Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie nobliści. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lipca 2024

Uciekinierka Alice Munro

Wydawnictwo Dwie siostry 2009
Pierwsze spotkanie z prozą noblistki i pierwszy od dawna powrót do opowiadań, gatunku literackiego, który przez długi czas omijałam szerokim łukiem. Miałam za złe opowiadaniom to, że ledwie zdążę się zaprzyjaźnić z bohaterami już muszę się z nimi żegnać. Jeszcze jestem w środku historii, a już muszę o niej zapomnieć i wejść w nową. Z powodu krótkiej formy wydawały mi się one niesłychanie ulotne. Zapominam treść niemal natychmiast po przeczytaniu. Jak dotąd jedynie opowiadania Maupassanta i jedno z opowiadań Iwaszkiewicza (Upadek Ikara) poruszyły mnie na tyle, że zapadły głębiej w pamięć. A może po prostu musiałam do nich dojrzeć.

Uciekinierka to zbiór ośmiu opowiadań o życiu pięciu kobiet. Jest to w ogóle proza niezwykle kobieca, emocjonalna, przy czym stworzona językiem prostym i pozbawionym zbędnych ozdobników. Pięć kobiet spotykamy na rożnym etapie ich życia, za to w bardzo ważnych dlań momentach podejmowania decyzji. Decyzji, które wpłyną na dalsze losy, ich, czasem ich bliskich. Choć bywa i tak, że nie tylko podejmowane decyzje, ale też przypadek pokieruje ich życiem. Każda z bohaterek poszukuje swojego miejsca w życiu, wolności od krępujących zobowiązań, konwenansów, każda szuka szczęścia na swój sposób, nie zawsze je znajdując. Każda też dochodzi do wniosku, iż nie można uciec od samej siebie. Uciekając czy to od męża, czy od rodziny, czy od wymogów otoczenia nie da się uciec od siebie.

Bohaterka pierwszego opowiadania Carla uciekła najpierw od rodziny, aby zamieszkać z mężem, potem od męża, aby znaleźć wolność i możliwość samorealizacji (czy na pewno, a może uciekła przed odpowiedzialnością za swą nieprzemyślaną, wymyśloną historyjkę, którą opowiedziała mężowi), aby w końcu podjąć właściwą (czy na pewno?) decyzję.

(Carla) Nie potrafiła sobie tego wyobrazić [nowego życia]. Jazdy metrem czy tramwajem, zajmowania się nowymi końmi, rozmów z nowymi ludźmi, codziennego życia pośród tłumów ludzi, którzy nie są Clarkiem [mężem].
......

Najdziwniejsze było to, że robiła to wszystko [uciekała], jechała tym autobusem w nadziei, że odnajdzie siebie samą. Że...weźmie odpowiedzialność za własne życie. I nikt nie będzie się na nią wściekał i zatruwał jej dni swoimi humorami. (str.42).

Najbardziej podobało mi się opowiadanie Sztuczki. Jest takie w stylu Wiktora Hugo. Tutaj sporą rolę odgrywa fatum (małe spóźnienie, choroba pracownicy pralni, inna sukienka i wszystko potoczyło się nie tak). Dwudziestosześcioletnia ucząca się pielęgniarstwa i opiekująca chorą siostrą Robin co roku jeździła do teatru na jedną ze sztuk Szekspira. Od chwili, kiedy pierwszy raz przypadkowo znalazła się w teatrze nie wyobrażała sobie dalszej egzystencji bez tej odrobiny, namiastki czegoś, co uważała za prawdziwe, ważne, istotne. Kiedy wychodziła z teatru nadal przebywała w świecie sztuki, nie potrafiła rozmawiać z ludźmi o zwykłych prozaicznych sprawach. Najchętniej wyszłaby stamtąd sama i do nikogo nie odzywała się przez dwadzieścia cztery godziny. Jedna z pielęgniarek …. powiedziała kiedyś: W życiu bym się nie odważyła pójść tam sama” i wtedy Robin zdała sobie sprawę, jak bardzo różni się od większości ludzi. Najlepiej czuła się w teatrze, otoczona obcymi. Po przedstawieniu szła wzdłuż rzeki do centrum miasta i znajdowała jakieś niedrogie miejsce, gdzie można coś zjeść - zwykle kanapkę - siedząc na stołku przy barze. Wracała do domu pociągiem za dwadzieścia ósma. I to wszystko. Jednak te kilka godzin dawało jej pewność, że życie do którego wraca, takie jakieś prowizoryczne i niezadowalające, jest tylko tymczasowe i łatwo można się z nim pogodzić. I za nim, za tym życiem, za wszystkim jest jasność, którą wyraża światło słońca widziane z okien pociągu. Światło słońca i długie cienie na letnich polach, jak resztki sztuki w jej głowie. (str. 279). Przypadek sprawia, że Robin podczas jednego z takich powrotów spotyka interesującego mężczyznę, który pomaga jej w kłopotliwej sytuacji (utrata torebki z pieniędzmi i biletem powrotnym do domu). Uwięziona w domu ze schorowaną siostrą cały rok planuje kolejne spotkanie z nieznajomym. Kiedy Robin dociera do drzwi jego domu mężczyzna zamyka jej drzwi przed nosem. Kobieta całe życie żyje w przeświadczeniu, że została oszukana. Dopiero po wielu latach odkrywa zaskakującą prawdę. Czy będzie jej lżej z tą prawdą, czy też dojdzie do wniosku, że popełniła błąd.

Historie opowiedziane przez narratorkę składają się pozornie z mało znaczących wydarzeń (ucieczka kozy, rzucenie się pod pociąg poznanego przed chwilą nieznajomego, zbyt późno zaniesiona do pralni sukienka ...)

A jednak te historie wpływają na losy bohaterek.

Trzy opowiadania, których bohaterką jest Juliet posłużyły za scenariusz filmu Almodovara Julieta. Jest to historia matki, od której odeszła córka. Dramat kobiety, która nie rozumie co było przyczyną decyzji jej córki; czy wina leżała po stronie Juliety, czy to Penelopa była okrutna zostawiając matkę bez słowa wyjaśnienia, czy choćby pożegnania. Kobieta cale życie będzie się zadręczać, co zrobiła nie tak, gdzie popełniła błąd.

Najpierw myśli, że to z powodów światopoglądowych, bo sama nigdy nie była osobą wierzącą. Gdybym ją nauczyła modlitwy, nic takiego by się pewnie nie stało. Powinnam była, powinnam. To by było jak szczepienie. Nie zadbałam o jej uduchowienie. (str. 160).

Potem zastanawia się, czy to brak dialogu spowodował oddalenie córki. Czy powinnam był z nią rozmawiać o szlachetnym życiu? Spytała. O poświęceniu? Otwieraniu na potrzeby innych? Nigdy o tym nie myślałam. Zachowywałam się tak, jakbym chciała, żeby wyrosła na osobę taką jak ja. Czy to ją zraziło? (str.179)

Munro nie daje nam odpowiedzi, niczego nie wyjaśnia, a to sprawia, że sami zastanawiamy się nad poruszonymi tu kwestiami. Dlaczego Carla wróciła, dlaczego los okazał się  okrutny dla Robin, dlaczego Penelopa nie odezwała się nigdy do matki. Może i ona próbowała uciec sama od siebie.

Bardzo interesująca proza i pobudzająca do refleksji. Autorka pisze prostym językiem o zwykłych sprawach, które stają się w jej wydaniu niezwykle interesujące. Jest tu spory wachlarz emocji. Na pewno sięgnę po kolejną książkę Munro i tym razem nie zrazi mnie forma opowiadań.
Dopisane po publikacji. Koleżanka podesłała mi linka do artykułu dotyczącego haniebnego postępku pisarki w kwestii molestowania jej córki. Nie chcę zabierać głosu w tej sprawie. Staram się oddzielać pisarza od człowieka oceniając książkę, choć przyznaję, że nie zawsze jest to łatwe, a czasem wręcz niemożliwe. Zapewne inaczej jest, jak o zdarzeniu dowiadujemy się post factum, jak już zdążymy polubić, a nawet pokochać czyjąś twórczość, a inaczej, kiedy dopiero zapoznajemy się z nią, czy jesteśmy jeszcze przed. Myślę, że będzie mi teraz trudniej sięgnąć po prozę Munro mając do wyboru tak wiele innej...


sobota, 8 czerwca 2024

Kłębowisko żmij Francois Mauriac

Wyd. Benedyktynów 2010 r.
P
o książkę sięgnęłam dzięki Koczowniczce, której recenzja Galigai Mauriaca sprawiła, iż przeczuwałam, że to może być proza, jaką niezwykle lubię, coś w rodzaju Sandora Maraia. Taka esencjonalna i gęsta.
Bohater, niemal siedemdziesięcioletni Ludwik u kresu swych dni pisze długi list do żony. Zdając sobie sprawę z własnych wad chce, aby rodzina poznała go naprawdę. I od złej i od nieco może lepszej strony. Niczego nie tai. Jest boleśnie szczery w swojej spowiedzi. Tak szczery, że jego wynurzenia mogą zranić bliskich. Jego nienawiść wobec bliskich sprawia iż chciałby pozbawić ich całego majątku i napawać się tym widokiem. I cóż mi pozostało? To, co zarobiłem w ciągu tych ponurych lat, te pieniądze, z których wy szaleni, chcielibyście mnie ograbić. Ach sama myśl, że będziecie się nimi radować po mojej śmierci, jest dla mnie nie do zniesienia. Powiedziałem ci zaraz na wstępie poczynił już odpowiednie kroki, aby wam nic nie zostawić. Dałem ci też do zrozumienia, że potem z tej zemsty zrezygnowałem… Ale pisząc to wówczas, nie zdawałem sobie sprawy, z jaką siłą targają mym sercem przepływy nienawiści. Zaledwie fala odpływa, rozczulam się… Później powraca i znów mnie zalewają jej brudne odmęty. (str.57). Ludwik nie tylko chciał pozbawić majątku swoich bliskich, chciał to zrobić w sposób przebiegły i okrutny. Mawiałem jej [córce] często. Po mojej śmierci będziecie mnie błogosławić, po to tylko, aby widzieć, jak oczy jej zaczynają błyszczeć pożądaniem. Powtarzała ci te cudowne słowa. Cała rodzina wpadała w trans. A ja obmyślałem tymczasem sposób, aby wam zostawić jedynie to, czego nie można było ukryć. … Wpadłem nawet na pomysł, aby obciążyć ziemię hipoteką… (str.87).
Rodzina Ludwika też miała sporo na sumieniu. Wiedząc, iż ojciec ma miliony nie potrafili pogodzić się z faktem, iż wszystkiego im odmawia, nie wspomaga w potrzebie, chce pozbawić majątku. Podstępem próbowali zdobyć to, co w ich mniemaniu słusznie się im należało.
Bohaterowie powieści są postaciami niezwykle złożonymi. Trudno zapałać sympatią do któregokolwiek z nich, mają liczne wady i przez to są niezwykle ludzcy. 
Plan Ludwika upada, kiedy umiera jego żona. Umarła, nie poznawszy mnie, nie wiedząc, że byłem nie tylko potworem, nie tylko katem, lecz, że był we mnie jeszcze inny człowiek (str.147). Ludwik zaczyna dostrzegać to, że oskarżając o nieczułość, brak zainteresowania i obojętność swych bliskich sam zachowywał się identycznie wobec nich. Stara się naprawić błędy, zmienić swe postępowanie.
Czułem, widziałem mą zbrodnię, dotykałem jej. Nie tkwiła ona całkowicie w tym ohydnym kłębowisku żmij- w nienawiści do dzieci, pragnieniu zemsty, ukochaniu pieniądza, lecz w uporze, z jakim wzbraniałem się poprzez te skłębione żmije przedrzeć. Uczepiłem się tego obrzydliwego kłębowiska, jak gdyby było moim sercem, jak gdyby bicie tego serca zmieniło się w syk pełzających gadów. Nie dość, że przez pół wieku znałem z samego siebie tylko to, co mną nie było; na innych też patrzyłem w ten sam sposób. W twarzach mych dzieci uderzała mnie wyłącznie nikczemna chciwość. W Robercie dostrzegłem tylko głupotę i uczepiłem się tych pozorów. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że trzeba zrywać maskę z twarzy innych ludzi, że trzeba się przedrzeć przez nią, aby do nich dotrzeć. (str. 163)
Czy będzie miał na to czas, czy jeszcze zdąży naprawić zło, które wyrządził, czy jest już za późno. A może nigdy nie jest za późno na zmianę?
Podoba mi się styl pisarza, język, lekkość pióra, pogłębiona psychologia postaci. Pierwsze spotkanie z prozą Francois Mauriaca było bardzo udane i zachęcające do kolejnych odkryć. Na dobrą literaturę zawsze warto znaleźć czas. 

wtorek, 30 maja 2023

Wiwisekcja Patrick White, czyli bardzo krótka recenzja subiektywna

Poprzednie spotkanie z Noblistą (Przepaska z liści) wysoko podniosło poprzeczkę oczekiwań w stosunku do autora. Zachwyt nad językiem, wspaniałe studium psychologiczne bohaterki, dylematy moralne zmuszające do zadawania trudnych pytań, piękno australijskiej przyrody, wyraziste postacie drugoplanowe scharakteryzowane czasami zaledwie jednym zdaniem - to wszystko zawierała w sobie lektura Przepaski z liści.

Wiwisekcja (czyli wg definicji szczegółowa analiza czyjejś osobowości albo doświadczenie na żywym organizmie) to studium postaci malarza Hurtle'a Duffielda, który jako kilkuletnie dziecko został przez swych rodziców odsprzedany bogatej rodzinie Courtneyów. Matka sądziła, iż w ten sposób zapewni mu lepsze życie, da możliwość rozwijania talentów. Hurtle finalnie staje się rozpoznawalnym i cenionym malarzem, choć jego obrazy są dość kontrowersyjne. Hurtle maluje to co brzydkie, dziwne, wstydliwe. Jest malarzem awangardowym, którego sztukę rozumie niewielu, a jednak osiąga sukces. Nie potrafiąc nawiązać żadnych relacji z ludźmi szuka sensu w sztuce, chce znaleźć w niej prawdę o życiu i człowieku poprzez obnażanie jego słabości. Mam mieszane uczucia związane z tą lekturą. Z jednej strony napisana jest pięknym literackim językiem, przyjemnie się to czyta jeśli uda się skupić na lekturze, bo jest ona wymagająca, moim zdaniem o wiele bardziej niż Przepaska z liści, gdzie słowa płynęły wartkim potokiem. Przy lekturze Wiwisekcji trzeba uważać, aby niesione nurtem wód myśli nam nie odpłynęły, a my wraz z nimi gdzieś daleko poza kręgi powieści. A jest to powieść obszerna liczy osiemset stron. Jej lektura zajęła mi sporo czasu właśnie z powodu owego odpływania myśli poza nurt główny. A z drugiej strony poczułam jakiś zawód, że tym razem autor skupił się na brzydkiej stronie życia, tym co wynaturzone, kalekie, wstydliwe. Doskonale rozumiem to, że tacy jesteśmy, takie jest życie, niemniej zawsze, a ostatnio jeszcze intensywniej skupiam się na jasnej stronie życia i to ona mnie bardziej pociąga. Jest w tej powieści artyzm w opisie twórczych zmagań bohatera i jego prób wypowiedzenia się przez sztukę, ale ten artyzm do mnie nie przemówił. Reasumując, jeśli nie znacie twórczości White to nie polecam Wiwisekcji na książkę pierwszego kontaktu. Natomiast, jeśli już czytaliście noblistę, to koniecznie spróbujcie, bo warto przekonać się samemu, czy książka was bardziej zachwyci,  rozczaruje, a może znuży.

czwartek, 10 lutego 2022

Przepaska z liści Patrick White szansa na najlepszą powieść nadchodzącego roku



Książka zauroczyła od samego początku nieoczywistym połączeniem słów, które czytałam z ogromną przyjemnością. Połączenie prostoty z finezją sprawiło, że szkoda było uronić choćby jedno słowo.

Żona podejrzewała, że jego siła polega na zdolności do cierpliwego znoszenia nudy, nie przyszło jej na myśl, że może odkrył powinowactwo z krajobrazem, tak człowiekowi nieprzychylnym (str. 11).

Samotne dzieciństwo, a później małżeństwo z człowiekiem o dwadzieścia lat starszym sprzyjało skłonności do marzeń. Samodzielne wędrówki po zaułkach życiowych doświadczeń stały się jej najbardziej chyba luksusową przyjemnością. (str.26)

Zdawała się skomponowana z rozedrganych piórek, wątków konwersacji i źle maskowanej chciwości, gdy wodziła wzrokiem od ramion osoby zaszczyconej jej wizytą, poprzez brosze z gemma i biust (ten szczegół ledwie musnęła dyskretnym spojrzeniem), aż do frędzli szala. (str. 26)

W niedoskonałym lustrze wilgotnym, olśnionym oczom ukazała się pocętkowana skóra, przywodząc na myśl jakąś bezimienną istotę, zabłąkaną na rogu ulicy we mgle dżinu i niepewności (str. 47)

Ileż tu pola do wyobraźni. Zdania, które sprawiają, że lektura zwalnia. Rozbieram je na czynniki pierwsze. Kiedy już akceptuję, że mąż pani Merivale ma zdolność cierpliwego znoszenia nudy i niemal buduję całą postać wtedy okazuje się, że on jednak wcale się nie nudzi a odnajduje przyjemność w obcowaniu z nieprzyjaznym krajobrazem. A samotne wędrówki po zaułkach życiowych doświadczeń. Jakież to wspaniałe sformowanie. Oczywiście dla miłośników wartkiej akcji i sporej dawki dialogów będzie to przeszkoda być może nie do przebrnięcia. Ja natomiast z radością witałam kolejne spowalniacze.
Wkrótce po przyjeździe pana Roxburgha Ellen sama doszła do przekonania, że dla niego książki zawierają więcej treści niż całe toczące się wokół życie. (str. 51)
Ostatnie zdanie to nie popis wirtuozerii słownej autora (a może tłumacza), ale doskonała charakterystyka jednego z bohaterów. Bo Przepaska z liści to nie tylko piękny język, ale także doskonały portret psychologiczny pani Roxburgh. O ile pan Roxburgh wydaje się nieskomplikowany (starszy od żony, dobrze wykształcony, oczytany, słabowitego zdrowia dżentelmen), o tyle panią Roxburgh trudno rozgryźć. Początek niemal jak z Pigmaliona, tyle, że Austin Roxburgh nie brał udziału w zakładzie polegającym na wprowadzeniu do towarzystwa niewykształconej, biednej dziewczyny. On wybrał Ellen na żonę, zauroczony jej witalnością. W oczach otoczenia została podporą, która ochoczo spełnia rolę opiekunki, podczas, gdy jej mąż oddaje się studiowaniu Wergiliusza. Jednak to, jak skomplikowaną osobą jest Ellen okaże się w chwili próby. Odwiedziwszy brata pana Roxburgh małżonkowie wsiadają na statek płynący z Australii w kierunku domu. Statek się rozbija, ocaleje jedynie pani Roxburgh (i jeden z członków załogi). Nazywanie Ellen panią Roxburg doskonale oddaje jej wyobcowanie w każdym ze światów, do jakich trafia (czy to w rodzinie męża i wśród jego znajomych, czy to w świecie konwenansów którymi rządzi się społeczność australijska, czy wreszcie w świecie Aborygenów, którzy nie mają powodu, aby traktować ją lepiej, niż sami są traktowani przez białych). Ellen żyjąc na pograniczy dwóch światów, cały czas musi coś udawać, najpierw aby nie wzbudzić niezadowolenia męża, potem, aby nie być przedmiotem drwin towarzystwa, aż w końcu, aby przeżyć. Skrajne, żeby nie powiedzieć traumatyczne doświadczenia sprawiają, iż Ellen dojrzewa, pojawia się szansa na odnalezienie spokoju i możliwość zrzucenia coraz to nowej maski.  Przemiana, jakiej doświadcza główna bohaterka może ilustrować słowa panny Scrimshow W każdej kobiecie są tajemne głębie, o których sama nawet nic nie wie, dopóki wcześniej czy później coś ich nie wzburzy. (s. 20).
W powieści mamy zderzenie dwóch światów świata cywilizacji ze światem natury, w którym instynkt samozachowawczy zwycięża z zasadami, etyką, moralnością. Początek powieści jest taki wiktoriański, opis przetrwania Ellen to opis prymitywnej, momentami odrażającej walki o przetrwanie. Zakończenie znowu przenosi do świata konwenansów, który wydaje się jego mieszkańcom lepszym, bardziej moralnym, doskonalszym (wyższym) od świata dzikusów.
A to wszystko na tle przyrody australijskiej Tasmanii, w sąsiedztwie koloni karnej do której wysyłano złoczyńców.
Zwróciłam też uwagę na jeszcze jeden szczegół, otóż bohaterką jest pani Roxburg, ale nawet postaci, będące drugoplanowymi, a czasem nawet trzecioplanowymi są tak świetnie scharakteryzowane nierzadko jednym zdaniem, że zapadają w pamięć (jak choćby wspomniany wyżej pan Merivale).

Dawno nie czytałam tak dobrze napisanej książki, tak esencjonalnej, tak pełnej emocji, tak poruszającej i zmuszającej do stawiania sobie pytań. Czytając powieść szkoda byłoby opuścić nawet jedną linijkę, i to nie tylko z uwagi na przepiękny język (bo to można powiedzieć jest tylko i aż opakowanie), ale też z powodu głębokiej treści, która kryła się niemal pod każdym liściem australijskiej dżungli.
Książka na długo pozostanie w pamięci i zapewne sięgnę po kolejną książkę tego autora.
Na zakończenie jeszcze jedno zdanie z okresu pobytu bohaterki u Aborygenów. Chętnie dopuszczała do głowy te nasuwające się na chybił trafił obrazy, wolała je niż uporządkowane sekwencje myśli, które mogłyby ją zmusić do zastanowienia się nad przyczynami i sensem jej obecności w labiryncie bez wyjścia (str. 239).
Przeczytałam Przepaskę z liści wydawnictwa PIW 1980 rok z czarną twardą okładką bez żadnych ozdób, jedynie białe litery tytułu i nazwiska autora na grzbiecie. Do tego wydania odnoszę się strony cytatów. Okładka stosowna, ale bardzo niefotogeniczna, stąd inna ilustracja okładki na wstępie postu.
Gorąco polecam książkę i autora tym, którym niestraszne wymagające lektury, bowiem nagradza cierpliwych i wytrwałych czytelników ogromnym bogactwem treści i sporą dawką przyjemności.
I choć rok się dopiero zaczyna to Przepaska z liści wysoko ustawiła poprzeczkę czytelniczą.

I pomyśleć, że zawdzięczam lekturę kopiowaniu bloga, podczas której to czynności trafiłam na komentarze bodajże lirael i Ady z krakowskiego bloga polecające mi tę pozycję w odpowiedzi na moje stwierdzenie o nieznajomości literatury australijskiej. Lekturę zaliczam do wyzwania nobliści.

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Komediantka Władysław Reymont

Pisarz przez jakiś czas występował na scenie, jako aktor. Być może to dzięki scenicznemu doświadczeniu, a może dzięki niewątpliwemu talentowi literackiemu stworzył niezwykle interesujący i realistyczny obraz życia prowincjonalnego teatrzyku z fantastycznymi przedstawicielami tego środowiska. Teatrzyk jest prowincjonalny, większość aktorów to zbieranina przypadkowych osób, wystawiane tu sztuki to zabawne gagi służące niewyszukanej rozrywce, dyrektor - sknera i oszust, scenografia - pomalowana farbką tektura, jednym słowem wszystko jest ułudą. W takie miejsce trafia Janka, zbuntowana młoda kobieta, która nie chce wychodzić za mąż z rozsądku, bowiem roi jej się kariera aktorska na miarę Modrzejewskiej. Marzy o roli Ofelii. Po przeczytaniu wszystkich dramatów Szekspira i paru występach w amatorskich przedstawieniach nie wyobraża sobie zwykłego życia na wsi wśród pół, lasów i łąk w dodatku z niekochanym mężczyzną u boku.
Najciekawszą wydała mi się scena imienin u dyrektorowej. Skąpy, niepłacący gaży dyrektor, który nie wiadomo było, czy bardziej kocha sztukę, czy pieniądze, który zamknął duszę w małej orbicie sztucznego życia i to mu w zupełności wystarczało (str. 76) trzy razy do roku: w wigilię Bożego Narodzenia, pierwszy dzień Świąt Wielkiej Nocy i imieniny żony występował z przyjęciem.
Cabiński –sknera znikał, a występował wtedy Cabiński gościnny po staroszlachecku i jakieś ukryte głęboko, dziedziczne komórki rozrzutności otwierały się wtedy. Występowano wspaniale, pojono nad miarę i nie żałowano na nic pieniędzy, a że później przez jakiś miesiąc akonta były mniejsze, narzekania na pustki większe i częstsze, odkładanie wypłat, to mało kto zauważał, ale co się bawiono, to się bawiono (str. 102). Teatralne scenografie (dywany, lustra, kotary welurowe, gipsowe posągi i girlandy sztucznych kwiatów) zamieniały nędzną i brudną ruderę w przepyszny salon. A uczestnicy spotkania mogli się poczuć prawdziwymi aktorami na tej scenie.
Podnosiły się głosy coraz namiętniejsze przeciwko teatrowi warszawskiemu. Zapanował gwar nieopisany. Ale czuć było we wszystkich głosach protestu, drwin, wyrzekań się, w spojrzeniach, rozpłomienionych winem i wódką, w twarzach nagle poruszonych, że ten teatr, nienawidzony tylko pozornie, tkwi głęboko w każdej czaszce i w każdym sercu, tli się ciągłe pragnienie dostania się do niego, że panuje nad ich duszami niby majak Ziemi Obiecanej. (Str. 118)
Jance dziwiącej się zachowaniu artystek wyjaśniono przyczynę artystycznego żywiołu:
.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
I w końcu to, co wydało mi się najtrafniejszym spuentowaniem prowincjonalnego światka teatru.
To życie wśród mar, to codzienne odtwarzanie coraz innych ludzi, uczuć i myśli na tj. ruchomej powierzchni wrażeń. Wśród sztucznych podniet, otoczeń, zachwytów, bólów, uniesień i miłości, zbrodni i poświęceń- to musi przekształcić każdego człowieka, zburzyć jego dawną osobowość, przekuć, a raczej tak rozmiękczyć duszę, że na niej wszystko się odciśnie. Musisz pani być kameleonem: na scenie- dla sztuki, w życiu potem z konieczności, bo inną być nie potrafisz… Artyzm to ta szalona ruchliwość wrażliwości mózgowej i czuciowej, co wszystko wchłania i rozlewa się na wszystko, i dąży przede wszystkim do tego, żeby swoje ja zatracić. Gdzież tutaj miejsce- bo mówię o aktorach- na indywidualizm życiowy, na świadomość ogólniejszą i jaką bądź równowagę, gdy się pomieszają wszystkie stany scenicznych nastrojów z własnymi tak ściśle, że się nie wie, gdzie się zaczyna moje własne ja, a gdzie komediowe, artystyczne, to jest: wyobrażeniowe?... Ludzie ci żyją resztkami rozprzężonej jaźni, są jakby własnymi cieniami.. (str. 120).
Historia Janki, jakkolwiek przewidywalna (o naiwności ludzka tyś nie znasz granic) jest historią ciekawą, ale największym walorem powieści jest doskonałe przedstawienie środowiska. Nie jest to powieść na miarę Chłopów czy Ziemi Obiecanej ale powieść ciekawa i godna polecenia.
Dziękuję za inspirację Magdzie. Komediantka załapała się do wyzwania Nobliści a także klasyka literatury popularnej

 

sobota, 20 listopada 2021

Sztukmistrz z Lublina, Isaac Bashevis Singer

Po lekturę sięgnęłam w związku z planowaną wycieczką do Lublina. Miał to być jeden z drogowskazów do poznania miasta. Niestety jeśli o tę motywację chodzi lektura okazała się totalną porażką. Albo czytałam nie dość wnikliwie, albo Lublina w książce nie ma. Jeśli chodzi o przyjemność z lektury to książkę czytało się wyjątkowo lekko i szybko.

Było to moje drugie spotkaniem z Singerem, wcześniej czytałam Cienie nad rzeką Hudson (pierwszy wpis na blogu), a ponieważ niewiele z tamtej lektury pamiętam można stwierdzić, iż poznaję Singera na nowo. Sztukmistrz z Lublina to historia Jaszy (Żyda) używającego życia pełnymi garściami. Ma żonę, dom, stodoły, spichrze i stajnie w Lublinie, mieszkanie w Warszawie i kilka kochanek w trasie. Żyje  z pokazywania sztuczek, wykonuje akrobacje, chodzi na linie, potrafił otwierać zamki bez klucza. Jest człowiekiem wykształconym, jako chłopiec studiował Talmud, w swoim warszawskim mieszkaniu ma bibliotekę, antyki i zbiór afiszy, wycinków prasowych i recenzji, z Emilią - kobietą, dla której wydaje się gotowy na zmianę sposobu życia - dyskutował o religii, filozofii, nieśmiertelności duszy, cytował jej urywki z Talmudu, rozmawiali o Koperniku i Galileuszu. 

Jasza, choć tak jak ojciec i dziadek, tu się urodził [w Lublinie], pozostał obcym, nie tylko dlatego, że odrzucił swe żydostwo,  także dlatego, że wszędzie czuł się obco, zarówno tu, jak w Warszawie, pośród Żydów i gojów. Wszyscy mieli uregulowane życie i domy, on zaś był w ciągłych rozjazdach. Mieli dzieci i wnuki, on ich nie miał, Mieli swego Boga, swych świętych i przywódców, on miał tylko wątpliwości. Dla nich śmierć oznaczała raj, dla niego tylko strach (str.15).

Jasza poszukuje swojej drogi, ale poszukuje dość nieudolnie. Uciekając od jednej kobiety w ramiona kolejnej, wiąże się z następną, dla której gotów jest zmienić wiarę i popełnić przestępstwo. Wszystko to brzmi nawet przekonywająco, aż dochodzi do epilogu o cudownym nawróceniu, który pozwala przypuszczać, iż głównym celem opowieści było przekonanie czytelnika, iż bez wiary człowiek błądzi, grzeszy, popełnia przestępstwa i nie może być szczęśliwy. Tyle, że trudno uwierzyć w przemianę bohatera, który zamiast zmierzyć się ze światem i jego pokusami ucieka przed nimi.

Główny bohater jest ciekawą postacią. Wciąż grał jakąś inną rolę. Był kłębowiskiem osobowości, wierzący i heretyk, dobry i zły, fałszywy i szczery. Potrafił kochać wiele kobiet jednocześnie. Oto gotów jest zaprzeć się swej religii, a jednak znalazłszy nową stronę wydartą ze świętej księgi zawsze ją podnosi i przyciska do ust. (str.46). Ten Jasza choć tak zmienny, złożony, irytujący w swym postępowaniu względem kobiet i irytujący w swej chwiejności (po raz pierwszy spotkałam się w literaturze z tak chwiejnym i często zmieniającym decyzję mężczyzną) był ludzki. W przeciwieństwie do pani Emilii, której wyrachowany egoizm czynił z niej pustą lalkę.  

Sztukmistrz z Lublina to ciekawie opowiedziana historia z rozczarowującym zakończeniem.  

Spodobał mi się natomiast fragment tyczący Polaków, którzy podobnie jak pozostali goje nie są przedstawieni zbyt sympatycznie, ale jakże trafnie. Zostawiają wszystko i gdzieś sobie idą. (...) To cała Polska. I jeszcze narzekają, że kraj się rozpada. (...) Taki to kraj, mruczał - jedyne, co umieją to buntować się co kilka lat i brzęczeć kajdanami. (str. 129)

Kiedy przypomniałam sobie swoje wrażenia z lektury Cieni nad rzeką Hudson to Sztukmistrz wypada na ich tle słabiej. Nie mniej wart jest lektury. Nie mogę stwierdzić, że książka mi się nie podobała, ale nie spełniła moich (może zbyt dużych) oczekiwań.

Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny (wrzesień 2021) 

środa, 14 kwietnia 2021

Utracona cześć Katarzyny Blum Heinrich Böll

 

Słowa, które ranią, słowa, które niszczą, słowa, które zabijają - o tym jest ta krótka opowieść. O przemocy słownej, która doprowadziła do tragedii.  Temat dziś może nawet bardziej aktualny niż w roku wydania książki (1974).

Historia Katarzyny Blum może być historią każdego z nas, bo oto nagle w życie zwykłej gospodyni domowej, osoby uczciwej, pracowitej i może nawet nieco pruderyjnej wkracza "dziennikarz" brukowej gazety.  Dziennikarz  będący świadkiem zatrzymania przez policję kobiety podejrzewanej o pomoc przestępcy, dostaje cynk i zaczyna węszyć. Im bardziej nieprawdopodobna historia, tym większy nakład gazety, im większy nakład, tym większa sprzedaż, im większa sprzedaż tym większy zysk. A że informacje nie sprawdzone, a słowa przekręcone to nie ma znaczenia. Dziennikarz posuwa się do tego, że przypisuje ofierze własny naganny postępek. Choć tutaj ofiara występuje też w roli sprawcy i odwrotnie. Cykl artykułów, w których Katarzyna zostaje przedstawiona,  jako zimna, wyrachowana manipulantka, osoba podejrzanego prowadzenia się, a wreszcie osoba, której czyny doprowadziły do śmierci matki sprawia, że kobieta czuje się głęboko zraniona, urażona, doprowadzona do ostateczności,  bo … utraciła -to co było dla niej najważniejsze - cześć (dobre imię). 

Opowieść zaczyna się wizytą kobiety na posterunku policji. Składa ona zeznania, z których wynika, iż parę godzin wcześniej zamordowała w swoim mieszkaniu dziennikarza. Co gorsza, Katarzyna wydaje się nie odczuwa żadnych wyrzutów sumienia z powodu zbrodniczego czynu. Książka przybiera postać sprawozdania ze skrupulatnie przeprowadzonego przez narratora dochodzenia. Są to lakoniczne, acz treściwe relacje pozyskane z różnych punktów widzenia. Pochodzą od  Katarzyny, jej pracodawców i znajomych, pochodzą też z kręgów policyjnych, wymiaru sprawiedliwości, a także pośrednio z artykułów zamieszczanych  w gazecie (tej GAZECIE, która stała się źródłem tragedii).   Relacje są opisem pozbawionym warstwy emocjonalnej; zbiorem faktów. Ich suchy język powoduje większe wzburzenie czytelnika. GAZETA, żywiąca się plotkami, niedomówieniami, przeinaczeniem, nieprawdą, niszczy nie tylko życie Katarzyny, niszczy też życie jej przyjaciół i pozbawia wiary w rzetelność dziennikarską. I wydaje się, że wszyscy są wobec takich działań bezsilni. Łącznie w wymiarem sprawiedliwości. Bo jak pokazuje życie są bezsilni. Jedynie pisarz może dać świadectwo. 

Książka przeczytana jako następstwo Zwierzeń klowna. A przeczytana dzięki niepożądanym objawom poszczepiennym w postaci między innymi ogromnej słabości, która uziemiła autorkę w łóżku. 

Czyżbym nauczyła się pisania krótkich wrażeń? A może to następstwo zmętnienia mózgu.  

niedziela, 11 kwietnia 2021

Zwierzenia klowna Heinrich Böll

Dwudziestoparoletni Heinrich wychowany w bogatej, mieszczańskiej prohitlerowskiej rodzinie buntujący się przeciwko hipokryzji i podwójnej moralności pokolenia rodziców zostaje klownem. Dzięki pieniądzom i koneksjom ojca miałby zapewnioną świetną przyszłość, wybiera niepewny los, aby żyć w zgodzie z przekonaniami. Nie przeszkadza mu tułacza egzystencja, dopóty ma przy boku ukochaną kobietę. Życie w podróży i na walizkach, od hotelu do hotelu. Niestety pewnego dnia Maria odchodzi, a Heinrich doznaje załamania. Zaczyna więcej pić, jego występy są coraz słabsze, aż w końcu druzgocząca krytyka sprawia, że musi ich zaprzestać. Bez perspektyw i bez jednej marki w kieszeni rozpoczyna spowiedź, w trakcie której rozlicza się z przeszłością. Obnaża zakłamanie rodziców i kręgu ich znajomych, którzy podczas wojny w różnym stopniu sprzyjali polityce nazistowskich Niemiec, aby zaraz po jej zakończeniu odciąć się od przeszłości angażując w życie różnych organizacji religijnych. Przy czym ich życie daleko odbiega od zasad, które głoszą.

Bardzo spodobał mi się początek opowieści, kiedy Heinrich opisuje, jak nagle to co było czymś naturalnym staje się monotonią powtarzających się zdarzeń.

Usiłowałem zwalczyć w sobie automatyzm, wytworzony w ciągu pięciu lat moich nieustannych podróży: schodami w dół, schodami w górę, stawiam walizkę, wyjmuję bilet z kieszeni płaszcza, podnoszę walizkę, oddaję bilet, podchodzę do kiosku, kupuję wieczorne gazety, wychodzę z Halu dworca, przywołuję taksówkę. Przez pięć lat prawie co dzień skądś wyjeżdżałem i dokądś przyjeżdżałem, rano schodami w górę i w dół, popołudniu schodami w dół i w górę, przywoływałem taksówkę, szukałem drobnych po kieszeniach, kupowałem w kiosku wieczorne gazety i w jakimś zakątku świadomości rozkoszowałem się dokładnie wystudiowaną niedbałością tego automatyzmu. Odkąd Maria opuściła mnie (…) procedura przyjazdów i wyjazdów stała się jeszcze bardziej mechaniczna, nie tracąc nic ze swojej niedbałości. (str. 7)

Zwierzenia klowna są ciekawe, zaskakujące, chwilami  szokują. Jak choćby w przypadku braku reakcji matki na śmierć córki, do której pośrednio się przyczyniła, czy w opisie zakradającej się do spiżarni matki, aby zjeść po kryjomu plaster szynki, kiedy dzieci w tej najbogatszej w okolicy rodzinie niedojadały. Poza opisem wspomnień są też ciągi myśli, refleksji i  pomysłów Heinricha, a te bywają przytłaczające i ciężkie. Przyznaję, że miałam momentami dość bohatera i jego egzystencjalnej wiwisekcji, jego pijackich pomysłów i nużących wywodów. Ludzie z otoczenia Heinricha  w sporej mierze są podłymi hipokrytami, egoistami, nierzadko  mają zbrodniczą przeszłość. Ale i bohaterowi można sporo zarzucić, jest coś z fałszu w jego uczuciu do Marii, jest okrucieństwo i egoizm wobec bliskich. Krytykuje otaczających go ludzi, ale wyciąga rękę po ich pieniądze, tęskni za Marią, którą jak twierdzi kochał, ale można odnieść wrażenie, że bardziej irytuje go to, że kobieta,  odnalazła  stabilizację u boku innego, niż to, że odeszła. Ale czy można się dziwić, że kalekie czasy rodzą kalekich ludzi.  

Niezła książka, choć jej lektura nie jest lekką.

Książka ma ciekawą dedykację – Klaudynce klown Grześ. Widocznie książka nie trafiła w gust obdarowanej, bo cztery lata później nabyłam ją na allegro.

Przeczytana w ramach losowania u Anny, a przy okazji zaliczona do wyzwań klasyka literatury oraz nobliści.

piątek, 19 marca 2021

Dżuma Albert Camus- rzecz o zarazie w czasach zarazy

 

Próbując zrozumieć emocje i uczucia targające mną od dłuższego  czasu sięgnęłam po Dżumę. Można ją odczytywać  na płaszczyźnie realistycznej, jako powieść o radzeniu sobie człowieka z epidemią.

Zaraza pojawia się znienacka w całkiem zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym portowym algierskim miasteczku Oran. Jej pierwsze zapowiedzi w postaci martwych szczurów zalegających masowo na ulicach miasta i w jego budynkach budzą zaciekawienie zmieszane z irytacją i oburzeniem. Szczury w eleganckich domach i hotelach? To rzecz nie do pomyślenia.

Łączenie martwych gryzoni  z pierwszymi przypadkami choroby daje do myślenia lekarzom.  Władze miasta przyjmują całą rzecz z niedowierzaniem, nie można budzić niepokoju i rozsiewać paniki, przecież to niemożliwe, dżuma to odległa przeszłość kojarzona ze średniowiecznymi rycinami lekarzy w pelerynach i maskach przypominających ptasi dziób.   

Zarząd miejski nic nie zamierzał i nic nie miał na uwadze, ale zaczął od tego, że zebrał się na posiedzenie, aby się zastanowić. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. (str. 14)

I kiedy w końcu nie można zaprzeczyć faktom i miasto zostaje zamknięte, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby jego mieszkańcy nie wierzą.  Reakcje zdumienia, oszołomienia, wiara w szybkie zakończenie epidemii przeplatają się z negacją i głosami oburzenia.   

Nasi współobywatele….. Nadal robili interesy, planowali podróże i mieli poglądy. Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przyszłość, przenoszenie się z miejsca na miejsce i dyskusje? Uważali się za wolnych, a nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy. (str. 28).

Pojawia się bunt i  głosy o pozbawieniu wolności.  Mieszkańcom nie podoba się, że miasto zostało zamknięte. Twierdzą, że te statystyki chorych na pewno są sfałszowane, a nawet jeśli choruje tyle osób ile podano, to przecież nie wiadomo, ile osób chorowało wcześniej. Ludzie zawsze chorowali i to wcale nie oznacza, że teraz mamy epidemię - krzyczą niedowiarki.

W pierwszych godzinach dnia, gdy zarządzenie weszło w życie (o zamknięciu miasta) na prefekturę naparł tłum petentów, którzy przez telefon, lub osobiście  przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. Doprawdy trzeba było wielu dni, byśmy zdali sobie sprawę, że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu  i że słowa takie jak „układać się”, „grzeczność”, „wyjątek” nie mają już sensu. (str. 45)

Mimo tych niezwykłych widoków (zamkniętego i martwego miasta) nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem, tego, co im się zdarzyło. Były uczucia wspólne, jak  rozłąka czy strach, ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację, a nie są to uczucia, które można przeciwstawić dżumie. (str.51)

Jak można zamykać miasto, jedni chcą się wydostać z niego, inni chcą doń powrócić (choć tych jest zdecydowanie mniej).  Jeszcze inni ostentacyjnie wychodzą w tłum pokazując, iż za nic mają wszelkie ograniczenia. Część mieszkańców dezynfekuje się alkoholem, inni pastylkami mentolowymi.

Ksiądz zarządza tydzień wspólnych i grzmi z ambony -   bracia moi, dosięgnęło was nieszczęście, bracia moi zasłużyliście na nie.   … od początku historii plaga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. (str. 62)   

 W mieście zaczyna brakować żywności, paliwa, oszczędza się na oświetleniu, co napędza szarą strefę i rozwój nielegalnych interesów (przemyt żywności i ludzi).

Potem pojawia się strach. Ludzie odsuwają się od siebie. Izolacja i poczucie osamotnienia. Depresje. A w końcu apatia i obojętność. I już nawet nie czeka się końca, tylko próbuje jakoś wypełnić czas codziennymi obowiązkami, których niektórzy mają w nadmiarze (lekarze, służby pomocnicze i administracja) a inni coraz mniej. Na tym tle przedstawieni zostają bohaterowie i ich różne wobec epidemii postawy. Od poświęcenia czasu na zwalczanie choroby, albo choćby ulżenie jej skutkom, a na końcu jedynie ewidencjonowanie  rozmiarów poprzez pomoc lekarzom i służbom porządkowym do wykorzystania zarazy jako sposobności do wzbogacenia się (paserka i przemyt) bądź  do ukrycia przed odpowiedzialnością z powodu popełnionych wcześniej występków.     

Wielu nowych moralistów w naszym mieście twierdziło…, że nic nie pomoże i że trzeba paść na kolana. Tarrou, Rieux i ich przyjaciele mogli powiedzieć to lub owo, ale wniosek był zawsze jeden, trzeba walczyć w taki czy inny sposób i nie padać na kolana. Cała rzecz polega na tym, by nie pozwolić umrzeć i zaznać ostatecznej rozłąki możliwie wielkiej ilości ludzi, a jedynym środkiem była walka z dżumą. Nie jest to prawda godna podziwu, lecz prawda logiczna. (str.85).

Camus wplata w treść opowieści rozważania egzystencjalne dotyczące postaw moralnych człowieka oraz sensu istnienia. Oprócz całej masy bardzo mądrych przemyśleń trafia się też parę dość zawiłych i nużących (być może jedynie dla mnie mniej przystępnych) dywagacji. Nie rzutuje  to na ocenę całości. Dżuma podnosi uniwersalny temat postawy człowieka wobec zła (wojny, epidemii, kataklizmu); moralne dylematy u jednych i brak rozterek u innych, no i pytania o sens egzystencji w ogóle, czy liczy się przeżycie, czy liczy się też cena, jaką czasami trzeba za to zapłacić. Niewątpliwie czytanie jej w kontekście innej zarazy przenosi akcenty uniwersalne na te bardziej dziś dojmujące.

Czytając miałam wrażenie, jakby dziwnym trafem powieściowa Dżuma wyszła ze swoich  ram na ulice naszych miast, bowiem zadziwiająco znajomo wyglądają postawy, zachowania i komentarze pojawiające się dzisiaj w mass mediach.

Kiedy dżuma nie odpuszcza i zdaje się tę walkę wygrywać z człowiekiem nie było już losów indywidualnych, ale wspólna historia, tzn. dżuma i uczucia, jakich doznawali wszyscy. Najsilniejszym z nich była świadomość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i buntem, jakie niosła w sobie. (str.106)

Początek końca epidemii pojawia się wówczas, kiedy walka staje się wspólnym interesem, nie jest ona już tylko przeszkodą w indywidualnych planach jednostek, ale wrogiem wspólnego losu mieszkańców.   

Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie narratora, który jest jednocześnie jednym z bohaterów opowieści, występując  w podwójnej roli może obserwować sytuację i od wewnątrz i z dystansu.

Moje zainteresowanie wzbudził  drugoplanowy bohater urzędnik merostwa Grand. Z nadmiaru uczuć i niedoboru słów miota się on pomiędzy pragnieniem stworzenia wielkiej powieści i  napisania listu do żony, która go opuściła lata temu a niemożnością uczynienia tego. Istniejący wokół świat pochłonięty walką z epidemią wydaje się niewiele obchodzić Granda, co jednak nie przeszkadza mu sumiennie wykonywać obowiązki. Nieco śmieszne wydają się jego próby doboru właściwych słów w treści pierwszego zdania powieści (poza które nie wyszedł). Śmieszne, a jednak budzące wzruszenie i pewien rodzaj sympatii.

Nieco obawiałam się lektury, a okazała się ona pouczającym i ciekawym doświadczeniem. W dodatku czytana w dzisiejszych realiach nabiera wyjątkowej aktualności, podczas gdy czytana w czasach licealnych wydawała się bardziej abstrakcyjną.

Nie mogłam sobie podarować pominięcia najbardziej znanego z cytatów - mało optymistycznego, ale jakże realistycznego.

… bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i w bieliźnie, czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i  nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście (str.190).