Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 października 2011

Wyspy Greckie; Kreta i Santorini

Santorini- bajkowa wyspa jak z Opowieści Tysiąca i Jednej Nocy
W przeciwieństwie do Grecji kontynentalnej, greckie wysepki są dla mnie idealnym miejscem późno-letniego wypoczynku. Grecja kontynentalna jest przepiękna, ale panujące w niej upały są dla mnie nie do zniesienia. Wyspy zawsze mają inny bardziej orzeźwiający klimat. Wyspy Greckie i północno - środkowe Włochy to dla mnie wymarzone miejsca wypoczynku. Wszystko mi się tam podoba; ślady pozostawione przez poprzedzające nas w łańcuchu dziejów pokolenia, klimat, ukształtowanie terenu i przepyszne jedzonko.
Kreta nie jest dużą wyspą. Jeśli ktoś dysponuje prawem jazdy, może wypożyczyć samochód i objechać ją w ciągu zaledwie jednego dnia. Jest tam niezliczona ilość plaż o standardzie różnorakim. Niestety przeważają kamieniste, na które należy zaopatrzyć się w specjalne, paskudnie wyglądające gumowe buciki. Plaże te jednak położone są nad cudownie ciepłymi i krystalicznie czystymi wodami morskimi. Morze ma tam tak szmaragdowy kolor jak na widokówkach. Zresztą nie tylko tam. Podróżujący znają ten widok doskonale.
Będąc na Krecie wybrałam się na wycieczkę na wyspy „bezludne”. Może nie są to wyspy bezludne w pełnym tego słowa znaczeniu, skoro dopływają do nich statki dowożące turystów. Właściwiej było by te wyspy nazwać wyspami niezamieszkałymi. Nie było na nich ludzi ani zabudowań. Jedynie dwa statki dziennie przypływały przywożąc tu około dwustu spragnionych wrażeń pasażerów. Wycieczka nosiła nazwę wycieczki na Błękitną Lagunę.
Najpierw dopłynęliśmy do maleńkiej wysepki Gramvousa, na której poza ruinami po-weneckiej twierdzy z końca XVI wieku (na szczycie góry) nie było nic więcej. Jedynie skalne zbocza, plaża, woda i gdzieniegdzie trochę roślinności. Atrakcją turystyczną był także wrak statku na przybrzeżnych wodach. Po krótkim około godzinnym pobycie na wysepce; czasie, w którym nieliczni zapaleńcy zdobyli szczyt góry i dotarli do ruin twierdzy, a liczni leniwcy (łącznie ze mną) oddawali się słodkiemu dolce niente, czyli zażywaniu kąpieli bądź to słonecznej bądź morskiej statek zabrał nas na dużo większą wyspę BALOS. Dopływając do wyspy pozazdrościłam wszystkim, którzy potrafili pływać, bo kiedy statek stanął na redzie, a większość pasażerów stała w ogromnej kolejce do motorówek, które przewoziły nas na ląd, oni korzystając z dmuchanych ślizgawek, takich, jakimi opuszczają samolot w razie awarii pasażerowie, prosto ze statku zjeżdżali (ześlizgiwali się) do morza, skąd dopływali do lądu.
Bardzo miło wspominam tamtą wycieczkę. Trochę wyobraźni i można było się poczuć, jak Robinson Crusoe. Było nas jednak zbyt wielu na taką przygodę, a na redzie czekał statek, który miał za parę godzin zabrać nas na stały ląd.
Skorzystałam także z wycieczki do Heraklionu i do ruin pałacu w Knossos pochodzącego z około dwóch tysięcy lat p.n.e. Budowla ta jest związana z greckimi mitami o Minotaurze, Ariadnie i królu Minosie. Ruiny pałacu odkrył Anglik Artur Evans na przełomie wieków XIX i XX.
Jak wynika z książki mojego ulubionego biografa beletrysty Irwinga Stone o Henryku Schilmannie (Grecki skarb) to temu archeologowi miało przypaść w udziale odkrycie ruin cywilizacji minojskiej, jednak z powodów administracyjno-politycznych nie uzyskał on pozwolenia na prowadzenia prac na tym obszarze.
Ruiny starego pałacu zostały częściowo odrestaurowane. Dobudowane, drewniane framugi i kolumny pomalowane żywymi kolorami, sprawiają wrażenie rodem z Disneylandu. Budzą one wiele kontrowersji wśród historyków i archeologów. Nie ulega jednak dyskusji, że chyba właśnie dzięki nim ruiny pałacu w Knossos są najbardziej rozpoznawalnym znakiem Krety.
Kilka razy wybrałam się samodzielnie na wycieczkę do Chanii. Chania to malutkie, ale bardzo urokliwe portowe miasteczko, które nazywane jest Wenecją kreteńską. Moim zdaniem nazwanie tak miasteczka jest obrazą dla Wenecji, która jest jedyna i niepowtarzalna. Nie mniej miasteczko ma swoją charyzmę. Nadmorska promenada pełna tawern, kawiarenek i sklepików z pamiątkami z charakterystyczną budowlą białego meczetu, pod którym mają swój postój dorożki. Właściciele okolicznych jadłodajni, podobnie jak właściciele malutkich stateczków ze szklanym dnem zapraszają do skorzystania z ich usług. Oni, jednak w przeciwieństwie do nachalnych Turków nie narzucają się i są mili.
Jako córka wilka morskiego uwielbiam morskie podróże, skorzystałam więc z dwóch wycieczek stateczkiem opływając okoliczne wysepki i podziwiając uroki fauny i flory.
Ale największą przygodą i najwspanialszym przeżyciem była wycieczka na Santorini. Płynęłam olbrzymim pasażerskim statkiem o wysokości kilkupiętrowego wieżowca. Podróż w jedną stronę trwała ponad pięć godzin. Jeśli ktoś nie lubi morskich podróży, albo ma mało czasu powinien rejs statkiem zamienić na rejs wodolotem, który trwa dużo krócej.
Sama podróż zajęła mi więcej czasu niż pobyt na tej baśniowej wyspie. Ale ponieważ nie ma nic przyjemniejszego (dla mnie), jak obserwowanie prutych dziobem statku fal, rozwiane wiatrem włosy, powiew ożywczej bryzy na twarzy i bezkresna przestrzeń, kiedy nic za tobą i nic przed tobą nie ogranicza pola widzenia, mogę tak płynąć i płynąć bez końca.
Santorini jest absolutnie zachwycające, bajkowe i nierzeczywiste, a fakt, że w pobliżu znajduje się uśpiony, ale czynny wulkan tylko dodaje pikanterii. Przepływaliśmy nad miejscem wybuchu wulkanu, który według wierzeń zniszczył mityczną Atlantydę.
Widoki pięknych, baśniowych miast Oia czy Fara znamy w większości z widokówek, reprodukcji albo ilustracji w książkach, a jednak robią na nas wrażenie. Wyspa z jej najbardziej rozpoznawalnym znakiem – białymi, kamiennymi domami z pomalowanymi kolorowo framugami okien i drzwi oraz biała dzwonnica z niebieską kopułą stały się moją rzeczywistością na kilka godzin. A jednak patrzyłam i nie mogłam się napatrzeć. Oczy nie mogły uwierzyć. Takie tu wszystko nierzeczywiste. Na ziemi biały marmur, domki jak z cepelii, kręte uliczki między domkami i zero samochodów. Uliczki wiją się jak wstążeczki, a przechodzień co chwilę trafia na jakieś prywatne podwórka, skąd rozciągają się fantastyczne widoki na lazurowe tafle małych basenów przy hotelikach lub prywatnych posesjach, różowe kwiecie (magnolii?)
Jestem w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie, położonym na wapiennej, powulkanicznej górze, skąd widzę w dole stateczki i motorówki wielkości łupinek orzecha. Widzę też pozostałości ostatniego wychucha wulkanu - czarne plaże.
Po spacerze idę coś zjeść w restauracji z tarasem, z którego widok powinien być doliczany do rachunku. Zamawiam - obowiązkowo owoce morza (które uwielbiam) i białe wino.
Tam jest tak pięknie, że aż za pięknie. Dłuższe przebywanie mogłoby być ze szkodą dla zdrowia. Jak potem wrócić do normalnego, szarego życia na lądzie.
Na szczęście byliśmy tam zaledwie cztery godziny, więc tak naprawdę nie wiemy, czy byliśmy na wyspie Santorini, czy była to fatamorgana i to wszystko nam się przyśniło.
Jeśli ktoś oglądał musical Mamma Mia - to filmowa wysepka (czyli wybudowane na potrzeby X Muzy studio) daje pewne wyobrażenie o Santorini.
I kolejne marzenie zostawione na kiedyś - zachód słońca na wyspie. Musi być ….. cudownie fantastyczny.. Jak coś sprawia mi przyjemność staram się zostawić sobie trochę tej przyjemności na potem, aby nie „wyczerpała” się ona od razu. Zawsze zostawiam sobie coś na potem, aby móc wrócić w ukochane miejsce. A jak już to potem nastąpi, to wynajduję coś nowego. Dlatego wciąż wyszukuję nowych celów, miejsc, przedstawień, książek, musicali.
Zdjęcia: 1. Santorini, 2. Na wyspie Gramvoussa, 3. Ruiny pałacu w Knossos (Króla Minossa?), 4. Chania (Kreteńska Wenecja?), 5-6. Santorini

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Grecja kontynentalna

Moja wycieczka do Grecji miała ona miejsce w niezwykłych okolicznościach. Pierwsza od paru lat wycieczka, której nie mogły zakłócić złe wieści z domu. Był przełom września i października 2004 r. Pogoda fantastyczna. Często ludzie narzekają na kontynentalną Grecją, że jest to ziemia wyjałowiona, że brak zieleni, że słońce przenika wszystko na wylot. Coś w tym jest. Pamiętam, jak pod koniec września opływałam potem w Atenach, a ledwie oddychałam w Mykenach na nasłonecznionej i gorącej niczym patelnia ziemi. Ale dziwne, jak takie rzeczy wyolbrzymiamy, jeśli coś nam się nie podoba i jak szybko o nich zapominamy, jeśli jesteśmy zadowoleni. A ja byłam zadowolona. Zadecydował zapewne splot okoliczności, a może przypadek. Pojechałam pozytywnie nastawiona, bez żadnych wyrzutów sumienia, że zostawiam rodzinę w ciężkiej sytuacji. Trafiłam na bardzo zgraną grupę turystów - podróżników, zainteresowanych poznaniem kultury i historii kraju (co rzadko się zdarza przy wycieczkach zorganizowanych, w których uczestniczy zbieranina różnych osób, o różnych oczekiwaniach, często mających mało wspólnego z moimi), grupę zdyscyplinowaną, z nielicznymi jednostkami narzekającymi na nadmiar słońca lub zakwaterowanie.
I co bardzo ważne trafiłam na fantastyczną przewodniczkę Paulę, która opowiadała nam o Grecji z taką pasją i taką miłością, że wszyscy słuchali jej zauroczeni. To jej zawdzięczaliśmy doskonałą organizację wycieczki i jej niepowtarzalny klimat.
Nie było zbędnego czekania na posiłki, dokąd nie przyjechaliśmy obiad już na nas czekał, a osoby, które nie miały wykupionych posiłków mogły także skorzystać ze stoliczków i spokojnie zjeść swoje kanapki, był czas i na odpoczynek i na toaletę. Było wszystko to, czego zabrakło mi podczas wycieczki po Hiszpanii.
Paula służyła pomocą przy zakupach i wskazywała miejsca godne odwiedzenia przez osoby, które po całym dniu zwiedzania miały jeszcze siły na wieczorne spacery.
Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie Meteory; wysokie masywy skalne, na których szczytach mieszczą się prawosławne klasztory (monastyry). Wjazd na szczyt takiej skały wydawał się niemożliwy, a jednak autobus podwoził nas tak wysoko, jak tylko prowadziły kręte drogi. Dalej podchodziliśmy piechotą pokonując dziesiątki, a nawet setki schodków. To, co zobaczyłam wewnątrz przeszło moje oczekiwania. Przepiękne, bogato zdobione, kolorowo - złote malowidła, freski, ołtarze, inkrustowane ściany i trony. Może to dlatego, że była to moja pierwsza wizyta w prawosławnym przybytku kultu zrobiła ona na mnie tak duże wrażenie. Pamiętam, że zwiedzając później Bazylikę Św. Marka w Wenecji nie byłam już tak oczarowana, a przecież jest ona przepięknie ozdobiona. Oglądając Meteory i zachwycając się nimi, słyszałam głosy współtowarzyszy, że owszem ładne, ale Kapadocja to dopiero są cuda. Potem gdy zobaczyłam także Kapadocję (Turcja) trudno byłoby mi porównywać, bo każe z tych miejsc jest piękne i każde jest niepowtarzalne.
Same Meteory robią niesamowite wrażenie. A chyba najbardziej niesamowite jest właśnie to, że to na ich szczytach wzniesione zostały klasztory. Niektóre z nich są tak trudno dostępne, że jeszcze do niedawna wciągano tam żywność za pomocą liny i siatki zawieszonej na jej końcu.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie także ateński Partenon - świątynia bogini Ateny na wzgórzu Akropolu. Kiedy weszłam na szczyt wzgórza nogi miałam jak z waty i to wcale z nie powodu trudności związanych z pokonaniem kolejnych kilkudziesięciu schodów. Ogarnęło mnie jakieś dziwne wzruszenie. Trudno wyrazić dlaczego. Zobaczenie tej świątyni nie leżało w kręgu moich marzeń, a jednak tutaj w mojej wyobraźni nastąpiło zespolenie historii z mitologią. Te kolumny pamiętające czasy tak odległe (V wiek przed naszą erą) budziły respekt i szacunek dla dzieła rąk ludzkich naszych przodków. Bo choć to niewyobrażalne świątynię wybudował przecież człowiek. Nie jest ona dziełem boskiego Posejdona, w co może łatwiej przyszłoby nam uwierzyć. I naprawdę stojąc u wejścia na dawny dziedziniec przed świątynią boskiej Ateny żałowałam, że nie ostał się jej jedenasto metrowy posąg dłuta Fidiasza.
Zapamiętałam też znajdujące się nieopodal podtrzymujące sklepienie Erechtejonu kariatydy (postacie kobiece, które niejako dźwigają na głowach ciężar sklepienia). Oryginały, z tego co pamiętam znajdują się obecnie w British Museum w Londynie, podobnie jak wiele innych zawłaszczonych dzieł sztuki. Historia odkryć to też historia kradzieży i to kradzieży usankcjonowanej prawem.
Duże wrażenie zrobiła na mnie wycieczka na najwyższe wzgórze ateńskie, z którego rozciąga się piękna panorama miasta. Udało mi się „zdobyć” to wzgórze wraz z kilkoma osobami. Kiedy byliśmy na samym szczycie i czekaliśmy na zachód słońca nagle nad naszymi głowami pojawił się sterowiec. Ta latająca maszyna budzi mój podziw połączony z lękiem. Pamiętam, jak czytałam (a może oglądałam film) o spaleniu się jednego ze sterowców i ilekroć je widzę, a nie widuje się ich przecież tak wiele, przechodzą mnie ciarki. Z jednej strony coś mnie do niego przyciąga i chciałabym odbyć podróż takim powietrznym statkiem, a z drugiej czuję się nieswojo widząc go nad moją głową.
Kiedy sterowiec odleciał zrobiło się zupełnie ciemno i mogliśmy podziwiać nocną panoramę miasta z jej najpiękniejszym punktem pięknie oświetlonym biało - marmurowym wzgórzem Akropolu i świątynią Bogini Ateny. Widoczek był niezapomniany, jakbyśmy mieli przed sobą pocztówkę.
Nad kanałem Korynckim łączącym Morze Egejskie z Morzem Jońskim mieliśmy szczęście oglądać przepływający statek. Wydawało się, że statek był tak olbrzymi, że ledwie się mieścił w korycie kanału. To na osiemdziesiąt metrów wysokie koryto (o szerokości dwudziestu pięciu metrów) robi spore wrażenie. I jakkolwiek głupio to nie zabrzmi Kanał Koryncki zrobił na mnie większe wrażenie niż Świątynia Apolla w Koryncie. Na moje usprawiedliwienie była to kolejna świątynia, którą oglądałam w Grecji, a pierwszy kanał (tego typu), jaki widziałam w życiu.
Jeśli na Akropolu czułam zew historii, to co dopiero powiedzieć o Mykenach z jej Lwią Bramą datowaną na 1250 rok przed naszą erą. Ruiny starożytnego miasta, których mitycznym królem był Agamemnon. Cywilizacja mykeńska jest najstarszą grecką cywilizacją sięgającą 1.600 r. przed naszą erą.
Byłam w Grobowcu zwanym Grobem Agamemnona. Kiedy się popatrzyło na te tony kamieni nad głową, to aż dreszcz przechodził. To tutaj Schliemann wieki archeolog-pasjonat odkrył wiele skarbów, w tym najbardziej znany Złotą Maskę. Skarby odkryte na terenie wykopalisk w Mykenach przez Schliemanna przewyższają wartością nawet „Skarb Priama” znaleziony w ruinach Troi.
Zainteresowanym odkryciami archeologicznymi polecam książkę I. Stone "Grecki skarb". Teraz żałuję, że nie przeczytałam tej książki przed moją wycieczką.
Z zapamiętanych obrazków Grecji jest jeszcze zachód słońca na przylądku Sounion. Jest to bardzo malowniczy zakątek Grecji, na który wybraliśmy się specjalnie w celu złapania słońca nurkującego w morzu. Troszkę się spóźniliśmy i doskonale pamiętam, jak cała grupa rzuciła się pędem na najdalej wysunięty punkt przylądka dla zrobienia dobrego zdjęcia. Było przy tym wiele śmiechu i radości, kiedy udało nam się złapać słońce, zanim skryło się w morskiej otchłani. Potem wszyscy usiedli na skałach i delektowali się widokami.
No i był jeszcze cudowny wieczór w jednej z nadmorskich miejscowości - Loutraki. Spacer brzegiem morza, fontanna oświetlona kolorowymi snopami świateł, ciepły wietrzyk od morza, kawiarnia, wino i muzyka rodem z wakacyjnego romansu. Taki nastrój wakacyjnej beztroski, kiedy poczułam się, jakby ktoś ujął mi kilkanaście lat i jakbym wróciła do Larnaki na Cyprze (rok 1988). Oglądając filmowe spotkanie Georgii z kierowcą autokaru Pupim (film, o któremu poświęciłam wcześniejszy wpis) miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie i przestrzeni. To było tak, jakbym wróciła do Loutraki.
A to zaledwie część moich, wielkich greckich wakacji. Były jeszcze Delfy, Olimpia, Termopille, był wieczór grecki (z dużą ilością śpiewu i wina), ruiny starożytnego teatru, były przeżycia kulinarne (z ulubionymi souvlakami i kalmarami). I choć greckie wysepki posiadają niepowtarzalny urok, to ja bardzo miło wspominam także Grecję kontynentalną.
Niestety nie posiadałam jeszcze wtedy cyfrówki, stąd zdjęcia z internetu.
Zdjęcia 1. Meteory, 2. Erechtejon, 3. Kanał Koryncki, 4. Zachód słońca nad półwyspem Sounion, 5. Loutraki