Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwaszkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwaszkiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 października 2020

Podróże do Polski Jarosław Iwaszkiewicz

Po raz kolejny poznaję pisarza poprzez wspomnienia, a nie za sprawą twórczości. Poznaję, ciekawego świata, bystrego obserwatora i wrażliwego człowieka. Podróże do Polski były dla Iwaszkiewicza podróżami egzotycznymi, bowiem Polska wydawała się mu od dzieciństwa krajem dalekim i nieosiągalnym, a opowieści z tych czasów przemieniały ją w krainę wręcz baśniową. Urodzony na ukraińskiej wsi podróżował Iwaszkiewicz do Polski trzykrotnie, po raz pierwszy w 1902 roku jako dziecko, potem w latach 1911-1914, jako młodzieniec i w końcu w 1918 r. jako ukształtowany doświadczeniami rewolucji i I wojny Światowej  człowiek.

Podróże do Polski są zbiorem impresjonistycznych obrazków, wybiórczych, nie zawsze najbardziej reprezentatywnych, ale z jakichś wiadomych jedynie autorowi sentymentów ważnych dla niego.

Najwcześniejsze wspomnienia związane z pobytem kilkuletniego chłopca w Warszawie wiążą się z Filharmonią, której nowy, wspaniały, przykryty niebieskim dachem gmach mijał podczas pierwszej podróży. Z Filharmonią jego życie wiązało się wielokrotnie, przez udział w przedstawieniach, wspomnienia związane z narzeczoną, przemową na otwarciu odbudowanego budynku, czy uroczyste jubileusze. Ważną rolę na mapie podróży stanowiły też teatry; Teatr Letni w Ogrodzie Saskim czy Teatr Polski, w którym po latach wystawiano jego Lato w Nohant i inne sztuki w jego przekładzie. Kolejne uczestnictwo w ważnych wydarzeniach kulturalnych to pogrzeby wielkich pisarzy, w których uczestniczył (Sienkiewicz, Słowacki, Żeromski, Dąbrowska, Tuwim, Gojawiczyńska, Kruczkowski, Reymont). Przez wspomnienia przewija się Warszawa niszczona przez hitlerowskich barbarzyńców i odbudowywana przez nierzadko znanych pisarzowi młodych ludzi.

…. każde przejście ulicami Warszawy jest podróżą - tającą w sobie więcej wrażeń niż przemierzanie obcych, choć pięknych krajów (str.29). Duma i radość z powodu odbudowy stolicy, zaangażowania jej budowniczych, podziw dla harmonii i spójności planów, łączenia starego z nowym, dbania o detale niezachwiana wiara w głoszone po wojnie idee nie powinny dziwić, kiedy zna się biografię pisarza.

Tutaj, gdzie teraz stoi wyniosły Dom PZPR, pamiętam w 1902 roku wzniesiono pierwszy secesyjny dom w Warszawie - i chodziło się specjalnie go oglądać. Dziwiły skrzynki na kwiaty przy oknach, zdobione blaszanymi liśćmi kasztanów, powyginane oparcia balkonów. Dzisiejsza spokojna elewacja i duża przestrzeń przed Domem Partii jakże się wydają odmienne od tamtej podejrzanej nieco wiedeńskiej nowości (str. 29). Pisarz bezkrytycznie zachwyca się tempem odbudowy. W głębi obrazu przy kościele Świętej Anny rośnie czerwono mur kaplicy Loretańskiej, którą w ostatnich dniach dopiero postanowiono odbudować. Ale i ona również będzie gotowa na 22 lipca. Jeżeli dom na Mariensztacie zbudowano w 19 dni, to co znaczy jakaś tam kaplica? Furda. (str. 38)

Jedna z ilustracji, których w książce sporo (i stanowią jej dodatkowy atut) przedstawia plakat Kawiarni Pod Pikadorem, której otwarcie wyznaczono na dzień 29 listopada 1918 r. Zachęca on do odwiedzin robotników, żołnierzy, dzieci, starców, ludzi, kobiety i pisarzy dramatycznych. Obok ludzi pojawiają się jako odrębna kategoria kobiety. Na pocieszenie są jeszcze dzieci i starcy i parę grup społecznych.

W rozdziale o teatralnych podróżach powtarzając się nieco wspomina sztuki, które oglądał, aktorów i reżyserów, których nazwiska zapisały się w historii teatru (Sulimę, Zelwerowicza, Osterwę, Jaracza, Węgrzyna, Leszczyńskiego, Szyfmana), Teatr Polski wspomina z sentymentem. Oczywiście, gdy oglądałam gmach Teatru Polskiego – jeden z najładniejszych i najpraktyczniejszych gmachów teatralnych europejskich owej epoki- do głowy mi nie przychodziło, że do tego stopnia i przez tyle lat los mój będzie związany z tą sceną, że ją tak pokocham, że będę pracował przy jej odbudowie. Kto mógł myśleć o tym w roku 1913! (str. 48).

Pisząc o Chopinie i Żelazowej Woli pisze zarazem o sobie i każdym z artystów. Związek artysty z krajobrazem, który go ukształtował, jest głębszy niżby to się zdawało. Dzieciństwo i młodość zawsze kładą zasadnicze piętno na cały już potem żywot- w dziełach dojrzałego twórcy raz po raz powraca nuta, która zapada w jego serce od najwcześniejszych czasów. (str.56)

Mnie najbardziej w pamięć zapadną dwie krakowskie scenki.

Zupełnie abstrakcyjnie, jak wspomnienie snu, jak wizję teatralną widzę zawsze z tamtej epoki pochód następujący: chyba ulicę Batorego, środkiem jezdni, bo samochodów licznych wtedy nie było, kroczą Boy w letnim ubraniu, pani Zofia Żeleńska w czarnej sukni, ale z gołą głową (kobieta z gołą głową, dama w owych czasach, na ulicy!) i Witkacy wyprostowany, wyprężony jak to on zwykł chodzić, w jasnym, szarym letnim garniturze, w czarnym żałobnym toczku pani Zofii na głowie, którego czarny welon w obfitych fałdach spadał mu na plecy.

Był to dzień premiery Tumora Mózgowicza w Teatrze Słowackiego. (str. 74)

Był taki maj w Krakowie. Kto nie był w maju w Krakowie, ten  nie wie, co to jest maj. Liście i kwiaty kasztanu powpinane wszędzie w tej starej architekturze działają upajająco. Ja nie rozumiem, jak można być krakowskim studentem, jak można się tutaj uczyć, w tym pejzażu, w tej naturze. A właściwie mówiąc, tylko w Krakowie można w pełni zrozumieć, jak mogła się narodzić Lilka Pawlikowska. (str.77).

Polecam Podróże do Polski, można w nich odnaleźć i czas przeszły i miejsca bliskie sercu pisarza i jego wrażliwość. 

niedziela, 21 lipca 2013

Matka Joanna od aniołów Jarosław Iwaszkiewicz



Wydawnictwo Znak, Kraków 2009 r., ilość stron 163. (seria 50 książek na 50-lecie Znaku)
Miłość jest na dnie wszystkiego, co się w świecie dzieje.
Matka Joanna od aniołów to książka, którą chciałam przeczytać od zawsze, a wszystko za sprawą tytułu. Przyciąga, intryguje, budzi skojarzenia. Aż dziw, że przeczytałam ją dopiero teraz. 
Matka Joanna od Aniołów to powstałe w 1942 roku opowiadanie nawiązujące do przypadku opętania w XVII wiecznym francuskim mieście Loudun. Podobnie brzmiące; nazwa miasta, nazwiska bohaterów, a także samo zdarzenie. 
Do małej mieściny na kresach wschodnich XVII wiecznej Rzeczypospolitej (Ludynia), gdzie opętana przez diabły została grupa mniszek z klasztoru Urszulanek, przyjeżdża jezuicki egzorcysta, ksiądz Suryn. Akcja dzieje się jesienią, co nadaje klimatowi opowiadania szczególnie mroczny i tajemniczy charakter.
Opowiadanie pełne jest niedomówień. Czy księdzu uda się wypędzić diabły z opętanej duszy Matki Przełożonej i czy tak naprawdę Matka Joanna od Aniołów wraz z podopiecznymi została opętana siłami nieczystymi to zasadnicze, choć nie jedyne pytania, na jakie natrafia czytelnik podczas lektury.
Na pewno można odczytywać je na wiele sposobów.
Opowiadanie dotyka odwiecznego tematu dobra i zła, ich genezy. „Dusza ludzka nie ma kształtu szklanki. Podobna jest raczej do włoskiego orzecha, tyle tam kawałków, części, zakamarków, zagłębień. I jeżeli diabeł, uchodząc z duszy ludzkiej, zostawi w głębinie samej w oddalonej jakiejś cząstce duszy choć krople swojego diabelstwa, to kropla ta zepsowa wlewającą się miłość bożą, jak kropla inkaustu psuje cały kielich wina. Ksiądz Suryn obok tego światła spostrzegał mimo wszystko małą, ciemną przestrzeń garnącą się do dna jego istoty, małą, czarną komórkę — na wskroś różną od tego światła, od tej jasności bożej — małe, ale osobne miejsce, gdzie skurczone i schowane, prawdziwie jednak obecne, przebywało zło. I w miarę jak modlitwa się przedłużała, z owego małego jądra ciemności poczynały się rozwijać jakieś macki czarne i giętkie, rozplątywały się z węzłów i gruzłów i coraz bardziej odsuwały światło Jezusowe. Cały czarny kompleks powiększał się coraz bardziej — i nagle ksiądz Suryn spostrzegał oczami ciała prawie, oczami wyobraźni całą okazałość i całą potęgę zła. I świat cały rozdwajał się przed nim na światło i mrok, na jasność i ciemność”  Zło, siedzi w każdym człowieku i może równie nagle pojawić się w nim, jak i zniknąć. Opanowuje duszę człowieka pod wpływem jakiegoś impulsu, albo też narasta latami. Opanowuje duszę Joanny, córki księcia zubożałego rodu, który „siedzi w błotach smoleńskich i nikt o nim nie wie”, a ona "uwięziona" w klasztorze, ma ambicje zostać „kimś więcej" niż tylko zwykłą zakonnicą.

O gdybyś ty mnie uczynił świętą! To jest jedyna tęsknota! Ale ty mnie chcesz upodobnić do tysięcy, tysięcy ludzi, jacy błądzą bez celu po świecie! Chcesz mnie uczynić taką samą zakonnicą - jak ojciec mój chciał mnie uczynić córką, matką, żoną (...)….jeżeli nie można być świętą, to lepiej już być potępioną.. Joanna osoba o skłonnościach aktorskich potrzebuje publiki i zainteresowania.
Interesująca jest również postać księdza Suryna; nieznającego świata jezuity, którego ścisłe trzymanie się reguł życia klasztornego, nienaganna postawa, otoczka człowieka niemal „świętego” nie są w stanie zastąpić braku wiary(?) czy może powołania(?). To właśnie uciekanie od życia doczesnego w bezpieczne odizolowanie, z dala od pokus i z dala od problemów codzienności, to poczucie wyższości wydają mi się oznaką braku szczerej wiary, jaką prezentuje dla przykładu ksiądz Brym. Tymczasem spotkanie z kobietą potrafiącą doskonale manipulować ludźmi (do tego kobietą, która budzi w nim uczucia nie koniecznie duchowe) wyzwala w nim ów pierwiastek zła, który na dnie każdego drzemie.
I pojawia się pytanie, czy gdyby nie wybór takiej właśnie drogi życiowej losy Suryna potoczyłyby się tak, jak się potoczyły. Czy to spotkanie z Joanną, (które uświadomiło mu, iż wybrał być może niewłaściwą drogę) wywołałoby „diabły” (czytaj zło), gdyby Suryn nie był zakonnikiem.
Opowiadanie odczytuję, jako opowiedzenie się autora nie tylko przeciwko celibatowi, a też przeciwko życiu w zakonie, które dla wielu osób jest życiem wbrew naturze.
 "To nie są może demony, to może tylko brak aniołów?" - jak mówi reb Isze.
"Anioł odleciał od matki Joanny i oto została sama z sobą. Może to tylko własna natura człowieka?"  
W opowiadaniu jest więcej ciekawych postaci, oczywiście mnie zaciekawiła moja imienniczka; jedyna nieopętana diabłem siostrzyczka, którą obdarzyłam sympatią nie za jej świętość, a za jej  słabości, które są przecież tak ludzkie. 
Ponieważ opowiadanie powstało podczas wojny to należałoby je odczytywać także, jako opowiedzenie się przeciwko złu, które z pozoru wygląda niewinnie a nawet czasami przybiera szatę świętości.
Wydaje mi się, że właśnie ta wielość możliwości interpretacyjnych to największa zaleta opowiadania.
Język stylizowany na siedemnastowieczny, zawiera sporo archaizmów, co powodowało pewne zwolnienie tempa czytania.. Reasumując - cieszę się, że w końcu książkę przeczytałam. 
Moja ocena 4,5/6 
Zaliczyłam Iwaszkiewicza do klasyki i naszły mnie wątpliwości, czy słusznie? 

sobota, 11 maja 2013

Podróże do Włoch Jarosław Iwaszkiewicz (audiobook)



Włochy są nieodmiennie inspiracją dla pisarzy. Niemal każdy pisarz-podróżnik spisuje i wydaje swoje wrażenia. Zgodnie z przytoczonym na początku książki cytatem „nie ma nic nudniejszego, jak czytanie opisów włoskich podróży poza ich produkowaniem, chyba, że piszący je postara się o samych Włoszech pisać, jak najmniej”. Ja jednak bardzo się cieszę, że opisywanie podróżniczych wojaży po Italii nie skończyło się na pisarzach zeszłych stuleci. A dzięki Zeszytom Literackim możemy poznać włoskie wrażenia nie tylko Pawła Muratowa czy Zbigniewa Herberta, ale i Wojciecha Karpińskiego, Marka Zagańczyka, Adama Szczucińskiego czy Ewy Bieńkowskiej.
Właśnie tego typu relacji, które nie są nudnymi przewodnikami najeżonymi datami, stylami, słowami, których znaczenia trzeba szukać w słownikach wyrazów obcych poszukuję przed każdą, kolejną podróżą.
Autor pisze, że podróżować można wieloma śladami; obrazów, kwiatów, słów, literackich bohaterów, własnych wspomnień. Podróże odbywane na przestrzeni pięćdziesięciu lat siłą rzeczy skupiają się poza innymi aspektami także zmianach związanych z rozwojem, ale też z przemijaniem. Zmiany są nieuchronną częścią życia; zarówno miejsc jak i ludzi. Tak, jak zmieniają się oblicza odwiedzanych miast, tak zmienia się nasza percepcja, nasze postrzeganie, nasze doświadczenia, tak też nasz osąd miejsca może być za każdym razem inny, wcale nie gorszy, czy lepszy, ale po prostu inny. W zachwycie pisarza dla miejsc odwiedzanych na początku zeszłego stulecia widać sentyment do czasów młodości, nawet nieporadność związana z nieumiejętnością podróżowania, brakiem doświadczeń, czy brakiem wiedzy budzi czułe wspomnienia. Zmiany czasami trudno ocenić; bo jeśli wzrost liczby samochodów, czy natłok turystów postrzegane są jednoznacznie, to już przenoszenie obrazów ze świątyń do muzeów może budzić mieszane uczucia, a wprowadzanie przestrzeni miejskiej wolnej od ruchu drogowego to już rzecz godna pochwały.
Podróże do Włoch są syntezą wszystkich włoskich podróży, które były udziałem pisarza, syntezą jego przemyśleń i wspomnień, przeżyć związanych z tymi podróżami. Napisane w dojrzałym wieku miały też być syntezą jego twórczości.
Pisarz wziął sobie do serca przytoczony wyżej cytat, iż pisząc o Włoszech najlepiej pisać o nich, jak najmniej. Dlatego jego wrażenia z podróży splatają się z wrażeniami muzycznymi, malarskimi, architektonicznymi, literackimi. Iwaszkiewicz pisze też o sobie, swoich książkach a także o spotkaniach z wielkimi tego świata.
Podróże do Włoch to takie fragmenty wspomnień, które wywołują piękne obrazy, świątynie, koncerty, rozmowy, miejsca.
Jest to próba opisania Włoch bez patosu, ckliwości, przeładowania, pstrokacizny. Nie wiem, jak książkę oceni osoba niemająca podróżniczych doświadczeń, nie wiem, na ile zaciekawi ją opisywany przez pisarza świat. Nie potrafię odnieść się do niej wyzbywając się obrazów miejsc, jakie mam pod powiekami. Tak, więc moja ocena lektury jest oceną osoby, która ma pewne doświadczenie w wojażach po Włoszech (w stosunku do pisarza niewielkie, lecz w stosunku do wielu osób dość bogate). Może temat jest mi na tyle bliski, że nie potrafię być obiektywna, a może książka jest rzeczywiście ciekawie napisana. Efekt jest taki, że wysłuchałam jej z dużą przyjemnością.
Szalenie lubię takie wyrywkowe wrażenia, takie pisanie obrazami, fragmentami i to pomieszanie rzeczywistości z fikcją literacką. Jakże często podróżnicze wrażenia są sumą wyobrażeń, snów, literackich odniesień, etc., etc..
Podoba mi się pisanie o obrazach, o których trudno wyczytać w przewodnikach, a także pisanie o odkryciach śladem, których chciałoby się podążyć.
Autor pisze o miejscach, które przyciągają najbardziej (Rzym, Wenecja, Florencja, Pizza, Neapol, Bari, Taorima, Parma), ale pisze w sposób, który nazwałabym fragmentarycznym, pisze o detalach; ulubionym obrazie, ulubionej fontannie, kawiarence, koncercie, który tu wysłuchał, a który zrobił na nim wrażenie, o książce, którą tu czytał lub która mu się z miejscem kojarzy.
Odniosę się do moich miast najukochańszych widzianych oczyma pisarza. Wenecji nie wyobraża sobie bez świątyni Santa Maria della Salute (ja także). W Katedrze Św. Marka nie potrafi dostrzec całości, bo przesłania mu ją poezja własna i poezja Błoka. Największe wrażenia robią nań obrazy, o których nie piszą żadne przewodniki. Pisze o źle konserwowanych i źle restaurowanych eksponatach w Akademii Sztuk Pięknych, która poza salą Belliniego sprawia wrażenie rupieciarni. A największe wrażenie zrobił nań obraz Carpaccia Dziesięć tysięcy ukrzyżowanych Chrystusów. A w tle tych wszystkich odkryć snuje rozważania, o zmianie w odbiorze dzieła; obrazy, które kiedyś zachwycały dzisiaj nie budzą żadnych emocji i odrotnie, o natłoku turystów pędzących nie wiadomo gdzie i nie wiadomo, po co, którzy są równie obojętni na uroki kościoła Frai, co na krzywdę zwierzęcia, o tonącej, jak Wenecja kulturze, (bo kogo dziś interesują obrazy Carpaccio, Belliniego czy Tintoretta), o okropnej sztuce rekonstruowania, która polega na łączeniu ocalałych fragmentów obrazów z konturami dzieła, co sprawia upiorne wrażenie oraz o metafizycznych doznaniach, jakie wywołuje sztuka.
Bardzo podobają mi się te fragmenty opisów, te skrawki, które wryły się w pamięć. Włochy są dla pisarza miejscem, które wywołuje wspomnienia; innych krajów, miejsc. Jest tu taki ciąg skojarzeń, które mogą być niezrozumiałe dla czytelnika, jeśli nie da się on poprowadzić. Z opisów Wenecji zostanie mi w pamięci piękny, plastyczny opis grobu Strawińskiego (cicho, spokojnie, błogość i ukojenie, niczym w rodzimych stronach kompozytora).
Florencja to miejsce bardzo ważne dla pisarza, miejsce, gdzie oddycha się kontemplacją sztuki (dla mnie też). Florencja nieodmiennie kojarzy się z Michałem Aniołem. Pisarz podkreśla, jak ogromne znaczenie ma dla niego fakt, iż żyje w świecie, w którym istniał taki geniusz sztuki. Oglądając jego dzieła można poznać myśli i uczucia twórcy. Pisze o zachwycie, jaki wywołały na nim i jego przyjacielu posągi Jeńców w Akademii Sztuki, pisze o zderzeniu pomiędzy młodzieńczym dziełem Dawida, a dojrzałym dziełem Jeńcy, zderzeniu między człowiekiem tryumfującym, a człowiekiem pokonanym. Przypominał mi tym samym moje wrażenia, jakie wywołały na mnie uwięzione w kamieniu postacie (o czym pisałam tu). Pisze też o odwiedzinach w kościele Św. Wawrzyńca, gdzie Michał Anioł dzieli się z nami wiecznością (Dzień i Noc, Jutrzenka i Zmierzch). Ale Florencja to przecież wielość tak wielu. Iwaszkiewicz pisze o swoich odkryciach; o nieznanej rzeźbie Witta Stwosza, o malarstwie Gozzolego, o leżącym w pobliżu Florencji Arezzo. A pomiędzy tymi opisami jest też miejsce na refleksje o nadmiarze ludzi w muzeach, czy niepogodzie we Florencji, którą wynagradzają chwile słońca oświetlające Santa Maria Dell Fiore. Opisy miejsc i dzieł można potraktować, jako tropy-podpowiedzi, jako drogowskazy do dalszych poszukiwań.
Rzym to dla pisarza miejsce szczególnie drogie, miejsce, w którym żyje, mieszka, odpoczywa od rzeczywistości, miejsce oderwania od codziennych kłopotów. To tutaj czuje się prawdziwym Europejczykiem. Pisze o tym, jak lubi siedzieć i obserwować turystów na placu pod Panteonem, żółte załomy ścian kamieniczek, ruch na Piazza Navona, odwiedzać kościół Św. Augustyna, podążać śladem malarstwa Caravaggia, o kościele Św. Praksedy z pięknymi mozaikami, o kaplicy Contarellich w kościele Św. Ludwika Króla Francji. A pomiędzy tymi rzymskimi obrazami przewijają się refleksje o ludzkiej nienawiści (uszkodzenie Piety Michała Anioła), o boleści, jaką napawa napis In restauro, (co oznacza nie tylko wiele miesięcy pozbawienia kontaktu z dziełem, ale także nieodwracalne szkody pokrycia zbyt jaskrawą barwą), o podróżach śladem malarzy (Caravaggio oglądany w Rzymie, Florencji, Londynie), o zbyt uczonym opisywaniu obrazów zamiast pozostawienia odbiorcy prostoty odbioru i własnych skojarzeń, własnych odczytań, a także o nowej modzie na party, gdzie rozmowy są odzwierciedleniem małych przekąsek, z których nic nie wynika. Pisze też o oczarowaniu książką Lampart, o tęsknocie do kraju, będącej nieodłączną siostrą podróży, a także o przedstawieniu Hamleta, które staje się przyczynkiem do wspomnień na temat innych przedstawień oglądanych w kraju.
Aby na końcu dojść do wniosku, że nie można słowami oddać piękna Italii, tak, jak nie można odtworzyć słowami świata, dlatego właśnie pisze o fragmentach, urywkach, detalach.
I ta wyżej opisana część podróży jest dla mnie najbardziej interesująca. Przez karty książki przewijają się także znane postacie. Sporo miejsca poświęcił pisarz Karolowi Szymanowskiemu (kuzynowi), są też wspomnienia koncertów Rubinsteina, Strawińskiego, są spotkania z pisarzami, dyplomatami, politykami.
Ponieważ zupełnie nie znam twórczości pisarza jego odniesienia do własnej twórczości były dla mnie nieco mniej zajmujące.
Pewne spostrzeżenia się dziś zestarzały, bo znikły już pewne zjawiska i miejsca, nie mniej w zasadniczej części książka jest nadal aktualna, aktualne są pewne refleksje jej autora, a opisywane dzieła niezmienne, jedynie uczucia, jakie wywołują zależeć będą od indywidualnego postrzegania.
Książkę czyta Aleksander Bardini.
Moja ocena 4,5/6