Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reymont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reymont. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 lutego 2024

Łódź w Ziemi obiecanej Reymonta

Po 13 latach wróciłam do lektury Ziemi obiecanej. Wybieram się do Łodzi, a żadna inna książka nie kojarzy mi się z Łodzią tak mocno, jak ta właśnie. Kiedy pod koniec XIX wieku z małej zamieszkałej przez niecały tysiąc mieszkańców osady staje się miastem o ponad dwustu tysięcznym zaludnieniu zmienia się jej wygląd, jej architektura, jej przekrój społeczny, zmienia się wszystko.
Rośnie industrialne miasto z ceglanymi fabrykami, dymiącymi kominami, płynącymi rynsztokami resztami farb i chemicznych odczynników pomieszanych ze śmieciami i błotem. Ludzkie mrowie wcześnie rano zmierza wprost do paszczy ceglanych potworów, które wypiją z nich wszystkie soki i wyplują na śmietnik historii. I to jest ta Ziemia obiecana? Ta szara, brudna, zamglona, pełna smrodu i niedoli Łódź.
Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krańcach miasta niby wielkie śmietniska- napełniło Piotrkowską szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących w świetle latarń, stukiem suchych drewnianych podeszw trepów i gwarem jakimś sennym oraz chlupotem błota pod nogami. Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary, człapali się środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni ustawiali się bezładnymi kupami przed bramami fabryk, drudzy uszeregowani w długiego węża, znikali w bramach, jakby połykani z wolna przez buchające światłem wnętrza. (str.15).
A jednak Łódź dawała nadzieję na szybkie wzbogacenie lub chociażby na możliwość godziwego zarobku. Opowieści - wysyłanych na wieś w poszukiwaniu taniej siły roboczej przedstawicieli fabrykantów, którzy na tę okazję wyposażeni byli w drogie ubrania, złote sygnety, trochę gotówki i roztaczali przed biedakami wizję dostatniego życia w mieście - potrafiły skusić niejednego do porzucenia dotychczasowego życia na roli. I przybywali tu, gdzie:
... Rynsztokami płynęły ścieki z fabryk i ciągnęły się wstęgi brudnożółte, czerwone i niebieskie; z niektórych domów i fabryk, położonych za nimi, przypływ był tak obfity, że nie mogąc się pomieścić w płytkich rynsztokach, 1`występował z brzegów zalewając chodniki, kolorowymi falami, aż po wydeptane progi niezliczonych sklepików, ziejących z zabłoconych wnętrz brudem i zgnilizną, zapachem śledzi, jarzyn gnijących lub alkoholu. Domy stare, obdarte, brudne, poobtłukiwane z tynków, świecące niby ranami nagą cegłą, miejscami drewniane, albo ze zwykłego pruskiego muru, który pękał i rozsypywał się przy drzwiach i oknach, o krzywych obsadach futryn, pokrzywione, wyssane, zabłocone, stały ohydnym rzędem domów-trupów, pomiędzy którymi wciskały się nowe, trzypiętrowe kolosy o niezliczonych oknach, jeszcze nie tynkowane, bez balkonów, z tymczasowymi oknami, a pełne już ludzkiego mrowia i stuku warsztatów tkackich, jakie pracowały bez względu na niedzielę, turkotu huczącego maszyn szyjących tandetę, na wywóz i przenikliwego zgrzytu kołowrotków, na których zwijano przędzę na szpulki do użytku ręcznych warsztatów. (str. 112-113)
Widok jak na Powiślu w Lalce Prusa; brud, nędza, zdziczenie, aż strach się tam zapuścić.
Ale przecież każdemu wydawało się, że i on dojdzie do majątku, jak któryś z królów bawełny, czy choćby pomniejszych łódzkich książąt. Były to przecież czasy, kiedy kariera od tkacza do właściciela fabryki nie była niemożliwą, wystarczyła pracowitość i trochę szczęścia. A wówczas można było postawić sobie nawet pałacyk.
…. po obu stronach ulicy, ciągnącej się olbrzymią linią aż do Bałut, stały zbitą masą domy, pałace podobne do zamków włoskich w którym były składy bawełny; zwykłe pudła murowane o trzech piętrach, poobdzierane z tynków; domy zupełnie stylowe o złoconych balkonach żelaznych barocco, powyginane, wdzięczące się, pełne amorków we fryzach i nad oknami, przez które widać było szeregi warsztatów tkackich, malutkie, drewniane, pogięte domki o zielonych omszałych dachach, za którymi wznosiły się w dziedzińcach potężne kominy i korpusy fabryk, tuliły się do boku pałacu, o ciężkim renesansowo-berlińskim stylu, z czerwonej modelowej cegły i wszystkich odrzwiach i futrynach z kamienia, z wielką płaskorzeźbą na frontonie, przedstawiającą przemysł, o dwóch bocznych pawilonach zakończonych wieżami, a rozdzielonych od głównego korpusu prześliczną żelazną kratą, za którą w głębi wznosiły się kolosalne mury fabryki; domy ogromem i wspaniałością podobne do muzeów, a które były składami gotowego towaru; domy przeładowane ozdobami w różnych stylach, bo na parterze renesansowe kariatydy podtrzymywały murowany ganek w staroniemieckim stylu, nad którym drugie piętro a` la Louis XV wdzięczyło się falistymi liniami w obramowaniu okien, a zakończały piękne facjatki pękate, podobne do pełnych szpulek, domy które z powagą świątyń wznosiły mury ogromne, ozdobione surowo, pełne majestatu, na którym złociły się litery ryte w tablicach marmurowych; Szaja, Mendelsohn, Herman Buholc itd. (str.108).
Niestety łut szczęścia dopisywał nielicznym, pozostali, jeśli chcieli dojść do bogactwa musieli być przebiegli i cyniczni, oszukiwać, kraść, defraudować, a sumienie zostawić w lombardzie. Jest taka fantastyczna scena, kiedy Moryc Welt idzie do swego partnera biznesowego, od którego otrzymał dużą ilość pieniędzy i mówi mu, iż nie odda pieniędzy, bo on sam potrzebował ich do uruchomienia interesu. Argumentacja Moryca aż zatyka czytelnika, a co dopiero wczorajszego wspólnika. Maurycy Welt za bardzo był łódzkim „Gründerem”, żeby mógł mieć jakie wahania sumienia, przeszkadzające mu zrobić dobry interes chociażby na skórze przyjaciół, jeśli ten interes sam szedł mu w ręce. (str.109) Tak, bo w Łodzi nie można było być uczciwym i rzetelnym w prowadzeniu interesów. Przynajmniej do czasu, aż dorobiono się pierwszych milionów. Potem można było się bawić w dobroczynność, zakładać szpitale, ochronki, kasy pożyczkowe, czy inwestować w kulturę lub  dbać o bezpieczeństwo. Ale zanim to nastąpiło:
Łódź była brudna, źle oświetlona, źle zabrukowana, .. domy waliły się corocznie na głowy mieszkańców,.. w bocznych ulicach w biały dzień zarzynali się ludzie scyzorykami. … Tysiące ludzi marło z głodu, tysiące ludzi ginęło z nędzy, tysiące ludzi walczyło całym wysiłkiem o nędzny byt, a ta walka cicha i straszna przez swoją ustawiczność, walka prowadzona nawet bez nadziei zwycięstwa, zżerała więcej ludzi rocznie niźli najgroźniejsze epidemie. (str. 280).
Ale jak tłumaczył jeden z bohaterów (Halpern) to była cena rozwoju, to był koszt, jak należało ponieść, aby stworzyć miasto przyszłości, bogate i piękne.
A tymczasem życie codzienne toczyło się swym nieprzerwanym biegiem. Na Starym Mieście odbywał się targ. Opis niczym w Brzuchu Paryża u Zoli. Jest gwarno, tłoczno, kolorowo, trochę brudno, trochę nędznie i bardzo różnorodnie. Wrzaskliwy chaos przewalał się jak falą z jednej strony rynku na drugi. Nad tym rojowiskiem głów, włosów rozwianych, rąk wzniesionych, łbów końskich, toporów rzeźnickich, połyskujących nagle w słońcu, podnoszonych nad rozrąbywanym mięsem, olbrzymich bochenków chleba, niesionych z powodu tłoku nad głowami, żółtych, zielonych, czerwonych, fioletowych chustek, powiewających niczym sztandary na kramach garderoby; czapek i kapeluszy, wiszących na kołkach, butów, szalików bawełnianych, co jak węże kolorowe trzepotały się na wietrze i uderzały w twarze przeciskających się; blaszanych naczyń błyskających w słońcu; stosów słoniny, kup pomarańcz, poukładanych na straganach w pryzmy, kul, świecących jaskrawo na tle czerni ludzkiej i błota, które gniecione, rozrabiane, tratowane, mieszane, rzygało strumieniami spod kół na stragany i na twarze, i wylewało się z Rynku do rynsztoków i na ulice, z czterech stron okalające targ, którymi toczyły się wolno olbrzymie wozy piwowarskie, pełne antałków. (ten przepiękny opis ciągnie się na stronach 114-115 i wart byłby cały przytoczenia).
Po raz kolejny wpadłam w zachwyt czytając Reymontowską Ziemię obiecaną. Można ją odczytywać na wiele sposobów. Tym razem skupiłam się na wizerunku miasta i jego mieszkańców, ale to tylko jeden z wielu tu poruszonych aspektów. Jest tu wspaniała plejada postaci, bardzo różnorodnych, w większości bohaterów, z którymi nie chcielibyśmy się identyfikować. Od królów bawełny poczynając mamy tu panów Bucholca i Szaję. Ich pierwowzorami byli odpowiednio Karol Scheibler i Izrael Poznański. W fabryce Poznańskiego dzień roboczy trwał nawet szesnaście godzin a pracowano także w część dni świątecznych. Dzisiejsza Manufaktura Łódzka to miejsce dawnej fabryki Poznańskiego. Można obejrzeć też Pałac Poznańskiego i Pałac Herbsta – zięcia Scheiblera, pełniący dziś funkcję Muzeum Narodowego z bogatą galerią zbiorów. Przy okazji polecam film Ziemia obiecana Wajdy z fantastyczną sceną porzucania pracy przez Horna (Piotr Fronczewski). Horn w tej scenie filmowej jest nieco bardziej wyrazisty niż jego literacki pierwowzór. Ta scena to marzenie każdego sfrustrowanego pracownika o rozwiązaniu stosunku pracy, kiedy w końcu można powiedzieć szefowi, co się o nim myśli. O myśli się z reguły, to co wyartykułował filmowy Horn. Szaję zaś dobrze charakteryzuje scena, w której domaga się od pracowników zapłaty za korzystanie z jego gazu przy gotowaniu wody na herbatę, albo propozycja przeznaczenia zysku wypracowanego przez robotników na zakup nowego wyposażenia domu fabrykanta (będzie im przyjemnie, że w moim domu taka piękna rzecz się znajdzie).
Są tu także inteligenci, artyści, drobni ciułacze, cwaniaczki, zbiedniała szlachta, średniozamożni żydzi, inżynierowie, naiwne dziewczątka. Jest też paru uczciwych; Trawińscy, ojciec Maksa Bauma, Anka narzeczona Karola Borowieckiego i jego ojciec, a także Myszkowski. 
Myszkowski, który twierdził:
Dbam o pieniądze, jak o dzień wczorajszy. … Dlatego, aby zarobić rubla więcej niż potrzeba, nie wstanę pięć minut wcześniej niż mi się chce, a dlatego, aby zarobić nawet miliardy- nie poświęcę przyjemności pełnego człowieczego życia, nie wyrzeknę się patrzenia na słońce, spacerów po powietrzu. Swobodnego oddychania, myślenia nad trochę większymi rzeczami niż miliardy, kochania, itd., itd.
Ja nie będę robił, robił, robił! Bo ja chcę żyć, żyć, żyć! Nie jestem bydlęciem pociągowym ani maszyną, jestem człowiekiem. Tylko głupiec chce pieniędzy i dla zrobienia milionów poświęca wszystko, życie i miłość, i prawdę i filozofię, i wszystkie skarby człowieczeństwa, a gdy się tak już nasyci, że może pluć milionami, cóż wtedy?
Zdycha na materacu wypchanym tytułami własności. Wielka pociecha, zupełnie tej samej wartości, jak gdyby zdychał na gołej ziemi. A gdyby go później spytano, jak żył? Powiedziałby” Robiłem. Po co? Zarobiłem miliony! Na co? No, żeby mieć miliony, żeby ludzie podziwiali, żeby jeździć powozem i imponować głupcom i żeby zdechnąć w połowie życia, zdechnąć z wycieńczenia pracą. (str. 276-277)
Do tego samego wniosku dochodzi Bucholc w swych ostatnich chwilach, kiedy stary i schorowany czuje się opuszczony przez wszystkich i Karol Borowiecki, kiedy osiągnie wszystko do czego dążył, a co nie dało mu to ani spełnienia, ani szczęścia ani spokoju.
Cytaty pochodzą z Ziemi obiecanej Wydawnictwo SBM Sp. z o.o. rok wydania 2021.
Jestem ponownie pod wrażeniem wyśmienitej prozy Reymonta. 
Wyjątkowo bez zdjęć, bo Łódź w moich planach jest w marcu. 

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Komediantka Władysław Reymont

Pisarz przez jakiś czas występował na scenie, jako aktor. Być może to dzięki scenicznemu doświadczeniu, a może dzięki niewątpliwemu talentowi literackiemu stworzył niezwykle interesujący i realistyczny obraz życia prowincjonalnego teatrzyku z fantastycznymi przedstawicielami tego środowiska. Teatrzyk jest prowincjonalny, większość aktorów to zbieranina przypadkowych osób, wystawiane tu sztuki to zabawne gagi służące niewyszukanej rozrywce, dyrektor - sknera i oszust, scenografia - pomalowana farbką tektura, jednym słowem wszystko jest ułudą. W takie miejsce trafia Janka, zbuntowana młoda kobieta, która nie chce wychodzić za mąż z rozsądku, bowiem roi jej się kariera aktorska na miarę Modrzejewskiej. Marzy o roli Ofelii. Po przeczytaniu wszystkich dramatów Szekspira i paru występach w amatorskich przedstawieniach nie wyobraża sobie zwykłego życia na wsi wśród pół, lasów i łąk w dodatku z niekochanym mężczyzną u boku.
Najciekawszą wydała mi się scena imienin u dyrektorowej. Skąpy, niepłacący gaży dyrektor, który nie wiadomo było, czy bardziej kocha sztukę, czy pieniądze, który zamknął duszę w małej orbicie sztucznego życia i to mu w zupełności wystarczało (str. 76) trzy razy do roku: w wigilię Bożego Narodzenia, pierwszy dzień Świąt Wielkiej Nocy i imieniny żony występował z przyjęciem.
Cabiński –sknera znikał, a występował wtedy Cabiński gościnny po staroszlachecku i jakieś ukryte głęboko, dziedziczne komórki rozrzutności otwierały się wtedy. Występowano wspaniale, pojono nad miarę i nie żałowano na nic pieniędzy, a że później przez jakiś miesiąc akonta były mniejsze, narzekania na pustki większe i częstsze, odkładanie wypłat, to mało kto zauważał, ale co się bawiono, to się bawiono (str. 102). Teatralne scenografie (dywany, lustra, kotary welurowe, gipsowe posągi i girlandy sztucznych kwiatów) zamieniały nędzną i brudną ruderę w przepyszny salon. A uczestnicy spotkania mogli się poczuć prawdziwymi aktorami na tej scenie.
Podnosiły się głosy coraz namiętniejsze przeciwko teatrowi warszawskiemu. Zapanował gwar nieopisany. Ale czuć było we wszystkich głosach protestu, drwin, wyrzekań się, w spojrzeniach, rozpłomienionych winem i wódką, w twarzach nagle poruszonych, że ten teatr, nienawidzony tylko pozornie, tkwi głęboko w każdej czaszce i w każdym sercu, tli się ciągłe pragnienie dostania się do niego, że panuje nad ich duszami niby majak Ziemi Obiecanej. (Str. 118)
Jance dziwiącej się zachowaniu artystek wyjaśniono przyczynę artystycznego żywiołu:
.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
I w końcu to, co wydało mi się najtrafniejszym spuentowaniem prowincjonalnego światka teatru.
To życie wśród mar, to codzienne odtwarzanie coraz innych ludzi, uczuć i myśli na tj. ruchomej powierzchni wrażeń. Wśród sztucznych podniet, otoczeń, zachwytów, bólów, uniesień i miłości, zbrodni i poświęceń- to musi przekształcić każdego człowieka, zburzyć jego dawną osobowość, przekuć, a raczej tak rozmiękczyć duszę, że na niej wszystko się odciśnie. Musisz pani być kameleonem: na scenie- dla sztuki, w życiu potem z konieczności, bo inną być nie potrafisz… Artyzm to ta szalona ruchliwość wrażliwości mózgowej i czuciowej, co wszystko wchłania i rozlewa się na wszystko, i dąży przede wszystkim do tego, żeby swoje ja zatracić. Gdzież tutaj miejsce- bo mówię o aktorach- na indywidualizm życiowy, na świadomość ogólniejszą i jaką bądź równowagę, gdy się pomieszają wszystkie stany scenicznych nastrojów z własnymi tak ściśle, że się nie wie, gdzie się zaczyna moje własne ja, a gdzie komediowe, artystyczne, to jest: wyobrażeniowe?... Ludzie ci żyją resztkami rozprzężonej jaźni, są jakby własnymi cieniami.. (str. 120).
Historia Janki, jakkolwiek przewidywalna (o naiwności ludzka tyś nie znasz granic) jest historią ciekawą, ale największym walorem powieści jest doskonałe przedstawienie środowiska. Nie jest to powieść na miarę Chłopów czy Ziemi Obiecanej ale powieść ciekawa i godna polecenia.
Dziękuję za inspirację Magdzie. Komediantka załapała się do wyzwania Nobliści a także klasyka literatury popularnej

 

wtorek, 8 maja 2012

Chłopi Władysława Reymonta

Czy jest osoba, która nie przeczytała Chłopów? Za moich czasów licealnych była to lektura obowiązkowa, wszystkie cztery tomy. Lektura, której nie wypożyczyłam w porę z biblioteki a potem usiłowałam przeczytać w ciągu weekendu, co jak wiemy jest niewykonalne. Ponieważ nauczycielkę języka polskiego miałam wymagającą denerwowałam się, że zostanę przyłapana na nieznajomości lektury. Udało mi się przez weekend przeczytać półtora tomu, a następnie w trakcie tygodnia omawiania książki doczytać (przekartkować pozostałe dwa i pół tomu). I tak skończyłam szkołę bez gruntownej znajomości Chłopów (jakkolwiek by to zabrzmiało dwuznacznie). I szczerze mówiąc nie czułam z tego powodu dyskomfortu. Dopiero niedawno przeczytana Ziemia obiecana zmieniła moje zdanie na temat Reymonta.
Chłopi to powieść, za którą, jak podają niektóre źródła Reymont otrzymał literacką nagrodę Nobla w 1924 r.
W zeszłym miesiącu skończyłam słuchać audiobooka. I jakoś nie mogłam się zebrać za napisanie tej recenzji i to wcale nie dlatego, aby mi się nie podobało. Wręcz przeciwnie jestem pod wrażeniem bogactwa treści, języka powieści, malowniczości.
Nie będę opisywała fabuły, bo ta znana jest zapewne, jeśli nie z lektury, to z filmowej adaptacji powieści ze wspaniałymi rolami; Władysława Hańczy, Emilii Krakowskiej, Ignacego Gogolewskiego.
Fabuła nie jest tutaj rzeczą najistotniejszą, ona służy jedynie ukazaniu tego, co jest esencją powieści. Jest to przekrojowa opowieść o społeczności zamieszkującej wieść Lipce pod koniec XIX wieku. Akcja utworu obejmuje cztery pory roku i ukazuje życie mieszkańców wsi determinowane naturą. To ona wyznacza rodzaj zajęć wykonywanych przez Lipczan. A każdą z pór roku wyróżnia nie tylko pogoda, ale także święta liturgiczne i obrzędy. Takich opisów Wielkanocy, jak u Reymonta daleko by szukać w naszej literaturze.
Reymontowskie Lipce to wieś barwna i ciekawa, wieś, którą chętnie się odwiedza. O jakże mi się podobały te jarmarki, te zabawy w karczmie, te procesje, na których aż skrzy się od kolorowych; wstążek, korali, chustek, zapasek, pasiastych spódnic, haftowanych bluzek. Pełno tam opisów strojów, tańców, zwyczajów, przypowiastek, zagadek.
Ale Reymontowskie Lipce to nie jest cepelia; to nie tylko pisanki, wycinanki, piękne stroje i zwyczaje, Lipce to przede wszystkim ludzie. Ludzie prymitywni, zezwierzęceni, prości, aby nie napisać dosadniej. No tak, ale można by powtórzyć za bohaterką Orzeszkowej - skąd oni mają być inni, skoro tacy są zubożeni i tacy niewykształceni. Trudno ich winić za brak wyższych uczuć. Tam wszyscy walczą ze wszystkimi; ojciec z synem, siostra z siostrą, dzieci z matką, krewni z krewnymi. I walczą o wszystko; od morgów poczynając, na starej pierzynie kończąc. Tam liczy się tylko instynkt przetrwania. W tym naturalistycznym spojrzeniu przypomina mi Reymont Zolę i jego Germinal.
Chociaż czytałam o zarzutach dotyczących błędów narracyjnych polegających na myleniu języka narracji używanego przez poszczególnych bohaterów - ja byłam zachwycona gwarą przedstawioną w powieści. Te wszystkie; a dyć, a juści, mojściewy, wama, mę, me, jucha, swynia, podczas czytania i długo jeszcze po lekturze kołaczą się w głowie. A słynne- ja wójt wama to mówię stanowi do dzisiaj ulubione powiedzenie mojej koleżanki, kiedy chce nas do czegoś przekonać.
Czytając Chłopów miałam przed oczyma Lipczańską wieś, jak żywą, wraz z jej pejzażem, mieszkańcami, ich sposobem mówienia i myślenia, z ich naiwnością i zawziętością, ich głupotą i ich walką o przetrwanie.
Oczywiście na temat Chłopów można by napisać całe opracowanie, bo to powieść wielopłaszczyznowa, bogata, ważna, piękna, ale moje opisy i tak nie są w stanie oddać uroku, jakim będzie zapoznanie się z powieścią. I nie obawiajcie się, Chłopi wcale nie są nudni. Gorąco polecam.
Moja ocena 5,5/6
Wczoraj była 145 rocznica urodzin Władysława Reymonta, co zmotywowało mnie do zamieszczenia krótkiej notki na temat wysłuchanej lektury.

I mały fragment opisu jarmarku:
Jarmark był wielki, co się zowie, narodu skupiło się tyla, że i przejść było niełatwo, a już w rynku pod klasztorem to Boryna przez siłę pchać się musiał, taki gąszcz się czynił między kramami.
Było też tego, że ani przeliczyć, ni objąć - gdzieby zaś tam kto poradził.
A najpierwej te płócienne, wysokie budy, co stały wzdłuż klasztoru we dwa rzędy, zapchane całkiem towarem kobiecym - a płótnami, a chustkami, co wisiały na żerdkach i jako te maki były czerwone, że aż się w oczach ćmiło, a drugie zasię całkiem żółte się widziały, a insze buraczkowe... i kto je tam wszystkie spamięta! A dzieuch i kobiet pełno tu przed nimi, że i kija nie było gdzie wrazić - która targowała i wybierała sobie, a drugie aby ino popatrzeć i oczy se ucieszyć ślicznościami.
A potem znów szły kramy, co się aż lśniły od paciorków, lusterek, szychów, a wstążek, a kryzków onych na szyję, a kwiatuszków zielonych, złotych i różnych... a czepków i Bóg ta wie czego jeszcze.
Gdzie znowu święte obrazy przedawali w pozłocistych ramach i za szkłem, że choć stały pod ścianami albo i zgoła na ziemi leżały, a szedł od nich blask, że jaki taki do czapki sięgał i znak krzyża czynił świętego.

Ostatnio jakoś nie mam serca do recenzowania, zdecydowanie lepiej idzie mi czytanie.

czwartek, 27 października 2011

Ziemia obiecana Władysław Reymont (audiobook)

Powieść wydana po raz pierwszy w latach 1897- 98 w czasopiśmie Kurier codzienny, rok później wydana drukiem. Muszę przyznać, że jest to chyba jedno z większych zaskoczeń czytelniczych ostatniego roku. Do tej pory znałam jedynie ekranizację powieści, a to jak się okazuje, tak jakbym nie znała jej wcale. Nie spodziewałam się, iż powieść aż tak mnie „wciągnie”; różnorodnością bohaterów, klimatem Łodzi schyłku XIX wieku, ciekawą narracją, bogactwem języka. Z Ziemi obiecanej mogłoby powstać kilka powieści, tyle tam różnorodnego materiału, tyle historii i tyle treści.
Ziemia obiecana – była miejscem obiecanym Żydom przez Boga, miejscem, do której wędrowali pod wodzą Mojżesza. W dziewiętnastowiecznej Polsce taką ziemią obiecaną miała być Łódź. Miasto, do którego przybywali z różnych stron świata Polacy, Żydzi, Niemcy, Czesi, Rosjanie zwiedzeni możliwością szybkiego zrobienia fortuny i awansu społecznego. Z małej rolniczej osady Łódź stała się ponad dwustu-tysięcznym miastem fabrycznym. Tutaj rodził się drapieżny, młody kapitalizm. Tutaj przestawało mieć znaczenie pochodzenie społeczne, a liczyła się umiejętność zrobienia fortuny. Każdy, kto miał trochę sprytu i szczęścia i kto nie miewał skrupułów mógł zdobyć fortunę. I ta właśnie nadzieja awansu społecznego, była jak magnes, który przyciągał tu inteligentów, robotników, rolników, rzemieślników, biedaków, cwaniaków i oszustów.
I to właśnie Łódź, będąca dla wielu ziemią obiecaną, jest bohaterem powieści Władysława Reymonta, a przynajmniej jednym z jej głównych bohaterów. Nie tyle chodzi tu o topografię miejsca, choć w książce występują autentyczne ulice, a nawet domy, co o klimat miasta. Miasta nędznego, biednego, miasta huczących fabryk i dymiących kominów, miasta brzydkiego, ale i fascynującego.
"Liczne rusztowania, stojące przed nowo wznoszonymi, lub nadbudowywanymi domami, spychały wszystkich w błoto ulicy. Niżej za Nowym Rynkiem pełno było Żydów i robotników, dążących na Stare Miasto. Piotrkowska ulica w tym miejscu zmieniała po raz trzeci, swój wygląd i charakter, bo od Gajerowskiego Rynku aż do Nawrot jest fabryczną; od Nawrot do Nowego Rynku- handlową, a od Nowego, w dół, do Starego Miasta -tandeciarsko -żydowska. ... Rynsztokami płynęły ścieki z fabryk i ciągnęły się wstęgi brudnożółte, czerwone i niebieskie; z niektórych domów i fabryk, położonych za nimi, przypływ był tak obfity, że nie mogąc się pomieścić w płytkich rynsztokach, 1`występował z brzegów zalewając chodniki,kolorowymi falami, aż po wydeptane progi niezliczonych sklepików, ziejących z zabłoconych wnętrz brudem i zgnilizną, zapachem śledzi, jarzyn gnijących lub alkoholu. Domy stare, obdarte, brudne, poobtłukiwane z tynków, świecące niby ranami nagą cegłą, miejscami drewniane, albo ze zwykłego pruskiego muru, który pękał i rozsypywał się przy drzwiach i oknach, o krzywych obsadach futryn, pokrzywione, wyssane, zabłocone, stały ohydnym rzędem domów-trupów, pomiędzy którymi wciskały się nowe, trzypiętrowe kolosy o niezliczonych oknach, jeszcze nie tynkowane, bez balkonów, z tymczasowymi oknami, a pełne już ludzkiego mrowia i stuku warsztatów tkackich, jakie pracowały bez względu na niedzielę, turkotu huczącego maszyn szyjących tandetę, na wywóz i przenikliwego zgrzytu kołowrotków, na których zwijano przędzę na szpulki do użytku ręcznych warsztatów."
Pisarz moim zdaniem świetnie przedstawił miasto i jego mieszkańców. Ziemia obiecana to przegląd wszystkich warstw społecznych, wielu narodowości oraz różnorodność ludzkich charakterów. To jednak moje zdanie. Podobno sylwetki bohaterów wzorowane były na rzeczywistych postaciach, a czytelnicy drukowanej w odcinkach powieści zarzucali autorowi, iż zbyt wyraźnie sportretował prawdziwe osobistości, a z powodu nieznajomości realiów łódzkich przedstawił w książce salony warszawskie. No cóż, łódzkie, warszawskie, czy dziś to takie ważne, kto był pierwowzorem postaci Bucholzca, albo Szai. Chyba dla wielu czytelników, podobnie, jak dla mnie, Ziemia obiecana to realny obraz XIX wiecznego miasta.
Trzech bohaterów; Polak (Karol Borowiecki), Niemiec (Max Baum) i Żyd (Moryc Welt) postanawia zrobić interes. Chyba prawie wszyscy znamy cytat książkowy z filmowej ekranizacji w reż. Andrzeja Wajdy; ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem, mamy tyle, akurat tyle, aby założyć fabrykę.
„Przyjaciele” mają jeden cel - zdobyć miliony, które dają niezależność i pozycję społeczną, a co za tym idzie szczęście.
Karolowi, Maksowi i Morycowi dzięki pożyczkom, wekslom, pieniądzom narzeczonej Karola (Anki) oraz spekulacjom na rynku bawełny udaje się wybudować fabrykę. Z czasem dla Karola, mającego romans z żydówką Lucy oraz poważnie myślącego o możliwości zdobycia posagu bogatej panny Millerówny, narzeczeńskie zobowiązania względem Anki stają się coraz większą przeszkodą. Anka, tak prostoduszna i pełna dobroci wydaje mu się nieciekawą i nudną w porównaniu ze zmysłową Lucy, czy choćby bogatą Madą Miller.
Ziemia obiecana to nie tylko opowieść o losach trójki bohaterów. Reymont w niezwykle barwny i interesujący sposób przedstawia świat ówczesnej łodzi z całą galerią różnorodnych typów i postaw. Na kartach książki aż roi się od postaci; są przedstawiciele fabrykantów, szlachty, mieszczaństwa, duchowieństwa i biedoty, są też przedstawiciele różnych kultur i światopoglądów. Każda z opisanych postaci jest niezwykle wyrazista, a ich historie interesujące.
Książka pokazuje bezduszność nowego systemu i jego wyznawców. Pokazuje także osamotnienie tych, którzy nie godzą się na wyzysk i bezkompromisowość. W tym świecie wilków przetrwać i wygrać może jedynie ten, kto nie zna litości, nie ma wyrzutów sumienia, ani skrupułów.
Codziennością stają się podpalenia fabryk, w celu otrzymania wysokiego ubezpieczenia. Codziennością jest handel matrymonialny; ojcowie szukają odpowiedniego „kupca posagu córki", który poprawić może ich notowania na rynku, a kawalerowie szukają żony z jak największym posagiem. Przyszli teściowie i zięciowie bez żenady dobijają tarów o posag.
„Morys skupiał myśli, gryzł gałkę laski, gładził brodę, wciskał binokle i namyślał się, w jaki sposób kwestię posagu postawić, ale w końcu rzekł otwarcie i prosto:
-Co pan dajesz Meli?
-Co pan masz?
- Mogę panu przedstawić jutro pasywa i aktywa swojego interesu i akt spółki, jaką zawarliśmy dzisiaj z Grosglikiem. Ja nie potrzebuję Pana oszukiwać. Moje interesy są murowane, moja gotówka nie jest z asekuracji trochę zakwestionowanej przez sędziego śledczego…. (aluzja do podpalonej fabryki przyszłego szwagra)- powiedział uprzejmie z silnym naciskiem.
- Niech pan powie swoje słowo…
- Co pan masz? Powiedz pan cyfrę, jutro możemy sprawdzić…
- Trzydzieści tysięcy rubli gotówki! Do tego mój kredyt dwa razy tyle, ja jestem skromny, mam wykształcenie, moje przyjazne stosunki ze wszystkimi milionerami łódzkimi, moja uczciwość, ani razu nie zbankrutowałem, to ważne…
- Bo się panu nie opłaciło pewnie- ….”
Łódź fabryczna, Łódź uprzemysłowiona, Łódź pełna dysproporcji społecznych, Łódź, w której biedacy umierają z głodu, a robotnicy nierzadko kończą w trybach maszyn włókienniczych przeciwstawiana jest wsi; spokojnej, pogodnej, naturalnej, może nie najbogatszej, ale jakże odmiennej od tętniącego zgiełkiem miasta.
Łódź wyniszcza ludzi; biedaków skazuje na śmierć lub wegetację, bogaczy na puste życie.
Moja ocena 6/6
Polecam gorąco książkę, z małym zastrzeżeniem. Wydanie przedstawione na zdjęciu (Wydawnictwo MEA. 2000 rok) ma pewną wadę zbyt małą czcionkę. To ona sprawiła, iż do czytania zabierałam się kilkakrotnie i odkładałam książkę na półkę. Dopiero audiobook z doskonałą interpretacją Marka Walczaka pozwolił mi na zapoznanie się z tym moim zdaniem genialnym dziełem naszego noblisty. Lektor czyta z podziałem na role, a głosy jego bohaterów przypominają głosy bohaterów filmowych (Olbrychskiego, Pszoniaka, Jędrusik i innych), co w tym wypadku staje się dodatkową zaletą.
Tym sposobem udało mi się zrealizować moje październikowe spotkanie z noblistą.
Na zdjęciach; 1. okładka, 2. Ulica Piotrkowska (zdjęcie z wikipedii)