Łączna liczba wyświetleń

sobota, 25 kwietnia 2026

Werona po raz kolejny

 

Arena (fragment)


Kiedy mówiłam, że lecę do Werony natychmiast padły pytania, a czy ty już tam nie byłaś i to całkiem niedawno.

Zupełnie, jakby fakt przebywania w jakimś miejscu stanowił przeszkodę do ponownych odwiedzin. W Weronie byłam ostatnio dwa lata temu przez półtora dnia i mimo, iż udało mi się wiele zobaczyć to czułam niedosyt. Chciałam po prostu pobyć, posnuć się uliczkami, pozaglądać do świątyń, posiedzieć w kawiarenkach. Uśmiecham się na myśl o kawiarenkach, choć kocham Włochy to zawsze irytował mnie ich zwyczaj picia kawy przy barze, na stojąco, na szybko (jakże to sprzeczne z włoskim temperamentem powolnego delektowania się chwilą). Oczywiście są we Włoszech kawiarenki, w których można usiąść, ale kiedy nie zna się miejsca czasami upływa wiele czasu, zanim się trafi na taką, która odpowiada oczekiwaniom. A przy moim mieszczańskim upodobaniu do kawiarni w stylu austro-węgierskim nie jest łatwo. W Weronie jednak udało mi się trafić na taką sympatyczną kawiarenkę, w której robiłam sobie przerwę w zwiedzaniu.
Zewnętrzny pierścień Areny
Pamiętam, iż pisząc dwa lata temu o Arenie (przypominającej rzymskie Koloseum) uświadomiłam sobie, że przecież można było tam wejść na trybuny. Dlatego jednym z pierwszych pomysłów na Weronę, oczywiście poza tymi, o których wyżej, było odwiedzenie Areny. Miałam nadzieję, że nie będzie takich tłumów, jak w Rzymie, gdzie do wejścia tłoczyły się kilometrowe kolejki (podczas styczniowego pobytu) i nie myliłam się. Może dlatego, iż wybrałam wczesną godzinę wejścia wchodziłam wraz z paroma osobami. W dodatku pogoda tego dnia (jedynego dnia podczas pobytu) była niesprzyjająca spacerom. Można powiedzieć, że miałam szczęście, iż nie urwało mi głowy, bo wiatr był niezwykle silny, a ja uparłam się, aby wejść na sam szczyt trybun i popatrzeć z góry na Piazza Bra. O amfiteatrze pisałam już poprzednio, ale wspomnę tylko, że jest prawdopodobnie nieco starszy od rzymskiego Koloseum (pochodzi z pierwszej połowy I wieku, zaś Koloseum z drugiej połowy I wieku), jest drugim pod względem wielkości, kiedyś mieścił trzydzieści tysięcy widzów, dziś na widowni może zasiąść piętnaście tysięcy. W czasach antycznych odbywały się tu walki gladiatorów i polowania na zwierzęta. Kiedy obchodziłam zewnętrzny pierścień budowli wyobrażałam sobie ryki zwierząt zamkniętych w podziemiach i niemal słyszałam krzyki na trybunach. Dziś ostały się dwie trybuny. Stojąc nad jedną z nich myślałam o imperatorze ze swoją świtą, który przygląda się walkom.
Arena - widok na scenę i widownię

Po wielu latach arena zmieniała charakter z krwawego widowiska na widowisko zaspokające bardziej wysublimowane potrzeby ludzkie; można tu było oglądać przedstawienia operowe. Tutaj debiutowała Maria Callas w roli Giocondy w operze Ponchillego (pan stworzył operę, której librettem jest Konrad Wallenrod Adama Mickiewicza. Nie jestem znawcą, ani miłośnikiem opery, ale nie wydaje mi się, aby opera była nadal wystawiana. Nosi ona tytuł Litwini). Głównym budulcem Areny (o kształcie) elipsy jest beton i kamień (pamiętam, iż ktoś wyrażał zdziwienie, że istniał beton w tych czasach. Owszem istniał). Spełniłam swoje marzenie, obeszłam widownię na tyle, na ile było to możliwe, połowę odgradzały taśmy, a na samej scenie trwały prace budowlane. Nie przeszkadzało to w oglądaniu bardziej niż porywisty wiatr. Przysiadłam nawet na chwilkę na kamiennym murku pełniącym kiedyś rolę ław teatralnych. Nie było to zbyt wygodne siedzenie. Być może arystokratyczne siedzenia miały miękkie poduszki dla wygody, a może emocje związane z obserwowaną na arenie walką odwracały uwagę od braku komfortu. Część widowni wypełniają dziś plastikowe krzesełka. Choć może podczas odbywających się latem przedstawień operowych wszystkie siedzenia zaopatrzone są w krzesła. Kolejne marzenie obejrzenie spektaklu lub koncertu pod chmurką w upalny lipcowy czy sierpniowy wieczór wciąż przede mną.
W Ogrodzie Giustich

Donice z cytrynami jeszcze schowane w pawilonach za szklaną osłoną (jest 26 marca)


Kolejnym miejscem, które chciałam odwiedzić był Ogród Giusti (Giardino Giusti). Ogród, do którego podczas poprzedniej wizyty nie udało mi się dotrzeć. Wejście łatwo przegapić, zwłaszcza kiedy posługuje się gps. Dwa lata temu stałam na środku ulicy pod zamkniętymi bramami kamienic, a lokalizator pokazywał mi, iż jestem w ogrodzie. Kręciłam się kilka razy tam i z powrotem, a że byłam bardzo zmęczona i zmarznięta (był luty) poddałam się. Tym razem postanowiłam tak długo chodzić aż znajdę wejście. Jest tak zakamuflowane, że omal go nie przegapiłam. Prawdę mówiąc nie robiłam sobie wielkich nadziei, bowiem jak dotąd włoskie parki czy ogrody mnie nie zachwycały (niezadbane, brakowało w nich ławeczek i było brudno). Jednak kiedy przeczytałam, kto je odwiedzał i kto się nimi zachwycał (Cosma Medyceusz, Mozart, Ruskin, cesarz Józef II z Habsburgów, Car Aleksander I) i ja zapragnęłam je obejrzeć. I przyznaję, iż ten Ogród spełnił moje oczekiwania. Choć lubię ogrody w stylu angielskim (nieuporządkowane, swobodnie rosnące) to zawsze zachwycają mnie też ogrody w stylu francuskim (uporządkowane, symetryczne z przystrzyżonymi klombami w geometryczne wzory). Tutaj od wejścia wita nas ogród w stylu francuskim; nie dość że żywo zielony, z posągami bogiń, fontannami to jeszcze z pięknymi wysmukłymi cyprysami. Jeden z nich na pamiątkę zachwyconego ogrodem pisarza nazwano cyprysem Goethego (liczy on sobie ponad 600 lat).
Ogród z tarasu
Ogród Giusti pochodzi z końca XVI wieku, powstał przy pałacu rodu Giustich. Rodzina Giusti przeniosła się ze swego domu w Toskanii do Werony na początku XV wieku. Werona stała się znana wówczas z powodu barwienia wełny, który to proceder zapewniał jej rozwój i bogactwo. Rodzina Giusti kupiła tu kawałek ziemi, na której postawiono fabrykę, w której zajmowano się barwieniem wełny. W XVI wieku (zapewne po znacznym wzbogaceniu się) wybudowano w miejscu dawnej fabryki pałac Giustich a wokół niego ogród. Inicjatorem był Agostino Giusti, uczony, pasjonujący się muzyką i malarstwem, utrzymujący kontakty z rodami panującymi; Medyceuszami i Habsburgami. Ogród jest przepiękny z labiryntem ścieżek, przystrzyżonymi klombami, mitologicznymi posągami, donicami z cytrynami, cyprysowymi alejkami, fontannami, dziko porośniętym wzgórzem z malowniczym maszkaronem na jego szczycie. I mimo, iż nie było tam wielu kwitnących kolorowo roślin jest wspaniałym miejscem dla wypoczynku. Położony nieco na uboczu, ukryty za niepozorną fasadą może być oazą spokoju. I nawet brak ławeczek mi tutaj nie przeszkadzał. Ze wzgórza rozciąga się widok na panoramę miasta.
Maszkaron - dekoracja


Ponieważ zakupiłam kartę turystyczną miałam spory katalog ciekawych świątyń i galerii sztuki do wyboru, znacznie większy niż możliwości fizyczne i poznawcze. Nie lubię oglądać zbyt wielu miejsc, czy obrazów w ciągu dnia, bo jak mawiają więcej znaczy często mniej. Zdolności przyswajania są ograniczone. W katalogu atrakcji znajdował się Dom Julii. Tzn. Dom, który został nazwany Domem Julii ze względów marketingowych. Był to jedyny obiekt, do którego poza posiadaniem karty turystycznej należało zarejestrować się na stronie na konkretną godzinę. Nie planowałam wchodzenia, ale jak już się zarejestrowałam pomyślałam, że czemu nie. Byłam ciekawa wnętrza XIII wiecznego budynku, w którym jak głosi legenda mieszkała rodzina Capuletich. Po przeprowadzonej restrukturyzacji we wnętrzu odtworzono lokale typowe dla XIV wiecznego wystroju domu dość zamożnego rodu. Najwięcej ludzi zgromadziło się w salonie, z którego jest wyjście na najbardziej znany weroński balkon. Większość odwiedzających nie zwraca uwagi na nic więcej poza wyjściem na balkon i zrobieniem sobie zdjęcia. Wystrój jest dość skromny, głównie obrazy (często przedstawiające wyobrażenia szekspirowskich bohaterów, a także obrazy o treści religijnej), gdzieniegdzie stoliczek, krzesełko, skrzynia, komódka, kominek, dzbanki. Najbardziej rozśmieszyło mnie duże łoże małżeńskie z białą pościelą. Zabrakło tylko…. (niech sobie każdy dopowie, czego) We wnętrzu posag Julii wyglądający jak kopia tego z wewnętrznego dziedzińca, tego, na którym pierś Julii aż błyszczy od dotyku turystów.
jedna z komnat w domu Julii

komnata sypialna

Kiedy ludzie się tłoczą, aby zrobić zdjęcie posągu Julii ja stoję na chwilowo pustym balkonie

kopia posągu Julii w Domu Julii


Nieopodal via Cappello, przy której umiejscowiona Dom Julii znajduje się najładniejszy z werońskich placów (w moim mniemaniu) Piazza delle Erbe (Plac Ziół). Oczywiście Piazza Bra z majestatyczną Areną jest niezwykle ciekawy i widowiskowy, ale Plac Ziół ma taki swoisty klimat, jest mniejszy, co być może sprawia, że znajdująca się wokół niego architektura jest bardziej dostrzegalna. Spacerowałam nim codziennie i to wielokrotnie. I uwaga, ja narzekająca na jarmarczne budy z chińszczyzną byłam w siódmym niebie kiedy mogłam oglądać kramiki z pamiątkami (zapewne również made in China). Jednak mam ogromną słabość do tych porcelitowych malowanych w owoce naczynek (miseczki, podstawki, talerzyki, kubeczki, a szczególnie te w cytrynki czy papryczki zawsze powodują rozterki typu kupić, nie kupić, a jak potem to przewieźć. Kończy się na tym, że zwycięża rozsądek, ale ile ścieżek tam wydeptałam wokół kramików to moje. No i szkło weneckie, które wiadomo z tym z Murano nie ma tutaj nic wspólnego, ale do którego mam również ogromną słabość i w tym przypadku uległam pokusie zakupie podróbki. Kiedy jest się na Piazza della Erbe nie wiadomo gdzie patrzeć.
Piazza Erbe wieczorem z Wieżą Lambertich

Domus Mercato na Piazza Erbe (ach te jaskółcze ogonki tak charakterystyczne dla Werony)

Jednym z najbardziej malowniczych obiektów stojących przy placu jest Wieża Lambertich, najwyższa w Weronie ponad osiemdziesięciu metrowa wieża z ośmiokątną dzwonnicą z oryginalnymi XV wiecznymi dzwonami. Jej wznoszenie rozpoczęto w XII wieku, a przylega do Pallazzo della Ragione. Na szczycie wieży znajduje się punkt widokowy na najciekawsze atrakcje Werony, jak choćby Piazza della Erbe i Piazza dei Signori. Na wieżę można wejść (nie podam ilości schodów, bo wspinaczka nie jest moją domeną) albo wjechać windą (przy budynkach o wysokości osiemdziesięciu metrów będzie to odpowiednik około dwudziestu piętrowego wieżowca).
Widok z Wieży Lambertich na Piazza Erbe

I na Piazza Signoni (te czarne ślady to druty krat)

Piętnastowieczne dzwony na wieży (jedyny pochmurny dzień podczas mojej wycieczki przytrafił się w Weronie)
Wieża Lamberti i Schody la Scala della Ragione prowadzące do Galerii Sztuki Współczesnej

Wychodząc z Wieży Lambertich odwiedziłam Palazzo della Ragione (zwane też Palazzo del Comune) – czyli dawny Ratusz, który dziś mieści Galerię Sztuki Nowoczesnej. Przed odwiedzinami w galeriach zawsze sprawdzam, jaki rodzaj zbiorów można tam obejrzeć i tutaj dzieło, które reklamowało zbiory było absolutnym must see. Obraz Francesco Hayeza – malarza, którego odkryłam na własne potrzeby dość niedawno (w Mediolańskiej Pinakotece), a o którym po raz pierwszy czytałam u Herberta. Chyba najbardziej znanym jego obrazem jest Pocałunek, który przyjęto też za reklamę Werony, jako wizję miłości Romea i Julii. Reprodukcja tego obrazu na tle miasta zdobi większość pocztówek z Werony. Medytacja (znajdująca się w Galerii Sztuki Współczesnej) to obraz, który przykuł uwagę jak tylko go dostrzegłam. Kobieca postać z obnażoną piersią o niezwykłym smutku w oczach, jest w nim tyle rozczarowania, taka głębia żalu, że to spojrzenie niemal prześladuje, nawet, kiedy już na nas nie patrzy. Jakby takie memento. 
Melancholia Francesco Hayez

Tematyka obrazu nawiązuje do niepowodzenia z okresu Risorgimento w 1948 r., którego malarz doświadczył osobiście. Hayez jest malarzem, którego kolejny obraz oglądałam w Palazzo Maffei. I także zrobił na mnie duże wrażenie. Chętnie poczytałabym coś o tym malarzu. 
Palazzo Maffei (przy Piazza delle Erbe) pełni dziś funkcję galerii sztuki i to dość nietypowej galerii. Chciałabym o nim napisać więcej w osobnym wpisie. W tej chwili napiszę tylko, że jest jak jajko niespodzianka, gdzie wchodząc do Sali nie wiesz na co trafisz, bo antyk miesza się z renesansem, sztuką wieku XIX a także sztuką nowoczesną, coś na co być może nie zwróciłabym najmniejszej uwagi w muzeum tematycznym wśród zbiorów o podobnej datacji tutaj w tym nieoczywistym towarzystwie okazuje się ciekawe i inspirujące bądź zainspirowane innym dziełem. Wspaniale pokazuje to uniwersalizm sztuki i jej wzajemne przenikanie, a w ostatniej Sali sztuka ożywa na ogromnych ekranie, a widz patrząc na film próbuje odgadnąć co było jego inspiracją.
Palazzo Maffei z kolumną Lwa Św. Marka i wieżą Gardello

O Piazza Erbe pisałam we wcześniejszym wpisie, o zachwycających freskach na Domu Mazzantich, o kolumnie z weneckim lwem, Torre del Gardello, kolumnach rynkowych, Domus Mercatorum. A przecież wystarczy przejść kawałek dalej, aby wejść na Piazza Signoria z posągiem Dantego i okalającymi go palazzi (ucząc się włoskiego ze zdziwieniem dowiedziałam się, że palazzo oznacza budynek, nie pałac), choć te budynki równie dobrze mogłyby być pałacami z tymi charakterystycznymi zwieńczeniami w postaci jaskółczego ogona (krenelaż). Wzrok jeszcze nie obejmie wszystkich cudowności Placu Signiorii a już biegnie ku strzelistym nagrobkom Scaligerów zwieńczonych posągami konnymi członków rodu. Gotyckie baldachimy wsparte na kolumnach, pod którymi stoją tumby z prochami książąt ozdobione reliefami były inspiracją dla malarzy. Piękny obraz przedstawiający jeden z grobowców można oglądać w Galerii Sztuki Współczesnej (Palazzo del Comune), inny będący dziełem Aleksandra Gierymskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zachwycił on na wystawie w Pałacu Opatów moją koleżankę, na tyle, że prosiła o zdjęcie oryginału, co z przyjemnością uczyniłam.
Jeden z nagrobków Scaligerów przy świątyni Santa Maria Antica


Angelo Dall`Oca Bianca -malarz XIX wieczny (średniowieczny nokturn) 

Aleksander Gierymski



Tak mam ogromny problem z opisem wrażeń, bo nie chcąc pisać o każdym z obiektów, każdym z miejsc encyklopedycznych czy monograficznych wpisów obawiam się, że jedynie ślizgam się po powierzchni rzeczy. Jest tak wiele fantastycznych miejsc w Weronie, że mogłabym zrobić kilka jeśli nie kilkanaście wpisów na jej temat, a przecież dopiero co wróciłam z kolejnej podróży (tym razem Wrocław, Legnica i krótki wypad do Złotoryi).

A świątynie - już chciałam napisać o jednej która wydała mi się najładniejszą, kiedy przypomniała mi się kolejna i ta, o której już pisałam wcześniej, a którą odkrywałam tym razem na nowo, no a katedra, choć w natłoku przecudnej urody świątyń robi może nieco mniejsze wrażenie, a przecież gdybym obejrzała tylko ją byłabym pod urokiem zarówno jej formy architektonicznej, jak i fresków zdobiących jej ściany, wspaniałego baptysterium i pozostałości pierwotnego kościoła. Może uda się jeszcze przynajmniej dwa wpisy przygotować, albo materiał będzie czekał na czas, kiedy częstotliwość wyjazdów będzie mniejsza.
A dziś jeszcze tradycyjnie parę zdjęć z Werony, niech one mówią same za siebie
Pomnik Dantego na Piazza Signori




Katedra 

Kościół San Fermo Maggiore


Bazylika San Zeno Maggiore (odkrycie tegoroczne) może fasada nie zachwyca, ale detale wykończenia i wnętrze absolutnie cudowne. Ta romańska świątynia wprawiła mnie w zachwyt absolutny)



Drzwi z brązu XI-XIII w. ( a zatem pochodzące z okresu zbliżonego dla wykonania drzwi katedry w Gnieźnie)


Freski naścienne (a mnie zachwyciły te kolumny przeplatane niczym wstążeczka)



I szybko wychodzę na dziedziniec bo utknę tu na długo

To czas na ciacho, aby nie utknąć w kościołach i galeriach (ciastko nazywa się maritozzo i jest to słodka bułeczka przełożona bitą śmietaną z czekoladowym logo cukierni. Zamawiając oczywiście przekręciłam nazwę, jak to ja mam w zwyczaju i poprosiłam torta marocino czyli ciasto marociono- szkopuł w tym, że marocino to napój kawowy więc pani długo dopytywała, o co mi chodzi- bo nie ma takiego ciastka. Z pomocą przyszła domyślna klienta. Na przyszłość robiłam zdjęcie ciastka i pokazywałam)


tej nazwy już nie przekręciłam (ulubiona Gelateria Iginio Massari, ale wbrew nazwie też kawiarnia)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).