Po książkę sięgnęłam dzięki wyzwaniu Trójka-pik u Sardegny, które polega na zapoznawaniu się z trzema różnymi gatunkami literatury w ciągu miesiąca. Założeniem jest sięgnięcie do literatury, do której zapewne nie sięgnęlibyśmy, gdyby nie wyzwanie. Jednym z gatunków do przeczytania w tym miesiącu jest skandynawski kryminał.
Od lat nie czytam kryminałów, jeśli nie mają one historycznego tła, bądź nie są związane z moim miastem. Kiedyś czytywałam dużo książek Agaty Chrisie, dziś nieco mi się ten gatunek „przejadł”. Skandynawski kryminał to dla mnie czysta karta. Nie czytałam i zapewne długo nie sięgnęłabym po tego typu książkę. Może to tłumaczy moją ocenę Księżniczki z lodu.
Szczęśliwie dla wyzwania złożyło się, iż dzień wcześniej otrzymałam audiobooka Księżniczka z lodu.
Z internetowych relacji wiem, że jest to pierwsza cześć cyklu. Jedni twierdzą, że najlepsza, inni, że wręcz przeciwnie.
W małym miasteczku znalezione zostają zwłoki młodej, pięknej, zamężnej, dobrze sytuowanej i z pozoru szczęśliwej Aleksandry. Początkowo wygląda to na samobójstwo. Z czasem pojawiają się dowody świadczące o morderstwie. Zwłoki odnajduje szkolna przyjaciółka zamordowanej Eryka. Eryka jest pisarką i postanawia napisać powieść na temat dawnej przyjaciółki. Śledztwo w sprawie śmierci Aleksandry prowadzi Patryk, znajomy sprzed lat Eryki. Między innymi dzięki pomocy Eryki Patryk natrafia na bolesną tajemnice z przeszłości, która doprowadziła do tragicznego finału.
Pierwsze wrażenia: czy to na pewno jest kryminał? Przez sporą cześć powieści (a liczy ona sobie 456 stron, co przedkłada się na ok. 15 godzin słuchania) zastanawiałam się, czy na pewno mam do czynienia z kryminałem. Jest co prawda trup i to już na samym początku, ale zaraz potem mniej więcej przez połowę książki akcja rozchodzi się na boki. Wątek romansowy został rozbudowany dość mocno, tak że w pewnym momencie zastanawiałam się, czy autorka powróci do sprawy morderstwa. Byłam już bliska odłożenia książki i poddania się (co zdarza mi się niezmiernie rzadko), kiedy akcja zaczęła zmierzać we właściwym kierunku. Dzięki temu przeczytałam do końca i muszę przyznać, że nawet z pewnym zainteresowaniem, aczkolwiek bez fajerwerków.
Od kryminału nie oczekuję wiele; wystarczy mi pewien dreszczyk emocji, zagadka, którą próbuję rozwiązać, element zaskoczenia, no i tego, aby mnie nie znudził.
Przez połowę książki nie czułam emocji, a historia miłosnych podchodów pary bohaterów budziła lekkie znudzenie (a już zupełnie niepotrzebny wydaje mi się powtórzenie wątku wyszczuplającej bielizny z Bridget Jones, tak jakby autorce zabrakło pomysłu). Zdecydowanie lepsza jest druga połowa książki. Historia się zagęszcza, puzzle zaczynają się układać, jest pewien element zaskoczenia, choć muszę przyznać, że na trop mordercy wpadłam dużo wcześniej niż detektyw, co zdarza mi się niezmiernie rzadko, gdyż nie jestem w tej dziedzinie szczególnie bystra. Chyba nie najlepiej świadczy to o prowadzącym dochodzenie policjancie.
Muszę się przyznać, iż po kryminale skandynawskiej pisarki spodziewałam się też skandynawskiego klimatu. Tymczasem mrozem wiało jedynie z powodu stosunków międzyludzkich.
Moim zdaniem książka byłaby o wiele lepsza, gdyby pominąć część niepotrzebnych wątków i skrócić wątek romansowy. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że wielu czytelniczkom bardzo przypadł on do gustu. No cóż, może to dlatego, że ja nie przepadam za romansami w literaturze.
