Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samozwaniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samozwaniec. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2013

Hurtownia książek-cz. 5 (Samozwaniec, Rożek, Korczak, Marai, Manfield)


Wykorzystując przymusowy pobyt w domu (z powodu silnej reakcji alergicznej na winogrona z Biedronki) postanowiłam choć w maleńkim stopniu zmniejszyć ilość blogowych zaległości recenzyjnych. Ilekroć piszę o swojej pisaninie „recenzje” uśmiecham się sama do siebie, grafomaństwo- ot- co, a nie żadne recenzje. Policzyłam i wyszło mi jedenaście zaległych lektur. Jedyne wyjście to kolejna hurtownia książek. Coraz ciężej pisze mi się o książkach przeczytanych kilka miesięcy temu. A zaległości sięgają już grudnia. Ach, gdzie te piękne czasy, kiedy ilość książek opisanych równała się ilości książek przeczytanych. Niestety nie mam zwyczaju robienia notatek, karteczki przyklejam z rzadka, więc pozostaje ledwie ślad w pamięci. A i ten z czasem blednie coraz bardziej.
Zalotnica niebieska Magdalena Samozwaniec. 
Znającym twórczość Magdaleny Samozwaniec (siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, córki Wojciecha Kossaka, wnuczki Juliusza Kossaka, kuzynki Zofii Kossak-Szczuckiej, autorki między innymi parodii Trędowatej Na ustach grzechu) nie potrzebuję do lektury zachęcać. Tych, którzy czytali Marię i Magdalenę muszę ostrzec, iż część historyjek i anegdotek opisana w MiM została w Zalotnicy niebieskiej powtórzona. I trudno się dziwić, wszak osoby w nich występujące są tożsame. To kolejna książka wspomnieniowa, w której siostra siostrze składa wyraz miłości i podziwu w sposób niemal bezkrytyczny. Może to trochę irytować, choć z drugiej strony to może uczucie zazdrości nam doskwiera, bo dobrze mieć taką siostrę - przyjaciela. Zalotnica niebieska to książka o silnych więzach rodzinnych (przyjaźni z siostrą, kumplostwie z ojcem), o czasach dwudziestolecia międzywojennego, o wielkich tej epoki, wśród których toczyło się życie Kossaków. Dla osób wielbiących klimat epoki i poczucie humoru pani Magdaleny, dla kochających poezję Marii ta książka to prawdziwa gratka i myślę, że nie będzie im wcale przeszkadzać powtarzalność. Osobiście, choć dużym sentymentem darzę książkę Maria i Magdalena nigdy nie byłam szczególną admiratorką ani dwudziestolecia międzywojennego, ani córek Kossaka. Co więcej po lekturze MiM nieco znielubiłam Lilkę (za jej egoizm i poczucie wyższości wobec osób mniej uzdolnionych, za próżność, powierzchowność), a w postawach obu sióstr pewien bezkrytycyzm wobec tatki. Paradoksalnie większe zrozumienie dla Lilki znalazłam w Zalotnicy niebieskiej, a to z powodu zamieszczonych tu wierszy. Paradoks polega na tym, iż w odbiorze poezji jestem kaleką i mimo kilkudziesięciu prób zmiany tego stanu rzeczy - jestem na poezję po prostu głucha. Jedyny rodzaj poezji, która do mnie przemawia to poezja śpiewana. Czytając książkę ze zdziwieniem stwierdziłam, że kilka z wierszy Pawlikowskiej słyszałam już wcześniej w postaci śpiewanej i bardzo mi się one podobały. Co więcej poznałam i polubiłam kilka kolejnych, co poczytuję sobie za duży krok na przód w przezwyciężaniu własnych ograniczeń. Myślę, że dzięki poezji, a także dzięki fragmentom korespondencji udało mi się nieco lepiej zrozumieć poetkę, a mój odbiór postaci stał się cieplejszy i życzliwszy. 
Nietypowy przewodnik po Krakowie Michał Rożek
Od pewnego czasu nie wyjadę nigdzie dopóki nie „poznam literacko” miasta, do którego zmierzam. Kiedy inni kupują foldery, bedekery, przewodniki pełne kolorowych zdjęć na kredowym papierze, ja czytam raczej literaturę, słucham muzyki, poznaję architekturę kraju, do którego zmierzam oraz zbieram informacje na temat zbiorów muzealnych. Ciężko mnie zadowolić „zwykłym” przewodnikiem zawierającym typowe turystyczne informacje, choć i takie przeglądam. Nietypowy przewodnik nie zawiera ani jednej kolorowej fotografii, ani jednego zdjęcia sztandarowych zabytków grodu nad Wisłą, a jest jak do tej pory najciekawszą pozycją o Krakowie, jaką czytałam. Nietypowy przewodnik po Krakowie to bogaty zbiór informacji z różnych dziedzin życia; zbiór faktów, i anegdotek. Autor prowadząc nas uliczkami i zaułkami królewskiego grodu z pasją opowiada o swoim ukochanym mieście. Całości dopełniają fragmenty wierszy oraz czarno-białe rysunki krakowskich detali; fragment gzymsu, posąg, kolumna, dorożka. Detal, który od razu przywodzi na myśl opisywany obiekt. Przed każdym spacerem znajduje się odręcznie narysowana mapka fragmentu miasta. Książkę można czytać od początku do końca chronologiczne, można też czytać rozdziałami, w zależności od potrzeb. Towarzyszyła mi podczas wszystkich spacerów po mieście. Jedyny minus to brak bibliografii.Książka przeczytana w ramach wyzwania z półki 2013
Król Maciuś Pierwszy Janusz Korczak 

Po audiobooka sięgnęłam pod wpływem lektury biografii Korczaka pióra Joanny Olczak-Ronikier. Na fali przewijających się refleksji, czy powinno się wracać do lektur dzieciństwa, czy też raczej pozostać przy pierwszym wrażeniu nieskażonym wiedzą i doświadczeniem nie mogę zabrać głosu, bowiem Króla Maciusia, jako dziecko nie czytałam. Jak przez mgłę kojarzę filmowe ekranizacje. Jak na Korczaka przystało bajka dla dzieci nie pozbawiona jest sporej porcji dydaktyzmu. W fikcyjnej krainie po śmierci króla jego następcą zostaje mały chłopiec Maciuś. Początkowo uzależniony od dorosłych pełni on funkcje reprezentacyjne, jednak z czasem ogarnięty dziecięcym marzeniem zdobycia sławy wyrusza wraz z przyjacielem na wojnę. Tam przechodzi trudną szkołę życia, nabiera doświadczenia i pokory. Po powrocie przejmuje ster rządów, wprowadza reformy, przyznaje dzieciom prawa dorosłych, jednak z czasem ulega podszeptom złych doradców i zaprzepaszcza wszystko, co osiągnął wcześniej. Za doprowadzenie kraju do upadku zostaje skazany na pobyt na bezludnej wyspie. Ta początkowo przygodowo-awanturnicza opowieść niesie smutne przesłanie i gorzką pigułkę o życiu dorosłych, którzy sobie i dzieciom zgotowali okrutny los. Jakoś trudno mi czytać Maciusia wyzwoliwszy się od wiedzy na temat drogi życiowej jego autora. Korczak zawsze traktował dzieci bardzo poważnie i po partnersku, dlatego przekazuje im wiedzę trudną na temat odpowiedzialności ludzi sprawujących rządy. Porusza w niej kwestie uczciwości, fachowości, lojalności, samodzielności, tolerancji. Podkreśla, jak ważne jest, aby dorośli nie zapominali o tym, że sami także byli kiedyś dziećmi. Mnie się książeczka podobała, choć nie jestem do końca przekonana, czy dzieci potrafią odczytać jej przesłanie. Polityka zawsze jawiła mi się i nadal tak mi się jawi, jako coś brudnego, wstrętnego, przytłaczającego, coś od czego chcę się trzymać z daleka i od czego chciałabym trzymać z daleka dzieci. Chyba jestem anarchistką. 
Dziedzictwo Estery Sandor Marai
Pierwsze spotkanie z prozą Maraia było udane i dobrze rokujące na przyszłość. Z odniesieniami do jego prozy spotykałam się zarówno w literaturze, jak i na zaprzyjaźnionych blogach, dlatego byłam jej niezmiernie ciekawa. Na pierwszy ogień sięgnęłam po krótką formę. Książeczka liczy nieco ponad sto stron. Jest to książka z gatunku tych, które zostają gdzieś w człowieku jeszcze długo po przeczytaniu, powodują literackiego kaca, bo nie zostają na powierzchni a włażą pod skórę. Książka mnie zaintrygowała. Myślę, że Marai zostanie moim dobrym znajomym, jak wcześniej np. Szabo, takim, którego można nie widywać latami, ale jak się pojawi zawsze znajdzie się z nim nić porozumienia. Po kilkudziesięciu latach milczenia do domu Estery przyjeżdża Lajos, jej jedyna miłość, oszust, fałszerz, nicpoń, kłamca, wampir emocjonalny, diabeł wcielony. Nie ma w rodzinie osoby, której by nie oszukał, a jednak wszyscy ponownie ulegają jego urokowi i każdy na nowo podejmuję jego grę. Krótka książeczka budzi spore emocje, dlaczego, jak to możliwe, czy jest jakiś powód, usprawiedliwienie, przyczyna. Autor nie udziela odpowiedzi, nie wiemy, dlaczego rodzina, dlaczego Estera po raz kolejny grają w grę, w której Lajos rozdaje karty. Lajos irytujący, wkurzający, niereformowalny, Lajos, który krzywdzi i oszukuje wmawiając ofierze, że to dla jej dobra. Estera opowiada całą historię z dystansem, nieco ironicznie, humorystycznie, choć jest to humor gorzki. Ona, podobnie, jak czytelnik próbuje zrozumieć swoje wybory. Tyle, że ich nie sposób zrozumieć. Podobał mi się klimat opowieści, tajemniczość, zaprzeczenie tezie, że wszystko da się wytłumaczyć. 
Garden party Katherine Mansfield 

Garden party to zbiór opowiadań, jakie Kaherine Mansfield wydała w 1922 r. Kilkakrotnie już podkreślałam, iż nie przepadam za krótką formą, jest taka ulotna i rzadko zostaje w pamięci na dłużej. Dziś po czterech miesiącach od lektury w pamięci pozostały jedynie; liryczno-poetycki klimat opowiadań, kilka szczegółowych opisów miejsc, parę postaci, znajdujących się w zwyczajnych sytuacjach i przeświadczenie, że nic tu nie dzieje się przypadkiem i zwyczajnie. Pamiętam tytułowe opowiadanie. W domu Laury trwają przygotowania do przyjęcia. Robotnicy przestawiają meble, dziewczęta szykują kwiaty, kucharki przygotowują jedzenie. W pewnej chwili okazuje się, iż w sąsiedztwie zmarł człowiek. Propozycja Laury, aby odwołać przyjęcie nie spotyka się ze zrozumieniem rodziny. Przyjęcie się odbywa, a po jego zakończeniu Laura zostaje wysłana do domu sąsiadów z poczęstunkiem. To zderzenie dwóch światów, bogactwa i biedy, obłudy i uczciwości, pozorów i szczerości, życia i śmierci, dwóch życiowych filozofii robi wrażenie. I wahania Laury - będące jakąś iskierką nadziei i niedopowiedzenie, czy to zdarzenie coś w jej życiu zmieni, czy też wszystko pozostanie po staremu. 
Uff, ależ odwaliłam kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty, zupełnie, jakbym była w pracy, a nie na zwolnieniu.

niedziela, 17 czerwca 2012

Nie tylko dla dziewcząt Magdalena Samozwaniec


Wydawnictwo "Śląsk"
Rok wydania 1966
Ilość stron 216.
Wnikliwy dar obserwacji, duży talent i ogromne poczucie humoru - to wszystko sprawia, że utwory autorstwa Magdaleny Samozwaniec potrafią rozbawić nie tylko czytelniczki, ale i czytelników.
„Tylko dla dziewcząt” to zbiór felietonów, w których autorka daje obraz odwiecznej wojny płci. Różnice w oczekiwaniach dziewcząt i chłopców co do kandydatów i kandydatek na życiowych partnerów opisane satyrycznym piórem pisarki wywołają nierzadko uśmiech na twarzy czytelnika, nie mówiąc o wybuchach śmiechu towarzyszących lekturze.
Wzajemne relacje pomiędzy dziewczętami a konkurentami do ich ręki wydają się dziś nieco anachroniczne, podobnie jak panująca wówczas moralność i dulszczyzna. Autorka uświadamia nam jednak iż, zarówno w kwestii doboru życiowych partnerów, jak i w kwestii mody, wychowania, moralności tak naprawdę niewiele zmieniło się od zarania dziejów.
To co dla naszych matek było nie do przyjęcia, dla naszych córek jest przeżytkiem, a dla naszych wnuczek, a może prawnuczek będzie rewolucyjnym rozwiązaniem.
Autorka pisze o sprawach ważkich i ważnych, ale pisze z przymrużeniem oka. Pisze o relacjach damsko-męskich, o konflikcie pokoleń, o braku szacunku dla dzieci i braku szacunku dla rodziców, o damskiej przyjaźni i męskich poszukiwaniach partnerki idealnej oraz damskich pragnieniach zdobycia męża. Wytykając damsko-męskie przywary robi to z uśmiechem. Jej satyryczny ton pełen jest ironii, ale jest to ironia pozbawiona złośliwości, chociaż nie jest ona wolna od goryczy.
Dzisiejsza nastolatka ze zdziwieniem może się przekonać z książki, jak żyła jej koleżanka przed ponad stu laty, kiedy dziewczyna nie mogła przebywać z chłopakiem sam na sam bez przyzwoitki, kiedy w wieku lat osiemnastu należało rozejrzeć się za mężem, a w wieku lat dwudziestu otrzymywało miano starej panny. Może też przekonać się, jak pomysłowość jej koleżanki sprzed wieku pozwalała jej omijać wszelkie przeszkody, jakie stawiała ówczesna moralność i opiekunowie.
Oto co pisała Samozwaniec;
O moralności i modzie
„Józinka znów upierała się, żeby nosić suknie tak krótkie, że jej prawie cały bucik było widać.
Prawdziwie dobrze wychowane panny nóg nie mają-mawiała ciocia-babcia.
Mama była, już troszkę bardziej postępowa.
Owszem-twierdziła- można mieć nogi, ale nie trzeba ich pokazywać, bo to i niemiłe i nieciekawe dla patrzącego”.
O moralności i wychowaniu
- "Ach, mąż….- zawołała histerycznie – Ale wiesz, mam wrażenie, że w małżeństwie dzieją się rzeczy, o których mama nie ma pojęcia, inaczej nigdy by na to nie zezwoliła.”
O całowaniu i kobiecej naturze:
"Mężczyźni wymyślili pocałunek, aby kobiecie nareszcie zamknąć usta. Gdy chciała coś powiedzieć, całowałem ją coraz gwałtowniej. Bałem się, czy nie zada mi żenujących pytań w rodzaju: Czy mnie kochasz” Bo i skąd można wiedzieć, czy się kocha dziewczynę, którą się całuje? I cóż to ma z miłością wspólnego? Ale one nigdy tego nie rozumieją…"
O kobiecej „przyjaźni”
"Kobiety zwykle całują się na przywitanie, ponieważ nie mogą się ugryźć".

Wbrew tytułowi „Tylko dla dziewcząt” to książka skierowana nie tylko do jednego kręgu odbiorców. Stąd tytuł wpisu nie jest moją pomyłką, a raczej komentarzem dotyczącym tegoż tytułu.
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania u Sardegny (Trójka e-pik), w którym w czerwcu należało przeczytać między innymi kobiece czytadło.
Moja ocena 4,5/6


sobota, 25 lutego 2012

Moja wojna trzydziestoletnia, czyli Magdalena Samozwaniec satyrą w dulszczyznę

"Każdy walczy, czym może, jeden bronią palna, drugi szpilkami i szpileczkami. Przyznaje się więc szczerze, że z kołtuństwem, drobnomieszczaństwem, "babstwem" i przesadami walczyłam bardzo po kobiecemu. Raz targałam kawiarnianą paniusię za utlenione kudełki, innej dawałam tylko kuksańca w bok, a znów którejś robiłam bolesny zastrzyk cieniutka igiełką ... pod samo zebro."

Jest to zbiór humorystycznych felietonów, groteskowych opowiadań i świetna parodia najbardziej ckliwego romansu Mniszkówny.
Cięty język, zmysł obserwacji, talent satyryka, błyskotliwe pomysły wszystko to można znaleźć w Mojej wojnie trzydziestoletniej. Wysłuchałam audiobooka w znakomitej interpretacji pani Ireny Kwiatkowskiej. Połączenie dwóch talentów satyryka i komika daje wspaniały rezultat.
Felietoniki to perełki krótkiej formy, w których Madzia ostrzy pazurki na nonsensowne zachowania paniuś i panów z wyższych sfer, wyśmiewa dulszczyznę, snobizm, krytykanctwo.
Najbardziej jednak podobała mi się parodia Trędowatej "Na ustach grzechu". Absurdalna historia miłości Steńki i hrabicza Zenona nawet na najbardziej marsowym obliczu jest w stanie wywołać uśmiech, jeśli już nie wybuchy śmiechu.
A oto kilka przykładów;
"Mówiąc to, jak spłoszone dziecko, przytulił głowę do dwojga wytwornych wiązadeł jej kolan".
"Na ustach jej, niby dziki tygrys na piaszczystych pustyniach Sahary, usiadły palące się wargi Zenona".
"Milcz! – wydarła ze spienionych warg hrabina – jeżeli nie chcesz, bym wyszła wobec ciebie ze złoconych ram mego dobrego wychowania..."
"Steńka jak pijana zatoczyła się w krąg raz i drugi, przeglądnęła lapidarnie bogate albumy widokówek, po czym pomieszana zmysłowo rzuciła się przez otwarte drzwi w ogród i popędziła jak strzała w stronę domu".
"Mówiąc to dzikim półtonem, padła mu do nóg, wijąc się wkoło nich w jakichś rytmicznych podrygach i prysiudach zawrotnych, z których znać było, że pradziad jej był atamanem kozackim i że w niej płynie dzika, nieokiełznana krew stepowych dzieci".
"Ale Steńka wciąż jeszcze nosiła w łonie mózgu wytworną podobiznę Zenona".
"Oczami rozcałowując jej warg poziomki…"
Książka jest idealną pozycją dla wielbicieli talentu Magdaleny Samozwaniec, opowiadań satyrycznych, purnonsensów, parodii.
Nie jest to mój ulubiony gatunek literacki, ale czytało (słuchało się z dużą przyjemnością i uśmiechem na twarzy).

Moja ocena książki 4/6 (a dla pani Kwiatkowskiej 6/6)
Zdjęcie- plakat spektaklu na podstawie parodii Na ustach grzechu - z internetu.

niedziela, 5 lutego 2012

Maria i Magdalena autorstwa Magdaleny Samozwaniec

Wydawnictwo- Świat Książki.
Rok wydania 2010.
Stron - 552.
Z lektur czytanych w domu rodzinnym najlepiej zapamiętałam dwie książki; „Hrabiego Monte Christo” Aleksandra Dumasa oraz „Marię i Magdalenę” Madzi Samozwaniec. Dlaczego właśnie te dwie? Chyba dlatego, iż były w tak opłakanym stanie, że czytało się je częściami, brakowało im kartek i odpadała okładka. Można było puścić wodze wyobraźni próbując odgadnąć, co też zawierały zaginione strony powieści.
Kilka miesiąc temu sięgnęłam po Hrabiego dziś przyszła pora na Kossakówny.
Samozwaniec to pseudonim literacki Magdaleny z Kossaków; córki Wojciecha, wnuczki Juliusza, siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i kuzynki Zofii- Szczuckiej-Kossak.
„Maria i Magdalena” to biografia rodziny Kossaków na tle młodopolskiej bohemy. Na kartach książki aż roi się od przedstawicieli artystycznego świata oraz anegdotek na ich temat. Dla przykładu pojawia się Sienkiewicz (na którego książkach wychowywała się ówczesna młodzież, którego dzieła panienki czytały z wypiekami na twarzy, a chłopcy w nadziei zostania Kmicicami, czy Skrzetuskimi), Żeromski (którego „Dziejów grzechu” pannom nie wolno było czytać przed zamążpójściem), Tuwim, z którym przyjaźniły się i współpracowały obie siostry. Pojawia się także cała plejada malarzy, aktorów, dziennikarzy, polityków. Przez ich życie przewijają się nazwiska z kart podręczników historii literatury i sztuki.
Magdalena niezwykle malowniczo i z humorem opisuje sposób wychowywania dzieci i młodzieży na początku ubiegłego wieku, sposób, w którym surowe wychowanie, maniery oraz tzw. dulszczyzna często brały górę zarówno nad zdrowym rozsądkiem, jak i nad higieną osobistą. W opisie rodzinnego dworku przejawia się niekłamane uwielbienie dla ojca. Tatko był obiektem podziwu, bezkrytycznej miłości, niedoścignionym ideałem dla dziewcząt, a ich fascynacja Wojciechem trwała przez całe życie. Dom rodzinny, choć nie obfitujący w bogactwa, ale też niecierpiący niedostatków pozwalał dziewczynkom na beztroską egzystencję i oddawanie się ulubionym zajęciom. Zarówno dzieciństwo, jak i młodość upłynęły pannom niemal bezproblemowo. Wychowywane w domu o tak bogatych tradycjach artystycznych nie mogły wyrosnąć na zwykłe gospodynie domowe, tradycyjne żony i matki. No i nie wyrosły na zwykłych zjadaczy chleba. Wyrosły na nieprzeciętnie uzdolnione, wrażliwe poetycko, dowcipne obserwatorki życia, które potrafiły pięknie, wnikliwie i z humorem to życie odmalować.
Biografia zawiera ciekawy opis życia ówczesnego społeczeństwa w Krakowie, Warszawie, Zakopanym czy Juracie. „Maria i Magdalena” to niewyczerpane źródło wiedzy o szczególnej epoce, epoce, w której ludzie chcąc zapomnieć o tragicznej przeszłości pragnąc się radować, bawić, żyć. Anegdotki na temat bohemy ubarwiają i tak kolorową opowieść. Nawet, jeśli nie są do końca prawdziwe, nawet, jeśli utalentowana pisarka nieco je podkolorowała.
Nieodmiennie śmieszą mnie takie scenki, jak;
- Madzia, która podczas wymierzania kary „brania w skórę” po pierwszym razie mówiła „Żeby mamusię tylko rączka nie rozbolała”
- reakcja Tatki na ćwiczenia córki polegające na powtarzaniu mantry „Wdychuję miłość, wydychuję obojętność” – „ A może mogłabyś tak Magdusia wdychiwać mądrość a wydychiwać głupotę”
- pisemne wyznanie pewnego młodzieńca- Nie mogę bez pani rżyć. I dowcipna riposta- to rżyj pan sam.
- wzajemne podkradanie sobie grzechów przez kilkuletnie panienki.
Tytułowymi bohaterkami książki są poetka Lilka i autorka powieści satyrycznych Magdalena. Mnie jednak bardziej do gustu przypadł opisany na kartach powieści klimat dwudziestolecia międzywojennego, klimat artystycznego i ziemiańskiego Krakowa, opis dyplomatycznego światka, po którym poruszała się Magdalena, jako żona dyplomaty. Jako podróżniczkę nie mógł nie zainteresować mnie wątek podróży obu sióstr.
Natomiast zarówno postawa samych sióstr jak i słynnego Papy Kossaka nie zjednały sobie mojej sympatii. Trudno mi zwłaszcza zrozumieć zachowanie i postawę Lilki. Jej przepiękna poezja świadczy o ogromnej wrażliwości. Natomiast z kart książki wyłania się osoba przeświadczona o własnym geniuszu, despotyczna, egoistyczna, egocentryczna. Zachowanie obu sióstr niejednokrotnie budziło moje zdziwienie. To rzucanie się na oślep w coraz to nowe związki, to łamanie serc kolejnym panom, kokietowanie, romanse, rozwody traktowane z przymrużeniem oka. Czy w końcu urodzenie dziecka, któremu autorka poświęciła zaledwie jeden akapit, jakby miało ona w jej życiu o wiele mniejsze znaczenie niż choćby przywiązanie do wiewiórki. Być może wszystko to wynika z konwencji książki, która z założenia miała być lekka, łatwa i przyjemna i miała być hołdem złożonym siostrze i ojcu. Nie mniej nie zdołałam polubić ani Madzi, ani Lilki, ani Wojciecha z jego licznymi flamami.
Pomimo braku sympatii dla głównych bohaterów książki uważam, że godna jest polecenia, jako wspaniałe źródło wiedzy o pewnej epoce, która nigdy już nie wróci, o paniach we wspaniałych toaletach, szarmanckim mężczyznach, limuzynach mknących z zawrotną prędkością parudziesięciu kilometrów na godzinę i o radości życia.
Moja ocena książki- 5/6