niedziela, 9 października 2011

Florencko-rzymskie urodziny

Do tej pory, pierwszą rzeczą, jaką robiłam powracając z wakacji było rezerwowanie biletu lotniczego na kolejną wycieczkę. Tylko to pomagało mi zmagać się z szarą rzeczywistością i czekać kilka miesięcy na nową przygodę. Dziś kiedy grudniowy wyjazd już od dawna stał się nie tylko szalonym pomysłem, ale pewnikiem zaczęłam planować styczniową wycieczkę. Od kilku już lat robię sobie prezent urodzinowy w postaci krótszej lub dłuższej wycieczki. Szukając pomysłu przypomniałam sobie jedne z moich najpiękniejszych urodzin. 

W styczniu 2010 roku leciałam na kolejne spotkanie z Rzymem i Florencją w pakiecie z mieszanymi uczuciami. Cieszyłam się, ale też zastanawiałam, czy to możliwe, aby było tak pięknie, jak poprzednim razem (październik 2009 r.). Że przecież nic dwa razy... i nie wchodzi się do tej samej rzeki... itp., itd. Kiedy przeżyję coś pięknego zawsze myślę sobie, szkoda, że to niemożliwe, aby piękne przeżycia powtarzały się tak często. Przecież wulkany emocji, płomienie uczuć i ekstaza radości nie są zjawiskiem nagminnym.
A potem zdarza się kolejna ... Florencja, spektakl, książka, film i znowu świat robi się taki cudowny i znowu unoszę się w przestworzach. 
Kiedy dojechałam do Florencji wszystko wybuchło z nową siłą. Rzuciłam tylko plecak, zmieniłam kurtkę i buty i ruszyłam w świat Dantego, da Vici, Michała Anioła, Petrarki, Galileusza. 
Florencję odwiedzałam po raz drugi. Kilka lat wcześniej byłam tam jedynie z powodu nieodwzajemnionego uczucia do Sandro. Sandro B. być może odwzajemniłby moje uczucia i zmienił nawet orientację seksualną, gdyby nie to, że od kilkuset lat już nie żyje. Żyją jednak nadal jego dzieła. Botticelli był moja pierwszą miłością, jeśli chodzi o malarzy. Jak daleko pamięcią sięgam, zawsze podobały mi się Narodziny Wenus oraz La Primavera (Wiosna)- na obrazie powyżej. Są takie bajkowe. Przełożenie antycznego mitu na renesansowy kult ciała. Paleta barw jest tak rozległa, a jednocześnie są takie zwiewne, eteryczne i delikatne. Kolory żywe, ale nie agresywne. Tak bardzo pragnęłam obejrzeć je w rzeczywistości, że niemal obraziłam się na supozycję, aby może odpuścić sobie wizytę w Uffizi, z powodu kolejki osób czekających do wejścia.
Teraz wydaje mi się to moje ukierunkowanie niemądre. Florencji nie można przecież postrzegać jedynie w kontekście jednego z jej przedstawicieli, nawet, jeśli miałby nim być sam mistrz Michał Anioł (dla odmiany moja ostatnia miłość). Florencja to przecież wielość tak wielkich (Dante, da Vinci, Galileusz, Botticelli, M. Anioł, Brunelleschi, Machiavelli, Boccaccio, Cellini, Medyceusze) Florencja to też cała rzesza bezimiennych budowniczych, kamieniarzy, rzemieślników.

Zachłysnąwszy się widokiem Placu Katedralnego i jego zabudową (pisałam o nim we wpisie- Florencja-nudne wakacje część 2) udaję się do Muzeum Katedralnego (Museo dell Opera), gdzie znajduje się Pieta Michała Anioła. 
I pomyśleć, że wcześniej Pieta M. Anioła kojarzyła mi się z jedną, jedyną Pietą, znajdującą się w Bazylice Św. Piotra w Watykanie (Pietą, w której twarz Matki Boskiej jest tak cudownie piękna i młodzieńcza, że wygląda młodziej od swego syna). Podziwiam więc tę Pietę, przy której tworzeniu został pokonany przez materię (wadliwy materiał) i zdenerwowany uszkodził własne dzieło. Dojrzałość postaci, emocje, jakie ze sobą niesie robią naprawdę olbrzymie wrażenie. Jest w niej tyle ekspresji, tyle bólu, tyle życiowych doświadczeń, jest tak przejmująca i tak piękna.
Pomnik, który miał zdobić jego grobowiec znalazł miejsce w Muzeum Katedralnym. Piszę o tym więcej we wpisie moi ulubieńcy. Nie był to pierwszy przypadek, kiedy Michał Anioł został pokonany przez przeciwności losu. 


Podobnie rzecz miała się z dziełem i przekleństwem jego życia Kaplicą Nagrobną Juliusza II, czterdzieści lat udręki ze spadkobiercami zmarłego Papieża i jego następcami i zaledwie szczątkowe dzieło Mojżesz w otoczeniu dwóch kobiecych postaci(na zdjęciu obok) lądują w kościele Św. Piotra w Okowach w Rzymie (niepozornym, ukrytym wśród kamieniczek kościele, znanym dziś głównie z tego dzieła).
Kiedy przechodząc koło Galerii Uffizi zobaczyłam, że nie ma kolejek do kasy nie mogłam się oprzeć i zrobić sobie takiego prezentu. Tym sposobem ponownie obejrzałam „mojego" Sandro i jego Wiosnę i Narodziny Wenus, Tondo Doni Michała Anioła, Zwiastowanie da Vinci, Papieża Leona X Rafaela i Wenus z Urbino Tycjana i "parę" innych dzieł. 
Następnego dnia ogromne przeżycie czekało mnie w Galleria Dell' Accademia- tj. w miejscu, w którym znajduje się oryginał Dawida (kopię widziałam oczywiście dzień wcześniej na Piazza Signioria pod Palazzo Vecchio). I znowu podobnie, jak poprzednio w Kaplicy Sykstyńskiej znalazłam sobie ławeczkę i siedziałam na niej z pół godziny patrząc i oglądając i podziwiając. I nie wiem, czemu, ale ten oryginał wydawał mi się zupełnie inny od kopii, bardziej dostojny, piękniejszy, mniej zniszczony. Czy taka jest prawda, czy to siła sugestii nie wiem. Z tym zniszczeniem to pewnie prawda, w końcu kopia jest wystawiona na działanie sił atmosferycznych; deszczu, wiatru, zanieczyszczeń, słońca, a oryginał stoi pod dachem, w odpowiednim oświetleniu i jest mu dobrze, przynajmniej teoretycznie powinno być mu dobrze. Stoi tu sobie już ładnych paręset lat, wcześniej to on mókł na deszczu na Piazza della Signioria. Poza Dawidem znajdują się tutaj Czterej Niewolnicy (Jeńcy) Michała Anioła, którzy mieli być częścią kaplicy nagrobnej Juliusza II.

Niewolnicy są to właściwie, jak większość późniejszych prac Michała Anioła nieukończone dzieła (jakieś fragmenty torsów, postaci męskich, uwięzione w skale). Na ilustracjach w książce robią niewielkie wrażenie, ot kawałek kamienia, w którym ktoś zaczął coś tam tworzyć, a w rzeczywistości są tak ekspresyjne i tak przejmujące, że znowu ogarnia mnie myśl, czy rzeczywiście to co skończone i dopowiedziane (Pieta Watykańska) jest najpiękniejsze, czy też to co niedopowiedziane, czasami oszpecone, niedoskonałe czy to nie może być równie pięknie.
Pozwoliłam sobie na jeszcze jedną ucztę duchową- wizytę w Kaplicy Medyceuszy, w której znajdują się wyrzeźbione przez Michała Anioła rzeźby - personifikacje Dnia i Nocy oraz Poranka i Zmierzchu, jak również Matka Boska i Św. Kosma i Damian a także dwaj młodzieńcy mający przedstawiać zmarłych przedstawicieli rodu Medyceuszy.
Kaplica monumentalna, pomniki nagrobkowe olbrzymie, a i tak najbardziej znane potomnym są nagrobki zdobiące groby dwóch mało znanych przedstawicieli tego wielkiego rodu.
Udało mi się pojechać na Piazza M. Angelo, skąd rozlega się przy dobrej pogodzie wspaniały widok na całą Florencję. Widać to, co w architekturze najpiękniejsze (Santa Maria del Fiore, Santa Croche, Wieżę Pallazzo Vecchio, Ponte Vechio, Kaplicę Medyceuszy). Stąd wychodzą piękne zdjęcia. Można wreszcie zmieścić w obiektywie aparatu całą katedrę Santa Maria del Fiore. Na placu wznosi się pomnik - kompilacja kilku rzeźb Michała (Dawid w otoczeniu personifikacji Poranka, Zmierzchu, Dnia i Nocy). Na wzgórzu wznosi się najstarszy kościół Florencji San Miniato.
Dopiero będąc tam można zrozumieć tęsknotę Michała Anioła, czy wcześniej Dantego za Florencją, z której ich wygnano i do której nie mogli powrócić. Sama już tęsknię za Florencją.

Z Florencją też wiąże się mój najcudowniejszy dzień urodzin. Otóż w tym dniu miałam wszystko o czym marzyłam; obudziłam się we Florencji, poszłam na spacer na Piazza Signoria i do Dawida. Na obiad wróciłam do Rzymu. Zjadłam pyszny obiad w Trattorii pod Panteonem. Po wspaniałych grillowanych kalmarach, sałatce z mozzarellą, bruschetcie i butelce wina było mi bardzo przyjemnie i wesoło. Na tyle wesoło, że prowadziłam (w języku będącym mieszaniną włoskiego i angielskiego oraz migowego) konwersację z parą Niemców siedzącą przy sąsiednim stoliku. Do rachunku dostałam gratis kieliszek limoncino. Przeszłam się na Pizza Navona, pod Zamkiem Św. Anioła ślizgałam się z dzieciakami na ślizgawce. Pod wieczór doszłam do Watykanu. Zachowując resztki rozsądki nie poszłam do Grobu Ojca Św. Obawiając się, że jest mi zbyt wesoło na odwiedzanie tak dostojnego miejsca. Cały dzień była piękna słoneczna pogoda, a był to 29 stycznia.
Wróciwszy do domu usłyszałam pukanie do drzwi. To była moja gospodyni Edyta z rodziną. Przyszli z tortem lodowym i szampanem, aby uczcić moje urodziny.
Jadąc na tę wycieczkę, jak sama ją nazywałam Rzym w pakiecie z Florencją traktowałam ją właśnie tak, jako dodatek do Rzymu, a tymczasem teraz nie wiem, co było dodatkiem do czego. 
Zdjęcia: 1. La Primavera Botticelli w Galerii Uffizi, 2. Katedra Santa Maria dell Fiore- a raczej jej fragment, 3. Mojżesz Michała Anioła w kościele Piotra w Okowach w Rzymie, 4. Jeden z czterech Jeńców M.Anioła w Galleria dell Accademia 5. Widok na Florencję z Piazza M.Angelo

6 komentarzy:

  1. Gosiu, przypuszczam, że był to najcudowniejszy prezent urodzinowy jaki życie Ci dało.
    Nie ważne jest, że sama za wszystko zapłaciłaś.
    Spędziłaś cudowne chwile w cudownych miejscach.
    Rzym i Florencja o takiej porze zimowej porze... i do tego
    w blaskach słońca, to był i zawsze będzie niezapomniany pobyt. A na dodatek sadziłaś, że końcówkę dnia spędzisz sama, a tu taka miła niespodzianka, znajomi z tortem i ...szampanem. Nic dodać...
    Do następnych urodzin.
    Pozdrawiam
    Sara-Maria

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę, że w ogóle miałaś możliwość poznania tego cudownego miejsca. Ja niestety choć bardzo marzę o Florencji oraz Paryżu narazie muszę pogodzić się z tym, że nieprędko będzie mnie stać na dalszy wyjazd.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Saro-Mario Takie prezenty robię sobie od kilku lat i rzeczywiście są to moje najpiękniejsze prezenty urodzinowe. Zaczęło się od wypadów do Warszawy do Teatru Roma, potem był Kraków, w końcu trafił się też Rzym i Florencja. Ja wiem, że to kosztowny prezent, ale drogie Panie czasami warto zrobić coś dla siebie i sprawić, że zamiast goryczy upływu czasu poczujemy słodycz pięknych wrażeń.
    @Cyrysia - witam na moim blogu, cieszę się, że tu zagościłaś. To, że nieprędko nie znaczy, że wcale. Ja będąc w wieku większości moich czytelników także nie podróżowałam tak dużo i tak często. Ale czasami warto poczekać. Z wiekiem chyba bardziej doceniam te moje podróże i czerpię z nich całymi garściami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Takich urodzin to tylko pozazdrościć (ale tak pozytywnie). Znalazłaś bardzo nieszablonowy sposób obchodzenia swoich urodzin, który przynosi Ci wiele satysfakcji i radości - co widać z Twoich wpisów. I oby tak dalej!!!!

    Chyba muszę sięgnąć po "Udrękę i ekstazę" bo widzę wielkie braki w mojej wiedzy o Michale Aniele. Podziwiałam będąc w Rzymie rzeźbę Mojżesza i nie wiedziałam nawet, że to tylko fragment większego dzieła.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znalazłam sobie i obejrzałam Pietę Florencką - piękna, ale ta Watykańska jak dla mnie to mistrzostwo świata. Odrealniona, anielska. Ach.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Balbina Mojżesz rzeczywiście miał być jedynie fragmentem olbrzymiego pomnika (a właściwie całej kompozycji) nagrobnego, w skład którego miało wchodzić poza budowlą ponad czterdzieści dużych figur-posągów, nie licząc mniejszych figurek i ozdobników (z tego co pamiętam). A przecież to co zostało wydaje się kompozycją samą w sobie ciekawą i oryginalną. Ja przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
    @Agnes - przez długie lata i dla mnie tamta watykańska była najcudowniejszą pietą, dzisiaj nie umiem wybrać, bo każda z jego rzeźb wydaje mi się arcydziełem. No, ale pisałam już, ja nie jestem obiektywna w stosunku do M.A. :)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).