w labiryncie bez wyjścia (str. 239).
Przeczytałam Przepaskę z liści wydawnictwa PIW 1980 rok z czarną twardą okładką bez żadnych ozdób, jedynie białe litery tytułu i nazwiska autora na grzbiecie. Do tego wydania odnoszę się strony cytatów. Okładka stosowna, ale bardzo niefotogeniczna, stąd inna ilustracja okładki na wstępie postu.
Gorąco polecam książkę i autora tym, którym niestraszne wymagające lektury, bowiem nagradza cierpliwych i wytrwałych czytelników ogromnym bogactwem treści i sporą dawką przyjemności.
I choć rok się dopiero zaczyna to Przepaska z liści wysoko ustawiła poprzeczkę czytelniczą.
I pomyśleć, że zawdzięczam lekturę kopiowaniu bloga, podczas której to czynności trafiłam na komentarze bodajże lirael i Ady z krakowskiego bloga polecające mi tę pozycję w odpowiedzi na moje stwierdzenie o nieznajomości literatury australijskiej. Lekturę zaliczam do wyzwania nobliści.
poniedziałek, 31 stycznia 2022
Komediantka Władysław Reymont
.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
sobota, 20 listopada 2021
Sztukmistrz z Lublina, Isaac Bashevis Singer
Po lekturę sięgnęłam w związku z planowaną wycieczką do Lublina. Miał to być jeden z drogowskazów do poznania miasta. Niestety jeśli o tę motywację chodzi lektura okazała się totalną porażką. Albo czytałam nie dość wnikliwie, albo Lublina w książce nie ma. Jeśli chodzi o przyjemność z lektury to książkę czytało się wyjątkowo lekko i szybko.
Było to moje drugie spotkaniem z Singerem, wcześniej czytałam Cienie nad rzeką Hudson (pierwszy wpis na blogu), a ponieważ niewiele z tamtej lektury pamiętam można stwierdzić, iż poznaję Singera na nowo. Sztukmistrz z Lublina to historia Jaszy (Żyda) używającego życia pełnymi garściami. Ma żonę, dom, stodoły, spichrze i stajnie w Lublinie, mieszkanie w Warszawie i kilka kochanek w trasie. Żyje z pokazywania sztuczek, wykonuje akrobacje, chodzi na linie, potrafił otwierać zamki bez klucza. Jest człowiekiem wykształconym, jako chłopiec studiował Talmud, w swoim warszawskim mieszkaniu ma bibliotekę, antyki i zbiór afiszy, wycinków prasowych i recenzji, z Emilią - kobietą, dla której wydaje się gotowy na zmianę sposobu życia - dyskutował o religii, filozofii, nieśmiertelności duszy, cytował jej urywki z Talmudu, rozmawiali o Koperniku i Galileuszu.
Jasza, choć tak jak ojciec i dziadek, tu się urodził [w Lublinie], pozostał obcym, nie tylko dlatego, że odrzucił swe żydostwo, także dlatego, że wszędzie czuł się obco, zarówno tu, jak w Warszawie, pośród Żydów i gojów. Wszyscy mieli uregulowane życie i domy, on zaś był w ciągłych rozjazdach. Mieli dzieci i wnuki, on ich nie miał, Mieli swego Boga, swych świętych i przywódców, on miał tylko wątpliwości. Dla nich śmierć oznaczała raj, dla niego tylko strach (str.15).
Jasza poszukuje swojej drogi, ale poszukuje dość nieudolnie. Uciekając od jednej kobiety w ramiona kolejnej, wiąże się z następną, dla której gotów jest zmienić wiarę i popełnić przestępstwo. Wszystko to brzmi nawet przekonywająco, aż dochodzi do epilogu o cudownym nawróceniu, który pozwala przypuszczać, iż głównym celem opowieści było przekonanie czytelnika, iż bez wiary człowiek błądzi, grzeszy, popełnia przestępstwa i nie może być szczęśliwy. Tyle, że trudno uwierzyć w przemianę bohatera, który zamiast zmierzyć się ze światem i jego pokusami ucieka przed nimi.
Główny bohater jest ciekawą postacią. Wciąż grał jakąś inną rolę. Był kłębowiskiem osobowości, wierzący i heretyk, dobry i zły, fałszywy i szczery. Potrafił kochać wiele kobiet jednocześnie. Oto gotów jest zaprzeć się swej religii, a jednak znalazłszy nową stronę wydartą ze świętej księgi zawsze ją podnosi i przyciska do ust. (str.46). Ten Jasza choć tak zmienny, złożony, irytujący w swym postępowaniu względem kobiet i irytujący w swej chwiejności (po raz pierwszy spotkałam się w literaturze z tak chwiejnym i często zmieniającym decyzję mężczyzną) był ludzki. W przeciwieństwie do pani Emilii, której wyrachowany egoizm czynił z niej pustą lalkę.
Sztukmistrz z Lublina to ciekawie opowiedziana historia z rozczarowującym zakończeniem.
Spodobał mi się natomiast fragment tyczący Polaków, którzy podobnie jak pozostali goje nie są przedstawieni zbyt sympatycznie, ale jakże trafnie. Zostawiają wszystko i gdzieś sobie idą. (...) To cała Polska. I jeszcze narzekają, że kraj się rozpada. (...) Taki to kraj, mruczał - jedyne, co umieją to buntować się co kilka lat i brzęczeć kajdanami. (str. 129)
Kiedy przypomniałam sobie swoje wrażenia z lektury Cieni nad rzeką Hudson to Sztukmistrz wypada na ich tle słabiej. Nie mniej wart jest lektury. Nie mogę stwierdzić, że książka mi się nie podobała, ale nie spełniła moich (może zbyt dużych) oczekiwań.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny (wrzesień 2021)
środa, 14 kwietnia 2021
Utracona cześć Katarzyny Blum Heinrich Böll
Słowa, które ranią, słowa, które niszczą, słowa, które zabijają - o tym jest ta krótka opowieść. O przemocy słownej, która doprowadziła do tragedii. Temat dziś może nawet bardziej aktualny niż w roku wydania książki (1974).
Historia Katarzyny Blum
może być historią każdego z nas, bo oto nagle w życie zwykłej gospodyni
domowej, osoby uczciwej, pracowitej i może nawet nieco pruderyjnej wkracza "dziennikarz"
brukowej gazety.
Dziennikarz będący świadkiem zatrzymania przez policję kobiety podejrzewanej o pomoc
przestępcy, dostaje cynk i zaczyna węszyć. Im bardziej
nieprawdopodobna historia, tym większy nakład gazety, im większy nakład, tym większa sprzedaż, im większa sprzedaż tym większy zysk. A że informacje nie sprawdzone, a słowa przekręcone to nie ma znaczenia. Dziennikarz posuwa się do tego, że przypisuje ofierze własny naganny postępek. Choć tutaj ofiara występuje też w roli sprawcy i odwrotnie. Cykl artykułów, w
których Katarzyna zostaje przedstawiona, jako zimna, wyrachowana manipulantka, osoba
podejrzanego prowadzenia się, a wreszcie osoba,
której czyny doprowadziły do śmierci matki sprawia, że kobieta czuje się
głęboko zraniona, urażona, doprowadzona do ostateczności, bo … utraciła -to co było dla niej najważniejsze - cześć (dobre imię).
Opowieść zaczyna się wizytą kobiety na posterunku policji. Składa ona zeznania, z których wynika, iż parę godzin wcześniej zamordowała w swoim mieszkaniu dziennikarza. Co gorsza, Katarzyna wydaje się nie odczuwa żadnych wyrzutów sumienia z powodu zbrodniczego czynu. Książka przybiera postać sprawozdania ze skrupulatnie przeprowadzonego przez narratora dochodzenia. Są to lakoniczne, acz treściwe relacje pozyskane z różnych punktów widzenia. Pochodzą od Katarzyny, jej pracodawców i znajomych, pochodzą też z kręgów policyjnych, wymiaru sprawiedliwości, a także pośrednio z artykułów zamieszczanych w gazecie (tej GAZECIE, która stała się źródłem tragedii). Relacje są opisem pozbawionym warstwy emocjonalnej; zbiorem faktów. Ich suchy język powoduje większe wzburzenie czytelnika. GAZETA, żywiąca się plotkami, niedomówieniami, przeinaczeniem, nieprawdą, niszczy nie tylko życie Katarzyny, niszczy też życie jej przyjaciół i pozbawia wiary w rzetelność dziennikarską. I wydaje się, że wszyscy są wobec takich działań bezsilni. Łącznie w wymiarem sprawiedliwości. Bo jak pokazuje życie są bezsilni. Jedynie pisarz może dać świadectwo.
Książka przeczytana jako następstwo Zwierzeń klowna. A przeczytana dzięki niepożądanym objawom poszczepiennym w postaci między innymi ogromnej słabości, która uziemiła autorkę w łóżku.
Czyżbym nauczyła się pisania krótkich wrażeń? A może to następstwo zmętnienia mózgu.
niedziela, 11 kwietnia 2021
Zwierzenia klowna Heinrich Böll
Dwudziestoparoletni Heinrich wychowany w bogatej, mieszczańskiej prohitlerowskiej rodzinie buntujący się przeciwko hipokryzji i podwójnej moralności pokolenia rodziców zostaje klownem. Dzięki pieniądzom i koneksjom ojca miałby zapewnioną świetną przyszłość, wybiera niepewny los, aby żyć w zgodzie z przekonaniami. Nie przeszkadza mu tułacza egzystencja, dopóty ma przy boku ukochaną kobietę. Życie w podróży i na walizkach, od hotelu do hotelu. Niestety pewnego dnia Maria odchodzi, a Heinrich doznaje załamania. Zaczyna więcej pić, jego występy są coraz słabsze, aż w końcu druzgocząca krytyka sprawia, że musi ich zaprzestać. Bez perspektyw i bez jednej marki w kieszeni rozpoczyna spowiedź, w trakcie której rozlicza się z przeszłością. Obnaża zakłamanie rodziców i kręgu ich znajomych, którzy podczas wojny w różnym stopniu sprzyjali polityce nazistowskich Niemiec, aby zaraz po jej zakończeniu odciąć się od przeszłości angażując w życie różnych organizacji religijnych. Przy czym ich życie daleko odbiega od zasad, które głoszą.
Bardzo spodobał mi się początek opowieści, kiedy Heinrich opisuje, jak nagle to co było czymś naturalnym staje się monotonią powtarzających się zdarzeń.
Usiłowałem zwalczyć w sobie automatyzm, wytworzony w ciągu pięciu lat moich nieustannych podróży: schodami w dół, schodami w górę, stawiam walizkę, wyjmuję bilet z kieszeni płaszcza, podnoszę walizkę, oddaję bilet, podchodzę do kiosku, kupuję wieczorne gazety, wychodzę z Halu dworca, przywołuję taksówkę. Przez pięć lat prawie co dzień skądś wyjeżdżałem i dokądś przyjeżdżałem, rano schodami w górę i w dół, popołudniu schodami w dół i w górę, przywoływałem taksówkę, szukałem drobnych po kieszeniach, kupowałem w kiosku wieczorne gazety i w jakimś zakątku świadomości rozkoszowałem się dokładnie wystudiowaną niedbałością tego automatyzmu. Odkąd Maria opuściła mnie (…) procedura przyjazdów i wyjazdów stała się jeszcze bardziej mechaniczna, nie tracąc nic ze swojej niedbałości. (str. 7)
Zwierzenia klowna są ciekawe, zaskakujące, chwilami szokują. Jak choćby w przypadku braku reakcji matki na śmierć córki, do której pośrednio się przyczyniła, czy w opisie zakradającej się do spiżarni matki, aby zjeść po kryjomu plaster szynki, kiedy dzieci w tej najbogatszej w okolicy rodzinie niedojadały. Poza opisem wspomnień są też ciągi myśli, refleksji i pomysłów Heinricha, a te bywają przytłaczające i ciężkie. Przyznaję, że miałam momentami dość bohatera i jego egzystencjalnej wiwisekcji, jego pijackich pomysłów i nużących wywodów. Ludzie z otoczenia Heinricha w sporej mierze są podłymi hipokrytami, egoistami, nierzadko mają zbrodniczą przeszłość. Ale i bohaterowi można sporo zarzucić, jest coś z fałszu w jego uczuciu do Marii, jest okrucieństwo i egoizm wobec bliskich. Krytykuje otaczających go ludzi, ale wyciąga rękę po ich pieniądze, tęskni za Marią, którą jak twierdzi kochał, ale można odnieść wrażenie, że bardziej irytuje go to, że kobieta, odnalazła stabilizację u boku innego, niż to, że odeszła. Ale czy można się dziwić, że kalekie czasy rodzą kalekich ludzi.
Niezła książka, choć jej lektura nie jest lekką.
Książka ma ciekawą dedykację – Klaudynce klown Grześ. Widocznie książka nie trafiła w gust obdarowanej, bo cztery lata później nabyłam ją na allegro.
Przeczytana w ramach losowania u Anny, a przy okazji zaliczona do wyzwań klasyka literatury oraz nobliści.
piątek, 19 marca 2021
Dżuma Albert Camus- rzecz o zarazie w czasach zarazy
Próbując zrozumieć emocje i uczucia targające mną od dłuższego czasu sięgnęłam po Dżumę. Można ją odczytywać na płaszczyźnie realistycznej, jako powieść o radzeniu sobie człowieka z epidemią.
Zaraza pojawia się znienacka w całkiem zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym portowym algierskim miasteczku Oran. Jej pierwsze zapowiedzi w postaci martwych szczurów zalegających masowo na ulicach miasta i w jego budynkach budzą zaciekawienie zmieszane z irytacją i oburzeniem. Szczury w eleganckich domach i hotelach? To rzecz nie do pomyślenia.
Łączenie martwych gryzoni z pierwszymi przypadkami choroby daje do myślenia lekarzom. Władze miasta przyjmują całą rzecz z niedowierzaniem, nie można budzić niepokoju i rozsiewać paniki, przecież to niemożliwe, dżuma to odległa przeszłość kojarzona ze średniowiecznymi rycinami lekarzy w pelerynach i maskach przypominających ptasi dziób.
Zarząd miejski nic nie zamierzał i nic nie miał na uwadze, ale zaczął od tego, że zebrał się na posiedzenie, aby się zastanowić. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. (str. 14)
I kiedy w końcu nie można zaprzeczyć faktom i miasto zostaje zamknięte, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby jego mieszkańcy nie wierzą. Reakcje zdumienia, oszołomienia, wiara w szybkie zakończenie epidemii przeplatają się z negacją i głosami oburzenia.
Nasi współobywatele….. Nadal robili interesy, planowali podróże i mieli poglądy. Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przyszłość, przenoszenie się z miejsca na miejsce i dyskusje? Uważali się za wolnych, a nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy. (str. 28).
Pojawia się bunt i głosy o pozbawieniu wolności. Mieszkańcom nie podoba się, że miasto zostało zamknięte. Twierdzą, że te statystyki chorych na pewno są sfałszowane, a nawet jeśli choruje tyle osób ile podano, to przecież nie wiadomo, ile osób chorowało wcześniej. Ludzie zawsze chorowali i to wcale nie oznacza, że teraz mamy epidemię - krzyczą niedowiarki.
W pierwszych godzinach dnia, gdy zarządzenie weszło w życie (o zamknięciu miasta) na prefekturę naparł tłum petentów, którzy przez telefon, lub osobiście przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. Doprawdy trzeba było wielu dni, byśmy zdali sobie sprawę, że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu i że słowa takie jak „układać się”, „grzeczność”, „wyjątek” nie mają już sensu. (str. 45)
Mimo tych niezwykłych widoków (zamkniętego i martwego miasta) nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem, tego, co im się zdarzyło. Były uczucia wspólne, jak rozłąka czy strach, ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację, a nie są to uczucia, które można przeciwstawić dżumie. (str.51)
Jak można zamykać miasto, jedni chcą się wydostać z niego, inni chcą doń powrócić (choć tych jest zdecydowanie mniej). Jeszcze inni ostentacyjnie wychodzą w tłum pokazując, iż za nic mają wszelkie ograniczenia. Część mieszkańców dezynfekuje się alkoholem, inni pastylkami mentolowymi.
Ksiądz zarządza tydzień wspólnych i grzmi z ambony - bracia moi, dosięgnęło was nieszczęście, bracia moi zasłużyliście na nie. … od początku historii plaga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. (str. 62)
W mieście zaczyna brakować żywności, paliwa, oszczędza się na oświetleniu, co napędza szarą strefę i rozwój nielegalnych interesów (przemyt żywności i ludzi).
Potem pojawia się strach. Ludzie odsuwają się od siebie. Izolacja i poczucie osamotnienia. Depresje. A w końcu apatia i obojętność. I już nawet nie czeka się końca, tylko próbuje jakoś wypełnić czas codziennymi obowiązkami, których niektórzy mają w nadmiarze (lekarze, służby pomocnicze i administracja) a inni coraz mniej. Na tym tle przedstawieni zostają bohaterowie i ich różne wobec epidemii postawy. Od poświęcenia czasu na zwalczanie choroby, albo choćby ulżenie jej skutkom, a na końcu jedynie ewidencjonowanie rozmiarów poprzez pomoc lekarzom i służbom porządkowym do wykorzystania zarazy jako sposobności do wzbogacenia się (paserka i przemyt) bądź do ukrycia przed odpowiedzialnością z powodu popełnionych wcześniej występków.
Camus wplata w treść opowieści rozważania egzystencjalne dotyczące postaw moralnych człowieka oraz sensu istnienia. Oprócz całej masy bardzo mądrych przemyśleń trafia się też parę dość zawiłych i nużących (być może jedynie dla mnie mniej przystępnych) dywagacji. Nie rzutuje to na ocenę całości. Dżuma podnosi uniwersalny temat postawy człowieka wobec zła (wojny, epidemii, kataklizmu); moralne dylematy u jednych i brak rozterek u innych, no i pytania o sens egzystencji w ogóle, czy liczy się przeżycie, czy liczy się też cena, jaką czasami trzeba za to zapłacić. Niewątpliwie czytanie jej w kontekście innej zarazy przenosi akcenty uniwersalne na te bardziej dziś dojmujące.
Czytając miałam wrażenie, jakby dziwnym trafem powieściowa Dżuma wyszła ze swoich ram na ulice naszych miast, bowiem zadziwiająco znajomo wyglądają postawy, zachowania i komentarze pojawiające się dzisiaj w mass mediach.
Kiedy dżuma nie odpuszcza i zdaje się tę walkę wygrywać z człowiekiem nie było już losów indywidualnych, ale wspólna historia, tzn. dżuma i uczucia, jakich doznawali wszyscy. Najsilniejszym z nich była świadomość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i buntem, jakie niosła w sobie. (str.106)
Początek końca epidemii pojawia się wówczas, kiedy walka staje się wspólnym interesem, nie jest ona już tylko przeszkodą w indywidualnych planach jednostek, ale wrogiem wspólnego losu mieszkańców.
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie narratora, który jest jednocześnie jednym z bohaterów opowieści, występując w podwójnej roli może obserwować sytuację i od wewnątrz i z dystansu.
Moje zainteresowanie wzbudził drugoplanowy bohater urzędnik merostwa Grand. Z nadmiaru uczuć i niedoboru słów miota się on pomiędzy pragnieniem stworzenia wielkiej powieści i napisania listu do żony, która go opuściła lata temu a niemożnością uczynienia tego. Istniejący wokół świat pochłonięty walką z epidemią wydaje się niewiele obchodzić Granda, co jednak nie przeszkadza mu sumiennie wykonywać obowiązki. Nieco śmieszne wydają się jego próby doboru właściwych słów w treści pierwszego zdania powieści (poza które nie wyszedł). Śmieszne, a jednak budzące wzruszenie i pewien rodzaj sympatii.
Nieco obawiałam się lektury, a okazała się ona pouczającym i ciekawym doświadczeniem. W dodatku czytana w dzisiejszych realiach nabiera wyjątkowej aktualności, podczas gdy czytana w czasach licealnych wydawała się bardziej abstrakcyjną.
Nie mogłam sobie podarować pominięcia najbardziej znanego z cytatów - mało optymistycznego, ale jakże realistycznego.
… bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i w bieliźnie, czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście (str.190).






