niedziela, 11 kwietnia 2021

Zwierzenia klowna Heinrich Böll

Dwudziestoparoletni Heinrich wychowany w bogatej, mieszczańskiej prohitlerowskiej rodzinie buntujący się przeciwko hipokryzji i podwójnej moralności pokolenia rodziców zostaje klownem. Dzięki pieniądzom i koneksjom ojca miałby zapewnioną świetną przyszłość, wybiera niepewny los, aby żyć w zgodzie z przekonaniami. Nie przeszkadza mu tułacza egzystencja, dopóty ma przy boku ukochaną kobietę. Życie w podróży i na walizkach, od hotelu do hotelu. Niestety pewnego dnia Maria odchodzi, a Heinrich doznaje załamania. Zaczyna więcej pić, jego występy są coraz słabsze, aż w końcu druzgocząca krytyka sprawia, że musi ich zaprzestać. Bez perspektyw i bez jednej marki w kieszeni rozpoczyna spowiedź, w trakcie której rozlicza się z przeszłością. Obnaża zakłamanie rodziców i kręgu ich znajomych, którzy podczas wojny w różnym stopniu sprzyjali polityce nazistowskich Niemiec, aby zaraz po jej zakończeniu odciąć się od przeszłości angażując w życie różnych organizacji religijnych. Przy czym ich życie daleko odbiega od zasad, które głoszą.

Bardzo spodobał mi się początek opowieści, kiedy Heinrich opisuje, jak nagle to co było czymś naturalnym staje się monotonią powtarzających się zdarzeń.

Usiłowałem zwalczyć w sobie automatyzm, wytworzony w ciągu pięciu lat moich nieustannych podróży: schodami w dół, schodami w górę, stawiam walizkę, wyjmuję bilet z kieszeni płaszcza, podnoszę walizkę, oddaję bilet, podchodzę do kiosku, kupuję wieczorne gazety, wychodzę z Halu dworca, przywołuję taksówkę. Przez pięć lat prawie co dzień skądś wyjeżdżałem i dokądś przyjeżdżałem, rano schodami w górę i w dół, popołudniu schodami w dół i w górę, przywoływałem taksówkę, szukałem drobnych po kieszeniach, kupowałem w kiosku wieczorne gazety i w jakimś zakątku świadomości rozkoszowałem się dokładnie wystudiowaną niedbałością tego automatyzmu. Odkąd Maria opuściła mnie (…) procedura przyjazdów i wyjazdów stała się jeszcze bardziej mechaniczna, nie tracąc nic ze swojej niedbałości. (str. 7)

Zwierzenia klowna są ciekawe, zaskakujące, chwilami  szokują. Jak choćby w przypadku braku reakcji matki na śmierć córki, do której pośrednio się przyczyniła, czy w opisie zakradającej się do spiżarni matki, aby zjeść po kryjomu plaster szynki, kiedy dzieci w tej najbogatszej w okolicy rodzinie niedojadały. Poza opisem wspomnień są też ciągi myśli, refleksji i  pomysłów Heinricha, a te bywają przytłaczające i ciężkie. Przyznaję, że miałam momentami dość bohatera i jego egzystencjalnej wiwisekcji, jego pijackich pomysłów i nużących wywodów. Ludzie z otoczenia Heinricha  w sporej mierze są podłymi hipokrytami, egoistami, nierzadko  mają zbrodniczą przeszłość. Ale i bohaterowi można sporo zarzucić, jest coś z fałszu w jego uczuciu do Marii, jest okrucieństwo i egoizm wobec bliskich. Krytykuje otaczających go ludzi, ale wyciąga rękę po ich pieniądze, tęskni za Marią, którą jak twierdzi kochał, ale można odnieść wrażenie, że bardziej irytuje go to, że kobieta,  odnalazła  stabilizację u boku innego, niż to, że odeszła. Ale czy można się dziwić, że kalekie czasy rodzą kalekich ludzi.  

Niezła książka, choć jej lektura nie jest lekką.

Książka ma ciekawą dedykację – Klaudynce klown Grześ. Widocznie książka nie trafiła w gust obdarowanej, bo cztery lata później nabyłam ją na allegro.

Przeczytana w ramach losowania u Anny, a przy okazji zaliczona do wyzwań klasyka literatury oraz nobliści.

8 komentarzy:

  1. Ach, to jest książka, której tytułu ani autora nie mogłam sobie przypomnieć! Czytałam ją daaawno temu i pamiętałam z grubsza treść, bo zrobiła na mnie duże wrażenie (w tamtych czasach uwielbiałam takie trudne lektury), ale zupełnie wyleciało mi z głowy kto to napisał i jaki był tytuł. Poszukam i przeczytam jeszcze raz :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Może powinnam dodać, że autor chyba bardziej znany jest z Utraconej czci Katarzyny Blum (książeczce znacznie łatwiejszej w odbiorze).

    OdpowiedzUsuń
  3. Autora znam tylko z "Utraconej czci", ale widzę, że i po tę powieść warto sięgnąć. Matka wyjadająca szynkę, którą powinny dostać niedożywione dzieci... Dziwne zachowanie, chore. Matki zwykle odejmują sobie od ust, by dać dzieciom.

    OdpowiedzUsuń
  4. Winy tej matki były znacznie cięższe niż wyjadanie szynki, które syn ocenił zresztą, jako dość ludzki przejaw zachowania swej matki (jeden z niewielu- jakaś słabość tej żelaznej kobiety bez uczuć). Dzieci może i nie chodziły tam głodne, ale na pewno się nie najadały, co było o tyle dziwne, że pochodziły z bardzo majętnej rodziny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niezła rzecz, też mi się podobała. Boll to niedoceniony, albo raczej zapomniany pisarz w Polsce, kiedyś chyba był wręcz popularny. Z chęcią odświeżę sobie tę powieść.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja wcześniej słyszałam a jedynie o utraconej czci Katarzyny B. I za sprawą tamtej książki kupiłam tę, a teraz za sprawą tej lektury wróciłam do tamtej.

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).