Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wynne Frank. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wynne Frank. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2014

To ja byłem Vermeerem Frank Wynne



Podtytuł książki brzmi Narodziny i upadek największego fałszerza XX wieku (Hana van Meegerena).

Przed obrazem Mony Lisy w Luwrze zawsze tłoczą się tłumy. Ilekroć jestem w pobliżu zastanawia mnie, ile z tych osób ma świadomość, że stoi przed kopią  (w związku zapytaniem i wątpliwością wyrażoną przez dwie czytelniczki została zachwiana moja pewność, co do tego, że oglądana w Luwrze Mona Lisa jest kopią, co wyraziłam w odpowiedzi na zapytanie Marty pod tekstem. Gdyby ktoś posiadał na ten temat informacje to proszę o podzielenie się nimi w komentarzu) najbardziej znanego obrazu na świecie i w jaki sposób świadomość tego faktu wpłynęłaby na odbiór dzieła. Czy wtedy równie mocno zachwycano by się tajemniczym uśmiechem Giocondy? - nie wiem. Sama oglądałam go mając już wiedzę na jego temat. Nie zrobiło ono na mnie większego wrażenie, ale też nigdy Mona Lisa nie należała do moich ulubionych dzieł Leonardo da Vinci. Inaczej sprawa wyglądała z Dawidem Michała Anioła, kiedy obejrzałam oryginał w Galleria dell Accademia niemal natychmiast stwierdziłam, że  wywołuje on we mnie o wiele silniejsze emocje niż ten na Piazza Signoria. Czy, gdyby nie wiedza na temat autentyczności wrażenia byłyby identyczne. No więc jak to jest z tym naszym odbiorem sztuki. Czy podoba nam się ono, bo zostało uznane za autentyk, czy podoba nam się, bo uznane przez znawców za wybitne, czy podoba nam się, bo porusza w nas jakieś czułe struny?

O tym między innymi jest ta książka. O tym, jak uznanie dzieła za autentyk zmienia opinię na jego temat i przede wszystkim zmienia jego wartość w sensie wymiernym (materialnym). W zależności od ekspertyzy znawców dzieło warte wczoraj zaledwie obiadu jego twórcy może być dziś warte miliony, aby jutro spaść do wartości ram. Wieczerza w Emaus, falsyfikat Van Meegeren, początkowo ogłoszona najwspanialszym dziełem Vermeera, po poddaniu ekspertyzom zyskuje miano nieciekawego i nieudolnego naśladownictwa.

Han van Meegeren, zwany najsłynniejszym fałszerzem wszech czasów, a na pewno najbardziej znanym twórcą fałszywych Vermeerów wywiódł w pole najbardziej poważanych znawców sztuki. W akcie odwetu za nieuznanie jego malarstwa postanowił udowodnić, iż jego obrazy zdobić będą ściany największych galerii świata (cóż z tego, że nie pod własnym nazwiskiem). Chciał w ten sposób wykazać, jak niewiele znaczą opinie krytyków sztuki, którzy uznają dzieło za wartościowe nie z powodu jego wartości, ale z powodu uznanego już (po latach) nazwiska jego twórcy. Czy mu się to udało? Moim zdaniem tak. Jakkolwiek dzisiaj się ocenia jego obrazy, to w momencie powstania uznane zostały za genialne, ponieważ przypisano ich autorstwo uznanym geniuszom przeszłości. Kiedy po latach, gdy jego Vermeery zdobiły ściany takich galerii jak Rijksmuseum w Amsterdamie czy Boijmans – van Mueum w Rotterdamie, wybuchł skandal związany z wyznaniem ich twórcy - krytycy byli w szoku. Wyznanie to sprawiło, iż świat sztuki zawrzał i podzielił się na tych, którzy od razu dostrzegli fałszerstwo i tych, którzy zarzucili Hanowi oszczerstwo. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, iż ludzie wierzą w to, w co chcą uwierzyć. No bo jak inaczej wytłumaczyć stanowisko tych, którzy mimo szeregu badań empirycznych (badanie promieniami rentgena, badanie na obecność węgla aktywnego, potwierdzenie się zeznań malarza, co kryje się pod powierzchnią farby, a także namalowanie w obecności świadków kolejnego Vermeera) nie przyjmują do wiadomości smutnej prawdy, iż to nie odnaleziona cudem po latach spuścizna siedemnastowiecznego malarza, a wynik doskonałego warsztatu fałszerza.

To ja byłem Vermeerem to także wspaniale zbeletryzowana biografia człowieka, który miał nieszczęście urodzić się kilka stuleci za późno. Han van Meegeren urodził się pod koniec dziewiętnastego wieku, w czasach, kiedy klasyczne malarstwo odchodziło do lamusa, postimpresjonizm zmierzał ku schyłkowi, a królowały kubizm, dadaizm i inne nowoczesne trendy. Meegeren wielbił malarstwo w wydaniu dawno nie żyjących twórców i chciał uznania, jako malarz, który maluje w podobny sposób, jak szesnasto czy siedemnastowieczni mistrzowie. Został wyśmiany z powodu swej staroświeckości.
Postanowił udowodnić, jak bardzo fałszywym i niesprawiedliwym ocenom poddano jego umiejętności i namalować obraz dawno nieżyjącego malarza. Początkowo miał to być obraz będący inną wersją znanego dzieła, po czasie zaczął malować nowe obrazy w stylu wybranego malarza. Wybór padł na  Vermeera, bowiem po pierwsze podziwiał go i bardzo lubił, po drugie był to malarz, o którym wiedziano bardzo niewiele, a którego spuścizna była mało znana, po trzecie żył bardzo znany i szanowany krytyk, którego pragnieniem (a nawet celem życia) było odkrycie nieznanego obrazu tego twórcy (do dzisiaj wielu poszukiwaczy i krytyków sztuki ma taką nadzieję i do dzisiaj wielu się spiera o autentyczność niektórych jego obrazów). Han van Meegeren dzięki gruntownym studiom potrafił odtworzyć nie tylko styl malarza, ale także rodzaj używanych farb, płócien, olejów, laserunków, a nawet potrafił „postarzyć” obraz o jakieś trzysta lat, czyli uzyskać odpowiednią krakelurę (sprawić, aby jego powierzchnia miała odpowiednią siateczkę pęknięć na powierzchni farby). Drobiazgowy i szczegółowy opis techniki fałszerstwa w powiązaniu z opisem bujnego i pełnego przygód życia malarza sprawiają, iż lektura jest niezwykle wciągająca i ciekawa. To ja byłem Vermeerem to też opowieść o człowieku; zachłannym, dumnym, pełnym pychy i nieumiarkowania. Czytelnik dowiaduje się wielu ciekawostek, a jednocześnie z zainteresowaniem śledzi niezwykłe losy Hana. Z wyszydzonego malarza przeradza się dzięki talentowi, wiedzy, umiejętnościom i pewnej dozie szczęścia w niezwykle bogatego człowieka, pędzącego pracowite a zarazem próżniacze życie. Miesiące malowania przeplatane były wypadami do modnych kurortów, przelotnymi przygodami miłosnymi, hazardem, rozpustą i rozrzutnością. W końcu zostaje osadzony w więziennej celi za sprzedaż narodowego skarbu (dzieła Vermeera) marszałkowi Trzeciej Rzeszy, za co grozi mu kara śmierci.

Akcja powieści toczy się częściowo w Amsterdamie, co było dla mnie dodatkowym atutem w związku z niedawną podróżą do tego pięknego miasta. 


Znawcy twierdzą, iż do dzisiaj na ścianach największych galerii świata wisi mnóstwo falsyfikatów. Theodore Rousseau powiedział: "powinniśmy sobie uświadomić, że możemy mówić jedynie o złych falsyfikatach, tych, które wyśledziliśmy; dobre wciąż wiszą na ścianach"."
Książkę gorąco polecam. W ocenie jej waham się pomiędzy 4,5/6 a 5/6.
Zdjęcia nr 1 Czytająca nuty Meegerena, 2. Czytająca list Vermeeera, 3. Proces Meegerena na sali pełnej jego obrazów, 4. Meegeren przy malowaniu Młodego Chrystusa nauczającego w świątyni

A nawiązując do wyrażonej wcześniej wątpliwości, czy podoba nam się coś, co zostało uznane za autentyk i za wybitne dzieło, czy też podoba się, bo trafia w nasz gust, to chcę wierzyć, że nie ulegam sugestiom, kiedy czuję żywsze bicie serca we florenckiej Galerii niż na florenckim Placu.