Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 15 lipca 2024

Uciekinierka Alice Munro

Wydawnictwo Dwie siostry 2009
Pierwsze spotkanie z prozą noblistki i pierwszy od dawna powrót do opowiadań, gatunku literackiego, który przez długi czas omijałam szerokim łukiem. Miałam za złe opowiadaniom to, że ledwie zdążę się zaprzyjaźnić z bohaterami już muszę się z nimi żegnać. Jeszcze jestem w środku historii, a już muszę o niej zapomnieć i wejść w nową. Z powodu krótkiej formy wydawały mi się one niesłychanie ulotne. Zapominam treść niemal natychmiast po przeczytaniu. Jak dotąd jedynie opowiadania Maupassanta i jedno z opowiadań Iwaszkiewicza (Upadek Ikara) poruszyły mnie na tyle, że zapadły głębiej w pamięć. A może po prostu musiałam do nich dojrzeć.

Uciekinierka to zbiór ośmiu opowiadań o życiu pięciu kobiet. Jest to w ogóle proza niezwykle kobieca, emocjonalna, przy czym stworzona językiem prostym i pozbawionym zbędnych ozdobników. Pięć kobiet spotykamy na rożnym etapie ich życia, za to w bardzo ważnych dlań momentach podejmowania decyzji. Decyzji, które wpłyną na dalsze losy, ich, czasem ich bliskich. Choć bywa i tak, że nie tylko podejmowane decyzje, ale też przypadek pokieruje ich życiem. Każda z bohaterek poszukuje swojego miejsca w życiu, wolności od krępujących zobowiązań, konwenansów, każda szuka szczęścia na swój sposób, nie zawsze je znajdując. Każda też dochodzi do wniosku, iż nie można uciec od samej siebie. Uciekając czy to od męża, czy od rodziny, czy od wymogów otoczenia nie da się uciec od siebie.

Bohaterka pierwszego opowiadania Carla uciekła najpierw od rodziny, aby zamieszkać z mężem, potem od męża, aby znaleźć wolność i możliwość samorealizacji (czy na pewno, a może uciekła przed odpowiedzialnością za swą nieprzemyślaną, wymyśloną historyjkę, którą opowiedziała mężowi), aby w końcu podjąć właściwą (czy na pewno?) decyzję.

(Carla) Nie potrafiła sobie tego wyobrazić [nowego życia]. Jazdy metrem czy tramwajem, zajmowania się nowymi końmi, rozmów z nowymi ludźmi, codziennego życia pośród tłumów ludzi, którzy nie są Clarkiem [mężem].
......

Najdziwniejsze było to, że robiła to wszystko [uciekała], jechała tym autobusem w nadziei, że odnajdzie siebie samą. Że...weźmie odpowiedzialność za własne życie. I nikt nie będzie się na nią wściekał i zatruwał jej dni swoimi humorami. (str.42).

Najbardziej podobało mi się opowiadanie Sztuczki. Jest takie w stylu Wiktora Hugo. Tutaj sporą rolę odgrywa fatum (małe spóźnienie, choroba pracownicy pralni, inna sukienka i wszystko potoczyło się nie tak). Dwudziestosześcioletnia ucząca się pielęgniarstwa i opiekująca chorą siostrą Robin co roku jeździła do teatru na jedną ze sztuk Szekspira. Od chwili, kiedy pierwszy raz przypadkowo znalazła się w teatrze nie wyobrażała sobie dalszej egzystencji bez tej odrobiny, namiastki czegoś, co uważała za prawdziwe, ważne, istotne. Kiedy wychodziła z teatru nadal przebywała w świecie sztuki, nie potrafiła rozmawiać z ludźmi o zwykłych prozaicznych sprawach. Najchętniej wyszłaby stamtąd sama i do nikogo nie odzywała się przez dwadzieścia cztery godziny. Jedna z pielęgniarek …. powiedziała kiedyś: W życiu bym się nie odważyła pójść tam sama” i wtedy Robin zdała sobie sprawę, jak bardzo różni się od większości ludzi. Najlepiej czuła się w teatrze, otoczona obcymi. Po przedstawieniu szła wzdłuż rzeki do centrum miasta i znajdowała jakieś niedrogie miejsce, gdzie można coś zjeść - zwykle kanapkę - siedząc na stołku przy barze. Wracała do domu pociągiem za dwadzieścia ósma. I to wszystko. Jednak te kilka godzin dawało jej pewność, że życie do którego wraca, takie jakieś prowizoryczne i niezadowalające, jest tylko tymczasowe i łatwo można się z nim pogodzić. I za nim, za tym życiem, za wszystkim jest jasność, którą wyraża światło słońca widziane z okien pociągu. Światło słońca i długie cienie na letnich polach, jak resztki sztuki w jej głowie. (str. 279). Przypadek sprawia, że Robin podczas jednego z takich powrotów spotyka interesującego mężczyznę, który pomaga jej w kłopotliwej sytuacji (utrata torebki z pieniędzmi i biletem powrotnym do domu). Uwięziona w domu ze schorowaną siostrą cały rok planuje kolejne spotkanie z nieznajomym. Kiedy Robin dociera do drzwi jego domu mężczyzna zamyka jej drzwi przed nosem. Kobieta całe życie żyje w przeświadczeniu, że została oszukana. Dopiero po wielu latach odkrywa zaskakującą prawdę. Czy będzie jej lżej z tą prawdą, czy też dojdzie do wniosku, że popełniła błąd.

Historie opowiedziane przez narratorkę składają się pozornie z mało znaczących wydarzeń (ucieczka kozy, rzucenie się pod pociąg poznanego przed chwilą nieznajomego, zbyt późno zaniesiona do pralni sukienka ...)

A jednak te historie wpływają na losy bohaterek.

Trzy opowiadania, których bohaterką jest Juliet posłużyły za scenariusz filmu Almodovara Julieta. Jest to historia matki, od której odeszła córka. Dramat kobiety, która nie rozumie co było przyczyną decyzji jej córki; czy wina leżała po stronie Juliety, czy to Penelopa była okrutna zostawiając matkę bez słowa wyjaśnienia, czy choćby pożegnania. Kobieta cale życie będzie się zadręczać, co zrobiła nie tak, gdzie popełniła błąd.

Najpierw myśli, że to z powodów światopoglądowych, bo sama nigdy nie była osobą wierzącą. Gdybym ją nauczyła modlitwy, nic takiego by się pewnie nie stało. Powinnam była, powinnam. To by było jak szczepienie. Nie zadbałam o jej uduchowienie. (str. 160).

Potem zastanawia się, czy to brak dialogu spowodował oddalenie córki. Czy powinnam był z nią rozmawiać o szlachetnym życiu? Spytała. O poświęceniu? Otwieraniu na potrzeby innych? Nigdy o tym nie myślałam. Zachowywałam się tak, jakbym chciała, żeby wyrosła na osobę taką jak ja. Czy to ją zraziło? (str.179)

Munro nie daje nam odpowiedzi, niczego nie wyjaśnia, a to sprawia, że sami zastanawiamy się nad poruszonymi tu kwestiami. Dlaczego Carla wróciła, dlaczego los okazał się  okrutny dla Robin, dlaczego Penelopa nie odezwała się nigdy do matki. Może i ona próbowała uciec sama od siebie.

Bardzo interesująca proza i pobudzająca do refleksji. Autorka pisze prostym językiem o zwykłych sprawach, które stają się w jej wydaniu niezwykle interesujące. Jest tu spory wachlarz emocji. Na pewno sięgnę po kolejną książkę Munro i tym razem nie zrazi mnie forma opowiadań.


środa, 10 lipca 2024

W świecie sztuki (poziom minus jeden w Vilii La Fleur Konstancin Jeziorna)


Las Maurycy Mędrzycki
Oglądanie obrazów sprawia mi autentyczną przyjemność. Kiedy patrzę na ładny obraz, czuję się, jakbym dostała bonus od losu. Czuję się wzbogacona wewnętrznie. Piękno zatrzymane w czasie. Choć równie dobrze może to być projekcja wyobraźni. Ktoś mądry (czy to nie nasza noblistka Wisława) powiedział, że dziennie nie powinno się oglądać więcej niż jeden obraz (w domyśle dzieło sztuki). Tyle tylko jest w stanie przyswoić nasz umysł. Nasza pamięć. Tyle możemy kontemplować bez szkody dla innych doznań. I to jest smutne, bo kiedy odwiedzam nową galerię nie stać mnie na to, żeby poświęcić uwagę tylko jednemu dziełu. Dopiero podczas kolejnej i kolejnej wizyty mam komfort wyboru. Czy kiedyś trafi mi się luksus skupienia na jednym dziele - wątpię. Może stąd pomysł na wystawy jednego obrazu (jak np. Portret damy Klimta we włoskim forcie di Bard, o czym pisałam tu).

Nigdy nie potrafiłam wybrać wśród dziesiątek obejrzanych dzieł tego, które zrobiło na mnie największe wrażenie, zapadło w pamięć na tyle wyraziście, że mam je wciąż przed oczami. Tylko to jedno jedyne, które dystansuje inne.

Villa La Fleur
O mojej pierwszej wizycie w konstancińskiej galerii sztuki pisałam tutaj. Doznałam wówczas syndromu Stendhala. Miałam nadzieję, iż tym razem obędzie się bez nóg z waty, czy mroczków przed oczami. Nadzieja to potęga. Ale potęgi też czasem przegrywają. Odkryłam zbiory zamieszczone w salach na poziomie minus jeden. Kilkanaście dni wcześniej otwarto na nowo podziemną część galerii, a w niej zbiory dzieł Tamary Łempickiej, Bolesława Biegalskiego (Biegasa), Szymona Mondzaina i Maurycego Mędrzyckiego. Każdy z tych artystów zasługuje na osobny wpis. Obrazy Tamary Łempickiej miałam okazję oglądać na wystawach w Sopocie, Lublinie, Krakowie (o lubelskiej wystawie Kobieta w podróży pisałam tu). Nie będę się zatem powtarzać. Z nazwiskiem (pseudonimem artystycznym) Biegas zatchnęłam się po raz pierwszy rok temu w Konstancinie zwracając uwagę na jego dość charakterystyczne rzeźby (płynne, falujące). Wówczas moją uwagę zwrócił pomnik /popiersie? Juliusza Słowackiego.
Słowacki Bolesław Biegas
Ogromna burza włosów niczym płomień olimpijskiego znicza, mała, drobna twarz z drugą profilem umieszczoną głową i korpus niczym pień drzewa. Poetycka, intrygująca, mająca powiew świeżości. Jakże inna od monumentalnych realistycznie przedstawionych postaci. Tym razem zachwyciła mnie Boleść (ledwie dostrzegalna smutna postać przybrana w falującą szatę) a także (tu mała wycieczka do Muzeum Narodowego w Warszawie) Chopin (przerażone twarze wyłaniające się z dźwięków obejmujące się postacie zaklęte w płomieniu (ekstazie tworzenia).

Boleść Bolesław Biegas

Chopin Bolesław Biegas (MNW)
A jeszcze bardziej zaintrygowały mnie obrazy tego artysty. Symboliczne postacie uosabiające często stany duszy ale nie tylko (Melancholia, Natchnienie, Taniec pogardy, Czarodziejka) stworzone z przecinających się linii geometrycznych figur najczęściej wpisanych w kule. W tych sferycznych obrazach jest jakiś nieziemski urok zawierający w sobie połączenie romantyzmu z futuryzmem.

Czarodziejka Bolesław Biegas
Bolesław Biegalski wywodził się z ubogiej chłopskiej rodziny, wcześnie został osierocony, dzięki splotowi okoliczności i wsparciu miejscowego księdza, lekarza mecenasa sztuki i społecznika Aleksandra Świętochowskiego, którzy poznali się na talencie chłopca mógł się kształcić między innymi w Krakowie czy w Paryżu. Szczyt działalności twórczej urodzonego w II połowie XIX wieku artysty przypada na początek wieku XX. 
Melancholia Bolesław Biegas
Zaskoczyło mnie to, gdyż dzieła wydają się współczesne. Zarówno w formie, jak i w treści. Bolesław Biegas był jednym z nielicznych polskich rzeźbiarzy którzy należeli do elitarnego stowarzyszenia pod przewodnictwem Gustawa Klimta. Wystawiał swe prace w Saint Petersburgu, Kijowie, Waszyngtonie, Rzymie, Krakowie, Lwowie, no i oczywiście w Paryżu, gdzie mieszkał i tworzył od początku XX wieku aż do śmierci w 1954 r. Przyjaźnił się między innymi z Olgą Boznańską. Jej portret (rzeźba) przyniósł mu rozgłos i sławę. 
Portret Boznańskiej Biegas (MNW)
Można go obejrzeć w Muzeum Narodowym w Warszawie. Był indywidualistą, który wyprzedzał swą epokę. Doceniany na zachodzie (pisali o nim wielcy przedstawiciele sztuki stawiając jego prace na równi, jeśli nie wyżej niż prace Rodina) u nas zapomniany. Dlatego tym bardziej cieszę się, iż mogłam „odkryć” tego artystę dzięki wizytom w Vilii La Fleur. 

Pejzaż Szymon Mondzain 1921
U Szymona Mondzaina spodobały mi się pejzaże. Są one tak wyraziste, barwne, a jednocześnie romantyczne, to połączenie realizmu z impresją, wyrazistości barw i konturów z ich rozmyciem. Najbardziej urzekł mnie Port w Algierze - widok z tarasu. No proszę pana mając taki widok to ja nie wychodziłabym z domu; przepiękne rozłożyste drzewo poprzez konary którego widać nadmorskie zabudowania, port i morze. Nie umiem ocenić, jaki wpływ na mój odbiór obrazu ma jego tematyka (akweny wodne zawsze miały dla mnie nieprzeparty urok), a jaki sposób potraktowania tematu. Bardzo lubię widoki wyłaniające się zza jakiejś "przeszkody". Moja koleżanka określiła to – lubię zdjęcia, na których jest trochę zieleni. A tu mam i zieleń i błękit i czerwoność dachów. Morze zapraszające do podróży, dające obietnicę odkryć. 
Port w Algierze widok z tarasu Szymon Mondzain
Oczywiście, gdyby nie talent malarza to ów widok mógłby być jedynie zwykłym widoczkiem, jakich wiele. Obraz powstał w 1937 r. Mondzain (przed zmianą nazwiska Mondszajn) zamieszkał w Algierze w 1925 r. i mieszkał przez okres 40 lat. Ciekawa jestem, czy dziś można odnaleźć taki widok, bo jeśli tak to z chęcią wybrałabym się do Algieru, który jak dotąd jakoś mnie nie przyzywał. Mondzain pozostawał pod dużym wpływem Cezanne`a. Choć malarstwo Paula wydaje mi się mniej wyraziste, a bardziej jakby to określić  rozmyte?  

Kiki z Montparnasse Maurycy Mędrzycki
Cezanne`a bardziej przypomina mi twórczość Maurycego Mędrzyckiego (franc. Maurice Mendjizky). Jest to kolejny (po Mondzainie) artysta pochodzenia żydowskiego, którego losy związane były z Ecole de Paris. O ile nazwiska obu panów M. były mi znane wcześniej, o tyle ich sztuka już nie. Nazwisko Mędrzyckiego łączy się nieodłącznie z Kiki z Montparnasse. Tę francuską aktorkę, modelkę, piosenkarkę kabaretową i muzę malarzy znała cała bohema. Alice Ernestine Prin przyjaźniła się i kochała z wieloma z nich. Malowało ją wielu wybitnych malarzy (między innymi Chaim Soutine czy Mojżesz Kisling). 
Akt -Kiki z Montparnasse Maurycy Mędrzycki
Ale najbardziej znanym jej wizerunkiem jest fotografia zrobiona przez Raya Mana przedstawiająca nagą kobietę siedzącą tyłem do fotografa z dwoma malunkami przypominającymi wiolonczele nad pośladkami. 
Ray Man fotografia Kiki
W willi la Fleur znajduje się także kilka obrazów Kiki, w tym te autorstwa Mędrzyckiego. Mnie jednak zachwycił inny obraz zatytułowany Las. 
Las Maurycy Mędrzycki
Pośród całej ściany obrazów ciekawych, interesujących, ładnych, wszystkich w moim guście ten jeden wybił się na plan pierwszy. I wracając do wcześniejszego stwierdzenia, iż nie umiałam dotąd wyodrębnić z całej galerii pięknych dzieł sztuki tego jednego, jedynego- tutaj to mi się udało. A jakby na potwierdzenie tego godzinę później dostałam zdjęcie tego obrazu od mojej współtowarzyszki podróży Madzi, która właśnie dotarła na poziom minus jeden i wpadła jak ja w niemy zachwyt i napisała, że utknęła przy tym lesie. Doskonale ją rozumiem, bo i ja tam utknęłam. Niby taki zwykły sobie widoczek, mały fragment lasu leśna ścieżka pomiędzy drzewami prowadząca do jakiegoś domostwa. Na pierwszym planie są rozmyte liście drzew rozświetlone słońcem. Jest w tym obrazie taka cisza i spokój i kontemplacja piękna, że chciałoby się zanurzyć weń i pozostać już na zawsze. Pokazać tym, których kochamy, lubimy i chronić przed wrogami. Mędrzycki był nazywany poetą prowansalskiego pejzażu (trafił do Prowansji na zaproszenie Renoira i mieszkał tam trzy lata). 
To oczywiście jedynie kilka dzieł, które miałam okazję obejrzeć w konstancińskiej wilii La Fleur. Jest ich tam ogrom. I jest to galeria, którą można odwiedzać latami. Podczas zeszłorocznego pobytu zachwyciły mnie obrazy Meli Muter i Mojżesza Kislinga, Natana Grunsweigha, Henriego Haydena oraz Łodzie w porcie Pankiewicza. Tym razem Kobieta z rudymi włosami Ślewińskiego i szklana figurka Meluzyny autorstwa Jan & Joel Martel.
Kobieta z rudymi włosami Władysław Ślewiński

Meluzyna braci J&J Martel (rzeźba z żywicy)
I tradycyjnie jeszcze parę zdjęć związanych z pobytem w Villi La Fleur w Konstancinie Jeziornej. Nawiasem mówiąc tłumów na wystawie nie było, co bardzo mi się podobało. Trafiłyśmy na jedną wycieczkę szkolną i kilka pojedynczych osób. Żałuję, iż nie zakupiłam w sklepiku żadnej z książek. Z reguły nie chce mi się dźwigać i zostawiam to na późniejszy zakup internetowy. Niestety sklepik nie prowadzi sprzedaży online. 
Fryderyk Chopin Harfa natchnienia Bolesław Biegas 
Jak widać Chopin był często inspiracją dla artysty, podobnie, jak inni muzycy czy pisarze 

fragment Harfy natchnienia (1908)



Akt - bracia J&J Martel


Pablo Gargalo Kiki z Montparnasse brąz złocony


Łempicka obrazy które znamy doskonale, a które zdobiły popularne ówcześnie czasopisma


Na jednej z werand Villi zbiory prezentują się wyjątkowo pięknie

Kolejne długie milczenie powoli staje się regułą. Powód prozaiczny - złamana noga, wyjazd do sanatorium i brak chęci do pisania (ogarnęło mnie ogromne lenistwo).  Może to się zmieni, a może nie. Czas pokaże. 
Wycieczka miała miejsce 9 maja 2024 r.

wtorek, 11 czerwca 2024

Łódź odkrycia i rozczarowania

 

ja w krzywym odbiciu (pasaż Rózy)

Łódź zapamiętana sprzed lat Po raz pierwszy byłam tam  czterdzieści lat temu, kiedy w całym kraju nie można było niczego dostać w sklepach. Łódź zagłębie tekstylne było rajem dla pań domu, które posiadając maszyny do szycia i zdolności krawieckie mogły się tam obkupić we wszelkiego rodzaju tkaniny. Czułyśmy się wówczas, ja i mama, jak ubogie krewne, które odwiedziły bogatą ciotkę w Ameryce z paroma dolarami w portfelu. Nie bardzo pamiętam jakie kupiłyśmy materiały, ale wydaje mi się, że przepiękną spódnicę w kolorze gołębim w kolorowe grochy wielkości piłeczek do tenisa, zawdzięczałam tej rodzinnej wycieczce. Koleżanka, z którą wybrałam się do Łodzi zapytała, czy odwiedziłyśmy wtedy Manufakturę. Rozbawiła mnie tym, bowiem my pojechaliśmy w ściśle określonym celu; zdobycia towarów. Nie wiem, czy miałyśmy konkretne plany. W sklepach nie było niczego, więc każdy przedmiot był na wagę złota. Mama skupiła się na tkaninach, ja na szkle. Miałam wówczas manię zbierania malutkich dzbanuszków, menzurek i różnych takich bibelotów, które zbierały potem kurz na półkach, ale i cieszyły oko. Przynajmniej moje było bardzo nimi ucieszone.
W muzeum włókiennictwa (Manufaktura)
Tym razem do Łodzi wybrałyśmy się z Magdą w celach poznawczych. Choć obie chyba trochę za bardzo nastawiłyśmy się na odnalezienie Łodzi sprzed lat i tej atmosfery bogactwa (ja), klimatu (koleżanka).
Niestety wycieczka przypadła w kiepskim dla mnie okresie. Jeszcze nie wykurowałam się po powrocie z Włoch, a już wpadłam w kolejną infekcję. Wyjazd nie mógł czekać, bowiem nie jechałam sama. Po raz pierwszy wychodziłam z domu, jak na ścięcie bez cudownego podekscytowania, jakie od lat towarzyszy każdej mojej podróży.
Manufaktura (miejsce dawnych fabryk Poznańskiego) z punktu widokowego na dachu
Dodatkowo Łódź zawsze kojarzyła mi się z teatrem muzycznym, a jak na złość w wybranym dużo wcześniej terminie nie grano żadnego musicalu. Również inne teatry nie miały nam nic do zaoferowania. Z tej desperacji poszukiwania ciekawego spektaklu prowadziłam też w środkach komunikacji miejskiej korzystając z internetu w telefonie. Niemal codziennie zaglądałam na strony nielicznych łódzkich teatrów, a w końcu wstukiwałam same nazwy teatrów. No i udało mi się dokonać zakupu na spektakl w Teatrze Powszechnym. Szkoda tylko, że zamiast łódzkiego pomyłkowo zakupiłam bilet do teatru warszawskiego, co zauważyłam w przeddzień wyjazdu.
Fortepian Rubinsteina na Piotrkowskiej (rzeźby postaci moim zdaniem mało udane)
Kiedy przyjechałyśmy do Łodzi przywitał nas deszcz. Czując się kiepsko nie miałam ochoty na spacery, ale trzeba było coś zjeść. No i tu kolejny niewypał - bar turystyczny, który z reguły oferuje smaczne, domowe i niedrogie posiłki zaproponował mi miskę pełną ziemniaków (lubię ziemniaki i mogłabym od biedy na nich poprzestać) polanych sosem czosnkowym (co sprawiało, iż ziemniaki były niezjadliwe) z kawałkami suchego i twardego mięsa. Miała to być potrawka z kurczaka. Skubnęłam ze trzy razy widelcem i zostawiłam całość. I zamiast powiedzieć bufetowej, że danie było niezjadliwe zapewniałam ją, że to jedynie dla mnie zbyt duża porcja.
Pierwszy dzień z powodu pogody i naszego nie najlepszego samopoczucia został spisany na straty. No może nie do końca, bowiem świetnie rozmawiało się nam przy kawce i herbatce w mieszczącej się w Manufakturze cukierni znanej sieci. Śmiałam się nawet, że w sumie mogłyśmy w Gdańsku pójść do owej cukierni, a niekoniecznie tłuc się ponad cztery godziny pociągiem, żeby sobie porozmawiać.
Sala lustrzana w wilii Herbsta
Kolejny dzień rozpoczęłyśmy od wizyty w Willi Herbsta. I to był dobry wybór. Herbstowie należeli do jednej z najbogatszych rodzin łódzkich fabrykantów. Karol Wilhelm Scheibler (teść Edwarda Herbsta) łódzki król bawełny był pierwowzorem Reymontowskiego Bucholza w Ziemi obiecanej. Jako kolejne pokolenie tej wzbogaconej pod koniec XIX wieku rodziny – Edward i jego żona Matylda mogli wieść dostatnie i wygodne życie. Spadkobiercy potentata włókienniczego, którego majątek pod koniec życia wynosił około 14 milionów rubli nie poprzestali jednak na odcinaniu kuponów. Edward wraz z synami Scheiblera Karolem i Adolfem po śmierci teścia utworzyli spółkę akcyjną, która zarządzała olbrzymim majątkiem zmarłego, a sam Edward został jej dyrektorem. Mógł też zająć się na większą skalę niż teść dobroczynnością. Budowa potrzebnych miastu gmachów: szkół, szpitali, budowa domów mieszkalnych dla robotników, organizacja straży pożarnej (przy licznych pożarach fabryk czy to przypadkowych, czy też będących jedynym wyjściem dla bankrutujących właścicieli niezwykle przydatnej), organizacja sklepu fabrycznego, ochronki dla dzieci, ambulatorium i biblioteki to tylko część ich działalności. 
Jadalnia w Wilii Herbsta
Rodzina wspierała akcje charytatywne a także budowę kościołów i świątyń różnych wyznań. Edward Herbst zabiegał o otwarcie filii banku Polskiego w Łodzi. Sam pochodził z rodziny o korzeniach niemieckich, ale mieszkał na terenach dawnej należących do Rzeczpospolitej, za jego życia wchodzących w skład Królestwa Polskiego (zabór rosyjski). Edward był nawet kilkakrotnie odznaczony orderami przyznawanymi przez władze carskie między innymi za zasługi przy budowie cerkwi Aleksandra Newskiego w Łodzi. Był członkiem zarządu towarzystwa Kolei Fabryczno - Łódzkiej, której pierwszą inwestycją była linia łącząca Łódź z Koluszkami. Kierował Towarzystwem Kredytowo - Miejskim, stał na czele komitetu założycielskiego Banku Handlowego w Łodzi. Był też współzałożycielem Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie, zasiadał w zarządzie szpitala miejskiego oraz był honorowym konsulem generalnym Austro - Węgier w Królestwie Polskim. Przyczynił się też do powstania pierwszej polskiej gazety w Łodzi (Dziennika Łódzkiego). Posługiwał się płynnie językami niemieckim, polskim i rosyjskim. Była to ważna i zasłużona dla miasta persona.
Pokój starszej pani
Willa Herbsta wybudowana została pod koniec XIX wieku w stylu neorenesansowym. Była siedzibą Matyldy i Edwarda Herbstów. Mieści się u zbiegu ulic Tymienieckiego i Przędzalniczej w sąsiedztwie dawnej fabryki scheiblerowskiej i przyfabrycznego osiedla robotników Księży Młyn. Miał zatem Edward blisko do pracy. Fabrykę widział z okien swej rezydencji. Wyobrażam sobie, że nie był to wówczas najbardziej pożądany widok z okien. Może dlatego rodzina Herbstów tak upodobała sobie Sopot i wybudowała tu willę przy ul. Szkolnej (dziś Kościuszki) na swą letnią rezydencję, a sam Edward z fabrykanta na starość zamienił się w ogrodnika.
Salon orientalny
Po wyprowadzce Edwarda i jego żony do Sopotu (wówczas Zoppot) willę zamieszkiwał syn Leon z żoną Aleksandrą. Opuścili ją pod koniec 1941 r. wyjeżdżając do Wiednia. Tam Leon zmarł bezpotomnie. Jego żona powróciła do Łodzi po wojnie, aby wkrótce wyjechać do Berlina, gdzie urwał się po niej ślad.
Willa przetrwała wojnę w dobrym stanie, zdewastowana została przez jej powojennych użytkowników. W 1976 roku została przejęta przez Muzeum Sztuki w Łodzi i po gruntownej rekonstrukcji powstał tu oddział Muzeum, w którym prezentowane są wnętrza typowe dla łódzkiej elity przemysłowej z przełomu XIX i XX wieku.
Znający mnie wiedzą, iż nie przepadam za pałacowymi wnętrzami, razi mnie ich przepych, bogactwo na pokaz, te wszystkie lustra, kryształy, marmury. Zdarzają się jednak wyjątki. Willa Herbsta zwana też Pałacykiem Herbstów zauroczyła mnie swoistym klimatem i przede wszystkim oranżerią, w której dziś można się napić kawy. No i tym, co dla mnie najważniejsze znajdującą się w gmachu starej powozowni małą galerią malarstwa polskiego z przełomu XIX i XX wieku, czyli tego rodzaju malarstwa, jakie bardzo cenię i lubię.
Oranżeria (gdzie wypiłyśmy sobie kawkę i podyskutowałyśmy o obrazach)
Oczywiście wystój wnętrz jest bardzo ładny i może zachwycić odwiedzających. Sala balowa zainteresuje swą wielkością, sala lustrzana blaskiem (złoto i lustra i przepiękne dwa kominki), jadalnia pięknym nakryciem stołu z porcelaną zdobioną motywami roślinnymi zaczerpniętymi z zielnika (aż chciałoby się zasiąść do stołu tylko brak odpowiedniego stroju onieśmiela). Książki znajdują się w salonach przeznaczonych dla panów (salon dla panów, gabinet, biblioteka). W salonach dla pań królują toaletki, szafy, lustra, bibeloty (salon pani, salon starszej pani, salonik panieński. Zwłaszcza ten ostatni rozczula, był bowiem salonikiem najmłodszej i jedynej córki Herbstów Anny Marii, zmarłej, jako dziecko. Często przytaczana jest historia, jak to ulicę Przędzalniczą wyłożono słomą, aby koła przejeżdżających wozów nie zakłócały odpoczynku chorego dziecka).
Galeria sztuki w starej powozowni
Koniec dziewiętnastego wieku to okres zainteresowania orientem, głównie japońszczyzną, nie mogło więc i tu zabraknąć saloniku orientalnego z kolekcją przedmiotów rodem z dalekiego wschodu. Wszystkie pomieszczenia zdobią obrazy znanych malarzy, posążki, rzeźby, piękne tapety, sztukaterie, boazerie, dywany. Jednak gdyby nie galeria malarstwa i oranżeria zapewne szybko bym o tym pałacyku zapomniała. Galeria malarstwa jest skromna, składa się z trzech zaledwie pomieszczeń, jednak znajdujące się tam obrazy (zwłaszcza te w pomieszczeniu drugim i trzecim) bardzo przypadły mi do gustu, ponieważ ogromnie lubię ich twórców i z chęcią obejrzałam nowe dzieła. Gierymski, Rodakowski, Wyczółkowski, Siemiradzki, Stanisławki, Axentowicz, Wyspiański, Mehoffer, Boznańska. W oranżerii - przeszklonym jasnym pomieszczeniu pełnym zieleni wypiłyśmy z Magdą dobrą kawę i spędziłyśmy miło czas rozmawiając o obejrzanych obrazach, a nie spodziewałyśmy się tam takich odkryć.
Rybak Wyczółkowskiego
Tego dnia spotkały nas jeszcze dwa miłe odkrycia. Pierwsze to obiad w knajpce Imber na Piotrkowskiej. Wątróbka z jabłkiem była tak pyszna i tak duża, że najadłyśmy się obie jedną porcją, a co więcej wróciłyśmy kolejnego dnia na tatar ze śledzia i pasztet z kaczki - równie smakowite. Drugie to Pasaż Róży. Dziękuję Eli, że zwróciła mi nań uwagę.
Znajduje się przy Piotrkowskiej 3 w podwórku-pasażu prowadzącym do ulicy Zachodniej. Pasaż ma symbolizować drogę, jaką przeszła córka pani Joanny Rajkowskiej od niewidzenia do widzenia. Dziewczynka miała raka siatkówki i świat widziała tak, jak my widzimy się we fragmentach luster zdobiących kamienice w pasażu. Ściany kamienic zostały pokryte kawałkami nieregularnie pociętych luster (trójkąty, romby, kwadraty i inne nieregularne kształty). Pokrywają one wszystkie elementy kamienic. Owe fragmenty luster w świetle dnia odbijają słoneczne promienie, całość aż się skrzy, mieni, błyszczy, a w ich rozbitych taflach można oglądać własny wizerunek w krzywym zwierciadle; poszarpany, rozbity, nierzeczywisty. Taki, jakim widziała świat chora córeczka pomysłodawczyni. Jest to piękne zwrócenie uwagi na chorobę, a jednocześnie ciekawy wizualnie fragment miasta. Dzięki jasności tu panujące miejsce nabiera wymiaru lekkości.
Pasaż Róży
Ulica Piotrkowska – to chyba największe dla mnie rozczarowanie w Łodzi. Zapamiętałam ją, jako ulicę pełną sklepów fantastycznie zaopatrzonych, Magda, jako ulicę kawiarni i restauracji. Nie znalazłyśmy, ani jednego, ani drugiego. Owszem było kilka butików, ale ich asortyment był ubogi. Było też parę jadłodajni, ale one nie zachęcały do odwiedzin z krzykliwymi szyldami w najgorszym stylu (pizza, pierogi, kebab, sushi, kuchnia azjatycka). My szukałyśmy kuchni polskiej, lokalnej, żydowskiej. W końcu znalazłyśmy jedną. Nie było stoliczków na zewnątrz (może nie ta pora roku- wszak to był marzec dopiero). Nie znalazłyśmy na Piotrkowskiej klimatu, jaki miałyśmy nadzieję znaleźć. Ale możliwe, że po prostu nie trafiłyśmy we właściwy moment.
Jedna z ciekawszych kamienic na Piotrkowskiej Kamienica pod Gutenbergiem (tu wydano najstarszą łódzką gazetę  Lodzer Zeintung)
Manufaktura – czyli Galeria Handlowa znajdująca się na terenie dawnego kompleksu fabrycznego Izraela Poznańskiego (kolejnego łódzkiego potentata włókienniczego) może i by mnie zachwyciła, gdybym nie widziała kilku podobnych na terenie kraju. Owszem, doceniam sposób zagospodarowania niszczejących w latach siedemdziesiątych pofabrycznych terenów, jednak zupełnie nie czuję klimatu.
Maszyny włókiennicze w Muzeum Włókiennictwa w Manufakturze
Jedynie w małej salce mieszczącej muzeum włókiennictwa oglądając film o historii fabryki, stare zdjęcia jej pracowników, zardzewiałe elementy fabrycznej maszyny, czytając tablice ostrzegawcze (które pojawiły się zapewne długo po tym, jak puszczono w ruch pierwsze urządzenia), patrząc na kulki bawełny, z której wytwarzano tkaniny można poczuć przez chwilę ów klimat grozy, jaki towarzyszył codziennemu życiu pracujących tu w końcu XIX wieku robotników. Dla mnie to świadectwo ogromnej niesprawiedliwości dziejowej, nędzy, wyzysku człowieka, którego zmuszano do wyniszczającej trwającej w najgorszym okresie nawet szesnaście godzin dziennie pracy przy niebezpiecznych maszynach. A zaraz obok Manufaktury znajduje się ogromny, wg mnie większy niż Pałac Królewski w Warszawie Pałac Izraela Poznańskiego - człowieka, który zbił majątek na pracy niewolniczej robotników. Nie byłam w środku, oglądałam zdjęcia zrobione przez Magdę - bogactwo i przepych aż rażą. A trzeba też pamiętać, że i ten człowiek pod koniec życia (obawa przed karą w życiu pozagrobowym czyni cuda) zajął się dobroczynnością (sierocińce, szkoły, szpitale, pomoc w budowie świątyń. Ba, został nawet prezesem Żydowskiego Towarzystwa Dobroczynności).
Fragment Pałacu Poznańskiego
Zarówno Poznański, jak i wspomniany wyżej Scheibler zostali odznaczeni orderami od władz carskich za wkład w budowę soboru Aleksandra Newskiego. Sobór znajduje się w sąsiedztwie stacji kolejowej Łódź Fabryczna i Parku Stanisława Moniuszki (niewielki skwer raczej niż park). Powstała dzięki łódzkim fabrykantom, którzy chcąc przypodobać się carskim władzom pokryli niemal 90 procent kosztów budowy świątyni. Zaprojektował ją pan Hilary Majewski - naczelny architekt miasta Łodzi. To on jest twórcą większości budynków i budowli w Łodzi, w tym wspomnianych wyżej Wilii Herbstów, czy Pałacu Poznańskiego, czy wielu kamienic na Piotrkowskiej. Hilary Majewski był synem majstra kominiarskiego, który studiował w Petersburgu, a dzięki państwowemu stypendium odbył podróże do Włoch, Francji, Austrii i Bawarii, gdzie mógł zapoznać się z tamtejszą architekturą. Cerkiew wyświęcono w 1884 r. Funkcjonowała w czasie I wojny światowej, a także po wojnie. Nigdy nie planowano jej zamknięcia, czy rozebrania. Podczas II wojny duchowieństwo z soboru wydawało łódzkim żydom fałszywe metryki chrztu. Sobór działał również po wojnie. A w 1971 r. wpisano go do rejestru zabytków. Został gruntownie odrestaurowany na początku XXI wieku. Sobór zbudowano w stylu rosyjsko-bizantyjskim.
Sobór Aleksandra Newskiego
Nie miałam możliwości obejrzenia jego wnętrza, ale niezwykle dekoracyjna, kolorowa budowla z przepięknymi kopułami jest obiektem ze wszech miar godnym odwiedzenia. Nie miałam okazji oglądać tego typu architektury wcześniej, z tym większą przyjemnością przyglądałam się łódzkiej świątyni. Zapewne te rosyjskie są i bogatsze i okazalsze, jednak łódzka ma także ogromny urok. A trzeba też wziąć pod uwagę, że wzniesiono ją niemal wyłącznie z prywatnych funduszy łódzkich fabrykantów.
Reasumując, mimo iż wizytę w Łodzi początkowo uznałam za rozczarowującą jest tam zapewne wiele ciekawych miejsc wartych odwiedzenia. Także poza tymi, o których wspomniałam (Pałacyk Herbsta, Pasaż Róży, Sobór).
Brama wejściowa na Żydowski Cmentarz
No i tradycyjnie co mi się nie udało - otóż ze trzy godziny zajęła mi próba odwiedzenia łódzkiego cmentarza żydowskiego. Dojazd na cmentarz zajmuje około pół godziny, autobusy kursują rzadko. Zgodnie z informacją na stronie cmentarza w dniu odwiedzin był on czynny. Wejście miało znajdować się przy ulicy Brackiej. Kiedy doszłam do bramy wejściowej – zamkniętej- przeczytałam tabliczkę, iż wejście znajduje się przy ulicy Zmiennej. Obeszłam mury wzdłuż Brackiej, Zmiennej i Inflanckiej, co zajęło mi około godziny. Wejścia nie znalazłam. Powierzchnia cmentarza to około 43 ha. Jedyna korzyść z wycieczki to duża ilość kroków, jakie zrobiłam tego dnia. To kolejny niewypał z żydowskim cmentarzem. Poprzednio we Wrocławiu trafiłyśmy z koleżanką na dzień zamknięty. Tyle, że tam to nasze niedopatrzenie (nie miałyśmy pojęcia o dniach odwiedzin).
I jeszcze parę zdjęć z Łodzi
Kominek z sali lustrzanej Wilii Herbsta



Portret żony Józefa Mehoffera (Willa Herbsta)
 

Spośród mało udanych rzeźbionych posągów sympatycznie prezentuje się Miś Uszatek (choć może to nostalgia za dzieciństwem bezpowrotnie utraconym)


Przepyszne wątróbki w Imberze


I małe co nieco w Chudym Ciachu (obok Manufaktury)



sobota, 8 czerwca 2024

Kłębowisko żmij Francois Mauriac

Wyd. Benedyktynów 2010 r.
P
o książkę sięgnęłam dzięki Koczowniczce, której recenzja Galigai Mauriaca sprawiła, iż przeczuwałam, że to może być proza, jaką niezwykle lubię, coś w rodzaju Sandora Maraia. Taka esencjonalna i gęsta.
Bohater, niemal siedemdziesięcioletni Ludwik u kresu swych dni pisze długi list do żony. Zdając sobie sprawę z własnych wad chce, aby rodzina poznała go naprawdę. I od złej i od nieco może lepszej strony. Niczego nie tai. Jest boleśnie szczery w swojej spowiedzi. Tak szczery, że jego wynurzenia mogą zranić bliskich. Jego nienawiść wobec bliskich sprawia iż chciałby pozbawić ich całego majątku i napawać się tym widokiem. I cóż mi pozostało? To, co zarobiłem w ciągu tych ponurych lat, te pieniądze, z których wy szaleni, chcielibyście mnie ograbić. Ach sama myśl, że będziecie się nimi radować po mojej śmierci, jest dla mnie nie do zniesienia. Powiedziałem ci zaraz na wstępie poczynił już odpowiednie kroki, aby wam nic nie zostawić. Dałem ci też do zrozumienia, że potem z tej zemsty zrezygnowałem… Ale pisząc to wówczas, nie zdawałem sobie sprawy, z jaką siłą targają mym sercem przepływy nienawiści. Zaledwie fala odpływa, rozczulam się… Później powraca i znów mnie zalewają jej brudne odmęty. (str.57). Ludwik nie tylko chciał pozbawić majątku swoich bliskich, chciał to zrobić w sposób przebiegły i okrutny. Mawiałem jej [córce] często. Po mojej śmierci będziecie mnie błogosławić, po to tylko, aby widzieć, jak oczy jej zaczynają błyszczeć pożądaniem. Powtarzała ci te cudowne słowa. Cała rodzina wpadała w trans. A ja obmyślałem tymczasem sposób, aby wam zostawić jedynie to, czego nie można było ukryć. … Wpadłem nawet na pomysł, aby obciążyć ziemię hipoteką… (str.87).
Rodzina Ludwika też miała sporo na sumieniu. Wiedząc, iż ojciec ma miliony nie potrafili pogodzić się z faktem, iż wszystkiego im odmawia, nie wspomaga w potrzebie, chce pozbawić majątku. Podstępem próbowali zdobyć to, co w ich mniemaniu słusznie się im należało.
Bohaterowie powieści są postaciami niezwykle złożonymi. Trudno zapałać sympatią do któregokolwiek z nich, mają liczne wady i przez to są niezwykle ludzcy. 
Plan Ludwika upada, kiedy umiera jego żona. Umarła, nie poznawszy mnie, nie wiedząc, że byłem nie tylko potworem, nie tylko katem, lecz, że był we mnie jeszcze inny człowiek (str.147). Ludwik zaczyna dostrzegać to, że oskarżając o nieczułość, brak zainteresowania i obojętność swych bliskich sam zachowywał się identycznie wobec nich. Stara się naprawić błędy, zmienić swe postępowanie.
Czułem, widziałem mą zbrodnię, dotykałem jej. Nie tkwiła ona całkowicie w tym ohydnym kłębowisku żmij- w nienawiści do dzieci, pragnieniu zemsty, ukochaniu pieniądza, lecz w uporze, z jakim wzbraniałem się poprzez te skłębione żmije przedrzeć. Uczepiłem się tego obrzydliwego kłębowiska, jak gdyby było moim sercem, jak gdyby bicie tego serca zmieniło się w syk pełzających gadów. Nie dość, że przez pół wieku znałem z samego siebie tylko to, co mną nie było; na innych też patrzyłem w ten sam sposób. W twarzach mych dzieci uderzała mnie wyłącznie nikczemna chciwość. W Robercie dostrzegłem tylko głupotę i uczepiłem się tych pozorów. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że trzeba zrywać maskę z twarzy innych ludzi, że trzeba się przedrzeć przez nią, aby do nich dotrzeć. (str. 163)
Czy będzie miał na to czas, czy jeszcze zdąży naprawić zło, które wyrządził, czy jest już za późno. A może nigdy nie jest za późno na zmianę?
Podoba mi się styl pisarza, język, lekkość pióra, pogłębiona psychologia postaci. Pierwsze spotkanie z prozą Francois Mauriaca było bardzo udane i zachęcające do kolejnych odkryć. Na dobrą literaturę zawsze warto znaleźć czas. 

czwartek, 30 maja 2024

Werona ostatni przystanek na trasie włoskiej wyprawy

Widok na ruiny teatru rzymskiego oraz Zamek Św. Piotra widziany z Ponte San Pietro

Z góry przepraszam za długość wpisu. Moją lutową włoską podróż zakończyłam w Weronie. Krótki pobyt był drugim spotkaniem z miastem, które większości kojarzy się z fabułą Szekspirowskiej sztuki. Turyści przybywają tutaj, aby zobaczyć balkon na którym Julia wysłuchiwała miłosnych wyznań Romea. Jest to w pewien sposób urocze, kiedy literaccy bohaterowie tak mocno zakorzeniają się w naszej wyobraźni, że chcemy podążać ich szlakiem. Sama podróżowałam kiedyś szlakiem bohaterów książek Dana Browna (po Paryżu, Londynie czy Rosllyn).
Na dziedzińcu Domu Capellich
Jak podają źródła Szekspir zainspirował się dziełem swego rodaka (Arthura Brooke`a), a także Włocha Gherardo Boldieriego, który napisał powiastkę pod tytułem Nieszczęśliwa miłość dwojga lojalnych kochanków Julii i Romea. Czy zwróciliście uwagę, iż Włoch na pierwszym miejscu stawia Julię, a nie Romea. O ile jest szansa, iż Włoch mógł bazować na ustnych przekazach o autentycznej historii miłosnej, o tyle nie ma możliwości, aby dom przypisywany rodzinie Julii był domem bohaterki. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie.
Dom, znajdujący się przy via Capello (nieopodal Piazza delle Erbe) należał pierwotnie do rodu Dal Capello, co władze miasta umiejętnie wykorzystały bazując na podobieństwie nazwisk (Cappello i Capuletti). Albo jestem mało romantyczna, albo już zbyt wiekowa, aby fikcyjna historia sprawiła, że będę przepychać się w tłumie turystów po to, żeby dotknąć piersi stojącego tu posągu Julii. Jestem przekorna i tam, gdzie się wrzuca monety, obraca przez lewe ramię, idzie na kolanach, siada na tronie ja nie wrzucam, nie obracam, nie idę i nie siadam. Ja po prostu wracam w owe miejsca, jeśli mam na to ochotę bez magicznych zaklęć i czynów. Wychodzi ze mnie racjonalistka.
Posąg Julli na dziedzińcu Domu Capellich
Piątkowe deszczowe popołudnie nieco przerzedziło tłumy spacerowiczów, co skłoniło mnie do zajrzenia na podwórko „domostwa Julii”. Udało się nawet wykorzystać jedną z niewielu sekund, podczas której nikt nie chwytał Julii za pierś i zrobić zdjęcie.
Dom Capellich to gotycka rezydencja z XIII wieku, pierwotnie spełniająca poza mieszkalną też funkcję obronną, jak wiele domów bogatych Włochów. Na początku XX wieku przekształcono siedzibę rodu Cappello w Dom Julii Capuletti, co okazało się doskonałym pomysłem reklamowym. Wejście doń prowadzi przez dziedziniec, na którym dziś gromadzą się tłumy, znajduje się posąg Julii i mieszczą sklepiki z pamiątkami. Kiedy już znalazłam się pod balkonem Julii (mogąc każdego zainteresowanego zapewnić, iż widziałam to, co w Weronie zobaczyć wypada) mogłam się oddać poznawaniu innych ciekawych, choć zapewne mniej znanych obiektów.
Arena Weroński amfiteatr
Niewątpliwie do najbardziej rozpoznawalnych werońskich must see należy Arena. Przypomina rzymskie Koloseum, choć to ona mogła być pierwowzorem rzymskiego amfiteatru. Arena powstała prawdopodobnie w pierwszej połowie I wieku. Budowla początkowo znajdowała się poza murami miasta, dopiero w III wieku została włączona w jego obszar. Potężna konstrukcja z betonu i i kamieni spełniała funkcje obronne pozwalając odpierać ataki najeźdźców. Arena ma kształt elipsy i jest drugim po rzymskim pod względem wielkości amfiteatrem. Nie miałam okazji wejść do środka, po prostu nie wpadło mi do głowy, że jest to możliwe (a szkoda, bowiem nie było kolejek do wejścia, jakie znajdują się pod rzymskim koloseum). Marzyłoby mi się obejrzenie jednego z przedstawień operowych, jakie od ponad stu lat odbywają się w teatrze pod chmurką. To tutaj zadebiutowała we Włoszech Maria Callas w roli Giocondy w operze Ponchillego. Nazwisko Ponchinniego nie jest dobrze znane (choć, jako ciekawostkę podam, iż jest on twórcą opery będącej adaptacją Konrada Wallenroda Adama Mickiewicza pod tytułem Litwini), za to Marii Callas nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Przedstawienia odbywały się już w czasach antycznych, tyle, że początkowo były to walki gladiatorów i polowania na zwierzęta. Kiedyś widownia mieściła trzydzieści tysięcy widzów, dziś mieści ich piętnaście tysięcy. Jest to niezwykle widowiskowa budowla, zarówno z uwagi na jej wielkość, jak i kształt. Dobrze się prezentuje za dnia, a jeszcze lepiej wieczorami w świetle ulicznych latarni. Znajduje się przy ogromnym placu Bra, największym werońskim placu. Wspominałam już o manii wielkości u Włochów. Tu wszystko jest ogromne i monumentalne.
Arena z większej perspektywy

Plac jest najczęściej pierwszym miejscem, które odwiedzamy w Weronie idąc od strony dworca kolejowego. Wchodzi się nań przez Portoni della Bra. Są to łukowe bramy będące częścią murów obronnych wzniesionych pod koniec XIV wieku za rządów Gian Galeazza Viscontiego. Obok bramy zdobionej zegarem znajduje się pięciokątna Wieża Torre Pentagona. Na środku placu niewielki skwerek uświetniony został pomnikiem konnym Wiktora Emanuela II (pierwszego od VI wieku króla niepodległych, zjednoczonych Włoch. Jego pomniki są chyba najczęściej spotykanymi pomnikami we Włoszech, poza pomnikami papieży, no i Garibaldiego). Nieopodal znajduje się pomnik Partyzanta. Nie wszyscy pamiętają historię Włoch. Do drugiej połowy XIX wieku mimo wspólnej kultury i języka nie istniało jedno państwo włoskie, a szereg niezależnych od siebie księstw i republik, niektóre podlegające obcym rządom. Jednym z narodowych bohaterów włoskich dążących do zjednoczenia Włoch i wyzwolenia ich spod wpływów Austrii i papiestwa był Giuseppe Garibaldi. Jego słynne zawołanie „Roma o morti” Rzym, albo śmierć upamiętnia tabliczka na ścianie jednej z kamienic na palcu Bra.
Piazza Bra

Obok Areny znajduje się Pallazo Barbieri (dzisiejsza siedziba władz miasta - czyli Ratusz). Pochodzi on z pierwszej połowy XIX wieku i był wzorowany na rzymskich świątyniach z otaczającymi go kolumnami i trójkątnym tympanonem nad wejściem głównym. Niemal cały plac od strony wejścia przez Portoni della Bra dekorują stoliczki i markizy kawiarenek i restauracji. Jest to ogromny punkt gastronomiczny na świeżym powietrzu. Ogrom przestrzeni sprawia, iż nawet przy dużej liczbie turystów plac nie robi wrażenia zatłoczonego.
Na Piazza delle Erbe
Piazza Bra jest najbardziej znanym z werońskich placów, ale to Piazza delle Erbe jest moim zdaniem najładniejszym z werońskich placów. Otaczające go kamienice najpełniej oddają charakter miasta. Na środku odbywa się targ warzywno – owocowy. Ozdobą placu jest XV wieczny edykul w centrum, tzw. Berlina, służąca dawnej, jako miejsce do nadawania urzędów publicznych. Piazza delle Erbe, czyli Plac Ziół jest najstarszym werońskim placem. Tutaj w starożytności mieściło się centrum życia polityczno - społeczno - gospodarczego. Dziś średniowieczne kamienice i pałace otaczające plac są nieco zaniedbane, jednak nadal znajdujące się na nich freski są piękną malarską dekoracją tej części miasta. Najładniejsze freski zachowały się na domu Mazzantiego. Jest to dom przyozdobiony XVI wiecznymi freskami Antonio Cavalliego (ucznia Giullio Romano). Dziś to mniej znane włoskie nazwiska, nie mniej freski są bardzo ładne i dekoracyjne. Przedstawiają scenki mitologiczne. Ciekawych kamienic przy Placu Ziół jest tak wiele, że początkowo trudno skupić wzrok na jednej, bo ta przyciąga uwagę kolorowymi malunkami, inna wysokością, czy historią, a jeszcze inna architekturą. Niezwykle interesujący jest Dom Kupiecki Domus Mercatorum (piętrowy budynek z czerwonej cegły z podcieniami i blankowanym szczytem (blanki o rozdwojonych zębach, przypominające jaskółczy ogon, zwane krenelażem typu gibelińskiego). Pierwowzór pochodził z początku XIV wieku z czasów Alberta I Scaligera. W trakcie przebudowy i prac renowacyjnych prowadzonych w XIX wieku jego romańskie kształty zostały zniekształcone.
Dom kupiecki na Placu delle Erbe

Skoro mowa o Scaligeri to należałoby tu wspomnieć, iż ród ten mimo że panował w Weronie około stu dwudziestu lat był tym dla miasta, czym byli Medyceusze dla Florencji, a Sforzowie dla Mediolanu.
Rządy rodu rozpoczęły się w 1262 r. z chwilą przyznania Leonardinowi della Scala, zwanemu Mastino tytułu kapitana ludu. Jego następcą został Albert, a potem jego synowie Bartolomeo, Alboino i Can Francesco. Ostatni z nich mianowany został dożywotnim władcą Werony w 1308 r. Cangrande I, bo taki przyjął tytuł mocno się zasłużył dla miasta. Za jego panowania zdobyte zostały niemal wszystkie terytoria regionu Veneto, jako wikariusz cesarski uczynił z miasta ostoję gibelinizmu, ściągał na swój dwór wielu utalentowanych ludzi, między innymi przybył tu wygnany z Florencji Dante, który swemu przyjacielowi i opiekunowi zadedykował Raj (III część Boskiej Komedii). Po śmierci Cangrande I w 1329 r. rozpoczął się upadek Werony. Po ucieczce z miasta ostatniego z rodu Antoniego della Scala miasto znalazło się w rękach Gian Galleazza Viscontiego, który w 1404 przekazał je Carraresim, a rok później dostało się Wenecji. Okres panowania Scaligerich był najlepszym okresem w dziedzinie kultury i sztuki w Weronie.
Dom Mazzantiego z freskami Cavalliego

Ale wróćmy na Plac Ziół. W jego głębi stoi Palazzo Maffei wzniesiony w II połowie XVII wieku. Zwieńczony loggią z sześcioma postaciami bóstw antycznych ze znajdującą się po lewej stronie pałacu wieżą Torre del Gardello (XIV w.) stanowi piękne zamknięcie placu. Przed budynkiem wznosi się na kolumnie uskrzydlony lew (mnie przypominający weneckiego lwa. Lew Św. Marka czyżby na pamiątkę weneckiego panowania nad miastem?). Torre del Gardello to nie jedyna wieża na Placu Ziół. Kolejną jest niezwykle urokliwa - najwyższa w mieście wieża Lambertich. Ta 82 metrowa wieża wznoszona była od drugiej połowy XII wieku.
Palazzo Mafei, Torre del Gardello, Lew Św. Marka

Wieża Lambertich przylega do Palazzo del Comune (siedziba biur sędziowskich, zwana też pałacem gminy), obie budowle ładnie ze sobą harmonizują dzięki elewacji w biało ceglane pasy (kamień przeplatany cegłą). Wewnętrzny dziedziniec Pałacu zdobi ciekawa klatka schodowa wsparta na arkadowych filarach.
Fragment dziedzińca Palazzo Comune z arkadową klatką schodową

Gdybym chciała napisać o wszystkich ciekawych budowlach w Weronie wpis liczyłby kilkanaście stron. Na potrzeby tego bloga i mojej ulotnej pamięci piszę jedynie, a raczej wspominam zaledwie te, które wywarły największy wpływ na moją wyobraźnię i poczucie estetyki. Piszę o tym, co najwyraźniej zapisało się na kartach pamięci.
Dante na Piazza Signori 

Od Placu Ziół w bok na wysokości Pallazzo del Comune znajduje się malutki a jakże miły memu sercu placyk o dumnej nazwie Piazza dei Signori. Nie ma on nic wspólnego z florenckim placem starszyzny. Mam wrażenie, iż ten placyk powstał, aby stanowić godną oprawę pomnika Dantego, co jest oczywiście nieprawdą, bowiem pomnik na tym średniowiecznym placyku, którego początki sięgają XIII wieku jest znacznie późniejszy. Wychodząc z gwarnego placu ziół trafiam na bardzo spokojny placyk nad którym pieczę sprawuje poeta. Poeta, którego przyjął w Weronie z otwartymi ramionami jej władca. Otaczające pomnik budowle są warte chwili zatrzymania. Nie będę jednak emanować nadmiarem szczegółów. 
Grobowiec Cangrande I Scaligera (na pierwszym planie)
Mnie zachwyciły pomniki nagrobne dedykowane rodowi Scaligerów. Na pierwszy z nich natchnęłam się nieopodal placyku Signori. Przed stojącym tu kościołem Santa Maria Antica (sięgającym swymi początkami VII wieku) znajdują się trzy przepiękne strzeliste grobowce. Znajdujący się bliżej placu grobowiec jest miejscem spoczynku Cangrande I Scaligera. Gotycki baldachim w kształcie piramidy, wzniesiony na kolumnach z licznymi dekoracjami osłania trumnę z prochami księcia. Na szczycie baldachimu znajduje się konny pomnik księcia trzymającego w jednej dłoni tarczę, w drugiej miecz (? nie znam fachowej nazwy uzbrojenia), odzianego w zbroję ozdobioną czymś co mnie przypomina husarskie skrzydła (w rozmiarze mini). Koń, na którym zasiada książę także przyozdobiony jest uroczyście, jakby obaj wybierali się na turniej. Pomnik księcia stoi tak wysoko nad ziemią, iż szczegóły jego wykonania widoczne są dopiero na zdjęciu zrobiony z lotu ptaka. Ten grobowiec jest niezwykle majestatyczny, jakby zmarły górował nad miastem nawet z zaświatów. Ten rodzaj nagrobków bardzo mi się podoba, występują i u nas podobne na starych nekropoliach, choć oczywiście pozbawione elementów świeckich.
Most Scaligerów
Kiedy przygotowywałam się do wizyty w Weronie musiałam dokonać wyboru tego, co chciałabym zobaczyć. Mój piękny bedekerowski przewodnik na stu dwudziestu stronach proponuje ponad sto atrakcyjnych obiektów, z których każdy jest niezwykle interesujący. Mnie zauroczył most Scaligerów. Jego murowane z czerwonej cegły boki (po których częściowo można spacerować) oraz wieża znajdująca się w części łączącej most z zamkiem Castelvecchio są blankowane charakterystycznymi jaskółczymi ogonami. Miałam okazję być tam w deszczowe piątkowe popołudnie, kiedy pogoda nie rozpieszczała turystów, było pochmurnie i wilgotno, co z jednej strony eliminowało nadmiar ludzi, a z drugiej nadawało klimat. Nie wiem, jakim cudem udało mi się zrobić dwa zdjęcia w jednym ujęciu, na pierwszy rzut oka wygląda to jak zdjęcie prześwietlone, nieudane, ale mnie się niezwykle podoba. Jest jakieś tajemnicze, może nieco niepokojące, ale intrygujące.
Most Scaligerów i widok na rzekę Adygę w jednym
W zamku Castelvecchio, który jak się możemy domyślać powstał za panowania jednego z Scaligerów mieści się dziś muzeum Civico di Castelvecchio. Niestety mój pobyt w tym muzeum przypadł na dziesiątą godziną spacerowania po mieście (dzień przed wylotem samolotu o godzinie dwudziestej drugiej był ciężkim dla mnie dniem, w którym skumulowało się zmęczenie całodzienną wędrówką połączone z początkiem rozwijającej się infekcji) dlatego też oglądanie eksponatów owej galerii było wielce powierzchowne. Niemniej moje bystre oko wyłuskało wśród mnóstwa obrazów Madonnę della Pasione pędzla znanego mi (z National Galery) Carlo Crivellego. Pierwsze spotkanie z siniorem Crivelli sprawiło, iż odtąd nie mogę przejść obojętnie wobec jego dzieł. O skutkach pomylenia ogórka z tykwą pisałam tutaj. Nie są one może szczególnie wybitne, niemniej zaintrygowały mnie znajdującymi się na nich płodami ziemi. Pisałam kiedyś o ogórku na obrazie Zwiastowanie ze św. Emidiuszem, natomiast na obrazie Madonna della Pasione nad postacią Najświętszej Panienki wisi sznur owoców, dorodnych jabłek (symbol grzechu pierworodnego), gruszek (słodyczy miłości), winogron (eucharystycznego wina) oraz innych, których symboliki nie odgadnę. Być może to po prostu element dekoracyjny, a może symbol bogactwa natury. A może Crivelli był także ogrodnikiem. I choć zmęczona i obolała nie żałuję wizyty w galerii, która to wizyta, po raz kolejny wzbogaciła moje MW (muzeum wyobraźni- pożyczyłam sformułowanie od pana WŁ).
Madonna della Pasione

Wizyta w Muzeum była ostatnim etapem pobytu w Weronie, wcześniej jednak odwiedziłam Kościół Św. Anastazji. Wybrałam sobie tę właśnie świątynię wśród wielu innych, równie ciekawych, a może i ciekawszych z uwagi na: wygląd sklepienia świątyni, kropielnice oraz fresk święty Jerzy ratujący księżniczkę.
Wnętrze kościoła Św. Anastazji ze sklepieniem

Sklepienie świątyni na zdjęciu w przewodniku wygląda niezwykle ładnie, jest skromne, nie przeładowane, ozdobione kolorowymi motywami roślinnymi na białym tle (tak to przynajmniej wygląda na zdjęciu, a także widziane z dołu z poziomu posadzki). Z tym rodzajem zdobień spotkałam się po raz pierwszy (we Włoszech), albo też wcześniej nie zwróciłam nań uwagi. Najczęściej widywałam sklepienia bez ozdób, sklepienia ze świętymi figurami, albo przedstawiające nieboskłon z gwiazdami (dotąd moje ulubione, jak w kościele Mariackim w Krakowie, czy rzymskim Santa Maria Sopra Minerwa).
Kropielnica z garbusem autorstwa Gabriele Caliari
Kropielnice świątyni są w kształcie podtrzymujących ich na plecach garbusów (co mnie skojarzyło się z gargulcami w paryskiej Notre Dame a tym samym z Quasimodo, a to znający mnie wiedzą  niezwykle sympatyczne dla mnie skojarzenie). Kropielnicę zamieszczoną na zdjęciu (chrzcielnicę) wyrzeźbił Gabriele Caliari ojciec Paolo Veronese, znanego z ogromnego płótna Wesele w Kanie Galilejskiej w Luwrze. Płótna, na które mało kto zwraca uwagę, bowiem przegrywa rywalizację z małym obrazem Mona Lisa Leonardo da Vinci.
No i w końcu święty Jerzy ratujący księżniczkę wg Pisanello. Oczywiście Św. Jerzy (patron mojego taty) był mi od zawsze bliskim świętym, bo waleczny i rycerski, ale w tym fresku na pierwszy plan wysuwa się koński zad. Niemal jedna czwarta obrazu to widok konia od tyłu. Byłam go niezmiernie ciekawa. A okazało się, że ciekawość będzie trudno zaspokoić, bowiem fresk znajduje się na wysokości ca. dziesięciu metrów nad ziemią. Na szczęście obok kaplicy znajduje się ekran, na którym prezentowany jest fresk w całej okazałości. Można więc obejrzeć dokładnie to, co jak się zadrze wysoko ku górze głowę można zobaczyć z większej perspektywy.
Święty Jerzy ratujący księżniczkę ze strony 
A tak wygląda fresk oglądany z dołu
Napisać tyle tylko o Świątyni Św. Anastazji w Weronie, to jakby nic nie napisać, znajduje się tam mnóstwo ciekawych ołtarzy i kaplic. Może (złudna nadziejo) wrócę do tematu świątyni. Wchodząc zakupiłam bilet wstępu, dzięki któremu dostałam mały folder w języku polskim z opisem wszystkich kaplic i ołtarzy. To bardzo miłe, bowiem przewodników w języku polskim jest niezwykle mało, a już przewodnik po świątyni to naprawdę rzadkość. Taka mała dygresja; we Włoszech kilkakrotnie zdarzało mi się dostawać takie ulotki/przewodniki w rodzimym języku po uiszczeniu niewielkiej opłaty. Ja wiem, że za granicą każdy grosz się liczy, ale myślę, że naprawdę warto wysupłać kilka euro bo pamiątka zostaje na długo.

Wpis jest już bardzo długi więc jeszcze tylko kilka zdjęć z Werony.


Berlina na Piazza delle Erbe


Piazza delle Erbe i Torre dei Lamberti



Stragany na Piazza delle Erbe


Ponte San Pietro nad Adygą



Palazzo Comune od strony Piazza Signoria

W Weronie spotkało mnie pewne niepowodzenie. Nie udało mi się dotrzeć do Ogrodów Giusti  (mój gps wskazywał, że jestem na miejscu, kiedy byłam na środku ulicy na której nie było żadnego wejścia do jakichkolwiek ogrodów. Być może ogrody w lutym nie wyglądały tak pięknie jak na zdjęciach w przewodniku, tym niemniej szkoda. Zobaczyłam jednak całkiem sporo. Na tle sporo, aby wiedzieć, że jeśli trafi się okazja to chętnie tam powrócę obejrzeć jeszcze więcej. A byłam około półtora dnia.